Nieznajomi - C.L. Taylor - ebook + audiobook
BESTSELLER

Nieznajomi ebook i audiobook

C.L. Taylor

3,9

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejny thriller autorki miliona sprzedanych książek, który znalazł się w pierwszej dziesiątce bestsellerów „Sunday Timesa”

Troje zwykłych ludzi, którzy nie mają pojęcia, że jest ktoś czwarty.

Ktoś, kto wciągnie ich w swój misterny morderczy plan.

A może znajdą się w nim przypadkowo?

Ursula, żyjąca z poczuciem, że to przez nią zginął jej ukochany, próbuje ratować maltretowaną przez męża kobietę.

Alice najwyraźniej nie ma szczęścia w miłości ­ – z chwilą gdy poznaje nowego mężczyznę, ktoś zaczyna ją prześladować. A może to właśnie on za tym stoi?

Gareth wciąż wierzy w odnalezienie zaginionego przed laty ojca, zwłaszcza kiedy do domu zaczynają przychodzić dziwne kartki pocztowe.

Tych troje się nie zna. Choć ich drogi przecinają się w mieście, w którym ostatnio znikają ludzie, pozostają sobie obcy… Aż do pewnego wieczoru, kiedy razem znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. I będą musieli połączyć siły, żeby przeżyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 41 min

Lektor: Czyta: Anna Szawiel

Popularność




KOLEJNY THRILLER AUTORKI MILIONA SPRZEDANYCH KSIĄŻEK, KTÓRY ZNALAZŁ SIĘ W PIERWSZEJ DZIESIĄTCE BESTSELLERÓW „SUNDAY TIMESA”.

TROJE ZWYKŁYCH LUDZI, KTÓRZY NIE MAJĄ POJĘCIA, ŻE JEST KTOŚ CZWARTY.

KTOŚ, KTO WCIĄGNIE ICH W SWÓJ MISTERNY MORDERCZY PLAN.

A MOŻE ZNAJDĄ SIĘ W NIM PRZYPADKOWO?

Ursula, żyjąca z poczuciem, że to przez nią zginął jej ukochany, próbuje ratować maltretowaną przez męża kobietę.

Alice najwyraźniej nie ma szczęścia w miłości – z chwilą gdy poznaje nowego mężczyznę, ktoś zaczyna ją prześladować. A może to właśnie on za tym stoi?

Gareth wciąż wierzy w odnalezienie zaginionego przed laty ojca, zwłaszcza kiedy do domu zaczynają przychodzić dziwne kartki pocztowe.

Tych troje się nie zna. Choć ich drogi przecinają się w mieście, w którym ostatnio znikają ludzie, pozostają sobie obcy… Aż do pewnego wieczoru, kiedy razem znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. I będą musieli połączyć siły,żeby przeżyć.

C.L. TAYLOR

Brytyjska pisarka pochodząca z Worcester. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Northumbrii. Po studiach mieszkała dwa lata w Londynie, a następnie trzynaście lat w Brighton. Obecnie mieszka wraz z partnerem i synem w Bristolu.

Karierę literacką rozpoczęła w 2005 roku od wielokrotnie nagradzanych opowiadań publikowanych w gazetach i magazynach dla kobiet, m.in. w „Sunday People” i „Sunday Express”. Jest autorką sześciu thrillerów psychologicznych, które stały się bestsellerami. Zdobyła Dead Good Books Reader Award w latach 2015, 2016, 2017 i 2018, Hearst Big Book Award w  roku 2018 oraz Kobo Crime/Thriller w  latach 2015 i  2016, a  jej książki sprzedały się w łącznym nakładzie przekraczającym milion dwieście tysięcy egzemplarzy i zostały przetłumaczone na ponad dwadzieścia języków. Prawa do ekranizacji jednej z powieści (The Escape) kupiła firma producencka Feel Films, stojąca za sukcesem emitowanego przez BBC serialu Jonathan Strange i Pan Norrell.

cltaylorauthor.com

Tej autorki

TERAZ ZAŚNIESZ

ZANIM POWRÓCI STRACH

NIEZNAJOMI

Tytuł oryginału:

STRANGERS

Copyright © C.L. Taylor 2020All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Anna Esden-Tempska 2021

Redakcja: Anna Walenko

Zdjęcie na okładce: © Neil Holden/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-440-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Kellie Turner,mojej ulubionej Australijki

Rozdział 1Alice

Alice Fletcher jeszcze nigdy nie widziała martwego człowieka. Zawsze wyobrażała sobie, że wtedy ludzie wyglądają spokojnie. Napięcie skóry i mięśni się rozluźnia, a linia ust, jeśli nawet nie układa się w uśmiech, to wyraża zadowolenie. Alice Fletcher była w błędzie. Ciało, które nieruchomo leży u jej stóp, nie ma nic wspólnego z kojącym obrazem, jaki nosiła w wyobraźni przez te czterdzieści sześć przeżytych lat. Usta są otwarte, szczęka rozchyla się w niemym krzyku, a szkliste martwe oczy patrzą gdzieś w dal, poza czubki jej czółenek na wygodnych obcasach.

Nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo wali jej serce, nie widzi grubego linoleum pod nogami ani stalowoszarej rolety, która dzieli ją od reszty świata. Nie widzi otaczających ją osób. Nie ma świadomości, że wysoka niezgrabna kobieta robi krok w jej kierunku. Nie dostrzega plam potu pod pachami jasnoniebieskiej bluzy Ursuli ani drżenia jej rąk, ani krwawego śladu po zerwanym paznokciu na jednym z palców. Nie zauważa, że Gareth ciężko dyszy, a na jego brodzie wykwita straszny siniec.

Przeraźliwy krzyk z drugiej strony sklepu – i Alice znów jest sobą. Zaczynają docierać do niej i inne dźwięki: szepty, szlochy i powtarzane raz po raz „O Boże, o Boże”. A potem przychodzi ból, rozdzierający, od którego robi jej się słabo. Wędruje od ręki, przez ramię aż do szyi. Alice chwyta się za nadgarstek. Jej palce ześlizgują się po ciepłym, mokrym rękawie bluzki. Ale to nie przez tę krew ją mdli, a nogi się pod nią uginają. U jej stóp leżą zwłoki i koszmar jeszcze się nie skończył.

– Gdzie mój telefon? – szepcze. – Muszę znaleźć telefon.

– Dokąd idziesz?! – krzyczy Ursula, gdy Alice oddala się chwiejnym krokiem, a przez otwarte okno dobiega dzikie wycie syreny. – Zaraz będzie policja. Co my im powiemy?

Alice odwraca się wolno i znów spogląda na leżące ciało. Przez chwilę patrzy na nie, po czym nabiera rozedrganą piersią powietrza i unosi wzrok.

– Powiemy, że to było w samoobronie.

Rozdział 2

Tego samego wieczoru na Twitterze

@realmadwife:

Mnóstwo policji w centrum Bristolu. Co się dzieje?

@DiddleyBopDee:

Pewnie ktoś nie wytrzymał tego korka. Ruch taki, że można ZWARIOWAĆ.

@PeterCrussell:

Słucham radia BBC Bristol. Nic nie mówili.

@realmadwife:

To nie znaczy, że nic się nie dzieje, Peter. Tylko że jeszcze nie powiedzieli.

@pauldunphy:

Wszędzie te teorie spiskowe. Zadzwoń na policję, jak się tak martwisz.

@realmadwife:

Myślę, że mają dość na głowie, nie sądzisz? Ale dzięki za fatygę i tak „przydatną” radę.

@onthecliffedge:

Założę się, że morderca z przystani się cieszy.

@lisaharte101:

Niby z czego?

@onthecliffedge:

Że dla odmiany gadamy o czymś innym. Ha, ha.

@lisaharte101:

Poważnie? Ludzie stracili życie, a ty się śmiejesz?

@cris_matthiesen:

Nie ma żadnego mordercy z przystani. To mit.

@snugbookshop:

Naprawdę? To jak ta trójka zniknęła? Wytłumacz mi…

Rozdział 3Alice

TYDZIEŃ WCZEŚNIEJ

Poniedziałek

To początek marca, ale gdy Alice rozpina wilgotną kurtkę i zsuwa ją z ramion, czuje, jak po plecach spływa jej kropla potu. Ma przed sobą drewniany stolik, na ścianie wisi plakat z psem siedzącym przy gramofonie, ale jej nie interesuje to, co widzi. Skupia się na dźwiękach. Wyczekuje dzwoneczka, który odzywa się przy otwieraniu drzwi, i odgłosu kroków na lepkiej podłodze pubu. Jednak nikt się do niej nie podkrada. W lokalu jest cicho, nie licząc tego, że jakiś gość po drugiej stronie sali stuka w klawiaturę laptopa, dwóch starszawych facetów prowadzi ściszonymi głosami rozmowę przy barze i czasem zabrzęczą szklanki wyjmowane ze zmywarki. Alice bierze głęboki wdech, żeby się uspokoić, po czym wiesza kurtkę na oparciu krzesła, siada na miękkiej, małej kanapie w rogu i przesuwa się za stołem, tak żeby mieć na widoku wejście. Jej puls nareszcie zwalnia.

Alice lubi to, co przewidywalne. Jest wyczerpana i na samą myśl, że ktoś mógłby podejść do niej znienacka od tyłu, zakryć jej oczy i zawołać: „Zgadnij, kto to!”, jest gotowa podskoczyć ze strachu. W dniu, kiedy skończyła trzydzieści dziewięć lat, wysłała wszystkim znajomym esemesy, żeby w żadnym wypadku nie ważyli się urządzać jej przyjęcia niespodzianki na czterdziestkę. I pewnie to był największy błąd. Telefon co chwila pikał z pogróżkami, że wynajmą salę pod miastem, wykradną jej zapasowe klucze do mieszkania, zmówią się z Peterem. Jedna tak zwana przyjaciółka przeraziła ją obietnicą, że przyśle jej striptizera.

Wzdrygnęła się na to wspomnienie. Wypija łyk lemoniady. W końcu nie miała żadnego przyjęcia niespodzianki na czterdziestkę i choć cała w nerwach wchodziła do restauracji, gdzie zarezerwowała stolik jej przyjaciółka Lynne, nie było tam żadnego striptizera. Spędziła uroczy wieczór w towarzystwie najbliższych przyjaciół. Pośmiali się, pogadali. Peter spisywał się znakomicie od początku do końca i choć była przygotowana na jakieś przykrości, gdy wracali taksówką do domu, nie sprowokował kłótni.

Na stoliku wibruje komórka. Chwyta ją, pewna, że to Michael odwołuje randkę. Ale to tylko Lynne – jej najlepsza przyjaciółka, z którą pracuje w Mirage Fashions – pyta, jak leci. Alice odpisuje, jednocześnie popatrując na drzwi. Na zewnątrz leje jak z cebra. Ludzie mijają pub biegiem. Spuszczone głowy, twarze ukryte pod kapturami i mokrymi parasolami.

Jeszcze go nie ma, a ja już umieram z nerwów. Nie wiem, czemu się na to zgodziłam. A może i wiem. Przez Emily!

Dodaje na koniec emotikon z przewróconymi oczami, a potem kasuje. Przecież to nie jej dwudziestoletnia córka zmusiła ją do założenia konta na Tinderze. Jednak często rzucała jakby nigdy nic:

„Minęły już dwa lata od odejścia taty…”

„Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłaś na randce”.

„Masz czterdzieści sześć lat, nie osiemdziesiąt sześć. Nie musisz spędzać reszty życia samotnie”.

„Nie czujesz się samotna? W weekendy siedzisz tu jak pustelnica”.

Ostro ucinała te przytyki córki, ale kiedy próbowała odpowiedzieć na ostatnie pytanie, słowa uwięzły jej w gardle. Powroty do pustego trzypokojowego mieszkania nie były żadnym problemem w tygodniu, kiedy nocowała tu córka. Poza tym – skonana po całym dniu pracy na nogach, po ośmiu godzinach uśmiechania się do klientów i panowania nad personelem – Alice miała ochotę tylko paść na kanapę i zrelaksować się przy jakimś filmie dokumentalnym czy głupawym reality show w telewizji. Ale w niedziele, gdy córka ulatniała się do swojego chłopaka Adama, mieszkanie robiło się jakby większe, a Alice zdawało się, że ona sama się kurczy. Kiedy wędrowała z kąta w kąt, szukając sobie jakiegoś zajęcia, czuła się jak szklana kulka tłukąca się po labiryncie. A kiedy już z rzadka coś mówiła – do siebie albo do telewizora – miała wrażenie, że jej głos odbija się echem od ścian. Niemal z ulgą budziła się w poniedziałek, kiedy trzeba było szykować się do pracy.

Wpatruje się w telefon, starając się nie litować nad sobą, bo mogłaby utonąć w żalu, i usuwa część o córce. Wciska „Wyślij” i kilka sekund później smartfon wibruje, jest odpowiedź.

Wyjdź! Spotkajmy się na kawie i kanapce! Kaisha może mnie zastąpić.

Nęcąca propozycja, ale Alice nie ma zamiaru przez nerwy odpuścić spotkania z Michaelem. Trzydziestego pierwszego grudnia, kiedy w salonie u Lynne leciały puszczone na cały regulator przeboje z lat osiemdziesiątych, a ona wirowała w tańcu, z podniesionymi rękami i odchyloną do tyłu głową, przyrzekła sobie, że nowy rok zobaczy nową, bardziej asertywną Alice. Boleśnie się przekonała, że kiedy człowiek biernie czeka na to, co przyniesie los, zwykle ląduje po uszy w gównie.

Zerka na zegarek. 1.10. Ma tylko godzinę na lunch i nawet jeśli Michael zaraz pojawi się w drzwiach, spędzą ze sobą zaledwie czterdzieści minut, nim będzie musiała wracać. Stara knajpa z lepką podłogą i brudnymi ścianami, oferująca zaledwie dwa napoje bezalkoholowe – „cola lub lemoniada, wedle życzenia” – nie wydawała jej się idealnym miejscem na pierwszą randkę, ale Michael powiedział, że to jego ulubiony pub i nie będzie problemu ze stolikiem, bo w południe jest tam mały ruch. Nie chciała kwestionować jego wyboru. Mieszkał w Bristolu od niedawna i pewnie nie miał jeszcze okazji poznać ładniejszych miejsc. Albo nie ma wielkich wymagań. Alice uśmiecha się smutno, po czym odpycha od siebie tę myśl.

Dzwonek nad drzwiami brzęknął. Wchodzi mężczyzna w czarnej nieprzemakalnej kurtce. Alice czuje ściskanie w dołku, gdy on przemyka wzrokiem od blondyna z laptopem do dwóch starszych panów przy barze. Alice walczy z pokusą, by zsunąć się z siedzenia pod stolik. Jej asertywna wersja by tego nie zrobiła, mówi sobie, prostując plecy i siląc się na uśmiech. Asertywna Alice się nie chowa. Rzuca więc okiem na mężczyznę. Michael jest niższy, niż się spodziewała. Ma pewnie niewiele ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, najwyżej dziesięć centymetrów więcej od niej. Ale jest przystojniejszy niż na zdjęciach (córka ją ostrzegała, że pewnie będzie odwrotnie). Gęste ciemne włosy siwieją lekko na skroniach. Wygląda bardzo męsko. Szerokie brwi, mocno zarysowana szczęka i wydatny nos, którego czubek poczerwieniał nieco z zimna. Wyraz twarzy zdradza napięcie, jednak to zaraz znika, gdy on obraca głowę i jego spojrzenie pada na nią. Kąciki ust mu drgają. Może to nie całkiem uśmiech, ale wyraźnie już wie, że to ona. Kiedy rusza powoli w jej stronę, Alice traci pewność siebie. Instynktownie wyczuwa, że mu się nie podoba. Widzi to w jego twarzy.

– Alice! – Dochodząc do stolika, Michael zatacza się na nią, jakby się potknął, i zimnymi wargami wyciska pocałunek na jej policzku. – Przepraszam za spóźnienie!

– Nie szkodzi – kłamie Alice, przesuwając się szybko, żeby zrobić mu miejsce, gdy on bezceremonialnie ładuje się na kanapę obok niej, zamiast siąść naprzeciwko. – Ale nie mogę zostać długo. Muszę wracać do pracy.

– Masz chyba czas na szybkiego drinka… – Marszczy czoło, przyglądając się stojącej przed nią niemal pustej szklance. – Gin z tonikiem, prawda?

– Lemoniada.

– Napij się ginu z tonikiem! – Nie zdejmując mokrej kurtki, zrywa się znów na nogi. – Nie możesz pozwolić, żebym pił sam.

– Pracuję! Nie chciałabym…

Ale Michael jest już w połowie drogi do baru. Kiedy daje znak znudzonemu dwudziestoparoletniemu barmanowi, Alice sięga po telefon.

Przyszedł, pisze do Lynne. Jest trochę… nadaktywny… ale wygląda dobrze.

Patrzy w telefon, czekając na odpowiedź, a potem szybko wrzuca smartfona do torby, bo mężczyzna, z którym właśnie ma randkę, wraca, niosąc kufel i szklankę.

Jeśli to gin, nie będę piła, myśli, nieufnie popatrując na przejrzysty płyn z plasterkiem cytryny w jednej ze szklanek.

– Lemoniada. – Przesuwa napój po blacie, nie patrząc jej w oczy.

Alice upija łyk, żeby sprawdzić – zdecydowanie lemoniada – po czym odstawia szklankę i przygląda się uważniej Michaelowi albo przynajmniej tej części jego twarzy, która nie kryje się za kuflem. Z bliska widać ziemistą suchą cerę, pajączki rozszerzonych naczynek krwionośnych i starcze plamki. Gęste włosy są matowe i szorstkie, a paznokcie popękane i rozdwojone. Alice dyskretnie wciąga powietrze, by wyczuć zapach. Alkohol. I coś gorszego – dawno nieprane ubranie. On zauważa, że Alice go obserwuje. Odstawia kufel i zwraca na nią spojrzenie zaczerwienionych oczu.

Jest pijany, uświadamia sobie Alice. Przyszedł wstawiony na pierwszą randkę.

Może to z nerwów, myśli, starając się jakoś połączyć obraz mężczyzny o szklistym wzroku, siedzącego po jej prawej stronie, z tym dowcipnym, inteligentnym człowiekiem, z którym tyle do siebie pisali na czacie. Jest już po pierwszej, więc w gruncie rzeczy po południu. Może do lunchu wypił na uspokojenie kieliszek wina, a potem zrobiły się z tego dwa, trzy.

– Na zdrowie! Za to, że się w końcu spotkaliśmy. – Michael wyciąga kufel i stuka o jej szklankę, trochę za mocno. Lemoniada chlupie i moczy jej mankiet. – Nie byłem pewien, czy przyjdziesz.

– Dlaczego?

– Zdarzają się fałszywe profile. Nigdy nie wiadomo, z kim się gada przez internet.

Nie bełkocze, ale mówi nieco za głośno, biorąc pod uwagę, że siedzą zaledwie trzydzieści centymetrów od siebie. Ma tremę, denerwuje się, tłumaczy sobie Alice.

– Zdarzyło ci się kiedyś coś takiego?

Patrzy na nią przeciągle. Jego wzrok wędruje od oczu na usta. Zatrzymuje się tam odrobinę zbyt długo, przez co ona się peszy, zaciska wargi i je przygryza.

– Spotkałem wiele osób niegodnych zaufania, ale ty wydajesz się inna. – Urywa. – Mam rację?

Alice przesuwa dłońmi po spódnicy sukienki, w którą przebrała się u siebie w sklepie, w łazience dla personelu. Nerwy nerwami, ale to już zbyt wiele, ta natarczywość. Spodziewała się lekkiej rozmowy, która by przeszła do tematu ich zainteresowań, rodziny, planów na przyszłość. Myślała, że on będzie wesoły i dowcipny, taki jak był na czacie.

Zmusza się do śmiechu.

– Chyba nie daliby mi kierowniczego stanowiska, gdyby nie można było mi ufać.

– Nie to miałem na myśli i dobrze o tym wiesz. – Kładzie ciężką dłoń na jej ręce. – Czy mogę ci zaufać?

Alice rzuca okiem na bar, ale chłopak za ladą jest zbyt zajęty swoim smartfonem, by zauważyć jej błagalne spojrzenie, a tamci dwaj starsi faceci stoją do niej tyłem. Jednak ktoś dostrzegł jej udrękę. Mężczyzna z laptopem, siedzący po drugiej stronie sali, przestaje pisać i spogląda z niepokojem w jej kierunku. Alice unosi brwi, sama niepewna, co chce dać mu do zrozumienia. On nie rusza się z miejsca, tylko nagle znów skupia się na ekranie i nachylony, zaczyna coś szybko pisać. Patrzył gdzieś w przestrzeń, wcale nie na nią.

– Zadałem ci pytanie – mówi Michael. – Czy jesteś kimś, komu mógłbym zaufać?

Alice nie odwraca głowy, nie nawiązuje z nim kontaktu wzrokowego.

– Tak – cedzi przez zęby. – Oczywiście.

Próbuje wyrwać rękę spod jego spoconej łapy, ale on jest szybszy i mocno przyciska jej dłoń do cienkiej bawełny okrywającej jej uda.

– Spójrz na mnie. Spójrz na mnie, Alice.

Nie, krzyczy głos w jej głowie. Nie chcę.

Ma ochotę wrzasnąć, żeby zabierał z jej ręki tę ciężką, lepką łapę. Jest pijany, ale chyba widzi, jak bardzo ją to krępuje, jak się nagle usztywniła. Z drugiej strony – i to przeważa – Alice nie chciałaby robić scen czy ryzykować, że go rozzłości. Przecież on nie molestuje jej seksualnie. Nie dotknął jej piersi ani tyłka. Ale i tak to nie w porządku. Gorące łzy napływają jej do oczu. Że też ze wszystkich mężczyzn na Tinderze musiała wybrać właśnie jego. Jakby miała wypisane na czole: „Ofiara losu poszukuje ostatniego dupka. Porządnym mężczyznom dziękujemy”. Ale na pewno nie dopuści do tego, żeby zobaczył, jak ona płacze.

– Przepraszam. – Gwałtownie wstaje, wyrywając mu dłoń. Chwyta torebkę i rusza w lewo, naokoło stolika. Kątem oka dostrzega, że facet od laptopa zbiera swoje rzeczy. – Muszę skorzystać z łazienki.

Na twarzy Michaela maluje się irytacja.

– Uciekasz.

– Nie, wcale nie.

Ale ucieknę, myśli. Kiedy tylko wrócę.

– Zamówię ci drinka! – woła za nią Michael, gdy ona pospiesznie rusza przez pub, zgodnie ze wskazówką, gdzie są toalety. – Może cię trochę rozluźni!

Pulsuje jej w uszach, kiedy otwiera drzwi damskiej łazienki i podchodzi do umywalki. Chwyta za jej chłodną ceramiczną krawędź i nachyla się nisko, zaciskając powieki. Oddycha szybko przez nos.

– Co za palant – mówi, unosząc głowę i patrząc w oczy odbiciu swojej zalanej łzami twarzy. – Cholerny głupi palant.

Wchodzi do najbliższej kabiny, łapie garść taniego, szorstkiego papieru toaletowego i wydmuchuje nos. Spuszcza wodę, bierze jeszcze trochę papieru i wraca do umywalki. Ociera łzy, które płyną jej po policzkach, pozostawiając bielsze ślady w grubym podkładzie, maskującym jej piegi. Kiedy dla uspokojenia wciąga głęboko powietrze, w oczach staje jej obraz byłego męża – tulącego na kanapie swoją nową żonę z dużym ciążowym brzuchem – i znów lecą jej łzy, które zastępują te przed chwilą wytarte.

– Przestań – mówi do swojego odbicia. – Przestań, Alice! Masz ładne mieszkanie, uroczą córkę, dobrą pracę i wspaniałych przyjaciół. Nie potrzebujesz tego gówna.

Grzebie w torebce, szukając korektora i pudru, i robi, co może, by ukryć zaczerwienienie nosa, po czym podmalowuje oczy, bo tusz spłynął jej na policzki. Nie chce dać Michaelowi tej satysfakcji, nie powinien wiedzieć, że płakała.

– No, starczy. – Zatrzaskuje torebkę.

Zbiera się w sobie przed otwarciem drzwi. Wróci do stolika. Weźmie swoją kurtkę, rzuci zdawkowo „Miło było cię poznać” i wyjdzie z pubu z wysoko podniesioną głową.

– Dobrze – mówi sobie, po czym otwiera drzwi i wychodzi z damskiej toalety.

– Cześć, Alice.

W końcu wąskiego korytarzyka stoi Michael, odcinając jej drogę do baru. Kiedy patrzy jej w oczy, jej mocno walące serce zamiera.

Na ustach Michaela z wolna pojawia się uśmiech.

– Zgubiłaś się?

– Nie. Czemu? – Głos jej drży, zdaje się zupełnie obcy.

– Pomyślałem, że może czekasz, żebym do ciebie dołączył.

– Słucham?

Wzrusza ramionami, jego ciemna kurtka unosi się z szelestem. Ściska ją w żołądku. On w prawej dłoni trzyma jej kurtkę.

– Wystarczyło poprosić. – Łypie na nią znacząco. – Jeśli marzył ci się szybki numerek. Chętnie… zabawię się trochę.

– Muszę wracać do pracy.

Alice robi krok w jego kierunku, wskazując na swoją kurtkę.

Na chwilę zapada milczenie, kiedy on rozważa jej gest, po czym unosi kurtkę, jakby miał ją podać. Alice z ulgą, na miękkich nogach, sięga po nią. Czubki jej palców już dotykają błyszczącego materiału. Zmusza się do uśmiechu i szykuje do wypowiedzenia ostatniej kwestii, którą chce pożegnać się z nim na zawsze.

„Miło było cię poznać”.

Ale to nieprawda. Może lepiej: „Naprawdę muszę wracać do pracy. To na razie”.

Albo wręcz tylko: „Do widzenia”.

Podnosi na niego wzrok, już niemal ma te słowa na ustach, kiedy nagle on wyrywa kurtkę z jej zaciskającej się dłoni i chowa za sobą. Jest tak zaskoczona, że aż ją zatyka. Michael uśmiecha się szerzej.

– Całus na pożegnanie?

Patrzy na niego, zbyt zszokowana, by cokolwiek wykrztusić.

– Musiałem wziąć pół dnia wolnego, żeby się z tobą spotkać. I postawiłem ci drinka.

Jej zdumienie przeradza się w złość. Wziął wolne przed południem, żeby się uchlać, wyskrobał drobne na pół lemoniady i sądzi, że to go uprawnia do całowania się z nią? Z choinki się urwał czy co?

– Kurtka… – Tym razem głos jej nie zawodzi i to słowo zawiera całą jej wściekłość.

On kręci głową i nachyla się, z ustami złożonymi do pocałunku. Alice próbuje przecisnąć się za niego i dosięgnąć kurtki, którą on trzyma za plecami.

– Oddawaj, do cholery!

Z jej płuc uchodzi powietrze, gdy Michael rzuca się w bok, przypierając łokieć do zagłębienia między jej obojczykami. Alice cofa się, uderza tyłem głowy o ścianę. Torebka upada jej na podłogę.

– Ty mi tu nie choleruj! – Jego oddech cuchnie, oczy o mętnym spojrzeniu błyszczą. – Nie przeklinaj przy mnie.

Alice przyciska dłoń do szyi, nie może oddychać. W głowie ma pustkę. Jak przez mgłę słyszy ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi, kątem oka dostrzega jakiś ciemny kształt, ale nie może oderwać wzroku od spoconej, porowatej gęby tego faceta, który zaciska prawą dłoń na jej prawym ramieniu, wbijając paluchy w jej ciało. Nachyla się do niej, jego spierzchnięte usta się rozchylają.

Zaraz mnie pocałuje!

Mokry, czerwony jęzor drga przy dolnej wardze, na jego czubku lśni ślina. Obrzydzenie, które wstrząsa jej ciałem, pomaga jej oprzytomnieć.

NIE POCAŁUJE MNIE.

Jej kolano wyrywa się do góry i trafia w cel. Michael z wrzaskiem odrzuca głowę i zatacza się w tył, przyciskając dłonie do krocza.

Jakiś męski głos woła coś za nią, kiedy ona wypada z pubu. „Zaczekaj, stój!”, krzyczy. Alice biegnie w kierunku galerii handlowej Meads. Słyszy za sobą kroki na bruku, ale się nie ogląda.

Rozdział 4Gareth

Gwałtowny ruch na górnym ekranie z lewej strony przyciąga uwagę Garetha. Ktoś biegnie przez centrum handlowe, gna na łeb na szyję. Gareth łapie za radiotelefon, wciska nadawanie. Ktoś, kto tak pędzi, oznacza jedno: to złodziej. Sięga do panelu sterującego i robi zbliżenie na sprintera. Kiedy widzi go wyraźniej, oczy robią się mu okrągłe ze zdziwienia. Zna tę kobietę. Pracuje w sklepie z modą damską, na pierwszym piętrze. Widuje ją, jak otwiera sklep rano i zamyka wieczorem. Zawsze przychodzi pierwsza i ostatnia wychodzi. Gareth jest więc raczej pewny, że to kierowniczka. Niewysoka, ma może ciut ponad metr sześćdziesiąt. Ognistorude włosy nosi upięte w kok z tyłu głowy.

Gareth podrywa się z krzesła, kiedy na ekranie pojawia się czyjaś ręka, która wyciąga się w kierunku rudowłosej kobiety. Męskie palce zaciskają się na jej ramieniu. Gareth przybliża obraz. To jakiś wysoki blondyn w beżowej marynarce, z czarną torbą na laptopa przewieszoną przez ramię. Gareth podnosi radiotelefon do ust.

– Alfa Charlie Zero. Jest ktoś na pierwszym piętrze? Rudowłosa biała kobieta zaatakowana przez białego mężczyznę, blondyna. Tuż przy drogerii Superdrug. Odbiór.

Zdejmuje palec z przycisku i wstaje, by podejść bliżej do ekranu i przyjrzeć się. Kierowniczka sklepu jest wyraźnie przerażona. Unosi dłonie do ust. W oczach ma strach, odsuwa się od mężczyzny. On trzyma coś w ręce i macha tym w jej kierunku. Radio skrzeczy.

– Brawo Golf Seven – odzywa się Liam, jeden z ochroniarzy. – Widzę ich. Ruszam. Odbiór.

Gareth patrzy. Ochroniarz nadbiega i staje pomiędzy mężczyzną a kobietą. Gareth wstrzymuje oddech. Czeka, co zrobi Liam, który już raz dostał ostrzeżenie za brutalne potraktowanie złodzieja. A w dodatku ma upomnienie za stan swojego uniformu. Jeszcze jedna nagana i wyleci.

Gareth oddala ujęcie, żeby widzieć twarze całej trójki. Wysoki blondyn kręci głową i unosi ręce, jakby się poddawał. Otwiera prawą dłoń i patrzy to na Liama, to na rudowłosą kobietę. W ręce trzyma niewielki czarny portfel. Kobieta spogląda na niego zaskoczona, po czym otwiera torebkę i szuka czegoś w środku. Coś mówi, podnosząc oczy na mężczyznę z laptopem, a Gareth żałuje, nie po raz pierwszy, że nie może nic usłyszeć. Obserwuje dalej. Kobieta bierze portfel od blondyna i spiesznie odchodzi w kierunku sklepu Mirage Fashions.

Radio ożywa i skrzeczy.

– Brawo Golf Seven – mówi Liam. – Sytuacja opanowana. Nie stwierdzono żadnej napaści. Biały mężczyzna oddał portfel białej kobiecie. Podobno zgubiła go podczas jakiejś szamotaniny w pubie Evening Star na Broad Street. Odbiór.

Gareth unosi brwi.

– Przyjąłem. Jakiej szamotaniny? Odbiór.

– Nie jestem pewien. Chyba ktoś ją zaatakował, ale się wyrwała. Napadł ją nie ten mężczyzna, tylko jakiś inny. Odbiór.

– Wniesie oskarżenie? Odbiór.

– Pytałem. Ale powiedziała, że nie. Odbiór.

Gareth pociera twarz dłonią. Chciałby zejść i pogadać z tą kobietą. Sprawdzić, czy nic się jej nie stało, i doradzić, żeby zgłosiła to zdarzenie policji. Ale nie może. Kiedy dyżuruje tu sam, nie wolno mu opuścić pomieszczenia z monitorami. Nawet na pięć minut. O czternastej zmieni go kolega, który teraz jest na obchodzie. Do tej pory on musi tu zostać.

– Dobrze – mówi przez radio. – Nie zapomnij opisać tego w raporcie dziennym. Odbiór i koniec.

Przesuwa się z krzesłem i na boku biurka wprowadza szczegóły zajścia do bazy, a potem wraca na środek. Przebiega wzrokiem kolejne ekrany – matki pchają wózki z dziećmi, ojcowie niosą dzieciaki na barana, maluchy się awanturują, dwie starsze panie idą pod rękę, jakaś grupka nastolatków najwyraźniej urwała się ze szkoły, samotny facet, samotna kobieta, ludzie marszczą brwi, śmieją się, gadają, dyskutują. To nieduża galeria handlowa. Tylko dwa piętra (nie licząc trzeciego, gdzie znajduje się dyżurka z monitorami), zaledwie jakieś czterdzieści sklepów. Ale codziennie przewijają się tu setki ludzi, a on ich obserwuje – wypatrując, czy nie dzieje się coś niepokojącego, czy ktoś czegoś nie kradnie albo nie niszczy, czy ktoś niepełnosprawny nie potrzebuje pomocy albo czy ktoś nie zasłabł. Trzeba pomagać zgubionym dzieciom i panikującym rodzicom, wyłapywać niebezpieczne sytuacje, które grożą wypadkiem (albo wypadki, które już się zdarzyły). Nawet kiedy Gareth jest na obchodzie, ludzie rzadko patrzą mu w oczy. Inni ochroniarze skarżą się na swoje życie rodzinne – że żona gdera, dzieciaki się kłócą, a pies znów narobił za kanapą. Ale zaraz jednym tchem mówią, że ich staruszka jest najlepszą mamą na świecie, dzieciak dostał odznakę „uczeń tygodnia”, a pies nauczył się nowej sztuczki.

Natomiast Gareth ma tylko matkę. Mieszka w tym samym domu, w którym się urodził. Można by zawiązać mu oczy i zakręcić nim dokoła, a on i tak znalazłby drogę z salonu do swojej sypialni, nie następując na wystający gwóźdź w schodach czy skrzypiącą deskę w korytarzu.

Dawniej mama budziła go rano głośnym pukaniem do drzwi i stawiała mu na stoliku nocnym filiżankę herbaty. Gareth nie pamięta już, kiedy zrobiła to po raz ostatni. Może przed odejściem taty? Teraz to Gareth jest tym, który budzi. Puka łagodnie do jej drzwi, uchyla je i wstrzymując oddech, popatruje na drobny kształt skulony pod kołdrą, starając się dostrzec lekkie wznoszenie się i opadanie klatki piersiowej.

Myśląc o tym, sięga do tylnej kieszeni po komórkę. Jest pierwsza czterdzieści i na pewno przyszła już jakaś wiadomość od Sally, opiekunki mamy.

Wszystko dobrze. Mama dziś w formie. Opowiadała mi o twoim tacie, jak zwyciężył w konkursie na największą cukinię podczas jakiegoś festynu. Przygotowałam jej kanapkę i włączyłam Łowców okazji w telewizji. Yvonne pojawiła się, zanim wyszłam.

Yvonne to druga opiekunka mamy. Gareth odpisuje, śmigając palcami po ekranie smartfona.

Był ktoś dzisiaj?

Chwila przerwy.

Wpadł ten facet z kościoła.

Gareth krzywi się. William Mackesy, przywódca lokalnego Kościoła Spirytualistycznego, oszust pierwszej wody. Wklepuje:

Czego chciał?

Piknięcie, jest odpowiedź:

Tak tylko zajrzał odwiedzić mamę, ale wspomniał o czymś, co ją trochę wystraszyło.

O czym?

Nie wiem, czy powinnam ci to mówić.

Dawaj!

Znów chwila przerwy i kolejne piknięcie.

Twierdzi, że dostawał wiadomości „z drugiej strony”, dotyczące ciebie, i że powinieneś uważać. Jest ktoś w twoim bliskim otoczeniu, kto ci źle życzy.

Rozdział 5Ursula

Ursula przytupuje, starając się wetknąć klucz do dziurki.

– Szybciej, szybciej, szybciej!

Nie może obrócić klucza, więc naciska klamkę. O dziwo, drzwi ustępują. To środek dnia i oboje jej współlokatorzy są teraz w pracy. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że zaraz nakryje złodzieja plądrującego dom, ale już jej wszystko jedno. Wpada do przedpokoju, zatrzaskuje drzwi kopniakiem i biegnie na górę do łazienki. Na widok białej porcelany nie jest w stanie trzymać dalej, mięśnie puszczają. Z jękiem ściąga spodnie dresowe. Musi skorzystać z toalety, a potem pędem wrócić do furgonetki. Na Temple Meads były straszne korki i już ma siedem minut opóźnienia. Jeszcze trochę i nie da rady rozwieźć przesyłek na czas.

– Ach… – Oddycha z ulgą, gdy ląduje pupą na sedesie.

Kiedy wyciąga dłoń po papier, rozlega się mocne pukanie do drzwi łazienki. Aż podskakuje z przestrachu.

– Ursula? Tu Charlotte. Mogę cię prosić na słowo do salonu, jak skończysz?

Charlotte? Co ona robi w domu? Ursula podciąga majtki i spodnie, myje ręce i chce wytrzeć je w swój różowy ręcznik. Ale nie znajduje go na górnej rurce metalowego grzejnika na ścianie. Czarny ręcznik Matta wisi na następnym szczebelku, a szary Charlotte niżej, ale jej gdzieś przepadł. Patrzy na kafelki podłogi, zagląda za umywalkę. Nie ma. Kiedy przebiega wzrokiem po małej łazience, widzi, że brakuje więcej rzeczy. Znikła jej pasta do zębów i szczoteczka, żel do kąpieli, szampon i odżywka, krem do ciała i płyn do soczewek kontaktowych, i pojemnik na soczewki. To, co należy do Charlotte i Matta, jest na miejscu, więc nie wygląda na to, by któreś z nich wpadło w szał sprzątania, co zdarza się Mattowi o dziko wczesnej porze w niedzielę, kiedy Ursula ma jedyny dzień wolny. Po co więc ktoś ruszał jej rzeczy? Rzuca okiem na zegarek i biegnie do swojej sypialni, otwiera drzwi i wpada do środka. I natychmiast się cofa. Chyba pomyliła pokój, może to w ogóle nie ten dom…

– Charlotte! – Pędzi na dół, do salonu.

Tam staje jak wryta na widok stosu tekturowych pudeł piętrzących się pośrodku.

– Bardzo nam przykro, Ursulo.

Wzdryga się na dźwięk głosu Matta, który siedzi na kanapie za górą kartonów. Trzyma za rękę Charlotte, ich palce się splatają.

– Przykro? O co chodzi?

Nagle wszystko zaczyna jej się układać w całość. Spakowali wszystkie jej rzeczy. To dlatego w sypialni nie ma już nic, a z łazienki znikły należące do niej przedmioty. To dlatego Charlotte wycofała się szybko do swojego pokoju, nie mówiąc „Dzień dobry”, kiedy mijały się na piętrze rano, tuż po siódmej. I dlatego Matt radośnie zaoferował jej filiżankę kawy, gdy zeszła do kuchni. Zaplanowali to. Chcieli, by myślała, że idą do pracy, a potem weszli do jej pokoju i wyprowadzili ją stąd.

– Grzebaliście w moich rzeczach – mówi i aż dostaje gęsiej skórki pod grubą dresową bluzą. – W moich rzeczach osobistych.

– Nie tylko twoich, Ursulo.

Matt odrywa dłoń od ręki Charlotte i wstaje. Ma mniej niż metr osiemdziesiąt wzrostu, więc musi unieść brodę, by patrzeć Ursuli w oczy, ale w jego twarzy nie widać lęku (choć ona jest taka wysoka). Wydaje się zdecydowany i bardziej niż lekko wkurzony.

– Wiedzieliśmy, że to ty. – W odróżnieniu do stanowczego tonu Matta, głos Charlotte brzmi piskliwie, wyraźnie jest zdenerwowana. – Mimo to próbowaliśmy ci zaufać. Wspomagaliśmy cię finansowo. Powiedzieliśmy ci nawet, że jak zwrócisz te rzeczy, zapomnimy o sprawie, ale…

– Zabrałaś obrączkę po jej babci – odzywa się Matt. – To była dla Charlotte cenna pamiątka. Prawda, Char?

Charlotte kiwa głową. Jej oczy błyszczą od łez. Ursulę ściska w gardle. Nie wiedziała, że to obrączka jej babci ani że ma wartość sentymentalną. Mała ceramiczna miseczka stała w łazience chyba od zawsze. Nie było w niej wiele. Jakieś gumki do włosów, końcówki szczoteczki do zębów, gałka, która odpadła od szafki, i cienka złota obrączka z pęknięciem, które łamało idealny okrągły kształt. Mrugała do Ursuli w porannym słońcu, więc wsunęła ją do kieszeni. Niemal bezwiednie. Myślała wtedy o Nathanie.

– Przepraszam – mówi teraz. – Zamierzałam odłożyć ją na miejsce.

– Tak samo jak mój zegarek – cedzi przez zęby Matt. – I kubek Char, moje pióro i jej chustkę, i moją ramkę na zdjęcia, i… – Kręci głową. – Musiałbym siedzieć tu cały dzień, żeby wyliczyć wszystko. Znaleźliśmy to, co nasze, i trochę rzeczy naszych przyjaciół. Tych, którzy nocowali na tej kanapie, wierząc, że ich rzeczy są u nas bezpieczne.

Ursula z trudem przełyka ślinę. Nie chciała przywłaszczać sobie tego fajnego żelu pod prysznic z łazienki ani książki z poręczy kanapy, ani parasola z wieszaka w korytarzu. Zamierzała to wszystko zwrócić. Zawsze chciała oddać zabrane rzeczy, ale przyjaciele nigdy nie zostawali tutaj na tyle długo, żeby mogła ukradkiem im je podrzucić. Niestety, nie zdążyła odłożyć na miejsce obrączki, a Charlotte, szukając jej, przewróciła całą łazienkę do góry nogami.

– Znaleźliśmy też u ciebie mnóstwo innych rzeczy – mówi Charlotte. – Ubrania, biżuterię, jakieś drobiazgi z metkami. Matt powiedział, że powinniśmy iść na policję, ale nie chcę, żebyś trafiła do więzienia. Ja tylko… tylko… – Głos jej się łamie, zaczyna pochlipywać.

– Charlotte, proszę – błaga Ursula. – Bardzo cię proszę, nie rób tego. Zmienię się. Obiecuję. Nie możesz mnie tak wyrzucić. Nie mam kasy, nie mam dokąd iść.

– Możesz zamieszkać u swojej mamy.

– Odpada. Nawet gdyby chciała mnie przyjąć, nie stać mnie na lot do Hiszpanii, a w Bristolu nie mam nikogo, dosłownie nikogo, poza tobą, u kogo mogłabym się zatrzymać.

– To może u mamy Nathana.

– Nie. – Ursula gwałtownie kręci głową, piekące łzy napływają jej do oczu. – Proszę, Charlotte. Porozmawiajmy. Usiądźmy wieczorem przy kieliszku wina, na pewno jakoś się dogadamy.

– Nie mogę. – Charlotte z żalem kręci głową. – Przykro mi, ale naprawdę nie mogę.

Matt kładzie dłoń na ramieniu swojej dziewczyny i ściska je, by dodać jej otuchy.

– Przykro mi, Ursulo, ale chcemy, żebyś się wyprowadziła.

• • •

Wielkie łzy kapią na papier, który Ursula trzyma w dłoniach. Tył furgonetki jest załadowany jej rzeczami, silnik pracuje, a ona ma już czterdzieści pięć minut opóźnienia, ale nie potrafi zmusić się, by zwolnić hamulec ręczny i odjechać.

Trzymała się jakoś, dopóki Matt nie wyciągnął dłoni. Chciała ją uścisnąć na pożegnanie, ale on szybko cofnął rękę.

– Klucze od domu.

Gorące łzy podeszły jej do oczu, gdy odpięła dwa klucze z kółka i wrzuciła do jego dłoni.

– Gdzie ja się podzieję? – wykrztusiła. – Nie mam dokąd iść.

Poza Charlotte i Mattem naprawdę nie zna nikogo w Bristolu. Oczywiście jest Bob, facet, który co rano podwozi jej paczki, tyle że poza zdawkowym „Cześć” właściwie nigdy ze sobą nie rozmawiali. Szefowa, Jackie, jest sympatyczna, ale ma męża i dwójkę dzieci i na pewno nie znajdzie dla niej wolnego kąta. A z nikim ze szkoły podstawowej, gdzie pracowała przedtem jako nauczycielka, Ursula nie utrzymuje kontaktów. Wraca myślami do przeszłości, do ławy przed Banco Lounge. Na stole stoi w szeregu sześć kufli piwa. Męskie śmiechy. Ona mruży oczy od słońca. Obok siedzi Nathan – niski, krępy i włochaty jak niedźwiedź. Jego zaokrąglony brzuszek leży mu na kolanach, wciśnięty pod blat stołu. Jego przyjaciele… przywołuje wyblakły obraz ich twarzy i próbuje dopasować imiona. Andy. „Szalony Andy”, mówił o nim Nathan. Joe. Tom. Harry. Nawet gdyby mogła się z nimi skontaktować i mieliby wolny pokój, nie chcieliby, żeby się wprowadzała. Obwiniają ją o to, co się stało, chociaż nigdy nie powiedzieli tego otwarcie. To dlatego zerwała z nimi kontakty. Kiedy straciła Nathana, przepadło też pół jej świata.

Ociera dłonią oczy. Na rękawie kupionej na eBayu bluzy Long Tall Sally zostają mokre ślady. Ursula skupia wzrok na zdjęciu w telefonie. Przesłała je właśnie Charlotte. To ogłoszenie na wystawie jakiegoś sklepu. Serce jej się ściska. Podejrzewa, że to Matt był motorem wyrzucenia jej z domu. Nigdy nie zdołała go zbytnio polubić, choć mieszkali razem ponad pół roku. Spojrzał na nią z ukosa i zmarszczył nos – minimalnie, ale dość, by to zauważyła – kiedy Charlotte ich sobie przedstawiała.

„Mój chłopak, Matt!”, oświadczyła Charlotte, promieniejąc dumą, ale nieco przygasła, gdy rzuciła okiem na Ursulę, w nadziei na jej aprobatę.

Mieszkały razem – Charlotte i Ursula, najlepsze przyjaciółki od szkoły średniej – w szeregowym domku z dwiema sypialniami, który Charlotte kupiła po śmierci ojca, za pieniądze ze spadku. Było im razem dobrze – cudownie – a potem wprowadził się Matt i wszystko się zmieniło. Drobne zwyczaje, które miały – jak wieczorne pogaduszki na kanapie, babskie imprezy, kino w niedzielę – stopniowo zostały zarzucone i Ursula coraz więcej czasu spędzała samotnie w swoim pokoju. Przy trójce lokatorów najwyraźniej zrobiło się tu ciasno.

Pokój do wynajęcia od zaraz.

Ursula czyta pierwsze zdanie ręcznie napisanego ogłoszenia.

William Street. Duży pokój z podwójnym łóżkiem, szafą i komodą wynajmę czystej, schludnej, niepalącej, zatrudnionej na stałe osobie (mężczyźnie albo kobiecie). Kuchnia do wspólnego użytku. Właściciel mieszka na miejscu. Dostępny parking. Miesięcznie 350 funtów, w tym opłaty za media. Żadnych zwierząt, par czy korzystania z zasiłków.

Poniżej widnieje numer telefonu.

Ursula ogląda się na dom, który nazywała swoim przez prawie dwa lata, i dostrzega jakiś ruch w oknie po lewej stronie salonu. Szybko opuszczają się rolety.

Wraca do ogłoszenia. William Street to jeszcze Totterdown, kilka ulic stąd. Jeśli zostanie w okolicy, będzie mogła nadal tu działać, a lubi swoich klientów i czuje się bezpiecznie na dobrze znanych trasach. Czynsz też nie jest wygórowany. To całe sto funtów mniej, niż płaciła za mieszkanie u Charlotte.

Z drżącym sercem wybiera numer. Nie powinna żywić wielkich nadziei. Na pewno już ktoś złapał ten pokój albo jest on maleńki i brudny, a właściciel to jakiś czubek. Jeśli Ursula nie zdecyduje się na wynajęcie – albo okaże się to niemożliwe – pozostanie jej szukać noclegu w hotelu, na co nie bardzo ją stać przy zarobkach w wysokości siedemdziesięciu pensów za każdą doręczoną paczkę. A nie może wziąć jutro wolnego, żeby latać po agencjach nieruchomości. Po prostu nie może sobie na to pozwolić.

Czekając na połączenie, wznosi oczy i patrząc na sufit białej furgonetki, modli się po cichu.

Jak to wypali, już nigdy niczego nie ukradnę. Przysięgam.

I tym razem dotrzymam obietnicy, dodaje po namyśle.

– Halo? – mówi miły męski głos do jej lewego ucha.

– Dzień dobry, dzwonię w sprawie pokoju. Nazywam się Ursula Andrews i…

– Jak ta dziewczyna Bonda?

Udaje, że się śmieje. Ileż razy już to słyszała.

– Nie. To była Ursula Andress, ma teraz pewnie z osiemdziesiąt lat. Ja mam trzydzieści dwa. Nie palę, jestem porządna… no… lubię porządek. Pracuję jako kurier. Ale dawniej byłam nauczycielką w szkole podstawowej… Przepraszam, paplam jak najęta. W każdym razie codziennie rano muszę przyjąć przesyłki, ale to nie będzie sprawiać kłopotu, i…

Przerywa jej serdeczny wybuch śmiechu.

– Chyba jesteś zdenerwowana, Ursulo. Weź oddech.

Mężczyzna mówi z eleganckim akcentem, przez co ona jeszcze bardziej się spina, ale robi, co radził – napełnia płuca ciepłym powietrzem z wnętrza auta, po czym lekko drżąc, wydycha je nosem.

– Przepraszam.

– Nie ma za co. Pokój nadal jest do wynajęcia, jeśli chciałabyś go obejrzeć.

– Naprawdę? Świetnie. Kiedy mogłabym się wprowadzić?

Następuje chwila ciszy.

– Masz czas, żeby teraz zobaczyć pokój?

– Tak! Nie… – Serce jej się ściska. Przypomina sobie, że w tyle furgonetki, między jej rzeczami, jest jeszcze wciśniętych ponad trzydzieści paczek do rozwiezienia. – Muszę najpierw doręczyć wszystkie przesyłki, ale mogę być u ciebie koło szóstej. To za późno? Naprawdę chcę wynająć ten pokój. To pilne, a jak mówiłam, jestem odpowiedzialna, lubię porządek i…

Znów ten śmiech. Nie jest pewna, czy on śmieje się do niej, czy z niej.

– Jeszcze go nie widziałaś. Może ci się nie spodoba.

– Nie ma obawy. Z opisu wydaje się idealny.

– Słuchaj, dzisiaj nikt inny nie umówił się na oglądanie, a jeśli ktoś się zgłosi, nie podejmę decyzji, póki nie wpadniesz. Zgoda?

– Tak.

Ogarnia ją ciepła fala optymizmu. Nie skończy jak żebraczka na ulicy. Wszystko będzie dobrze.

– W porządku – odzywa się mężczyzna. – To do zobaczenia koło szóstej. A przy okazji, numer domu piętnaście.

– Przyjadę. Aha! – Uderza ją pewna myśl. – Mam jeszcze jedno pytanie.

– Dawaj.

– Umknęło mi, jak się nazywasz.

– Edward.

– A nazwisko?

Chwila ciszy, po czym Edward lekko się śmieje.

– Do widzenia, Ursulo. Miło, że wkrótce się zobaczymy.

Rozdział 6Alice

Kiedy porządkują zostawione na wieszaku obok przymierzalni ubrania i niosą je, by odwiesić na miejsce, Alice dostrzega, że Lynne jej się przypatruje.

– Co?

– Jesteś niezwykła. Wiesz?

Alice śmieje się. Gdyby Peter był taki skory do komplementów, mogliby nadal być małżeństwem. Nie, tak naprawdę chyba jednak nie. Za nic nie darowałaby mu zdrad, choć może przynajmniej wyszłaby z tego związku, zachowując odrobinę pewności siebie.

– Niby czemu to jestem niezwykła?

Lynne zdejmuje z wieszaka gruby płaszcz i przerzuca go sobie przez rękę.

– Większość normalnych ludzi po czymś takim, co cię spotkało, poszłaby do domu.

– Czyli ja nie jestem normalna? Dzięki.

Teraz z kolei Lynne się śmieje.

– Wiesz, co mam na myśli. Ja byłabym teraz u siebie, pod kołdrą. Albo… – zerka na Alice – na posterunku policji. Jesteś pewna, że nie chcesz tego zgłosić? Wybacz, że nudzę, ale…

Alice wzdycha. To samo mówił Simon. Ten facet, który o mało nie dostał zawału, goniąc za nią z jej portfelem od pubu aż do galerii. Widział całe zdarzenie i był gotów złożyć zeznania na policji. Powiedziała „Nie” i chciała jak najszybciej o wszystkim zapomnieć, ale gnębiło ją to. A jeśli nie jest pierwszą kobietą, którą Michael zaatakował na randce? Może zwabił i skrzywdził dziesiątki innych? Uświadomiła sobie, że powinna zgłosić policji, co się stało, ale teraz nie miała już jak skontaktować się z Simonem, jedynym świadkiem. Pożegnała się z nim, nie pytając go o nazwisko, nie biorąc numeru telefonu – rozpaczliwie pragnęła tylko zostawić cały ten nieszczęsny epizod za sobą.

– O cholera – bąka pod nosem.

Lynne ogląda się. Za chwilę zamykają, a do sklepu wparowuje jakaś klientka.

– To ona – szepcze Lynne do ucha Alice. – Ta, o której ci mówiłam.

Alice obserwuje kobietę, która chodzi od wieszaka do wieszaka, przeciągając palcami po ubraniach. To najwyższa kobieta, jaką w życiu widziała. Ma z metr dziewięćdziesiąt, jak nie więcej. Ciężkiej budowy. Barczysta. Duża twarz o szerokim czole, z mizerną grzywką, która bardziej zwraca na nie uwagę, niż je maskuje. Jest ubrana byle jak, spodnie dresowe, sportowe buty i zmechacony wełniany płaszcz.

– Ostatnim razem zwinęła spódnicę w rozmiarze osiem – szepcze Lynne. – Jedną z tych nowych, które nam się nie podobają, w te paskudne niebieskie kwiatki. A nosi co najmniej rozmiar dwadzieścia cztery.

Alice rzuca okiem w kierunku drzwi, gdzie stoi ich sześćdziesięciokilkuletni strażnik Larry, popatrując tęsknie na zewnątrz. Pewnie bardzo chciałby już iść do domu.

– Złapał ją? – pyta Alice, choć zna odpowiedź.

– Nawet nie zauważył, a na nagraniu z kamery nic nie było widać.

Alice wzdycha. Możliwe, że kobieta kradnie na zamówienie. Pewnie ma listę tak długą jak jej ręka. Zawodowi złodzieje są znani wszystkim kierownikom sklepów w Meads. Mają zakaz wstępu, ale i tak próbują wejść, kiedy Larry buja w obłokach, a ekspedientki są zajęte. Jednak tej kobiety nie ma jeszcze na wydrukach zdjęć, które Alice przypięła do tablicy na zapleczu.

– Ale jesteś pewna, że podwędziła tę spódnicę?

– Tak. Zauważyłam, jak wpycha ją pod płaszcz, ale właśnie miałam klientkę awanturującą się, że od spodni, które kupiła dwa miesiące temu, odpadł guzik. Kiedy podniosłam wzrok, ta Godzilla już znikła. Spódnica też.

Alice patrzy, jak wysoka kobieta sunie na koniec sklepu, gdzie są torebki i biżuteria.

– Podlicz kasę – mówi do Lynne. – Powiem jej, że zaraz zamykamy.

Idzie za złodziejką przez sklep, przystając przy różnych działach. Porządkuje rzeczy według rozmiarów, wciąż mając na oku kobietę. Nie wygląda na to, by szukała czegoś konkretnego, ale wyczuwa się w niej jakieś napięcie. Jakby wstrzymywała oddech albo szykowała się do walki. Alice nasuwa to skojarzenie z córką – z tym, jak zmienia się atmosfera w domu, kiedy Emily wraca z pracy. Przynajmniej przez pierwsze pół godziny nie ma sensu jej zagadywać. Alice musi zaczekać, aż córka pomaszeruje do swojego pokoju, przebierze się, po czym wkroczy do kuchni, wyjmie z kredensu butelkę riojy, otworzy ją i naleje sobie spory kieliszek. Wtedy obie są bardziej zrelaksowane.

– Przepraszam?

Wysoka kobieta z grzywką pojawia się przy Alice tak nagle, że ta aż podskakuje. Nieznajoma wręcz zawisa nad nią, zgarbiona, z lekko pochyloną głową. Szaroniebieska kreska pod oczami jest rozmazana, na górnej wardze pozostały resztki różowej szminki.

– Tak, słucham?

Alice stara się odczytać mowę jej ciała. Większość złodziejek nie jest groźna. Chcą wejść i niepostrzeżenie się ulotnić. Ale zdarzają się i bardziej niebezpieczne – agresywne, zdesperowane, które każdemu, kto wejdzie im w drogę, zagrożą brudną strzykawką. Ta kobieta nie wygląda na ćpunkę, ale coś zaczepnego w jej tonie każe Alice mieć się na baczności.

– Tam jest jakiś mężczyzna, który stara się zwrócić pani uwagę. – Złodziejka unosi długą rękę i wskazuje gdzieś za głowę Alice.

W pobliżu kasy, przestępując nieśmiało z nogi na nogę, stoi Simon z ogromnym bukietem kwiatów. Lynne, nadal za ladą, napotyka wzrok Alice i robi minę, jakby pytała: Co to za numer?

– Chwileczkę…

Alice zostawia złodziejkę i podchodzi do Simona. On odchrząkuje, ze zdenerwowania ma czerwone plamy na szyi.

– Ja… no… przepraszam, to pewnie… trochę dziwaczne, ale… hm… nie dawało mi spokoju to, co się wydarzyło. Czuję, że powinienem był się wtrącić albo coś zrobić. Pewnie moja gonitwa za tobą niespecjalnie ci pomogła… – Wtyka jej do rąk bukiet z lilii i róż. – To na przeprosiny. Masz za sobą straszne przeżycie, a ja… hm… – znów odchrząkuje – nie za dobrze się spisałem.

– To nie twoja wina.

Alice czuje, że się rumieni, biorąc kwiaty. Zanurza w nie twarz i wącha, żeby zyskać kilka sekund do namysłu. Nie pamięta, kiedy ostatni raz ktoś dał jej kwiaty. Peter raczej nie należał do romantyków. Miała szczęście, jeśli dostała kartkę na walentynki, a prezenty urodzinowe były zawsze praktyczne i funkcjonalne.

– Mój… – Simon puka palcem w celofan. – Zapisałem ci swój numer telefonu na bileciku z kwiaciarni. Na wszelki wypadek. Gdybyś zmieniła jednak zdanie i chciała porozmawiać z policją.

– Dziękuję. – Alice patrzy mu w oczy. – Naprawdę nie musiałeś przynosić mi kwiatów. Ale to bardzo miło z twojej strony.

Uśmiecha się skrępowany. Jeden kącik ust unosi się wyżej niż drugi. Simon nie jest atrakcyjny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Nie tylko usta ma lekko asymetryczne, ale też coś jeszcze w twarzy… Jednak jego szare oczy są łagodne i serdeczne, a głos jest niski i melodyjny.

– No dobrze. – Wzrusza ramionami i już odchodzi.

– Odezwę się – mówi Alice.

Simon przystaje i ogląda się na nią. Na jego bladej, piegowatej twarzy maluje się zdziwienie.

– W sprawie policji – precyzuje Alice. – Zamierzam do nich zadzwonić, kiedy wrócę do domu.

– Oczywiście. – Kiwa zdecydowanie głową, rzucając okiem na potężną kobietę, która przeciska się między nim a Larrym na zewnątrz, przytrzymując mocno poły workowatego płaszcza.

– O cholera – szepcze Lynne zza pleców Alice. – Znów coś zwinęła.

Rozdział 7Gareth

Gareth nadal nie posiada się z gniewu, kiedy parkuje pod domem, w którym mieszka z matką. Jak ten William Mackesy śmie straszyć jego mamę takimi uwagami? Ona cierpi na demencję i Mackesy dobrze o tym wie. Gadanie, że Garethowi coś grozi, może łatwo wywołać u niej kolejny atak. I to nie będzie chwilowa sprawa. Ona może czuć potem niepokój przez wiele dni. Co za bzdury opowiada ten człowiek. Oczywiście, Gareth codziennie jest narażony na ryzyko. W końcu pracuje jako ochroniarz. Zawsze istnieje możliwość, że ktoś, kogo zatrzyma, będzie miał broń. Do licha, nie dalej jak wczoraj czytał, że w jednym z marketów ochroniarz, który próbował zatrzymać złodzieja, dostał nożem w rękę i nogę.