Nikt nie jest dobry - Eliza Zofia Janiszek - ebook

Nikt nie jest dobry ebook

Eliza Zofia Janiszek

0,0

Opis

Niektóre istoty rodzą się złe. Inne z powodzeniem nadrabiają gorliwością brak wrodzonego talentu.

Tamtego grudniowego dnia 1944 roku, dwa lata po fatalnym w skutkach spotkaniu z oficerem SS Karlem Krugerem, Markus nie miał już wątpliwości, że śmiertelnicy potrafią być równie bezwzględni i drapieżni jak jego ród - potomkowie upadłego anioła.

Czy jednak cudze zbrodnie mogą usprawiedliwiać własne?

Teraz, kiedy wrogowie nie żyją od prawie 70 lat, a poczucie winy nie pozwala zaznać spokoju, czas na rozliczenie się z samym sobą. Wyrok może być tylko jeden. Ale przedtem trzeba załatwić kilka ważnych rodzinnych spraw. I spłacić pewien stary dług.



Trudno wyobrazić sobie postać historyczną mniej kojarzącą się z fascynacją baśniami i skłonnością do fantazjowania, niż Adolf Hitler, a jednak to właśnie on wypowiedział kiedyś następujące słowa: „Legend nie można stworzyć z niczego, nie mogą być tylko przypadkowym zmyśleniem. Nie ma niczego, co nie pozwalałoby nam przypuszczać – a w moim przekonaniu byłoby to nawet w naszym interesie – że mitologia odzwierciedla świat, który istniał, o którym ludzkość zachowała niejasne wspomnienia”[1]. Jeszcze poważniej traktował legendy najbardziej oddany współpracownik przywódcy III Rzeszy – Heinrich Himmler. Szef SS interesował się zjawiskami nadprzyrodzonymi i chętnie skupiał wokół siebie osoby uchodzące za jasnowidzów bądź mistyków, powierzając im wysokie stanowiska w swojej organizacji. Pracownicy instytutu naukowego działającego pod jego patronatem – przy okazji gromadzenia mniej lub bardziej naciąganych dowodów wyższości rasy aryjskiej i tworzenia podwalin nowej religii, mającej zastąpić znienawidzone przez nazistów chrześcijaństwo – zbierali informacje na temat rytuałów magicznych oraz szamanów i czarownic z odległych zakątków świata, takich jak Tybet czy Karelia. Poszukiwali także śladów dawnych skandynawskich bóstw, uważanych przez Himmlera za realnie istniejące istoty, przedstawicieli starożytnej cywilizacji, których wiedza mogłaby przyczynić się do zwycięstwa III Rzeszy.

Na pozór niełatwo pogodzić wiarę w legendy z wizerunkiem polityków stojących na czele dwudziestowiecznego totalitarnego mocarstwa, wraz z całą jego technologiczną i militarną potęgą. Jednak tego typu przekonania nie dziwią u osób gotowych na wszystko, na każdą zbrodnię i szaleństwo, byle tylko zrealizować swój plan – pod względem skali i beznamiętnego okrucieństwa wykraczający zarówno poza wyczyny złowrogich postaci z dawnych sag, jak i czarnych charakterów współczesnej popkultury. Trudno zaprzeczyć, że kataklizm, rozpętany przez nazistowskich przywódców był autentycznym piekłem, chociaż – z tego, co wiadomo – do jego stworzenia nie przyłożył ręki żaden bóg ani demon.

[1] cyt. za: Heather Pringle, Plan rasy panów. Instytut naukowy Himmlera a Holocaust; Zysk i S–ka Wydawnictwo, Poznań 2009



Patronat medialny:

TwojaKultura.pl


Eliza Zofia Janiszek

Urodziłam się i mieszkam w Warszawie - czasem urzekającej, zwykle irytującej, ale zawsze, mimo wszystko, kochanej. Lubię heavy metal, muzykę organową, operę, tzw. „męską” literaturę, polską fantasy i filmy Romana Polańskiego. W życiu zajmowałam się wieloma rzeczami, ale zwykle miały - i mają - jakiś związek z pisaniem i kreatywnym myśleniem. Pomysł powieści „Nikt nie jest dobry” narodził się jakiś czas temu podczas gromadzenia materiałów do pracy magisterskiej o motywie szatana w twórczości Juliusza Słowackiego, chociaż całkiem możliwe, że stało się to wiele lat wcześniej, kiedy jako dziecko słuchałam opowieści moich dziadków o ich przeżyciach z czasów wojny, przeplatanych baśniami braci Grimm i historiami z Biblii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 612

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Eliza Zofia Janiszek

Nikt nie jest dobry

© Copyright by Eliza Janiszek & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo

ISBN 978-83-7859-100-9

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. (Łk 18:19)

PRZEDMOWA

Trudno wyobrazić sobie postać historyczną mniej kojarzącą się z fascynacją baśniami i skłonnością do fantazjowania, niż Adolf Hitler, a jednak to właśnie on wypowiedział kiedyś następujące słowa: „Legend nie można stworzyć z niczego, nie mogą być tylko przypadkowym zmyśleniem. Nie ma niczego, co nie pozwalałoby nam przypuszczać – a w moim przekonaniu byłoby to nawet w naszym interesie – że mitologia odzwierciedla świat, który istniał, o którym ludzkość zachowała niejasne wspomnienia”1. Jeszcze poważniej traktował legendy najbardziej oddany współpracownik przywódcy III Rzeszy – Heinrich Himmler. Szef SS interesował się zjawiskami nadprzyrodzonymi i chętnie skupiał wokół siebie osoby uchodzące za jasnowidzów bądź mistyków, powierzając im wysokie stanowiska w swojej organizacji. Pracownicy instytutu naukowego działającego pod jego patronatem – przy okazji gromadzenia mniej lub bardziej naciąganych dowodów wyższości rasy aryjskiej i tworzenia podwalin nowej religii, mającej zastąpić znienawidzone przez nazistów chrześcijaństwo – zbierali informacje na temat rytuałów magicznych oraz szamanów i czarownic z odległych zakątków świata, takich jak Tybet czy Karelia. Poszukiwali także śladów dawnych skandynawskich bóstw, uważanych przez Himmlera za realnie istniejące istoty, przedstawicieli starożytnej cywilizacji, których wiedza mogłaby przyczynić się do zwycięstwa III Rzeszy.

Na pozór niełatwo pogodzić wiarę w legendy z wizerunkiem polityków stojących na czele dwudziestowiecznego totalitarnego mocarstwa, wraz z całą jego technologiczną i militarną potęgą. Jednak tego typu przekonania nie dziwią u osób gotowych na wszystko, na każdą zbrodnię i szaleństwo, byle tylko zrealizować swój plan – pod względem skali i beznamiętnego okrucieństwa wykraczający zarówno poza wyczyny złowrogich postaci z dawnych sag, jak i czarnych charakterów współczesnej popkultury. Trudno zaprzeczyć, że kataklizm, rozpętany przez nazistowskich przywódców był autentycznym piekłem, chociaż – z tego, co wiadomo – do jego stworzenia nie przyłożył ręki żaden bóg ani demon.

1 cyt. za: Heather Pringle, Plan rasy panów. Instytut naukowy Himmlera a Holocaust; Zysk i S–ka Wydawnictwo, Poznań 2009

ROZDZIAŁ 1

LUSTRA

MARKUS

Telefon zadzwonił o szóstej rano. Rozmówca nie przedstawił się, ale rozpoznałem go po głosie, zanim wywarczał do końca pierwsze zdanie gniewnej tyrady, rozpoczynającej się od słów „ty podły sukinsynu z piekła rodem”.

Trafna charakterystyka, muszę przyznać. Jednak reszta zarzutów była, w najlepszym razie, mocno przesadzona.

– Ostrzegałem cię – powiedziałem, kiedy przerwał dla zaczerpnięcia tchu. – Wiedziałeś doskonale, co za towar kupujesz i jaką cenę trzeba będzie zapłacić.

– Wspomniałeś tylko o jakichś tam „skutkach ubocznych” – oburzył się. – Zaznaczając, że są „w zasadzie obojętne dla zdrowia”.

– Bo są.

– Chyba z tylko z twojego chorego punktu widzenia!

– Przykro mi, ale klamka zapadła.

– Tego się nie da cofnąć?

– Jedynie w sposób radykalny – spojrzałem w okno, za którym właśnie wschodziło słońce.

Zapomniałem opuścić rolety i blada poświata powoli wypełniała pokój, przeganiając z kątów resztki błękitnoszarych cieni.

– Co rozumiesz przez „sposób radykalny”? – w pełnym gniewu głosie pojawiła się nuta lęku.

– To samo, co i ty. Też nie jestem zachwycony sytuacją, ale nie martw się, nie zamierzam posuwać się do drastycznych metod dla ratowania własnego tyłka. Mam pewne zasady.

– A ja mam znajomości w prokuraturze i policji! W Kurii Biskupiej zresztą też! – dodał złośliwie mój klient, sądząc najwyraźniej, że się przestraszę.

Gdyby wiedział, z iloma biskupami i kardynałami ubijał interesy mój ojciec! Dawno temu, co prawda, zanim na starość dopadła go paranoja i zaczął drżeć na widok byle klechy.

– Wolfram, nie możesz tego tak zostawić! Musisz mi pomóc!

Już ci pomogłem, pomyślałem. I proszę, co z tego wyszło. Czynienie dobra zdecydowanie nie jest moją mocną stroną.

*

– Szefie, nie chcę krakać, ale mogą wyniknąć z tego kłopoty – w głosie Leńskiego pobrzmiewa zdenerwowanie. – Ten człowiek ma spory autorytet, zła opinia z jego strony mogłaby nam poważnie zaszkodzić. Zwłaszcza, jeśli pójdzie z tym do mediów.

Media? Wyobrażam sobie, jak mój niezadowolony klient, szanowany biznesmen i polityk, zwołuje konferencję prasową, żeby opowiedzieć światu o zawartej ze mną transakcji. Chętnie bym zobaczył tę komedię. Ale niestety taki głupi to on nie jest. Nawet w obecnym stanie paniki i desperacji…

Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że Leński przecież nie wie nic o porannym telefonie i mojej wpadce. Ten dobry człowiek w ogóle nie ma pojęcia, z kim i jakim towarem zdarza mi się handlować spod lady.

Przyduszam peta w popielniczce, tłumiąc ziewnięcie. Ostatnio kiepsko sypiam, a poza tym ósma rano w niedzielę nie jest odpowiednią porą na rozmowy o interesach i kierownik mojego małego kramu, ponoć gorliwy chrześcijanin, powinien o tym dobrze wiedzieć.

– Przepraszam, nie słuchałem zbyt uważnie – przyznaję, podnosząc wzrok znad laptopa.

Upewniam się, że okrągła sumka wpłynęła na to konto, co trzeba, i zamykam ekran. Leński stuka palcem w gruby tom w miękkiej, kolorowej okładce, leżący obok komputera.

– O! Właśnie od tego śmiecia zaczęło się całe zło!

Poradnik New Age, znaleziony przez moją siostrę na wyprzedaży w księgarni, zdecydowanie nie zasługuje na taką obelgę. Okazał się niezrównanym źródłem natchnienia podczas pisania firmowego katalogu, a potem całkiem niezłą podstawką pod ginącą zwykle w stosach papierów popielniczkę.

– Przecież sam pan mówił, że dzięki tej książce znaleźliśmy świetny sposób na opchnięcie wosku i wazeliny za cenę wielokrotnie przekraczającą hurtową – przypominam.

– Ale wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że miejscowy proboszcz wyklnie nas za ten pomysł z ambony. Dzisiaj za to myślałem, że się spalę ze wstydu! Cały kościół tylko na mnie patrzył! A jak on jeszcze machnie artykuł w tym miejscowym dzienniku…

– Będzie darmowa reklama. Nie do pogardzenia w tych ciężkich czasach.

„Wiadomości Lubinieckie” może nie grzeszą nadmierną wysokością nakładu ani porywającą treścią artykułów, ale

w końcu to mimo wszystko gazeta. Jednak Leński z dezaprobatą kręci głową nad moją niefrasobliwością.

– Pan naprawdę nic nie rozumie, czy tylko udaje? A może już panu nie zależy? Proszę powiedzieć szczerze – przezornie zniża głos do szeptu, chociaż oprócz nas nie ma teraz w budynku żywej duszy.

– Co pan sugeruje? – próbuję się oburzyć, ale w głębi serca wiem, że jego podejrzenia są trafne.

Oprócz jadłodajni z hamburgerami i outletu spożywczego jesteśmy jedyną firmą, która jakoś funkcjonuje w Lubińcu. Zatrudniamy dwadzieścia osób i płacimy im uczciwe pensje. Oprócz ciecia oraz Leńskiego, nadzorcy i księgowego w jednej osobie, pracują tutaj same kobiety, poczciwe, zdolne dziewczyny, którym wydaje się, że w tym wymierającym powoli mieście udało im się złapać wyjątkową okazję. Co by się stało, gdyby ci wszyscy ludzie dowiedzieli się, że nasza dumna manufaktura jest jedynie zasłoną dymną, teatrzykiem, który ma odwracać uwagę władz od źródeł prawdziwych dochodów mojej rodziny? I że, co gorsza, mam coraz większą ochotę rzucić to wszystko w diabły? Tę firmę, nieczyste transakcje, swoją przeklętą familię z jej cholernymi problemami. Wszystko. Wyjechać gdzieś, choćby zaraz, gdzie jest błękitne niebo, lazurowe morze i smagłe cycaste piękności przechadzające się nago po białym piasku.

Tyle tylko, że ja też mam swojego szefa. Skurwiela gorszego niż ja, który dopadnie mnie w tym tropikalnym raju, choćbym nie wiem jak starannie zacierał za sobą ślady. I dług do spłacenia. Ogromny dług z odsetkami, które przez lata zdążyły narosnąć do wysokości przyprawiającej o zawrót głowy. W porównaniu z tym fantem służbowe i rodzinne kłopoty wydają się wręcz śmieszne.

Prawda jest taka, że siedzę po uszy w gównie. Istnieje pewne wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, ale musi zaczekać. Najpierw muszę uporządkować kilka spraw. Zadbać o kogoś.

– Nigdzie się nie wybieram – przekonuję Leńskiego, który krzywi się z powątpiewaniem.

Podaje mi kolorową broszurę, nie kryjąc zażenowania i obrzydzenia.

Jest to nieco przestarzały już katalog naszej firmy, z gwiazdkowo-walentynkową ofertą. Egzemplarz owego katalogu został podarty przez miejscowego proboszcza podczas dzisiejszej mszy świętej. Podarty, podeptany i rytualnie opluty. Kongregacja ponoć z początku zareagowała zdumieniem, ale wkrótce wraz z dobrodziejem skandowała raźno „precz z szatanem”.

Zaczynam chyba rozumieć, dlaczego jedyny teatr w tym mieście splajtował wiele lat temu.

Wyjmuję katalog z ręki Leńskiego i zaczynam przeglądać, próbując dociec, co wzbudziło święty gniew duchownego. „Wzmacniające siły witalne olejki do masażu o zapachu kwiatów Orientu”? „Bezpieczne krople ziołowe, usuwające toksyny z organizmu po karnawałowych szaleństwach”? „Kuracja odchudzająca zgodna z Twoim znakiem zodiaku”? Przewracam stronę za stroną, zastanawiając się mimo woli, jakim cudem udaje nam się sprzedać co miesiąc całkiem spore ilości tego szajsu. Wbrew temu, co moja siostra sugeruje kontrahentom podczas negocjacji, w oficjalnej ofercie naszej firmy nie ma żadnych magicznych eliksirów. Ani żadnej magii w ogóle. Chyba, żeby uznać marketingowy bełkot za metodę rzucania uroków.

– Niech pan się tak nie przejmuje, panie Grzegorzu, szkoda zdrowia. Porozmawiam z księdzem i wytłumaczę mu, że nie sprzedajemy niczego, co mogłoby zagrażać ludzkiej duszy.

Chyba go nie przekonałem. Patrzy nie na mnie, tylko na katalog, otwarty na stronie z „naturalnym środkiem na potencję wprost z dziewiczych lasów Ameryki Południowej”. No cóż, przyznaję – w tym przypadku siostrzyczka przesadziła nieco z Photoshopem.

– Ksiądz księdzem, szefie, ale nie tylko on rozgłasza niebezpieczne pogłoski na nasz temat. Nie da się ukryć, że źle tu o nas mówią. Wiedziałby pan, gdyby przyjeżdżał pan tutaj częściej, zamiast siedzieć w Warszawie.

– A co, znowu wymalowali nam coś na płocie?

Odkąd moja rodzina pojawiła się w tym zacnym mieście, wśród niektórych jego mieszkańców trwa spór, czy jesteśmy Żydami, czy przedstawicielami niemieckiej skrajnej prawicy. Od czasu do czasu dają wyraz swoim poglądom za pomocą farby w spraju. Niezmiennym motywem tych malowideł jest szubienica. Na stryczku pojawia się gwiazda Dawida na zmianę ze swastyką. Są dni, kiedy to mnie bawi, ale zwykle symbole przywołują tylko niechciane obrazy z przeszłości.

– Kto by się tam tymi bohomazami przejmował! Chodzi mi o inne plotki… – Leński spogląda na mnie wyczekująco, ale teraz nie bardzo mam ochotę na szarady.

– Jakie plotki?

– Bo, wie pan… – oddycha głośno, jakby zabierał się do ciężkiej fizycznej pracy. Jest człowiekiem uczciwym i prawdomównym, a co gorsza, nie umie zachowywać swoich zmartwień dla siebie. – Tu podobno rzadko dochodzi do grubszych przestępstw. Owszem, kradzieże, pobicia, dopalacze i takie tam… Ale zabójstwa zdarzają się bardzo rzadko. A odkąd tu się sprowadziliśmy… To znaczy, nasza firma… – waha się, przestępuje z nogi na nogę. – Sześć trupów, cztery zaginięcia w ciągu dwóch lat. Sporo, jak na takie małe miasto.

Zadziwiające, jak bardzo opinia publiczna potrafi przejąć się śmiercią czy zaginięciem kilku szumowin, o ile okoliczności są wystarczająco tajemnicze. Żadna z tych rzekomych nieszczęśliwych ofiar nie była niewinna, każda miała zaciekłych wrogów oraz inne dobre powody do ulotnienia się bez wieści. Ale przecież teorie spiskowe są ciekawsze od racjonalnych wyjaśnień. I czasami naprawdę mają coś w sobie, coś oprócz steku kłamstw i fantazji.

Uśmiecham się do siebie. Krzywo i zapewne nieprzyjemnie. Inaczej nie potrafię, nawet jeśli bardzo się staram.

– A co ja niby miałbym mieć z tym wspólnego? Sądzi pan, że handluję spod lady bimbrem, prochami i częściami samochodowymi niewiadomego pochodzenia, więc postanowiłem zlikwidować konkurencję?

– No, nie żeby aż tak… Ale przez takie dziwne zbiegi okoliczności powstają szkodliwe pogłoski. Potem w kolejce w spożywczym albo w knajpie słyszy się różne rzeczy… aż uszy pieką. Boję się, żeby jakieś kłopoty z tego nie wyniknęły, rozumie pan, tu jest dużo nudzącej się młodzieży… – Leński zaczyna się plątać, rumienić ze zmieszania.

Marny z niego detektyw. Między innymi właśnie dlatego wybrałem go spośród kandydatów, którzy dali nabrać się na ofertę „spokojnej, stabilnej posady z zakwaterowaniem

w malowniczej okolicy”.

– Aha, jeszcze jedno… – z wyraźną ulgą, że może zmienić temat, sięga do wewnętrznej kieszeni kurtki i wręcza mi kopertę. – Dał mi to jakiś dzieciak przed kościołem i prosił, żebym panu przekazał.

W kopercie znajduje się zaproszenie ze zdobionymi brzegami, z papieru udającego pergamin. Impreza charytatywna z okazji sześćdziesiątej rocznicy założenia muzeum. Nie mam nic przeciwko wspieraniu kultury, ale nie przepadam za takimi uroczystościami. Z różnych przyczyn, w większości niezależnych ode mnie.

– Nie chciałbym nic sugerować, ale chyba byłoby dobrze, gdyby ktoś od nas poszedł na ten raut. Warto zintegrować się nieco bardziej z miejscową społecznością – zachęca Leński. – Jeśli pan nie chce, ja mogę pójść.

Zerkam na zaproszenie.

– Jest pan gotów znieść „popisy najstarszej śpiewaczki ludowej w województwie” i „widowisko patriotyczne

w wykonaniu szkolnego kółka żywego słowa”? Pańskie poświęcenie dla firmy jest doprawdy wzruszające.

– Eeee, bez przesady. Niech pan popatrzy na ostatni punkt programu. Założę się, że dla specjałów, które tam zaserwują, warto będzie przetrzymać nie tylko tę śpiewającą babcię, ale i wykład byłej dziedziczki Lubińca o dziejach zamku. Ale jeśli pan nie chce, nie ma sprawy…

– Jaka znowu „była dziedziczka”? – bezceremonialnie wchodzę w słowo dyrektorowi.

– No, ta profesor Walczak. Z domu Lubiniecka – wyjaśnia bez entuzjazmu, podczas gdy ja na wpół świadomie wstrzymuję oddech. – Pan spyta Koseckiego. Zdaje się, że on dobrze ją zna. Chwalił mi się kiedyś, jakie ma znajomości wśród miejscowej arystokracji…

Ćwierka moja komórka, a Leński taktownie wymyka się z gabinetu. Zerknąwszy na ekran telefonu, odbieram połączenie trochę z radością, trochę z niepokojem, jak zawsze, kiedy dzwoni Lily.

– Witaj, siostrzyczko. Nie powinnaś przypadkiem się pakować?

– Nie wiem, czy w ogóle pojadę. Ojciec źle się czuje.

– To chyba normalne w jego wieku – udaję zainteresowanie, wpatrując się w ozdobną karteczkę, jakby była szczęśliwym losem na loterii.

– Twoje współczucie jest doprawdy wzruszające! – oburza się Lily. – Jak zwykle ja mam się wszystkim zająć, tak?!

– Niech Kaj ci pomoże.

– Zwariowałeś?!

– Lily, skoro ten chłopak może już pracować, jest także w stanie zająć się ojcem.

– A ty?

– „Wojna nie wojna, ale ktoś musi pilnować interesu” – cytuję jedną ze złotych myśli naszego dziadka.

– Masz Leńskiego od takich pierdół. Markus, musisz czasem zatroszczyć się o rodzinę!

Pewnie. A czym ja się niby zajmuję przez siedem dni w tygodniu od siedemnastego roku życia?! Nie licząc pewnej dwuletniej, niezamierzonej i bynajmniej nie upragnionej przeze mnie przerwy?!

Termin uroczystości w muzeum wyznaczono na wtorek. Trę nerwowo ząbkowany brzeg zaproszenia. Sumienie mnie dręczy, chociaż wiem, że Lily poradzi sobie ze wszystkimi wybrykami ojca i jeszcze zdąży spokojnie na samolot. Jest silniejsza, niż się wydaje.

– Mam ważne spotkanie, ale przyjadę, kiedy tylko będę mógł.

– Czyli kiedy?

– Pojutrze wieczorem. O ile spotkanie się nie przeciągnie.

Jęczy, ale na szczęście nie pyta, co zatrzymało mnie w Lubińcu. I bardzo dobrze, bo nie mam ochoty jej tłumaczyć, dlaczego nie mogę odpuścić sobie jubileuszu miejscowego muzeum.

– Jest bardzo źle?

– Sam oceń – parska gniewnie moja siostra.

Słychać jej lekkie, szybkie kroki, odgłos otwieranych drzwi. A potem płacz. Płacz przerażonego, niepanującego nad sobą dorosłego. Kiedy ojciec zachowuje się w ten sposób, natychmiast wybaczam mu wszystko. Ale mój przyjazd do Warszawy niewiele by zmienił. Mimo najlepszych chęci i całkiem sporych możliwości, nie potrafię mu pomóc. Nie jestem psychiatrą ani specjalistą od Alzheimera. Nie zdołałbym zresztą zmusić taty do połknięcia tabletek. Zakładając, rzecz jasna, że w ogóle by na niego podziałały.

– Wyciągnął skądciś tę przeklętą bransoletkę i nie chce jej oddać – skarży się Lily. – W nocy, kiedy był na spacerze…

– Na spacerze?! Sam?!

– Przecież się nie rozdwoję! Wieczorem wszystko wydawało się w porządku. A zresztą, spróbuj sprzeciwić się ojcu, kiedy czegoś chce!

– I co się stało? – pytam, przygotowując się w myśli na najgorsze.

– Nic. Zabłądził, jak zwykle. Policjanci przyprowadzili go do domu. Byli bardzo uprzejmi, ale wystraszył się ich. Chyba przez te czarne mundury…

– Tak, czarne mundury, właśnie! – podchwytuje tata.

– Wiedziałem, że tak łatwo nie dadzą za wygraną, przeklęte trupie czaszki! Ich już dawno nie ma, mówiliście, oni nie żyją. A gdzie dowód, ja się pytam?! Czy ktoś widział zwłoki? Ja nie. I nie uwierzę, dopóki nie zobaczę!

Każdy ma swoje demony. Mój ojciec nie jest pod tym względem wyjątkiem. Tyle, że prześladujące go diabły mają ludzkie twarze i nazwiska. I wcale ich sobie nie wymyślił. Czasem tylko szwankuje mu wzrok i mylą się epoki, jak każdemu starcowi. Kiedy mamrocze coś bezładnie o czarnej gwardii ze srebrnymi trupimi główkami na czapkach, niemal widzę, jak miota się tam i z powrotem po pokoju, jak ściska w ręce tę przeklętą błyskotkę.

– Przyszli, żeby dokończyć robotę! Tym razem już jej nie spaprzą, o nie!

*

KAJ

Pająk drga, prostuje odnóża i zaczyna iść po wyłożonym glazurą brzegu wanny. Powoli, nieco chwiejnie, ale uparcie. Leżąc w wodzie, obserwuję go z uwagą. Dzięki temu nie muszę patrzeć na własną żałosną nagość. Wciąż jestem chudy, chociaż pod opiętą na kościach skórą wreszcie zaczynają zarysowywać się mięśnie. Większość blizn zdążyła zblednąć, ale te na nadgarstkach nadal wyglądają na świeże, jakby powstały zaledwie wczoraj. Dlatego noszę flanelowe koszule z długim rękawem, zawsze ze starannie zapiętymi mankietami. Mam dosyć ciekawskich spojrzeń obcych osób, pytań, dlaczego taki młody i zdrowy chłopak próbował ze sobą skończyć.

Nie próbowałem. Naprawdę. Nie jestem dobrym materiałem na samobójcę. Nic by tego nie wyszło – nawet, gdybym podszedł do sprawy tak profesjonalnie, jak kiedyś moja matka.

Poznałem jej historię, kiedy miałem osiem lat. Ojciec uznał, że jestem już wystarczająco dojrzały, żeby dowiedzieć się nieco prawdy o świecie, w którym żyję. Opowiedział mi, jak pojawiła się w jego życiu i jak odeszła – niedługo po tym, jak mnie urodziła.

Według ojca matka była rozhisteryzowaną kretynką. Bezmyślną lalą z wielkim biustem i małym móżdżkiem przeżartym narkotykami. Ale najwyraźniej wystarczyło jej rozumu, by pojąć, że śmierć jest jedyną drogą ucieczki przed tym, w co się wpakowała, wchodząc do naszej rodziny. O ile można nas tak nazwać. Stanowimy raczej coś w rodzaju mafijnego klanu, zjednoczonego dzięki wspólnym nieczystym sprawkom, lękowi przed zdemaskowaniem i, oczywiście, dzięki więzom krwi. Złej, przeklętej krwi mojego dziadka, powszechnie znanego mordercy i wyrzutka społeczeństwa.

Zanim mama ostatecznie z nami zerwała, zdążyła nadać mi przezwisko. Na tyle trafnie dobrane, że wszyscy używają go do dzisiaj. Nazwała mnie imieniem bohatera swojej ulubionej bajki z dzieciństwa, bo moje prawdziwe, po dziadku, nie przechodziło jej przez gardło. Nawet w środku białego dnia.

Kolejny argument za tym, że wcale nie była taka głupia.

Ciekawe – znam tę kobietę jedynie z opowieści drogiego tatusia oraz kilku zdjęć, ale była jedną z pierwszych osób, które zdołałem sobie przypomnieć, gdy doszedłem do siebie po wypadku. Pamiętam doskonale jej twarz i historię, chociaż większość pozostałych wspomnień zatarła się i wyblakła. Poszarpane, bezładne, przypominają starą taśmę filmową, pociętą na kawałki, a potem posklejaną na chybił trafił.

Amnezja bywa zabawna w filmach, ale w rzeczywistości to cholerny koszmar. Pustka w głowie. Zupełne zagubienie, jakby ktoś oślepił cię i wyrzucił z samochodu w obcym mieście.

Ale to nic w porównaniu z gorączką, płonącą w żyłach i skołatanym mózgu. Z dotykiem suchego jak popiół języka na zębach, z którymi też dzieje się coś dziwnego… Nie, nawet teraz, w tym stanie, zdajesz sobie sprawę, że dla ciebie to zupełnie normalne. Naturalne jak pragnienie czy apetyt na kawałek świeżego chleba, którym mógłbyś wypełnić pusty żołądek. Tylko tysiąc razy silniejsze.

Klątwa. Przez wielkie „K”. Kto odczuł jej działanie na własnej skórze, zrozumie sens użycia wielkiej litery.

Według Markusa tylko pierwsze Przejście jest tak ciężkie. Organizm został wyposażony w mechanizmy, które potrafią sprawić, że śmierć wydaje się łatwiejsza do zniesienia, ale Matka Natura nie zaprogramowała żadnych procedur ułatwiających powstanie z martwych. Nie ma co liczyć na endorfinowy haj, złagodzenie bólu i barwne wizje. Jednak z czasem straty spowodowane przez szok zostają naprawione, a umysł zapamiętuje nowe doświadczenie i

w przyszłości radzi sobie znacznie lepiej. Aż wreszcie dochodzisz do etapu, na którym przeraża cię jedynie zbyt pochopny pochówek.

Z tym można żyć, jak stwierdził w przypływie wisielczego humoru mój starszy brat.

Teoretycznie aż do dnia końca świata. Albo do czasu, kiedy spotkamy kogoś, kto potrafi pokonać przekleństwo ciążące nad naszym rodem. Jak w pieprzonej bajce. Tyle, że dla nas nie ma w niej szczęśliwego zakończenia. I nic dziwnego – jesteśmy przecież tymi złymi.

Pająk idzie coraz wolniej, coraz bardziej sztywno, jak mechaniczna zabawka z rozładowaną baterią, a wreszcie zastyga w miejscu, podkurczając pod siebie nóżki. Jest martwy. Czyli taki, jak dziesięć minut temu, kiedy znalazłem go za butelką płynu do prania. Krucha, wysuszona kulka chityny i resztek ścięgien.

Wsuwam palec do ust, zlizuję resztki krwi. Z jakichś powodów kiepsko działa na zwierzęta. Strącam pstryknięciem pajęcze truchło na podłogę. Wstaję, chcąc nie chcąc spoglądając w lustro, wmurowane w ścianę nad wyłożoną kafelkami półką w nogach wanny.

Zwierciadła zawsze mówią prawdę – nawet wyjątkowo podatnym na iluzję ludzkim oczom. Z jakichś powodów zawsze dokładnie odbijają twój obraz, niezależnie od tego, ile filtrów i barier uda ci się nałożyć na umysł śmiertelnika, który stojąc obok ciebie patrzy w ich taflę. Albo na swój własny. Na szczęście, blizny na twarzy już dawno zdążyły zniknąć. Jeśli jestem wystarczająco ostrożny, barwione soczewki kontaktowe wystarczają mi za całe przebranie. Według Markusa noszenie kolorowych kontaktów ma w sobie coś pedalskiego, ale uważam, że przemawia przez niego zwykła zazdrość. Sam potrzebuje znacznie bardziej wyrafinowanych środków, jeśli nie chce wzbudzać niezdrowej sensacji, kiedy przechadza się po ulicach.

Wyjmuję z hermetycznych opakowań miękkie, silikonowe miseczki, wciskam je pod powieki. Z lustra spogląda na mnie ciemnooki facet o przyciętych tuż przy skórze czarnych włosach. Obcy i jednocześnie irytująco znajomy, jak brat–bliźniak dobrego kumpla z przeszłości.

Mam dwadzieścia jeden lat – tak mówią mi nie tylko dostarczone przez rodzinę fałszywe dokumenty, ale także odzyskana część pamięci. Jak na standardy mojego gatunku jestem jeszcze dzieckiem. Głupim, naiwnym, lekkomyślnym.

Z tamtego samochodu podobno nic nie zostało. Nawet wrak na złomowisku. Podobno wpakowałem go prosto na osiemnastokołową ciężarówkę.

Nie pamiętam jej. Tylko potworny impet uderzenia, trzask pękającej przedniej szyby, wizg pękającego metalu. Krzyki kilku osób tuż nad moimi uszami i ostry zapach benzyny. Reszta zniknęła za gęstą, czarną mgłą. Im bardziej staram się ją przeniknąć, tym bardziej narasta. Czasem myślę, że tak jest lepiej, ale zazwyczaj zżera mnie ciekawość. Dręcząca, przemieszana z poczuciem winy. Dziwne, że tak bardzo przejmuję się jakimiś ludźmi, którzy zginęli przez moją nieuwagę. Zupełnie, jakby byli jedynymi, których mam i jeszcze będę miał na sumieniu…

Ubieram się i wychodzę na balkon, prosto w chłodne, ale słoneczne wiosenne przedpołudnie. Mieszkanie, które wybrałem, ku zdziwieniu moich drogich krewnych, nie należy do luksusowych. Kawalerka na warszawskim Bemowie jest niewielką, betonową klatką, zawieszoną dziesięć pięter nad asfaltowym podwórkiem, z widokiem na ruchliwą jezdnię i hipermarket. Ale wystarczy unieść wzrok, żeby zobaczyć przed sobą otwartą przestrzeń.

Robię to codziennie. Bez względu na pogodę. Nawet, kiedy leje i wiatr urywa łeb. Lubię widzieć przed sobą szeroką połać nieba nad horyzontem. Potrzebuję tego. Tak samo, jak biegania po pobliskim skrawku lasu, aż mięśnie

w udach zaczynają piec, a w płucach zupełnie brakuje tchu. Sąsiedzi uważają mnie za świra sfiksowanego na punkcie utrzymania formy. Nie rozumieją, że ruch i świeże powietrze trzymają mnie przy resztkach zdrowych zmysłów. Ruch, świeże powietrze i słońce, odkąd tylko przestało nieprzyjemnie razić mnie w oczy.

Grzeję się w nim przez kilka minut, aż nieopatrznie opuszczam wzrok i natychmiast zostaję przywołany do szarej, a raczej czarnej rzeczywistości.

Niepozorna furgonetka stoi w kącie parkingu, w cieniu wieżowca. Trudno dostrzec cokolwiek w ciemnym wnętrzu, ale dobrze wiem, że tam są. Czujni, wpatrzeni w mocno przyciemnione szyby. Wyczuwam ich obecność, tak, jak wyczuwa się niezbyt silny, ale dokuczliwy smród zdechłej myszy za kuchenną szafką. Gdybym się skupił, być może mógłbym nawet czytać im w myślach, tylko że jakoś nie bardzo jestem ciekaw, co kłębi się w tych przegniłych mózgownicach.

Słudzy mojego ojca.

Nachodzi mnie nagła chęć, żeby zejść tam z pożyczoną od brata sztangielką i wytłuc te czarne okna. Jedno po drugim. A potem patrzeć na widowisko. Ale nie jestem aż tak głupi, żeby dla chwili szczeniackiego ubawu poświęcić odrobinę wolności, jaką od niedawna dysponuję. Akurat teraz, kiedy ojciec pomału znów zaczyna mi ufać.

Wracam do pokoju, próbując myśleć o czymś innym. O czymś przyjemnym.

Jasne.

Pika komórka. „Jak idzie praca?” – dopytuje się Lily, o dziwo już na nogach mimo stosunkowo wczesnej pory, szczególnie jak na niedzielę. Mamy przecież dopiero 11:20. Tatuś musiał pogonić dziewczynę do roboty. Widać zlecenie podpada pod kategorię „bardzo pilne”. Ale ja nie zamierzam się śpieszyć. W końcu mam przed sobą całe długie życie.

Czekając, aż zaparzy się kawa w ekspresie, włączam laptop. Do firmowej skrzynki wpadła jedynie nudna firmowa korespondencja i zapytania od Markusa, czy czegoś nie potrzebuję. Zaczyna mnie wkurzać ta jego troska. Owszem, wiele mu zawdzięczam, nie da się ukryć. Kiedy miałem siedem lat, namówił ojca, żeby pozwolił wyrobić mi lewe dokumenty i posłać mnie do szkoły, mimo całego związanego z tym ryzyka. Gdyby nie on, byłbym dzikusem z głową pełną magicznych zaklęć, ale bez jakiejkolwiek wiedzy na temat współczesnego świata. Nauczył mnie prowadzić samochód, posługiwać się bronią i oszukiwać w karty, a kiedy oszalałem na punkcie heavy metalu, kupił mi czarnego fendera. Ale teraz nie jestem już tamtym małym chłopcem. Nie potrzebuję jego opieki ani, tym bardziej, jego wścibstwa.

Na szczęście w prywatnej skrzynce czeka na mnie miła niespodzianka.

Odezwała się drCameron1985 – po tygodniu milczenia, kiedy zaczynałem już myśleć, że się pogniewała. Naprawdę nazywa się Sandra. Poznaliśmy się na forum serialu „Doktor House” i pokłóciliśmy o jakiś wątek, tak zajadle, że moderator doradził nam kontynuowanie dyskusji na prywatnym gruncie. Zaczęliśmy pisać do siebie maile, a właściwie to Sandra zapełniała całe strony coraz bardziej obszernymi zwierzeniami, podczas gdy ja przezornie zachowywałem dystans. Wątpię, żeby moi krewni zabawiali się w hakerów i włamywali mi się do skrzynki sprawdzając, czy przypadkiem nie chlapnąłem za dużo, wymieniając liściki z jakąś panienką. Zachowuję dyskrecję, żeby nie spłoszyć Sandry. Bo im więcej o niej wiem, tym bardziej wydaje mi się interesująca.

I miałem rację. Instynkt mnie nie zmylił!

Moja fanka Hugh Laurie, recepcjonistka z biurowca, wielbicielka „Pink Floyd” i perskich kotów, okazuje się dokładnie tym, czego potrzebowałem! W dodatku wcale nie tylko z powodu zdjęć, na których jest całkiem podobna do aktorki, która grała doktor Cameron w serialu. Dziewczyna poszła na całość. Nasmarowała maila na dziesięć stron, wyznając, jak się wyraziła, „całą prawdę” na swój temat. Wszystko, co według niej może mnie zniechęcić lub wręcz wystraszyć, ponieważ nie chce kolejnego rozczarowania.

„Nadal chcesz się ze mną spotkać?” – pyta żałośnie w ostatnim akapicie.

Szepczę „Tak!” w kilku ze znanych mi języków, starając się nie obślinić laptopa.

Nie wierzę we własne szczęście! Owszem, w internecie jest wszystko, ale ile wynosi prawdopodobieństwo, że wpisany przypadkiem post na forum serialu medycznego doprowadzi was do kogoś, kto stanowi dokładne odzwierciedlenie waszych marzeń? Kogoś, kogo pragniecie – całą duszą, a jeszcze bardziej, każdą komórką sponiewieranego, wygłodzonego ciała?

Nie jestem dobry w rachunku prawdopobieństwa, ale wydaje mi się, że niewiele ponad zero. To jak pieprzona wygrana na loterii, a ja właśnie trafiłem szóstkę w kumulacji.

Nagle telefon odzywa się ponownie. Tym razem już nie pojedynczym piknięciem. Dzwoni długo, uparcie, przywołując mnie do rzeczywistości.

*

Ile razy można wysłuchać tej samej opowieści? Nie potrafię stwierdzić z całą pewnością, czy wcześniej ojciec opowiadał mi tak szczegółowo o Pogromie, ale po dzisiejszym dniu znam tę historię na pamięć.

Stary miota się tam i z powrotem po pokoju, gestykuluje zawzięcie. Nie mam pojęcia, skąd bierze tyle energii. Jedyne, co mogę, to pilnować, żeby nie obijał się o sprzęty w zagraconym salonie. Proponuję, że posprzątam trochę i pozmywam piętrzące się na stole brudne naczynia – z dwojga złego wolę już prace domowe – ale Lily woli, żebym niańczył ojca. Mam wmusić w niego papkę z rozbełtanych z kaszą, rozgotowanych jarzyn i rozbitej na proszek tabletki na uspokojenie, ale stary nie chce mnie słuchać. Domaga się pilota od telewizora, a kiedy w końcu go dostaje, skacze po kanałach i klnie, bo nie udaje mu się znaleźć żadnej stacji informacyjnej. Tylko same kreskówki i programy o gotowaniu.

– Napraw to ustrojstwo – domaga się, a ja udaję, że dłubię przy odbiorniku.

Tylko udaję, bo gdybym zaprogramował TVN24 albo coś w tym rodzaju, rodzeństwo spuściłoby mi lanie. I słusznie. Tatuś reaguje nerwowo na wszelkie wiadomości ze świata. Niestety, reaguje nerwowo także na mój domniemany brak umiejętności obsługi urządzeń elektronicznych. Leci z pięściami, ledwie udaje mi się go odepchnąć. Żeby jakoś odciągnąć jego uwagę, pytam o złotą bransoletkę w kształcie węża, którą zapiął sobie na nadgarstku. Uspokaja się trochę, ale tylko po to, żeby opowiedzieć mi jeszcze raz o fatalnym dniu sprzed prawie stu lat, kiedy śmiertelnicy postanowili zniszczyć nasz ród i niemal im się udało.

Pokazuje mi wygrawerowany na bransoletce napis:

DLA UKOCHANEJ ATII W JEDENASTE URODZINY – TATUŚ

11 X 1920

Atia została zamordowana zaledwie w miesiąc po swoich urodzinach, razem z dziesięciorgiem innych członków naszego klanu. Jedenaściorgiem, licząc nienarodzone dziecko Rebeki, jednej z młodszych sióstr ojca.

Taty nie było wtedy w domu. Razem z dziadkiem podróżował po okolicznych wsiach. „W interesach”, jak twierdził.

– Kiedy wróciliśmy, zastaliśmy osmalone zgliszcza – mówi. – Cztery zwęglone trupy, które udało się nam rozpoznać, miały zmiażdżone czaszki i żebra – dotyka lewej strony klatki piersiowej. – Reszta zwłok przypominała resztki z masarni. Trudno było nawet określić, jakie to części ciała. Jatka. Pamiętam ten smród spalenizny. Ten okropny zapach spalonego na węgiel mięsa. Twój dziadek ukląkł na tym, co zostało z posadzki i zapłakał. Wcześniej nie widziałem, żeby choć uronił łzę – potrząsa głową. – I ta moc! Ta straszna moc! Wciąż dawało się ją wyczuć, a nawet zobaczyć, taka była potężna! Kiedy się skupiłeś, było widać tu i ówdzie taką jasną aurę. Białą i zimną, jak szron w jesienny poranek.

Wiem, o czym mówi, chociaż jeszcze nigdy nie spotkałem się z tym zjawiskiem. Nawet nie widziałem na własne oczy żadnego z Wybrańców Boga. „Widzących”, jak nazywano ich kiedyś. Chyba niełatwo być jednym z nich. Człowiekiem, świadomym istnienia rzeczywistości niedostępnej dla zwykłych śmiertelników – nie za życia. Niektórzy z Wybrańców stają się mistykami, rozmawiają

z aniołami i uzdrawiają chorych, jednak większość kończy jako szaleńcy. Są także tacy, którzy próbują wykorzystać swój dar do podporządkowania sobie śmierci i losu. Magowie. Czarownicy. Samozwańczy kapłani mrocznych kultów. Prędzej czy później przychodzą do takich, jak my – z podarunkiem, z pokorną prośbą, ale równie często z bronią w ręce. Mimo całej swojej mocy nie jesteśmy wszechpotężni ani niezniszczalni, a Wybrańcy doskonale o tym wiedzą.

– To moja wina – ojciec, ze wzrokiem wbitym w podłogę, szarpie koszulę na piersi. – Moja. Tylko moja. Nie wypieram się jej. Nie powinienem był zabijać tego człowieka. Ale pomyśl: przez całe życie uciekałem przed takimi, jak on. Kiedy zbudowaliśmy ten dom w Alpach, uznałem, że tam nas nie odnajdą. Byliśmy bardzo ostrożni. Bardzo czujni. Jednak czasem musieliśmy zejść na dół, między ludzi. Nie tylko po to, o czym myślisz. Potrzebowaliśmy noży, igieł, nafty, takich tam różnych drobiazgów. Świat się rozwijał, a my żyliśmy jak dzikusy. Długo tak się nie da. Ludzie zapamiętywali nas, za bardzo rzucaliśmy się w oczy ubrani w skóry i samodział. Po wioskach zaczęły krążyć plotki o sekcie z gór. Aż wreszcie zjawili się oni. Zaczepiali miejscowych, zadawali mnóstwo pytań. Musiałem interweniować. Najpierw, jak nakazywał zwyczaj, próbowałem załatwić sprawę subtelnie, ale magia nie odniosła skutku. Byli za cwani, żeby dać się zastraszyć i za silni, żebym w ten sposób mógł im wyrządzić krzywdę. Wtedy zakradłem się nocą do chaty, w której spał ich przywódca i zabiłem go we śnie jego własnym sztyletem. Na klindze było godło ze swastyką skrzyżowaną z mieczem. Nie wiedziałem, co oznacza. Gdybym wiedział, natychmiast zebrałbym wszystkich i ucieklibyśmy jak najdalej. Głupiec ze mnie. Przeklęty stary głupiec.

– Skąd niby miałeś wiedzieć o tajnej organizacji? W dodatku siedząc w głuszy? – próbuję go pocieszyć, ale ojciec odpycha moją rękę.

Nie wiem, jak mu pomóc i robi mi się nieswojo, kiedy widzę, jak kuli ramiona i chowa twarz w dłoniach. Białe włosy wplątują się w kościste, pomarszczone palce. Nagle dociera do mnie, jak bardzo jest stary. W czysto biologicznym znaczeniu tego słowa.

Starzejemy się wolno, bardzo wolno, ale tak samo nieuchronnie, jak wszyscy. Na tym polega dowcip. Jeśli ktoś wątpi, czy Bóg ma poczucie humoru, niech spojrzy na nas.

*

Jest dobrze po północy, kiedy wracam wreszcie do swojego mieszkania. Mimo zmęczenia wcale nie chce mi się spać.

Tak bywa, kiedy jestem głodny.

I nie, niestety nie mam na myśli głodu, który można zaspokoić, napełniając żołądek.

Łykam valium, które z Lily bezskutecznie usiłowaliśmy podać tacie, i słucham muzyki czekając, aż lek zadziała. Wybrałem najostrzejsze kawałki, w nadziei, że wygonią mi z głowy obsesyjne, gorączkowe myśli. Na próżno. Kręcę się po betonowych pokojach jak szczur w labiryncie bez wyjścia. Serce mi wali, w dziąsłach odzywa się znajome swędzenie.

Zaczęło się i nic nie mogę na to poradzić.

Lily musiała przeczuwać, co się święci, bo zanim mnie puściła, pokazała mi kajdanki. Te, którymi musieli mnie skuć, kiedy przywieźli mnie do domu po wypadku. Czasami takie środki ostrożności są konieczne, kiedy budzisz się wygłodzony, za to bez świadomości, kim jesteś, i co się może stać, jeśli za bardzo sobie pofolgujesz.

Ojciec i Markus nie chcieli źle. Nie mieli wyjścia. Wiem o tym. Ale nadal jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie wdzięczności.

Kajdanki, ręcznej roboty, są na tyle mocne i ciężkie, że wzbudziłyby respekt w samym Harrym Houdinim. A on przecież nie musiałby na dodatek obawiać się metalu, pokrywającego je grubą warstwą. Metalu, który zdawał się rozgrzewać pod moim dotykiem, aż wreszcie parzył jak rozżarzone żelazo.

Oddałem kajdanki Lily, która wzięła je ode mnie z mimowolną ostrożnością, przez szmatę. Szerokie obręcze przypominały brzydką, ale bardzo drogą biżuterię. Nie wiem, skąd wziął się powszechny pogląd, że na takich, jak my, działa jedynie srebro. Każda substancja absorbuje moc Wybrańca, byle miał ją przy sobie podczas używania swojego daru. Równie dobrze może to być skrawek ubrania albo wręcz kawałek jego ciała. Zresztą najwięcej mocy tkwi właśnie w szczątkach Wybrańców. Wyjątkowo potężna, znika dopiero, kiedy kości i kosmyki włosów zmienią się w proch. Jednak metal jest najbardziej praktyczny – można przetopić go, w co się chce.

Lily patrzyła na mnie z uwagą, jakby chciała czytać mi w myślach. Miałem nadzieję, że daruje sobie tę sztuczkę. Nie, żebym miał coś do ukrycia, ale nie znoszę, kiedy ktoś to robi, a nadal jestem za słaby, żeby wznieść porządną barierę. Przez cały dzień miałem ochotę zapytać Lily o wypadek, bo bardzo chciałem poznać szczegóły – czy jechałem sam, czy z kimś, a jeśli to drugie, co się stało z tamtymi osobami. Ale coś w jej oczach kazało mi się powstrzymać. Chłód i dystans, jakby ze mnie kpiła albo próbowała ukarać mnie za jakieś przewinienie. Nie rozumiem, czego ode mnie chce. Przecież wypełniałem posłusznie wszystkie jej polecenia, biegałem do sklepu, do apteki i niańczyłem ojca z cierpliwością zawodowego pielęgniarza.

– Wyluzuj, radzę sobie – powiedziałem siostruni. – Nie musisz przywoływać mnie do porządku.

Kiwnęła głową z drwiącą aprobatą.

– Świetnie. Przynajmniej ty z mężczyzn w tej rodzinie potrafisz nad sobą zapanować.

Miło, że we mnie wierzysz, pomyślałem.

Jest trzecia nad ranem, a ja nadal działam na pełnych obrotach, jak silnik pieprzonego promu kosmicznego podczas odliczania przed startem. Po trzech tabletkach przymulacza. Równie dobrze mógłbym łykać tic-taki.

Z braku lepszego pomysłu na spędzenie reszty nocy, zabieram się do pracy. Właściwie nie powinno się pracować na prochach, ale skoro nie działają, chyba nie ma problemu.

Wyjmuję z szafki kilka papierowych torebek, wytrząsam z nich pożółkłe, nieco zwiędłe liście i pomarszczone jagody. Gotuję wodę w rondlu, układam składniki na laminowanym kuchennym blacie. Sypię do wrzątku kilka garści listków, nie troszcząc się przesadnie o zachowanie przepisowej ilości. Nie mogą zaszkodzić nawet w większej dawce, w przeciwieństwie do jagód, które są naprawdę niebezpieczne – w końcu tę roślinę nie bez powodu nazywano kiedyś czarcim zielem. Jeden łyk odpowiednio sporządzonego wywaru stanowi bilet wstępu do innego wymiaru rzeczywistości. Drugi może z łatwością zmienić go w bilet w jedną stronę do Zaświatów. No, chyba, że się jest jednym z nas.

Znam recepturę. Gdyby chodziło o spowodowanie efektownego odjazdu na halucynogenach albo szybkiego zgonu, dałbym sobie radę z zawiązanymi oczami, ale tym razem muszę osiągnąć subtelniejsze działanie. Jeśli sztuczka ma się udać, dawka powinna być idealna, ani za słaba, ani za mocna. Starannie odmierzam ją na elektronicznej wadze aptekarskiej. Tej po dziadku, zabytkowej, miedzianej, z kunsztownie grawerowanymi szalkami, nie bardzo dowierzam. Trzymam ją na półce jedynie dla ozdoby.

Kawałki ziół tańczą w bulgoczącej wodzie. Gorzki zapach staje się jeszcze mocniejszy, nad garnkiem unosi się gęsta para. Mieszam ostrożnie, cztery razy, w stronę przeciwną do ruchu wskazówek zegara. Kiedy zawiesina przybiera odcień ciemnego piwa, zdejmuję garnek z kuchenki. Teraz trzeba zaczekać, aż ostygnie.

Włączam komputer.

Program pocztowy wyświetla dwie nieprzeczytane wiadomości. Obie od Sandry. Cholera, przez tę całą aferę z ojcem zupełnie o niej zapomniałem!

W pierwszym mailu prosi, żebym odpisał, bez względu na podjętą decyzję. W drugim – wysłanym zaledwie pół godziny wcześniej – informuje, że czeka na skypie. Namawiała mnie na tę rozmowę już wcześniej, ale wymawiałem się zepsutą kamerą. Nie kłamałem – nie daliby mi do ręki żadnego urządzenia, którym można filmować i przekazywać obraz, nie na tym etapie. Na razie nie ufają ani mojej czujności, ani zdolnościom. Lustra nie da się oszukać, obiektyw – czasem tak, jeśli jest się wystarczająco zręcznym i sprytnym. Ale to już wyższa szkoła jazdy.

– Czego się boisz? – pyta Sandra na powitanie.

Ma miękki, bardzo dziewczęcy głos, ale w jej tonie wyraźnie pobrzmiewa rozczarowanie i niepokój. Wyobrażam sobie, jak siedzi przed komputerem, wpatrując się czarny ekran, próbując dociec, dlaczego się ukrywam.

– Podkręcam atmosferę – odpowiadam. – Więc jak, spotkamy się?

– Jak cię rozpoznam?

– Ja na pewno rozpoznam ciebie.

– Skoro tak…

Kiepska rozdzielczość kamery i wolno działające łącze chwilami zmieniają jej twarz w zestaw rozmytych, ziarnistych plam. Ale i tak mogę się zorientować, że zdjęcie, które mi przysłała, nie zostało podrasowane. Naprawdę jest śliczna.

– Włożę czerwony płaszcz – proponuje, co uświadamia mi, jak bardzo jest zdesperowana.

Może nawet bardziej, niż ja sam.

Podaje dokładnie miejsce i szczegółową godzinę. Wie, że nie ma czasu na pomyłki, zdawanie się na przypadek, przeznaczenie i tym podobne bzdury.

Smutne. Niemal jej współczuję. Niemal, bo zdaję sobie sprawę, że emocjonalne zaangażowanie niepotrzebnie wszystko skomplikuje. Im więcej rozmyślasz nad tym wszystkim, im częściej pozwalasz sobie na sentymenty, tym jest trudniej. Zaczynasz nienawidzić samego siebie, tych wszystkich rzeczy, których nie zdołasz zmienić, choćbyś nie wiem jak chciał. Na przykład tego, że jeśli w porę nie zaspokoisz głodu, zapanuje nad tobą, a wtedy będzie znacznie gorzej, niż gdybyś posilił się na spokojnie.

Istnieje kilka zasad, ustalonych niegdyś przez mojego dziadka. Takie minimum przyzwoitości, pomagające uspokoić sumienie. Na przykład, nie wolno krzywdzić niewinnych. Ale ja nie zamierzam krzywdzić Sandry. Co najwyżej, przyśpieszyć nieuniknione.

Zastanawiam się, czemu właściwie osoba w stanie terminalnym – ona tak to określa: „stan terminalny” – ogląda serial, którego akcja toczy się w szpitalu? Taki, w którym oprócz zabawnych scenek obyczajowych i skomplikowanych damsko–męskich relacji pokazuje się cierpienie i umieranie, w drobiazgowo dokładny sposób, włącznie z krwawieniem z różnych otworów ciała, wymiotowaniem i brudzeniem pod siebie?

Może po to, żeby nabrać dystansu do tego, co nieuchronne? Jak z trudem dożywający czterdziestki ludzie w średniowieczu, którzy tak chętnie brali udział w zabawach z błaznami przebranymi za śmierć? A może ma nadzieję, że przy jej łóżku też się zjawi jakiś House – łamiący wszelkie zasady, ale genialny lekarz, i ocali ją w ostatniej chwili, pomiędzy podkradaniem narkotyków z apteki a komentowaniem rozmiarów tyłka swojej szefowej?

Sam oglądam „House’a”, bo fascynuje mnie, jak bardzo ten serial i jego bohater różnią się od moich doświadczeń. House jest piekielnie inteligentny i pracowity – ja sam zakończyłem edukację w połowie liceum, co i tak w rodzinie uważają za wielki sukces, jak na moje intelektualne możliwości. House nie znosi ludzi, a ja potrzebuję ich towarzystwa. On jest ateistą, a ja nie muszę w nic wierzyć, od zawsze dysponując całkowicie przekonującymi dowodami na istnienie Boga i Diabła.

Kiedy wracam do kuchni, wywar zdążył osiągnąć temperaturę pokojową. Blaszany garnek jest zupełnie zimny, zapach wywietrzał. Jedynie tuż nad powierzchnią cieczy unosi się charakterystyczna, gorzka woń. Odlewam trochę do szklanki, próbuję. Paskudny smak. Prawdziwa lura. Niestety, nic nie jestem w stanie na to poradzić. Każdy dodatkowy składnik mógłby zakłócić delikatną równowagę i zmienić działanie mikstury. Starannie przecedzam wywar przez metalowe sitko o gęstym splocie.

Alkohol, nieco mętny i żółtawy, czeka w butelce pod zlewem. Jednak jego kolej nadejdzie dopiero po najważniejszym składniku.

Płuczę nóż nad zlewem, zmywając resztki chleba i wędliny, wycieram starannie, sprawdzam czubkiem palca jego ostrość. Nie za dobra, nie za słaba. W sam raz. Przeciągam ostrzem po wnętrzu dłoni. Słowa inkantacji automatycznie cisną mi się na wargi, jak kapłanowi, który po raz setny z rzędu odprawia to samo nabożeństwo. Tyle, że języka, którego używam, nie można usłyszeć w żadnym kościele, a słowa nie mają nic wspólnego z modlitwą do miłosiernego Boga. Są czystą magią. Bardzo starą. I bardzo czarną. Jak pustka, którą był Wszechświat przed stworzeniem pierwszych gwiazd i planet. Martwa przestrzeń, widoczna na zdjęciach satelitarnych nad delikatną, błękitną mgiełką atmosfery Ziemi. Zabójcza nicość.

Nie potrafię sobie przypomnieć, ile razy odprawiałem ten rytuał, lecz najwyraźniej mam w tym niezłą praktykę, bo doskonale wiem, jak naciąć skórę, żeby nie stracić więcej krwi, niż trzeba, lecz jednocześnie tak, aby zabolało. Bo jeśli ma zadziałać, powinno boleć. Ofiara spełniona bez cierpienia nie ma żadnej wartości.

Ciężkie, grube krople wypełniają wnętrze dłoni, spadają jedna po drugiej w ciemną ciecz. Liczę je w myślach, nie przerywając recytacji. Stopniowo nabiera szybszego rytmu, słowa szeptane z coraz większym uczuciem, na granicy cichego krzyku, brzmią coraz bardziej ostro, dziko, jak modły prymitywnego szamana. Przeciętny człowiek nigdy nie domyśliłby się, że należą do najświętszego, najbardziej wzniosłego z istniejących języków. Ojczystej mowy mojego pradziadka, wygnanego niegdyś ze szczęśliwej krainy daleko stąd do tego świata.

Smuga krwi tańczy w ciemnym naparze, rozlewa się w nim powoli, leniwie – żywa, głęboka czerwień zatopiona

w półprzejrzystym brązie.

Długo leżę na sofie przed telewizorem, gapiąc się w sufit, w poznaczone rdzawymi plamami zacieków złącze między dwiema betonowymi płytami.

Kiedy w końcu zasypiam, śni mi się dziewczyna. Piękna. Ma białą skórę, długie czarne włosy i bardzo czerwone, pełne usta. Przypomina porcelanową lalkę, jedną z tych, których nigdy nie daje się dzieciom do zabawy, tylko trzyma na wysokiej, oszklonej półce, daleko poza zasięgiem nieostrożnych, upaćkanych czekoladą rączek. Zarzuca mi ramiona na szyję, przytula się mocno.

– Tęsknię za tobą – szepcze, dmuchając mi do ucha chłodnym oddechem.

– Kim jesteś?

– Zapomniałeś? Wiedziałam, że tak będzie.

Jej rysy rozmywają się, jak przesłonięte przez zalaną wodą szybę. Widzę tylko ciemne, głębokie oczy, usta rozciągnięte w smutnym uśmiechu.

– Jestem Katrin – mówi. – Katrin Seemann.

*

MARKUS

Nad Lubińcem zapada zmierzch.

Ostatnie, pomarańczowe promienie słońca padają na wieżę kościoła, oświetlają pokryte świeżą farbą zabytkowe kamieniczki na rynku. Niebo wciąż jest jasne, błękitno–seledynowe, ale na wschodzie piętrzą się skłębione, szare pasma, zbyt ciemne, by uznać je wyłącznie za oznakę nadchodzącego wieczoru. Sylwetka zamku na wzgórzu odcina się wyraźnie na tle deszczowych chmur – zwalista bryła oklejona niepasującymi dodatkami w postaci posążków, wieżyczek i fikuśnych balkonów. Kiedyś przebudowywano go regularnie co kilka dekad, dodawano aktualnie modne szczegóły. Ale jeśli wiesz, jak patrzeć, możesz bez trudu dostrzec pod tymi ozdóbkami pierwotną konstrukcję – solidną niczym skała, ponurą, średniowieczną warownię o kamiennych, zawilgoconych podziemiach.

Obracam w palcach kluczyki. Wcale nie chcę tam jechać, ale wiem, że nie daruję sobie, jeśli zostanę w domu.

– Witam szanownego pana prezesa – w ustach Koseckiego ta kwestia brzmi jednocześnie uprzejmie i cynicznie.

Cieć naciąga rękawiczki na zniekształcone reumatyzmem dłonie. Wyczuwam jego ból, tępe rwanie w opuchniętych stawach. Ludzkie cierpienie wywołuje we mnie uczucie przyjemności, jak łyk dobrego wina. Smutne, ale prawdziwe. Jeszcze smutniejsze jest to, że samo przebywanie w pobliżu chorej osoby nie wystarczy, żeby zaspokoić moje potrzeby. Ten głód może nasycić jedynie śmierć. Najlepiej długa i nieprzyjemna.

Właśnie – dawno nie polowałem. Ile to już...? Kiedy rozprawiłem się z tym dilerem, leżał śnieg i trwały

w najlepsze zimowe ferie. Pięć minut wcześniej opowiadał mi radośnie, ilu to nowych klientów udaje mu się złapać, kiedy gówniarze z „Miasteczka Dziura w Dupie” mają za dużo wolnego czasu.

Pies Koseckiego, wielki, kudłaty mieszaniec, podbiega do mnie, merdając ogonem, z pokornie pochyloną głową. Wie, kim jestem, chociaż nie potrafi ująć tego w słowa, i akceptuje moją naturę bez zastrzeżeń. Wystarczy mu świadomość, że nie zamierzam mu wyrządzić krzywdy.

– Rambo, chodź tu, pobrudzisz pana! – syczy dozorca, zazdrosny o ulubieńca.

Ma suchą, kościstą twarz o wyblakłych oczach, wiecznie zmrużonych w pocięte żyłkami szparki. Jest emerytowanym policjantem, ale nadal ma zadziwiająco aktualne informacje o miejscowych szumowinach. Głównie z tego powodu go zatrudniam. Gotówkę i inne cenne rzeczy trzymam w porządnym sejfie, do samochodu nie jestem jakoś przesadnie przywiązany. Przestałem ekscytować się motoryzacją, odkąd auta zaczęły przypominać mniej lub bardziej spłaszczone mydelniczki na kołach.

– Też bym się poszedł ukulturalniać, gdyby nie obowiązki – zagaduje Kosecki, idąc za mną w kierunku auta. – Będzie tam występować moja wnuczka, Oleńka. Taka czarniutka, drobna, z warkoczami – przekrwione oczy wypełnia czułość. – Ona też ma na pieńku z dobrodziejem, wie pan? Przyłapał ją na lekcji, jak czytała książkę pod ławką. Zabrał i do tej pory nie oddał. Powiedział, że są tam same brudy i bezeceństwa. Musiałem jechać do księgarni po drugi egzemplarz. Żeby sprawdzić, czy ma rację. A gdzie tam! Sto stron przeczytałem. Jakaś panienka kocha się w koledze ze szkoły. On niby jest wampirem, ale niewiele z tego wynika – stary wzdycha z rozczarowaniem. – Nawet porządny chłop z tego Radziewicza, jak na księdza, ale trochę szwankuje mu głowa na starość. Po czterdziestu latach celibatu facetowi może w końcu odbić, nie sądzi pan?

– Nie wiem. Nie mam takich doświadczeń.

Chichocze.

– Nie wiedziałem, że pan interesuje się historią naszego miasta. Oby tylko Walczakowa nie zanudziła pana na śmierć. Kiedy wskoczy na tego swojego ulubionego konika, potrafi gadać godzinami. Wiem, bo często ją odwiedzałem, kiedy była dyrektorką muzeum. Objęła stanowisko po starym Mareckim, w dziewięćdziesiątym roku czy jakoś tak. Bardzo się przejęła tą fuchą i martwiła się, że za mało turystów przychodzi. No, to poruszyła swoje znajomości i załatwiła, żeby telewizja nakręciła program o zamku. Podziałało! Zaczęli się zlatywać masowo. Ale, niestety, głównie pojeby. Rozkopali kawał ziemi na wzgórzu, próbowali włamać się do podziemi…

– Dlaczego?

Szczerzy zęby.

– Pan nie wie? Nigdy pan nie słyszał o skarbie?

– Niby skąd? – dziwię się niewinnie.

– Bo, widzi pan, podobno esesmani przywieźli coś bardzo cennego pod koniec czterdziestego czwartego i ukryli gdzieś w z zamku. Jedni mówią, że kosztowności, inni, że jakąś potężną broń, która miała uratować Trzecią Rzeszę. Wśród tych posrańców, co wtedy urządzili najazd na zamek, obie teorie miały zwolenników. Jeden wariat latał po salach

z licznikiem Geigera i mówił, że szuka bomby atomowej. W końcu, jak nikt nie patrzył, wlazł nie wiedzieć czemu do kominka i łeb sobie rozbił. Inny wdrapał się na dach, bo mu się przyśniło, że esesmani ukryli diamenty pod dachówkami za trzecim z lewej kominem. Burza się zerwała, bo to

w lipcu było, lało jak z cebra, a dach spadzisty. Kretyn

o mało nie zleciał na pysk, zanim go straż pożarna ściągnęła. Ale kilofa z ręki nie wypuścił. Odebraliśmy mu go z chłopakami z posterunku na dole, przy użyciu siły – Kosecki uśmiecha się z rozrzewnieniem do wspomnień. – Później twierdził, że specjalnie go stamtąd kazałem zabrać, żeby potem samemu pójść po te nazistowskie precjoza. Dobre, co? Ja tam w żadne skarby nie wierzę. Nawet, gdyby faktycznie coś takiego tam było, czerwonoarmieńcy na pewno by to wywęszyli, choćby nawet było zamurowane w fundamentach na dwa metry głęboko, spokojna głowa. Ruski wyczuwa kosztowności na kilometr, jak świnia trufle.

– A Wunderwaffe?

– Jeszcze gorsza bzdura. Gdyby ci Niemcy mieli coś takiego, nie daliby się Ruskim pozarzynać, nie?

*

– A teraz, drodzy państwo, zostawmy na chwilę dawne dzieje. Na zakończenie opowiem o nieco mniej zamierzchłej przeszłości. O wydarzeniach, które rozegrały się tu za mojego życia.

Kobieta siedząca przy rzeźbionym stole na podium zniża głos, wodzi wzrokiem po sali. W jej oczach pojawia się coś takiego, że nawet znudzone dzieciaki w ostatnich rzędach przestają bawić się komórkami i przepowiadać sobie kwestie z przedstawienia, które ma odbyć się za pół godziny. Słychać jedynie terkot projektora. Pani profesor pochyla się nad klawiaturą laptopa. Ma starannie upięte, siwe włosy i ciemną, prostą garsonkę. Nie nosi żadnych ozdób oprócz krótkiego sznura pereł. Nie ma obrączki, co zauważam z pewnym zdziwieniem. Ekran rzuca błękitnawy poblask na jej twarz, wydobywa z ciemności szlachetne, ostre rysy.

– Jesień 1944. Wtedy nie było tu już rodziny Lubinieckich. Na zamku miał swoją kwaterę komendant miasta, pułkownik Wehrmachtu Rolf Berg. Ale nie o nim chciałam państwu opowiedzieć. Znacznie bardziej interesujący od Berga, którego rola w tej historii ogranicza się do eksmitowania prawowitych właścicielek, wdowy z dwiema nastoletnimi córkami, jest ten jegomość…

Stuka palcem w pad i ekran nad jej głową wypełnia czarno-biała fotografia. Sprawia dziwne wrażenie po barwnych wizerunkach wąsatych Sarmatów w kontuszach i pięknych kasztelanek. I to jeszcze zanim dostrzeże się szczegóły. Przedstawia mężczyznę o suchej, pociągłej twarzy, przenikliwym spojrzeniu i wąskich, surowych ustach. Z taką prezencją pasowałby jak ulał na braciszka zakonu o surowej regule, ale zamiast habitu nosi mundur – czarny, ze stylizowaną, podwójną literą „S” na kołnierzu i trupią czaszką na czapce.

Przez salę przechodzi pomruk.

– Hauptsturmführer Karl Krüger – mówi pani Walczak, jakby przedstawiała starego znajomego. – Chluba Waffen–SS i jeden z ulubieńców Himmlera. Oczywiście, zdjęcie wykonano, zanim zaczął nałogowo pić i brać narkotyki, podobno z powodu bólu, jaki sprawiały mu obrażenia odniesione na froncie.

Dzieciaki zaczynają szeptać między sobą, ale cichną natychmiast, kiedy uczona dama podnosi wzrok.

– Krüger zjawił się tu pod koniec listopada ze swoim doborowym oddziałem weteranów i przedstawił Bergowi dokument, podpisany przez najważniejsze osobistości Trzeciej Rzeszy z führerem włącznie, zobowiązujące każdego niemieckiego oficera do udzielenia mu wszelkiej pomocy, natychmiast i bez zadawania zbędnych pytań. W praktyce właściwie przejął dowodzenie na najbliższe trzy tygodnie, z fatalnymi skutkami nie tylko dla komendanta i jego podwładnych, ale przede wszystkim dla miejscowej ludności.

Tym razem odzywają się starsze osoby, przytakując ponuro. Ktoś wzdycha, ktoś inny jęczy „mój Boże”. Najwyraźniej nie tylko ja zastanawiam się, czy po nostalgicznej opowieści o rodzinie może niezbyt idealnych, ale dzielnych i sympatycznych szlachciurów, koniecznie trzeba wspominać o hitlerowskim zbrodniarzu.

– Podwładni Krügera chełpili się, że biorą udział w pewnej szczególnie ważnej misji, którą zlecił im osobiście sam SS–reichsführer Heinrich Himmler. Mieli jakoby dostarczyć do Berlina pewien niezwykle cenny przedmiot albo zginąć, broniąc go przed wrogiem. W Lubińcu zatrzymała ich ponoć choroba dowódcy, zakażenie w niezaleczonej ranie. Faktycznie – według lekarza, który go odwiedzał, Krüger miał odłamek szrapnela przemieszczający się w kolanie i przy każdym ruchu musiał odczuwać ogromny ból. Ale osobiście bardzo wątpię, by właśnie z tego powodu przerwał podróż. Gdyby chciał, potrafiłby doczołgać się do swojego dowódcy, taszcząc „skarb” na plecach. Jednak ów „skarb” nie był przedmiotem – profesor Walczak patrzy po obecnych, czeka, aż przyswoją sobie tę informację. – Według najnowszych ustaleń, był żywą osobą. Więźniem. Z jakichś powodów bardzo cennym dla szefa SS, ale niechętnym do współpracy. Zadanie Krügera polegało na nakłonieniu go do zmiany zdania. Napotkawszy na bierny opór, opóźniał przybycie do Berlina, żeby nie skompromitować się przed Himmlerem.

Znowu stuka w pad. Na ekranie ukazuje się kolejna fotografia, a mnie ciarki przechodzą po plecach. Myślę, że kilku innym osobom też, sądząc po rozlegających się zdławionych jękach, chociaż pozostali widzowie są wstrząśnięci z zupełnie innych powodów.

Zdjęcie przedstawia młodego chłopaka o potarganych ciemnych włosach, wąskim orlim nosie i wysokich kościach policzkowych. Siedzi na ziemi, oparty o mur, skute kajdankami pięści opiera na podciągniętych do brzucha kolanach. Skórę i wymięte ubranie pokrywają mu smugi czegoś, co w skali szarości wydaje się czarne, linię szczęki zniekształca opuchlizna. Więzień uśmiecha się pokaleczonymi wargami – wyzywająco, ironicznie. Zmrużone oczy połyskują czymś, co wydaje się odbitym światłem flesza. Ale nim nie jest. Bo chociaż chłopak unosi głowę, jeszcze nie patrzy prosto w obiektyw, a mimo to pozorne odbłyski znajdują się dokładnie pośrodku źrenic. Wielkich, o kształcie niespotykanym u homo sapiens.

Poprawiam się niespokojnie w fotelu.

Cholera, czy tylko ja to zauważyłem?!

Cóż, najwyraźniej tak. Słuchacze reagują współczuciem, oburzeniem, ale nie zdumieniem czy lękiem. Niepotrzebnie dałem się ponieść paranoi – ludzie dostrzegają zazwyczaj tylko te rzeczy, które spodziewają się ujrzeć, a przecież teraz mają przed sobą zdjęcie ofiary hitlerowców, a nie słynne ostatnie kadry „Dziecka Rosemary”, kiedy Mia Farrow zagląda pod budkę wózka z nowonarodzonym Antychrystem.

– Niestety, nie znamy tożsamości tego człowieka ani powodów, dla których SS dołożyło tak wielu starań, by zmusić go do współpracy – kontynuuje beznamiętnie wykładowczyni. – W dzienniku, który został odnaleziony między cegłami w ścianie podczas ostatniego remontu, Krüger określa go literą M. Czasem także nazywa swoim „przekleństwem”, „diabłem” oraz kilkoma wyjątkowo wulgarnymi epitetami. Niestety, zarówno oprawca, jak jego więzień zabrali tajemnicę do grobu. „M.” został prawdopodobnie zamordowany w celi, natomiast Krüger razem ze swoimi ludźmi zginął z rąk czerwonoarmieńców, którzy dotarli do Lubińca szybciej, niż sądził.

Kłamstwo, protestuję w myśli. Wierutne kłamstwo.

Oboje dobrze wiemy, szanowna pani, że gdy Rosjanie dotarli do zamku, ten niezbyt przypominał placówkę SS w pełnej gotowości bojowej. Już prędzej Elsynor w ostatniej scenie „Hamleta”. Z tą różnicą, że u Szekspira trupy były mniej liczne i zdecydowanie bardziej schludne.

Przez resztę uroczystości mam nieprzyjemne wrażenie, jakby wszystko wokół mnie nie było do końca realne. Rzeczywistość rozłazi się w szwach, rozpada na kawałki jak senny majak. Prawdziwe wydają się jedynie mury zamku, solidne, twarde cegły i kamienie pod cienką warstwą świeżej farby, kruchą jak źle nałożona iluzja. Ale jakoś się trzymam. W tu i teraz. W marcowym wieczorze roku 2012. Bez wzdrygania się na odgłos czyichś szybkich, ciężkich kroków, bez pocierania nadgarstków w poszukiwaniu blizn po dawno zdjętych stalowych obręczach. Wokół sporo się dzieje, więc chyba nikt nie zwraca uwagi na moje roztargnienie. Klaszczemy śpiewającej zdumiewająco czystym, mocnym altem starowinie w kwiecistej sukni i dzieciakom, które odgrywają – nie najgorzej chyba – kilka scen z „Pana Tadeusza”– swoją drogą nie wiem czemu, skoro do scenografii i poprzedniego punktu programu bardziej pasowałyby „Dziady” – ta część, w której zamknięci w kazamatach więźniowie planują zemstę na wrogu, „z Bogiem albo pomimo Boga”, objawiają się aniołowie i diabły, a paru drani umiera w dziwny i straszny sposób.

Potem rozmawiam z jakimś odświętnie wystrojonym towarzystwem, głównie potakując, z wdzięcznością przyjmuję od miłej hostessy kieliszek wina i wypisuję czek na sumę z kilkoma zerami.

Aż w końcu mogę zamknąć się w toalecie, wyjąć piersiówkę i wypić wszystko do dna. Jednym łykiem. Rozważam także wykorzystanie zawartości papierośnicy, ale dochodzę do wniosku, że nie upadłem jeszcze tak nisko, żeby przed dwudziestą pierwszą mieszać wódkę z kokainą, w dodatku w budynku pełnym młodzieży szkolnej i szacownych obywateli.

Staranie płuczę usta nad umywalką, obmywam twarz zimną wodą.

Z fikuśnej, złoconej ramy lustra spogląda na mnie para bladoniebieskich oczu.

Jedno z iskrą na dnie eliptycznej źrenicy.

Drugie zimne i martwe. Szklana kulka upchnięta w pustym oczodole, przeciętym głęboką blizną, nadal świeżą, chociaż ranę zadano sześćdziesiąt osiem lat temu. Jednak poza tym szczegółem niewiele zmieniło się od dnia, kiedy podwładni Krügera pstrykali mi pamiątkowe fotki dla swojego dowódcy.

*

Zanim wydarzyło się TAMTO, nie sądziłem, że może przytrafić mi się coś złego. Chyba zresztą w ogóle nie wierzyłem w zło. Nawet to, które tkwiło we mnie, odkąd zacząłem rosnąć w brzuchu matki. „Jestem, czym jestem, czynię rzeczy, do których mnie stworzono” – powtarzałem jak mantrę za ojcem. Wiedziałem, że muszę ukrywać przed ludźmi swoją prawdziwą naturę, ale nigdy się ich nie bałem. Historie dziadka i ojca o zagrożeniach, jakie mogą na nas czyhać ze strony śmiertelników, traktowałem tak samo jak baśnie z ilustrowanych książek, które czytali mi, kiedy byłem mały. Ich opowieści traktowały o dawnych czasach, kiedy Europą rządzili fanatyczni kapłani i półdzicy, zabobonni książęta, gotowi spalić na stosie albo poćwiartować mieczem wszystko, co wydawało się im podejrzane. Nie miały nic wspólnego ze światem, który znałem, nowoczesnym, racjonalnym i bezpiecznym, bo całkowicie pozbawionym wiary w istoty takie, jak my.

W każdym razie, tak mi się wydawało.

Miałem szczęśliwe dzieciństwo. Zwłaszcza jak na Berlin z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia. Dziwiłem się, kiedy sąsiadka z naprzeciwka, pani Stein, nazywała mnie „biednym sierotą”. Nie protestowałem zbyt głośno jedynie dzięki temu, że oprócz porcji współczucia zawsze miała dla mnie kawałek czekolady albo ciasta z bakaliami. Nie uważałem się za pokrzywdzonego przez los. Dziadek i ojciec wystarczali mi w zupełności, a kiedy czasem wypytywałem ich o kobietę, która mnie urodziła, kierowała mną w większym stopniu ciekawość niż poczucie, że czegoś mi brakuje.

Wiodło nam się całkiem nieźle, jak na trudne czasy. Wręcz radziliśmy sobie aż za dobrze, jak na kogoś, komu zależało na anonimowości. Mieliśmy dach nad głową i pełen kredens, a firma, choć niewielka, przynosiła przyzwoity dochód. Wszystko mieściło się w jednej kamienicy – mieszkanie na górze, na dole sklep z dębowymi półkami, długą dębową ladą i wystawą ozdobioną flaszeczkami z kolorowego szkła. FELIX WOLF, ZIOŁOLECZNICTWO – głosiły zielone, gotyckie litery na szybie frontowych drzwi. Firma miała sporo wiernych klientów, bo specyfiki oferowane przez poczciwego staruszka Feliksa Wolfa naprawdę skutkowały.

Lubiłem siedzieć z dziadkiem w sklepie, chociaż zwykle wynajdywał dla mnie jakąś żmudną robotę, w rodzaju ścierania kurzu z zagraconych półek albo sortowania zapasów składników na lekarstwa. Warto było pomęczyć się ze szmatą czy nawet poprzebierać suszone szczurze ogony, żeby popatrzeć, jak rozparty za kontuarem czaruje klientów, podając im z uśmiechem lekarstwa na dręczące ich strapienia, zanim zdążyli znaleźć odpowiednie słowa na określenie wstydliwego problemu.

– Trzy razy dziennie, po posiłku – mówił, przesuwając w stronę klienta zakorkowany flakonik z etykietą w martwym języku. – Małżonka będzie zachwycona.

Mężczyzna czerwienił się po uszy, mamrocząc coś niewyraźnie.

– Przyjaciółka również, proszę mi wierzyć – dodawał dziadunio z niewinną, dobrotliwą miną, zniżając głos do szeptu.

Niekiedy klient obruszał się, słysząc cenę, stwierdzał, że jego znajomy kupił tu niedawno „lekarstwo” znacznie taniej, lecz stary był nieugięty. Po dłuższych negocjacjach opuszczał co najwyżej kilka szylingów. Kiedy zostawaliśmy sami, mrugał do mnie porozumiewawczo.

– Czy ja jestem Synem Bożym, żeby wskrzeszać trupy za darmo?

W wieku dwunastu lat wiedziałem już doskonale, co znajduje się w buteleczce oprócz ziółek, spirytusu zbożowego i magii. Dokładałem się do rodzinnego interesu, odkąd zacząłem odczuwać ten szczególny rodzaj głodu. Głodu, którego nie może zaspokoić zwyczajne pożywienie. Ani to mniej zwyczajne. W końcu nadchodzi dzień, kiedy trzeba zdać sobie sprawę, że wpół surowe steki są tylko naiwną próbą oszukiwania samego siebie i odwleczenia tego, co nieuchronne.

Kto nie pracuje, ten nie je – w tej kwestii dziadek i ojciec zgadzali się bez zastrzeżeń z apostołem. Nie podzielałem ich filozofii, ale byłem dumny ze swojego udziału w zyskach. Odkładali dla mnie zarobione pieniądze wraz z końcem każdego miesiąca w osobnej kasetce. Trzecią część dochodu na czysto. Wtedy ten podział wydawał mi się sprawiedliwy. Oczywiście, nie dostawałem wszystkiego do ręki, ale i tak mogłem zaszaleć, w przeciwieństwie do większości dzieciaków z mojej szkoły.

Nauczyłem się siedzieć spokojnie, podczas gdy dziadek z wprawą nacinał mi srebrnym nożem skórę tuż nad nadgarstkiem. Znoszenie bólu było łatwe, kiedy stary nagradzał mnie pełnym aprobaty uśmiechem. Uczyniłbym wszystko, byle tylko zasłużyć na jego aprobatę. Wtedy jeszcze uważałem go za coś w rodzaju boga. Potrzebowałem czasu, żeby pogodzić się z prawdą.

Mój dziadek, półkrwi demon, nieformalny patron morderców, niegdyś założyciel i władca budzącego grozę plemienia, był już tylko sprytnym, chciwym staruchem, walczącym o zachowanie resztek godności. Starym wampirem, coraz bardziej zmęczonym nieśmiertelnością.

Oblizywał się, kiedy czarka napełniała się moją krwią. Czubki wysuniętych kłów kłuły pomarszczoną, obwisłą dolną wargę. Część czerwonej cieczy trafiała do rondelka

z wywarem, reszta – do jego gardła. Z każdym miesiącem wypijał coraz więcej. Kiedy wydawało mu się, że nie patrzę, starannie wylizywał naczynie długim, zwinnym jak u kota językiem.

– Oto największe bogactwo, jakie kiedykolwiek znalazło się w zasięgu ręki śmiertelników, wyjąwszy wino przemienione w czasie Ostatniej Wieczerzy – mawiał za każdym razem, jakby był to jakiś ustalony rytuał.

– Potężniejsza jest jedynie krew anielska, która może naprawić nawet zniszczenia dokonane przez czarną magię, lecz ta bynajmniej nie jest mniej unikalna. To Klątwa przemieniona w cud. Bierzemy wiele od dzieci Adama, ale to nic w porównaniu z tym, co możemy im podarować… oczywiście, o ile dobrze zapłacą – dodawał, szczerząc w uśmiechu wciąż mocne, chociaż pożółkłe zęby starego wilka.

A potem kazał mi recytować Zasady. Sformułował je dopiero w osiemnastym stuleciu, pod wpływem wyrzutów sumienia, tudzież z potrzeby zapanowania nad licznym i bezczelnym jak nigdy dotąd potomstwem. Rozbrykani smarkacze potrzebowali jasno sformułowanych reguł, więc spisał je na kawałku papieru – wielgachnymi, koślawymi wołami. Nigdy nie opanował w pełni sztuki posługiwania się gęsim piórem. Na poczerniałej ze starości kartce wciąż widniała dziura po gwoździu, którym przybił swoje złote myśli do ściany w ówczesnej siedzibie rodu.

1. Nie istnieje większa potęga od Boga Najwyższego, który stworzył Wszechświat i Zaświaty.

2. Nic nie dzieje się bez Jego woli.

3. Także i my istniejemy za Jego przyzwoleniem, jak wilki, pantery oraz inne stworzenia zrodzone, żeby zadawać śmierć.

4. W odróżnieniu od tych drapieżców mamy rozum i duszę, co jest przyczyną naszego cierpienia, ale także naszym ratunkiem przed ostatecznym upadkiem i upodleniem.

5. Dlatego, będąc świadomym swoich czynów, nie będziesz zabijać bezrozumnie jak zwierzę, które nie umie odróżniać dobra od zła.

6. Jesteśmy karą Bożą dla ludzkiego rodzaju, ale nie plagą, i miej to na względzie, wybierając swój pokarm.

7. Będąc w pełni sił fizycznych i umysłowych, panuj nad swoim głodem i nie pozwalaj, by to on panował nad tobą.

8. Zabijaj tylko złoczyńców, którzy zasłużyli na śmierć.

9. Poza nimi, w drodze wyjątku, jedynie tych, którzy poznali przypadkowo sekret naszego rodu, ale tylko wówczas, gdy nie ma innego sposobu na zachowanie tajemnicy.

10. NIGDY NIE KRZYWDŹ NIEWINNYCH, nawet tych, którzy narodzili się, by krzywdzić nas, o ile nie musisz działać w obronie własnej.

11. I nigdy, pod żadnym pozorem, NIE SKŁADAJ OFIAR Z LUDZI.

Katechizm potępionych jeszcze przed narodzeniem. Absolutne minimum moralności, dziecinnie łatwe do wypełnienia. W każdym razie, tak wtedy sądziłem.

Miałem dobre dzieciństwo. A potem nagle wszystko się skończyło.

W dniu, kiedy – wbrew przekonaniu dziadka, że coś tak absurdalnego jak narodowy socjalizm nie ma prawa stać się rzeczywistością – Hitler doszedł do władzy.

Ojciec był przerażony. Znów zaczął mówić o „nich”.

O magach spod znaku miecza i swastyki. Niedawno udało mu się wreszcie dojść, kim najprawdopodobniej byli i jak daleko mogą obecnie sięgać ich wpływy w nazistowskim państwie. Towarzystwo Thule stało się jednym z głównych tematów rozmów w naszym domu. Rozmów prowadzonych szeptem, za drzwiami zamkniętymi na cztery spusty i oknami o zaciągniętych zasłonach. Odkąd krajem zaczął trząść Wydział Bezpieczeństwa, ojciec oblewał się zimnym potem, ilekroć na ulicy zadudniły podkute buty, obawiał się przekroczyć próg sklepu, a jeśli już się do tego zmusił, przyglądał się podejrzliwie wszystkim klientom. Pewnego dnia oznajmił, że Atia odwiedza go we śnie i próbuje ostrzec przed nadciągającym nieszczęściem. Ta rewelacja wstrząsnęła mną bardziej, niż wszystkie historie o stowarzyszeniu nazistowskich okultystów razem wzięte.

Trudno nas zabić, ale jeśli już do tego dojdzie, nie powracamy po śmierci z tamtego świata. Nasze dusze nie są nieśmiertelne. Umierają wraz z ciałem. A zatem, albo Atia nadal żyła, albo…

– On oszalał – oznajmił dziadek, kiedy byliśmy sami w sklepie. – Twój ojciec do reszty stracił rozum, Markusie. To się zaczęło wtedy, w spalonym domu, wśród tego potwornego stosu. Rozgrzebywał popioły palcami, szukał jej kości. Ale dlaczego mieliby zachować ją przy życiu, akurat ją? Małą, chudą dziewczynkę z głową pełną zaklęć

w anielskiej mowie, których sama nie potrafiła pojąć? Dlaczego ją, a nie kogoś starszego, z kogo przynajmniej mogliby wycisnąć litry krwi, jeśli nie wiedzę? Widziałem jej szczątki, chłopcze, mogę przysiąc. Pogodziłem się z jej śmiercią, dlatego ja jeszcze jakoś się trzymam, a on nie.

Najgorsze, że strach, który wraz z każdym dniem pogarszał stan ojca, miał całkiem racjonalne podstawy.

Jeśli prowadzisz interes, zachowanie całkowitej anonimowości jest niemożliwe. Zwłaszcza, jeśli działasz w tak intrygującej i oryginalnej branży, jak nasza. Wydawało się całkiem prawdopodobne, że gestapo może wpaść na trop naszej rodziny, choćby przy okazji prowadzenia śledztwa w sprawie któregoś z naszych licznych i niekiedy wpływowych klientów. Co do tego, że Himmler będzie nas szukał, o ile już nie zaczął, nie mieliśmy wątpliwości. Biorąc pod uwagę, że szef SS uwielbiał wszystko, co niezwykłe i miał obsesję na punkcie poszukiwań żyjącej w zamierzchłej przeszłości nadludzkiej rasy, wydawało się to po prostu kwestią czasu.

Któregoś dnia, nie mogąc znieść napięcia, ojciec zaczął pakować walizki, ale ku naszemu zaskoczeniu dziadek kategorycznie odmówił wybrania się w podróż. Nie zamierzał nawet wstać z łóżka, w którym ostatnio coraz częściej spędzał cały dzień.

– Jedźcie sobie sami, dokąd tam chcecie. Ja się nigdzie nie ruszam. Tym bardziej, że nie ma po co – oznajmił spod naciągniętej pod nos kołdry. – Juliuszu, weź się w garść, dobrze ci radzę! Walczyłeś wręcz z barbarzyńskimi wojownikami, przetrwałeś tortury Świętej Inkwizycji, a teraz wpadasz w popłoch z powodu jakiegoś urzędniczyny w okularkach?!

– Ten urzędniczyna ma pod sobą całą armię barbarzyńskich wojowników. Z bronią maszynową – odciął się ojciec, który właśnie upychał złote monety w wydrążonym obcasie buta. – I jest gorszy od jakiegokolwiek inkwizytora, przekonasz się. Oby tylko nie na własnej skórze! Jeśli wydaje ci się, że przepuści taką okazję, grubo się mylisz! Markus, opróżnij kasę i przynieś mi z poddasza tę czarną walizkę. A, i jakiś nóż albo nożyczki…

– O nie! – dziadek gwałtownie usiadł na łóżku, odrzucając kołdrę. – Nie będziecie mi tu ciąć skórzanego nesesera! Wszyscy ukrywają pieniądze pod podszewką, to najgłupsza skrytka z możliwych! Coś wam powiem, chłopcy – uniósł palec z poważną miną na kościstej, pomarszczonej twarzy. – Nie mam najmniejszej wątpliwości, że Himmler dorwał się do akt Towarzystwa Thule i natrafił na wzmianki o naszej rodzinie…

– Wzmianki?! – żachnął się ojciec. – Spodziewałbym się raczej całej pokaźnej kartoteki!

Dziadek posłał mu lodowate spojrzenie i pogromca barbarzyńców aż schował głowę w ramiona. Nawet zgrzybiały i schorowany, dziadek nadal potrafił wyrządzić krzywdę, jeśli nie fizycznie, to magią.

– Jak