Nocny powrót - Sebastian Fitzek - ebook
BESTSELLER

Nocny powrót ebook

Sebastian Fitzek

4,2

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy ktoś poznaje datę swojej śmierci, to tak jakby już zaczął umierać...

Nocny powrót – specjalna linia stworzona dla kobiet, które wracają nocą do domu. I boją się. Głos w telefonie ma im towarzyszyć, uspokajać, a w razie najgorszego wezwać pomoc. Do tej pory najgorsze nigdy się jeszcze nie zdarzyło...

Sobota, godzina 22, Nocny powrót.
Jules Tannberg odbiera swoje pierwsze zgłoszenie. Dzwoni młoda kobieta. Jest przerażona. Twierdzi, że idzie za nią mężczyzna, który już kiedyś ją zaatakował. Mężczyzna, który po spędzeniu z nią upojnej nocy nabazgrał na ścianie sypialni jej własną krwią pewną datę. Datę jej śmierci.
Ten dzień ma nadejść już za niecałe dwie godziny...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Przekład

Rafał Sarna

Redakcja stylistyczna

Ryszard Turczyn

Wydawca i redaktor prowadząca

Małgorzata Cebo-Foniok

Korekta

Aleksandra Kołomecka

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© nikhg/AdobeStock

Tytuł oryginału

Der Heimweg

Copyright © 2020 by Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co.

KG, Munich, Germany

www.sebastianfitzek.de

The book has been negotiated through AVA international GmbH,

Germany (www.ava-international.de).

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2021 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7336-5

Warszawa 2021. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Co czwarta kobieta co najmniej raz w życiu doznała przemocy fizycznej lub seksualnej w związku. Dotyczy to kobiet ze wszystkich warstw społecznych.

Informacja Federalnego Ministerstwa do spraw Rodziny,

Osób Starszych, Kobiet i Młodzieży

z 2 lutego 2020 roku

Badanie przeprowadzone przez Federalne Ministerstwo do spraw Rodziny wykazało, że kobiety, które w dzieciństwie były świadkami przemocy pomiędzy rodzicami, ponad dwukrotnie częściej stają się same ofiarami przemocy domowej. Kobiety, które kiedyś były ofiarami przemocy rodziców, jako osoby dorosłe stają się trzy razy częściej ofiarami przemocy partnerów.

Astrid-Maria Bock, „BILD” z 27 czerwca 2017 roku

Widzisz tam, w górze, księżyc

błyszczy jak talerz srebrny,

choć kulą przecież jest.

Bywa, że szydzisz z czegoś,

co nie da się dosięgnąć,

zobaczyć – nie chcesz wierzyć w sens.

Matthias Claudius

(1740–1815)

Od autora

Wszystkie

Ważna informacja

Historia ta opowiada o przemocy domowej, masowo występującym przestępstwie, o którym w naszym społeczeństwie mówi się o wiele za mało. Przedstawione w niej opisy mogą wywołać silne reakcje emocjonalne u osób, które były lub są dotknięte przemocą domową. Osoby potrzebujące pomocy mogą ją uzyskać dzwoniąc pod numery:

22 828 11 12 – Telefon Zaufania dla Ofiar i Sprawców Przemocy Seksualnej

801 120 002 – Ogólnopolski Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”

600 070 717 – Całodobowy interwencyjny telefon Centrum Praw Kobiet

888 88 33 88 – Telefon Przeciwprzemocowy dla Kobiet Feminoteki

22 635 93 92 – Telefon Zaufania Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny

Prolog

Po tych wszystkich obrażeniach, których doznała w najbardziej wrażliwych miejscach jej pokrytego krwiakami ciała, po tych wszystkich ciosach w twarz, plecy, nerki i podbrzusze, po których jej mocz przez wiele dni miał kolor czerwonego barszczu, po tym całym bólu, zadanym ogrodowym wężem i żelazkiem, nigdy by się nie spodziewała, że kiedyś zdarzy jej się przeżyć coś takiego.

Seks był obłędny, pomyślała, leżąc w półmroku na łóżku, z którego właśnie wstał, żeby pójść do łazienki on –mężczyzna, w którym zakochała się na zabój.

Co prawda niewiele miała możliwości porównania. Przed mężem miała tylko dwóch kochanków, a wszystko to wydawało jej się strasznie odległe. Negatywne doświadczenia z teraźniejszości dawno już przyćmiły pozytywną przeszłość.

Już od lat wszystko, co działo się w sypialni, łączyło się dla niej tylko z bólem i upokorzeniem.

A teraz leżę tu, oddycham i czuję zapach nowego mężczyzny w moim życiu, marząc o tym, żeby ta miłosna noc zaczęła się jeszcze raz od początku.

Sama się sobie dziwiła, jak szybko mu zaufała i opowiedziała o przemocy, której doznawała w małżeństwie. Ale już od pierwszej chwili poczuła, że coś ją do niego przyciąga, gdy usłyszała jego głęboki głos i zobaczyła jego ciepłe, ciemne oczy, które spoglądały na nią tak, jak jej mąż jeszcze nigdy na nią nie patrzył. Otwarcie, szczerze, czule.

Niewiele brakowało, a opowiedziałaby mu o filmie wideo. O wieczorze, do którego zmusił ją mąż.

Z mężczyznami.

Wieloma mężczyznami, którzy ją wykorzystali i upokorzyli.

Aż trudno uwierzyć, że jeszcze raz w życiu byłam w stanie oddać się dobrowolnie jakiemuś przedstawicielowi „silnej płci”, pomyślała, nasłuchując szumu prysznica, pod którym zniknął mężczyzna jej marzeń.

Zwykle to ona była osobą, która po „użyciu” jej przez „małżonka” całymi godzinami próbowała zmyć obrzydzenie z ciała. Teraz jednak rozkoszowała się cierpkim zapachem romansu na swojej skórze, zapachem, który najchętniej zachowałaby już na zawsze.

Odgłos prysznica ucichł.

– Miałabyś ochotę na coś jeszcze? – usłyszała jego zadowolony głos, dobiegający z łazienki po tym, jak chyba wyszedł spod prysznica.

– Straszną ochotę – odpowiedziała, choć nie miała pojęcia, jak wytłumaczy się mężowi z jeszcze późniejszego powrotu.

Przecież było już…

Spojrzała na zegarek na ręce, ale było za mało światła, by mogła coś dojrzeć. Poza wąskim promieniem, wpadającym do sypialni przez szparę w przymkniętych drzwiach łazienki, jedynym źródłem delikatnego światła był lekko wygięty sztylet samurajski z zielono połyskującą rękojeścią z macicy perłowej. Wisiał na ścianie sypialni, oświetlony przez dwa ledowe reflektorki, których przytłumione światło jeszcze bardziej potęgowało atmosferę nocy.

Sięgnęła po telefon komórkowy, a wtedy jej wzrok padł na listwę z przełącznikami, osadzoną bezpośrednio w stoliku nocnym.

– Na przykład na jakiś koktajl?

Nacisnęła pierwszy przycisk i zachichotała, bo jego funkcja była najwyraźniej inna, niż się spodziewała. Pod odrzuconym prześcieradłem ujrzała materac, który teraz rozświetlił się neonowoniebieskim blaskiem, co wyglądało, jakby leżała na dmuchanym materacu unoszącym się na wodzie w basenie.

Usiadła po turecku. Woda wypełniająca materac świeciła teraz tak jasno jak fluoroscencyjne wnętrze pałeczki świetlnej. W dodatku zaczęła jeszcze zmieniać kolory: z lazurowego na fluorescencyjny żółty, na oślepiający biały, na…

– A to co? – spytała.

Po cichu. Kierując pytanie bardziej do siebie, bo w pierwszej chwili była szczerze zdumiona. Pochyliła się do przodu, żeby spojrzeć poprzez romb utworzony przez skrzyżowane podudzia i krok.

O Boże…

Przerażona zakryła ręką usta i zaczęła gapić się na materac, na którym przed kilkoma minutami kochała się z mężczyzną.

Mam chyba halucynacje. Przecież to niemożliwe, żeby…

– A więc odkryłaś to – odezwał się jakiś obcy głos z lewej strony. Jakby nieznajomy, który właśnie pojawił się w drzwiach łazienki, trzymał w rękach pilota, którym można sterować natężenie grozy, łóżko pod nią rozbłysło krwistoczerwoną barwą. Widok, jaki się pod nią roztoczył, był tak przerażający, że najchętniej wydłubałaby sobie oczy.

Tak, odkryła to, choć nie miało to żadnego sensu. Jej rozum nie chciał zaakceptować tego okropieństwa choćby dlatego, że to, co ukazało się jej oczom, przekraczało wszelkie ludzkie pojęcie.

– Gdzie on jest?! Co z nim zrobiłeś?! – wykrzyknęła w kierunku obcego, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej, podczas gdy potwór w ludzkiej skórze podszedł do łóżka ze strzykawką w ręku i uśmiechając się wyniośle, powiedział:

– Zapomnij teraz o swoim kochanku. Sądzę, że nadszedł już czas, żebyś poznała mnie.

1

Jules Tannberg

Jules siedział przy biurku, myśląc o tym, że szum w jego uchu idealnie harmonizuje z krwią na ścianie.

Nie umiałby jednak wyjaśnić, skąd wzięło się to makabryczne skojarzenie. Być może stąd, że odgłos docierający przez słuchawki, które miał na uszach, przywodził na myśl płyn przepływający przez jakieś przewężenie.

Jak krew, która wypływa z tętnic konającego człowieka.

Krew, którą można wysmarować ściany sypialni, żeby zostawić światu wiadomość.

Jules odwrócił wzrok od telewizora, na którym w zbliżeniu pokazywane były czerwone, groteskowo duże cyfry, namazane na ścianie nad łóżkiem w sypialni ofiary zabójstwa. Podpis Kalendarzowego Mordercy. Pozdrowienie w stylu: „Byłem tu i możesz się tylko cieszyć, że się nie spotkaliśmy”.

Bo inaczej i ty leżałbyś na tym łóżku. Z zaskoczonym wyrazem twarzy i podciętym gardłem.

Obrócił się na krześle o mniej więcej dziewięćdziesiąt stopni w stronę biurka i telewizor zniknął z jego pola widzenia, co pomogło mu skoncentrować się na rozmowie telefonicznej.

– Halo, jest tam kto? – spytał już po raz trzeci, lecz ktokolwiek tam był, po drugiej stronie zakłócanego szumami połączenia, nadal nie odezwał się ani słowem.

Zamiast tego Jules usłyszał za plecami głos mężczyzny, który wydawał mu się znajomy, choć nie spotkał go jeszcze nigdy w życiu.

– Do tej pory znaleziono trzy kobiety zamordowane w swoich mieszkaniach – powiedział znany z widzenia obcy, który w regularnych odstępach troszczył się o to, żeby do ludzi zamkniętych w swoich czterech ścianach docierały najstraszniejsze przestępstwa z całych Niemiec.

Magazyn policyjny „Sprawy nierozwiązane”. Najstarszy program kryminalny w telewizji.

Jules zezłościł się, że nie może znaleźć pilota, żeby wyłączyć telewizor, na którym prawdopodobne wciąż było widać ostatnie miejsce zbrodni Kalendarzowego Mordercy.

Pokazywano właśnie powtórkę audycji z godziny 20.15, uzupełnioną o najnowsze wskazówki nadesłane przez telewidzów od czasu emisji w najlepszym czasie antenowym.

Gabinet w starym budynku w dzielnicy Charlottenburg był pokojem przejściowym pomiędzy jadalnią a salonem i podobnie jak reszta mieszkania miała imponująco wysokie ściany oraz pokryty sztukaterią sufit, na którym pierwsi mieszkańcy sto lat temu z pewnością mieli ciężkie żyrandole. Jules preferował przytłumione światło i dla niego nawet blask ekranu telewizora był zbyt jasny.

Bezprzewodowy zestaw, składający się z dwóch słuchawek połączonych drutem z tyłu głowy i mikrofonu przy ustach, umożliwiał mu swobodne przetrząsanie zawalonego gazetami i dokumentami biurka w poszukiwaniu pilota do telewizora.

Przypomniał sobie, że jeszcze niedawno trzymał go w ręku, a więc teraz pewnie leżał gdzieś tu, zagrzebany pod papierami.

– I na każdym z miejsc zbrodni ten sam przerażający widok. Data śmierci wypisana na ścianie krwią ofiary.

30.11

08.03

01.07

– Modus operandi, któremu Kalendarzowy Morderca zawdzięcza swoje przezwisko.

Pierwsza zbrodnia, od której za parę godzin miał upłynąć równo rok, już w listopadzie ubiegłego roku zagościła we wszystkich mediach.

Jules przerwał poszukiwania pilota, by wyjrzeć na ulicę przez duże, lekko łukowate okno ze szprosami, które opierało się śnieżnej zawiei. Po raz kolejny zdziwił się swoim brakiem pamięci do pogody. Potrafił zapamiętać najbardziej dziwaczne rzeczy, które słyszał tylko raz, jak na przykład legendy, że Hitchcock nie miał pępka albo że keczup w latach trzydziestych XIX wieku był sprzedawany jako lekarstwo. Nie był jednak w stanie przypomnieć sobie, jaka pogoda była zeszłej zimy.

Czy w pierwszym tygodniu adwentu w zeszłym roku padał już śnieg, tak jak teraz w przeważającej części Niemiec? Rekordowe lato z temperaturami sięgającymi prawie czterdziestu stopni przeszło niemal niezauważenie w okres chłodnej chlapy. Nie było wprawdzie bardzo zimno, przynajmniej w porównaniu z Grenlandią albo Moskwą, ale deszcz na zmianę ze śniegiem, miotany na wszystkie strony przez silny wschodni wiatr, sprawiał, że po pracy ludzie zmierzali najkrótszą drogą do domów. Albo do gabinetów laryngologów. A jednak wyjrzenie na zewnątrz miało w sobie coś uspokajającego, i to nie tylko w porównaniu do malunków pozostawionych przez Kalendarzowego Mordercę.

Świat za wysokim oknem wyglądał tak, jakby jakaś ekipa filmowa wystrzeliwała konfetti w światło latarni ulicznych dzielnicy Charlottenburg, żeby z dużym wyprzedzeniem zapewnić mieszkańcom cieszących się wielkim powodzeniem domów z końca XIX wieku, stojących wokół jeziora Lietzensee bożonarodzeniową atmosferę. Niezliczone płatki tańczyły w ciepłym stożku światła jak rój robaczków świętojańskich, by potem ulecieć ponad zamarzniętą powierzchnią jeziora w kierunku wieży telewizyjnej.

– Czy ktoś nie pozwala ze mną rozmawiać? – spytał Jules domniemanego rozmówcę. – Jeśli tak, to proszę zakasłać.

Jules nie był pewien, ale wydawało mu się, że usłyszał ciche sapnięcie – jak u biegacza, który zakrztusił się własnym oddechem.

Czy ten ktoś zakasłał?

Podkręcił jeszcze głośność na laptopie, przez który przechodziło połączenie. Mimo to wciąż docierał do niego głos prezentera. Jeśli nie znajdzie pilota, nie pozostanie mu nic innego, jak tylko wyciągnąć kabel telewizora z gniazdka.

– Długo się spieraliśmy, czy powinniśmy jeszcze raz tak wyraźnie pokazać państwu oryginalne ujęcia z miejsca zbrodni. Jednak nagrania te są jak na razie jedynym śladem, jakim dysponują śledczy w sprawie tak zwanego Kalendarzowego Mordercy. Jak państwo widzą…

Kątem oka Jules zauważył, że kamera robi najazd i krwawy napis na ścianie pojawia się w zbliżeniu. Tak dużym, że gruboziarnisty tynk wyglądał teraz jak krajobraz księżycowy, który seryjny morderca wykorzystał jako płótno.

– …cyfra 1 ma w górnej części zawijas, przez co liczba, którą sprawca pozostawił na ścianie w miejscu pierwszego morderstwa, przy odrobinie wyobraźni przypomina konika morskiego. Stąd też nasze pytanie: Czy rozpoznają państwo ten charakter pisma? Czy już się państwo kiedyś z nim zetknęli? Za wszelkie pomocne wskazówki…

Jules drgnął. Teraz było to wyraźne. Usłyszał coś na linii.

Chrząknięcie. Oddech. Nagle szum się urwał.

Przekazywane przez słuchawki tło dźwiękowe zmieniło się, jakby rozmówca przeszedł z tunelu aerodynamicznego w jakieś osłonięte miejsce.

– Nic nie zrozumiałem, więc zakładam, że coś pani lub panu grozi – powiedział Jules i w tym momencie znalazł na biurku pilota, schowanego pod prospektem kliniki zdrowia psychicznego Berger Hof – zdrowie w zgodzie z naturą.

– Cokolwiek się dzieje, proszę koniecznie pozostać na linii. Nie wolno się pani lub panu rozłączać. Pod żadnym pozorem!

Wyłączył telewizor i ujrzał własne odbicie w czerni płaskiego ekranu, który stał się teraz mrocznym zwierciadłem. Jules potrząsnął głową, niezadowolony ze swojej twarzy, nawet jeśli musiał przyznać, że wyglądał o wiele lepiej, niż się czuł. Bardziej na zdrowego niż chorego.

Było to zresztą od zawsze jego przekleństwem. Nawet cierpiąc na grypę żołądkową czy mając złamane serce, Jules sprawiał wrażenie kwitnącego okazu zdrowia. Jedynie Dajana nauczyła się w trakcie ich związku, jak go prawidłowo „czytać”. Przez długi czas pracowała jako dziennikarka freelancerka i dzięki swojej wyostrzonej empatii potrafiła skłonić osoby, z którymi przeprowadzała wywiady, by zdradzały jej od dawna tajone sekrety. To, czego potrafiła dokonać u obcych, udawało jej się oczywiście też u najbliższych.

Rozpoznawała u Julesa oznaki skrajnego wyczerpania, gdy po dwóch zmianach spędzonych w centrali alarmowej jego brązowe oczy lśniły o ton ciemniej lub jego wydatne wargi były nieco bardziej suche niż zwykle, ponieważ nie udało mu się tak pokierować przez telefon jakąś matką, żeby skutecznie reanimowała swoje dziecko. Wtedy Dajana bez słowa brała go w ramiona i masowała jego zesztywniały kark. Gdy leżeli na sofie i zanurzała twarz w jego gęstych, niesfornych włosach, potrafiła wręcz po zapachu wyczuć u niego ból żołądka, przemęczenie i jego często nawracającą głęboką melancholię. Być może analizowała go nawet, gdy spał, jego nerwowe drgawki, jego pomruki, Przytrzymywała go delikatnie za ramię i uspokajała, gdy krzyczał przez sen. Być może. Nie zdążył jej o to zapytać i nigdy już nie będzie miał okazji tego zrobić.

Teraz!

Tym razem był pewien. Rozmówca jęknął. Nie można było jeszcze rozpoznać, czy to mężczyzna, czy kobieta, ale nie ulegało wątpliwości, że ta osoba cierpiała z bólu, który starała się przetrzymać.

– Kto… kto mówi?

Wreszcie. Pierwsze pełne zdanie. I nie brzmiało tak, jakby ktoś przykładał rozmówczyni broń do głowy, chociaż nigdy nie wiadomo.

– Nazywam się Jules Tannberg – odpowiedział. Skoncentrował się i chwilę potem rozpoczął jedną z najbardziej intensywnych i brzemiennych w skutki rozmów w swoim życiu. – Połączyła się pani z Nocnym Powrotem. Jak mogę pani pomóc?

Odpowiedź o mało co nie rozerwała mu bębenków w uszach.

To był jeden, przeraźliwie rozpaczliwy krzyk.

2

Halo? Kto mówi? Proszę mi powiedzieć, jak mogę pani pomóc!

Krzyk zamarł.

Jules odruchowo sięgnął po długopis i blok papieru, żeby zanotować godzinę połączenia.

22.09.

– Jest pani tam jeszcze?

– Co… jak… yyy, nie, ja…

Odgłosy ciężkiego oddechu. Szybkiego, zrozpaczonego.

– Bardzo mi przykro, ale…

Bez wątpienia głos kobiety.

Połączenia od mężczyzn były wyjątkiem. Nocny Powrót był usługą, z której korzystały głównie kobiety, kiedy wracając nocą do domu, musiały przemierzać puste parkingi piętrowe, bezludne ulice, a nawet ciemny las. Bo albo do późna pracowały, albo uciekały z jakiejś okropnej randki, czy też nie miały już dłużej ochoty brać udziału w imprezie, na której zostały jeszcze ich przyjaciółki.

Nagle pozostawione same sobie, w porze, kiedy niezręcznie byłoby budzić śpiących już smacznie krewnych, niekiedy zaczynały odczuwać w ciemnościach wielki strach: przy przechodzeniu przez puste parkingi, w słabo oświetlonych przejściach podziemnych, idąc pochopnie wybranymi skrótami wiodącymi przez opuszczone okolice. Odczuwały wówczas potrzebę, żeby był przy nich jakiś towarzysz drogi, ktoś, kto poprowadziłby je bezpiecznie przez noc, ktoś, kto w razie czego będzie znał ich dokładną lokalizację i będzie mógł szybko wezwać pomoc, co prawdę mówiąc, w całej historii Nocnego Powrotu zdarzyło się zaledwie kilk razy.

– Muszę… już kończyć… – powiedziała, a Jules zaczął się obawiać, że przestraszył ją jego głęboki głos. Dlatego jeśli nie chciał jej stracić, musiał działać szybko.

– Czy wolałaby pani połączyć się z osobą płci żeńskiej, z kobietą? – spytał, dobrze wiedząc, że „płci żeńskiej” i „kobietą” to całkowicie bezsensowne masło maślane. Wyczuwał jednak, że rozmówczyni (zanotował sobie: nieco po trzydziestce) ma duże problemy z koncentracją, i dlatego starał się wyrażać tak prosto i jednoznacznie, jak to tylko możliwe. – Doskonale rozumiem, że może pani nie chcieć rozmawiać z mężczyzną.

Jak z reguły większość ludzkich obaw, strach odczuwany przez osoby szukające pomocy w Nocnym Powrocie był często bezpodstawny. Zarówno jednak strach wywołany konkretnym zdarzeniem (jak głupie zaczepki jakiegoś pijaka na stacji metra), jak i ten zrodzony z czystego urojenia – zwykle wiązał się z osobnikami płci męskiej. Dlatego dla Julesa było całkowicie zrozumiałe, gdy jakaś kobieta nie miała ochoty rozmawiać z przedstawicielem akurat tej płci, która była w sumie powodem jej strachu, choćby był to strach najbardziej nawet nieracjonalny.

– Mam panią przełączyć? – spytał raz jeszcze i wreszcie uzyskał odpowiedź, choć była ona raczej mało zrozumiała:

– Nie, nie, nie o to chodzi. Ja… po prostu nie zauważyłam.

Sprawiała wrażenie przestraszonej, ale nie spanikowanej. Tak jakby już kiedyś odczuwała o wiele silniejszy strach.

– Czego pani nie zauważyła?

– Że zadzwoniłam do pana. Musiało się to stać podczas wspinaczki.

Wspinaczki?

Szum na linii, który niewątpliwie był efektem wiatru, znów przybrał na sile, ale na szczęście nie był już tak intensywny jak na początku. Rozmówczyni bez wątpienia znajdowała się na zewnątrz.

Papier Julesa zapełnił się pytaniami:

Jaka przestraszona kobieta wspina się w środku nocy? W zadymce śnieżnej?

– Jak pani na imię? – spytał.

– Klara – odpowiedziała. Jej głos zabrzmiał tak, jakby wystraszyła się, że nieopatrznie wymsknęło się jej imię.

– Okej. Klaro, czy chce pani przez to powiedzieć, że zadzwoniła pani do nas przez pomyłkę?

Użył słowa „nas”, ponieważ wyobrażenie, że reprezentuje on cały zespół, budziło w dzwoniących zaufanie, a poza tym rzeczywiście w Nocnym Powrocie pracowało wielu ochotników. Akurat dzisiejszej nocy, w sobotę, w godzinach szczytu na linii, w Berlinie siedziało przy laptopach czterech wolontariuszy, którzy czekali na połączenia przychodzące z całego kraju od godziny dwudziestej drugiej do czwartej nad ranem. Z tym że nie siedzieli oni w jednym pomieszczeniu biurowym, jak to miało miejsce w centrali alarmowej straży pożarnej, dawnym miejscu pracy Julesa.

Dzięki odpowiedniemu oprogramowaniu, przekierowującemu połączenia przychodzące do któregoś z wolnych akurat wolontariuszy, każdy z nich mógł zająć się przestraszonymi, samotnymi, a często również zdezorientowanymi kobietami, siedząc wygodnie we własnym domu. Odkąd informacja o tej nowej, finansowanej z dobrowolnych datków usłudze rozeszła się jak wirus po mediach społecznościowych, liczba przychodzących połączeń stale rosła, chociaż nie było tak, żeby telefony Nocnego Powrotu dzwoniły bez ustanku.

Ochotnicy mogli w międzyczasie zajmować się również swoimi własnymi sprawami, jak oglądanie Netflixa, słuchanie muzyki czy czytanie. A dzięki bezprzewodowym zestawom słuchawkowym nawet po odebraniu połączenia można się było swobodnie poruszać po mieszkaniu. Wielu leżało w łóżku, niektórzy nawet w wannie. Przypuszczalnie tylko nieliczni siedzieli tak jak Jules przy biurku, ale stanowiło to jego przyzwyczajenie, które pozostało mu ze starej pracy. Chociaż rozmawiając już potem przez telefon, lubił się przechadzać, na początku rozmowy potrzebował stałej procedury.

Najchętniej wpisałby wszystkie informacje przekazywane przez rozmówczynię w odpowiednie pola formularza komputerowego, ale to nie miało wiele sensu. Inaczej niż wcześniej, kiedy pracował w telefonie alarmowym 112, nie musiał teraz wysyłać wozów interwencyjnych z odpowiednim dla danego wypadku wyposażeniem. Nie widział też na monitorze przed sobą cyfrowego planu miasta, ukazującego przybliżone miejsce pobytu osoby wzywającej pomocy. Mimo to siedząc przy biurku, Jules czuł, że jest lepiej zorganizowany. Dawało mu ono jakieś oparcie, gdy odbierał telefon.

– Tak. Musiałam niechcący wyłączyć blokadę ekranu – wyjaśniła Klara. – Moja komórka sama się połączyła. Przepraszam za kłopot, nie chciałam do pana dzwonić.

Numer z listy – zanotował Jules. To nie był pierwszy raz, gdy Klara się bała. Ani też drugi czy trzeci. Musiała wcześniej całkiem często odczuwać strach, skoro numer Nocnego Powrotu zapisała w ulubionych.

– Jeszcze raz przepraszam, wybrałam nie ten numer. Najlepiej, jeśli teraz… – Klara najwyraźniej chciała zakończyć rozmowę, a do tego Jules nie mógł dopuścić.

Wstał od biurka. Stary parkiet, porysowany przez niezliczone buty, przesuwane meble i upadające na ziemię przedmioty, zaskrzypiał zmęczony pod jego sneakersami.

– Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale ma pani taki głos, jakby potrzebowała pani pomocy.

– Nie – odpowiedziała Klara, o ułamek sekundy za szybko. – Na to jest już za późno.

– Co ma pani na myśli?

Usłyszał jęk, tak wyraźny w słuchawkach, że przez chwilę miał wrażenie, jakby dochodził z korytarza obok.

– Na co jest za późno?

– Mam już kogoś, kto mi towarzyszy i nie potrzebuję nikogo więcej.

– A więc nie jest pani sama?

Wiatr po drugiej stronie linii znów przybrał na sile, ale nie był w stanie zagłuszyć głosu Klary.

– Przez ostatnie tygodnie nie byłam ani przez chwilę sama.

– Kto był z panią?

Klara odetchnęła ciężko i powiedziała:

– Nie zna go pan. Co najwyżej uczucie, które wywołuje. – Głos jej się załamał. – Strach przed śmiercią.

Czy ona płacze?

– Boże, tak mi przykro – stwierdziła, ze wszystkich sił starając się opanować, i dodała szybko, żeby Jules nie zdążył zapytać, co ma na myśli: – Musimy kończyć. On nie uwierzy, że to była pomyłka. Że źle wybrałam numer. Cholera. Jeśli się dowie, że tu zadzwoniłam, przyjdzie i do pana.

– Po co?

– Żeby i pana zabić – stwierdziła Klara i tym makabrycznym proroctwem wywołała u Julesa poczucie déjà vu.

3

Cztery godziny wcześniej

Jeśli to sknocisz, to już nie żyjesz – zażartował Cezar, ale jego chichot zamarł, gdy po zakłopotanej minie Julesa zorientował się, że swą grubiańską uwagą posunął się za daleko. – Przepraszam, sorry, to było niesmaczne.

Magnus Kaiser, czule nazywany przez przyjaciół Cezarem, spojrzał z zawstydzeniem na swojego wieloletniego najlepszego przyjaciela.

Jules, który stał obok jego biurka, pokręcił tylko głową i obojętnie machnął ręką.

– Ile razy ci już mówiłem, żebyś mnie nie traktował jak zgniłe jajo? Nic mi to nie pomoże, jeśli będziesz się zastanawiał nad każdym słowem.

– Mimo wszystko jednak słowa takie jak śmierć, umieranie czy morderstwo nie powinny być w twojej obecności oczywistością. – Cezar westchnął i wskazał na laptop z zainstalowanym oprogramowaniem do obsługi Nocnego Powrotu, który przyniósł ze sobą. – Posłuchaj, może to jednak głupi pomysł. Nie powinieneś bawić się przez cały weekend z niezrównoważonymi psychicznie osobami.

– Masz po prostu wyrzuty sumienia, że z nikim tego nie uzgodniłeś. Ale nie przejmuj się, nikt się nie dowie. Ogarnę ten Nocny Powrót za ciebie, nie zajmuj już sobie tym głowy.

Cezar nie wyglądał na przekonanego. W rzeczywistości sprawa była nieco śliska, bo Jules nie powinien ot tak, po prostu zajmować jego miejsca – laptop z oprogramowaniem był przecież własnością stowarzyszenia i mógł być przekazywany tylko w obrębie ściśle określonego grona osób. Nie było to całkiem w porządku, że Cezar bez uzgodnienia z kimkolwiek angażował w to przyjaciela.

– Znajdę kogoś innego, kto przejmie moją zmianę… – zaczął, ale Jules zdusił jego protest w zarodku, zanurzając dłoń w blond włosach przyjaciela, które ten wciąż nosił długie i kręcone, w stylu surferów. Choć przecież minęły całe wieki, odkąd Cezar ostatni raz widział morze, a na swojej ukochanej desce już nigdy w życiu nie będzie pruć przez fale.

– Ile razy będziemy to jeszcze maglować? Która to twoja randka od miesięcy?

Cezar pokazał mu środkowy palec, na którym na pierwszym roku prawa wytatuował sobie paragraf. Dziś tego żałował, gdyż z tego powodu jego kandydaturę odrzuciły duże kancelarie adwokackie i teraz był skazany na przypadkową klientelę w zajmującej się wszystkim po trochu firemce.

– No właśnie, twoja pierwsza – stwierdził Jules. – A ile punktów na swojej skali, od jednego do dziesięciu, dajesz tej Ksantypie?

– Ma na imię Ksenia i z pewnością zasługuje na dwanaście. A ja nie jestem jedyny w naszej grupie samopomocowej, który na nią leci. – Cezar spojrzał nerwowo na swojego rolexa, model Submariner, z którym nigdy nie nurkował i prawdopodobnie nigdy już tego nie zrobi. Czasy, w których Cezar zasługiwał na swoje przezwisko i w każdej dyscyplinie sportu był najlepszy, minęły ostatecznie dobry rok temu. Dzisiaj można było odnieść wrażenie, jakby nawet pielęgnacja zarostu stanowiła dla niego nie lada wyzwanie. Broda Cezara z pewnością od tygodnia nie widziała maszynki, przez co wyglądał o wiele starzej niż na swoje trzydzieści sześć lat.

– To na co jeszcze czekasz? – ponaglił go Jules. – Zabieraj się z mojego mieszkania i powiedz to kobiecie swoich marzeń. – Chwycił za rączki wózka inwalidzkiego Cezara, jednak ten złapał za hamulce, przez co nie mógł go ot tak, po prostu odsunąć od biurka.

– Naprawdę mam złe przeczucia – powiedział cicho Cezar i podniósł głowę. Spojrzał przy tym swoimi błękitnymi oczami na wskroś przez Julesa, tak jakby go wcale nie było w pokoju.

To spojrzenie człowieka śniącego na jawie, wprawiające w zakłopotanie wszystkich, którzy nie znali Cezara, pojawiało się u niego wielokrotnie w ciągu dnia, i to pozornie bez powodu. Wyglądał wtedy na całkowicie nieobecnego duchem, ale Jules dobrze wiedział, że w tych chwilach jego przyjaciel ma przebłyski największej świadomości. Uświadamiał sobie wtedy z całą mocą, że nigdy już nie będzie mógł chodzić, bo alkoholik, który potrącił go na parkingu przed drive-in McDonalda, nie wsiądzie nagle do maszyny czasu, by cofnąć skutki jazdy po pijanemu.

– Spokojnie, stary. Przez całe lata w numerze sto dwanaście miałem do czynienia z najdziwniejszymi telefonami. Dam radę uspokoić parę przewrażliwionych osób.

– Nie w tym rzecz.

– A w czym?

– Że właśnie ty, Jules. Po wszystkim, co ci się zdarzyło. Akurat ty powinieneś trzymać się z dala od ludzi w sytuacji zagrożenia.

– To znaczy ludzi takich jak ty? – Jules uklęknął na wprost wózka inwalidzkiego, żeby móc spojrzeć swojemu najlepszemu przyjacielowi prosto w oczy.

– Co masz na myśli?

– Naprawdę masz randkę?

Zbitemu z tropu nagłą zmianą tematu Cezarowi łzy napłynęły do oczu.

– Jesteś moim najlepszym przyjacielem?

– Od podstawówki.

Był tylko jeden taki okres, gdy starali się nie wchodzić sobie w drogę, ale to działo się w jedenastej klasie, gdy obaj zakochali się w tej samej dziewczynie. Jednak nawet ten kryzys udało im się przetrwać. Na koniec Cezar i Dajana stali się bliskimi przyjaciółmi, choć szkolna piękność wybrała jednak Julesa.

– Gdybym był gejem, ożeniłbym się z tobą – zażartował Jules.

– To mnie więcej nie wypytuj, dobrze?

Jules wstał i podniósł ręce do góry, jakby chciał pokazać, że jest nieuzbrojony.

– Ale nie zrobisz nic głupiego? – spytał Cezara, który obrócił się na wózku i ruszył w kierunku korytarza.

„Któregoś dnia nie wytrzyma”, prorokowała Julesowi Dajana. „Cezar nie miał wystarczająco silnej woli, żeby jako gracz w koszykówkę rzucić palenie, więc jak ma dać sobie radę z porażeniem poprzecznym?”

– Powiesz mi, jakie są twoje prawdziwe plany na dziś wieczór?! – zawołał za Cezarem.

W odpowiedzi jego najlepszy przyjaciel rzucił zaczerpniętym z Top Gun cytatem Toma Cruise’a, którym obaj żartobliwie posługiwali się od czasów szkolnych.

– Mógłbym ci powiedzieć, Jules, ale wtedy musiałbym cię zabić.

4

Mnie zabić?, pomyślał Jules i powtarzał sobie ostatnie zdania, jakie usłyszał od Klary przez telefon: „Musimy kończyć. On nie uwierzy, że to była pomyłka. Że źle wybrałam numer. Cholera. Jeśli się dowie, że tu zadzwoniłam, przyjdzie i po pana”.

Żeby mnie zabić?

Choć nie traktował poważnie tego, że jest w niebezpieczeństwie, Jules poczuł nieprzyjemny, nerwowy niepokój. Tak jak w sennym koszmarze szkolnym, w którym wciąż od nowa stawał przed komisją, żeby zdawać egzamin, do którego się w ogóle nie przygotował.

– Co pani ma na myśli? – zapytał Klarę i poprawił sobie zestaw słuchawkowy na głowie. – Dlaczego ktoś miałby do mnie przyjść, żeby mnie zabić?

I o kim my w ogóle mówimy?

– Przykro mi, że to powiedziałam, ale to prawda. Gdy on tylko się dowie, że się skontaktowaliśmy, zacznie pana szukać, żeby i pana wyeliminować.

On?

Jules odczuł nagłą potrzebę ruchu. Jakby bezwiednie ruszył przez gabinet i salon w kierunku korytarza.

– Zrobiła pani to, co należało, dzwoniąc do Nocnego Powrotu – pochwalił ją, żeby wzbudzić jej zaufanie i nieco ją uspokoić.

Jak zwykle w mieszkaniach z końca XIX wieku, znajdujących się w pobliżu jeziora Lietzensee, wąski korytarz łączył kuchnię z jednej strony z salonem na drugim końcu. Aby pokonać drogę między nimi, która prowadziła obok drzwi do sypialni dzieci, rodziców i gości, a także spiżarni i schowka na sprzęty gospodarstwa domowego, najlepiej byłoby użyć roweru lub przynajmniej deskorolki – tak długie wydawało się to ciasne przejście.

Jules wiedział, że powinien teraz ważyć każde słowo, starając się unikać jakichkolwiek negatywnych wyrażeń, o ile chciał utrzymać połączenie z nieznajomą. Z drugiej strony wcale nie był już pewien, czy to na pewno mądra strategia. Przecież Klara właśnie dała mu do zrozumienia, że on sam znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Co oczywiście brzmiało absurdalnie, ale jednak nie do końca jak kompletne szaleństwo – i to dopiero zmartwiło Julesa.

Mniej doświadczony wolontariusz pomyślałby pewnie, że Klara ma nierówno pod sufitem. Że to pacjentka, która cierpi na urojenia, a której w jakiś sposób udało się zadzwonić z telefonu w ośrodku zamkniętym, co nie zdarzało się wcale tak rzadko.

Jednak jej głos nie zdradzał żadnych oznak zamulającego wpływu lekarstw, a użyte sformułowania oraz melodia głosu nie sprawiały wrażenia, jakby zostały uformowane przez dziesiątki sesji terapeutycznych.

Jules czuł, że obawy Klary mają racjonalny fundament. I chciał do niego dotrzeć.

– Gdzie pani jest w tej chwili? – spytał po krótkim zastanowieniu.

Najważniejsze ze wszystkich pytań, które stawiał na samym początku tysiącom rozmówców, gdy jeszcze pracował w kwaterze głównej berlińskiej straży pożarnej w dzielnicy Spandau. Dwadzieścia cztery stanowiska pracy, każde wyposażone w pięć monitorów, cztery tysiące telefonów dziennie, z których połowa kończyła się interwencją. Wielki pożar w dzielnicy Marzahn, udar w centrum miasta, przedwczesny poród w dzielnicy Lichtenrade. Nikomu nie da się pomóc, jeśli dzwoniący nie powie, dokąd mają jechać wozy strażackie lub karetki. W przypadku telefonu z komórki można było wprawdzie ograniczyć to miejsce do okolicy najbliższego masztu nadawczego, ale w dzielnicach peryferyjnych mogło to oznaczać obszar o średnicy kilku kilometrów.

– Dlaczego chce pan wiedzieć, gdzie jestem?

– Żeby pani pomóc.

– Nie słuchał pan, co powiedziałam? Już po mnie. Niech pan się rozłączy, żeby uratować przynajmniej samego siebie.

Zacisnął mocno oczy – nieświadomy odruch, gdy się koncentrował.

– A więc ktoś pani zagraża. Mężczyzna, jak przypuszczam. Czy jest teraz gdzieś w pobliżu?

– Jest zawsze przy mnie. – Klara zaśmiała się smutno. – Nawet jeśli nie jestem w stanie go zobaczyć.

W mieszkaniu Julesa panowała cisza. Jedynym odgłosem było brzęczenie starej lodówki, ale w trakcie długiej drogi wzdłuż korytarza dźwięk tracił mocno na intensywności i dlatego Jules mógł sobie wyrobić akustyczne wyobrażenie na temat otoczenia Klary. Jej buty skrzypiały na żwirowej alejce, słychać było szum liści, a więc droga była otoczona drzewami. Pojedyncze auto przyspieszyło gdzieś w tle, okolica była więc pusta, ale nie całkiem opuszczona.

– Muszę kończyć.

– Proszę mi powiedzieć, jak mogę pani pomóc.

– Nie słuchał mnie pan. Mnie już nie można pomóc. Niech pan teraz myśli o sobie.

Klara mówiła teraz bardziej zdecydowanie, niemal pouczającym tonem.

– Czy to jakiś żart? – spytał Jules. – A może chce mnie pani nastraszyć?

– Ależ skąd, nie. Jestem jak najdalsza od czegoś takiego.

– To proszę mi powiedzieć, co się dzieje.

Cisza.

Tak intensywna, że Jules zaczął słyszeć lekki szum w prawym uchu. Brzęczenie, które mu zawsze towarzyszyło, choć czasem zapominał o nim na całe tygodnie, aż coś wprawiło go w zdenerwowanie lub wzburzenie. Wyglądało na to, że ten dźwięk, podobny do bzyczenia komara mógł wywoływać i wzmagać negatywne emocje.

– Czy odczuwał pan kiedyś strach tak wielki, że każdą komórkę pańskiego ciała wypełniał ból? – spytała go.

Bzyczenie komara w jego przewodzie słuchowym zeszło na dalszy plan, podczas gdy Jules próbował znaleźć odpowiedź na postawione pytanie.

Zamknął oczy, odcinając w ten sposób słabe światło nocnej lampki na korytarzu, ale całkowita ciemność pod powiekami niemal natychmiast ustąpiła o wiele za wesołemu i kolorowemu wspomnieniu.

Było znów lato, trzydzieści dwa stopnie w cieniu. W powietrzu wisiał zapach zbliżającej się do miasta burzy. Jules przełknął ślinę. Nie chciał znów o tym myśleć, ale minęła już godzina, odkąd robił to ostatni raz, co w jego przypadku było dość niezwykłe. Zazwyczaj w każdej wolnej minucie myślał o tej chwili, w której utracił wszystko.

– Pyta pani, czy odczuwałem kiedyś taki strach, że chciałem sobie zedrzeć skórę z ciała, bo bałem się, że spłonę od środka?

– Tak – potwierdziła Klara.

I wtedy Jules już wiedział, że ona się jednak nie rozłączy. Nie zrobi tego tak długo, dopóki on nie skończy jej opowiadać o swoim najstraszniejszym przeżyciu. Takim, które do dziś sprawiało, że wolałby już nie żyć.

5

Trzy i pół miesiąca wcześniej

Mówiło się, że wystarczy spędzić w tym miejscu godzinę, by nie móc już nigdy beztrosko jeździć ulicami Berlina. Wizja miasta zmieni się już na zawsze, nabierając – do wyboru – chorego, brzydkiego lub budzącego litość wyrazu. A przecież widok samego centrum alarmowego raczej uspokajał: duże pomieszczenie wielkości hali magazynowej, przypominające centrum kontroli jakiegoś poligonu rakietowego, wyposażone w dwadzieścia cztery stanowiska komputerowe, przy których siedzieli umundurowani strażacy, gapiący się – jak Jules – w monitory z planem Berlina i jednocześnie wypełniający formularze odpowiadające każdemu ze zdarzeń.

Jules jednak nie miał teraz czasu, żeby przechodzić ze spanikowanym rozmówcą przez pytania z jakiejś standardowej listy. Instynktownie zajmował się tylko tymi punktami, które, jak wiedział ze szkoleń, były niezbędne w tej sytuacji.

Jednej z najbardziej koszmarnych, z jakimi w ogóle można się było zetknąć podczas służby w centrali.

Płeć: męska

Wiek: 4 do 7

Stan: krytyczny.

– Ma pan jeszcze kontakt głosowy z chłopcem?

– Nie, już ani pisnął. Ile to jeszcze potrwa? – Rozmówca, który przedstawił się jako Michael Damelow, miał taki głos, jakby właśnie wbiegł na górę po stromych schodach. A przecież stał w korytarzu nowego mieszkania przy Brandenburgische Strasse i gapił się na zamknięte drzwi do pokoju.

Numer siedemnaście, czwarte piętro. Pali się. Musicie się pospieszyć!

– Ratownicy są już w drodze – poinformował Jules śmiertelnie przestraszonego mężczyznę. Jego wzrok powędrował ku wielkiemu zespołowi monitorów, który zajmował prawie cały szczyt hali. Na cyfrowej mapie zaznaczone były miejsca, gdzie aktualnie działo się w Berlinie coś groźnego. W tym momencie poza zwykłym dla piątkowego popołudnia szaleństwem godzin szczytu na ulicach nie było widać żadnych szczególnych zdarzeń.

Jeśli nie liczyć wypadku na obwodnicy.

Jules spojrzał szybko na monitor po lewej. Sygnał GPS wskazywał, że za trzy minuty straż pożarna będzie na miejscu.

– Okej, to ja już spadam.

– Nie, niech pan poczeka – zażądał Jules od kuriera. Biedny facet miał właściwie dostarczyć paczkę (państwo Haubach, Brandenburgische Strasse 17, 4. piętro) i najpierw zaniepokoił go tylko swąd dymu. Potem zaskoczyła go goła stopa kobiety, którą zobaczył, gdy zajrzał do przedpokoju przez dziwnym trafem otwarte drzwi do mieszkania. A potem ujrzał krew.

– Stary, boję się, że to wszystko tutaj eksploduje.

– Czy dym cały czas wydobywa się spod drzwi?

– Tak, cały czas.

Jules zabębnił palcami w brzeg klawiatury. Zgodnie z podręcznikiem powinien się zgodzić z Damelowem, a nawet nakazać mu opuścić miejsce zdarzenia. Żadna postronna osoba nie powinna otwierać drzwi do pokoju dziecięcego, w którym jest pożar, a tym samym narażać się na niebezpieczeństwo.

Jednak Jules nie mógł też zignorować zamkniętego chłopca.

– Boże, on drapie w drzwi! – jęknął kurier. Jego głos brzmiał głucho, jakby mówił przez nos, bo przytykał zmoczoną ścierkę do nosa i ust. Wziął ją z łazienki, jak mu polecił Jules. Posyłanie go tam było jednak błędem. Wyłożona płytkami podłoga wyglądała tak, jakby zarżnięte zwierzę wyszło z wanny wypełnionej krwią. Wszystko wskazywało na to, że kobieta usiłowała odebrać sobie życie i z podciętymi żyłami dała jeszcze radę wyczołgać się na korytarz.

– Co pan powiedział? – dopytywał się Jules.

– Chłopiec drapie. Od środka. W drzwi.

Jules zamknął oczy i ujrzał umierającego chłopca, który w daremnych próbach uwolnienia się ryje paznokciami głębokie rysy w drewnie zamkniętych na głucho drzwi.

– Jest pan pewny, że drzwi nie da się otworzyć?

– Nie, no jasne, jestem trochę stuknięty! – Głos Damelowa załamał się. – Przecież te drzwi są pewnie otwarte na oścież. A to ciało, nad którym przechodziłem w przedpokoju, to pewnie nie żaden trup, tylko lalka. No i…

– Już dobrze, proszę się uspokoić!

Kurier kasłał i krzyczał jednocześnie:

– Dobrze panu mówić! To nie pan stoi w kałuży krwi przed dymiącym pokojem dziecięcym.

– Proszę popatrzeć na inne drzwi. Są w nich jakieś klucze?

– Że co?

– Klucze do drzwi. Często jest tak, że każdy pasuje do wszystkich drzwi w mieszkaniu.

– Chwila. Nie. Tutaj… mam.

Jules słyszał kroki. Buty piszczące na linoleum lub na panelach podłogowych.

– Co pan ma?

– Był jeden klucz.

– To niech pan spróbuje.

– Okej, chwila.

Kolejny odgłos silnego kaszlu.

Skoro kurier miał już w korytarzu takie problemy z oddychaniem, to w pokoju dziecięcym musiało być jak w kominie.

– Drapanie ustało – powiedział Damelow.

– Nieważne. Czy klucz pasuje?

– Co? Tak. Ale nie mam odwagi. Czy ogień nie dostanie porcji tlenu, jeśli otworzę drzwi?

– Nie – skłamał Jules.

– Nie, no nie wiem. Nie mam odwagi. Lepiej stąd wyjdę…

Wzrok Julesa powędrował w lewo, w kierunku monitora, na którym zaznaczona była pozycja zaangażowanego w akcję wozu strażackiego.

– Proszę się nie rozłączać – polecił kurierowi i połączył się z dowódcą zespołu ratowników.

Ten natychmiast odebrał.

– Halo?

– No, gdzie jesteście?

– Na miejscu – stwierdził zdenerwowany dowódca grupy. – Ale tu nic nie ma.

Komar mieszkający w nawiedzanym przez dokuczliwy szum uchu Julesa zameldował się z całą siłą.

– Jak to nic nie ma?

– W każdym razie żadnego zagrożenia. U państwa Haubach wszystko w porządku, jeśli pominąć strach, jakiego im napędziliśmy.

Kątem oka Jules zobaczył, że pod ścianą z monitorami kierownik zespołu naradza się ze swoim zastępcą. Z pewnością od dawna przysłuchiwali się rozmowie.

– Rozmawiałeś z rodziną? – spytał przebywającego na miejscu dowódcę grupy.

– Z ojcem, matką, córką. Wszyscy zdrowi.

Z córką?

– Chwila…

Czyżby ten drań zrobił mnie w jajo?

Rozgniewany przełączył się znowu na rozmowę z domniemanym kurierem. Wcale by się nie zdziwił, gdyby ten tymczasem już się rozłączył, ale Michael Damelow wciąż był na linii.

– Gdzie pan jest? – spytał Jules.

– Mówiłem już. Na Brandenburgischen Strasse.

– Nie, tam pana nie ma – stwierdził Jules i poinformował go o tym, co właśnie mu doniósł kolega.

– To niemożliwe… o Boże… przepraszam… – zaczął się jąkać Damelow.

– Co?

– W tym zamieszaniu, ja… ja…

– Spokojnie. Proszę głęboko oddychać. Co się z panem dzieje? – Jules przewrócił oczami.

Martwa kobieta. Płonący pokój. Wołające o pomoc, drapiące w drzwi dziecko. A do tego jeszcze spanikowany świadek…

– …podałem panu poprzedni.

– Poprzedni adres dostawy?

– Właśnie. Jestem już gdzie indziej.

– Gdzie–dokładnie–pan–jest?

Wymagało to od Julesa dużego opanowania, żeby się na niego nie wydrzeć. Facet potrzebował dłuższej chwili, zanim wreszcie podał właściwy adres.

– Prinzregentenstrasse dwadzieścia cztery. Trzecie piętro. Dziesięć siedemset piętnaście Berlin.

Jules trzy razy prosił go o powtórzenie adresu.

Za pierwszym razem przestał oddychać. Za drugim razem stanęło mu serce. Za trzecim był już martwy.

Martwy w środku, jak zombie, który wciąż się rusza i mówi, zrywa się z miejsca, zrzuca z głowy zestaw słuchawkowy i patrzy jak niespełna rozumu w twarze gapiących się na niego kolegów.

Ale już nie żyje.

Już nie jest taki jak ludzie wokół niego.

– Jules! – usłyszał krzyk kierownika zespołu pędzącego w jego stronę, ale był już nie do zatrzymania. Strząsnął z siebie ręce kolegi, odepchnął na bok przełożonego i pognał schodami w dół. Oślepły z paniki, ogłuchły z przerażenia, wskoczył do swojego samochodu stojącego na parkingu przed centralą alarmową i ruszył przed siebie.

Pod adres:

Prinzregentenstrasse 24.

Trzecie piętro.

10715 Berlin.

Do swojego mieszkania.

6

Klara

Teraz

Czy odczuwał pan kiedyś strach tak wielki, że każdą komórkę pańskiego ciała wypełniał ból?

– Pyta pani, czy odczuwałem kiedyś taki strach, że chciałem sobie zedrzeć skórę z ciała, bo bałem się, że spłonę od środka?

– Tak.

Po tej wymianie zdań jej telefoniczny rozmówca milczał przez niepokojąco długi czas i przez chwilę Klara nie była wcale pewna, czy Jules się nie rozłączył.

Potem się jednak odezwał:

– Proszę wybaczyć, ale właśnie przypomniało mi się coś bardzo traumatycznego w moim życiu. W dodatku wydarzyło się to nie tak dawno.

Klara zatrzymała się i skuliła, dociskając lewą rękę do boku, żeby złagodzić kłucie w okolicach śledzony, a przecież nie szła wcale tak szybko.

Nawet jeśli miała w biodrach parę kilogramów za dużo, czego Martin nigdy nie omieszkał jej wypomnieć („Przynajmniej twoje sarnie oczy nie zarosły tłuszczem, jedyne, co w tobie jeszcze jest ładnego”.), to nie wysiłek fizyczny ją wykończył, lecz doświadczenie własnej śmierci, na krótko zanim komórka w jej kieszeni się usamodzielniła i wybrała numer Nocnego Powrotu. Rozmowa z empatycznym nieznajomym o bardzo miło brzmiącym głosie odebrała jej resztkę pozostałych sił, których w zasadzie potrzebowała na coś o wiele ważniejszego. Sama nie wiedziała, dlaczego w ogóle jeszcze z nim rozmawia.

– Bardzo dobrze znam stan, który pani opisuje – oznajmił Jules po kolejnej przerwie, a ona niemal fizycznie odczuła, że coś mu leżało na sercu. Coś, co tak bardzo go obciążało, że już nigdy w życiu nie będzie w stanie zrzucić z siebie tego ciężaru. Słowa Julesa poruszyły w jej duszy strunę, o której myślała, że już na zawsze pozostanie nieruchoma, a być może jest nawet zerwana.

Głos Julesa, o ile było to jego prawdziwe imię (on sam wymawiał je „Dżuls”), brzmiał… szczerze. Nie potrafiła znaleźć na to innego słowa, jednak wcale nie była też pewna, czy jej zmysły – tu, w ciemności – nie płatają jej figla. Być może był on tylko aktorem, który nosił swój uspokajający głos jak maskę i używał go tak, że trzeba było mu się wierzyć we wszystko, choćby to było całkiem nieprawdopodobne.

– Nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. – Klara znów się wyprostowała i zdjęła gumkę, którą wcześniej były związane jej gęste brązowe loki, choć wiedziała, że ucisk w jej głowie nie był spowodowany mocno zaplecionym warkoczem.

Wciągnęła do płuc świeże, wilgotne leśne powietrze. Gałęzie gęsto rosnących sosen tworzyły nad nią naturalny baldachim chroniący przed śniegiem. Wiatr przestał na chwilę wiać i zrobiło się trochę cieplej, ale ona nie przestawała dygotać. Narzucona w biegu przed wyjściem na norweski sweter kurtka oraz już przemoczone i porwane dżinsy nie dawały wystarczającej ochrony przed zimnem. Nie było to odpowiednie ubranie nawet na jesienny spacer.

Spacery, pomyślała z pewną dozą melancholii, przez którą sama siebie nie cierpiała. Przez trzydzieści cztery lata życia stanowczo zbyt mało spacerowałam. Sądziłam, że to zwykła strata czasu, tak po prostu iść przed siebie, bez konkretnej potrzeby, bez określonego celu, gdzie byłoby coś do załatwienia. A teraz stoję tutaj, zakrwawiona i z mniejszą nadzieją niż skazany na śmierć w chwili przypinania do krzesła elektrycznego. I żal mi tych wszystkich spacerów po lesie, na które nigdy nie chciałam chodzić.

– Mój strach nie podpada pod żadną kategorię, a więc proszę nie obrażać mojej inteligencji, tłumacząc mi, że mógłby mnie pan zrozumieć, choć nie znamy się ani trochę.

Pomacała czoło, zadowolona, że krew już przyschła. Jednak jej czaszka huczała jak kościelny dzwon, w który ktoś przywalił młotem. Kara za wspinanie się w środku nocy na skały, o których mało kto nawet w Berlinie wie, że istnieją. Mały sekret bez adresu. Wysokie na osiem, dziewięć, dziesięć metrów sztuczne wieże z betonu natryskowego, po którego krawędziach, występach i zagłębieniach mogą się wspinać na wierzchołek z krzyżem w zasadzie tylko członkowie Niemieckiego Klubu Alpejskiego.

Ale kto by sprawdzał w środku nocy, w zadymce śnieżnej legitymacje klubowe?

– Nie wiem, jak się pani czuje, ale wiem, jak pani się zachowuje: jak przekorne dziecko, a nie jak dorosła kobieta.

Jules znów znalazł właściwą odpowiedź. Cholera. Czy przypadkiem nie trafiła właśnie na najlepiej wytrenowanego wolontariusza Nocnego Powrotu, czy też może teraz wszyscy zostali tam tak wyszkoleni? Ostatnim razem, kiedy tam dzwoniła, trafiła na miłą, ale o wiele za młodą dziewczynę przy aparacie, która wszystkie zdania zaczynała od zwrotu „Jak już mówiłam…”, choć wcześniej nie mówiła na dany temat ani słowa.

Z pewnością wszyscy tam musieli odbywać regularne kursy i seminaria dokształcające o bardzo kreatywnych nazwach, takich jak Interwencja kryzysowa – człowiek w potrzebie tuż obok ciebie, podczas których analizuje się nagrania takich rozmów telefonicznych jak ta.

Klara opuściła schronienie przed wiatrem i śniegiem, które dawały sosny, i zaczęła brnąć w dół wąskiej, krętej ścieżki, prowadzącej przez las z Teufelsberg[1] do drogi Teufelsseechaussee. Zanieczyszczenie światłem wytwarzane przez wielkie miasto, na którego obrzeżach się znajdowała, wystarczało, żeby wytworzyć coś w rodzaju półmroku między kotłującymi się w górze chmurami zrzucającymi śnieżne konfetti.

Powłóczyła nogą. Chyba nie złamała kostki, ale w gruncie rzeczy było jej wszystko jedno. Tak naprawdę to ból dobrze jej robił. Tak bardzo dobrze, że do oczu napływały łzy, a to nie pozwalało jej zasnąć na ostatnich metrach.

– Co zawróciło panią z drogi? – spytał Jules.

Klara zamknęła na chwilę oczy. Ciemność, która ją przez to ogarnęła, pasowała do kosmicznego zimna panującego wokół.

Cholera, dlaczego po prostu się nie rozłączę?

Gdyby zwyczajnie zapytał „Co się zdarzyło?” lub zażądał „Proszę mi wszystko opowiedzieć”, natychmiast nacisnęłaby ikonkę przerwania połączenia. To pytanie jednak świadczyło o tym, że właściwie ją ocenił. Że kiedyś była kobietą, która miała swój cel. Kobietą w długiej podróży, w którą wyruszyła z nadzieją na znalezienie zadowolenia, a być może też miłości, a której trasa – jak się zdążyła przekonać – wyłożona była minami, które tylko przy dużej dozie szczęścia dało się ominąć. A szczęście… no tak… było pierwszym przyjacielem, który się z nią pożegnał, drąc na drobne kawałki bilet na wspólną podróż – i to cholernie dawno temu.

– Zna pan Le Zen przy ulicy Tauentzien? – spytała.

– Ten luksusowy hotel?

– Właśnie.

– Tam nawet kawa jest poza zasięgiem moich możliwości finansowych, ale tak, słyszałem o nim.

– Także o windzie speakeasy?

– Speak co?

– A więc nie. – Klara odsunęła na bok gałąź, która zagradzała jej drogę. – Z lobby hotelowego rozciąga się dobry widok na windy. Najlepiej usiąść na wąskiej japońskiej sofie tuż obok waz z fioletowymi orchideami. Na pierwszy rzut oka można zauważyć troje chromowanych drzwi do wind, pięknie ozdobionych azjatyckimi ideogramami, ponieważ wszystko w tym przybytku jest zrobione na dalekowschodnią modłę.

– Ale?

– Ale jeśli siedzi się na wspomnianej sofie dokładnie o godzinie dwudziestej trzeciej dwadzieścia trzy w ostatnią sobotę miesiąca i patrząc poprzez orchidee, nie spuszcza się z oka wąskich drzwi tuż obok wind, można stwierdzić, że to powleczone bibułką przejście wcale nie prowadzi do jakiegoś pomieszczenia technicznego czy czegoś w tym stylu.

– Lecz także do windy.

Prawie się uśmiechnęła. W normalnych warunkach chętnie by porozmawiała z Julesem o sprawach codziennych. O polityce, sztuce, podróżach lub o poglądach na wychowanie dzieci, jeśli je miał. Mówił jak ojciec, któremu udaje się być jednocześnie czułym i wymagającym. Nieczęsto zdarzało jej się trafić na mężczyznę, który myślał podobnie jak ona, a nawet poprawnie kończył zdania, wyciągając właściwe wnioski z już wypowiedzianych słów.

– Właśnie tak. Istnieje też czwarta winda.

– Dlaczego speakeasy? – spytał.

– W czasach amerykańskiej prohibicji alkohol dostępny był tylko w barach ukrytych na zapleczu knajp. A zamaskowane drzwi prowadzące do tych pomieszczeń otwierały się, gdy szepnęło się barmanowi odpowiednie hasło. Stąd określenie speak easy, od szeptania.

– Jakie hasło otwiera drzwi do windy?

Dobrze. Nie zadał od razu właściwego pytania: „A dokąd jedzie winda?”.

Wiedział najwyraźniej, że Klara zamknie się w sobie, jeśli będzie zbyt szybko zmierzał do sedna sprawy. Że poczuje się tania i łatwa jak dziewczyna, która na randce zbyt szybko pozwoli, by podczas pocałunku dłonie partnera udały się na wędrówkę.

– Obecnie w środowisku termin speakeasy przyjął się jako określenie każdego tajnego lokalu.

– O jakim środowisku mówimy?

Usłyszała jakiś szelest obok siebie. Pewnie był to lis lub dzik, szukający w śniegu pożywienia.

– O takim, w którym kultywuje się ból.

– Wsiadła pani do tej windy?

Jules posuwał się ostrożnie naprzód ze swoimi pytaniami, podczas gdy Klara z kłującym bólem w śledzionie i w kostce dalej kuśtykała w dół, w odległości zaledwie kilku metrów od ulicy Teufelsseechaussee, po której na szczęście nie jechał teraz żaden samochód. Tylko jakiś kompletnie nieużyty dupek nie zatrzymałby się przy tej pogodzie na jej widok, a wtedy co niby miałaby mu powiedzieć? „Wszystko w porządku, nic mi nie jest. Lubię sobie spacerować w taką śnieżycę zakrwawiona i ze stłuczoną kostką”.

– Tak. Zrobiłam to – odpowiedziała na ostatnie pytanie Julesa.

Wsiadłam.

– O dwudziestej trzeciej dwadzieścia trzy, tak jak mi to powiedział Martin, drzwi się otworzyły. Bezszelestnie.

– Kim jest Martin?

– Proszę chwilę poczekać. Już zaraz go pan pozna – stwierdziła Klara i zaczęła opowiadać Julesowi historię, od której nie wszystko się zaczęło. Która nawet nie oznaczała początku jej końca. Która jednak z pewnością wyznaczała punkt zwrotny, po którym nie było już odwrotu. Wtedy, gdy przekroczyła próg zła i weszła do ciemnej windy, a ta katapultowała ją w świat, który okazał się jeszcze gorszy, niż to sobie wyobrażała w swoich najgorszych koszmarach.