Nienawiść - Mariusz Zielke - ebook + książka

Nienawiść ebook

Mariusz Zielke

4,2

Opis

Kuba Zimny otrzymuje propozycję napisania biografii znanego przedsiębiorcy Marka Sawickiego, twórcy korporacji biotechnologicznej Sawicki, która z małej kaszubskiej firmy przerodziła się w  europejskiego giganta na rynku farmaceutycznym.

Biografia ma być częścią kampanii reklamowej Sawickiego,zaprojektowanej przez słynnego Bruno Giacomo.

Tymczasem w otoczeniu Sawickiego, pozornie nieskazitelnego przedsiębiorcy, dochodzi do tajemniczych zbrodni – giną skonfliktowani z nim ludzie.

Kuba Zimny podejrzewa, że został zaangażowany w projekt nieprzypadkowo.

Sprawę morderstw będzie badał nielubiany przez policyjną wierchuszkę śledczy Lenz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Luty 1995

Prolog

Stary opel chwiał się niebezpiecznie na każdym zakręcie, z opóźnieniem wykonywał manewry, kierownica miała zbyt dużo luzu, a sprzęgło nie odbijało jak należy. Pasażerowie ciągle się kłócili. Kierowca poprawił okulary i otarł pot z czoła. Już żałował, że zgodził się jechać razem z nimi, zamiast – jak początkowo planował – wsiąść do pociągu. No, ale nie miał wyjścia.

W końcu jesteśmy partnerami. Za kilka miesięcy każdy z nas będzie milionerem.

Jeśli tylko wcześniej się nie pozabijamy.

– Przestańcie – zaskomlał, gdy jeden z pasażerów zbyt długo perorował na temat tych cholernych paliw. – I tak ciężko się prowadzi.

Mężczyźni zamilkli. Po chwili wyższy znów nie wytrzymał i zaklął wulgarnie.

– Prowadź i nie zabieraj głosu – warknął, a potem zaatakował: – Gdyby nie te twoje wiarygodne źródła, dziś nie bylibyśmy w takiej dupie.

No i mam za swoje – pomyślał kierowca. Do tej pory pasażerowie kłócili się między sobą lub atakowali czwartego wspólnika. Wiadomo, najłatwiej zwalić winę na nieobecnych. Teraz przypomnieli sobie o roli, którą w całej sprawie odegrał on. Gdyby nie news od jego wiewiórek, nie byłoby transakcji z Rosjanami, na bocznicy w Szczytnie nie stałby teraz pociąg z zatrzymanymi paliwami, a spółka nie miałaby kłopotu z wyjaśnieniem organom skarbowym szczegółów przedziwnej operacji, w jaką się nieopatrznie wpakowała.

– To miał być pewniak – odparł.

– Pewniak do trumny – szepnął wyższy z mężczyzn. – Co mnie podkusiło, żeby w ogóle was posłuchać?

Kierowca głośno przełknął ślinę i postanowił więcej się nie odzywać. Mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. W lusterku widział, że wyższy patrzy mu w oczy. Jakby chciał wyczytać z nich odpowiedź na niezadane pytanie: wiedziałeś o tym, że to prowokacja, świadomie dałeś się podpuścić czy… jesteś zwykłym idiotą?

Wyższy nazywał się Benedykt Wisłocki i był drugą najważniejszą osobą w spółce. Trzymał rękę na finansach, potrafił rządzić. Ustępował tylko Markowi, człowiekowi z genem przywódcy, i to zwykle po długich bojach. Nie miał jednak najbardziej znaczącego daru – intuicji, która sprawiała, że tamtemu niemal wszystko się udawało. Brakowało mu też przebojowości drugiego z pasażerów, znacznie niższego, zdecydowanie gorzej się prezentującego Siergieja Kraciuka, który przypominał raczej narkomana lub niechlujnego dziennikarza niż naukowca i biznesmena. Ale to jego głowie zawdzięczali swoje najważniejsze produkty i tak dalekosiężne plany. Siergiej był geniuszem. Tak jak Marek.

A ja? Kierowca jeszcze bardziej posmutniał. Nie miał ani charakteru Benka, ani iskry bożej Marka, ani genialnego błysku Siergieja.

Był w tym towarzystwie nikim. Tylko kierowcą.

– Uważaj – ostrzegł Benek, gdy z tyłu mrugnęła światłami duża niemiecka limuzyna i natychmiast zaczęła ich wyprzedzać, nie bardzo się przejmując jadącymi z naprzeciwka. Długi czarny przód zdobił znaczek koncernu Mercedesa.

– Co za wariat! Wyprzedzać w taką pogodę!

– Ustąp szybszemu. – Siergiej wskazał na znak przy drodze radzący w podobnych przypadkach zjeżdżać na pobocze. – U nas w Moskwie są dwie zasady: nie wchodź nigdy na pasy dla pieszych, jak ktoś nadjeżdża, nawet gdy masz zielone, i przy ocenie pierwszeństwa zawsze uwzględniaj rozmiar konkurenta. Większy ma pierwszeństwo.

Siergiej lubił mówić: u nas w Moskwie, choć wcale nie był Rosjaninem. Tylko się za takiego uważał.

Ktoś zatrąbił, gdy limuzyna zrównała się z ich oplem, i wtedy zjechali nieco na pobocze, jednocześnie zerkając w lewo. W mercedesie siedziało dwóch zarośniętych mężczyzn. Wyglądali na prawdziwych bandytów.

Kierowca wzdrygnął się i bezwiednie zwolnił. Kątem oka zobaczył, że pasażer limuzyny przykłada do ucha wielkie pudło telefonu komórkowego. On wciąż był negatywnie nastawiony do tego typu wynalazków. Przez komórkę czuł się, jakby był ciągle na smyczy.

Mercedes w końcu ich wyprzedził i pognał do przodu. Pięć kilometrów dalej zwolnili, mijając ten sam samochód, który stał na poboczu obok policyjnego radiowozu.

– Ma za swoje – skomentował Siergiej.

Obejrzał się jeszcze, bo kontrolowani bandyci wcale nie wyglądali na zmartwionych. Przeciwnie, jeden z nich poklepywał się z policjantami, a drugi stał obok i ciągle rozmawiał przez komórkę. Dosłownie na ułamek sekundy Siergiej napotkał wzrok tego człowieka i wtedy ogarnęło go jakieś nieokreślone przeczucie. Coś więcej niż niepewność. Obawa. Strach. Że zaraz się wydarzy coś naprawdę złego. Odwrócił pospiesznie głowę i skupił wzrok na długim rzędzie ciężarówek ze żwirem, które sunęły poboczem tak wolno, że chcąc nie chcąc, musieli je wyprzedzić. Nadjeżdżający z naprzeciwka pojazd zjechał na prawy pas, dając im światłami znać, że mogą bezpiecznie wykonać manewr.

Kiedy opel zrównał się z trzecią ciężarówką, uprzejmy kierowca nagle zmienił zdanie i wrócił na główny tor jazdy.

Siergiej oniemiał. To też była ciężarówka ze żwirem. Duża, ciężka. Choć nie jechała zbyt szybko, błyskawicznie rosła w oczach.

A oni nie mieli gdzie uciec.

Zanim doszło do czołowego zderzenia, Siergiej pomyślał jeszcze o innej zasadzie, od lat dobrze znanej w Moskwie i coraz częściej powtarzanej szeptem w byłych krajach obozu komunistycznego.

Gdy poznasz zbyt wiele tajemnic, uważaj na ciężarówki ze żwirem.

Dwadzieścia lat później

1

Starzec długo przygotowywał atak. Posyłał zaskakująco precyzyjne, mocne piłki w lewy narożnik kortu, by ostatecznie zakończyć wymianę niesamowitym dropszotem tuż za siatkę. Jego o czterdzieści lat młodszy przeciwnik otarł pot z czoła i skinął z uznaniem.

– Jak ty to robisz? – zapytał, gdy wymieniali uściski dłoni.

– Trzeba być mężczyzną. – Starzec mrugnął powieką. – O tu. – Przyłożył dłoń do serca. – Choć tu też nie zaszkodzi. – Dłoń zawędrowała między nogi i zacisnęła się na członku.

Młodzieniec pokręcił głową, wyraźnie rozbawiony. Nasłuchał się trochę o tym starym lisie.

– Będą pisać o tobie książki.

– Żebyś wiedział!

Starzec zaczerpnął w płuca świeżego sopockiego powietrza, poszedł pod prysznic, wytarł ciało, włożył nieco zbyt lekki jak na dość kapryśną pogodę garnitur, sprawdził w smartfonie najnowsze wiadomości i zalogował się do portalu randkowego. Od pewnego czasu tą drogą wyszukiwał partnerki, które spełniały jego oczekiwania znacznie lepiej niż siedemdziesięcioletnia żona. Podobnie jak partnerzy do tenisa i towarzysze z jazd konnych, nie mogły wyjść z podziwu dla jego wigoru. Im też sprzedawał tę bajeczkę o sercu…

Nowa wiadomość od użytkownika Kinia załadowała się na czacie.

Potwierdź dzisiejszą sesję, ogierze!

Kliknął przycisk potwierdzenia i odetchnął głęboko. Życie należy przeżyć, a nie przeczekać. Czerpiąc garściami ze wszystkich dostępnych przyjemności. Kinia miała dwadzieścia pięć lat i była ostatnio jego ulubioną zabawką. Wyjątkowo atrakcyjną i namiętną, nieudającą niczego, łatwo osiągającą szczyt i wspaniale się prezentującą w lustrach, które zawiesiła na suficie sypialni. Krągłe pośladki, oliwkowa skóra, długie gładkie nogi i nieco za małe w stosunku do ud i tyłka, za to cudownie twarde i sprężyste piersi.

„Jak tak dalej pójdzie, umieszczę cię w testamencie” – zażartował kilka dni temu, gdy po godzinnych zapasach oraz prawdziwej symfonii jęków i krzyków Kinia wyłkała mu w ucho, że nigdy nie miała lepszego kochanka.

Prawdziwy casanova.

Siedemdziesięciodwuletni ogier o ciele i charyzmie czterdziestolatka.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła piętnasta. Zgodnie z zaleceniami lekarza prowadzącego powinien zaraz przyjąć ostatnią dawkę preparatu. Potem trzy miesiące przerwy i znów dziesięć zastrzyków. Brał je prawie od roku i efekt był niewiarygodny. Współczesna medycyna może zdziałać cuda.

Jeśli tylko cię na to stać.

A jego było stać.

Wyciągnął niewielki aplikator, usiadł, rozluźnił się, odetchnął kilka razy głęboko, po czym przystawił urządzenie do luźnej skóry nad szyją z tyłu głowy, w miejscu zakrytym przez wciąż bujne włosy. Pochwycona dwoma palcami skóra, jedno przyciśnięcie guzika i napełniony fabrycznie dozownik wstrzyknął mu implant.

Od razu poczuł w głowie przypływ mocy, choć wiedział, że to tylko autosugestia. Implant będzie stopniowo uwalniał substancję czynną, a efekt zastrzyku organizm zacznie odczuwać dopiero po sześciu tygodniach. Tyle że do tego momentu wciąż będzie działać poprzednia dawka.

Moc.

Czuł potworną moc.

Odłożył dozownik do szafki, wypił pół litra wody, zamknął drzwiczki i poczuł kolejny dreszcz przyjemności. Miewał je ostatnio tak często. Wyzwalały euforię, sprawiały, że chciało się żyć, chciało się jeszcze więcej, ciągle i na nowo. Oczywiście w znacznej mierze była to tylko autosugestia. Co z tego, skoro dawała realną siłę?

Czyż nie jest faktem, że umysł to najgroźniejsza broń człowieka?

Wystarczy go odpowiednio nastroić, a… potrafi czynić cuda.

Zawiązał buty, chwycił sportową torbę i wtedy ni stąd, ni zowąd poczuł pierwsze zawirowanie. Zrobił krok do przodu i znów to samo. Nogi się pod nim ugięły. Mięśnie nagle straciły moc. Próbował oprzeć się dłonią o ścianę, ale ona cofnęła się gwałtownie, a może nigdy nie było jej w tym miejscu…

Osunął się na ziemię, choć wydawało mu się, że wciąż stoi. Jego wzrok pozostał na górze, w stop-klatce, niczym jakiś komputerowy bug, i śledził teraz wijące się w konwulsjach ciało. Upłynęło kilka sekund, zanim zamarło w bezruchu.

I wtedy wszystko zgasło.

Do pomieszczenia wślizgnęła się niepozorna postać, wyjęła z kieszeni trupa kluczyki, otworzyła szafkę i podmieniła w niej kilka przedmiotów. Na koniec zamknęła drzwiczki, ostrożnie włożyła kluczyki tam, skąd je wzięła, i wyszła tak cicho, jak się pojawiła.

Zemsta! Słowo klucz. Warto wiele dla niej poświęcić. Napędza, motywuje. Jest celem, środkiem, wynikiem. Wszystkim. Pochłania bez reszty. Nie pozwala na odpoczynek. Nie daje za wygraną.

Nigdy.

Czasem myślała o wybaczeniu. Starała się postępować racjonalnie, nie kierować się impulsami i emocjami. Nie była przecież rozkapryszoną, zacietrzewioną idiotką, która pod wpływem chwili stawia wszystko na jedną kartę.

Nie.

Myślała. Planowała. Realizowała.

W tej kolejności. Nigdy inaczej.

Właśnie dlatego czasem rozbierała sprawę na czynniki pierwsze i rozważała, co bardziej się opłaca. Dwa zbiory. Plusy i minusy, za i przeciw, korzyści i straty, pasywa i aktywa. Suma przeciwności i wynik. Jedna strona może równać się drugiej, ale tylko w bilansie, bo w rzeczywistości zawsze trzeba coś tam podciągnąć. A w jej przypadku wynik… był ten sam.

Jeden zero, zero jeden.

W języku programistów układ doskonale przewidywalny.

Zbiór prostych zasad.

Włączyła komputer i weszła na stronę pewnego biznesmena, którego profil niedawno polubiła. Obiecywał zmienić ten kraj, raz na zawsze pogrzebać komunę, wyrzucić za nawias czerwonych, rozliczyć łapówkarzy, naprawić patologie, wygrać przyszłość. Wulgarnie i bez przenośni.

Wprost, bez żadnej taryfy ulgowej.

Był tak do niej podobny. Nazywał rzeczy po imieniu.

I gdy ktoś mu podpadał, natychmiast dostawał kontrę oraz obietnicę zemsty.

Tobą też się zajmiemy.

Ona działała dokładnie tak samo. Każdy wróg mógł liczyć na rewanż.

– Nie obchodzi mnie, czy stoją za tobą WSI. Ważne, że mamy wspólne interesy – powiedziała na głos.

Potem otworzyła komunikator i utworzyła nową wiadomość. Napisanie maila zajęło jej prawie godzinę. Sprawdziła pisownię, poprawiła dwa błędy ortograficzne, przebiegła całość niezbyt długiego tekstu i po krótkim wahaniu kliknęła Wyślij. Następnie otworzyła dokument tekstowy i sporządziła w nim notkę o poczynionych dziś działaniach. Notatnik zawierał wiele rekordów i nazwisk. Poza właśnie opisanym biznesmenem byli w nim posłowie, policjanci, dziennikarze, prawnicy.

Zmniejszyła poziom powiększenia tekstu, odsunęła się trochę od komputera i spojrzała z dumą na listę nazwisk.

Była doprawdy imponująca.

Tak, wszyscy mamy ten sam cel.

Mężczyzna uważał się za twardego gracza. Przez lata spędzone w biznesie przeżył wiele starć i prawdziwych wojen. Poznał oszustów, łapówkarzy, cynicznych doradców, dwulicowych agentów, zdeprawowanych prawników, bezwzględnych polityków i prawdziwie okrutnych bandytów, dla których życie ludzkie nie stanowiło żadnej wartości. Bywało, że miał ich po swojej stronie, to znów byli jego przeciwnikami. Nauczył się manipulować, kontrolować, zwodzić i zwalczać. Był doskonałym taktykiem, w razie potrzeby zmieniającym się w groźnego, nieustępliwego wojownika. Wiele razy podejmował decyzje, od których zależała przyszłość jego i wielu innych. Czasem decyzje najwyższej wagi.

Mimo to, patrząc teraz w oczy najbliższego współpracownika, poczuł się słaby i zmęczony. Może tych wojen było zbyt wiele. Może nie powinien wdawać się w kolejną. Może już czas na emeryturę.

– Kto za tym stoi?

Doradca – człowiek w jasnym garniturze, o dużej głowie, imponującej łysinie, w okularach z grubymi oprawkami i szkłami jak denka szklanek do whisky – wyglądający trochę na prawnika, trochę na inspektora z urzędu skarbowego, chrząknął i wskazał na leżącą między nimi na stoliku teczkę z dokumentami.

– Wiesz kto.

– Niemożliwe.

– Może jednak mu zapłaćmy…

– Nigdy.

Biznesmen westchnął głośno, potem dodał:

– Jeśli masz rację, oferta jest blefem.

– Też tak sądzę.

– Mimo to rekomendujesz podjęcie negocjacji.

– Poznaj przeciwnika…

– …zbierz siły.

– Właśnie.

– A może… – Biznesmen spojrzał znacząco na inny stos dokumentów, opatrzonych logo i barwami znanej firmy audytorskiej specjalizującej się w fuzjach i przejęciach.

– Nie, to nie oni.

– Nie o to mi chodzi.

Prawnik skrzywił się z niechęcią.

– Chcesz się poddać?

Biznesmen nie odpowiedział. Sięgnął po szklankę z wodą. Pił łapczywie, tak samo, jak wykonywał inne życiowe czynności. Tak samo, jak zachowywał się w biznesie. Nie miał czasu na gry i gierki. Atakował gwałtownie, wszystkimi siłami, często instynktownie. Wielu mu zarzucało, że przez to zbyt ryzykuje i ponosi niepotrzebne porażki. Emocje są złym doradcą. Ale ci ludzie mylili emocje z odwagą i umiejętnością podjęcia błyskawicznej decyzji. Ostatecznie to on jest na szczycie, a nie oni. To jego strategia najczęściej okazywała się właściwa.

A może po prostu ma szczęście.

– Przejdźmy do ostatniej sprawy. Przypomnij… jak się nazywa ten chłopak?

Mecenas odpowiedział, podając najpierw nazwisko, następnie powtarzając je wraz z imieniem.

– I rzeczywiście jest taki dobry?

– Tego nie wiem, ale w obecnej sytuacji jest… najlepszą opcją.

– Boję się, że może nam się wymknąć spod kontroli.

– Ja też, ale chyba nie mamy wyjścia.

Biznesmen nie wydawał się przekonany. Uniósł głowę najwyżej, jak mógł, poczuł opór kręgów i napięcie mięśni szyi. Wyglądało to tak, jakby wpatrywał się w sufit, poszukując rady czy znaku od Najwyższego. W rzeczywistości przymknął oczy i próbował zapomnieć o bólu, który coraz natarczywiej atakował skronie.

Działaj szybko, podejmuj odważne decyzje. Kieruj się intuicją.

Tylko że tym razem intuicja milczała. Nie podpowiadała mu zupełnie niczego. Jakby Opatrzność pozostawiła go samego. Już to było złym znakiem. Do tej pory w chwilach poważnego zagrożenia czy wielkiej okazji zawsze czuł obecność tej nienazwanej, tajemnej siły. Dziś jej tu nie było.

– Dobrze, spróbujmy.

Oddech i praca rąk – powtarzał sobie Kuba Zimny, odliczając kolejne okrążenie i starając się nie myśleć o bólu łydek i kolan. Czterdzieste. Przebiegnięte po zewnętrznej, na ostatnim torze bieżni, co oznaczało zwiększenie dystansu o jakieś półtora kilometra w stosunku do nominalnego wymiaru stadionu. Łącznie z pokonanym od parkingu dystansem – dwanaście kilometrów. Nieźle jak na takiego starego lumpa. Czas – nieco ponad godzinę – może niezbyt imponujący, ale liczyła się odległość i regularność. Dzięki nim wracał do normalnej wagi po tym, jak przez ostatnie kilka lat poważnie się zaniedbał.

Zbiegł z bieżni i potruchtał ostatni kilometr do samochodu. Zanim uruchomił silnik, pochłonął pospiesznie banana, baton owsiany i wypił pół litra własnoręcznie przygotowanego napoju z odrobiną soli morskiej, listkiem mięty i dużą ilością cytryny.

Zdrowe życie.

Udawał przed przyjaciółmi, że nim rzyga, ale prawdę mówiąc – coraz bardziej mu odpowiadało.

W domu wziął prysznic i sprawdził skrzynkę mailową. Dwadzieścia nowych wiadomości. Dziesięć od wariata próbującego go przekonać, że za wszystkimi ostatnimi aferami stoi pewien specyficzny, świetnie zorganizowany gang hakowy. Pozostałe dotyczące nowych spraw. Od dawna nie pracował w gazetach i nie pisał tekstów, a jednak wciąż było wielu, którzy uważali go za dziennikarza, próbowali zainteresować tematami. Większości pomagał; przekierowywał maile do innych reporterów. Dla wariata utworzył osobny folder. Jego wiadomości przenosił do tej wyodrębnionej teczki bez czytania.

– Może kiedyś – mruknął.

Otworzył butelkę jacka daniels’a i powąchał alkohol. Jeszcze parę godzin. Sam nie uważał się za alkoholika i w sumie nie interesowało go zdanie innych. Dopóki nie dymi, nie rzuca się na innych, nie robi pod siebie, nikomu nic do tego. Nie miał ciągu od rana, nie myślał bezustannie o piciu i potrafił sobie odmówić. Po prostu lubił pić.

A że pił codziennie…

W pewnej chwili postanowił coś zmienić. Oprócz biegania zaczął ćwiczyć na siłowni, zapisał się też do sekcji aikido, ale bardziej odpowiadał mu uprawiany po sąsiedzku boks i ostatecznie skończył na zajęciach prowadzonych przez dwudziestolatkę, która na razie legitymowała się rekordem sześciu wygranych walk, ale Zimny nie wątpił, że kiedyś zostanie mistrzynią świata. Bokserzy wbrew obawom dziennikarza byli przyjaźnie nastawieni, inteligentni i sympatyczni. Nie znosili tylko dwulicowych sukinsynów i tchórzy.

Kuba nie był ani jednym, ani drugim. A może tylko dobrze udawał.

Spojrzał na zegarek. Do kolacji z klientem miał jeszcze sporo czasu, jednak postanowił, że wyjdzie z domu wcześniej. Włożył świeżą koszulę, marynarkę i spojrzał na siebie krytycznie w lustrze. Podstarzały, trzydziestoparoletni amant ze zmęczoną twarzą, zbyt szarą, ziemistą cerą, krzywym nosem i wodnistym spojrzeniem. Po błyskawicznej terapii odchudzającej aż za suchy, zbyt kościsty. W wymiętej bluzce czy flanelowej koszuli wyglądałby okej, a tak miał prezencję aż nazbyt tęczową.

– Co to za gej-dżender?

Do tego zgolony zarost i te przydługie, nierówno przystrzyżone, posiwiałe miejscami włosy. Gdy gębę przykrywała gęsta czarna siatka, nadawały twarzy drapieżnego charakteru. Teraz wyglądały na celową stylizację i wraz z niebieską marynarką oraz jasnymi spodniami dopełniały obrazu lalusia. No, ale jak chcesz robić w piarze, to nie możesz ubierać się jak dziennikarz. Nawet jeśli jesteś tylko takim udawanym piarowcem.

Kiedy uda się chwycić jakiś porządny kontrakt, popracujemy nad zmianą wizerunku – obiecał sobie.

Dwie godziny później ściskał dłoń łysego mężczyzny w bardzo dziwnych okularach, tak dużych i grubych, że sprawiały wrażenie celowo wydumanych. Klient wyglądał trochę jak postać z kreskówki skrzyżowana z aktorem czarno-białych filmów Cassavetesa. Był niski, osobliwie gruby. Jak jajko lub beczka – pomyślał Kuba. Mała głowa bez szyi, odstające spore uszy, choć nie tak duże jak u byłego komunistycznego rzecznika. Grube szkła powiększały małe, czujne oczka do karykaturalnego rozmiaru.

– Mam dużą wadę wzroku – wyjaśnił mężczyzna.

Kuba zdał sobie sprawę, że zbyt długo się w niego wpatruje.

– Przepraszam – odparł zawstydzony. – Zawsze muszę coś zawalić na początku.

– Nic nie szkodzi. Wnikliwość to w dziennikarstwie ceniona cecha. – Klient mówił powoli, starannie, z bardzo dobrą dykcją.

– Nie jestem już dziennikarzem.

– Tak, wiem.

Mężczyzna uśmiechnął się. Nie wiedział, czy dziennikarz celowo tak prowadzi rozmowę, by szybko przejść do konkretów, ale skoro tak… Sięgnął po wizytówkę i wręczył ją Kubie, mimo że ten miał już wszystkie jego dane, przesłane w mailu trzy dni wcześniej.

Kuba zerknął na niewielki kartonik.

Jarosław Mastalerz doradca zarządu SAWICKI S.A. Spółka notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie

Kuba sięgnął do kieszeni i udawał, że poszukuje własnych wizytówek. Nie mógł ich znaleźć. Obiecywał sobie od miesięcy, że w końcu je zamówi, i zawsze zapominał, odkładał sprawę w czasie.

– Przepraszam, zapomniałem wizytownika.

– Nie szkodzi. Mam wszystkie pana dane. – Prawnik uśmiechnął się znacząco.

No tak, dał mi właśnie znać, że niepotrzebnie ściemniam.

– Zatem…

Kilka stolików dalej kelner postawił zamówione dania, po czym podszedł do nich, stanął w odległości dwóch kroków i zapytał, czy dokonali już wyboru.

– Zamówmy najpierw – zaproponował Mastalerz.

Kuba poprosił o sałatkę i wodę, mecenas o dobrze wysmażony stek i zachęcił swojego rozmówcę do wyboru wina lub czegoś mocniejszego.

– Nie piję – skłamał Zimny. Może to jakiś test.

Mastalerz poczekał, aż kelner odejdzie, poprawił się na oparciu i przeszedł do rzeczy.

– Jak pan wie, firma Sawicki, którą reprezentuję, jest jednym z największych prywatnych przedsiębiorstw notowanych na naszej giełdzie…

Kuba skinął głową i dodał:

– Biotechnologicznym gigantem obiecującym inwestorom rewolucyjne wynalazki, ale… niezapominającym też o odnogach dających zdrowe przychody.

Kiedyś powiedziałby inaczej: obiecującym gruszki na wierzbie, a zbijającym kasę na papierze toaletowym. Istotnie był pod wrażeniem wyceny firmy, nie miał jednak pewności, czy to nie jest jakiś nadmuchany balon. Już raz ledwie przetrwał starcie z domem maklerskim, który wyceniano na miliardy, a w środku nie było nawet jednej dziesiątej tej wartości. Nadmuchane balony zawsze kończą podobnie. Jeśli same nie wybuchają, ktoś je przebija.

Mastalerz chyba wyczuł fałszywą nutę w głosie Kuby, ale ciągnął grę.

– Odrobił pan lekcję. Staramy się zachować zdrowe proporcje pomiędzy badaniami i nauką a liniami produktów tradycyjnych, przynoszących gros przychodów.

– To prawda z tym zwalczaniem komórek rakowych? Ten lek rzeczywiście działa?

– Powiedzmy, że rokuje. Bardzo dobrze rokuje.

– Jednak na razie waszym głównym produktem są leki odtwórcze, jednorazówki i analizatory.

– Owszem. Jesteśmy postrzegani przede wszystkim jako dostawca generyków.

– I obietnic – dorzucił Kuba, zanim ugryzł się w język.

Szybki research przed spotkaniem dał mu w sumie sporą wiedzę na temat spółki i samego Sawickiego. Koncern robił inwestorom spore nadzieje i raczej nie zawodził. Przynajmniej w kwestii wyników finansowych. Nieco inaczej było z przekroczeniem pewnej bariery rozwoju, wybiciem się ponad przeciętność. Oczekiwania pokładane w nowej metodzie walki z rakiem nie do końca się spełniły. Sawicki od trzech lat przesuwał też premierę jakiegoś rewolucyjnego, nowatorskiego preparatu, który miał znacząco wpłynąć na cenę akcji. W przeciekach puszczanych do mediów było jedynie pełno ogólników. Praktycznie zero konkretów.

– Mówi pan o vialiksie? – uzupełnił Mastalerz. – Nigdy tak naprawdę nie podaliśmy terminu uruchomienia jego produkcji.

– Inwestorzy wymuszają spekulacje.

– Dobrze pan to określił. To są spekulacje, których zarząd nigdy oficjalnie nie potwierdził. Przyznaliśmy jedynie, że rzeczywiście pracujemy nad takim rozwiązaniem, i podaliśmy orientacyjne terminy. Możliwe terminy wprowadzenia vialixu na rynek. W przypadku zaawansowanych preparatów tak naprawdę nie da się przewidzieć czasu, jaki jest potrzebny na testy, opracowania naukowe, certyfikacje i zatwierdzenia różnych komisji lekarskich, ministerialnych i innych.

– Czym jest ten vialix? To lek?

– Preparat – poprawił Mastalerz i wyrecytował formułkę jak z folderu reklamowego: – Rewolucyjny wynalazek, który może wpłynąć na jakość życia każdego z nas.

No tak, ogólniki.

– Polska viagra?

Mastalerz uśmiechnął się znacząco.

– Coś znacznie bardziej… nowatorskiego i potrzebnego.

– No tak – mruknął Kuba, co zabrzmiało: obiecanki cacanki.

– Proszę zrozumieć. W tej branży wyścig technologiczny i patentowy jest tak bezwzględny, że czasem wszystko musi pozostać w najgłębszej tajemnicy.

– Jak z gonieniem króliczka…

– Proszę?

– Nie, nic. – Kuba machnął ręką i ugryzł się w język. Hamuj się!

– Chce pan powiedzieć, że niektóre obietnice działają najlepiej, gdy się nie potwierdzają? Bo często potem i tak ludzie są rozczarowani. Spodziewali się rewelacji, a dostają… coś zupełnie zwyczajnego.

Kuba skończył jeść, odłożył widelec, wytarł usta i spojrzał w powiększone przez okulary oczy prawnika.

– Cóż… czego zatem pan ode mnie oczekuje?

Mecenas także odłożył sztućce. Poprawił nóż, by leżał niemal idealnie równolegle do widelca, wytarł usta grubą beżową serwetą i popatrzył rozmówcy w oczy. Co najmniej kilka sekund za długo. Zimny jednak wytrzymał jego spojrzenie. Ciekawił go ten człowiek. Nie mniej niż ten, który stał za nim. Sporo słyszał o Sawickim. Dużo dobrego. I dużo złego.

– Planujemy spektakularną kampanię promocyjną spółki i chcieliśmy pana w nią włączyć.

Kubie spodobało się to zdanie. Proste, czytelne, jasne. Bez żadnej ściemy. Pozornie. Na nią pewnie nadejdzie czas.

– Chodzi o vialix?

– Nie do końca. Chodzi o markę Sawicki.

– Ma się dobrze. W ciągu ostatnich miesięcy nie widziałem żadnych negatywnych artykułów.

– Nigdy tak naprawdę ich nie było. No, może poza tym…

– …vialixem?

– Przesunięciami terminów wprowadzenia preparatu – uściślił prawnik. – Ale i one były dość łagodne z powodów, o których wspomniałem. To nie my pompowaliśmy balon.

– Ale tak to odbierano. Tak czy inaczej marka ma się dobrze.

– Zawsze może być lepiej.

Mecenas był wyraźnie ostrożny i oszczędnie dzielił się informacjami. Kuba w sumie się nie dziwił. Na pierwszym spotkaniu nie należało oczekiwać odkrycia kart. Poza tym zanim zwrócił się do Zimnego, z pewnością sam o niego popytał, a Kuba był pewien, że ma równie wielu wrogów co przyjaciół. Wiedział, że opowiadają o nim różne bzdury. W tej sytuacji trudno było oczekiwać jakiejś wyjątkowej otwartości. Jeśli jednak miał się podjąć jakiegoś zadania, to musiał przecież wiedzieć, czego ono ma dotyczyć. W tej śliskiej dziedzinie, w której się ostatnio poruszał, niedopowiedzenia bywają akceptowalne, ale pod warunkiem, że jednocześnie są dość przejrzyste dla obu stron.

– Planujemy kampanię wizerunkową na niespotykaną w Polsce skalę – rzekł Mastalerz. – Będzie to największy projekt medialny w tym dwudziestopięcioleciu.

– Raczej specjalizuję się teraz w gaszeniu pożarów niż w ich rozprzestrzenianiu – odparł ostrożnie Zimny.

– Niebezpiecznie gasić ogień paliwem, czasem jednak to najlepsza metoda.

Kuba milczał. Mastalerz przejechał językiem po przednich zębach. Nie był chyba pewien, w którym kierunku poprowadzić rozmowę. W końcu podjął:

– Nie upoważniono mnie do zdradzenia tych szczegółów, więc proszę o poufność – zaznaczył.

– Oczywiście. – Zimny powoli skinął głową.

– Oficjalnie kampania ma być przeprowadzona z okazji dwudziestolecia spółki. To uzasadnienie dla wielkości budżetu i zaangażowania aż tak dużych środków. Tak naprawdę jednak chodzi o coś innego. Być może pan słyszał, że Sawicki toczy cichą wojnę z niemieckim koncernem BiOtto Technologies. BiOtto to część korporacji Otto, która jest jednym z liderów rynku farmaceutycznego na świecie. Od prawie pięciu lat Otto próbuje przejąć Sawickiego. Właściciel najpierw dostał kilka bardzo korzystnych finansowo ofert, potem próbowano doprowadzić do wrogiego przejęcia.

– Tak, coś słyszałem…

Kuba przypomniał sobie nagłówki dzienników biznesowych sprzed dwóch–trzech lat. Spekulowały o negocjacjach przejęcia i potajemnym skupowaniu akcji przez Niemców. Ponieważ do transakcji nie doszło, uznał, że były to newsy dmuchane przez kogoś, komu zależało na wzroście kursu. Naturalnym podejrzanym był sam Marek Sawicki lub jakiś inny znaczący akcjonariusz.

– Pewnie myślał pan, że to manipulacje? Tak nie było. Prowadziliśmy cichą wojnę z Otto i nie ma co ukrywać, że obie strony stosowały w niej metody, delikatnie mówiąc, na granicy prawa. Wygraliśmy, Otto zrezygnował i skupił się na inwestycjach w Azji. Teraz sprawa wraca.

– Otto ponownie próbuje wrogiego przejęcia?

– Nie jesteśmy do końca pewni, czy to Otto, czy ktoś inny się pod nich podszywa, ale podjęto zarówno oficjalne, jak i nieoficjalne działania w tym kierunku. Jedna ze spółek doradczych dostała zlecenie na raport o nas i koordynuje działania związane ze skupowaniem akcji.

– I wy na to reagujecie kampanią promocyjną? Chodzi o zwiększenie wartości? Stymulowanie rynku, by ceną przyblokować skup?

– Zapisy w statucie bronią nas przed wrogim wykupem akcji. Bez zgody Sawickiego Niemcy, czy ktokolwiek jest kupującym, nic nie wskórają.

– Po co więc ta kampania?

– Są sposoby na wywarcie presji. Jak pan wie, często dość nieczyste, wręcz brutalne. Boimy się, że spróbują je zastosować, by nacisnąć nie tylko na mniejszościowych akcjonariuszy, ale też na polskie fundusze.

– Jeśli założyciel i główny akcjonariusz będzie miał wszystkich przeciwko sobie, może ulec?

– Właśnie. Dlatego chcemy pokazać, że nie jesteśmy graczem z niższej ligi, że potrafimy działać spektakularnie, że nie jesteśmy jakąś tam małą spółeczką do przejęcia, tylko koncernem światowej rangi.

– A tak jest?

– Sawicki to dziś szósta marka w biotechnologii na świecie. Co roku poprawialiśmy nasze pozycje w rankingach. Nawet bez spektakularnych nowych produktów utrzymamy miejsce w czołówce.

– A jeśli wyjdzie z vialixem, będzie jeszcze lepiej?

– Jeśli wyjdzie… możemy w ciągu roku osiągnąć nawet pozycję lidera w naszej specjalności i wejść do pierwszej dziesiątki firm farmaceutycznych w ogóle. Wyobraża pan sobie polską korporację w czołówce tak konkurencyjnej branży?

– Nie bardzo.

– A jednak to możliwe. Jeśli przejmie nas Otto czy… ktoś inny, to o tym marzeniu Marka możemy zapomnieć.

– Marzeniu Marka – powtórzył Zimny z zadumą, bez sarkazmu, a jednak zabrzmiało to jak ironia niedowiarka.

– Marek Sawicki ma właśnie takie marzenie. Stworzenie rozpoznawalnej na całym świecie polskiej korporacji, która będzie wyznaczać nowe trendy, ustalać standardy, a nie stanowić bazę taniej siły roboczej dla inżynierów z lepszego świata. Marzenie… które może stać się rzeczywistością.

Kuba aż tak nie zbadał tej spółki, żeby wiedzieć, w jakim stopniu te deklaracje są realne. Brzmiało to jak dobry marketing, przyprawiony sporą dozą piarowskiego patosu i pseudopatriotyzmu. Niemniej jednak działało. Poczuł, że serce bije mu szybciej. Też chciałby, żeby zachodni gracze traktowali polskie spółki jak partnerów, nie magazynierów i pośredników do wręczania łapówek.

– Piękny sen.

– Chcemy pokazać, że to nie sen. Przekonać fundusze i mniejszościowych, żeby grali z nami bez względu na presję i wartość ofert. Żeby nie pozwolili na pogrzebanie tych marzeń.

– I uważacie, że duża kampania na to wpłynie?

– Jeśli będzie wystarczająco sugestywna i spektakularna? Tak. Głównym projektantem kampanii promocyjnej będzie Bruno Giacomo. Mówi panu coś to nazwisko?

– Nie – przyznał Kuba, nie widząc powodu do wstydu.

– To absolutny top projektantów. Poziom światowy. Znany z odważnych pomysłów, szokowania klientów i kampanii opartych na skojarzeniach. Jego projekty nie mają nic wspólnego z reklamami proszków do prania czy tamponów. To prawdziwa sztuka. Prace Bruna co roku zdobywają nagrody na festiwalach reklamy, Amerykanie zrobili z nich nawet pełnometrażowy film, który wyświetlano z sukcesami w Cannes i w kinach studyjnych. Na Giacoma stać tylko najlepszych i najbogatszych, a on wybiera sobie klientów, którzy stoją w długich kolejkach.

– Odstaliście swoje?

– Nie musieliśmy. Gdy zobaczył naszą wizję i strategię, od razu się zgodził. To Marek go przekonał. Sawicki ma w sobie coś… wielkiego, imponująco wielkiego, sam pan zobaczy i zrozumie, o czym mówię. Bruno się z nim zaprzyjaźnił i tak naprawdę pieniądze nie miały dla niego znaczenia. Niemniej jednak ma… otwarty budżet. Szacujemy, że cała kampania na świecie będzie kosztowała około trzydziestu–czterdziestu milionów dolarów i będzie jedną z najdroższych wśród dotąd przeprowadzonych. W skali świata, nie Polski.

Kuba omal nie zachłysnął się śliną. Nie bardzo znał się na wielkościach budżetów reklamowych, ale ten poziom wydawał się znaczący.

– Tak naprawdę na cały marketing z tym związany wydamy znacznie więcej, ale marka zyska na wartości, będzie rozpoznawalna, inwestycja zwróci się błyskawicznie, jak wszystko… czego dotknie Marek.

Prawdziwy Midas – pomyślał Zimny, jednak nie odważył się na kolejną uszczypliwość. W sumie to ten Marek już mu się podobał. Może w końcu trafi na porządnego biznesmena z czołówki rankingu. Dotąd raczej nie miał szczęścia.

– Przy takim projekcie – podsumował Mastalerz – nie stać nas na żadne oszczędności i kompromisy. Krótko mówiąc, potrzebujemy najlepszych w swoich dziedzinach.

– I ja jestem jednym z tych… najlepszych?

Prawnik skinął tylko głową.

– Co dokładnie mam robić?

Jarosław Mastalerz uniósł szklankę z wodą. Przepłukał usta, przełknął i mlasnął z uznaniem.

– To, co ostatnio pan zwykle robił. Napisać książkę.

No i znów się wpieprzyłem – pomyślał Zimny. Miał tyle fajnych planów i pomysłów, a zgodził się wejść w kolejny dziwaczny projekt. Bo mimo spektakularnej wizji roztoczonej przez Mastalerza, nie bardzo w to wszystko wierzył.

Więc tak naprawdę zgodził się… dla kasy. Dla niej się zdecydował, choć udawał przed samym sobą, że jest inaczej, że to te wzniosłe hasła przeważyły.

Kłamstwa. One też nie były bez znaczenia.

Książka historyczna? Biografia właściciela i jego firmy? Akurat. Już widzę tę bezpłciową historyjkę o sukcesach Sawicki S.A., którą w swoim nowatorskim, dalekim od sztampy projekcie wykorzysta słynny Bruno Jakiśtam.

Przekupna z ciebie dziwka i tyle. Cholerny łapówkarz.

Ale przecież to nie była łapówka, tylko zwyczajna oferta biznesowa. Nie jesteś już dziennikarzem, nie musisz myśleć o etyce, moralności, prawie, podatkach. Jedna z największych polskich firm, być może przyszły światowy potentat, chce ci zapłacić za książkę. Firma z wizją i spektakularnymi planami. Firma, o której z pewnością warto napisać. Firma, dla której po prostu warto pracować, którą należy wspierać, za którą z czystym sumieniem można trzymać kciuki.

Patriotyzm gospodarczy, tak to się nazywa, nie?

Dlaczego więc miałbym się wahać?

Bo są nieszczerzy? Najprostsza odpowiedź i na pewno prawdziwa. Kuba był przekonany, że Sawicki ma zupełnie inny cel niż ten, o którym opowiadał jego najemnik. Owszem, historia z Otto mogła być prawdziwa. Haczyk z tą superkampanią i wizjonerskimi planami również. Ale rola Zimnego na pewno miała różnić się od tej, którą mu zaproponowano.

Nie chcieli od niego żadnej książki, a przynajmniej nie takiej, o jakiej mówili.

Więc o co chodzi?

Przecież nie o wyszukiwanie brudów, w czym był dobry, bo w takich akcjach brudy należy zostawiać ukryte jak najgłębiej w szafach.

A może w tym tkwi odpowiedź? Może Sawicki wie, że ma wiele do ukrycia i chce się przekonać, co Zimny może znaleźć, co należałoby schować lepiej, głębiej, zakopać na zawsze?

A jeśli tak, to jak on sam się zachowa, gdy to znajdzie?

Cóż, odpowiedzi na te wszystkie pytania mógł znaleźć tylko w jeden sposób: podejmując wyzwanie.

Mimo zawrotnej kwoty honorarium zaproponowanej przez prawnika nie odpowiedział od razu. Poprosił o czas do namysłu, a gdy już się żegnali i mocno ściskał dłoń mecenasa, podjął ostatnią próbę wybadania klienta.

– Byłoby mi łatwiej, gdyby pan powiedział, o co tak naprawdę chodzi.

Mastalerz długo milczał. W oczach miał jakąś taką obojętność. Jakby w sumie nie zależało mu na Kubie. Może Marek Sawicki chciał go zatrudnić, a prawnik był przeciw? Przekazał ofertę zgodnie z instrukcjami, w sumie postarał się całkiem nieźle, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, ale teraz ucieszy się, jeśli Kuba jej nie przyjmie…

– Już powiedziałem. O książkę. Proszę dać znać, jeśli pan się zdecyduje.

Wrócił do domu grubo po północy. Dwa wypite w knajpie na moście Poniatowskiego piwa sprawiły, że szumiało mu w uszach. Dziwne, czyżby miał coraz słabszą głowę? A może doprawili te piwa jakimś mocarzem? Bez sensu, bo przecież knajpom powinno zależeć, żeby pił więcej, a nie mniej. Tyle że odpowiedź wcale nie musi być prosta. Nie wszystko jest zgodne z logiką, czasem jest dziełem zwyczajnego przypadku, innym razem zbiegu okoliczności czy złośliwości rzeczy martwych. Dzieje się ot tak, bez celu czy zamierzenia.

W domu na Czeskiej poczuł się strasznie samotny. Od kiedy zginął Stefan, właściciel domu i jednocześnie jego współlokator zajmujący piętro i poddasze budynku, Kuba mieszkał sam w zdecydowanie za dużym na jego potrzeby lokalu. Co prawda nie wciskał nosa na piętro, ale cały czas miał poczucie, że robi coś złego. Nie płacił przecież za całą górę. Wynajem kosztował go śmiesznie mało. Ale rodzina Stefana nie mogła się dogadać co do spadku i jego kuzynka była bardzo szczęśliwa, że Kuba chce tu zostać.

„Nie każdy ma ochotę mieszkać w domu, w którym doszło do zabójstwa”.

Dziewczyna popatrzyła w tamtej chwili na niego jak na zboczeńca i Kuba tak właśnie się poczuł. Próbowano go zabić w tym pokoju dwa razy, a on mimo wszystko chciał tu zostać.

Coś ze mną jest nie tak, zdecydowanie potrzebuję psychologa. Zwłaszcza że nawet nie cierpię na bezsenność. Przeciwnie, sypiam bardzo dobrze.

Ale tego dnia nie chciało mu się jeszcze spać. Wszedł na portal porno i obejrzał dwa krótkie filmy nakręcone ukrytą kamerą. Poczuł podniecenie, które jednak szybko opadło. Nie miał nawet ochoty się brandzlować. Co za podły wieczór!

Już miał wyłączyć komputer, gdy spojrzał na folder z wiadomościami od tajemniczego informatora donoszącego o grupie hakowej.

Był pewien, że wysyłający je chłopak jest szurnięty, i nigdy tak naprawdę nie dał mu szansy. A przecież każdy zasługuje na szansę.

– Byle nie na trzeźwo.

Sięgnął po butelkę jacka daniels’a i tym razem nie tylko ją powąchał. Uwielbiał ten trunek, wolał go od wszystkich tych piekielnie drogich single maltów.

– Po prostu ze mnie jest prawdziwie robotnicza dusza.

A z ciebie?

Folder otworzył się ze sporym opóźnieniem. Małe ikonki oznaczające wiadomości zapełniły ekran. Poniżej, na pasku informacyjnym, podana była liczba: 358. Już tyle?

Chłopak pisał je z kilkudziesięciu adresów mailowych. Czasem podawał nazwisko i imię, innym razem tylko pseudonim. Upierał się, że znajduje się pod nadzorem służb, a wszystko, co się dzieje, jest kontrolowane przez tajemnicze bractwo herbowe. Potem przechodził do konkretów.

Większość maili skupiała się na głównej historii, całkiem spójnej jak na szaleńca. Różniły się w szczegółach, ale generalnie wszystko sprowadzało się do opowieści, w której jeden z profesorów uniwersytetu sprowadził do Polski tajemniczy zakon, trochę podobny do masonów czy innych stowarzyszeń, i ów zakon stworzył wpływową grupę, gang złożony z polityków, agentów, prawników, dziennikarzy i wojskowych.

Oni mieli rządzić krajem, wspierać swoich, niszczyć przeciwników, finansować i organizować prowokacje, afery, wojny medialne. Inwigilować, wykorzystywać służby specjalne, szantażować i zwodzić.

Całkowity odlot.

Przeczytał lub przejrzał około stu maili i sobie darował.

– Sorry, przyjacielu, ale mogę jedynie stwierdzić, że zwariowałeś. A na pewno nie chcesz usłyszeć takiej diagnozy.

Wyłączył komputer, położył się na łóżku i dłuższą chwilę wpatrywał się w ciemność. Noc była spokojna, piękna i jasna. Morze gwiazd zaglądało do sypialni przez duże okna tarasowego balkonu.

Miliony szpiegów. Odległych, z różnymi intencjami, zadaniami, celami. Są tam, tak po prostu.

2

Wrogowie nazywali go Mięśniak, przyjaciele mówili Foka. Mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt, ważył sto dwadzieścia, w porywach do stu trzydziestu kilo. Prawie pięćdziesiątka w bicepsie, twarda szczęka, żelazo w obu pięściach. W młodości uprawiał boks, po kontuzji już tylko kulturystykę, dżudo i trochę zapasów. Dwadzieścia lat temu został ochroniarzem jednego z najwspanialszych ludzi na świecie. Udawał kierowcę, w rzeczywistości miał dbać o bezpieczeństwo szefa. Poza doświadczeniem w bójkach, siłą i kondycją nie miał specjalnych kompetencji w ochronie, jednak pracodawcy to nie przeszkadzało.

– Ważne, że mogę ci ufać – mówił.

I miał rację. Bo Foka po roku pracy dla biznesmena był gotów oddać za niego życie. Bezapelacyjnie, bez wahania.

Przez tyle lat pracy interweniował tylko dwa razy. Raz, gdy przyplątał się jakiś pijaczek i chciał na piwo. Drugi, gdy po gwałtownym spadku kursu rzucił się na pracodawcę zdesperowany inwestor. W obu przypadkach biznesmen nie pozwolił na oklepanie winnych, na co ochroniarz miał osobiście wielką ochotę. Pozwolił Foce jedynie uspokoić desperatów, a potem przeprowadził z nimi krótkie rozmowy. I obu, zamiast podać na policję, obłaskawił. Pijaczkowi nie dał na piwo, ale zatrudnił go w jednej ze spółek, dał szansę na nowe życie, a inwestorowi sfinansował odbicie od dna.

Złoto nie człowiek.

Dziś ci dwaj stali twardo na nogach i też byli gotowi oddać za biznesmena życie.

Jak Foka.

Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło.

Najpierw przyszedł jakiś doradca i stwierdził, że jeden ochroniarz to za mało, że Foka sobie nie poradzi, jeśli ktoś będzie chciał szefa porwać lub zabić, że tu trzeba całego zespołu, który będzie znał się na inwigilacji, planowaniu, wyborze bezpiecznych dróg, a nie tylko na ochronie fizycznej.

Siła mięśni na nic się zda w konfrontacji z mocą najnowocześniejszej techniki szpiegowskiej i zbrojeniowej.

Potrzeba ludzi z doświadczeniem, byłych agentów, antyterrorystów, siepaczy ze służb. Takich, którzy znają temat, mają kontakty na świecie, należą do tej słynnej międzynarodówki służb.

Którzy będą potrafili poruszać się nie tylko po polskich bezdrożach.

Foka mógł zostać, ale z dnia na dzień coraz dalej odsuwano go od szefa, aż pewnego dnia okazało się, że jakaś kasa zniknęła i odnalazła się na koncie Foki. Owszem, była tam, a Foka z niej korzystał, no bo po co miał zgłaszać, skoro sama przyszła. On jej nie ukradł.

I to chciał powiedzieć szefowi, ale nie dopuszczono go do niego. Nie pozwolono wyjaśnić.

Foka więc wyleciał.

Dostał odprawę i plaskacza na do widzenia, żeby nie dymił. Prowokowali go w pięciu, śmiali mu się w oczy, a Foka mógł tylko zacisnąć pięści, bo wobec takiej przewagi nie miał szans.

Jak będziesz dymić, to ci inaczej wytłumaczymy.

Odpuścił.

Nie to, żeby się bał.

Foka nigdy się nie bał, ale zadzieranie z całą bandą byłych psów to byłaby głupota. Poza tym nawet w tej sytuacji nie chciał grać przeciw szefowi, a bójka bez względu na wynik mogła zaszkodzić jego reputacji. Mogła kiedyś zostać wykorzystana w niecnych celach.

Więc Foka poszedł swoją drogą.

Rzucił ukochaną Gdynię, przeniósł się do brata do Szczecina i założył prywatną siłownię na Pomorzanach. Próbował nie myśleć o starych czasach, o firmie, prezesie i przeklętych prowokatorach, przez których stało się, co się stało.

Mimo to cały czas był gotów oddać życie za prezesa, kiedy więc kilka dni temu dostał informację, że ktoś planuje jakiś zamach czy inne akcje przeciwko byłemu pracodawcy – na dodatek z wykorzystaniem jego osoby – Foka rzucił wszystko i pojechał na wyznaczone przez informatora miejsce spotkania.

Był przygotowany na każdy scenariusz, choć nie podejrzewał pułapki. Bo po co ktoś miałby się na niego zasadzać? Po co miałby przeprowadzać na nim jakąś intrygę, prowokację czy inne gówno? Przecież Foka nic nie znaczył.

Nie dymił, nie próbował się mścić.

Mało tego, całe to doświadczenie sprawiło, że w ogóle spokorniał.

Zapisał się do świadków Jehowy i chodził po domach rozmawiać o Bogu.

Nikogo nie bił, za to kilka razy z pokorą ustępował.

Tak więc nie miał powodów do obaw, nawet gdyby był mądrzejszy, niż był.

Miejsce spotkania też nie budziło jego podejrzeń, bo przecież tajemniczy informator miał prawo wybrać takie odosobnione miejsce nad jeziorem, żeby nikt ich nie widział, żeby nie mogli go namierzyć ci źli ludzie, przeciwko którym chciał teraz wystąpić, a którzy spiskowali na życie i mienie szefa.

Czekał na tego gościa ponad godzinę i nic się nie działo, więc pomyślał, że ktoś zrobił go w konia, zwyczajnie z niego zakpił. Może któryś z kumpli. Może jakieś dzieciaki czy zdenerwowani jego nowym życiem religijnym sąsiedzi.

Wiadomo, Foka nie był zbyt bystry.

No, ale kto chciałby robić sobie tyle zachodu? Wysyłać mu mapkę z Googli, dane do nawigacji, zdjęcia, żeby się nie pomylił. Dokładnie mu powiedziano, gdzie ma przyjść. Poprowadzono go za rączkę, niemal wytyczono ścieżkę białymi strzałkami. Jak kiedyś w podchodach. Foka był dobry w podchodach. Zawsze miał za partnera kogoś bystrzejszego, bo tacy lubili chodzić z dużym Foką, którego wszyscy się bali i którego nie napadłby żaden wilkołak czy zbok.

Zerknął na zegarek i postanowił, że czeka jeszcze tylko pięć minut.

Gość nadszedł w czwartej.

Był mały, niski, dziwny. Ubrany na czarno, z twarzą ukrytą w cieniu czapki.

Foka ucieszył się, pomachał do niego ręką.

Bąknął nawet coś pod nosem.

Coś jak:

– Fajnie… fajnie, że jesteś.

Fajnie, bo dzięki tobie będę mógł pokazać szefowi, że wciąż jestem coś wart, że moje zwolnienie było pomyłką, błędem.

Będzie mógł wytłumaczyć te wszystkie nieporozumienia, wyjaśnić, że to nie on buchnął kasę i że nie ma z tamtą dawną aferą nic wspólnego.

Przybysz podchodził powoli, patrząc uważnie na Fokę, który coraz bardziej się rozluźniał, bo przecież ktoś o tak niepozornych gabarytach nie mógł być dla niego groźny.

Kiedy gość podszedł na jakieś trzy metry, uniósł dłoń i wtedy Foka zobaczył, że tamten trzyma coś w ręce. Coś przypominającego pistolet zabawkę, dziwnie powyginany, jak broń ze Star Treka albo Kosmos 1999. Foka w dzieciństwie uwielbiał te seriale.

Wciąż się nie bał.

Uśmiechnął się nawet, miał ochotę unieść ręce i powiedzieć: „Spokojnie, ja tylko wyglądam tak groźnie, ale nic ci nie zrobię. Nie ma potrzeby się obawiać”.

Nie zdążył pomyśleć nic więcej. Usłyszał jakiś syk, a potem dwie żyłki wyskoczyły z pistoleciku, przecięły bawełnianą koszulę, wbiły się haczykami w ciało i Foka odpłynął.

Padł jak rażony piorunem, nic nie rozumiejąc.

Kiedy napastnik do niego podchodził, Foka chciał go zapytać, po co to wszystko zrobił, ale nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Był całkowicie sparaliżowany, niezdolny do ruchu.

A potem mały pokazał Foce, że wielkość nie ma znaczenia. Przynajmniej jeśli chodzi o skłonności psychopatyczne.

Umowa zakładała, że Kuba zwiedzi najpierw zakłady Sawickiego w Wicku, potem przejrzy dokumentację w siedzibie firmy i na koniec przeprowadzi serię wywiadów z kluczowymi menadżerami oraz założycielem i głównym akcjonariuszem firmy. Na konto Zimnego wpłynęła zaliczka stanowiąca dwadzieścia procent honorarium. Po miesiącu miała zostać wpłacona kolejna dwudziestoprocentowa transza, a potem w dwóch ratach pozostała kwota. Gdyby na którymś etapie zrezygnował, nie byłby zobowiązany do zwrotu już zainkasowanych pieniędzy.

W kontrakcie oczywiście zawarto wiele klauzul dotyczących zdrady czy nielojalności i pozwalających na sporą dowolność w interpretacji ewentualnych sporów, ale Zimny nie widział w nich zagrożenia. Ot, zwyczajne akcje prawników. Oni zawsze próbują zepsuć coś, co jest do zepsucia, a potem strasznie się cieszą, jeśli ich obawy okazują się uzasadnione. Tak już jest.

Kuba wyjeżdżał z Warszawy pełen obaw, ale bez żalu. Miał już dość dusznego miasta. Potrzebował oddechu, wolności, przestrzeni. Żeby uniknąć korków, wyruszył po południu, autostradą dojechał do Trójmiasta, przed Gdańskiem odbił na Kościerzynę i dwie godziny później meldował się na miejscu.

Wicko było niewielkim kaszubskim miasteczkiem z jedną długą ulicą, przy której mieściło się kilkanaście kamienic, szkoła podstawowa z przedszkolem, klub sportowy, dwa kluby-kawiarnie, restauracja, kościół, posterunek policji oraz mała przychodnia zdrowia i dom pomocy społecznej.

Dawniej miasteczko nazywało się Wëcko, ale z czasem nazwę zmieniono najpierw na Wuëcko, a potem nadano jej polskie brzmienie – Wicko.

Nad ranem całe Wicko pachniało jagodziankami i świeżym pieczywem z piekarni mieszczącej się w ostatnim budynku przy głównej ulicy. Po południu w centrum panował już zapach frytek, kiełbasy, piwa i kurczaka z rożna. Wieczorem przestrzeń wypełniała dudniąca muzyka i krzyki młodzieży z usytuowanej nieco na uboczu, w wąwozie, dyskoteki.

Latem miasto i okolice żyły w dwójnasób, jak każdy ośrodek turystyczny. Jesienią i zimą usypiały.

Zakłady Sawickiego tchnęły w nie drugie życie, dzięki czemu knajp i hotelików nie zamykano poza sezonem.

Przez miasto przepływała rzeka łącząca dwa duże czyste jeziora. Trzecie, nieco mniejsze, było w lesie i korzystali z niego głównie mieszkańcy dwóch kolonii – osiedli domków jednorodzinnych, które należały do bogatszych mieszkańców, dawniej pracujących przeważnie w Trójmieście, dziś stanowiących trzon załogi fabryk Sawickiego. Przy samym jeziorze można było podziwiać kilka okazałych willi artystów, piosenkarzy i aktorów. Naprzeciwko mieścił się ośrodek wypoczynkowy nadleśnictwa, dawniej siedziba właścicieli – kolejno: Heidelbergów, Mirowów, wreszcie Sawickich. Za komuny dwór gościł najważniejszych sekretarzy i peerelowskich dygnitarzy. Do kościoła przyjeżdżał na niedzielne msze sam Wałęsa.

Zakłady Sawickiego wyrosły w specjalnej strefie ekonomicznej na polach oddalonych o pięć kilometrów od miasta. Zajmowały prawie trzydzieści hektarów i wyglądały jak zbiór supermarketów.

Zimnemu przychodziło na myśl jeszcze jedno, niezbyt dyplomatyczne porównanie: cały ten zespół budynków przypominał nowoczesny obóz koncentracyjny.

Wielkie, długie, białoszare hale ogrodzone wysoką siatką, z kilkoma niewielkimi budynkami biurowymi w centrum.

Mimo wszystko inwestycja wyglądała imponująco.

Zimny zatrzymał się na wzniesieniu jakieś trzysta metrów od bramy i wysiadł z samochodu. Z tego miejsca widział fragmenty dwóch jezior, część domów miasteczka, budynki i infrastrukturę ośrodków wypoczynkowych oraz jedną z kolonii. No i hale Sawickiego.

Zastanawiał się jeszcze przez chwilę, czy bardziej szpecą, czy zdobią tę piękną okolicę. Z pewnością dają pracę ludziom. Ile osób może być zatrudnionych w tych leżących wieżowcach? Pięć tysięcy, może nawet więcej? Jeśli tak, to pewnie wszystkie okoliczne wioski pozbyły się problemu bezrobocia.

W encyklopedii internetowej przeczytał, że Sawicki zatrudnia na całym świecie ponad dwadzieścia tysięcy pracowników, z tego w Polsce około dziesięciu tysięcy. Największe zakłady były w Wicku, Izraelu i Rumunii. Poza tym koncern kupił spółki produkcyjne w Chinach i USA. Ale siedziba pozostawała w Polsce, w maleńkiej kaszubskiej enklawie.

Imponujące – pomyślał Zimny. Jeśli rzeczywiście Sawickiemu uda się wprowadzić jakąś rewolucyjną viagrę, to może nieźle zawojować świat. Koncern z prowincjonalnego Wuëcka przegania Glaxo i Roche! Brzmi nieźle. Takich potęg jak Pfizer czy Novartis nie doścignie, ale niechby zajął miejsce gdzieś w sąsiedztwie Abbotta czy Tevy. Może Sawicki zacznie sponsorować Manchester United albo kupi sobie Chelsea?

Marzenie, piękny sen biznesmena.

Tylko czy aż?

Realny czy zupełnie odjechany?

Warto mieć takie marzenia, nawet jeśli poprzeczka jest zawieszona niezwykle wysoko.

Wrócił do samochodu i powoli podjechał do bramy. Nie było na niej żadnego szyldu ani znaku z dumnym napisem informacyjnym. Zwykła brama, jak w więzieniu – pomyślał Kuba.

Mężczyzna w uniformie wyszedł mu na spotkanie. Był gruby i lekko wczorajszy. Gdy dziennikarz zapytał, czy na pewno dobrze trafił, ochroniarz podrapał się po głowie, zabawnie przekrzywiając służbową czapkę.

– Sawicki? – zdziwił się. – Sawicki… a, to musicie do wsi wrócić i skręcić na Gdunsk. We wsi podpytacie. Pò kaszëbskù gôdacie?

Zimny westchnął. GPS pokierował go do zakładów, a główne biura były pewnie gdzie indziej.

– Nie. Ale poradzę sobie.

Chciał już wrócić do samochodu, gdy ochroniarz roześmiał się, a potem chyba wystraszył.

– Na szpòrtach się nie znacie? Gdzie miałby być Sawicki, jak nie tu? Przeca pisze. – Pokazał w bok, na bramę, gdzie była jakaś mała plakietka. – Ale główna brama jest od drugiej strony, o tam. Wë jesce të pisôrz?

– Dziennikarz – poprawił Kuba, z trudem się domyślając, o co pyta Kaszub.

– A, gazétnik. Jeden czort. Pojedziecie prosto i w prawo, potem w pierwszą w lewo i do końca do budynków biurowych.

– Dzięki.

Ochroniarz wpisał coś do kajetu i pilotem podniósł szlaban.

Przed halami stały grupki pracowników. Większość miała na sobie białe kitle. Korzystając z przerwy w pracy, opowiadali kawały, pochłaniali kanapki z wędliną i wystającą z bułek zieloną sałatą, przepijali kefirem, a na koniec palili fajki. Zimny odetchnął, bo przez chwilę bał się, że nawet nie będzie mógł zapalić.

Wszędzie te cholerne zakazy.

Starał się rozglądać uważnie, ale nie bardzo mu to wychodziło. Był zbyt poruszony ogromem kompleksu. Spodziewał się takiej sobie małej ściemy. Jednego, dwóch budynków, które udają, że to już jest „korporacja”. Zastał coś, co robiło większe wrażenie niż wietnamskie fabryki Maciarza, które kiedyś zwiedził.

Gdy zaparkował przed budynkiem biurowym od razu ją zobaczył. I wiedział, że czeka na niego.

Kobieta.

Wyjątkowa kobieta.

Oliwkowa skóra, proste włosy w biało-czarno-rudych pasemkach, duże oczy w kolorze ciemnego miodu, nieco pucołowate policzki i usta jak u wietnamskiej lalki. Słowem, oryginalna i piękna. No i mała. Bardzo mała. Metr pięćdziesiąt na dziesięciocentymetrowych obcasach. Metr pięćdziesiąt seksownej pikanterii.

Podeszła do niego i wyciągnęła rękę na powitanie.

– Magda Buchner.

– Kuba Zimny.

Gdy go oprowadzała po terenie, cały czas się zastanawiał, czy specjalnie dali mu taką fajną laskę za przewodniczkę. Czy oprócz pokazania mu fabryki miała też inne zadanie? Usilnie starał się nie dać po sobie poznać, jakie wywarła na nim wrażenie. Na nic. I dobrze, a co!

– Podróż chyba była ciężka – zagaiła w pewnej chwili. – Taki pan napięty…

Nie skomentował, choć cisnęło mu się na usta coś brzydkiego.

Potem szedł za nią i słuchał. O poziomach dostępu, liniach produktowych, działach certyfikacji i audytu, laboratoriach testowych i badawczych, procedurach, procedurach i procedurach.

– Być może pan już o tym słyszał, a Marek pewnie będzie do znudzenia panu powtarzał, że Polsce najbardziej brakuje właśnie tego: procedur. A może bardziej świadomości, że trzeba ich bezwzględnie przestrzegać. Tego, że jak coś jest ustalone i ma być tak a tak, to nie znaczy, że można sobie to obejść po swojemu. W Sawickim przykładamy do tego dużą wagę.

– Jak jest napisane, że ma być dodane sto mililitrów wody, to sto, a nie około stu? – wtrącił Zimny, choć nurtowały go zupełnie inne pytania. Ciekawe, czy specjalnie powiedziała o szefie „Marek”, żeby je sobie zadał. No i zadał.

– Masę czasu poświęciliśmy na to, by zespół to zrozumiał. Marek zresztą uwielbia… wiesz… wie pan… kontakt z ludźmi, bliski kontakt.

Uff, naprawdę była niezła w dwuznacznościach…

– Czasem, wizytując zakłady, potrafi cały dzień przesiedzieć z pracownikami – kontynuowała Magda, udając, że nie dostrzega na twarzy Zimnego efektu swoich słów. – Pozwala im się wygadać, wypytuje o problemy, potem opowiada o swoich marzeniach, a oni słuchają wpatrzeni w niego jak w obrazek. I zawsze kończy: ale żeby to się udało, trzeba powoli, krok po kroczku, robić to, co do nas należy. I tylko to, bez innowacji na poziomach, na których się ich nie wymaga.

– Nie lubi innowacji? Wydawało mi się, że jest zupełnie inaczej.

– Nie w kwestii konserwacji powierzchni płaskich. Sprzątaczka ma po prostu zmyć podłogę.

– Przy użyciu wiadra wody, robiąc dwa ruchy w przód i jeden w tył?

Uśmiechnęła się na ten sarkazm.

– Nie jesteśmy Amerykanami. – Otworzyła drzwi do jednej z hal i z rozrzewnieniem spojrzała na dziesiątki ludzi pochylonych nad stolikami. Wszyscy wykonywali dokładnie tę samą czynność, niemal w równym rytmie. Zsynchronizowani jak wioślarze na galerze. Czy jest tu jakiś podający rytm bębniarz? – Kiedyś Marek bywał w zakładach kilka razy w miesiącu…

– Myślałem, że siedziba jest w Wicku – przerwał Zimny, żeby nie zapomnieć o tym pytaniu.

– Tak, ale mamy też biuro w Warszawie. Inwestorzy naciskali nawet na przeniesienie centrali do WFC, gdzie jest dział analiz, lub do budynków na Woli, które mamy po przejęciu Holdingu Farmacja. Marek jednak twardo obstaje, że Sawicki jest firmą z Wicka, czy jak to on lubi mówić…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki