Nieodgadniony - Maureen Johnson - ebook + książka

Nieodgadniony ebook

Maureen Johnson

3,8

Opis

Nieodgadniony” to pierwsza część kryminalnej trylogii „Truly Devious” autorki bestsellerów  według „New Jork Timesa”, Maureen Johnson. Pasja autorki do zagadek widoczna jest na każdej stronie. Podczas lektury możemy poczuć się jak w Escape Roomie – pełnym zagadek pomieszczeniu, z którego  tylko spryt i bystry umysł pozwolą się wydostać.

Akcja rozgrywa się na przemian w dwóch planach czasowych – w 1936 roku, kiedy wydarzyła się zbrodnia i współcześnie. Powieść przywodzi na myśl klasyczne kryminały Arthura Conan Doyle’a czy Agathy Christie. Jednocześnie jest to jednak książka na wskroś współczesna, dziejąca się tu i teraz, wśród młodych ludzi, dla których świat nowoczesnych technologii ma ogromne znaczenie. 

Akademia Ellinghama - elitarna, prywatna szkoła w Vermont, dzieło życia Alberta Ellinghama. Miejsce pełne łamigłówek i zagadek, wijących się ścieżek, ogrodów, ukrytych korytarzy i tajemnych przejść. Jest niczym dom zagadek. Bo - jak twierdzi jej założyciel – „nauka jest zabawą”. W 1936 roku, wkrótce po otwarciu akademii, znikają żona i córka Ellinghama. Jedynym tropem w sprawie jest prześmiewczy list-zagadka, w którym podpisana pseudonimem „Nieodgadniony” postać wymienia sposoby na morderstwo. Porwanie rodziny Ellinghama staje się jedną z największych nierozwikłanych zbrodni w historii USA. Wiele lat później, pasjonująca się sprawami kryminalnymi uczennica pierwszego roku akademii, Stevie Bell, postanawia rozwikłać zagadkę z przeszłości. Najpierw jednak musi odnaleźć się  w wymagających szkolnych realiach  wśród nowych, ekscentrycznych przyjaciół.

Coś wisi w powietrzu. Mroczna postać z przeszłości nie daje o sobie zapomnieć. Nieodgadniony - a wraz z nim śmierć - powróci do akademii. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: TRULY DEVIOUS
Projekt okładki dla polskiej edycji: JOANNA RENIGER
Opracowanie typograficzne i skład: JOANNA RENIGER
Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Redakcja: JOANNA TARGOŃ
Korekta: MAGDALENA GERAGA
Copyright © 2018 Maureen Johnson Translation © 2018 Paweł Łopatka Copyright © 2018 by HarperCollins Publishers Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2018 Jacket art by Leo Nickolls Jacket design by Katie Fitch
Wydanie I
ISBN 978-83-66005-06-8
Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl
Konwersja: eLitera s.c.

TYM, KTÓRYM CHOĆ RAZ SIĘ ŚNIŁO,ŻE ZNAJDUJĄ ZWŁOKI W BIBLIOTECE

.

FBI

Fotografia listu nadesłanego do rezydencji Ellinghamów 8 kwietnia 1936 roku.

13 kwietnia 1936, 18:00

Wiesz, że nie mogę cię wypuścić...

Los Dottie Epstein został przesądzony rok wcześniej, gdy wezwano ją do gabinetu dyrektora.

Szła tam nie pierwszy raz.

Dottie, czyli Dolores Epstein, nie wzywano z byle powodu, jak bójka, ściąganie, oblany egzamin czy nieobecność. Posyłano po nią z przyczyn znacznie poważniejszych: prowadziła na własną rękę eksperymenty chemiczne, podważała wiedzę nauczycieli o geometrii nieeuklidesowej i czytała na nudnych lekcjach, by nie marnować czasu.

– Dolores – powtarzał dyrektor. – Nie zachowuj się tak, jakbyś zjadła wszystkie rozumy.

– Ale zjadłam – odpowiadała. Nie z arogancji; szczerze.

Tym razem nie miała pojęcia, co takiego przeskrobała. Wprawdzie w poszukiwaniu pewnej książki włamała się do biblioteki, była jednak święcie przekonana, że nikt o tym nie wie. Zdążyła już poznać każdy kąt tej szkoły, rozpracować każdy zamek, zajrzeć do wszystkich schowków, szaf, zakamarków. Nigdy nie miała złych intencji. Robiła to, by coś znaleźć, albo ot tak, dla sportu.

Gdy dotarła do gabinetu, pan Phillips, dyrektor, siedział za swym wielkim biurkiem. Ale był tam ktoś jeszcze – szpakowaty mężczyzna w wytwornym popielatym garniturze. Siedział z boku, skąpany w blasku słońca, pasiasty od cienia żaluzji. Wyglądał jak postać z filmu – i poniekąd nią był.

– Dolores – rzekł dyrektor – oto pan Albert Ellingham. Wiesz, czym się zajmuje?

Wiedziała rzecz jasna. Jak wszyscy. Albert Ellingham rozporządzał American Steel, „New York Evening Star” i Fantastic Pictures. Był bajecznie bogaty. Sprawiał wrażenie człowieka, który nigdy się nie myli.

– Pan Ellingham chce przekazać ci coś wspaniałego. Jesteś dzieckiem szczęścia.

– Siądź, Dolores – powiedział Ellingham, wskazując wolne krzesło naprzeciw biurka Phillipsa.

Gdy usiadła, sławny pan Ellingham wychylił się do przodu i wsparłszy łokcie na kolanach, splótł mocne, opalone dłonie. Dottie nie widziała jeszcze opalenizny w marcu. Był to najbardziej rzucający się w oczy przejaw dobrobytu pana Ellinghama, który mógłby mieć na własność nawet samo słońce.

– Wiele o tobie słyszałem – zaczął. – Pan Phillips mi opowiadał, jak bardzo jesteś bystra. Czternastolatka, a już w jedenastej klasie. Sama nauczyłaś się łaciny i greki, prawda? Robisz tłumaczenia, jak rozumiem?

Dottie przytaknęła nieśmiało.

– Nudzi ci się czasem w szkole? – spytał.

Dottie niepewnie spojrzała na dyrektora, lecz on uśmiechnął się i kiwnął głową, aby dodać jej otuchy.

– Czasem – odpowiedziała. – Ale to nie z winy szkoły.

Mężczyźni zaśmiali się na to, więc Dottie trochę się rozluźniła.

Nie bardzo, tylko odrobinę.

– Założyłem szkołę, Dolores – ciągnął pan Ellingham. – Nowego typu szkołę, w której osoby wyjątkowe jak ty mogą uczyć się we własnym tempie, własnymi metodami i tak jak im odpowiada. Nauka w moim przekonaniu jest fantastyczną zabawą.

Pan Phillips wbił wzrok w blat biurka. Dyrektorzy na ogół nie traktują nauki jak zabawy, nikt jednak nie sprzeciwiłby się wielkiemu Albertowi Ellinghamowi. Skoro on uważa naukę za zabawę, to nauka jest zabawą. I trzeba byłoby mu przytaknąć, gdyby stwierdził, że nauka to słoń w zielonej sukni i na wrotkach. Mając pod dostatkiem gotówki i wpływów, bez trudu narzuca się słowom sensy.

– Wybieram trzydzieścioro uczniów z różnych środowisk, by uczyli się w mojej szkole, i chciałbym, abyś się wśród nich znalazła – ciągnął pan Ellingham. – Nie będziesz mieć w nauce żadnych ograniczeń i zapewnię ci dostęp do wszystkiego, czego potrzebujesz. Odpowiada ci to?

Dottie zachwyciła się propozycją, ale też zaraz dojrzała w niej nieunikniony problem.

– Rodzice nie mają pieniędzy – odpowiedziała otwarcie.

– Pieniądze nie powinny być przeszkodą w nauce – odparł uprzejmie pan Ellingham. – Moja szkoła jest darmowa. Jeśli tylko się zgodzisz, to będziesz w niej moim gościem.

Zabrzmiało to tak pięknie, że aż niewiarygodnie – ale pan Ellingham nie kłamał. Przysłał jej bilet na pociąg i pięćdziesiąt dolarów kieszonkowego. Już po kilku miesiącach Dottie Epstein, która nigdy nie była poza Nowym Jorkiem, mknęła w góry stanu Vermont, wśród tylu drzew, ilu nie widziała nawet we śnie.

Wielka fontanna w szkole skojarzyła jej się z fontanną w Central Parku. Budynki z cegły i kamienia wyglądały nieziemsko. Pokój Dottie w Domu Minerwy – duży, ale przytulny – miał kominek (w górach panowały chłody). Książki, mnóstwo świetnych książek, brało się bez ograniczeń i czytało do woli bez żadnych kar bibliotecznych. Nauczyciele byli mili. Do dyspozycji było porządne laboratorium. Lekcje botaniki odbywały się w cieplarni. Tańca uczyła Madame Scottie, która biegała w trykocie i szalach, a na jej rękach od góry do dołu pobrzękiwały bransoletki.

Pan Ellingham mieszkał na kampusie z żoną Iris i trzyletnią córeczką Alice. Czasem w weekendy na podjazd wtaczały się luksusowe auta, z których wysiadali wystrojeni ludzie. Dottie rozpoznała co najmniej dwie gwiazdy kina, polityka i sławną piosenkarkę. Na te weekendy przyjeżdżały z Burlington i Nowego Jorku orkiestry – i z Wielkiego Domu płynęła muzyka aż do rana. Gdy goście pana Ellinghama przechadzali się wokół szkoły, paciorki na sukniach kobiet migotały w świetle księżyca. Dottie nie zbliżyła się tak do sławnych osób nawet w Nowym Jorku.

Pracownicy starannie sprzątali, ale teren szkoły był olbrzymi i pełen rozmaitych kryjówek, więc goście wszędzie zostawiali ślady. A to kieliszek do szampana, a to atłasowy pantofel. Bezmiar niedopałków, piór i koralików oraz inne pamiątki po sławnych i bogatych. Dottie zbierała te osobliwości i przechowywała je w „muzeum”. Najcenniejszym jej znaleziskiem była srebrna zapalniczka. Urzeczona płynnością mechanizmu, pstrykała nią bez końca. Rzecz jasna miała zamiar ją zwrócić, ale chciała nacieszyć się nią choć trochę.

Ellingham dawało uczniom swobodę działania, nauki i poruszania się, więc Dottie spędzała dużo czasu sama. W Vermoncie było całkiem inaczej niż w Nowym Jorku – nikt tu nie złaził po schodach przeciwpożarowych, nie wspinał się po rurach wodociągów. Dottie przywykła do lasu, do myszkowania na obrzeżach kampusu. Na jednym z pierwszych takich wypadów, po przyjeździe do Ellingham jesienią, odkryła tunel. Zaznajamiała się z lasem. Dotąd nie widziała niczego, co można by porównać z tym gęstym baldachimem liści i głęboką ciszą, którą od czasu do czasu mącił tylko szelest. Wtem usłyszała znajomy dźwięk, nikły metaliczny odgłos pod stopami. Poznała ten brzęk od razu. Tak samo dźwięczał właz w chodniku, kiedy się na nim stanęło.

Uniósłszy pokrywę włazu, Dottie zobaczyła wiodące w dół betonowe schody. Znalazła się w ciemnym tunelu z cegieł, suchym i dobrze utrzymanym. Zaintrygowana coraz bardziej, przyświecając sobie srebrną zapalniczką, dotarła do masywnych drzwi z zasuwanym okienkiem na wysokości oczu. W Nowym Jorku podobnych było zatrzęsienie, uznała więc, że kryją tajny bar[1].

Drzwi nie zamknięto na klucz... Tunel wyglądał groźnie i wprost domagał się zbadania. Więc Dottie zaczęła badać. Drzwi wiodły do pomieszczenia z wysokim stropem. Na ścianach pokrytych półkami piętrzyły się butelki wina i najróżniejszych wódek. Dottie obejrzała ozdobne etykiety na barwionym szkle; etykiety po francusku, niemiecku, rosyjsku, grecku i hiszpańsku... istną bibliotekę alkoholi.

W jedną ze ścian wbudowano drabinę. Dottie wspięła się po niej i otworzywszy właz u góry, znalazła się w niewielkim, sklepionym budynku ze szklanym dachem. Na posadzce leżały dywaniki i poduszki, masa popielniczek i kilka zabłąkanych kieliszków do szampana. Stając na okalającej wnętrze ławie, uzmysłowiła sobie, że jest na wysepce pośrodku sztucznego jeziora na tyłach Wielkiego Domu Ellinghamów.

Tajny zakątek! Najcudowniejszy w świecie. „Tu będę czytać”, postanowiła Dottie – i odtąd spędzała tam wiele czasu, zwinięta w kłębek na futrzanym dywanie, ze stertą książek u boku. Nigdy nikt jej nie przyłapał i czuła, że nawet pan Ellingham nie miałby jej tego za złe. Był przemiły i tak pogodny.

Prawdziwa oaza spokoju.

Ten kwietniowy dzień był przedziwny, tak mglisty, że aż zatarły się kontury drzew i całe Ellingham spowił mleczny opar. Dottie stwierdziła, że aura sprzyja lekturze kryminału. Sherlock Holmes byłby wymarzony. Znała wszystkie opowieści o Sherlocku, ale uwielbiała do nich wracać, a mgła przywodziła na myśl tę londyńską z historii o najsłynniejszym detektywie.

Dobrze wiedziała już, kiedy najlepiej wyprawiać się do domku pod kopułą. Było poniedziałkowe popołudnie, nie mogła więc natknąć się tam na nikogo z rezydencji. Pan Ellingham wyjechał nad ranem, a jego żona po dwunastej. Dottie wzięła ze szkolnej biblioteki zbiór opowiadań o Sherlocku Holmesie i wyruszyła do kryjówki.

Patrząc na świat przez szklaną kopułę, tego dnia czuła się jak we wnętrzu chmury. Wyciągnęła się na podłodze, przykryła futrzanym dywanem i otworzyła książkę. Po chwili przepadła wśród londyńskich ulic – bo nadszedł czas zabawy!

Dottie tak się zaczytała, że nagły hałas pod podłogą wprawił ją w osłupienie. Ktoś był w składziku alkoholi i właśnie szedł po schodach w górę. Zbliżał się. Nie mając czasu na ucieczkę, Dottie nakryła się dywanem i przywarła z całych sił do ziemi. Chciała wmieszać się w stertę poduch. Zlać z podłogą. Być wybrzuszeniem dywanu.

Usłyszała jęk podnoszonej pokrywy włazu i łomot, gdy pokrywa uderzyła o posadzkę. Tajemniczy ktoś przedostał się do środka i stanął zaledwie o krok od jej twarzy. Prosząc Boga, by ten ktoś na nią nie nadepnął, Dottie starała się skurczyć.

Tamten odsunął się od niej i położył coś na ziemi. Niepostrzeżenie uniósłszy kraj dywanu, zobaczyła, jak dłoń w rękawiczce wyciąga coś z worka i układa na posadzce. Odważyła się znów unieść dywan, aby się lepiej przypatrzeć. Dostrzegła latarkę, lornetkę, kawałek sznura i coś błyszczącego.

Połyskiwały kajdanki, identyczne jak jej wujka policjanta.

Latarka, lornetka, sznur, kajdanki?

Skok adrenaliny gwałtownie przyspieszył tętno Dottie. Działo się coś złego. Opuściła kraj dywanu na głowę i skuliła się w sobie jeszcze bardziej, z twarzą wbitą w podłogę, z rozpłaszczonym nosem. Tajemniczy osobnik kręcił się po pomieszczeniu kilka minut. Wtem zapadła cisza. „Czyżby sobie poszedł?” – pomyślała Dottie. Na pewno by usłyszała, jak odkłada na miejsce pokrywę włazu nieopodal jej głowy.

Własny oddech parzył jej twarz. Nie miała pojęcia, co się dzieje, ale czuła się jak zamroczona. Zaczęła liczyć w myśli. Gdy dotarłszy do pięciuset, nie usłyszała hałasu, postanowiła znów powoli unieść skraj dywanu. Tylko na szerokość palca. Jeszcze odrobinkę.

W zasięgu wzroku nie było nikogo. Znów lekko uniosła dywan. Wciąż nic. Już miała go podnieść, kiedy...

– Witaj – odezwał się głos.

Dottie poczuła, jak jej serce przywiera do podłogi.

– Bez obaw – rzekł głos. – Możesz się pokazać.

Teraz już nie było sensu się ukrywać. Dottie wypełzła spod okrycia, kurczowo ściskając książkę. Spojrzała na tajemniczego gościa, a potem na przedmioty na podłodze.

– Są potrzebne do gry – oznajmił ten ktoś.

„Do gry? No tak, oczywiście. Ellinghamowie ubóstwiali gry. Stale bawili się z gośćmi... w wymyślne poszukiwania skarbów albo łamigłówki. Pan Ellingham zaopatrzył kwatery uczniów w gry planszowe takie jak monopoly i czasem nawet sam przychodził pograć. Latarka. Sznur. Lornetka. Kajdanki. Możliwe, że to gra – myślała Dottie. – W monopoly przecież tak samo są dziwaczne rekwizyty”.

– Co to za gra? – spytała.

– Skomplikowana – odrzekł tamten. – Ale będzie wspaniale. Muszę się skryć. Też się tu schowałaś...?

– By poczytać. – Podnosząc książkę, Dottie próbowała powstrzymać drżenie dłoni.

– O Holmesie? Uwielbiam go. Co czytasz?

– Studium w szkarłacie.

– Wyborne. Czytaj dalej. Śmiało, nie przeszkadzaj sobie.

Gość wyjął i zapalił papierosa, zaciągnął się, spoglądając na nią.

Dottie znała tego kogoś z widzenia. Rzeczywiście mógł być uczestnikiem zawiłej gry pana Ellinghama. Lecz jako mieszkanka Nowego Jorku Dottie widziała już tak wiele, że doskonale czuła, gdy coś było nie tak. Wyraz oczu. Ton głosu. Wujek glina wciąż powtarzał: „Kieruj się intuicją. Gdy coś lub ktoś ci się nie spodoba, czym prędzej bierz nogi za pas. Uciekaj i wezwij mnie, Dottie”.

Intuicja nakazywała jej uciekać. Acz ostrożnie. Zachowywać się normalnie. Otworzywszy książkę, usiłowała skupić się na słowach. Zawsze nosiła w rękawie ołówek do zapisków. Gdy gość odwrócił się i spojrzał przez szybę, wprawnym ruchem zepchnęła sobie ołówek prosto w dłoń i podkreśliła zdanie na stronicy. Nie było to nic wielkiego, ot, wskazówka, którą ktoś może by zrozumiał, gdyby...

„Nikt by nie zrozumiał, a gdyby – strach pomyśleć”.

Wsunęła ołówek z powrotem w rękaw. Już nie mogła udawać, że czyta. Jej oczy przestały śledzić słowa. Wszystko w niej się trzęsło.

– Muszę odnieść ją do biblioteki – powiedziała. – Nikomu nie powiem, że pan tu jest. Nie znoszę, jak na mnie skarżą.

Osobnik uśmiechnął się do niej – ale niemiło, nieszczerze. Jego usta uniosły się w kącikach za wysoko.

Dottie uzmysłowiła sobie, że jest na środku jeziora, w połowie góry. Przebiegłszy myślą wszelkie możliwe scenariusze, czuła, jak rozegra się kolejnych kilka sekund. Jej serce zwolniło i nieomal rozsadzało łomotem głowę. Czas wlókł się żółwim tempem. Znała niemało historii, w których śmierć występowała w roli głównej – jako energia wyczuwalna w pomieszczeniach. A teraz ów niemy przybysz wniknął tu, był obok.

– Muszę iść – szepnęła niewyraźnie, przesuwając się w stronę włazu. Gość ruszył jej śladem. Jak po szachownicy dążyli do nieuniknionego końca.

– Wiesz, że nie mogę cię wypuścić – rzekł gość. – Chociaż chciałbym.

– Możesz – odparła Dottie. – Potrafię dochować tajemnicy. – Ścisnęła Sherlocka Holmesa z myślą, że gdy go trzyma, nic złego stać się nie może. „Sherlock mnie ocali”. – Błagam.

– Przykro mi. – Głos gościa pobrzmiewał żalem.

W grze został jeszcze jeden ruch; Dottie wiedziała, że zgubny. Gdy jednak nie ma już dokąd przemieszczać się na szachownicy, robi się to, co konieczne. Rzuciła się w kierunku włazu. Nie tracąc czasu na drabinę, upuściła książkę i dała susa w ciemną otchłań. Na oślep wyciągnęła ręce. Palce ślizgały jej się po szczeblach, ale nie zdołała się żadnego uchwycić. Spadając, napotkała w końcu straszliwy opór posadzki.

W nagłym przebłysku świadomości poczuła ból, niemal słodki, i zalało ją coś ciepłego. Tamten schodził po drabinie. Chciała się poruszyć, przesunąć, lecz bez skutku.

– Lepiej było ci tu nie przychodzić – rzekł gość. – Bardzo mi przykro.

Dottie pochłonęła ciemność. Nagła i nieodwołalna.

MORD NA GÓRZE – AFERA ELLINGHAMÓW, fragment

Akademia Ellinghamów mieściła się w połowie drogi na wzniesienie o urzędowej nazwie Góra Morgana, od zawsze zwane przez miejscowych Górą Siekiery lub Toporzyskiem, z racji przypominającego te narzędzia zgrubienia na wierzchołku.

W przeciwieństwie do wzgórz wokoło, przyciągających narciarzy i urlopowiczów, góra była zalesiona i niezagospodarowana. Lubili ją turyści, samotnicy i obserwatorzy ptaków oraz entuzjaści górskich strumieni i wędrówek po leśnych ostępach. Do 1928 roku, kiedy to natknął się na nie Albert Ellingham, Toporzyska unikano. Nie wiodła tędy ani jedna droga, choćby najbardziej wyboista. Las był tu za gęsty, rzeka za głęboka. Zbyt często spadały głazy. Było stanowczo za dziko, by człowiek czuł się swobodnie.

Zgodnie z legendą Albert Ellingham trafił tutaj przez przypadek, próbując dostać się do Burlington, do jachtklubu. Jak w 1928 roku znalazł się na zboczu niezamieszkanej góry – dociec nie zdołano, niemniej dokonał tego i obwieścił, że to wyborny zakątek. Od dawna marzyło mu się powołanie szkoły, która działałaby w myśl jego własnych zasad i ideałów – takiej, gdzie nauka to zabawa, uczniowie są i biedni, i bogaci, wszyscy zaś zdobywają wiedzę wspólnie, w tempie, jakie każdemu odpowiada. Powietrze było czyste, tak jak i śpiew ptaków. Nic nie mogło przeszkadzać uczniom w realizacji ich planów.

Za trzykrotną wartość ceny wywoławczej Ellingham nabył wielką działkę. Tak dużą, że wyrównywanie dynamitem gruntów pod budowę szkoły trwało kilka lat. Wytyczono prowizoryczne drogi. Spółka telefoniczna okablowała okolicę i ustawiła przy drodze płatne automaty. Powoli, acz systematycznie łączono Toporzysko z resztą świata.

Akademia Ellinghamów, bo zasłynęła pod tą właśnie nazwą, miała być czymś więcej niż szkołą – małżonkowie zbudowali tu też dom dla siebie, w samym sercu kampusu. A i ów dom był niezwykły. Najokazalszy w Vermoncie, pokaźny jak najpokaźniejsze w Burlington czy Montpelier.

Ellingham zapragnął mieszkać w swoim laboratorium, w swojej siedzibie wiedzy. Tereny wokół domu ozdobiono niezliczonymi posągami. Posiadłość przecinały ścieżki bez ładu, sensu i kierunku. Podobno Ellingham śledził jednego ze swych kotów i przekonany, że „koty wiedzą lepiej”, kazał ulubione przezeń szlaki wyłożyć kamieniami. Pogłoska – chociaż fałszywa – tak bardzo przypadła mu do gustu, że zaraz pojawiła się kolejna, jakoby on sam rozpowszechnił pierwszą.

Były tam też tunele, fałszywe okna, drzwi donikąd... Architektoniczne igraszki, które bawiły Ellinghama do łez, a za sprawą których wydawane przez niego przyjęcia nie cieszyły się najlepszą sławą. Podobno nawet on nie znał położenia wszystkich miejsc ani tuneli – pozwoliwszy licznym architektom, by niektóre wkomponowali w przestrzeń wedle własnej woli. Krótko mówiąc, posiadłość była sielsko-bajkowa i taka by też pozostała, gdyby nie ów mglisty wieczór w kwietniu 1936 roku, gdy zaatakował Nieodgadniony.

Szkoły zdobywają rozgłos dzięki wykładowcom, drużynom sportowym, absolwentom.

Nie powinny jednak słynąć morderstwami.

1

– Te łosie tutaj to bujda – powiedziała Stevie Bell.

Mama odwróciła się do niej z miną, jaką przybierała często – znużoną, zobligowana jako rodzic przejąć się tym, co zaraz doda Stevie.

– Słucham?

Stevie wskazała coś za oknem autobusu.

– Widzisz? – wyciągnęła palec w stronę znaku z napisem „Łoś”. – Minęliśmy już pięć. To masa obietnic. Nie jedna.

– Stevie...

– Obiecywali spadające głazy. No i gdzie te głazy?

– Stevie...

– Według mnie reklama ma być zgodna z prawdą!

Wywołało to długą ciszę. Stevie nieraz rozmawiała z rodzicami o naturze prawdy i faktu, więc te słowa mogły jeszcze kiedyś zmienić się w burzliwą kłótnię. Ale nie dzisiaj. Dziś za obopólną cichą zgodą nie rozwijano już tematu.

Bo przecież do szkoły z internatem nie wyjeżdża się codziennie.

– Nie podoba mi się, że zabraniają wjazdu na kampus – rzekł ojciec Stevie po raz ósmy tego ranka. W broszurze informacyjnej Ellingham ujęto to bardzo precyzyjnie: „Nie próbuj wwozić ucznia/uczennicy do szkoły samochodem. Będziesz zmuszony/-a zostawić go/ją pod bramą przy drodze. Zasada ta dotyczy wszystkich bez wyjątku”.

Nie było w tym nic podejrzanego – powód wyjaśniono z detalami. Projektant kampusu nie przewidział miejsca dla zbyt wielu samochodów. Wiodła tam tylko jedna droga, nie było więc gdzie parkować. Wjeżdżało się i wyjeżdżało szkolnym autobusem. Nieco zraziło to rodziców Stevie, tak jakby sama już okolica, do której trudno się dostać samochodem, była z natury podejrzana, a zakaz obejmował daną Amerykanom przez Boga swobodę wjeżdżania, gdzie dusza zapragnie.

Ale że zasady to zasady, Bellowie zajęli miejsca w autobusie – nowoczesnym, z dwunastoma fotelami oraz przyciemnianymi szybami i ekranem, na którym było widać nikłe odbicie okien. Za kierownicą siedział starszy, siwy mężczyzna. Nie odzywał się, odkąd zabrał ich z przystanku przed kwadransem, a nawet wtedy rzucił tylko: „Stephanie Bell?” i „Siadajcie, gdzie chcecie, nikogo nie ma”. Choć Stevie słyszała, że Vermontczycy są powściągliwi, a obcych nazywają ludźmi z nizin, w milczeniu kierowcy było coś upiornego.

– Posłuchaj – szepnęła mama – gdyby ci się odwidziało...

Stevie złapała się fotela.

– Nie odwidzi się. Niedługo dojeżdżamy.

– Po prostu... – zaczęła mama i zrezygnowała. Takich rozmów miały już za sobą wiele. Ranek toczył się utartym torem, nie przynosząc niczego nowego. Stevie obejrzała się za siebie – mistycznie błękitny vermoncki horyzont niknął pożerany przez drzewa i urwiska tam, gdzie droga przecinała góry. Gdy jechali I-89, zostawiwszy w tyle Burlington, od skoku ciśnienia Stevie strzeliło w uszach. Czując, że rozmowa już się nie rozwinie, włożyła do uszu słuchawki. Kiedy miała włączyć podkast, matka musnęła jej ramię.

– To chyba nie pora na słuchanie tych makabr – rzekła.

– Historii autentycznych zabójstw. – Stevie nie zdążyła ugryźć się w język. Poprawka pobrzmiewała nadmiernym pedantyzmem. A mieli się nie sprzeczać.

Stevie odłączyła słuchawki i zwinęła kabel.

– Odezwała się koleżanka? – zapytała mama. – Jazelle?

– Janelle – poprawiła Stevie. – Przysłała esemesa, że jest w drodze na lotnisko.

– Cieszę się – odparła mama. – Powinnaś się otaczać przyjaciółmi.

„Bądź miła, Stevie. Nie mów, że już masz przyjaciół. Masz ich mnóstwo. Nieważne, że wielu z nich poznajesz na forach powieści kryminalnych”. Rodzice nie mieli pojęcia, że można się kolegować z ludźmi spoza szkoły i nie jest to żadnym dziwactwem, a Internet służy znajdywaniu podobnie myślących osób. Rzecz jasna, Stevie miała też szkolne koleżanki, ale nie podtrzymywała tych znajomości jak należy, to znaczy nie bywała na piżama parties, nie malowała się i nie biegała po sklepach.

Tamto się teraz nie liczyło. Przyszłość była tutaj, w tych zamglonych górach.

– Możesz mi przypomnieć, czym interesuje się Janelle? – spytała mama.

– Inżynierią – odpowiedziała Stevie. – Buduje różne rzeczy. Maszyny, urządzenia.

Po chwili sceptycznego milczenia mama zapytała:

– A ten Nate pisuje?

– Ten Nate pisuje – potwierdziła Stevie.

Ta dwójka pierwszorocznych miała mieszkać w jej nowej bursie. Na temat starszych lat szkoła milczała. Kolejny temat, który Bellowie wałkowali przy stole od tygodni – Janelle Franklin pochodziła z Chicago. Była rzeczniczką uczniów biorących udział w państwowym programie zachęcającym kolorowe dziewczęta do aktywności w sferze nauki, techniki, inżynierii i matematyki. Stevie wiedziała o Janelle całkiem sporo, choćby to, że w wieku lat sześciu została przyłapana na (pomyślnej) naprawie tostera. Znała też wszystkie jej upodobania: budowanie narzędzi i gadżetów, lutowanie i spawanie, prowadzenie na Pintereście serwisów o technikach organizacji, okularniczkach, powieściach dla młodzieży, kotach, kawie i niezliczonych programach TV.

Stevie esemesowała już z Janelle. Zaczynało się więc nieźle. Miała koleżankę.

Drugim pierwszorocznym w Minerwie był Nate Fisher, który mówił niewiele i nie odpowiadał na esemesy, ale za to miał już wielkie osiągnięcia. Jako czternastolatek opublikował – najpierw w sieci, a później drukiem – książkę Cykle księżycowego blasku, liczącą siedemset stron imponującą powieść fantasy. Podobno aktualnie pracował nad jej sequelem.

Takie właśnie osoby przyjmowała Akademia Ellinghama.

– Muszą być niezwykle zdolni – podsumował ojciec. – Jak ty. Wiesz, że jesteśmy z ciebie dumni.

Stevie odczytała w zdaniu zakodowany komunikat. „Choć kochamy cię całym sercem, nasze ty dziwadełko, nie mamy bladego pojęcia, dlaczego cię przyjmują do tej szkoły”.

I tak upłynęło całe lato: wyrażając raz po raz dumę z córki, rodzice ukrywali wątpliwości podsycane niepojętą dla nich sytuacją, zwłaszcza że Stevie zgłosiła się do Akademii bez ich wiedzy. Do głowy by im nie przyszło, że mógłby uczyć się tam ktoś ich pokroju. Od blisko wieku w Akademii kształcili się twórczy geniusze, radykalni myśliciele i racjonalizatorzy. Nie wymagano podania i nie stawiano warunków. Jedyne wskazanie brzmiało: „Jeśli chcesz się u nas uczyć, uprzejmie prosimy o kontakt”.

Tyle.

Proste zdanie, które rozpalało umysł ambitnych uczniów w całych Stanach. Pytanie, czego się tam od nich oczekuje, było jak zagadka z baśni – ułożony przez czarodzieja rebus, który trzeba rozwikłać, by móc wejść do Jaskini Sekretów. Wszędzie należało spełniać surowe kryteria, rozwiązywać testy, pisać wypracowania, mieć referencje, a nawet oddać krew albo zanucić kilka taktów ze znanego musicalu. Do szkoły Ellinghama wystarczyło zapukać. Zapukać do drzwi w określony sposób, którego nie podawano. Trzeba było po prostu się wpasować. Akademia szukała osób wyjątkowych. Wykazując się szczególnym talentem, można było zostać jedną z przyjmowanych corocznie pięćdziesięciu osób. Program obejmował tylko dwa lata – trzeci i czwarty rok liceum. Nie pobierano czesnego. Przyjęty uczył się za darmo. Ale najpierw musiał się dostać.

Autobus skręcił na pas wyjazdowy i zatrzymał się na kolejnym przystanku, gdzie czekała jeszcze jedna rodzina. Drobniutka dziewczyna o długich, ciemnych włosach, z rodzicami – wszyscy bacznie wpatrzeni w komórki.

– Ma ładne włosy – rzekła mama Stevie.

Była to aluzja do włosów Stevie, które ta – w odruchu samoodnowy – własnoręcznie ścięła w łazience wczesną wiosną. Mama wybuchnęła płaczem na widok jej jasnych pukli w umywalce, po czym wzięła ją do fryzjera, by wyrównał jej włosy, nadał im formę. Włosy były kością niezgody do tego stopnia, że rodzice chcieli nawet zabronić Stevie wyjazdu, ale w końcu szczęśliwie się z tego wycofali. Mama była bardzo przywiązana do jej włosów, poniekąd więc też dlatego musiały zostać ścięte. A tak naprawdę to Stevie uznała, że w krótkich będzie jej po prostu lepiej.

Słusznie. Fryzura na chłopaka okazała się twarzowa i bardzo łatwa w utrzymaniu. Gdy Stevie farbowała włosy na różowo, niebiesko, a potem na różowo-niebiesko, miała z nimi ciągłe problemy. Wróciła więc do naturalnego chłodnego blondu i zwykłej, krótkiej fryzurki.

Po władowaniu toreb do bagażnika dziewczyna z rodzicami wsiedli do autobusu. Wszyscy troje mieli ciemne włosy, skupione twarze, duże oczy i okulary. Wyglądali jak sowia rodzina. Mamrocząc uprzejme powitania, zajęli miejsca za Bellami. Stevie znała dziewczynę z przewodnika dla pierwszorocznych, ale zapomniała jej nazwiska.

Próbowała zignorować kuksańca mamy.

Dziewczyna znów zapatrzyła się w komórkę.

– Stevie.

Stevie wzięła potężny haust powietrza, czując, że zapowiada się przechylanie nad mamą i wołanie do dziewczyny, która siedzi za ich plecami w sąsiednim rzędzie. Obciach, z jakiego nie może niestety się wywinąć.

– Hej – rzuciła.

– Hej? – Dziewczyna podniosła głowę.

– Jestem Stevie Bell.

Dziewczyna przyjęła to do wiadomości.

– Germaine Batt – odparła.

I nic więcej. Stevie już zaczynała się prostować, w poczuciu, że wysiliła się aż nadto, ale mama znowu dała jej kuksańca.

– No zakoleguj się – szepnęła.

Niewiele słów mrozi krew tak jak „zakoleguj się”. Stevie przeszły ciarki. Zapragnęła spadających głazów. Ale też wiedziała, że jeśli nie nawiąże rozmowy, zajmą się tym rodzice. A wtedy Bóg wie, czego się spodziewać.

– Z daleka jedziecie? – zapytała.

– Nie – odpowiedziała Germaine, podnosząc wzrok znad telefonu.

– My z Pittsburgha.

– Aha.

Stevie wyprostowała się w fotelu, spojrzała na mamę i wzruszyła ramionami. Nie mogła wymuszać na Germaine pogawędki. Mama pochwaliła ją spojrzeniem za starania.

Autobus zatrząsł się, zjeżdżając z autostrady na wąską wyboistą drogę wśród sklepów, farm i szyldów dla narciarzy oraz entuzjastów dmuchanego szkła i cukierków na syropie klonowym. Zabudowa przerzedzała się stopniowo, ustępując miejsca polom. Gdzieniegdzie tylko stała wiekowa czerwona ciężarówka lub koń, samotny, jakby się zagubił.

Autobus piął się pod górę. Coraz wyżej i wyżej, w głąb lasu.

Wtem ostro skręcił w prześwit między drzewami, aż Stevie szarpnęło na bok i omal nie spadła z fotela. Przy ziemi zamajaczyła bordowa tabliczka ze złotym napisem: „Wjazd do Akademii Ellinghama”. Tak niepozorna, jakby szkoła chciała się ukryć.

Droga, którą teraz jechali, nie zasługiwała na to miano. Nawet nazwanie jej ścieżką byłoby na wyrost. Przemieszczali się wzdłuż sztucznej wyrwy w pejzażu – krętej blizny w lesie. Najpierw powiodła ich w dół, gwałtownie, ku jednemu ze strumieni okalających posiadłość. Zobaczyli tam konstrukcję, którą tylko od biedy byłoby można nazwać mostem, skleconą z drewna, sznura i wyobrażeń. Zaopatrzona w „poręcze” wysokości bodaj trzydziestu centymetrów, wyglądała, jakby miała się zapaść pod ciężarem niewiele większym od befsztyka.

Autobus przetoczył się po osobliwym moście, który gwałtownie zadrżał, aż Stevie zatrzęsła się w fotelu.

Później znowu ruszyli pod górę, spadzistą jak stok narciarski. Mknęli niepowstrzymani. Drogę zasłaniały cienie drzew. Gałęzie skrobały o boki autobusu jak dziesiątki szponów. Autobus wydawał zgrzytliwe odgłosy, mozolnie walcząc z coraz węższą drogą. Stevie czuła, że nic jej nie grozi, choć autobus sprawiał wrażenie, jakby miał za moment się rozlecieć. Nabrała pewności, że wycieczka z rodzicami jednak nie skończy się źle, że autobus się nie podda i nie stoczy tam, skąd wyruszyli, że nie runą teraz na oślep do rzeki, w słodką, zimną i wilgotną nicość... chociaż kto wie.

Podłoże wyrównywało się stopniowo, zza drzew wyłoniła się więc gładsza droga i rozległe, zielone trawniki. Autobus zbliżył się do bramy, której strzegły dwa posągi na cokołach, skrzydlate stwory o uśmiechniętych twarzach i pustych oczach, każdy na czterech łapach i z ogonem.

– A to ci dziwne anioły – ogłosiła mama, opuszczając szybę, żeby się im przyjrzeć.

– Nie anioły – odrzekła Stevie. – Tylko sfinksy. Mityczne bestie. Sfinks zadawała zagadki ludziom chcącym dostać się do miejsca, którego strzegła – i pożerała każdego, kto źle odpowiedział. Edyp, zagadka, Sfinks... Nie mylić ze spanksem, podstawowym orężem w walce z kompleksami[2].

Mama znowu rzuciła jej t o spojrzenie. „Marzyliśmy o towarzyskiej córce, która gania na bale i zakupy, a trafiło się nam dziwadło. Kochamy ją, ale co ona właściwie ma w głowie?”

Stevie współczuła rodzicom. Byli tak ograniczeni. Czuła, że nigdy w życiu nie zabawią się tak jak ona.

Wychyliwszy się, Germaine badawczo przyjrzała się Stevie wielkimi, błyszczącymi oczami. Minę miała zagadkową jak sfinks.

Stevie momentalnie ogarnęły wątpliwości. Nie powinna była zostać przyjęta. List trafił pod niewłaściwy adres, do niewłaściwej Stevie. Za sprawą czyjejś sztuczki, żartu, kosmicznej pomyłki. Lecz nawet gdyby ktoś ukartował całą tę nierealną sytuację – autobus właśnie podjeżdżał pod Akademię Ellinghama.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Tajny bar – w latach 1920–1933 w USA obowiązywała prohibicja, zakaz produkcji i sprzedaży alkoholu. Kwitł wówczas przemyt i działały nielegalne bary (wszystkie przypisy są autorstwa tłumacza).

[2] Spanx – bielizna wyszczuplająca.