Noce na Miodowej 4 - Joanna Szarańska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Noce na Miodowej 4 ebook

Joanna Szarańska

4,4

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Pełna emocji historia o ucieczce przed błędami przeszłości i wierze w piękne jutro.

Zapach kobiecych perfum na koszuli, późne powroty do domu, weekendowe delegacje… – Natalia nadal ma tak wiele powodów, by nie wierzyć mężowi. Dominik stara się za wszelką cenę udowodnić, że jeden błąd nie przekreślił życia, które wspólnie zbudowali, i nadal jest tym samym mężczyzną, w którym zakochała się przed laty. Przeprowadzka do nowego domu miała być dla nich drugą szansą. Obiecali sobie, że tym razem będzie inaczej: żadnych kłamstw oraz sekretów. Nowe miejsce to przecież najlepszy sposób, aby zacząć jeszcze raz. Jednak zaufanie jest bardzo kruche i niełatwo je odbudować. Szczególnie gdy do głosu dochodzą dawne słabości i nie sposób oprzeć się pokusie...

Czy mimo obaw Natalia zaufa mężowi i uwierzy, że są w stanie tworzyć szczęśliwą rodzinę? Czy zapomni o tym, co się wydarzyło, zanim zamieszkali na Miodowej? Jak wiele można poświęcić w imię miłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (47 ocen)
28
13
3
3
0
Sortuj według:
Rzendkowska

Nie oderwiesz się od lektury

Urocza. Szkoda, że to już ostatnie spotkanie z bohaterkamibz Miodowej.
00
Puchar89

Dobrze spędzony czas

fantastyczna opowieść o tym, że raz zawiedzione zaufanie nie tak łatwo odbudować
00
Readinglover

Nie oderwiesz się od lektury

Wiem, że nigdy nich nie zapomnę, a ulica Miodowa, usytuowana na peryferiach miasta już zawsze będzie miała wyjątkowe miejsce w moim sercu. Przeczytajcie koniecznie! (całą serię, rzecz jasna ;) )
00
Wiola128

Nie oderwiesz się od lektury

ok
00
dziewczyna_gorala

Nie oderwiesz się od lektury

Pełna emocji, jak zwykle Miodowa. Ciężko się oderwać.
00



Copyright © Joanna Szarańska, 2022

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

Redaktorka prowadząca: Weronika Jacak

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Anna Zientek

Korekta: Magdalena Dejnak, Katarzyna Dragan

Skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: Irmina Bloch

Fotografia autorki na skrzydełku: © Agnieszka Ożga-Woźnica

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-67176-82-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dla Marty.

Gdybym mieszkała na Miodowej,

zajmowałabyś dom obok :)

Dominik

Kiedy rozchodzi się wieść, że na wzgórzach za domem znaleziono ciało kobiety, przemyka mi przez myśl, że chodzi o moją żonę.

To przerażające podejrzenie powoduje, że moje wnętrzności zaciskają się wbolesnym skurczu. Na chwilę zamieram wbezruchu, lekko pochylony do przodu, zpalcami kurczowo trzymającymi sztachety ogrodzenia, zwzrokiem wbitym wmapę mikroskopijnych pęknięć znaczących drewniane listewki.

Nie tak dawno jeszcze pokrywaliśmy deski dwoma warstwami świeżego lakieru, dziś ich powierzchnię znaczą rysy. Im dłużej się wnie wpatruję, tym wyraźniejsze się stają. Rosną wmoich oczach. Wkońcu widzę tylko to: pęknięcia iwybrzuszenia, skazę na pozornie idealnej powierzchni. To niskie białe ogrodzenie jest jak nasze małżeństwo. Ono również było kiedyś gładkie iidealne, dopierozczasem pojawiły się pierwsze szczerby, potem kolejne ikolejne… Trzeba się dobrze przyjrzeć, aby je dostrzec, my jednak jesteśmy ich świadomi. Parę razy próbowaliśmy je maskować – uroczysta kolacja tu, romantyczny wypad tam. Dawka małżeńskiej szpachli przygładzona czułym gestem ikosztownym upominkiem. To nawet działało. Słupek rtęci na termometrze uczuć wędrował wgórę, powierzchnia wygładzała się jak tafla jeziora wspokojny wieczór albo czoło człowieka, który właśnie pozbył się wyjątkowo bolesnej zgryzoty.

Czy można jednak zapomnieć, co kryje się pod spodem?

Natalia nie potrafiła.

Tego ranka wykrzyczała, że mnie nienawidzi iże woli umrzeć, niż tkwić wzwiązku, wktórym nic się nie zmienia. Potem wybiegła zdomu, trzasnąwszy mocno drzwiami. Nim dotarło do mnie, że muszę za nią pobiec, rozpłynęła się jak we mgle. Po prostu zniknęła. Stałem na brukowanym podjeździe, wciąż wilgotnym po nocnym deszczu, wodząc dookoła zaniepokojonym spojrzeniem. Życie na Miodowej toczyło się jak zwykle. Przed kamienicą naprzeciwko grupka dzieci rysowała coś kredą na chodniku. Jakiś mężczyzna wchodził do biura geodezyjnego. Zza płotu sąsiadki dobiegało radosne popiskiwanie psa. Zapachy napływające zpiekarni mieszały się zwonią przypalonego mleka. Dzień jak co dzień na uroczej podmiejskiej uliczce. Znajomy obrazek, zjedną znaczącą różnicą: nie było na nim Natalii.

Gdy tak stoję oparty ofurtkę, wraca do mnie echo porannej awantury. Brutalne słowa Natalii przerywane są dźwiękami policyjnych syren itupotem biegnących stóp.

– Wszystkowporządku? –słyszę.

Podnoszę głowę inapotykam zaniepokojoną sąsiadkę. Ma na imię Justyna iprowadzi niewielką kwiaciarnię. Przyszła do nas parę tygodni temu, wyraźnie skrępowana, izapytała, czy mielibyśmy coś przeciwko przycięciu bukszpanowego krzewu rosnącego wrogu naszej posesji. Odparłem zgodnie zprawdą, że nie marzę oniczym innym jak owykopaniu go zkorzeniami, ale wciąż brakuje mi na to czasu. „Jak na wszystko” – dopowiedziała ze śmiechem Natalia, aja zrozumiałem, że pod płaszczykiem żartu kryją się od dawna nagromadzone pretensje. Awantura była tylko kwestią czasu. Zawziąłem się więc iwnastępną wolną sobotę wykopałem to cholerstwo, załadowałem na taczki iwywiozłem za dom. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko, płomienie pożerały ztrzaskiem kolejne gałązki, amy siedzieliśmy objęci na kocu rozłożonym na trawie, sączyliśmy schłodzone piwo iobserwowaliśmy skry strzelające wciemniejące niebo. Upajałem się zapachem włosów Natalii ijej bliskością, przez cienką bawełnianą sukienkę czułem żar ciała, które znałem jak własne. Tego wieczoru towarzyszyło mi wrażenie, że staliśmy się jednością. Potem włóżku zapragnąłem poczuć to ponownie. Wyciągnąłem rękę, pieszczotliwym ruchem musnąłem ramię żony, lekko zsuwając cienkie ramiączko koszuli nocnej. Wpółmroku sypialni dostrzegłem, jak jej mięśnie się napięły, azaraz potem Natalia naciągnęła kołdrę po szyję irzuciła mi przez ramię przepraszający uśmiech oraz kilka zdawkowych słów. Nawet nie zauważyłem, kiedy jej drobne ciało skuliło się na brzegu posłania, amoja ręka wylądowała na chłodnym prześcieradle. Tyle, jeśli chodzi opoczucie jedności, myślę, wpatrując się woczy sąsiadki.

– Dobrze się pan czuje? – dopytuje.

Uśmiecham się krzywo.

– To tylko skurcz – kłamię. – Chyba zbyt szybko zerwałem się zfotela, ate syreny…

Kiwa głową ze zrozumieniem. Jej wzrok odruchowo wędruje ku wzgórzom górującym nad Miodową. Dzień jest pogodny ibezwietrzny, ale wiotkie gałązki porastających je brzóz poruszają się wlekkim tańcu na tle błękitnego nieba. „Jak tu pięknie – powiedziała Natalia, gdy po raz pierwszy oglądaliśmy dom. – Tylko spójrz na te drzewa, Dominiku! To wymarzone miejsce na samotne wędrówki!” Pamiętam, że się obruszyłem: dlaczego samotne? Roześmiała się. „Och, no przecież wiesz, każdy potrzebuje chwili samotności. Odrobiny wytchnienia od drugiego człowieka”. Czy właśnie wytchnienia ode mnie szukałaś na wzgórzach, Natalio?, zadaję sobie wduchu to pytanie.

Justyna coś mówi, ale przerywa jej narastający jazgot nadjeżdżającej karetki. Obserwujemy sunący ulicą pojazd. Za szybą majaczą cienie członków załogi ratunkowej, światła ambulansu rozlewają się niebieską plamą na wilgotnym asfalcie. Dzieci bawiące się na chodniku porzucają niedokończone bazgroły izniszczone kawałki kredy iuciekają zpiskiemwgłąb jakiegoś podwórka. Karetka zatrzymuje się przy bramie prowadzącej na teren budowanego osiedla. Między ogrodzeniem zblachy falistej adrewnianym płotem należącym do Pytlaków biegnie dróżka. Mieszkańcy Miodowej korzystają zniej, aby się wdrapać na wzgórze, pospacerować zdziećmi albo spuścić psy ze smyczy ipozwolić im się wybiegać wśród wyschniętych badyli ibrzozowych samosiejek. Ale na wzgórze można też dotrzeć zdrugiej strony, od ulicy Gwieździstej. Skoro ambulans podjeżdża od tej strony, to prawdopodobnie chodzi okogoś ztej ulicy. Kogoś spośród nas. Ze zmarszczonych brwi sąsiadki wyczytuję, że myśli otym samym. Jej ciałem wstrząsa dreszcz.

Chcę ją zapytać, czy widziała Natalię, ale wtej samej chwili trzaskają drzwi księgarni iprzed dom wychodzi właścicielka. Unosi rękę wgeście pozdrowienia, awtedy Justyna posyła mi blady uśmiech iciasno obejmując się ramionami, rusza ku przyjaciółce. Przystają obok furtki, pochylają ku sobie głowy irozmawiają. Ich głosy są przyciszone, ale mowa ciał oczywista. Spoglądają na krzątających się wokół samochodu ratowników, pobladłe twarze zwracają ku zarośniętej ścieżce. Często widuję je wtym miejscu: Justyna spaceruje zpsem– czasami towarzyszy im mężczyzna, którego nie znam, awłaścicielka księgarni biega tamtędy każdego ranka. Gdy przy porannym goleniu wyglądam przez okno, widzę oddalające się plecy iciemny kucyk podskakujący wrytm kroków. Zazwyczaj biegnie wstronę miasta, wspina się na wzgórze od strony Gwieździstej, apotem zbiega wzdłuż ogrodzenia Pytlaków. Potem siada na stopniach werandy iodpoczywa. Wniektóre dni inżynier wynosi jej kawę, winne obok sadowi się kot.

To zaskakujące, jak wiele można zaobserwować, prześlizgując się wzrokiem po życiu sąsiadów. Wcale nie trzeba się intensywnie wpatrywać, by dostrzec to lub owo. Czy inni widzą nas? Nasze drobne codzienne zwyczaje? Gesty, które dawno straciły na znaczeniu, askładają się na małżeńskie nastroje?

Gdzie jesteś, Natalio?

Dokąd pobiegłaś, gdy zatrzasnęłaś drzwi domu?

Na wzgórze, między drzewa, które miały zapewnić ci upragnioną chwilę samotności? Zakrawałoby to oironię, skoro wykrzyczałaś mi wtwarz, że właśnie samotności masz powyżej uszu. Mojej nieobecności. Milczenia. Ciągłych wyjazdów. Telefonów odzywających się wdzień iwnocy.

Czy schroniłaś się przed tym wszystkim na wzgórzach?

Czy tam…?

Przez myśl przemyka mi, że powinienem pobiec na miejsce zdarzenia. Wyminąć ratowników wlokących się po ścieżce izanim ktokolwiek mnie powstrzyma, upewnić się, że to nie ty. Moja Natalia. Dlaczego więc tkwię tu oparty oten cholerny biały płot, anogi mam jak zwaty? Dlaczego pozwalam zawładnąć sobą jakiejś pieprzonej słabości inic nie robię?

Oddycham głęboko kilka razy, apotem powoli ruszam ku sąsiadkom. Może już coś wiedzą, może coś usłyszały albo dostrzegły? Gdy przechodzę przez ulicę, nadeptuję wyschniętą gałązkę. Zmiażdżona podeszwą pęka zgłośnym trzaskiem. Justyna obraca lekko głowę, przez jej twarz przemyka cień smutnego uśmiechu. Odchrząkuję ijuż chcę zapytać oNatalię, alewtej samej chwili otwierają się drzwi piekarni, którą właśnie mijam, awprogu pojawia się pani Barbara. Wnapięciu wpatruje się wkaretkę, mnąc wdłoniach brzeg fartucha.

Przez uchylone drzwi piekarni dostrzegam ją. Moją żonę. Siedzi przy stoliku obok wejścia, zgarbiona, zamyślona, nerwowo porusza skrzyżowanymi nogami. Mam wrażenie, że nie widzi nikogo iniczego: ani mnie, ani stojącej wprogu właścicielki piekarni, ani pulsujących świateł ambulansu zaparkowanego uwylotu ścieżki. Nie widzi nawet kubka, który łokciem przesuwa niebezpiecznie blisko krawędzi stołu. Wkońcu wnętrze piekarni wypełnia brzdęk tłuczonego naczynia, Natalia mruga inasze spojrzenia się krzyżują. Mijając zdezorientowaną Barbarę, uśmiecham się do niej przepraszająco, awtedy moja żona raptownie się prostuje ikrzyżuje ramiona na piersi.

Obserwuje mnie spod opuszczonych rzęs, gdy kucam obok stolika izbieram kawałki porcelany. Dostrzegam napinające się mięśnie, bladość przygryzanych warg ismugę rozmazanego tuszu wkąciku lewego oka. Widzę, że tkwi wniemym oczekiwaniu, iwiem, co jest tego przyczyną. Dlatego odkładam fragmenty roztrzaskanego kubka na stolik inadal kucając, szepczę:

– Przepraszam, kochanie.

Natalia zaciska powieki iprzygarnia moją głowę do swojego brzucha. Tuli mnie tak, jak tuli się przemarznięte dziecko albo przerażonego wybuchem fajerwerków szczeniaka. Jej oddech staje się miarowy, akiedy unoszę głowę ipatrzę na nią, widzę, że jej twarz się wygładza. Tylko spojrzenie nadal jest nieobecne. Natalia wpatruje się wokno, delikatnie gładząc mnie po głowie imrucząc cicho:

– Tak, już dobrze. Wszystko będzie dobrze…

Natalia

W piekarni przy Miodowej kawa ma lekki posmak czekolady. Kiedy unoszę kubek do ust i popijam ją małymi łykami, na języku budzi się słodkie wspomnienie cukierków, które przed laty matka przynosiła do domu w dniu imienin. Były twarde jak kamień, ale gdy wystarczająco długo potrzymało się je w buzi, nagle usta zalewała fala czekoladowej rozkoszy. Przyjmując z rąk pani Basi drugi kubek, myślę, że chętnie bym ich skosztowała. Bóg mi świadkiem, że potrzebuję przyjemności, choćby tylko czekoladowej.

– Poczekaj, dziecko… – prosi właścicielka inurkuje pod ladę.

Kiedy się wychyla, wdłoni trzyma słoiczek iszablon zrysunkiem serca. Po chwili na mojej kawie rysuje się pękaty kształt, który bardziej przypomina wypięte pośladki niż symbol walentynek. Barbara też to dostrzega iparska zirytowana.

– No imasz… Chciałam ci przyozdobić napój, awyszło mi grube dupsko. Klarze lepiej to wychodzi, ale pomyślałam, że się nauczę… –Chce zabrać kubek, ale przytrzymuję jej rękę izaglądam głęboko worzechowe oczy.

– Jest wporządku, pani Basiu, naprawdę. Po prostu tak już jest… Czasem dostajemy serce, ainnym razem wielką dupę.

Płacę za obie kawy iwracam do stolika przy wejściu. Zawsze wybieram to miejsce, od pierwszego razu, gdy moja stopa przestąpiła próg piekarni na Miodowej. Wprawdzie minęło już wiele miesięcy, ale nadal pamiętam, jak zaskoczył mnie ten lokal. Weszłam tu po bułki, ciesząc się bliskością piekarni iskładając wduchu przyrzeczenie, że codziennie będę biegać po świeże pieczywo na śniadanie. Czego się spodziewałam? Drewnianych regałów? Wiklinowych koszy wyściełanych papierem? Zpewnością nie mebli zmalowanych palet, bukiecików kwiatów wsłoikach po dżemie ani sąsiadów zgromadzonych przy stoliku wrogu, roześmianych, pogrążonych wżywej dyskusji iwyglądających na tak ze sobą zżytych, że poczułam się nie na miejscu. Jakbym bez pytania wkroczyła do czyjegoś domu ichciała zająć miejsce na najwygodniejszej kanapie.

Towarzyszyło mi również wrażenie, że zgromadzone towarzystwo zamilknie, urażone bezczelnością intruza iwniemym rozkazie wskaże drzwi. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Zza stolika podniosła się rudowłosa kobieta, później dowiedziałam się, że to Klara, synowa właścicielki piekarni, iuśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Wsunęła się za ladę, musnęła spojrzeniem menu zawieszone na ścianie izapytała, na co mam ochotę. Poprosiłam więc obułki, po które specjalnie przyszłam, apotem, tknięta impulsem, jeszcze okawałek piaskowej babki ikubek earl grey. Usadowiłam się przy stoliku obok wejścia, bo był najbardziej oddalony od tamtej wesołej grupki, ale zczasem doceniłam iinne walory tego miejsca.

Dzisiaj również je zajmuję. Ten sam stolik, to samo krzesło. Przez przeszklone drzwi jak na dłoni widzę ulicę, ciągnący się za nią niski, biały płotek oraz dom, który znajduje się tak blisko, że potrafię dostrzec nawet takie szczegóły jak zgaszoną zieleń rolety na piętrze idonicę zgeranium zdobiącą wejście. Kwiaty tryskają spomiędzy listowia jak krwiste gejzery, bujne, tak zachwycające, że aż wzbudzają zainteresowanie przechodniów. Co to za odmiana? Na czym tak rośnie? – pytają, aja odpowiadam, że to zasługa nawozu dobranego przez sąsiadkę zkwiaciarni obok. Kręcą głowami zniedowierzaniem, odchodzą powoli, ztrudem odrywając wzrok od olśniewającego kwiecia, jakby nie dowierzali, że za urodą rośliny stoi płynny nawóz zzielonej butelki, ido końca się łudzili, że przyłapią mnie na odprawianiu magicznych rytuałów nad zwilżonymi rosą płatkami.

Na schody pada cień, apo chwili wejście do piekarni zasłania krągła kobieca postać. Brzdęka dzwonek zawieszony udrzwi. Mrugam, unoszę kubek do ust iupijam kolejny łyk kawy. Serce –albo dupa – osiada na ściankach naczynia, skrobię je paznokciem ioblizuję. Jednym uchem słucham cichego głosu klientki. Dwa pszenne, sześć kajzerek, tamten paluch zmakiem, pani Basiu, akiedy będzie jakieś ciasto zkruszonką, słyszała pani…

– OBoże!– wykrzykuje właścicielka piekarni izapomniawszy oupychanym wszarych torebkach pieczywie, wybiega zza lady. Podchodzi do drzwi, spracowaną dłonią osłania oczy przed ostrym słońcem, przytula czoło do nagrzanej szyby. Jej wzrok wędruje niespokojnie wzdłuż ulicy, czoło przecinają głębokie bruzdy, aż wkońcu wbija spojrzenie gdzieś wdali. Dokonuję szybkich obliczeń iuznaję, że spogląda na dom Pytlaków albo rozciągające się dalej wzgórza. Po chwili odwraca się do stojącej przy ladzie kobiety. – Wiadomo, co się stało? I… kto to?

– Kobieta, podobno wpodeszłym wieku… – odpowiada klientka. Wyczuwam wjej tonie nutę zadowolenia, jakby się cieszyła, że jako pierwsza może przekazać Barbarze Kwiatkowskiej dramatyczne wieści. Może dzięki temu czuje się bardziej potrzebna. Wszyscy tego podświadomie pragniemy: chcemy być niezbędnym trybikiem maszynerii tego świata.

Obserwuję ją kątem oka. Wsuwa zakupy do materiałowej torby wtęczowe pasy, upycha, by wszystkie się zmieściły, iod czasu do czasu przerywa tę czynność, aby żywą gestykulacją wzbogacić przytaczaną opowieść. Smutną opowieść, wktórej przypadkowy biegacz natyka się na rozciągnięte na ścieżce ciało. Widzę je oczami wyobraźni: starą kobietę wkwiecistej sukience, którą pokonała nagła słabość, zawał, wylew czy jeszcze inne cholerstwo. Może wracała zporannej mszy ichciała skrócić sobie drogę przez wzgórza. Albo szła do sklepu, wktórym przywykła robić poranne zakupy. Albo do piekarni po ulubione bułki iciasto zkruszonką…

Barbara odwraca głowę inasze spojrzenia się krzyżują. Ze smutnych orzechowych oczu wyczytuję, że pomyślała otym samym.

Równocześnie gdzieś woddali odzywa się sygnał nadjeżdżającej karetki. Spoglądam przez okno idostrzegam Dominika. Stoi przed drzwiami, kręcąc głową na boki. Wiem, że mnie szuka. Wkońcu niezadowolony schodzi po schodach, mija donicę zgeranium izbliża się do furtki. Obok przystanęli jacyś ludzie, dyskutują, wyraźnie poruszeni. Dominik podchodzi do nich izagaduje. Może pyta omnie albo po prostu chwali piękny poranek? Po ich słowach sztywnieje. Unosi głowę iprzeczesuje wzrokiem ulicę. Nie może dostrzec mnie przez drzwi piekarni, ale itak kulę się na krześle. Zapewne dowiedział się omartwej kobiecie znalezionej na wzgórzach iprzypomniał sobie, co wykrzyczałam mu wtwarz, zanim wybiegłam zdomu. Pewnie pomyślał też onajgorszym.

Nie powinno się mówić opragnieniu śmierci. Szczególnie jeśli wrzeczywistości wcale się jej nie chce. Nie wolno kusić losu, tak mawiała moja matka. Ileż razy słyszała, że nienawidzę swojego życia, że wolałabym, by trafił mnie szlag. „Czy ty wogóle masz pojęcie, co mówisz? Wiesz, ilu ludzi modli się ozdrowie iożycie? Wiesz, ilu sprzedałoby duszę, by zyskać jeszcze rok, miesiąc, dzień?” – pytała przerażona.

Czy Dominik jest przerażony na myśl, że uczyniłam coś strasznego, ostatecznego? Czyż nie zna mnie na tyle, by wiedzieć, że zbyt mocno kocham życie iza bardzo pragnę być szczęśliwa?

Mam ochotę wyjść zpiekarni ipobiec wjego stronę, wyciągając ramiona. Zamknąć go wkrzepiącym uścisku, obsypać wykrzywioną grymasem strachu twarz ciepłymi pocałunkami. Apotem przypominam sobie poranną awanturę. Jedną ztych, wktórych krzyżują się sztandarowe „bo ty zawsze…” i„aty nigdy…”, tygodniami tłumione urazy puchną ipuchną, nabierając ciężaru, który ugniata pierś jak nocna zmora iwyciska zniej słowa, które nie powinny paść. Słowa, których nie da się na powrót wgnieść wjęzyk, gorzkie, raniące. Takich słów padło między nami tego ranka wiele, aich zwieńczeniem, swoistą wisienką na małżeńskim torcie, okazało się moje stwierdzenie, że nie chcę tak dłużej żyć. Wstydzę się tego, wspomnienie tych kilku wycedzonych wzłości słów sprawia mi ból, ale jeszcze większy powoduje obraz chłodnych oczu Dominika, obojętnego wzruszenia ramion ipleców znikających za drzwiami sypialni.

Wspomnienie to sprawia, że nieruchomieję na krześle, nad kubkiem zresztką kawy idupą rozsmarowaną na jego ściankach. Czasem serce, czasem dupa, myślę itylko widok zmartwionej Barbary przyklejonej do szyby drzwi wyjściowych powstrzymuje mnie przed parsknięciem śmiechem.

Obserwuję Dominika. Rozmawia teraz zJustyną, ale jego czujne oczy prześlizgują się po budynkach, okolicznych drzewach, zaroślach ilatarniach. Gdy właścicielka kwiaciarni odchodzi, mój mąż sprawia wrażenie całkiem wyzutego zsił. Wkońcu wolnym krokiem rusza Miodową, przecina ulicę, zmierza ku piekarni. Teraz widzę wyraźnie przerażenie malujące się na jego twarzy, nienaturalną bladość policzków ikurczowo zaciśnięte szczęki. Uświadamiam sobie, że jego lęk… troska wylewająca się zbłyszczących oczu, leciutko drżące wargi… to wszystko sprawia mi osobliwą przyjemność. Chcę, by mój mąż tak na mnie spoglądał: zczułością, zainteresowaniem. Chcę, by nasze małżeństwo było takie jak kiedyś. Zanim wydarzyło się tamto. Zanim wmojej piersi uwił sobie gniazdo podstępny demon.

Barbara otwiera drzwi piekarni iwychodzi, awtedy wzrok Dominika zatrzymuje się na mnie. Ulga malująca się na jego twarzy jest bardziej wyrazista niż tysiące miłosnych zaklęć, niż miliony kłamstw iwymówek. Ten widok sprawia, że ciałem wstrząsa dreszcz. Potrącony kubek rozpada się na kawałki zgłośnym brzdękiem.

Dominik zbiera potłuczoną porcelanę ipróbuje uchwycić moje spojrzenie. Wyszeptuje przeprosiny.

Rozluźniam się iprzytulam jego głowę.

Przede mną na blacie leżą resztki kubka. Złowrogo szczerzą się porcelanowe zęby. Utytłane roztopionymi wiórkami wyglądają jak skąpane we krwi. Na języku nadal czuję rozkoszną słodycz iprzychodzi mi na myśl, że nawet dupa może mieć smak czekolady.

Dominik

Następnego dnia budzę się pierwszy. Słońce zuchwale wciska się do sypialni przez na wpół opuszczone rolety, kładzie złocistymi smugami na dywanie, wspina po zwisającej z łóżka kołdrze ipieści stopę pogrążonej w śnie Natalii. Ostrożnie wstaję z łóżka i siadam w fotelu pod ścianą. Lubię patrzeć, jak śpi: zazwyczaj na brzuchu, z policzkiem wtulonym we włochatego jaśka, którego tak uwielbia, z lewą nogą zgiętą w kolanie i owiniętą pościelą jak śnieżnobiałym kokonem. Z zarumienioną snem twarzą i rozsypanymi po poduszce włosami emanuje bezbronnością, która wzbudza we mnie tkliwość oraz pragnienie otoczenia opieką. Gdy tak na nią patrzę, skąpaną w blasku budzącego się dnia, czuję, że mógłbym przenosić góry, wyrywać z korzeniami stuletnie drzewa… mógłbym unicestwić wszystko, co miałoby jej zagrażać.

Telefon wmojej dłoni ożywa, więc przesuwam palcem po jaśniejącym wyświetlaczu igo wyciszam. Dzisiaj to tylko budzik, który miał postawić mnie na nogi przed kolejnym intensywnym dniem, ale wiem, że równie dobrze mógłby to być sygnał przychodzącej wiadomości albo połączenia. Od tego zaczęło się wczoraj: od telefonu wibrującego wkieszeni marynarki. Sięgnąłem po niego odruchowo inie dostrzegłem czujnego spojrzenia żony. Kliknąłem wikonkę komunikatora, awtedy…

– Jasna cholera, naprawdę nie wytrzymasz dziesięciu minut?! – warknęła, odstawiając zhukiem na kuchenny blat kubek świeżo zaparzonej herbaty.

– Oco ci chodzi?

– Oco mi chodzi? Pewnie oto, że nie możemy spokojnie zjeść śniadania, bo ten cholerny telefon przeszkadza!

– Przecież wyciszyłem…

– To nie zmienia faktu, że dzwoni, prawda?! Ja pierdzielę…

– Przecież wiesz, że to kulminacyjny punkt projektu…

– Oczywiście! Nowe miejsce, stare wymówki, co? – rzuciła przez ramię, wychodząc do salonu. Rozjuszyła mnie tym, więc poszedłem za nią. Ona wtym czasie już porządkowała pokój: strzepywała poduszki iukładała je na sofie, a gdy wszystkie stały jak od linijki, sięgnęła po koc. Złożyła go wrówniutką kostkę, apotem rzuciła na dywan ikopnęła ze złością. Podniosłem go irzuciłem na fotel.

– Oczym ty mówisz?

Łypnęła na mnie ze złością.

– Dobrze wiesz… Ciągle tylko słyszę: praca, praca, praca! Telefony, maile, coraz wcześniejsze wyjścia ipóźniejsze powroty!– wykrzykiwała, krążąc nerwowo po salonie.

– Przecież robię to dla nas… musimy spłacić dom, wkrótce trzeba będzie rozejrzeć się za nowym samochodem. Potrzebujemy pieniędzy, a…

– Aja nie pracuję! – dopowiedziała kpiącym tonem.

– Nie to miałem na myśli! – oburzyłem się, choć ten argument również przemknął mi przez myśl. – Po prostu to nie Toruń… Wtakim małym miasteczku rynek pracy jest ograniczony, nie mogę liczyć na superwarunki, Natalio! Nie mogę przebierać wofertach izmieniać pracę, gdy tylko moja żona uzna, że spędzam wbiurze za dużo czasu! Poza tym dobrze wiesz, że dom Adamowiczów to mój pierwszy poważny projekt iod niego zależy, co będę dalej robił! Czy dostanę duże zlecenia, czy każą mi zaprojektować szafkę do przedpokoju… Niech to szlag! Musisz to zrozumieć…

– Oczywiście, muszę… Atwój telefon musi się odzywać dzień inoc! Skąd mam wiedzieć, czy to naprawdę sprawy zawodowe?! No co tak patrzysz? – Zaśmiała się gorzko. – Już to przecież przerabialiśmy.

Na myśl oawanturze, która wybuchła, kurczowo zaciskam powieki. Nie chcę oniej myśleć, roztrząsać okrutnych słów, które padły, wulgarnych wyzwisk igestów, wzajemnych oskarżeń. Wolę wspominać wspólne popołudnie, zapach jej włosów, muzykę, pieszczoty wśród poduszek, które kolejno zsuwały się na dywan. Gdzieś ztyłu głowy budzi się pulsujący ból, pocieram potylicę, jakby to miało go zmusić do wycofania. Telefon wmojej dłoni ponownie wibruje. Aktywowana drzemka przypomina, że pora się zbierać. Na łóżku Natalia wydaje zsiebie cichy pomruk, jej dłoń nurkuje pod poduszką idociska jaśka do policzka. Podnoszę się zfotela iidę do łazienki. Gdy przechodzę obok łóżka, pochylam się nad żoną imuskam wargami nagie ramię. Uśmiecha się. Może przez sen albo tylko udaje, że śpi…

Telefon zabieram ze sobą. Kładę go na półce zamontowanej obok kabiny prysznicowej. Wzasięgu wzroku iręki.

Gdy kwadrans później wychodzę złazienki, łóżko jest puste, skotłowana kołdra opada na podłogę, tonąc wsłonecznym blasku. Zdołu dobiegają dźwięki porannej krzątaniny. Kuchnię spowija aromat świeżo zaparzonej kawy. Natalia, opatulona szlafrokiem ibosa, podchodzi icałuje mnie wpoliczek, apotem zuśmiechem podaje mi talerz ztostami. Sadowię się znim przy kuchennej wyspie, przysuwam kubek zkawą.

– Wiedziałem… – mówię iwgryzam się wgrzankę. – Tylko udawałaś, że śpisz…

Uśmiecha się figlarnie.

– Wyglądasz bardzo elegancko– mówi. Przyciągam ją ipróbuję pocałować, ale opędza się ode mnie ze śmiechem, apotem poprawia kołnierzyk koszuli.

– Mam spotkanie zAdamowiczem, mówiłem ci.

– Mhm, mówiłeś. Ipewnie wrócisz późno? – Lekko drga jej powieka.

Potrząsam głową.

– Obiecuję, że wrócę przed siedemnastą, jak człowiek.

– Jak człowiek! – śmieje się.

– Słowo harcerza!

– Nie byłeś wharcerstwie!

– Ależ tak! Nie mógłbym cię okłamać… – Odsuwam talerz zgrzankami iwyciągam do niej rękę. Tym razem się nie opiera. – Wrócę przed siedemnastą. Może gdzieś wyskoczymy?

– Dokąd?

– Nie wiem, do kina albo na spacer… Aco tam, należy nam się trochę rozrywki: możemy nawet zjeść kolację na mieście.

– Wtym mieście?

– Na pewno znajdziemy jakąś przytulną knajpkę. Poszperaj trochę winternecie, dobrze?

– Uhm. Jedz! – Wstaje iprzysuwa mi talerz.

– Ty nie jesz?

– Ja, proszę pana, wracam do łóżka! – Przeciąga się leniwie isięga po kubek. – Zamierzam wypić kawę, poczytać ipogapić się przez okno…

– Lubisz ten widok, prawda?

– Uwielbiam – potwierdza. Nagle przez jej twarz przemyka cień. – Choć gdy pomyślę otej nieszczęsnej kobiecie… Leżała tam na ścieżce, zupełnie bezbronna… Czekała na pomoc.

– Nie zadręczaj się tym, kochanie, to nic nie da.

– Wiem, ale nie mogę przestać oniej myśleć.

– Zmykaj już, od płytek ciągnie chłód, aty tu stoisz bosa. Nie chcę iść do restauracji zżoną, która kicha mi do talerza!

Natalia posłusznie drepcze wstronę schodów. Gdy stawia stopę na pierwszym stopniu, odwraca się iprzesyła mi całusa. Uśmiecha się blado, ale widzę, że ten uśmiech nie sięga oczu. Spojrzenie Natalii jest zmęczone ijakby przestraszone. Przypomina wzrok zwierzęcia, które zapędzone wpułapkę uświadamia sobie, że nie ma zniej wyjścia. Powraca obraz wczorajszego poranka: żony, wpierw miotającej się wszale po pokoju, potem skulonej za stolikiem wpiekarni Kwiatkowskich. Uświadamiam sobie, że wszystko, co wydarzyło się później –czułe pocałunki, spontaniczny seks wśród rozrzuconych poduszek, dzisiejsze przebudzenie, kawa itosty, obietnica wspólnego wieczoru zwyjściem do restauracji, kina lub parku – wszystko to jest jedynie kolejną warstwą lakieru maskującego pęknięcia na naszym związku. Natalia również zdaje sobie ztego sprawę, stąd ten wymuszony, zmęczony uśmiech…

Wsłuchuję się wskrzypienie podłogi na piętrze, ztrzasków iszurań wróżę, że moja żona dotarła już do sypialni, podniosła zmiętą kołdrę, strzepnęła ją irozciągnęła na łóżku. Później podeszła do okna iodsłoniła roletę, by lepiej widzieć drzewa porastające wzgórza. Wskoczyła do łóżka, upiła łyk kawy, sięgnęła po książkę leżącą na nocnym stoliku, wysunęła zakładkę…

Nie odrywając wzroku od schodów, sięgam do kieszeni marynarki po telefon. Włączam internet, anastępnie komunikator – po kuchni niesie się miarowe brzęczenie zwiastujące nadejście kolejnych wiadomości.

Kasuję je metodycznie, jedną po drugiej. Nie czytam, choć czasami wpada mi woko słowo albo krótka fraza. „Cześć…” „Jak się masz?” „Dlaczego…” „Co się…” „Zadzwoń”. Kolejne wiadomości pojawiają się na ekranie irównie szybko znikają. Gdy folder pustoszeje, oddycham głęboko ichowam telefon do kieszeni. Ulga, która na mnie spływa, jest uczuciem niepełnym, skażonym rezygnacją ipoczuciem, że to za mało. Wiem, że usunięte wiadomości pozostawiają po sobie ślad, awyrzucenie nadawcy zlisty kontaktów nie sprawi, że zniknie zmojego życia. Jestem pewien, że kiedy ponownie włączę komunikator, będą na mnie czekać kolejne wiadomości.

Obrzucam przelotnym spojrzeniem teczkę stojącą przy drzwiach wyjściowych. Pozostaje jak najszybciej załatwić to, co trzeba, iostatecznie zamknąć ten rozdział. Spróbować wygrzebać się zbagna, które znowu powoli mnie pochłania. Póki nie tkwię wgównie po same uszy.

Willa Adamowiczów znajduje się po drugiej stronie miasta, na obrzeżach. Dostępu do budynku broni brama zkutego żelaza osadzona wkamiennym murze, za nią ciągnie się niedawno wybrukowana aleja obsadzona niskimi klonami. Za szybą przesuwają się regularne sekwencje zielonego iczerwonego listowia, między idealnie prostymi, smukłymi pniami miga wypielęgnowany trawnik. Zraszacze pracują na całego, aja, kołysany miarowym bzyczeniem wpadającym przez uchylone okno wsamochodzie, uświadamiam sobie, że nie skosiłem trawnika, oco Natalia suszy mi głowę od tygodnia.

Cóż, miałem na głowie ważniejsze rzeczy. Musiałem odnaleźć żonę, którą podejrzewałem opopełnienie samobójstwa.

Teraz zkolei muszę się skupić na jednym zadaniu ijednym człowieku. Mężczyzna, zktórym za moment stanę twarzą wtwarz, właśnie tego oczekuje. Nie mam złudzeń, że zaakceptuje moje projekty bez mrugnięcia okiem iprzyjaźnie pomacha na pożegnanie, życząc pomyślności. To twardy zawodnik – płaci iwymaga. Nie ma znaczenia, czy dotyczy to ludzi zatrudnionych wfabryce budowlanych prefabrykatów, którą stworzył od podstaw, czy projektanta odpowiedzialnego za zaprojektowanie wyposażenia nowego domu pod miastem. Podczas pierwszego spotkania powiedział, że nie toleruje opóźnień ileserstwa, świdrując mnie przenikliwymi ciemnymi oczyma imiażdżąc dłoń wsilnym uścisku. Potem zbladym uśmieszkiem wyznał, że już pierwszego dnia zwolnił kierownika budowy, ponieważ poczuł alkohol od jednego zczłonków jego ekipy.

Nie, nie pójdzie gładko. Wduchu liczę jednak, że skończy się na paru kosmetycznych poprawkach, zktórymi szybko się uporam, awtedy będę mógł pchnąć projekt dla Adamowicza dalej iodhaczyć jego nazwisko wswoim terminarzu. Icałą uwagę skupić na innych problemach. Bardziej palących.

Wysiadam zsamochodu iopierając przedramię onagrzany dach, mierzę wzrokiem górujący przede mną budynek. Obłożone jasnobrązowym kamieniem mury pną się wysoko iginą pod spadzistym dachem. Jedna ściana jest niemal wcałości przeszklona – widzę przez nią szerokie schody łączące dwie kondygnacje domu. Nie zliczę, ile razy pochylałem się nad jego projektem. Ile razy wędrowałem pustymi korytarzami odprowadzany dudniącym echem własnych kroków. Dziś mam wrażenie, że mógłbym przemierzyć dom Adamowicza zzawiązanymi oczyma, rozpoznać poszczególne pokoje po załamaniach ścian iwnękach. Gdybym wspiął się na samą górę, zdarł opaskę ioparł czoło oszybę, mógłbym ujrzeć majaczące na horyzoncie sinozielone góry. Tak, to piękna rezydencja, astanie się jeszcze piękniejsza, gdy zapełnimy ją ekskluzywnymi meblami, jakich zażyczył sobie właściciel: kuchnia zmarmurowym blatem, tapicerowane łoża opowierzchni wycieczkowego autokaru, garderoba, wktórej mogłaby zamieszkać czteroosobowa rodzina. Ponad pięćset metrów kwadratowych czystego luksusu.

Ruszam do wejścia. Zawieszam wzrok na kołatce stylizowanej na twarz rozgniewanego fauna. Przez głowę przemyka mi myśl, że tak zpewnością wygląda Ryszard Adamowicz, gdy coś nie przebiega zgodnie zjego planami. Wyciągam rękę, by otworzyć drzwi, jednak te nagle stają otworem, nim moje palce choćby musną chłodny metal…

Na widok stojącej wprogu kobiety przeciągle wzdycham.

Daria uśmiecha się kpiąco ikrzyżuje ramiona na piersi. Ma na sobie letnią sukienkę na cienkich ramiączkach, jest boso, zupełnie jak moja żona dziś rano.

– Zdziwiony? – Przechyla głowę na bok zminą psotnicy.

– Umówiłem się zRyszardem.– Chrząkam zakłopotany.

Na jasnej podłodze rozlewają się plamy światła wpadającego przez wielkie okna. Wpowietrzu unosi się jeszcze woń drewna ifarby.

– Wypadło mu coś ważnego. Chciał do ciebie zadzwonić iprzełożyć spotkanie, ale przekonałam go, by tego nie robił. Przecież itak nie odbierasz telefonów… – Zawiesza głos znacząco. Oboje wiemy, że telefonu od tak ważnego klienta bym nie zlekceważył. Nie miałbym odwagi. – Zaproponowałam więc, że go zastąpię.

– Muszę się spotkać zRyszardem…

– Wejdź. – Kiwa dłonią zachęcająco inie czekając na odpowiedź, idzie wgłąb domu. Opalone na brązowo stopy miękko uderzają oposadzkę. Znikają za rogiem. – Uznał, że świetnie sobie bez niego poradzimy. Chcesz kawy? Właśnie wstawiłam wodę… – dociera do mnie echo jej głosu.

Potrząsam głową ze złością, przekraczam próg iostrożnie zamykam za sobą drzwi. Cały mój plan legł wgruzach. Popełniłem ogromny błąd. Skoncentrowałem się na Adamowiczu inie doceniłem Darii.

Wchodzę do kuchni irozglądam się dookoła zzainteresowaniem. Najwyraźniej niedawno zakończono malowanie, bo wtym pomieszczeniu zapach farby jest intensywniejszy, a w rogu dostrzegam opartą o ścianę drabinę. Daria kręci się przy oknie. Na szerokim parapecie stoi czajnik elektryczny. Na drewnianej tacy kilka szklanek zciemnego szkła ipuszka mielonej kawy. Zapewne to pozostałości po pracujących tu fachowcach. Dziewczyna podważa wieczko paznokciem, akiedy ten się łamie, klnie pod nosem. Odwraca się iwyciąga puszkę wmoją stronę.

– Bądź dżentelmenem – prosi.

Odstawiam teczkę na podłogę iposłusznie podchodzę. Gdy zdejmuję wieczko, Daria wsuwa nadłamany paznokieć między wargi iuśmiecha się prowokacyjnie. Odwracam wzrok.

– Trudno mi uwierzyć, że Ryszard scedował na ciebie zatwierdzenie ostatecznych projektów – mówię.

– Dlaczego?

– Bo budowa iurządzanie tego domu urosły wjego mniemaniu do rangi stworzenia świata! Wymagał, bym omawiał znim każdy, nawet najdrobniejszy szczegół, iupierał się, by wstrzymać dalsze prace, dopóki dokładnie nie zapozna się zrysunkami iich nie zaakceptuje. – Wmyślach dodałem: narzucał też swoje, często irracjonalne pomysły, które nijak pasowały do całości. Oczywiście nie przyjmował do wiadomości żadnych argumentów iupierał się na każdą głupotę, przez co znacznie komplikował nam pracę. – Mam uwierzyć, że wszczytowym momencie powierza decyzje tobie? – pytam.

– Mhm. Bardzo mu zależy, byśmy wszyscy czuli się tu dobrze. – Daria podchodzi iwyjmuje mi zrąk otwartą puszkę. Zaciąga się aromatem zmielonych ziaren. Potem wsypuje do szklanek po dwie łyżeczki isięga po czajnik. – To ma być nasze małe rodzinne gniazdko, sam rozumiesz…

Odwracam się ilustruję rozległy hall zimponującym żyrandolem pod wysokim sufitem. Gdy po raz ostatni byłem tu zRyszardem, sterczały tylko kikuty kabli, elektrycy musieli powiesić to monstrum zaledwie kilka dni temu. Małe rodzinne gniazdko, aniech mnie!

Daria przesuwa szklankę wmoją stronę. Na powierzchni napoju zebrała się pierzyna fusów. Wyobrażam sobie drobinki kawy wydłubywane spomiędzy zębów, kręcę głową iodstawiam naczynie.

– Wybacz. Nie zdążyli podłączyć ekspresu do kawy.

– Dzięki, już jedną wypiłem.

– No to skoro kawę mamy zgłowy… – Odstawia szklankę ztakim impetem, że napój chlusta na parapet. Wyzywająco patrzy mi woczy. – Przejdźmy do sedna.

– Dobrze. Jest tu jakieś miejsce, wktórym możemy przejrzeć te projekty? Stół, może…

– Sala konferencyjna zprojektorem?

– Daria… – Znacząco zawieszam głos. – Chcę, by wszystko przebiegło sprawnie. Bardzo mi na tym zależy. Zgodziłem się spotkać ztwoim ojczymem na miejscu, ponieważ liczyłem, że dzisiaj zaakceptuje końcowe projekty ibędziemy mogli wystartować zwykonaniem. Materiały zostały już zamówione, potrzebuję tylko ostatecznego słowa Ryszarda. Wierzę, że również tobie zależy, by te meble trafiły do domu jak najszybciej iżebyście mogli… – urywam imarszczę brwi. – Dlaczego tak patrzysz?

– Myślisz, że naprawdę obchodzą mnie twoje gówniane rysunki?

– Więc co tu robisz?

– Nie odbierałeś ode mnie telefonów, potem moje połączenia były odrzucane, więc domyśliłam się, że zablokowałeś mój numer. Wygodnie.

– Napisałem do ciebie.

– Aha, pomyślmy… –Dotyka palcem policzka iwznosi wzrok wsufit, udając, że się nad czymś zastanawia, po czym wbija we mnie pałające wściekłością spojrzenie. – Masz na myśli tę wiadomość sprzed tygodnia? „Nie możemy się dłużej spotykać”. Ito według ciebie wystarczy? Nie zasługuję nawet, by powiedzieć mi to prosto woczy?! – Robi krok wmoją stronę. – Onie, Dominiku! Nie zgadzam się na takie traktowanie! Nie wystawisz mnie za drzwi jak pary zdartych butów!

– Ale czego ty ode mnie oczekujesz?! – Czuję wzbierający gniew. Na Darię, która okazała się sprytniejsza ode mnie idoprowadziła do konfrontacji, której za wszelką cenę chciałem uniknąć. Przede wszystkim jednak na siebie: głupca naiwnie sądzącego, że gra potoczy się według warunków, które sam narzuci.

„Za dobrą zabawę zawsze trzeba zapłacić – mawiał mój ojciec – uważaj, synu, byś zawsze znajdował się po dobrej stronie”. Nie do końca rozumiałem wtedy, oczym mówi. To było przecież oczywiste. Skoro urywaliśmy się spod kościoła iszliśmy do pobliskiego baru wpiwniczce, by mój ojciec mógł osuszyć kufel albo dwa, musieliśmy zapłacić za piwo icolę. Podobnie jak nie rozumiałem, dlaczego ojciec stara się podchwycić spojrzenie krzątającej się za ladą barmanki ipo co znika na zapleczu, gdy ta wkońcu daje mu dyskretny znak ręką. Teraz jednak nie byłem już tym przestraszonym pędrakiem. Wiedziałem, co miał na myśli ojciec. Liczyło się, by samemu wystawić rachunek.

Daria nie odpowiada, więc postanawiam opanować gniew.

– Musimy ztym skończyć – mówię spokojnie. – Zrozum, przecież ja mam żonę…

– Dwa miesiące temu też miałeś żonę, pół roku temu również. Nic się nie zmieniło.

– Wprost przeciwnie, zmieniło się bardzo wiele! Natalia…

– Zaczęła coś podejrzewać, tak?

– Świetnie się razem bawiliśmy, ale pora, by każde poszło wswoją stronę.

Twarz Darii wykrzywia grymas niedowierzania. Jednym susem pokonuje dzielącą nas odległość, jej dłonie ujmują moją głowę, palce wślizgują się we włosy wszorstkiej pieszczocie, aciało kurczowo przywiera do mojego ciała, jakby chciało się wnie wtopić. Czuję ciepło bijące przez cienki materiał sukienki. Daria unosi się na palcach izagląda mi wtwarz, przytrzymując głowę zdecydowanym uściskiem, bym nie mógł jej odwrócić.

– Tak po prostu? –szepcze, owiewając mnie słodkim oddechem. – Mamy się rozejść izapomnieć, co nas łączyło?

– Co nas łączyło? – powtarzam zdenerwowany. – Daria! Nasz układ był jasny, od samego początku! Myślałem, że to rozumiesz! Śmiałaś się przecież, że jestem idealnym kochankiem, bo mam żonę inie skomplikuję ci życia!

– Może układ się zmienił?

Zaciskam szczęki.

– Owszem, zmienił się. Przykro mi, nie możemy się dłużej spotykać! Moja żona… stała się podejrzliwa, denerwuje się, gdy dłużej zostaję wpracy albo odbieram wieczorne telefony. Nie dzwoń do mnie więcej, nie pisz! Nie chcę problemów!

Przez twarz dziewczyny przemyka skurcz.

– Tylko tym dla ciebie jestem? Problemem?!

– Posłuchaj… – Biorę głęboki wdech. – Przyznaję, że pomysł zSMS-em był chybiony, ale zależało mi, by przekazać ci swoją decyzję jak najszybciej. Nie chciałem cię zranić. Jesteś wspaniałą kobietą, piękną, słodką, interesującą… Spędziliśmy razem cudowne chwile itak jak powiedziałem, świetnie się bawiliśmy. Teraz jednak dociera do mnie, że to był błąd. Ja popełniłem błąd! Dałem się ponieść pożądaniu inaraziłem swoje małżeństwo. Nie chcę tego dłużej robić. Nie możemy się już spotykać! – powtarzam stanowczo.

Brwi Darii marszczą się groźnie, oczy ciemnieją. Usiłuję wyswobodzić się zjej uścisku, ale niespodziewanie wbija boleśnie paznokcie wmój kark iprzyciąga głowę, aż nasze usta niemal się stykają. Gdyby ktoś nas teraz ukradkiem obserwował, mógłby uznać ten ruch za szorstką pieszczotę.

– Nie pozwolę, byś traktował mnie jak zabawkę, którą się znudziłeś, Dominiku! – cedzi przez zaciśnięte zęby. – Nie pozwolę się ranić!

– Nie chcę cię ranić! – powtarzam. – Musisz po prostu zrozumieć, że to koniec.

– Nie zgadzam się! – Potrząsa głową. – Nie…

– To koniec! – Podnoszę głos. – Im szybciej przyjmiesz to do wiadomości, tym lepiej.

Daria wydaje zsiebie cichy jęk, paznokcie mocniej zagłębiają się wskórę karku. Ogarnia mnie złość, awgłowie majaczy kusząca wizja, wktórej łapię ją za ramiona ipopycham tak gwałtownie, aż uderza oświeżo pomalowaną ścianę izwestchnieniem osuwa się na płytki. Nagle dociera do mnie, że uścisk zelżał. Daria płacze iprzyciska czoło do mojej piersi. Jej ciałem wstrząsa dreszcz. Zaciskam dłonie na nadgarstkach dziewczyny izdecydowanym ruchem odsuwam ją od siebie. Stoi przede mną, skulona, zjej piersi wyrywa się zdławiony szloch. Gdy unosi zaciśnięte pięści do zaczerwienionych oczu ije pociera, dostrzegam wniej dziecko. Poczucie, że popełniłem najgorszy błąd wswoim życiu, nasila się iotacza moją klatkę piersiową ciężką obręczą.

Robię krok do tyłu isięgam po teczkę. Do Darii dociera, że zamierzam wyjść. Wyciąga ku mnie dłoń, chce coś powiedzieć, ale nie dopuszczam jej do głosu. Wycofuję się za próg iszybkim krokiem zmierzam do wyjścia.

Gdy wychodzę, za moimi plecami rozlega się wściekły wrzask, azaraz po nim następuje głośny brzdęk. Wyobrażam sobie, jak Daria stoi wzburzona, jej klatka piersiowa iramiona unoszą się wrytm niespokojnego oddechu. Po podłodze toczy się potłuczona szklanka, kawa rozlewa się po płytkach, aśnieżnobiałe ściany znaczą tysiące mniejszych iwiększych plamek. Smród farby wchłania aromat mocnej kawy. Mimo to ja zastanawiam się nad ścieralnością farb akrylowych.

Podchodzę do samochodu, kładę teczkę na przednim siedzeniu iwycieram śliską od potu dłoń omateriał spodni. Wyciągam telefon. Na ekranie widnieje ikona nowej wiadomości. „Pamiętaj – o17, jak człowiek! Miłego dnia!” – pisze Natalia.

Uśmiecham się pod nosem, wystukując odpowiedź. Oczywiście, że pamiętam. Podobnie jak to, że już raz popełniłem błąd, co omało nie roztrzaskało naszego małżeństwa na drobne kawałki. Obiecałem sobie wówczas, że już nigdy nie narażę związku zNatalią na podobną próbę, że uczynię wszystko, by udowodnić swojej żonie, że zasługuję na drugą szansę, którą mi dała tamtego dnia. Ajednak, gdy pojawiła się Daria… Przełykam nerwowo ślinę imyślę odziewczynie pozostawionej wśrodku. Tym razem otrzeźwienie przyszło wcześniej izdecydowałem się zakończyć romans, zanim dowiedziała się onim Natalia. Ale czy wystarczająco szybko?

Natalia

Najlepiej zaopatrzony sklep w okolicy znajduje się na Konopnickiej, parę minut marszem od Miodowej. Na pierwszy rzut oka niepozorny, ot, zwykły sklep samoobsługowy, jakich pełno w każdym mieście, ulokowany na parterze ponurej trzypiętrowej kamienicy, z trzema nierównymi schodkami wiodącymi do wejścia i ciemnawym hallem dzielonym z apteką i sklepem zielarskim. Z rzędem metalowych wózków pod odrapaną ścianą i drewnianą ławeczką zasypaną ulotkami promocyjnymi wydaje się obskurny, ale to mylne wrażenie.

Odkryłam go, gdy rozłożona dokuczliwym wiosennym przeziębieniem szukałam punktu realizującego zakupy zdowozem do domu. Dominik wyjechał wtedy wdelegację, ja zaś zaległam na kanapie wsalonie, przeklinając wduchu decyzję, by wszystko rzucić iprzeprowadzić się do miasteczka na drugim końcu Polski. Nie mogłam zadzwonić do mamy albo siostry, na Miodowej nikogo jeszcze nie poznałam, nie mogłam więc liczyć, że do drzwi zastuka zaniepokojona sąsiadka ze słoikiem domowego rosołu wdłoniach. Zkocem zarzuconym na ramiona, wstrząsana dreszczami, zostrym bólem dźgającym głowę imięśnie, rozpaczliwie przetrząsałam kuchenne szafki. Pusty kartonik po herbacie, resztka przyschniętego cukru wcukiernicy, wybebeszony blister po aspirynie: kolejne znaleziska potęgowały rozgoryczenie. Tyle razy prosiłam Dominika, by wyjmując ostatnią torebkę herbaty albo widząc, że kończy się cukier, mąka czy cokolwiek innego, wyrzucał puste opakowania inotował, co trzeba kupić, na liście sprawunków, która zawsze wisi na tablicy magnetycznej obok lodówki.

Czy puste pudełko albo wymiętoszona torebka mają być jakąś cholerną manifestacją?

O, skończyła się herbata! Puste, kochanie, widzisz?

Kurwa mać!

Miotałam się po kuchni, ałzy bezsilności nie schły. Czarę goryczy przelała nadpleśniała cytryna wmisce zowocami. Zfurią cisnęłam ją przez całą długość pomieszczenia iopadłszy bez sił na stojący obok taboret, obserwowałam, jak toczy się po korytarzu. Marzyłam oherbacie zcytryną imiodem, kanapce zserem oraz przynoszącym ulgę sprayu do nosa. Nie miałam siły nawet się podnieść, aby wrócić na kanapę wsalonie. Czułam się bezsilna iopuszczona. Wtakich chwilach uświadamiamy sobie własną zależność od drugiego człowieka, myślałam.

Wtedy mój wzrok padł na laptopa na kuchennym blacie. Przypomniałam sobie pierwsze miesiące wtoruńskim mieszkaniu, gdy wwolne dni praktycznie nie opuszczaliśmy łóżka. „Jestem głodna” – skarżyłam się Dominikowi.–„Musimy wkońcu pojechać po zakupy!” „Apo co?” – Łaskotał oddechem mój pępek, wiedział, że doprowadza mnie tym do szaleństwa. – „Znam przyjemniejsze zajęcia niż popychanie wózka między regałami! Ato, co potrzebne, możemy zamówić przez internet. Tylko dopisz wuwagach do zamówienia, żeby pracownik sklepu postawił torby pod drzwiami. Coś mi mówi, że będziemy zbyt zajęci, by otworzyć!”

Oczywiście! Mogę przecież zrobić zakupy przez internet! Tylko czy znajdę wtym mieście sklep, który dowozi zakupy do domu klienta?

Okazało się, że był tylko jeden, za to położony całkiem blisko naszego nowego domu ido tego świetnie zaopatrzony. Gdy po kilku dniach wróciłam do formy, popychana ciekawością wybrałam się tam na poranne zakupy. Od tamtej pory inne sklepy mogą dla mnie nie istnieć. Jedynie pieczywo iciasta kupuję wpiekarni na Miodowej, bo wyroby Kwiatkowskich mają niepowtarzalny smak, który przywodzi najpiękniejsze wspomnienia dzieciństwa.

Dziś nie szukam jednak słodyczy chałki ani aromatu domowego chleba, dzisiaj moje oczy przeczesują regały wposzukiwaniu składników na wykwintną kolację, którą zamierzam przygotować dla Dominika. Tak, mieliśmy wyjść zdomu, zjeść na mieście, jednak im dłużej szukałam odpowiedniej knajpki, tym bardziej kusząca stawała się wizja wspólnych chwil wdomu. Właśnie tego potrzebujemy, myślałam, nie restauracji, obsługi, spaceru, ale wspólnych chwil, bliskości, ciepła stopniowo ogarniającego nasze ciała.

Przystaję przed drewnianym regałem zoliwami iprześlizguję się wzrokiem po ciemnych butelkach. Tradycyjna, zbazylią, czosnkiem itruflami… Wyciągam rękę po wybrany smak.

– Dzień dobry! – Zza pleców dobiega pogodne powitanie. Podskakuję przestraszona, palce ześlizgują się po szkle.

Przy regale zmakaronami stoi Justyna, właścicielka kwiaciarni na Miodowej. Jedną ręką tuli do piersi duże opakowanie pappardelle, drugą ztrudem unosi wypchany do pełna koszyk. Uśmiecha się przyjaźnie.

– Dzień dobry. – Odwracam się plecami do regału zoliwą irobię krok wstronę sąsiadki. – Widzę, że nie tylko ja doceniam asortyment tego sklepu.

– Lubię tu przychodzić – przyznaje. – Jest trochę drożej niż wdelikatesach na rogu, ale za to nigdy nie miałam problemu ze znalezieniem tego, czego potrzebuję! Nigdy wcześniej się tu nie spotkałyśmy. Lubi pani gotować? – pyta, zerkając ponad moim ramieniem na półkę. Koszyk odstawia na podłogę. Jest pełen specjalności kuchni włoskiej.

Lekko wzruszam ramionami.

– Czasami nachodzi mnie ochota, by upichcić coś bardziej wykwintnego. Na co dzień wolę proste iniezbyt pracochłonne potrawy. Apani?

– Boże, dopóki mieszkałam tylko zBrunem, wystarczała mi sucha bułka, ale odkąd wprowadził się Tobiasz… – urywa ipotrząsa głową zcichym śmiechem.– Mężczyźni mają fioła na punkcie jedzenia, prawda?

– Hmmm, nie wiem, bo Dominik… – Czuję, że moją twarz oblewa rumieniec. – Dużo pracuje iczęsto jada poza domem, więc… Nie chce mi się gotować tylko dla siebie, zazwyczaj zadowalam się zupą albo jakąś sałatką.

Justyna kiwa głową iwsuwa za ucho opadający na czoło kosmyk. Jej brwi są zmarszczone, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiała, przygryza dolną wargę. Wkońcu pyta jakby od niechcenia.

– Wszystko wporządku? Spotkałam wczoraj męża iwydawał się czymś mocno poruszony.

Próbuję unieść kąciki ust wbeztroskim uśmiechu, ale mam wrażenie, że moje mięśnie zastygły, jakby pokrył je tężejący wosk.

– Myślę, że wszystkich nas to poruszyło – mówię. – Tuż za płotem, praktycznie pod naszym domem…

– OBoże, tak! – Justyna dotyka palcami ust. – Znała pani tę kobietę? Mieszkała wkamienicy, wktórej znajduje się biuro geodezyjne.

– Nie, raczej nie.

– Czasem przychodziła do kwiaciarni – ciągnie. – Kupowała kwiaty na grób męża, który zmarł wubiegłe wakacje. Dużo onim mówiła, mam wrażenie, że bardzo tęskniła. Martwiła się, kto będzie odwiedzał jego grób, jeśli zachoruje, bo dzieci rozjechały się po świecie irzadko zaglądały do miasteczka. Ateraz… – Uśmiecha się smutno.

Niespodziewanie przed moimi oczami staje moja matka. Zastanawiam się, czy myśli omnie. Tęskni? Martwi się, że wylądowałam wmiasteczku na drugim końcu Polski? Od czasu przeprowadzki dzwoniłam do niej raz albo dwa razy ichoć starałam się nadać naszej rozmowie przyjazny ton, zawsze kończyła się potopem złotych rad iuświadamianiem mi, że popełniłam błąd. Czasami mam wrażenie, że mama jest jak wielka fala napierająca bez opamiętania ibezlitośnie zwalająca znóg. Albo roślina drapieżnie oplatająca młodą sadzonkę, odbierająca jej swobodny dostęp do słońca, wody ipowietrza. „Czy koniecznie trzeba się zaszyć na końcu świata, by rozwiązać problemy małżeńskie?” – pytała idodawała, znacząco zniżając głos: „Znasz moje zdanie, wiesz, co powinnaś zrobić…”.

Te myśli muszą znajdować odbicie na mojej twarzy, bo kwiaciarka przygląda mi się zniepokojem.

– Przepraszam – mówi. – Nie chciałam pani przygnębić.

– Nic się nie stało. Po prostu się zamyśliłam. Zauważyła pani, jak wiele uwagi poświęcamy zmarłym? Czasem myślę, że to zadośćuczynienie za to, że brakowało im naszego czasu za życia.

– Możliwe. Właściwie to… Coś mi przyszło na myśl. Mieszkamy obok siebie od kilku miesięcy, ale właściwie nie było okazji, by lepiej się poznać. Pomyślałam, że mogłybyśmy skończyć ztym paniowaniem… – Przygląda mi się wyczekująco, przygryzając dolną wargę.

Czuję, że robi mi się duszno, sklepowy regał zdaje się na mnie napierać, więc robię krok ku wylotowi alejki. Mój policzek muska powietrze napływające od automatycznych drzwi.

– Tak, to dobry pomysł, ma pani… masz rację – przyznaję. – Jestem Natalia.

– Wiem – śmieje się, odgarniając włosy ztwarzy. – Natalia, Dominik, apo naszej stronie płotu Justyna iTobiasz – wymienia, gestykulując dłonią – oraz Bruno, naturalnie.

Uśmiecham się na myśl odużym biszkoptowym psie hasającym wogrodzie sąsiadki. Czasami gdy stoję przy oknie wsypialni, widzę, jak kwiaciarka rzuca mu piłkę albo specjalną gumową obręcz wjaskrawopomarańczowym kolorze, która wzbija się wniebo niczym egzotyczny ptak, apotem miękko ląduje w