Nocarz - Magdalena Kozak - ebook + audiobook + książka

Nocarz ebook i audiobook

Magdalena Kozak

4,4

Opis

Książka, po której krew zastyga w żyłach. Chyba, że jesteś… wampirem.

Nieumarli krwiopijcy, jakich dotąd nie widziałem. W tle ABW, walki o transporty krwi, tajne służby i działania specjalne opisane przez autorkę z zastanawiającą kompetencją. Nie chciałbym znaleźć się po niewłaściwej stronie jej glocka…

Jarosław Grzędowicz, autor "Pana Lodowego Ogrodu"

To jest najbardziej niekobieca kobieca literatura na świecie!!! Na dodatek zaprawiona jakimś silnie uzależniającym narkotykiem...

Anja Orthodox, wokalistka zespołu Closterkeller

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 4 min

Lektor: Krzysztof Plewako-Szczerbiński

Popularność




Tajne akta Vespera

◆ Nocarz

◆ Renegat

◆ Nikt

Składam serdeczne podziękowania dla zespołu redaktorów merytorycznych w składzie:

Wojciech „Magister” Artych Włodzimierz „Smutny” Lubelski Bartłomiej „Szczypior” Repka Maciej „Kangur” Stopniak

„Ja, Obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowanych obowiązków funkcjonariusza Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia. Wykonując powierzone mi zadania, ślubuję pilnie przestrzegać prawa, dochować wierności konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej Polskiej, przestrzegać dyscypliny służbowej, a także honoru, godności i dobrego imienia służby oraz przestrzegać zasad etyki zawodowej”.

Rota ślubowania ABW

Ustawa z dnia 24 maja 2002 r. o Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Agencji Wywiadu. (Dz. U. Nr 74, poz. 676); Art. 47. pkt 1

Operacja „Faust”

Centralny Ośrodek Szkolenia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Emowie ul. Nadwiślańczyków, 05-462 Wiązowna

erzy Arlecki wpatrywał się w czerwoną tabliczkę z białymi literami, nad którymi przycupnął orzełek w koronie. W zamyśleniu potarł brodę i spojrzał na zegarek.

Za piętnaście ósma rano.

Westchnął lekko, po czym podszedł do wartowni, wyciągając portfel z kieszeni. Wyjął z niego legitymację i dowód osobisty, podał dokumenty zaspanemu funkcjonariuszowi. Tamten tylko pokiwał głową, po czym bez słowa zaczął wpisywać coś do zeszytu. Przerwał nagle, wyjął drugi brulion i przez chwilę się w niego wczytywał, porównując dane. Po chwili podniósł wzrok na petenta i pokręcił przecząco głową.

– To nie tu – powiedział, zamykając zeszyt. – To nie to szkolenie.

Arlecki stłumił westchnienie. Znowu ta sama zabawa, sprawdzanie odporności psychicznej kandydata. Pierwszy raz poddawali go takiej próbie w szpitalu MSWiA na Wołoskiej, kiedy przechodził testy psychologiczne. Pani doktor nieustępliwie wmawiała mu, że kłamał przy wypełnianiu kwestionariuszy, on zaś bronił się jak mógł. Wreszcie wymigał się jakoś. Potem dowiedział się, że test zdał. Każdego, kto przepraszał i przyznawał się do najdrobniejszego błędu, wyrzucano na bruk. Funkcjonariusz ABW musi umieć się znaleźć w kłopotliwej sytuacji. Wrażliwych nie potrzebują.

– Lepiej sprawdź jeszcze raz w tym swoim zeszycie – powiedział więc wartownikowi. – Mam skierowanie. – Wyjął kolejny dokument z portfela i położył go na parapecie okienka wartowni. – Adres się zgadza? Godzina też? No to jestem na szkoleniu. I lepiej mnie wpuść, zanim się spóźnię i będzie afera. Tobie też się oberwie, zaręczam.

Tamten rzucił okiem na kolejny papier, po czym pokręcił zdecydowanie głową. Zebrał dokumenty Arleckiego, wysunął rękę przez okienko i pomachał nimi nagląco.

– Biuro do spraw białego wywiadu sekcja trzecia ma swój własny ośrodek szkoleniowy – odparł niewzruszenie. – Ulica Nadwiślańczyków trzy a – zaakcentował mocno literę „a” – masz tu napisane. – ...baranie!, dodawał wyraz jego twarzy.

Jurek zmarszczył brwi z niedowierzaniem.

– W tył zwrot, w prawo, a potem przez las. Lepiej jedź już, zanim się spóźnisz i będzie afera! – dorzucił wartownik kpiąco. – Bo jeszcze mi się oberwie...

Arlecki wpatrzył się uważnie w skierowanie. Rzeczywiście, przy adresie widniał gryzmoł, który przy odrobinie dobrej woli można było uznać za „3a”. W nagłówku dokumentu zaś – literki BBW III, które uznał był za specyfikację trybu szkolenia. Tymczasem miałby to być jego nowy przydział? Zmarszczył brwi ze zdziwieniem. Biuro Analiz i Informacji, zajmujące się białym wywiadem, mieści się na Rakowieckiej, nigdy nie słyszał, żeby mieli jakąś filię. Cóż, o wielu rzeczach jeszcze nie słyszał w tej firmie. I o wielu z pewnością nigdy nie usłyszy...

Warknął coś niecenzuralnego pod nosem, odwrócił się i śpiesznym krokiem udał się do samochodu. Wskoczył za kierownicę, ruszył gwałtownie. Skręcił we wskazanym kierunku, okropnie wyboista droga powiodła go przez las. Z niepokojem obserwował wskazówki zegara. Do ósmej zostało mu zaledwie pięć minut. No pięknie, spóźni się, i to na samym początku swojej oszałamiającej kariery kontrwywiadowcy.

Wreszcie dotarł do metalowej bramy, tu i ówdzie nadgryzionej przez rdzę. Zatrzymał samochód tuż przed nią, wysiadł, rozglądając się wokół. Okolica wyglądała nadzwyczaj nieprzyjaźnie, drzewa i krzewy straszyły bezlistnymi gałęziami, wyleniała trawa pokładała się smętnie pod nimi. Do tego siąpił drobny marcowy deszcz, a niebo zaciągnięte chmurami zdawało się wisieć tuż nad czubkami drzew.

Arlecki przeciągnął ręką po króciuteńko obciętych ciemnych włosach, zbierając z nich wilgoć. Podszedł do sąsiadującej z bramą furtki, na której wisiała niegdyś czerwona, teraz brunatna tabliczka. Pochylił głowę, starając się odczytać niewyraźne litery.

„Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Biuro do spraw Białego Wywiadu, sekcja III” – odszyfrował wreszcie.

Pokiwał głową, pchnął furtkę. Zaskrzypiała, ale ustąpiła bez specjalnych problemów. Zdziwił się lekko – wejście bez wartowników? Nie miał już jednak zbyt wiele czasu do namysłu, wyciągnął więc dłoń z pilotem w kierunku samochodu. Auto zapikało w odpowiedzi, mrugając światłami. Arlecki ruszył śpiesznie krętą drogą wśród drzew, co chwila zerkając na zegarek.

Było już pięć po ósmej, kiedy dotarł do małego, szarego budynku, wciśniętego w wysoki żywopłot z tuj. Wbiegł po kilku schodkach, położył rękę na mosiężnej klamce, nacisnął ją i pchnął wielkie drewniane drzwi. Znalazł się w niewielkim przedsionku. Z lewej strony ziewał wartownik w swojej kanciapie.

– Taaak? – rzucił funkcjonariusz niechętnie, podnosząc wzrok. – O co chodzi?

Jurek wydobył czym prędzej portfel, wysupłał zeń papiery i rzuciwszy na nie okiem dla wszelkiej pewności, wręczył je wartownikowi. Tamten przyglądał się dokumentom przez chwilę, po czym pokiwał głową.

– Szkolenie, mhm – powiedział, kryjąc kolejne ziewnięcie. – Nowy nabytek, no proszę... Wchodź! – Wcisnął guzik otwierający wielkie stalowe drzwi i machnął głową w ich kierunku.

– Samochód stoi pod bramą... – zaprotestował Arlecki. – Może wjadę?

– Jesteś już spóźniony – warknął tamten nagle. – Poczekasz jeszcze, aż cię ochrzanią? Ktoś się zaopiekuje twoim samochodem... Może.

Jurek kiwnął śpiesznie głową i wszedł. Omiótł wzrokiem hall, równie obskurny i ponury jak cała okolica.

Już zaczynam żałować tej całej awantury, pomyślał gorzko. Zachciało mi się bawić w Bonda, cholera. Źle mi było w mojej starej repiarni?

Zacisnął nagle wargi. Tak, źle było, i to bardzo źle. Choćby nie wiem co, postara się tam już nie wrócić. A jak na razie tutaj, w ABW, nie jest tak najgorzej. Nawet mimo nudnego jak cholera stażu i braku jakichkolwiek gwarancji, że teraz będzie inaczej.

Ze schodów zbiegł mężczyzna ubrany w znoszony brązowy sweter i niebieskie dżinsy. Podszedł do Jurka i podał mu dłoń.

– Witamy w sekcji trzeciej! – powiedział bardzo oficjalnym tonem. – Jestem kapitan Morawski, będę pańskim oficerem prowadzącym podczas szkolenia. Bardzo rzadko przyjmujemy nowe osoby, mam zatem nadzieję, że udowodni pan swoją przydatność do naszych celów.

– Szeregowy Arlecki – odparł Jurek, ściskając mu dłoń. – Zrobię, co tylko w mojej mocy – dodał w nadziei, że zabrzmiało to wystarczająco gorliwie.

Tamten pokiwał głową.

– Zapraszam – rzucił i ruszył korytarzem w prawo. – Jak rozumiem, odbył pan już okres próbny i jest po przysiędze? – spytał, nie odwróciwszy się nawet.

– Tak, oczywiście – potwierdził Jurek skwapliwie, podążając za nim i rozglądając się wokół.

Nic szczególnego nie przykuło jego uwagi. Po obu stronach korytarza widniał szereg drewnianych drzwi opatrzonych jedynie numerami, bez żadnych tabliczek. Słabe światło żarówek ledwie rozjaśniało panujący tu półmrok. Drewniana klepka pokryta wytartym purpurowym dywanem trzeszczała w rytm kroków.

– Czym pan się zajmował na okresie próbnym? – ciągnął Morawski.

Arlecki z trudnością pohamował zniechęcenie.

– Tym samym, co, zdaje się, przypadnie mi i tu w udziale. – Westchnął mimowolnie. – Biały wywiad. Zbieranie informacji z ogólnodostępnych źródeł. Krótko mówiąc, siedziałem godzinami w Internecie i wyciągałem byle bzdury...

– Biały wywiad to podstawa pozyskiwania informacji – przerwał mu Morawski sucho. – A bez tego nie ma mowy o jakiejkolwiek robocie operacyjnej.

Zatrzymał się przed drzwiami numer dwanaście, odwrócił się i popatrzył na podwładnego uważnie.

– Każdy by chciał być Jamesem Bondem – powiedział z nutą szyderstwa w głosie. – Pan też? – W oczach zamigotały mu złośliwe ogniki.

Jurek wzruszył ramionami.

– Przedtem pracowałem jako przedstawiciel medyczny w firmie farmaceutycznej – odparł zwięźle. – Mówiąc wprost, byłem akwizytorem leków. Nie wyobrażam sobie zajęcia bardziej odległego od przygód Bonda niż to, które oferowała mi moja poprzednia firma...

– Proszę, oto pańskie miejsce pracy – uciął kapitan, wchodząc do pokoju.

Arlecki wsunął się tuż za nim. Powiódł wzrokiem po swoim nowym życiu.

Niewielki pokoik o poszarzałych, zabrudzonych ścianach, bez żadnych obrazów. Cztery drewniane biurka z przestarzałymi monitorami komputerów, zajmującymi prawie połowę blatu. Przed biurkami obrotowe krzesła, bynajmniej niepachnące nowością. Wystrzępiony dywanik był dla odmiany zielony.

– A gdzie pozostali pracownicy? – Jurek popatrzył na przełożonego pytająco.

– Biegają. O ósmej jest zaprawa poranna – wyjaśnił tamten. – Potem, o dziewiątej, śniadanie. Pracę rozpoczynamy o dziewiątej trzydzieści. Pan dopiero przyjechał, ominęły więc pana te przyjemności.

Milczeli chwilę.

– Obiad o drugiej – odezwał się wreszcie Morawski. – Potem od trzeciej znowu robota, aż do wpół do siódmej. O siódmej kolacja. Potem zajęcia wieczorne, zazwyczaj strzelanie. O dziesiątej cisza nocna.

– I tak dzień w dzień? – zapytał Jurek z niedowierzaniem. – Mieszkacie tu, jecie, śpicie i pracujecie tak w kółko?

– Wyraził pan zgodę na pracę w systemie skoszarowanym, prawda? – rzucił Morawski niechętnie. – Niedziele są wolne. Ale żeby wyjść na miasto, potrzebna jest przepustka – zastrzegł.

Jakie miasto? – westchnął Arlecki w myślach. Dookoła same lasy, do Warszawy ze czterdzieści kilometrów... Zresztą po co komu przepustka? Do tej zardzewiałej, niepilnowanej bramy?

Nie powiedział jednak nic. Olśniewająca kariera polskiego Jamesa Bonda wydawała się coraz mniej realna, naiwne marzenia rozpadały się na kawałki pod naporem twardej rzeczywistości. Ale przynajmniej nie trzeba będzie włazić w tyłki tym cholernym lekarzom, przekonując, że lek produkowany przez pracodawcę jest jedynym specyfikiem godnym ich wielce przewielebnej uwagi. Chociaż tego nie będzie musiał robić i może odzyska odrobinę szacunku do siebie samego. Chociaż odrobinę.

Nagle pochwycił uważne, taksujące spojrzenie kapitana.

– Podobno jest pan bardzo dobry w skokach do wody? – spytał Morawski z dość wyraźnym zainteresowaniem.

Arlecki pokiwał głową.

– Kiedyś byłem – powiedział. – Szmat czasu temu. Było, minęło.

W myślach błysnęła mu twarz trenera sprzed lat. Kutas, wiecznie się czepiał, a jak przyszło co do czego, zablokował mu wejście do reprezentacji. Młody zawodnik nie wytrzymał, strzelił go jedynym w swoim życiu prawym prostym i na tym zakończył swój udział w jakichkolwiek zawodach. Jurek westchnął ukradkiem. Całe życie pełne bezsensownie zmarnowanych szans. Teraz też utknie gdzieś w obskurnym pokoiku na zadupiu, z oczami przykutymi do ekranu komputera. Ku chwale Ojczyzny zresztą.

– No to chodźmy – rzucił kapitan, przybierając znów chłodny wyraz twarzy. – Przejdziemy teraz do drugiego budynku, gdzie znajduje się część mieszkalna. Rozpakuje się pan i zadomowi. Aha, i proszę zabrać samochód spod bramy. Blokuje przejazd.

Arlecki pokiwał smętnie głową.

– Tak jest! – powiedział, starając się ukryć rozczarowanie.

Kiedy rozpoczął pracę, dwóch kolegów i koleżanka zza biurka przywitali go nijako. Ani szczególnym ciepłem, ani też chłodem od nich nie wiało. Przedstawili się krótko: Maria, Staszek, Wojtek. Wszyscy byli w stopniu porucznika, bez żenady więc zaczęli wysługiwać się szeregowym, wyznaczając mu doniosłe zadanie robienia kawy na życzenie. Na szczęście jednak pominęli oficjalną tytulaturę i pozwolili sobie mówić na „ty”.

Jurek nie protestował zbytnio. Stopień oficerski mógł dostać dopiero po szkoleniu, taka to już była koncepcja przyjęta w ABW. Tylko co to za szkolenie, czego on się tu nauczy? Szperania w Sieci? Robienia kawy? Co za bezsens, chciało mu się wyć.

Omal się nie roześmiał gorzko, kiedy przeczytał oficjalnego maila od Morawskiego, przydzielającego mu pierwsze zadanie. Sekcja III od lat gorliwie pracowała nad koncepcją zebrania i usystematyzowania danych na temat zdolności kamuflujących różnych istot, nie wyłączając postaci fantastycznych i literackich, w warunkach środowiska ludzkiego. Obecnie szeregowy Arlecki miał się zająć zbadaniem wszelkich aspektów potencjalnego funkcjonowania wampirów w społeczeństwie współczesnym.

Kręcił z niedowierzaniem głową, czytając wiadomość po raz drugi, a potem trzeci i czwarty. Nabrał w końcu niezachwianego przekonania, że zadanie było kolejnym testem, zresztą spodziewał się czegoś takiego już od samego początku. Już kiedy był na okresie próbnym, przełożeni zadawali pytania, na które znali odpowiedzi, i patrzyli, jak sobie radzi z wyszukiwaniem informacji. A potem, co znacznie trudniejsze, ze zbieraniem ich do kupy i opracowywaniem w miarę sensownej notatki. Przyznać jednak należy, że żadne z poprzednich zadań nie było aż tak bezsensowne jak to. Wampiry, też wymyślili, naprawdę...

Uśmiech spełzł mu z twarzy pod wpływem kolejnej refleksji. Zapewne jego nowi koledzy sprawdzają właśnie, jak działa w warunkach wysokiej niepewności, graniczącej z absurdem. Na ile jest subordynowany i elastyczny, gotowy na wypełnianie najbardziej idiotycznych rozkazów. To już nie jakaś tam praca, to służba w warunkach specjalnych i trzeba się jak najlepiej wywiązać z każdego powierzonego zadania. Nawet jeżeli miałoby nim być przeprowadzenie badań nad protokołem dyplomatycznym krasnoludków.

Kapitan Morawski w mailu sugerował, aby Jurek jak najszybciej zabrał się za uzupełnianie swojej wiedzy. Na biurku leżało zaś coś, co koledzy określili „wstępniakiem”. Kilka filmów na DVD. Jurek przeleciał wzrokiem po okładkach. „Nosferatu – symfonia grozy” Murnaua z 1922 roku, „Dracula” Fishera z 1958, „Nazarin” Buñuela z 1959. Wszystkie trzy do obejrzenia jeszcze dziś wieczorem, na jutro zapowiedziano następne. Do tego lektura obowiązkowa: Johann Wolfgang Goethe „Narzeczona z Koryntu”, John William Polidori „Wampir”, Prosper Mérimée „Upiór. Ballada morlacka”. Ciąg dalszy nastąpi.

Arlecki westchnął ukradkiem. No cóż, początki nigdy nie są łatwe. Jak mu to mówił znajomy kardiolog z Wołoskiej: „Młody lekarz musi być jak buldog: jak się wgryzie, to nie popuści”. Widocznie młody funkcjonariusz też taki musi być.

No cóż. Chcą o wampirach, niech im będzie. Znajdzie, co tylko będzie mógł. Może im całą historię Vlada Tepesa wygrzebać, do tego dokładając wirtualny przewodnik po jego stolicy, Targoviste.

Zaraz, zaraz, błysnęła mu pełna ożywienia myśl. W Targoviste w grudniu 1989 został stracony czerwony dyktator Nicolae Ceauşescu wraz z żoną. Może po prostu szykuje się jakaś polityczna rozgrywka z Rumunią? Może nasi zamierzają zagrać jakąś bardzo niestereotypową kartą i po prostu potrzebują do tego danych? Może te informacje nie są wcale testem, ale rzeczywiście komuś są do czegoś potrzebne? No, w takim razie to może być coś, na co warto spojrzeć...

Arlecki wpisał w Google’a hasło „Targoviste” i z zapałem zabrał się do pracy.

– Wampiry kamuflują się na różne sposoby – stwierdziła z przekonaniem Maria. – Osiągnięcia techniki umożliwiają im to w sposób niemal doskonały.

Jurek nie odpowiedział, masując ukradkiem obolałe nogi. Poranna zaprawa dała mu w kość. Jedynym sportem, jaki uprawiał dotąd, były skoki do wody, a i te zarzucił dawno temu. Od tamtej pory wiódł mało dynamiczne życie mola książkowego, większość czasu spędzając za biurkiem lub za kierownicą. Teraz za to płacił, jego kondycja fizyczna była wyjątkowo żałosna.

Skrzywił się pod wpływem świeżego wspomnienia. Podczas dzisiejszej porannej zaprawy zwymiotował z wysiłku już po trzecim kilometrze, jednak jego oficer prowadzący nie zamierzał mu niczego darować. Zmusił go do przebiegnięcia pełnej piątki, po czym dobił serią przysiadów, brzuszków i pompek. Pozostali funkcjonariusze dawno już poszli na śniadanie, a kapitan mówił głosem Lindy „Co ty, kurwa, wiesz o zmęczeniu”, dodając sarkastycznie „panie Arlecki”, i wydawał kolejną komendę. Jurek zaczynał go nienawidzić. Jego i wszystkich dookoła.

Oprawca skończył wreszcie i odszedł, kręcąc głową z nieskrywanym obrzydzeniem. Świeżo upieczony rekrut dowlókł się zaś do swojego pokoju ledwo żywy, bez cienia ochoty na śniadanie. Żołądek wciąż robił mu niespodziewane salta i ostatnią rzeczą, na którą mógł sobie pozwolić, było jakiekolwiek go obciążanie.

Kandydat na oficera ABW pohamował kolejne westchnienie. Nie idzie mu najlepiej, co tu kryć. Na dodatek ta nawiedzona ciemnowłosa dama zamierza właśnie przeprowadzić wykład o kamuflażu wampirów. Co by oznaczało, że wszyscy dostali to samo zadanie, nad jednym problemem pracuje cały pokój. I to w dodatku każdy osobno, jak popadnie, bez zaznaczenia poszczególnych obszarów kompetencji. Coś tu jest zdecydowanie nie tak, przecież to bardzo nieefektywny podział ról i obowiązków.

Czyli jednak go sprawdzają, przeczucie go nie myliło. Przyglądają mu się uważnie, obserwują reakcje... Czegóż, na litość boską, chcą się w ten sposób dowiedzieć, że lubi horrory czy co?

– Wampiry spokojnie mogą chodzić pomiędzy nami, mają na to swoje sposoby – ciągnęła Maria, patrząc na niego uważnie. – Na przykład używają filtrów przeciwsłonecznych. Nakładają Total Sun Block, szkła kontaktowe z filtrem UV i po sprawie, mogą spacerować w dzień. Proste, nieprawdaż? – Rozejrzała się po kolegach, jakby szukając w nich potwierdzenia i wsparcia.

Audytorium milczało.

– No, co o tym myślisz, Jurek? – zahaczyła go wprost.

Była od niego wyższa stopniem, musiał więc odpowiedzieć.

– Myślę, że powinniśmy spojrzeć na tę sprawę szerzej, dzięki czemu będziemy mogli wysnuć wnioski nadające się do zastosowania w praktyce – odparł z ostentacyjnym przekonaniem. – Na przykład, moim zdaniem ten pomysł bardzo się przyda naszym jednostkom bojowym w Iraku. Total Sun Block powinien być standardowym wyposażeniem każdego żołnierza. Należy tę wiadomość przekazać „górze” jak najszybciej.

– Nie rób sobie ze mnie jaj – warknęła lodowato. – Irak to nie nasza działka. Nie jesteśmy w WSI.

– Tak jest! – odparł sucho, po czym wbił wzrok w ekran.

Zacisnął wargi. A jednak niewypał. Nie sprawdzają posłuszeństwa i lojalności, chyba to nie to. Nie mógł na razie rozgryźć, o co im chodzi, nic a nic.

Oczy piekły go z niewyspania, obejrzał wszystkie zalecane filmy, ale skończył o trzeciej nad ranem. Potem śniły mu się stada wampirów, zaglądające do okna i przypatrujące mu się, śpiącemu, ciekawie. Na szczęście żaden go nie ruszył. Jakby na coś czekały, na jakieś pozwolenie... Obudził się, macając z przerażeniem pod poduszką, gdzie trzymał służbowego glocka. Jego dłoń trafiła na uspokajający kanciasty kształt, odetchnął więc z ulgą. Zaraz potem jednak cofnął rękę zrezygnowanym ruchem. Czy wampiry są wrażliwe na nabój 9 mm parabellum? Chyba nie. Trzeba będzie sprawdzić w Internecie.

Teraz, kiedy blade światło dnia wpadało przez mleczne, nieprzezroczyste szyby, informacja ta nie wydawała mu się już potrzebna. Owszem, sprawdzi, bo mu za to płacą, ale bez histerii i bez paniki, proszę. To tylko sen, spowodowany przewlekłym stresem i trudną sytuacją. Tylko sen.

– Słuchaj, Mario... – rzucił, przecierając dłonią zaczerwienione oczy. – A czym się te wampiry zabija? Znalazłaś coś może?

Popatrzyła na niego uważnie, pokiwała głową.

– Zrobiłam nawet opracowanie. Mam je w Wordzie, prześlę ci – rzuciła, jej palce błyskawicznie przebiegły po klawiszach. – Poszło!

Jurek otworzył pocztę, pobrał dokument i pogrążył się w lekturze. Maria odwaliła kawał roboty. Przestudiowała chyba wszystkie dostępne źródła, aby przedstawić analizę skuteczności poszczególnych metod.

Według niej wampiry charakteryzowały się nadzwyczajną zdolnością regeneracji. W związku z tym zabijałoby je wyłącznie działanie uszkadzające w znacznym stopniu życiowo ważne narządy. Stąd też dekapitacja bądź przebicie serca mają wszelkie podstawy ku temu, by uznać je za metody skuteczne. Równie zabójczym miało być działanie skrajnie wysokich temperatur, o ile nastąpiłoby wystarczająco szybko, by organizm nie zdołał skompensować nadmiernego poboru energii cieplnej. Ponadto w wielu źródłach opisywana jest wysoka wrażliwość skóry wampirzej na promieniowanie ultrafioletowe. Powstają rozległe oparzenia, do III i IV stopnia włącznie, które mogą w szybkim czasie doprowadzić do zgonu.

Natomiast co do działania czosnku Maria wypowiadała się sceptycznie. Dowodziła, że poglądy o jego skuteczności powstały na skutek mylenia prawdziwych wampirów z ludźmi chorymi na porfirię skórną późną. Bladość, unikanie światła, zniekształcenia skóry twarzy, połączone z bezsennością, halucynacjami i paranoją to obraz kliniczny nieleczonej porfirii. Czosnek należy zaś do czynników mogących u porfiryków wywoływać szczególne dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego. Stąd też pomyłka. Maria dowodziła, że choć wampiry odżywiają się krwią, mogą bez przeszkód spożywać wszelkie inne pokarmy, nie korzystając z nich jednak wcale.

Działania krzyża i innych symboli religijnych Maria nie omówiła w ogóle. Wzmiankowała tylko, że siły parapsychiczne mogą mieć równie skuteczne działanie, jak czynniki fizyczne. Można by tę tezę ekstrapolować na skuteczność działań podejmowanych przez ludzi silnie wierzących, ale o tym Maria nie pisała nic.

Jurek doczytał do końca, po czym odłożył papiery na biurko i zapatrzył się na nie. Narastało w nim poczucie niepewności. Opracowanie było bardzo dokładne, pełno w nim było przypisów i odnośników. Maria musiała poświęcić wiele godzin na wyszukanie tych informacji. Komu by się chciało wkładać tyle wysiłku w głupi kawał?

– Te wampiry to straszne skurwysyny, wiesz? – odezwał się nagle milczący zazwyczaj Wojtek. – Trzeba je niszczyć bez litości!

Jurek spojrzał na kolegę uważnie, starając się rozszyfrować jego nieprzeniknioną minę. Tamten kpi z niego, sprawdza go czy podpuszcza? Na wszelki wypadek pokiwał głową.

– Jasne – powiedział. – Taka jest konwencja obowiązująca w stosunkach ludzko-wampirzych. Niszczyć bez cienia wahania, ile sił! Nie ma inaczej.

Popatrzył znowu na papiery piętrzące się na biurku i nagle pomyślał, że Wojtek brzmiał, jakby mówił jak najbardziej poważnie. Jakby w to wierzył, w misję tropienia i zabijania wampirów.

Zimny, nieprzyjemny pot zalał Arleckiemu plecy, a myśli skłębiły się pod czaszką w pełnym niepokoju galopie. A może oni tu powariowali wszyscy?

Zagubiona w lesie jednostka, gdzie niespełnieni funkcjonariusze siedzą dzień i noc i jedno tylko mają w głowach: wampiry. Czytają książki, wygrzebują informacje z Internetu, oglądają filmy, rozmawiają wciąż o tym samym. Kiedyś tam, na „górze”, jacyś decydenci wymyślili sobie projekt, jakikolwiek, byle tylko zapewnić ludziom robotę i utrzymać etaty. Po jakimś czasie we wszechobecnym bałaganie zapomniano, kto, po co i nad czym pracuje. A temat zaczął żyć własnym życiem i oto rozrasta się właśnie do granic zbiorowego szaleństwa. Kto wie, może koledzy przyjdą do niego którejś nocy, potną na paseczki i zaczną chłeptać krew? Wzdrygnął się lekko, chociaż zdawał sobie sprawę z absurdalności tego pomysłu. Przecież w końcu to normalny, legalny wydział instytucji państwowej...

– Aha, młody! – Wojtek podniósł się, ściskając jakąś książkę w ręku. – Ty jako były lekarz... znasz łacinę?

Jurek podniósł na niego zdumiony wzrok, po czym powoli pokiwał głową.

– No to dobrze, będzie ci łatwiej. – Kolega rzucił mu na biurko żółtopomarańczową książkę z napisem „Język łaciński. Podręcznik dla lektoratów szkół wyższych”. – Zacznij sobie przypominać, może kiedyś ci się przyda.

Arlecki wziął do ręki książkę i zaczął się gorączkowo zastanawiać, czy aby na pewno nie było mu lepiej w repiarni. Że może lepiej się wycofać, póki ten obłęd nie ogarnął i jego.

Pokręcił jednak głową, przypomniawszy sobie szereg mniejszych lub większych świństw i upokorzeń, jakie stały się jego udziałem w firmie farmaceutycznej. I pranie mózgu, jakie mu tam robiono w związku z wszechobecnym wyścigiem szczurów.

Z pewnością nie może go tutaj spotkać nic gorszego. Wystarczy trzeźwo myśleć i się nie dać, a wszystko będzie dobrze.

Zadecydował więc. Zostaje.

Ale wieczorem na strzelnicy, kiedy celował do pochylonych ku niemu groźnie sylwetek, zdawało mu się, że błyszczą w nich przeraźliwie jasne wampirze oczy.

Kolejną noc przespał twardym, kamiennym snem. Nie niepokoiły go już żadne zwidy, obudził się więc w stosunkowo dobrym humorze.

Jednak kiedy tylko zabrał się za niego Morawski, pozytywne nastawienie do życia przeszło jak ręką odjął. Kapitan z lubością przecierał rekrutem plac apelowy, cytując co chwila teksty z przeróżnych filmów wojennych. Najwyraźniej przerobił już całą obowiązkową filmotekę horrorów i teraz przeszedł na wyższy stopień zaawansowania.

Dźwigając się z trudem w kolejnej pompce, Jurek zauważył jakiś ruch kątem oka. Odwrócił nieznacznie głowę. Z lasu wychynęło kilkanaście czarno odzianych postaci. Błyskawicznie przemknęły obok placu, znikając za rogiem budynku. Nie zauważyłby ich nawet, gdyby nie ten lekki, prawie przypadkowy ruch głową.

„Przez tego cholernego kota musimy teraz zapierdalać na piechotę” – pojawiła mu się w głowie gniewna myśl. „Co za noc, ja pierdolę, co za dzień...”

Świat zawirował mu lekko przed oczami, zamrugał więc gwałtownie, opadając z powrotem na mokry, zimny beton. Pozostał na ziemi przez moment, próbując zrozumieć, co się właściwie stało.

– Co jest, kurwa, kocie! – wydarł się na niego Morawski. – Napieraj pan, napieraj! Dziewczyny Bonda czekają na pana w kolejce, wszystkie cycate i dupiate jak trzeba, jedna w drugą, a pan tu leżysz bezczynnie?

Arlecki zacisnął zęby i zmusił się do kolejnej pompki.

– Kapitan mówi, że dobrze strzelasz – rzucił Staszek, jak tylko zobaczył go w drzwiach. – To świetnie, młody! Jak się postarasz, może cię dadzą do operacyjnego. – Umilkł nagle, jakby zgromiony wzrokiem Wojtka i Marii. – No co, no co! – dorzucił po chwili, znacznie mniej pewnie. – Nigdy nic nie wiadomo...

– Do operacyjnego? – powtórzył Jurek z zainteresowaniem, siadając za swoim biurkiem.

Syknął z bólu i poczerwieniał lekko ze wstydu. No proszę, superman Arlecki, który jęczy po lekkiej zaprawie. On miałby bronić Ojczyzny? To jego trzeba bronić, ot co.

– Staszek plecie bzdury – orzekła Maria pośpiesznie. – Marzy mu się Piątka, Wydział Zatrzymań. Zapomnij, tam dostają się tylko tygrysy.

Jurek pokiwał głową. W Polsce są różne wodopoje dla tygrysów: Grom i Lubliniec dla żołnierzy, poza tym policyjne ZOA, czyli antyterroryści, no i Wydział V w ABW. Aha, jeszcze CBŚ, Straż Graniczna i Żandarmeria Wojskowa mają jakieś swoje oddziały specjalne, ale mniejsza o to. Do żadnej z tych formacji i tak nie ma szans się dostać. Może gdyby zaczął coś trenować... jakieś dwadzieścia lat temu.

Włączył komputer. To mu, proszę bardzo, wychodziło niezgorzej. Też się jakoś przydaje Ojczyźnie, a co.

– Wampiry trzeba niszczyć! – uświadomił go Wojtek, wracając do wątku wszech czasów. – Bezwzględnie!

Jurek pokiwał głową bez specjalnej ochoty na jakiekolwiek dyskusje. Nie da się nikomu podpuścić, nie da się i już. Poczeka i zobaczy, co będzie dalej. Prędzej czy później coś się wyjaśni.

Wpatrzył się z rozczarowaniem w wyświetlane na monitorze dane na temat Targoviste. Ani Ceauşescu, ani jego żona nie mieli nic wspólnego z wampiryzmem, chyba że pojmowanym metaforycznie. A zatem chyba jednak był to ślepy trop.

– A ostatnio wpadły na pomysł, żeby pić sztucznie hodowaną krew! – Wojtek nie przestawał się gorączkować. – Wyobrażasz sobie? Taki wampir chodzi sobie spokojnie pomiędzy ludźmi i nikt go nawet nie podejrzewa. Bo skoro nie musi na nikogo napadać, żeby się najeść, to jest praktycznie niewykrywalny! I jak tu dorwać takiego?

– Okropne – potwierdził Jurek odruchowo. – Nikogo nie napada, drań. Zabić go za to, utłuc od razu. – Dopiero gdy kończył to zdanie, zrozumiał, jak szyderczo ono zabrzmiało.

Maria wstała, wyprostowała się za swoim biurkiem. Jej twarz przybrała wyjątkowo antypatyczny wyraz.

– Szeregowy Arlecki! – szczeknęła krótko, po wojskowemu. – Szczerze mówiąc, odnosimy tu wrażenie, że nie za bardzo jest pan zaangażowany w naszą wspólną sprawę... – Wyszła zza biurka i ruszyła ku niemu.

Wstał również. Popatrzył na nią, udając spokój, choć wewnątrz spiął się w oczekiwaniu konfrontacji. Wreszcie Maria stanęła tuż przed nim. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem.

– Wampiry istnieją – wycedziła wreszcie. – A my tu jesteśmy po to, by wyszperać wszystko, co tylko o nich ludziom wiadomo. Natomiast pan, szczerze mówiąc, sprawia wrażenie, jakby wcale nie był do nich wrogo nastawiony. Mylę się? – Wbijała w niego uważny, natarczywy wzrok.

Nie odpowiedział.

Wojtek i Staszek podnieśli się zza swoich biurek, dołączyli do Marii. Stali tak przed nim we trójkę, błyskając gniewnymi spojrzeniami. Poczuł, jak robi mu się gorąco. Atmosfera zgęstniała, czaiło się w niej coś groźnego, nieuchwytnego...

– Dajcie mi trochę czasu – rzucił więc mitygująco. – Jestem tu od przedwczoraj. Trudno się przyzwyczaić do takiej myśli od razu. Wy też chyba nie uwierzyliście natychmiast, co?

Pokiwali jednocześnie głowami, jak na komendę. Uśmiechnęli się lekko, napięcie zelżało.

– Żeby uwierzyć, trzeba czasem zobaczyć. – Maria westchnęła, odchodząc z powrotem do swojego biurka.

– Albo doświadczyć – mruknął Staszek, również wracając do siebie.

Wojtek pozostał z Jurkiem twarzą w twarz.

– Nie masz za dużo czasu, żeby się określić. Dzień, może dwa – powiedział poważnie. – Niestety, nie wszystko od nas zależy. W grę wchodzą czynniki wyższe, których czas jest bardzo, ale to bardzo cenny i nasze możliwości korzystania z niego są niezmiernie ograniczone.

Pokiwał głową, po czym odszedł i zasiadł za swoim biurkiem.

– Ucz się łaciny – rzucił jeszcze i wbił wzrok w ekran komputera. – Disce, puer, Latinae – wyszeptał pod nosem. – Dominus tecum loquetur.

Jurek usiadł powoli na swoim krześle. Z całych sił starał się opanować drżenie rąk.

Czy on powiedział: Pan będzie z tobą rozmawiał? – pomyślał w popłochu. O jasny szlag, oni powariowali naprawdę! Czas się stąd zabierać.

Wbił wzrok w ekran, uspokajając się usilnie.

Nagle zacisnął zęby, pokręcił głową.

Jasne, powinien zwiewać gdzie pieprz rośnie. Bo pokazano mu kilka filmów o wampirach, kapitan zmusza go do odrobiny wysiłku, a koledzy zachowują się trochę dziwnie. A on co? Ogon pod siebie i do domu, jasne. To dopiero bohater z niego, nie ma co.

To oczywiste, że sprawdzają, na ile jest tchórzem podszyty i czy już za chwilę spakuje walizkę. A przecież tak na dobrą sprawę nic się jeszcze takiego nie stało. Nic a nic.

Uśmiechnął się pod nosem. No, punkt dla nich. Nastraszyli go trochę, owszem. Wkręcili. Ale to normalne, młodym kotom robi się takie rzeczy. Zresztą bądźmy szczerzy, to jeszcze nic okropnego. Mogliby być bardziej brutalni i sprezentować mu jakąś kocówę na powitanie. I co wtedy? Może by płakał, co? Jak za dawnych, dobrych, podwórkowych lat...

Pokręcił głową jeszcze raz i zaczął klepać w klawisze z zawziętą prędkością.

Będzie wiedział wszystko, co trzeba, o tych pieprzonych wąpierzach. Więcej niż oni, niż ktokolwiek w tej sekcji. Będzie pierdolonym wampirzym ekspertem, skoro nie ma innego wyjścia.

A potem, w stosownej chwili, może uda mu się odegrać.

Nie, nie „może”. Na pewno.

Tego wieczoru walił ze swojego glocka do czarnych sylwetek, aż rozbolały go ręce i całkiem załzawiły się oczy. Huk strzałów ogłuszył go tak, że kiedy kładł się spać, cały świat wydawał się być spowity ciężką, duszną mgłą. Ale nie śniło mu się nic. Jakby zapadł w czarną studnię bez dna.

Trzeciego dnia rano porzygał się już po drugim kilometrze.

Morawski przebiegł parę kroków z rozpędu, zawrócił i zatrzymał się przy podopiecznym.

– W życiu nie spotkałem jeszcze takiego patałacha. – Westchnął i zmarszczył brwi z dezaprobatą. – Kto tu pana do nas ściągnął?

– Nieważne – odparł zapytany, dysząc i ocierając usta ręką. – Na pewno nie miał racji.

– Nigdy pan niczego nie trenował oprócz tych paru skoków do wody, co? – rzucił kapitan bezlitośnie. – A koledzy na podwórku spuszczali regularne manto?

Nie twój zasrany interes, pomyślał Jurek, prostując się.

– Tak jest! – rzucił służbiście.

Pobiegł przed siebie, potykając się prawie co krok.

– To nie ma sensu – rzucił Morawski, biegnąc lekkim, swobodnym truchtem tuż obok. – Po co to panu? Tylko się pan ośmiesza tutaj. – Spojrzał spode łba i syknął cicho: – Wracaj do domu, dziewczynko.

Tamten zacisnął tylko wargi. Udał, że nie usłyszał ostatniej kwestii. Biegł dalej, zmuszając się rozpaczliwie do każdego kroku.

– To nie pana wina, że ma pan takie beznadziejne ciało. – Kapitan westchnął, kręcąc głową z udawanym politowaniem. – Nigdy za bardzo nie szło panu bieganie, co? No, ale mógł pan chociaż próbować coś z tym zrobić...

– Właśnie próbuję – wyrzęził Jurek z trudem.

Droga, którą biegli, zatętniła nagle od zwielokrotnionych rytmicznych kroków. Oddział czarno ubranych mężczyzn przemknął koło nich zwinnie. Jurek popatrzył za nimi, ledwo zdążył policzyć, nim zniknęli za zakrętem.

Dziesięciu.

– Kto to? – spytał zdyszany.

Chciałby móc tak biegać, lekko i bez trudu. Niestety, nie w tym wcieleniu. Musiałby umrzeć i narodzić się na nowo. I dostać zupełnie inny pakiet startowy niż ten, który obecnie przypadał mu w udziale.

– Operacyjni – rzucił Morawski krótko.

– Piątka? – W oczach Jerzego zaświeciło nieskrywane ożywienie zmieszane z zazdrością.

– Nieee... – pokręcił tamten głową. – Nasi. Nocarze.

– Że co? – nie zrozumiał szeregowy.

– Oddział specjalny do zwalczania wampirów – wyjaśnił Morawski, przystając. – No to się wpierdoliłeś po uszy, młody. – Naraz odpuścił sobie oficjalną formę zwracania się do niego per „pan”. – Widziałeś nocarzy i wiesz, że istnieją. Nie wyjdziesz stąd nigdy, chyba że w trumnie. Gratuluję.

Arlecki stanął również. Popatrzył na przełożonego poważnie.

– Oni polują na wampiry, tak? – zapytał spokojnie. – A my szukamy dla nich informacji.

Kapitan patrzył na niego kpiącym wzrokiem.

– I jak ci się podoba ta historyjka? – rzucił, po czym zaczął biec przed siebie. – No, zapierdalaj pan, Bondzie! – ponaglił, wracając do oficjalnej formy „pan”; w tym kontekście brzmiało to wyjątkowo szyderczo. – Znowu się pan spóźnisz na śniadanie i ojczyzna będzie cię szukała po kiblach, mdlejącego z głodu. Nie wypada, po prostu nie wypada, zwłaszcza kandydatowi na oficera ABW...

– Mylą się panu rekruci, kapitanie – odparł zimno Jurek, ruszając za nim. – Nigdy nie zemdlałem z głodu. Mam żołądek strusia i jem byle co.

– I dobrze – mruknął Morawski. – Jeszcze się to panu przyda. Jak zdasz, oczywiście – dodał cicho, znów przez „ty”. – O ile zdasz.

Rekrut milczał, biegnąc obok. Chwilowo nie zadawał żadnych pytań.

– Pozabijać skurwysynów, pozabijać – mamrotał Wojtek swą codzienną mantrę. – Wytłuc co do jednego.

– Czy one ci coś kiedyś zrobiły? – nie wytrzymał w końcu Jurek. – Skąd ta obsesja? Za co ich tak nienawidzisz? Spotkałeś w życiu wampira, chociaż raz?

– No jak możesz tak mówić! – ujęła się Maria natychmiast. – Czytasz przecież książki, oglądasz filmy. Rozumiesz chyba, że wampiry i ludzie zawsze byli wrogami. A na dodatek one są odrażające...

– Sprzeczność interesów, to dla mnie jasne – powiedział Arlecki spokojnie. – Skoro wampiry zabijają ludzi, ci mają wszelkie powody, by się bronić. Ale trudno mieć przy tym do kogokolwiek pretensje. Wampiry chcą żyć, a więc muszą jeść. Jak oglądasz na Discovery lwa goniącego antylopę, to komu kibicujesz? Po czyjej stronie jesteś, lwa czy antylopy?

Potrząsnęła głową w oburzeniu.

– To nie ma nic do rzeczy – rzuciła gniewnie. – Lew musi jeść, fakt. Trudno od niego wymagać, żeby zdechł z głodu ze względu na litość nad antylopą. Ale wampir to człowiek, który przeszedł na tę ciemną stronę poniekąd z wyboru. Mógłby się przecież zabić, żeby nie mordować.

– Z punktu widzenia zjedzonej dzisiaj na śniadanie szyneczki jesteś straszliwym seryjnym mordercą – odparował nieustępliwie. – I co? Zabiłaś się?

Popatrzyli na niego wszyscy troje... i nagle zrozumiał, że oto właśnie popełnił poważny błąd. Zdemaskował się: nie jest po ich stronie i nigdy nie będzie. Wiedzą już o tym, wiedzą na pewno. Może i lepiej, skończy się wreszcie ta gra.

– Jeżeli one nas atakują, musimy się bronić – wypalił więc wprost. – Ale nie dorabiajmy do tego sztucznej ideologii, dobrze?

– Jesteś doskonałym kandydatem na wampira – odparła z przekąsem. – Właśnie takich... relatywistów potrzebują najbardziej!

– Och, pani porucznik! – rzucił sarkastycznie. – Jakże żałuję, że nikt mi tego jak dotąd nie zaproponował. Utraciłem, zdaje się, życiową szansę. A pani miała może taką okazję? Zaoferowano pani życie wieczne, niezniszczalne piękno i nieustającą młodość? Jak rozumiem, nie skorzystała pani... – urwał, rzut oka na jej twarz podpowiedział mu, że zapędził się za daleko.

Przez chwilę milczała z bardzo dziwną miną, silny rumieniec zabarwił jej twarz. W końcu otrząsnęła się i wybuchnęła głośnym śmiechem. Wojtek i Staszek dołączyli do niej, zaśmiewając się niczym z doskonałego dowcipu.

– Młody jest w porządku – stwierdziła Maria, wstając. – Ma poczucie humoru. No i nie jest łatwo go wkręcić, no, no, no.

Podeszła do Jurka, podała mu rękę. Uścisnął ją machinalnie, obserwując koleżankę uważnie, nie dowierzał bowiem tej nagłej przemianie. Maria usiadła na swoim miejscu, patrząc na niego promiennie. Potem rzuciła krótkie spojrzenie współpracownikom. Koledzy poszli czym prędzej w jej ślady, podeszli do niego, uścisnęli mu rękę, poklepali po plecach, po czym wrócili za biurka.

Jurek zaczął układać papiery. Wysilił się na miły, serdeczny uśmiech. Skoro to tylko taki mały chrzest bojowy, to dziękuję, cała przyjemność po mojej stronie. Miło było się z państwem powygłupiać.

Ale coś mu się wydawało, że to wcale nie były żarty. Intuicja wrzeszczała wręcz, ostrzegała przed wyjątkowo paskudną pułapką. Czuł, jakby coś nieuchwytnego oplatało go śliską, wilgotną siecią.

Co tu jest, kurwa, grane? – zachodził wciąż w głowę. Wrabiają mnie... Ale w co?

– No, to skoro możemy z tobą normalnie rozmawiać – powiedział Staszek – to słuchaj. Dziś w nocy, najpóźniej jutro, będzie poważna akcja.

– Tak? – Jurek wpatrzył się w niego z zainteresowaniem.

Poczuł, jak rośnie w nim nieśmiała nadzieja. Może rzeczywiście dowie się, o co w tym wszystkim chodzi.

– Dowiedzieliśmy się, że w Warszawie pojawi się wampirzy Lord – obwieścił Staszek triumfalnie. – Ultor, Lord Wojownik, będzie tu krótko, może tylko przez jeden, góra dwa dni. Spotka się ze swoimi wampirami z Rodu. Może też z innymi, kto wie.

Arlecki przełknął ślinę, nadzieja na szczerą rozmowę zgasła błyskawicznie. A zatem brniemy w to dalej. Ciekawe, jak to się wszystko skończy. Dobrze, chcecie, zagramy. Raz kozie śmierć, nie ma już nic do stracenia.

– Jak rozumiem, zajmą się nim nocarze? – zaryzykował, obserwując bacznie kolegów.

Nie zdziwili się wcale, słysząc o nocarzach, ani też nie poruszyło ich, że on zna tę nazwę. Nocarze, normalna rzecz, każde dziecko o nich wie.

– O, to, to. – Staszek pokiwał głową gorliwie. – Nocarze, pewnie ich już widziałeś. Bardzo sprawni, świetnie wyszkoleni. Zajmą się Ultorem jak należy.

– Jak silny jest ten Lord? – rzucił Jurek, starając się, by w jego głosie brzmiało jak najszczersze zainteresowanie. – I co on robi takiego, że aż tylu chłopa na jego jednego potrzeba? Zabija samym wzrokiem czy co?

– Nie zniesiesz jego spojrzenia – powiedział Staszek. – Nie dłużej niż jakieś parę sekund. Jeślibyś go kiedykolwiek spotkał, nie patrz mu w oczy.

– A jak go spotkasz, powiedz: Salve, Domine! – poradził Wojtek. – To go może usposobi do ciebie przychylnie, kto wie.

Popierdoliło ich, pomyślał Jurek po raz nie wiadomo który patrząc po kolegach z uprzejmym uśmiechem, chociaż wewnątrz dygotał, jakby zziębnięty do szpiku kości. Albo szykują jakiś grubszy przekręt.

– I w ogóle bądź grzeczny – dorzuciła Maria poważnie. – Pamiętaj, Ultor to nie jest byle pętak. W końcu ma te paręnaście setek lat. Trzymaj fason, jakby co.

Pokiwał głową gorliwie, starając się nie okazywać żadnych innych uczuć. To jednak jakiś przekręt, a oni go wrabiają, przemknęło mu przez myśl. Od dawna nie przyjmowali nikogo nowego, a teraz proszę, jaki ładny kozioł ofiarny się trafił. Specjalnie, jakby na zamówienie. A niech to szlag.

Przed oczami przemknęła mu twarz profesora Zielińskiego, który najpierw przy okazji każdej służbowej wizyty w szpitalu strasznie go gnoił. Potem wyłagodniał i pod pierwszym lepszym pretekstem skontaktował go z jakimś swoim znajomym. Ten zaś zrekrutował go do ABW, bez specjalnego trudu zresztą. Arlecki propozycję zostania funkcjonariuszem przyjął z zachwytem, od lat marzył, żeby się wyrwać z tej beznadziejnej, monotonnej egzystencji.

A teraz mełł w zębach chińskie przekleństwo: „Obyś żył w ciekawych czasach”, ubolewając przy tym nad własną głupotą. Zachciało mu się, pętakowi. Wyobraził sobie, że taki będzie wspaniały polski James Bond. A tu co, wykończą go po piętnastu minutach pierwszego aktu i koniec przedstawienia, dziękujemy. Przynajmniej koniec dla niego, oni zapewne będą się bawić dalej. Ale cóż, wiadomo, ABW to nie przedszkole. Przetrwają silniejsi. Słabi nie powinni pakować się w takie historie, inaczej sami są sobie winni. Przecież każdy wchodzi w to na własną odpowiedzialność.

– Dzięki za dobre rady – mruknął do kolegów, wracając do komputera.

Zabrał się do pracy, w ponurym milczeniu skanując wzrokiem kolejne dokumenty. Także i oni nie odzywali się już więcej. Tylko od czasu do czasu rzucali w jego stronę krótkie, zagadkowe spojrzenia.

Po raz kolejny zatopił się w przemyśleniach. Co tu się dzieje? W jakim celu, z jakiego powodu go zrekrutowano? Nigdy nie wykazywał się szczególną tężyzną fizyczną, ani też nie uprawiał żadnych sportów, no może oprócz tych skoków do wody dawno temu. Wątpił jednak, żeby akurat dzięki tej niespecjalnie bojowej umiejętności uznano go za dobrego kandydata na funkcjonariusza ABW. A zatem walory fizyczne odpadały, co zresztą udowodnił mu Morawski ponad wszelką wątpliwość. Cóż więc innego brali pod uwagę, zapraszając go do siebie? Nie mógł przecież wykazać się nadzwyczajną inteligencją, owszem, na testach wypadał dobrze, aczkolwiek też nie przesadnie wysoko. Do Mensy nie miał szans startować, byłaby to zwyczajna strata czasu.

Jakieś predyspozycje psychiczne? Owszem, potrafił być dosyć elastyczny, a przy tym konsekwentny, być może to właśnie dostrzegł w nim profesor, skoro skontaktował go z ABW. Ale z drugiej strony Jurek nigdy nie wykazał się jakąś szczególną sprzedażą w swoim regionie, a to niezbyt dobrze świadczyło o skuteczności jego działań.

A zatem o co w tym wszystkim chodzi? Czemu oni go tutaj chcieli, do czego był im potrzebny? Po co ta cała szopka z wampirami, ich lordami i facetami ze speckomando, ganiającymi w czerni po lesie? Jakie jest jego miejsce, jego rola w tym przedstawieniu?

Ze swojej strony wiedział doskonale, czemu do nich przyszedł. Dusił się w tym bezbarwnym, nijakim życiu i desperacko potrzebował zmiany. Fura, skóra i komóra nie znaczyły nic, rzucił je w kąt natychmiast, kiedy tylko dostał propozycję pracy w ABW. Przyszedł tu za wyjątkowo śmieszne pieniądze, bo tęsknił do czegoś innego, wyjątkowego, i miał nadzieję, że to coś czeka na niego właśnie tutaj.

Ale czemu oni go wzięli?

Zadawał sobie to pytanie od samego początku i jak dotąd wciąż nie potrafił znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi.

Może oprócz jednej, o której myślał dopiero na końcu, kiedy odpadały wszelkie inne propozycje.

Wzięli go, bo był sam. Rodzice zginęli, dziewczyna odeszła jakiś czas temu, na żadną inną nie miał chwilowo ochoty.

Był sam jak palec, to fakt.

Więc w razie czego nikt nie będzie zadawał zbyt wielu niewygodnych pytań. Idealny kozioł ofiarny, ot co.

Bynajmniej nie była to pokrzepiająca myśl. Ale, jak na razie, innego rozwiązania po prostu nie było. Albo jeszcze nie zdołał na nie wpaść.

Reszta dnia upłynęła pod znakiem nieustępliwie narastającego niepokoju. Nawet zajęcia na strzelnicy, które tak zdążył polubić, nie przyniosły mu żadnej ulgi. Tego wieczoru wyniki miał najgorsze z dotychczasowych, wszystkie kule poza polem alfa, na dodatek w żenująco mizernym skupieniu. Po prostu nie mógł się skoncentrować, za nic.

Jakby zawisło nad nim jakieś złowrogie fatum, a on wyczuwał je, ale wciąż nie potrafił określić, skąd ani w jaki sposób może nadejść niebezpieczeństwo.

– Szeregowy Arlecki! Wstawaj! – Ktoś szarpnął go za ramię, budząc ze snu.

Jurek z trudem uniósł ociężałe powieki. Zobaczył Morawskiego, który pochylał się nad nim z bardzo poważną miną. Sięgnął więc niemrawo pod poduszkę w poszukiwaniu broni. Namacał kanciasty kształt, wyjął pistolet powolnym ruchem. Nie było sensu zgrywać teraz chojraka. I tak dał się zaskoczyć niczym niemowlę we śnie.

– Szef uznał, że musisz zobaczyć, żeby uwierzyć – rzucił kapitan pośpiesznie. – Bierzemy cię na akcję jako wsparcie.

Arlecki usiadł natychmiast, wbijając w niego pytające spojrzenie.

– Za pięć minut masz być w sali odpraw – oznajmił tamten. – Właściwa odprawa już się kończy, ale to dla ciebie nieistotne. Dostaniesz jakieś mało znaczące, bezpieczne zadanie. Chodzi tylko o to, żebyś się przyjrzał i uwierzył. Inaczej nie będziemy z ciebie mieli żadnego pożytku. – Odwrócił się i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami w pośpiechu.

Jurek wyskoczył z łóżka i zaczął się ubierać czym prędzej. W końcu dowie się, o co w tym wszystkim chodzi. I czy wkręcają go w jakąś paskudną aferę... czy też może istotnie mają mu coś do pokazania.

Po chwili wypadł na korytarz, ruszył w kierunku sali odpraw. Korytarz był prawie całkiem ciemny, ledwo rozróżniał biegnące tuż koło niego postacie. Zdziwił się ilością ludzi przebywających w tym budynku. Dotychczas spotykał tylko kolegów z pokoju, Morawskiego i personel techniczny: kucharki, sprzątaczki, sekretarkę. Teraz jakaś czarna ludzka rzeka zalała korytarz, unosząc Jurka ze sobą.

„Światło, kurwa, kot wstał!” – błysnęła mu krótka myśl, kiedy zbliżał się do sali odpraw.

Wszedł do niej z pośpiechem. Tutaj było również dość ciemno, kilka słabych żarówek, najwyżej dwudziestek, słało mdły blask z sufitu.

Zaciemnienie taktyczne! – uznał w duchu. Ośrodek jest uznawany za placówkę białego wywiadu, nie może się wydać, że są tu też operacyjni...

Popatrzył na okna zasłonięte szczelnie żaluzjami i uśmiechnął się lekko pod nosem. A jednak nie jest taki beznadziejny, kojarzy przecież niektóre fakty.

„Kojarzy. Jak dziecko we mgle” – pojawiła się kolejna myśl.

Nocarze siedzieli już tam od jakiegoś czasu, odprawa miała się ku końcowi. Kilkadziesiąt par oczu uważnie wpatrywało się w obraz miotany z multimedialnego rzutnika. Teraz zaś odwrócili się wszyscy ku nowo przybyłemu.

– Właściwie odprawę już zakończyliśmy – zwrócił się do Jurka wysoki, szczupły, ciemnowłosy mężczyzna w stopniu majora. – Streszczę tylko dla twojej wiadomości. Rozpoczynamy finalny etap operacji „Faust” – oznajmił z namaszczeniem. – Lord Ultor zawita do Warszawy za dwie godziny. Zamierza się spotkać z przedstawicielami tutejszej wampirzej społeczności.

Obecni pokiwali głowami w milczeniu.

Jurek poczuł, jak po plecach przebiega mu niespokojny dreszcz. Lord wampirów oficjalnie wymieniony na odprawie! Czyżby cała jednostka brała udział w przedstawieniu organizowanym dla jednego rekruta? Nie, to nieprawdopodobne, intryga musi sięgać głębiej...

– Impreza odbędzie się na prywatnej posesji, znajdującej się paręnaście kilometrów stąd. – Dowódca zwrócił się ku ekranowi, na którym widniał plan budynku. – Odrestaurowany pałacyk w Wiązownej, jakich teraz wiele.

Czerwona kropka laserowego wskaźnika przebiegła po symbolach, w których Arlecki domyślił się poszczególnych oddziałów.

– Snajperzy zabezpieczają teren z okolicznych drzew. Grupy szturmowe zajmują się wszelkimi otworami wejściowymi oraz korytarzami – streścił major. – Ty obstawiasz oranżerię. Jest położona na uboczu, nie spodziewamy się tam więc wroga. Chodzi raczej o to, żeby jakiś ludzki element nie przyplątał się po nocy i nie wlazł nam w paradę – oznajmił sucho. – Będziesz dysponował bronią konwencjonalną. Aha, i nie bądź zbyt skory do jej używania – zaznaczył. – Nie chcę żadnych ofiar wśród ludności cywilnej, trudno się z tego wykręcić potem. I bądź w kontakcie. Jak zobaczysz kogokolwiek, nie próbuj działać sam, wzywaj nocarzy. Zrozumiano?

– Tak jest! – potwierdził Jurek gorliwie.

– No to ruszaj! – powiedział dowódca. – Za piętnaście minut przy wozach, wszyscy. Pełne wyposażenie i uzbrojenie. Naprzód!

Nocarze poderwali się natychmiast i wybiegli z sali, równymi szeregami pędząc do magazynów. Jurek biegł razem z nimi, czując, jak łomocze mu serce. Sam nie wiedział, czy bardziej ze strachu, czy z podniecenia.

Oranżeria była ciemna, zimna i cicha.

Wypełniona pustymi kamiennymi donicami, nie była najłatwiejszym obiektem do upilnowania. Jurek pobłąkał się po niej trochę, zanim znalazł wystarczająco dogodne miejsce, by móc obserwować zarówno wszystkie okna, jak i drzwi wejściowe.

Stał teraz przyklejony plecami do kamiennego filaru. Na początku adrenalina sprawiała, że nie czuł zmęczenia. Wlepiał wzrok, wzmocniony noktowizorem, w jedno okno po drugim. Pełen napięcia obserwował okolicę. Strach narastał falami, trząsł nim, przynaglając serce do pośpiesznego łomotu. Po chwili strach opadał... a potem narastał znów.

Po mniej więcej półgodzinie czekania, kiedy wciąż nic się nie zdarzyło, odtajał powoli. Zaczął dotkliwie odczuwać, co się dzieje z jego ciałem. Przywalone kilogramami oporządzenia, pociło się niemiłosiernie. Kamizelka kuloodporna była sztywna i niewygodna. Narzucona na nią kamizelka taktyczna, wyładowana po brzegi zapasowymi magazynkami z amunicją, stanowiła dodatkowy ciężar. Uprząż pozapinana była fatalnie, śpieszył się, kiedy ją nakładał, zresztą miał w tym przecież prawie zerowe doświadczenie. A teraz kabura na udzie, w której miał pistolet, zwieszała się luźno, obijając nogę boleśnie. Za to drugie udo opasane było zbyt ściśle i zaczynało cierpnąć. Hi-Teki też zasznurował za ciasno i już zaczynały mu drętwieć stopy. Ściskany kurczowo w garściach pistolet maszynowy MP5A3, na początku tak zachwycająco lekki, teraz ciążył, jakby jego konstrukcja oparta była głównie na ołowiu. Na domiar złego kewlarowy hełm na głowie był za luźno zapięty i chwiał się lekko, kiedy Jurek poruszał głową. A ponieważ noktowizor przymocowany był częściowo do hełmu, pole widzenia było bardzo ograniczone, na dodatek zmienne i nieprzewidywalne.

Do strachu dołączyła złość, wspierana poczuciem upokorzenia. Ot, proszę, komandos w akcji. Dupa do kwadratu, nie komandos. Najwyższy czas przestać się ośmieszać, panie Arlecki. W procesie oddzielania mężczyzn od drobiu już pan chyba wie, do której kategorii został pan zaliczony. A więc pora na pana. Trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść.

No, ale na pewno nie teraz. Nie w środku akcji. Tam są koledzy z oddziału. Nie zna z nich nikogo, to prawda, na dodatek wcale tak do końca nie jest pewne, czy aby grają po tej samej stronie. Ale pomimo wszystko nie zamierza się wycofać. Bo może jednak jest za tym wszystkim jakaś głębsza prawda, której on jeszcze nie pojmuje. Nie ucieknie więc, cokolwiek bądź by się nie stało. Nie ma mowy. Nie wybaczyliby mu... i on nie wybaczyłby sobie też.

Ciemność zapadła nad pałacykiem, jakby przetoczył się przezeń tuman gęstego, zalepiającego wszystko czarnego dymu i został tak na wieki.

Szuuut, szuuut, szuuut... wychynął z mroku jakiś dźwięk. Jurek nasłuchiwał, czując, jak serce znów przyśpiesza rytm, a dłonie zaczynają lekko drżeć. Ten dźwięk... to śmigłowiec. Szuut, szuut, szuut, to przecinają powietrze łopaty wirnika. Na razie cicho, albo są bardzo daleko, albo śmigłowiec ma jakieś wytłumienie. Tak czy inaczej, zaczęło się.

Jurek wyprostował się, unosząc empepiątkę i przyciskając kolbę do ramienia. Przez holograficzny celownik zaczął obserwować okolicę, wodząc po niej końcówką lufy, jakby zespoloną z ruchami całego ciała. Kółko z krzyżykiem przebiegało na tle okien, ścian, drzwi... Ani jednego ruchu, nic.

Nagle donośny dźwięk wypełnił mu czaszkę. Jakby wielki, chóralny powitalny okrzyk, przepojony pełną uniesienia radością.

Arlecki rozejrzał się w panice, dookoła wciąż było pusto. Dźwięk zdawał się nie mieć źródła, nie dochodził z jakiegoś konkretnego kierunku, był po prostu wszędzie, wdzierał mu się w mózg... Jurek zrozumiał nagle, zesztywniał, plecy pokryły mu się zimnym potem. Głosy brzmiały mu bezpośrednio w głowie, uszy nie wychwytywały niczego.

Salve, Domine! – pomyślał z mocą.

Zadrżał, uświadamiając sobie kolejny fakt. To nie była jego myśl. Ona też pochodziła z zewnątrz, z cudzych umysłów, tak jak i ten poprzedni dźwięk.

Salvete, fratres! – zabrzmiał mu w głowie przepotężny głos.

A potem nagle wszystko ucichło.

Jurek przełknął ślinę. Strach gdzieś wyparował, zniknęła też frustracja i złość. Człowiek zaczął omiatać salę miarowymi, uważnymi spojrzeniami. Niczym automat oceniał, analizował, przetwarzał dane, podejmował decyzje. Odeszły emocje, zostało tylko pełne skupienie na celu. Zadanie. Wykonać zadanie.

Pałacyk nadal przepojony był głęboką ciszą. Jurek przeskakiwał wzrokiem z okna na okno, upewniając się, że nikt niepowołany nie zamierza wtargnąć do oranżerii. Zielony obraz przekazywany przez noktowizor sprawiał niepokojące, obce wrażenie, jakby pochodził z innej planety.

Arlecki wciąż lustrował okolicę, zawzięcie, uważnie.

A potem, tknięty nagłym impulsem, odwrócił się w kierunku wejścia. Nogi ugięły się pod nim z przerażenia.

Obecność.

Na określenie tego, co poczuł, żadnego innego słowa nie potrafił w tej chwili odnaleźć.

Wielka, przejmująca obecność.

Wysoka postać w długim czarnym płaszczu pojawiła się w drzwiach.

– Stój, kto idzie? – wykrzyknął Jurek, zimny pot zrosił mu czoło.

Wezwany nie odpowiedział, postąpił parę kroków do przodu. Na pewno nie był to nikt z oddziału nocarzy... a zatem wróg.

– Stój, bo strzelam! – wychrypiał funkcjonariusz słabo.

Myśli pogoniły splątanym chaosem. Co tam się jeszcze, kurwa, mówiło, czy powinien coś jeszcze krzyknąć, czy ma już strzelać teraz, kurwa, czy to nie będzie nieuzasadnione użycie broni, zaraz, a gdzie to pierdolone wsparcie, powinni go słyszeć przecież, może poczekać na nocarzy, lepiej strzelaj, durniu, zanim będzie za późno!

– Stój! – wyszeptał prawie.

Jak w transie zgrał drżące czerwone kółko celownika ze zbliżającą się powoli postacią. Strzelił dubletem. Szybko. Raz, dwa.

Huk rozległ się po sali. Odbił echem od ścian. Poraził uszy.

Czas przyśpieszył napędzany adrenaliną. Jurek widział jedynie urywki scen. Postać wciąż zbliżała się ku niemu, pomyślał więc, że spudłował, drżącą ręką przestawił empepiątkę na ogień ciągły. Władował w przeciwnika serię kilkunastu pocisków, aż odrzut nieomal wyrwał mu broń z ręki, a kule zaczęły kaleczyć sufit.

Tamten wciąż szedł, powolnym, nonszalanckim krokiem.

Jurek pociągnął po nim kolejną serią, bez żadnego efektu. Strzelił więc jeszcze raz i jeszcze... Kule poszarpały donice, ściany i szyby, siejąc gradem odprysków.

Tamten wciąż szedł powolnym, nonszalanckim krokiem.

Dziewięć milimetrów parabellum nie wywołało na nim najmniejszego wrażenia... A może ominęło go szerokim łukiem?

Broń kliknęła cicho, magazynek miał trzydzieści nabojów. Koniec amunicji. Bez szans na wymianę, nie tutaj, nie teraz. A wsparcia nie ma, nie słychać tupotu biegnących na pomoc kolegów, żaden głos nie odzywa się w wetkniętej w ucho słuchawce. Nocarze zamilkli, zniknęli, jakby się rozwiali we mgle. Zapomnieli o nim? Czy może już nie żyją... wszyscy?

Nieprzyjaciel stanął tuż o krok, na wprost. Nietknięty.

A jednak to wampir, pomyślał Jurek, puszczając empepiątkę bezradnie. Nie kłamali, nie wkręcali mnie, to wszystko było prawdą. A wampiry są nieśmiertelne. Jestem bez szans.

W porywie desperacji poderwał broń, lewą ręką przycisnął włącznik latarki. Zaświecił przeciwnikowi prosto w oczy.

Przeraźliwie jasne tęczówki ginęły niemal w jaskrawej bieli twardówek, znaczonych wąskimi szpilkami źrenic. Oczy jakby lśniły swoim własnym światłem, pod ich spojrzeniem Arleckiemu zawróciło się w głowie.

Zrozumiał nagle, że stoi przed nim Lord Ultor we własnej osobie. Ta wiadomość po prostu pojawiła się w jego umyśle i pozostała w nim jako niezaprzeczalny fakt.

Przybysz zamrugał, po czym jego surowa, poważna twarz rozciągnęła się w pełnym uznania uśmiechu.

– O, to było dobre, z tą latarką – powiedział z aprobatą. – Myślenie niekonwencjonalne. Rzadko który na to wpada. Sieją tylko bezsensownym gradem kul. Podobasz mi się, młody.

Jurek zadygotał, słysząc ten potężny głos. Osłabł nagle. Miał ochotę pokornie klęknąć przed Lordem i czekać na jego decyzję. Jakąkolwiek, byle dostać od niego jakiś rozkaz, do wykonania natychmiast.

Zamiast tego puścił empepiątkę i prawą ręką wyszarpnął glocka z kabury. Podniósł go, dołożył lewą dłoń i stanął w bojowej pozycji.

– Stój, bo strzelam! – wykrzyknął, wbijając spojrzenie w klapy płaszcza wampira.

Głupio, co z tego, kurwa, że głupio? Ma w ogóle jakiś wybór? Wyposażenie przeciwwampirze nie zostało uwzględnione w planach na dziś. Gilotyny i kusz z kołkami chwilowo brak.

Ultor skrzywił się wzgardliwie.

– Zaskocz mnie czymś – poprosił. – Jedziesz na odruchach, na dodatek nie za dobrze wyćwiczonych. To takie banalne...

– Kołków osikowych niestety nie dowieźli – warknął Jurek, podnosząc wzrok i patrząc mu prosto w oczy.

Błąd, potworny błąd, mówili mu przecież, żeby tego nie robił. Pałające dziwnym blaskiem źrenice nakazały mu się cofnąć i opuścić broń. Usłuchał, zanim jeszcze zdał sobie sprawę, że to robi. Opanował się dopiero, kiedy zaczął już powoli uginać kolana, by klęknąć przed Lordem w pokorze.

Wyprostował się czym prędzej, podniósł broń oburącz i z opuszczoną głową zaczął strzelać na ślepo. Wywalił cały magazynek, siedemnaście kul. Może któryś pocisk trafi tamtego w serce albo w głowę, kto wie.

Wampir zaniósł się głośnym, nieco szyderczym śmiechem.

Trzymając wzrok wciąż wbity w podłogę, Jurek zobaczył, jak nienaruszone pociski suną ku niemu po drewnianym parkiecie. Zatrzymały się tuż przed nim, układając się w uśmiechnięte słoneczko.

Ogarnęło go poczucie całkowitej bezsilności. Miał ochotę się rozpłakać.

– Dobrze, młody, kończymy tę zabawę i wracam na spotkanie – powiedział Ultor. – I tak już się dowiedziałem, czego trzeba.

Pistolet wyrwał się Arleckiemu z ręki, spadł na ziemię z hukiem. Człowiek pokiwał głową z rezygnacją, wyprostował się, wbijając wzrok w kołnierz czarnego płaszcza, otulający białą szyję. Byle nie spojrzeć wyżej, nie patrzeć wampirowi w oczy...

– Dlaczego chciałeś mnie zabić? – spytał Lord.

– Bo ty chciałeś zabić mnie – odparł Jurek natychmiast. – Wolałem być pierwszy.

– A myślałem, że w ramach obrony życia wdów i sierot i tak dalej – rzucił Ultor kpiąco. – I w celu utrzymania odwiecznej nieprzyjaźni ludzko-wampirzej na stosownym poziomie. No chyba że jednak miałeś jakieś konkretne osobiste powody, żeby chcieć mnie zabić, co? Albo przynajmniej jakieś umocowanie prawne, rozkaz, wyrok, te sprawy...

Jurek przełknął ślinę. Położył ręce na bezużytecznej już empepiątce, zaciskając bezradnie palce na kolbie. Co ma robić, uciekać? Błagać o łaskę? A może rzucić się na tamtego z gołymi rękami? Bez sensu, uznał w duchu. Potęga Lorda przerasta wszelkie ludzkie wyobrażenie, i tak Ultor zrobi z nim, co zechce. Wszelkie działanie będzie tylko z góry skazaną na porażkę, żenującą histerią. Lepiej więc umierać, stojąc. Pokazać przeciwnikowi, że nie boi się śmierci... tak bardzo.

– Nie – wykrztusił wreszcie. – Nic do ciebie nie mam osobiście. Ani też nikt nie kazał mi do ciebie strzelać. Nie dostałem rozkazu, nie widziałem żadnego wyroku. Bałem się ciebie, po prostu.

– A czy zagroziłem ci bezpośrednio w jakikolwiek sposób? – zapytał Ultor spokojnie. – Przyszedłem tutaj tylko, a ty co? Stój, bo strzelam, i od razu seria z empepiątki. Nawet nie bardzo miałbym szansę się zatrzymać, gdybym chciał. Ładnie to tak?

– Wolałem być pierwszy – powtórzył Jurek. – Lepiej, żeby mnie czterech sądziło, niż sześciu niosło, wiesz.

Zaczął czuć się kompletnie nierealnie. Ta scena, ta rozmowa, była tak absurdalna... Śmierć nadchodziła wielkimi krokami, wyczuwał już jej obecność, ale stał tu przed ponadtysiącletnim wampirem, przepraszając, że strzelał doń bez wystarczającego powodu i uprzedzenia. Nagle zaniósł się szaleńczym, rozpaczliwym chichotem.

– Ale ty przecież chciałeś mnie zabić, po to tu przyszedłeś – oznajmił lekkim tonem, jakby to był żart. – Więc jesteśmy kwita. – Spoważniał nagle. – Zrób, co masz zrobić, i przestań pierdolić. Żenujące się to wszystko staje.

Podniósł wzrok i spojrzał mu w oczy, twardo, z wyzwaniem. Niech tamten nie myśli, że Jurek będzie prosił o litość, czy też jęczał ze strachu. Godność. Jedyne, co jeszcze zostało do wywalczenia, to godność. Poza tym nic.

Ultor nie zaatakował go spojrzeniem jak poprzednio. Wzrok miał spokojny, zamyślony.

– Jeszcze nie wiedziałem, czy tego chcę – powiedział powoli. – Ale teraz już wiem. Tak, zabiję cię.

Arlecki pobladł, pozostał jednak wyprostowany. Puścił broń, zawisła swobodnie na pasku. Zdjął z głowy hełm, odpiął noktowizor. Sprzęt potoczył się po podłodze z głuchym łoskotem. Człowiek odetchnął głęboko.

– No to proszę – rzucił spokojnie.

– Zasługujesz na to – mruknął Lord. – Z całą pewnością.

Nagle powietrze zaświszczało, Arlecki zdołał tylko uchwycić wzrokiem kilka krótkich ruchów tamtego, błysk stali... Fala gorąca spłynęła mu nagle po szyi, sięgnęła w górę, do prawego ucha.

Podniósł obie ręce, przycisnął palce do chlustającej krwią tętnicy szyjnej. Ogarnęła go niesamowita słabość, w oczach ciemniało mu w zastraszającym tempie. Zobaczył jeszcze, jak Ultor krótkim, zdecydowanym ruchem strąca krople krwi z miecza wakizashi, a potem, odchylając połę płaszcza, wkłada ostrze do pochwy zawieszonej u pasa.

Jurek osunął się na kolana, jego ciało zaczął ogarniać dojmujący chłód, w miarę jak czerwonymi kroplami wyciekało zeń życie.

– Szkoda – powiedział Lord Wojownik, stając nad nim. – Mogłeś być jednym z nas.

– Tak – wyszeptał Arlecki, układając się miękko na ziemi. – Szkoda. Mogłem być jednym z was... Chyba bym nawet wolał, wiesz?

Leżał na wznak, światło księżyca rzucało białe krzyże przez okna oranżerii, rozmazywało się w jego gasnących oczach. Potem pojawiła się nad nim surowa, poważna twarz Lorda Ultora... A potem narosła ciemność, w której nie było widać już nic.

– Salve, frater! – powiedział Ultor, pochylając się nad umierającym. – Salve, file Latentis.

Jurek obudził się z krzykiem. Sięgnął rękami do szyi, szukając palcami rozdartej tętnicy... Nic.

Gładka, zdrowa skóra. Ani śladu rany, czy też blizny.

Usiadł na łóżku, rozejrzał się wokół gorączkowo.

Znajdował się w pustym pokoju, skąpanym w łagodnym blasku padającym przez szeroko otwarte okno. Wiatr wślizgujący się do środka niósł ze sobą żywiczny zapach iglastego lasu.

– Emów? – wymamrotał Jurek niepewnie. – Wciąż?

Wstał, oglądając śliski materiał czarnego dresu, w który był ubrany. Zmiął go lekko w palcach, był miękki i przyjemny.

Pochylił się nad łóżkiem, sprawdził, czy może pod poduszką ma jakąś broń... Nie, pusto. Powiódł jeszcze raz wzrokiem po pokoju. Oprócz metalowego łóżka nie było tu nic.

Podszedł do drzwi, pchnął je niepewnie. Ustąpiły.

Wyszedł na ogarnięty półmrokiem korytarz. Rozejrzał się. Czy to dalej Emów? Wciąż nie był pewien.

Podszedł do wielkich dwuskrzydłowych drzwi. Pchnął je lekko, wszedł do środka.

Dwudziestu kilku mężczyzn, ubranych w takie same czarne dresy, znajdowało się na sali. Porozsiadali się po sofach i fotelach, jeden z nich obsługiwał wciśnięty w kąt barek. Wielki, płaski ekran telewizora zajmował prawie całą ścianę. Również i tutaj szeroko otwarte okna wpuszczały łagodny blask.

Na widok wchodzącego mężczyźni odwrócili się, patrząc na niego przyjaźnie. Jurek postąpił parę kroków, po czym zatrzymał się speszony.

Z fotela pod oknem podniósł się Morawski, podszedł do niego, promieniejąc uśmiechem.

– Operacja „Faust” tysiąc sto trzynaście zakończona sukcesem – obwieścił radośnie. – Witamy w klubie, Vesper.

Podał mu rękę. Jurek uśmiechnął się przelotnie, nadal nic nie rozumiejąc. Uścisnął dłoń kapitana nieco machinalnie, pokiwał głową.

– Siadaj, siadaj. – Morawski podprowadził go do stolika, usadził na kanapie. – Ej, ruszcie się, chłopaki! Dajcie młodemu pić, pewnie umiera z głodu.

Barman błyskawicznie wyjął wysoką szklankę, napełnił ją rubinowym płynem, postawił na blacie. Któryś z mężczyzn pochwycił ją, przyniósł do stolika i podał Arleckiemu niemalże ceremonialnym gestem.

Jurek przyjął napój, dopiero teraz czując, jak bardzo jest głodny i spragniony. Wychylił zawartość szklanki duszkiem. Napój był przepyszny, nieco słodki, odrobinę słonawy, niesamowicie orzeźwiający. Arlecki od razu poczuł się lepiej. Uśmiechnął się z wdzięcznością i odstawił puste naczynie na blat.

– Dzięki – powiedział, nie kryjąc ulgi. – Tego mi było trzeba, faktycznie.

Na twarzach otaczających go mężczyzn pojawiły się pełne aprobaty uśmiechy. Kapitan spoważniał nagle. Skinął na jednego z kolegów, ten podniósł się natychmiast i podszedł do szafki pod ścianą. Wydobył z niej plastikową teczkę. Wrócił i podał ją Jurkowi.

– Piękny był pogrzeb, ludzie płakali – stwierdził poważnie.

Arlecki otworzył teczkę, wydobył z niej plik papierów i zdjęć. Zaczął przeglądać, oczy otwierały mu się coraz szerzej w niekłamanym zdumieniu.

Jerzy Arlecki, zabity w akcji.

Świadectwo zgonu.

Zdjęcia z pogrzebu.

Salwa honorowa.

Nagrobek.

Zapłakana ciotka.

Podniósł wreszcie oczy na kolegów, powiódł po nich wciąż nierozumiejącym spojrzeniem.

– Sfingowaliście moją śmierć? – zapytał. – Ale po co? Aż tak tajna jest ta jednostka?

– Jednostka jest tajna, i owszem – powiedział major, wchodząc do sali.

Wszyscy obecni poderwali się, stanęli na baczność. Oprócz młodego, który wciąż siedział na kanapie i wpatrywał się w dokumenty osłupiałym wzrokiem.

– Spocznij – rzucił dowódca. – Tak, oddział jest bardzo niejawny – dodał spokojnie, podchodząc do stolika. – Ale nie sfingowaliśmy twojej śmierci. Ty umarłeś, Vesper, umarłeś naprawdę. A teraz dołączyłeś do nas, Lord Ultor przyjął cię do oddziału, ofiarował Dar Krwi. Umarłeś i obudziłeś się dla Nocy. I co ty na to?

Wezwany zaniósł się cichym, nerwowym śmiechem.

– Dar Krwi? – wybełkotał. – Umarłem i żyję? Znaczy, że... co? Jestem teraz wampirem? Ja?

Pokiwali głowami w poważnym, surowym milczeniu.

– I będę latał po mieście i napadał na ludzi – trajkotał więc dalej, nieco histerycznie. – I wysysał im krew, i w ogóle...

– Nawet nie próbuj – przerwał mu major zdecydowanie. – Ultor zetnie ci łeb za takie numery. Jedzenie dostajesz tutaj, nie wolno ci polować na własną rękę.

– Przecież mówiłem, jesteśmy oddziałem specjalnym do zwalczania wampirów – dodał kapitan cierpliwie. – Walczymy z wampirami, nie z ludźmi.

– Z wampirami renegatami – uzupełnił major skwapliwie. – A ty przysięgałeś bronić obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, pamiętasz? Dalej jesteś w ABW, obecnie w stopniu porucznika. Szkolenie zakończone. Nie będzie więcej prób, zostałeś przyjęty przez Lorda, to wystarczy. Aha, i pamiętaj, Jerzy Arlecki nie żyje. Ty nazywasz się Vesper.

Wampir pokiwał powoli głową. Nagle zdał sobie sprawę, że żołądek ma pełen dopiero co wypitej krwi... Zrobiło mu się niedobrze, pomyślał, że zaraz zwymiotuje. Zerwał się więc z kanapy, roztrącając kolegów gwałtownie, podbiegł do okna. Przechylił się przez parapet, oddychając ciężko. Mdłości jednak minęły, najwyraźniej organizm nie zamierzał się pozbyć cennego płynu.

Rozejrzał się wokół, wciąż dysząc. Po niebie pędziły chmury, słońce rzucało między nimi snopy światła. Wreszcie wychynęło spomiędzy obłoków na dłużej. Vesper popatrzył w górę z niedowierzaniem, czując, jak coraz silniej kręci mu się w głowie.

Słońca było pół.

I było takie dziwnie duże, poryte bliznami... I nie świeciło tak mocno jak zwykle.

Wreszcie zrozumiał, osunął się bezwolnie z parapetu i usiadł na podłodze. Popatrzył na poważne miny kolegów otaczających go kręgiem.

– A więc to tak... – rzucił półgłosem. – Obudziłem się dla Nocy.

– Operacja „Faust” zakończona sukcesem – potwierdził major spokojnie. – Zostałeś zwerbowany do nocarzy, III sekcji Biura Białego Wywiadu ABW. Od jutra zaczynasz swoją prawdziwą służbę Rzeczypospolitej.

Vesper znowu pokiwał głową. Zamknął oczy na parę chwil, żegnając w myślach Jerzego Arleckiego i jego życie.

A potem odwrócił się i zapatrzył na księżyc, wznoszący się triumfalnie na niebie.