Niemoralna gra - Jolanta Kosowska - ebook + książka

Niemoralna gra ebook

Jolanta Kosowska

3,7

Opis

Konrad, nauczyciel etyki zawodowej na jednej z medycznych uczelni, dyżuruje za kolegę w studenckim telefonie zaufania. Jedna przerwana w pół słowa rozmowa zmienia nieoczekiwanie jego dotychczasowe życie. Odnalezienie rozmówczyni staje się jego jedynym celem, wypełnia dni, spędza sen z powiek, pochłania całą energię. Zaczyna się wyścig z czasem. Życie nabiera tempa. Dni pędzą jak oszalałe. Wydarzenie goni wydarzenie. Wszystko wymyka się spod kontroli. Nic już nie układa się w logiczną całość: Konrad niepostrzeżenie daje się wciągnąć w zastawioną na niego pułapkę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 478

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziękuję Marcie, bo bez niej nie byłoby tej książki

 

 

 

 

 

 

– Wychodzisz?

Wzrok Natalii przeszył mnie na wylot. Zatrzymał tuż przy drzwiach.

– Ostatnio ciągle gdzieś wychodzisz tuż po kolacji – zabrzmiało jak wyrzut.

Nie poczułem się winny. Położyłem już rękę na klamce i walczyłem z sobą, żeby jej jeszcze przez chwilę nie nacisnąć.

– Co dzisiaj? – świdrowała mnie wzrokiem. – Umówiłeś się w klubie z Rafałem?

– Nie umówiłem się z Rafałem. Rafał wyjechał do Wenecji…

– Masz trening siatkówki? – przerwała mi gwałtownie. – Idziesz popływać? Musisz się przygotować na jutrzejsze zajęcia ze studentami? – Rzucała pytanie za pytaniem, napędzała się z minuty na minutę coraz bardziej. Jej głos nagle się zmienił. Stał się dziwnie nieprzyjemny i szorstki. – Co dzisiaj znowu wymyślisz?

– Nic – burknąłem pod nosem. W głowie poczułem pustkę. – Zatęskniłem nagle za samotnością… – Raptem odechciało mi się kłamać. Jak to dzisiaj wykrzyczała do mnie na zajęciach ta studentka? „Najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa. To ponoć już nawet Kant wiedział. Tylko idioci nie mają odwagi być sobą”. Nazwała mnie publicznie idiotą, a ja gdzieś tam w środku podświadomie przyznałem jej rację.

– Co proszę? – Głos Natalii aż drżał z oburzenia. Ona chyba jednak wolała słyszeć ode mnie kłamstwa. – Coś ty powiedział?

– Wychodzę, bo chcę być sam – powtórzyłem dobitniej.

Tego się nie spodziewała. Zbliżyła się do mnie. Jakby niechcący odchyliła brzegi atłasowej podomki. Mignęła gdzieś, niby przypadkiem, skąpa czarna bielizna. Otoczył mnie zapach jej perfum. Drapieżny, kuszący, zmysłowy, w którym słodka nuta drzewa sandałowego współgrała z ciężkim zapachem piżma, a wszystko okraszone było subtelną wonią różowego pieprzu, wisterii, trawy cytrynowej i wanilii. Sam niedawno zamówiłem te perfumy specjalnie dla niej. Kiedyś ktoś mówił, że zapachy określają ludzi. Ten zapach idealnie pasował do przewrotnej natury Natalii. Poczułem się nagle jak odurzony. Zmysłowa jest ta Natalia. Ciemnokasztanowe włosy opadały jej teraz na ramiona, choć zwykle były ujarzmione gdzieś z tyłu czarną aksamitką i przywołane do porządku paroma wpiętymi z boku spinkami. Duże zielone oczy o tym rzadkim szmaragdowym kolorze, który wydaje się wprost nienaturalny, wbite były we mnie. Subtelnie zarysowane brwi uniosły się ze zdziwienia do góry, a nienaturalnie długie rzęsy wydawały się aż ciężkie od czarnego tuszu. Usta, jakby odrobinę za duże, podkreślone wyraźnym malinowym kolorem, wydęte w grymasie oburzenia, były wręcz stworzone do pocałunków. Całości dopełniały mocno opalone szczupłe ramiona, wąska talia, kusząco zaokrąglone biodra, długie, wysmukłe nogi, które nijak nie dawały się przysłonić kusym odzieniem… Aż dziwne, że całe to zmysłowe bogactwo można było okiełznać białą, pod szyję zapiętą bluzką, i długą, czarną, sięgającą do ziemi, wąską spódnicą w czasie wieczornych koncertów w filharmonii. Kiedy trzymała w ręku smyczek, kiedy długimi palcami naciskała struny, kiedy opierała twarz na podbródku pudła skrzypiec, wyglądała zupełnie inaczej. Wydawała się wtedy grzeczna, poukładana, uduchowiona… Brakowało jej tylko aureoli nad głową i skrzydeł u ramion, by można było ją wziąć za anioła, który zstąpił z nieba, żeby chwalić niebiosa koncertem Vivaldiego, Mozarta, Paganiniego lub Schumanna. Jeszcze w trakcie oficjalnych kolacji czarowała wszystkich skromnie spuszczonym wzrokiem, nieśmiało rzucanymi spojrzeniami, niewinnym uśmiechem, przelotnym rumieńcem na twarzy… A po powrocie do domu następowała swoista metamorfoza, jakby po przekroczeniu progu swego mieszkania ta wyśniona, wymarzona i niedostępna księżniczka w okamgnieniu przemieniała się w kuszącą kurtyzanę.

– Chcesz być sam? – spytała nęcąco.

Stała tuż obok. Przeciągnęła dłonią po mojej koszuli. Niby mimochodem zaczepiła palcem o guzik. Przylgnęła ustami do odsłoniętej skóry. Jej ciepły oddech musnął moje ciało.

– Nie musimy rozmawiać… – usłyszałem je szept. – Każdy czasami ma ochotę pomilczeć… Zmęczony? Nic nie szkodzi. Ja dzisiaj nie czuję się zmęczona. Dam radę za nas dwoje…

Jej ręce coraz śmielej ślizgały się po mojej skórze. Rozpinały się kolejne guziki. Ciepły oddech wędrował coraz odważniej po moim ciele.

– Wcale nie musimy dzisiaj rozmawiać – bardziej domyśliłem się, co mówi, niż zrozumiałem wypowiadane przez nią szeptem słowa.

Dałem się opętać jej pocałunkom, kuszącemu zapachowi perfum, wypitemu przy kolacji winu, zapachowi pośpiesznie zdmuchniętych świec, otulającej nas nagle ciemności. Przez krótką chwilę pomyślałem, że nie mam ani siły, ani ochoty jej się opierać. Oprzytomniałem, kiedy poczułem chłód atłasowej pościeli. Kurwa! Mam gówno, nie wolę! Nic dziwnego, że wszyscy studenci za moimi plecami śmieją się ze mnie. Zasrany Casanova, którego światem rządzą tylko hormony i penis. Nauczyciel etyki bez etyki, uczący czegoś, czego sam nie posiada i nie rozumie. Potrzebuję tego seksu jak jedzenia i picia, czy tylko to sobie wmówiłem? Są ludzie, którzy spotykają się z sobą, którzy z sobą rozmawiają, są tacy, którzy piją razem kawę, są też tacy, którzy z sobą śpią, bo jest im z tym dobrze. Może to jest godne potępienia i niewłaściwe, ale mimo wszystko lepsze od tego, co ja już kolejny raz robię w moim życiu. Za każdym razem wmawiam sobie, że spotkało mnie coś wielkiego, niepowtarzalnego, jedynego, buduję wbrew logice świat fikcji, czując się z tym z dnia na dzień coraz gorzej. W końcu rzucam wszystko i uciekam w popłochu, rozczarowany tą fikcją, obiektem swoich westchnień i coraz bardziej samym sobą. Rzucam się w wir nowych poszukiwań, by po paru miesiącach ponieść kolejną klęskę. To wszystko jest idiotyczne, rujnujące i za każdym razem coraz bardziej żałosne.

– Nie! – usiadłem gwałtownie na łóżku. Wyciągnąłem rękę w kierunku stojącej na szafce lampki nocnej. Potrąciłem szklankę. Zimna woda chlusnęła mi na bose stopy. To mnie jeszcze bardziej otrzeźwiło.

– Czemu nie? – szepnęła kusząco Natalia. – Chcesz inaczej?

Przylgnęła do moich pleców, musnęła językiem skórę pomiędzy łopatkami, przytuliła głowę. Jej ręce zaczęły wędrować po moim ciele. Poczułem przebiegający po skórze dreszcz.

– Zostaw! – Próbowałem się odsunąć. – Nie chcę…

– Jak to, nie chcesz? – nie mogła albo nie chciała zrozumieć. – Przecież czułam, że chciałeś…

W półmroku znalazłem spodnie i rzuconą gdzieś w pół drogi między drzwiami i łóżkiem koszulę. Zakląłem szpetnie, kiedy potknąłem się o niedbale postawione krzesło, przez którego brzeg przewieszona była ta jej kusząca atłasowa podomka. Wciągnąłem spodnie, w pośpiechu zapinałem guziki koszuli. Natalia zapaliła lampkę i przyglądała mi się uważnie z nieukrywanym zainteresowaniem.

– Czyżbyś uciekał pospiesznie? – Powiało ironią, a może tylko tak mi się wydawało. – Każdy ma czasami kłopoty… – rzuciła w moją stronę, spoglądając spod opadającej jej na czoło burzy włosów.

– Leków na potencję jeszcze nie potrzebuję – rzuciłem odruchowo i nagle poczułem się rozbawiony tą sytuacją.

Patrzyła, jak wkładam buty.

– Naprawdę wychodzisz? – spytała z niedowierzaniem. Siedziała na tym swoim metalowym łóżku, opierając się plecami o ścianę. Naciągnęła na siebie kołdrę. Odrzuciła do tyłu włosy. Zdziwiona i zaskoczona moim zachowaniem czekała na to, co jeszcze powiem.

– Wychodzę – stwierdziłem kategorycznie.

– Jutro mam koncert o dziewiętnastej. – Wyglądało na to, że zaakceptowała moją decyzję. – GramyBolero Ravela. Przyjdziesz? – rzuciła w moim kierunku.

– Nie przyjdę – powiedziałem pospiesznie, żeby nie dać sobie szansy na kłamstwo.

– Masz dyżur?

– Nie – nadal brnąłem w prawdę.

– A więc dlaczego? – zabrzmiało chłodno, wręcz lodowato. – Po koncercie poszlibyśmy z przyjaciółmi na kolację, później do ciebie, albo do mnie… Moglibyśmy skończyć to, co dzisiaj zaczęliśmy… Będzie cudownie. Zobaczysz… – kusiła.

A ja nagle pomyślałem, że nie tylko nie lubię Ravela, ale też nie znoszę tych jej nadętych i pyszałkowatych przyjaciół, a wizja kolejnej kolacji z nimi przyprawia mnie o mdłości. Nie cierpię sztucznych czarujących uśmiechów, cedzonych przez zęby uwag, które pod pozorami przyjaznych tonów ukrywają jad złośliwości.

– Nie, nie przyjdę – powtórzyłem być może odrobinę za głośno. Ostrym tonem głosu próbowałem zagłuszyć wyrzuty sumienia.

Odrzuciła do tyłu włosy. Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. Na końcu utkwiła wzrok w mojej twarzy i milczała. Wiedziałem, że oczekuje wyjaśnień. Nie miałem nic do powiedzenia, w każdym razie nie to, na co zapewne czekała.

– Dlaczego nie przyjdziesz? – spytała w końcu lodowato.

– Nie przyjdę, bo nie lubię Ravela… – wyartykułowałem dobitnie.

– Coś ty? – Wydęła wargi z oburzenia. Przymrużyła oczy, jakby chciała przyjrzeć mi się jeszcze uważniej. – W głowę coś ci się stało?

W tym momencie uświadomiłem sobie, że przez przypadek sprowokowałem dyskusję, której wcale nie chciałem.

– Zachowujesz się jak pruderyjni mieszczanie w Paryżu w tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym.

„Do pruderyjnych mieszczan to ja chyba nie należę” – pomyślałem.

– Wtedy to wygwizdano pierwsze koncertowe wykonanie Bolera – ciągnęła bezsensownie swoje wywody, niezrażona moim milczeniem. – Nie przesadzaj! Wielkie rzeczy bywają często proste. Prostota nie umniejsza ich wielkości – bredziła bez sensu. – W tej pozornej prostocie jest genialność… Zresztą nie wierzę, że ktoś taki jak ty, z takim wyczuciem muzycznym, tego nie rozumie… – Przyglądała mi się z oburzeniem, jakbym swoimi słowami skalał jakąś świętość.

– Wiem – przerwałem jej gwałtownie. Coraz mniej chciało mi się z nią o tym rozmawiać. – Należę do pilnych uczniów. Lekcję na jutro odrobiłem już wczoraj – mówiłem z sarkazmem. – Jeżeli się mylę, to mnie popraw: pomysł utworu oparty jest na rozwijaniu w formie prostych wariacji jednego osiemnastotaktowego tematu melodyczno-rytmicznego, granego przez różne instrumenty – recytowałem z pamięci wyuczone bzdury. – Towarzyszy mu jednostajny rytm podany na werblu na początku utworu. Dynamika narasta przez włączanie w tkankę dzieła kolejnych instrumentów, które po odegraniu tematu solo przechodzą do akompaniamentu. Utwór kończy obsada dwudziestu sześciu instrumentów…

– Coś ty… – próbowała mi przerwać.

– Nie zgadza się? – Byłem autentycznie zdziwiony. – Niemożliwe. Przeczytałem to wszystko w Internecie.

– Co przeczytałeś w Internecie? Jak to, przygotowałeś się na jutro? O czym ty, Konrad, mówisz? – Patrzyła na mnie z ogłupiałym wyrazem twarzy. Wydawała się niczego nie rozumieć.

– Nie cierpię Ravela, filharmonii, muzyki poważnej… – zacząłem wyliczać monotonnym głosem. – To wszystko przeczytałem wczoraj przed snem, żeby jutro nie wyjść na idiotę… Tych parę informacji wystarczy do dyskusji z twoimi przyjaciółmi. W końcu wszystko zawsze sprowadza się do krytyki, a krytykować przecież jest najłatwiej… Zawsze mogę powiedzieć, że obój nie miał dobrego dnia, fagot wszedł za późno, a saksofon był chyba po romantycznej nocy, bo brzmiał za miękko…

– Oszalałeś! Bredzisz! – Patrzyła na mnie pełnym pogardy wzrokiem, a ja nagle pomyślałem, że pewnie jestem jej winny jeszcze parę innych wyjaśnień. Usiadłem przy stole. Przestałem się już spieszyć. Spojrzała w moją stronę. Podniosła się z łóżka z ociąganiem. Patrzyłem, jak na nagość narzuciła niespiesznie podomkę, jak niby przypadkiem nie mogła jej zawiązać, jak kusiła jeszcze jędrnym biustem i okrągłymi biodrami. Usiadła naprzeciw. Wyciągnęła rękę w moją stronę. Dotknęła palcami moich palców… Cofnąłem dłoń. Znowu oddzielał nas stół, niesprzątnięte talerze po tej naszej dzisiejszej kolacji, kieliszki kuszące niedopitym winem, świecznik, na którym jeszcze nie zdążyły zastygnąć krople wosku…

– Oszukałem cię – zacząłem bez żadnego wstępu. – Tobie się tylko wydaje, że mnie pragniesz. Ty pragniesz zupełnie kogoś innego. Chciałaś zobaczyć we mnie odzwierciedlenie swoich marzeń, faceta z twojego snu. Zobaczyłaś, z tym że to odbicie nie jest prawdą. – Starałem się nie patrzyć w jej stronę, przemóc się i choć raz w życiu powiedzieć prawdę.

Jak to powiedziała dzisiaj ta dziewczyna, kiedy kazałem jej zostać po zajęciach? Myślałem, że mnie przeprosi, bo przecież tak byłoby najłatwiej, a ona stanęła tuż przede mną, ruchem głowy odrzuciła do tyłu włosy, spojrzała na mnie jakoś dziwnie i z niewiadomego mi powodu postanowiła mnie pogrążyć. „Pan nie jest zły. Pan tylko udaje. Pana życie to ciągła gra – mówiła pewnym głosem. – Jest pan tak zakłamany, że nawet przed samym sobą nie potrafi się pan do tego przyznać. Obserwowałam pana, kiedy czytał pan list na pogrzebie Marco[1]. Drżał panu głos, ręce się panu trzęsły. Wtedy panu współczułam. Byliście z Marco przyjaciółmi. Nigdy tej przyjaźni nie rozumiałam. Było dla mnie niepojęte, jak taki genialny facet może się przyjaźnić z takim zerem. I wtedy, na tym pogrzebie, wszystko stało się dla mnie jasne. Tam przez chwilę przestał się pan kontrolować, tam był pan sobą. Najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa. Pan nas uczy etyki, a sam tego nie rozumie. Dzisiaj próbował pan wyszydzać nasze uczucia. Za szyderstwem próbuje pan ukryć samego siebie. Tylko idioci boją się być sobą”. Nazwała mnie idiotą! Wpadłem w bezdech, przez moment poczułem się urażony, wyrzuciłem ją za drzwi, kazałem zmienić grupę, a powinienem był jej podziękować. To tak, jakby ktoś znienacka chlusnął na mnie wiadrem zimnej wody. Szkoda, że tak późno. Przydałoby się dużo wcześniej. Pomogło. Nagle oprzytomniałem. Kurde, ale nisko upadłem. Etyki mogę się uczyć od moich studentów.

– Nie rozumiem, o czym bredzisz. – Głos Natalii wyrwał mnie z zamyślenia.

– Zrozumiesz… Zaraz zrozumiesz. Muszę tylko powiedzieć coś więcej… Nie cierpię muzyki klasycznej – zacząłem robić swoisty rachunek sumienia. – Nigdy wcześniej nie chodziłem do filharmonii. Z trudem odróżniam obój od klarnetu. Walkiria kojarzy mi się nie z Pierścieniem Nibelunga, a ze ścieżką dźwiękową z czasu Apokalipsy. Nie cierpię opery… – powtórzyłem beznamiętnym głosem, a jej oczy stawały się coraz większe i coraz bardziej okrągłe. – Libretto do Rigoletta Verdiego opowiedział mi Rafał. Jakimś cudem je pamiętał. Muzyka Beethovena kojarzy mi się tylko z Dziewiątą symfonią, słyszaną już bardzo dawno temu w szkole na lekcjach muzyki. Płytę z Czterema porami roku Vivaldiego kupiłem w zeszłym tygodniu w sklepie muzycznym…

– Niemożliwe… – Patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

– Możliwe. – Postanowiłem mówić dalej, choć przez chwilę i mnie przeraziła ta niczym niezawoalowana prawda. – Nigdy nie interesowała mnie muzyka klasyczna. Zresztą dotyczy to nie tylko muzyki – brnąłem. – Na co dzień gustuję w dżinsach i w niekoniecznie wyprasowanych koszulach. Garnitur wkładam, kiedy muszę, głównie w związku z pracą na uczelni. Nie cierpię półsurowych befsztyków i jajek na miękko. Nie lubię koszul w kremowym kolorze, bo znałem kiedyś pewnego pedała, który nosił tylko takie, a nie lubiłem specjalnie faceta. Nie noszę krawatów, bo ograniczają mi oddech… – wymieniałem jednym tchem, nie patrząc nawet w jej stronę. Przysunęła się bliżej stołu, jakby dzieląca nas odległość zaburzała jej komunikację. – Wolę chodzić po górach z plecakiem, spać na karimacie w schronisku, niż spędzać czas w czterogwiazdkowym hotelu z basenem… – kontynuowałem.

– Niemożliwe. Bredzisz! – przerwała mi gwałtownie. – Co ty mi tutaj chrzanisz? – syczała. – Pracujesz w zakładzie etyki. Uczysz studentów. Nie możesz być aż tak zakłamany. – Wydęła z obrzydzeniem usta. Zatrzepotała rzęsami, przetarła ręką oczy, rozmazując czarne ślady po policzkach. Teraz i ona przestała być już odbiciem moich marzeń. Nie była już ani powabna, ani piękna. Zniknęła gdzieś potrzebująca mojej opieki i wsparcia księżniczka. Jej miejsce zajęła utrzymywana przeze mnie od paru tygodni, droga i ciągle więcej ode mnie wymagająca kurtyzana. Testowała mnie wzrokiem, próbując w myślach odróżnić prawdę od tego, co wydawało jej się następnym kłamstwem.

– Rozczarowana? – chyba dolałem oliwy do ognia.

Nagle pchnęła stół w moją stronę. Na koronkowy obrus chlusnęło czerwone wino.

– Schrzaniaj! – wrzeszczała. – Spadaj! Wynoś się z mojego życia! Że też musiałam spotkać na swojej drodze taką wesz, takiego idiotę!

* * *

Wyszedłem stamtąd i raptem mi ulżyło. Zbiegłem po schodach. Miałem dziwne wrażenie, że nawet moje kroki, odbijające się echem od pustych ścian klatki schodowej, brzmiały teraz radośniej. Pchnięta z impetem brama uderzyła o ścianę. Usłyszałem gdzieś w górze głośny trzask zamykanego pospiesznie okna. Nie odwróciłem się. To rozstanie było już za mną. Jeszcze jedno złudzenie, które od pięciu minut należało do przeszłości. To z pogranicza cudu, że nikt mi jeszcze w życiu krzywdy nie zrobił, nie napadł w ciemnej ulicy i nie poturbował. Nie zdziwię się zbytnio, jeśli mnie kiedyś spotka coś złego. Już od dawna mam świadomość, że nauczam etyki, sam się do jej zasad nie stosując, uczę czegoś, czego sam nie rozumiem. Jakoś nie było nikogo w moim dzieciństwie, kto zdołałby nauczyć mnie miłości. Ostatnio Rafał próbował mi to wytłumaczyć. Siedzieliśmy w knajpie, piliśmy piwo i rozmawialiśmy o seksie zaprawianym nutą miłości. Dziwny jest ten Rafał, odkąd wrócił. Zmieniła go emigracja, a może to wynajmowane przez niego mieszkanie. Powiedziałem mu, że przecież każdy w życiu szuka tej swojej drugiej połowy, a mój problem polega na tym, że zajmuje to mi jakoś dziwnie dużo czasu. Mam w życiu pecha i może dlatego stałem się już bohaterem wielu prawdziwych melodramatów. Patrzył na mnie podejrzliwie. Chyba w natłoku tych wszystkich swoich spraw nie miał siły ze mną dyskutować. Powiedział tylko, że nie wyciągam ze swoich doświadczeń żadnych wniosków, że zawsze wszystko kończy się tak samo, a prawdę mówiąc, za każdym razem jest coraz to gorzej. Mówił, że rozdaję się innym, wystawiam własne „ja” na sprzedaż, że to rodzaj prostytucji, że pewnie już sam nie wiem, jak wyglądam i w czym gustuję, że jeśli nie oprzytomnieję, to źle się to może skończyć, bo gdy kiedyś sobie nagle uświadomię, że nie mam już własnej osobowości, to zapewne postanowię z sobą skończyć. Dziwny jest ten Rafał. Wypiłem wtedy za dużo, on też był już dobrze wstawiony. Cały czas szukał Anny, a ja nieustannie swojej drugiej połowy. Niech mu będzie, że się sprzedaję za kilkanaście do kilkudziesięciu mniej lub bardziej upojnych nocy, że rozdaję siebie w zamian za zwiewne wrażenie, że kocham i jestem kochany, że przynajmniej przez chwilę jestem dla kogoś najważniejszy. Może to z jego strony tak wygląda. W końcu zna mnie bardzo dobrze, chyba ze wszystkich najlepiej. Chodziliśmy do jednej klasy w ogólniaku, później do jednej studenckiej grupy. Po studiach zaczęliśmy razem pracę w zakładzie etyki zawodowej naszej uczelni. Później on wyjechał na roczne stypendium, które przerodziło się w dobrych parę lat emigracji. Ja tu zostałem. Przed paroma tygodniami pomogłem mu wrócić. Kiedy wytrzeźwiałem, zacząłem analizować jego słowa. To fakt, że zawsze zakochiwałem się w okamgnieniu. Choć teraz zapewne, patrząc na Rafała, powiedziałbym, że tak naprawdę to ja nigdy w życiu nie byłem zakochany. Bawił mnie czar flirtu, niedopowiedzenia, przelotne spojrzenia, niby przypadkowe muśnięcia dłoni… Bawiło mnie zdobywanie, a nie posiadanie. Za każdym razem musiałem sobie udowodnić, że jestem wart czyichś uczuć, czyjejś miłości. Nie musiało być prawdziwie, musiało być idealnie, idealnie – bez względu na to, ile wymagało kłamstw, oszustw i poświęceń. Potrafiłem ugrzęznąć w każdym romansie po uszy. Sam się później dziwiłem, że wszystko okazywało się fikcją, oszustwem, grą, mistyfikacją przed kimś i przed samym sobą. Stałem się mistrzem w dziedzinie flirtu i podrywania. Od pierwszego nieśmiałego spojrzenia do pierwszej niezapomnianej nocy potrzebowałem coraz mniej czasu. Za każdym razem cały świat miał nagle tylko jedno imię. Bezkrytycznie i pod każdym względem podporządkowywałem się swoim kolejnym wybrankom. Chodziłem ubrany tak, jak one tego od mnie oczekiwały. Czesałem się tak, jak im się podobało. Zachowywałem się tak, jak one sobie tego życzyły. Słuchałem tylko tej muzyki, której one słuchały. Jadłem to, co im smakowało. Czytałem to, co według nich było godne przeczytania. Chodziłem do kina na wybrane przez nie filmy. Kupowałem koszule tylko w ich ulubionych kolorach. Spędzałem urlop tak, jak one tego chciały. Spotykałem się tylko z tymi ludźmi, których one akceptowały. Całe swoje dotychczasowe życie przewracałem do góry nogami tylko dla nich. W ciągu paru dni potrafiłem się zmienić z normalnego faceta w koszuli i w dżinsach w wymuskanego, nienaturalnego typa w garniturze, z idealnie dobranym krawatem, ze złotymi spinkami w mankietach jedwabnej koszuli, z żelem na modnie przyciętych włosach, w butach tak wyczyszczonych, że w ich czubkach można było się przejrzeć, w płaszczu do kolan z fantazyjnie przerzuconym wokół szyi białym jedwabnym szalem. Zaczynałem mówić jak nie ja, zachowywać się jak ktoś zupełnie inny. Podróżowałem tylko samolotami, sypiałem tylko w luksusowych hotelach, jakbym nagle zapomniał, ile zarabiam, ile wynosi w Polsce pensja lekarza i nauczyciela akademickiego. Musiałem pasować do swej wybranki, a pasować trzeba było zawsze idealnie. Innym razem nie byłem już wymuskanym elegantem, lecz zbuntowanym romantykiem – włosy nagle stawały się dłuższe, prawie do ramion, na twarzy pojawiał się parodniowy zarost, a flanelowa koszula, poprzecierane spodnie i porozciągany sweter dopełniały reszty. Pamiętam, jak kiedyś przeistoczyłem się w ekscentrycznego intelektualistę w obcisłym sweterku, z włosami przystrzyżonymi na jeża, z atrapą okularów w cienkich metalowych oprawkach na nosie. Nieważne, czy włosy były krótkie, czy długie, gładko przyczesane czy nastroszone, ważne, że podobały się nie mnie, lecz jej. Zawsze musiałem być żywym spełnieniem młodzieńczych marzeń swojej aktualnej wybranki. Wydawało mi się, że każda z nich oczekiwała tego ode mnie. Zależnie od upodobań kolejnych dziewczyn słuchałem jazzu albo muzyki poważnej, jadłem jajka na twardo albo na miękko, byłem wegetarianinem albo miłośnikiem befsztyków. Spełniałem czyjeś marzenia i oczekiwania, zapominając na krótko o samym sobie. Chyba nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę. Po okresie spełniania oczekiwań partnerki przychodził okres drugi – czas planowania. „Jak kochać, to całym sobą, jak przeżywać, to do końca”, mawiałem zawsze. Pierwszą dziewczyną, której się oświadczyłem, była Agnieszka. Było to w Pampelunie podczas wędrówki śladami świętego Jakuba. Później w zakonnej kaplicy zaręczyłem się z Marią. Renacie dałem pierścionek o wschodzie słońca na szczycie Śnieżki. Prosiłem o rękę Beatę na oblodzonej nartostradzie. Obiecywałem Idze na cmentarzu miłość do grobowej deski… Po czasie planowania zawsze następował okres stabilizacji. Trzeba było wspólnie urządzać mieszkanie, remontować, pedantycznie dobierać farby, zamawiać meble na wymiar, poszukiwać wykładzin pasujących do tapicerowanych mebli, skrupulatnie dobierać dodatki… Powoli stawałem się nie tylko mistrzem zaręczyn, ale i mistrzem remontów. O farbach, tapetach, klejach i wykładzinach wiedziałem coraz więcej. Za każdym razem inne wnętrza, za każdym razem inne klimaty – od spartańsko urządzonej kawalerki dla praktycznej i rozsądnej Renaty po wystrzałowy apartament z okrągłą wanną z jacuzzi, ze światłem przyciemnianym za pomocą głosu, z muzyką włączającą się po klaśnięciu w dłonie dla rozkapryszonej Kaśki. Później przychodził okres poważnych zamiarów, kiedy to ze śmiertelną powagą planowałem datę ślubu, liczbę dzieci, czas spłodzenia pierwszego potomka… Był to okres, kiedy moi przyjaciele zaczynali wierzyć w moją cudowną przemianę, a rodzina wybranki wprost piała z zachwytu. Później przychodziła stagnacja, jak w dobrym starym małżeństwie. Niby jeszcze wszystko było w porządku, ale mnie już czegoś brakowało. Zdobyłem, udowodniłem sobie, że jestem wart czyjejś miłości i nagle już mi się odechciewało. Z dnia na dzień zaczynałem tęsknić za czymś nowym, za jakimś nowym wyzwaniem, za odmianą… Objawy znudzenia pojawiały się powoli – trochę dłużej wyrzucane śmieci, zakupy przeciągające się w nieskończoność, wiecznie przedłużająca się praca, niespodziewane wyjazdy służbowe, konferencje, na których trzeba bywać, dyżury, które trzeba wziąć za innych, mecze, które trzeba było rozegrać, przyjaciele, z którymi należało się spotkać… Najczęściej wybranka jeszcze nic nie rozumiała, nie przypuszczała nawet, co się święci. Byłem coraz bardziej zmęczony, znudzony, rozczarowany trochę nią, trochę sobą i powoli zaczynałem szukać odmiany – zamiast garnituru wygodne dżinsy, zamiast jedwabiu flanela, zamiast muzyki klasycznej jazz, zamiast opery rockowy koncert, zamiast bizneswoman jakiś upadły anioł. Znowu pierwsze nieśmiałe spojrzenia… I znowu skrzydła rosły mi u ramion. Trzeba było tylko zakończyć ciągnący się gdzieś obok poprzedni melodramat. Rozstania opanowałem do perfekcji. Rozstawać się też trzeba umieć. Wyprowadzałem się nagle. Twierdziłem, że muszę odpocząć, że wszystko toczyło się zbyt szybko, że nie jestem jeszcze do tego przygotowany, czuję się przytłoczony, osaczony, przyparty do muru. Mówiłem, że potrzebuję trochę dystansu, odrobiny swobody, że kocham, wrócę i nigdy nie zapomnę. One zostawały, a ja już pędziłem dalej. Wracałem do mojego skromnego mieszkania. Znowu cieszyłem się przez chwilę ciszą i spokojem własnych czterech kątów, muzyką, którą lubię, kawą, którą pijam w nadmiarze, papierosami, których nie powinienem palić… Początkowo te cykle były dwuletnie, ostatnio wszystko nabrało tempa i cały ognisty romans z melodramatycznym zakończeniem trwał przeciętnie nie dłużej niż dziesięć miesięcy. Bizneswoman albo była narkomanka, studentka albo instruktorka narciarstwa, szara myszka albo kobieta wamp… Ktoś mi w końcu za to wszystko mordę obije, albo znajdą mnie kiedyś w ciemnej uliczce z głową rozbitą jakimś kamieniem. Na pewno nie powinienem uczyć studentów etyki, nawet tej zawodowej. I nagle dzisiaj, całkiem przypadkiem, ktoś nazwał to tchórzostwem, idiotyzmem, miganiem się od prawdziwego życia, ucieczką przed samym sobą. Bezczelność! W pierwszej chwili zaniemówiłem z oburzenia, a później… zrozumiałem. Szkoda, że nie miałem wcześniej zajęć z tą dziewczyną. Może wtedy udałoby mi się szybciej oprzytomnieć. Wiem, że nie mogę, ale powinienem tej dziewczynie podziękować.

* * *

Odkąd sięgam pamięcią, moje życie biegło od jednego romansu do drugiego, od jednego do drugiego zauroczenia i od jednego do drugiego rozczarowania. To była burza emocji, która tak samo szybko wybuchała, jak potem przechodziła w zobojętnienie, rutynę, rozczarowanie i nudę. I raptem, jakby całkiem przypadkiem, dysponowałem nadmiarem wolnego czasu i nie miałem jeszcze pojęcia, co zrobić z tą nagle odzyskaną wolnością. Wziąłem za Rafała dyżur w studenckim telefonie zaufania. Idiotyzm, żeby w czymś takim pracować. On pracował, ale nagle, z dnia na dzień, musiał pojechać do tej swojej Wenecji. Zadzwonił do mnie, kiedy był już w drodze. Za oknem jeszcze nawet nie świtało. Byłem zaspany albo on mówił niejasno, bo koniec końców niewiele z jego słów zrozumiałem. Nie bardzo mogłem mu odmówić. Bredził o jakimś weneckim święcie, które stało się dla niego nagle takie ważnie, że wszystko inne straciło na znaczeniu i że nawet wizja rozjuszonego jego niespodziewaną nieobecnością profesora nie wzbudzała w nim żadnych emocji.

– Nie zbierasz się jeszcze do domu? – Głos szykującej się do wyjścia Melanii wyrwał mnie z zamyślenia.

– Nie, posiedzę jeszcze. Później zamknę…

– Nigdzie się nie spieszysz? – Spojrzała na mnie odrobinę uważniej. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie. – Coś się stało? – dopytywała się natarczywiej. – To dla ciebie takie nietypowe…

– Mam dyżur.

– Na oddziale? – nie potrafiła ukryć zainteresowania.

– Nie.

– W pogotowiu? Mówiłeś, że po tamtej scysji z pijanym pacjentem złożyłeś wypowiedzenie…

– Złożyłem i zostało przyjęte. To nie jest dyżur w pogotowiu… – wszedłem jej w słowo.

– To co to za dyżur? – Rozpierała ją niezdrowa ciekawość.

– W studenckim telefonie zaufania… – mruknąłem niechętnie pod nosem.

Zamurowało ją. Nagle przestała się spieszyć, jakby nie miała żadnych planów na to dzisiejsze popołudnie. Usiadła na blacie sąsiadującego z moim biurka. Obciągnęła nerwowo garsonkę. Bezwiednie przesunęła ręką po zawiązanej pod szyją apaszce. Wbiła we mnie wzrok i próbowała zrozumieć to, co usłyszała.

– Gdzie masz ten dyżur? – chciała się jeszcze upewnić, czy aby dobrze usłyszała.

– W studenckim telefonie zaufania – powtórzyłem odrobinę głośniej, wyraźnie akcentując każde słowo.

– Dlaczego ty? – nie potrafiła ukryć zaskoczenia. – Dzisiaj jest przecież dzień Rafała…

– Rafał musiał wyjechać. Wziął urlop na telefon. Zadzwonił do mnie tuż nad ranem gdzieś z Niemiec. Był w drodze do Wenecji. Prosił, żebym go zastąpił… Byłem na tyle zaspany, że nie potrafiłem mu odmówić.

– Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że to nietrafiony pomysł… – wyszeptała.

Zdziwiło mnie, że nie ma do mnie zaufania.

– Posłuchaj – mówiła pospiesznie, jakby tempo wypowiadanych przez nią słów mogło zmienić podjętą już przeze mnie decyzję. – Zastanów się jeszcze nad tym… Nie każdy się do tego nadaje. To taka nietypowa praca. Ktoś musi cię zastąpić… – próbowała, nie mówiąc o mnie, i tak powiedzieć, co o mnie myśli. – Czasami przez wiele dni nikt nie dzwoni, spija się hektolitry kawy i rozwiązuje krzyżówki. Czasami urywają się telefony…

– Obiecałem Rafałowi, to posiedzę. – Starałem się, by zabrzmiało przekonująco.

Nie odrywała ode mnie wzroku. Poluźniła apaszkę. Rozpięła guzik pod szyją, jakby raptem w pokoju asystentów zaczęło brakować powietrza. Wtem coś na kształt uśmiechu przebiegło po jej twarzy.

– Mam pomysł – zaczęła niepewnie. – Może po prostu ja cię zastąpię…

– A cóż to, nie masz żadnych planów na popołudnie? – Poczułem się rozdrażniony. – Przecież jeszcze dzisiaj rano mówiłaś, że córka przyjeżdża do ciebie w odwiedziny…

– Julia zrozumie – przerwała mi. – Trochę zdążyła cię już poznać – dokończyła ciszej.

„Oczywiście, że zdążyła mnie poznać” – pomyślałem. Znała mnie nawet zupełnie dobrze. Może nawet zdecydowanie za dobrze. Była przecież przyjaciółką Beaty. O tym, że jest córką Melanii, dowiedziałem się niestety znacznie później. Z Beatą spędziłem prawie dwa słodkie lata, poznając przy okazji duże grono jej znajomych, w tym właśnie Julkę. Wszyscy oni zasługiwali na miano pozytywnie nakręconych, żeby nie powiedzieć pierdolniętych. Tacy dziwni ludzie, jakby niezupełnie z tego świata. Jak to kiedyś powiedziała Julietta: „od narodzin aż do śmierci pozytywnie pierdolnięci”? Swoją drogą, ciekawa jest ta Julka. Studiuje socjopedagogikę, a w przyszłości chce prowadzić rodzinny dom dziecka, zastępując kilkunastu rozwrzeszczanym, skrzywionym społecznie i niekochanym przez nikogo bachorom matkę. Spędza w domu dziecka całe popołudnia, próbując udowodnić sobie i innym, że każdy człowiek w swym życiu musi być kochany, żeby móc w przyszłości kochać. Miała kiedyś nawet przez krótki czas teorię, że i moje dzieciństwo w domu dziecka musiało być niekończącym się pasmem udręki, skoro jestem właśnie taki. Dobrze, że ten pomysł z rodzinnym domem dziecka miała już od zawsze, bo poczułbym się winny, gdyby wpadła na niego pod wpływem naszej znajomości. Wyjechała na roczną praktykę do Chile, żeby popracować na rzecz wykorzystywanych dzieci, pogłębić znajomość hiszpańskiego, pobiedować i udowodnić sobie i innym, ile jest warta. Wróciła przed paroma miesiącami, aby podjąć studia podyplomowe, które mają ją jeszcze lepiej przygotować do roli zastępczej matki. Pamiętam, jak próbowała porozmawiać ze mną po moim rozstaniu z Beatą. Umówiliśmy się we włoskiej restauracji na obrzeżach miasta. Tam przy blasku świec, przy dobrze schłodzonym prosecco, w weneckich klimatach próbowała mi uświadomić, jaki jestem beznadziejny. Spędziliśmy nawet czarujący wieczór, aż do momentu, gdy wstając od stołu, nazwała mnie „samcem rządzonym przez penis”. Zostawiła mnie otumanionego przy stole i odeszła. Nawet przez chwilę poczułem się jak świnia. Całkiem rozkoszna jest ta córeczka Melanii – zero wyrozumiałości, nic ze swojej matki. Świat według Julii jest czarno-biały. Nie ma w nim miejsca na żadne odcienie szarości. Ja w każdym razie zostałem przez nią przekreślony raz na zawsze i znalazłem się po najczarniejszej stronie rzeczywistości. Myślę, że gdyby narysowała wcielenie diabła, to miałby on moją twarz. Mam nadzieję, że moja starsza koleżanka z pracy nie znała dokładnie szczegółów naszej znajomości, a już tym bardziej tamtego naszego pechowego spotkania.

– Zostanę. Julka zrozumie… – wyrwał mnie z zamyślenia spokojny głos Melanii.

„O Boże, ona w kółko o tym samym” – pomyślałem.

– Nie ma mowy! Żadnych poświęceń. Mam wolne popołudnie i zostaję – starałem się ostatecznie przerwać tę dyskusję.

– Idiotyczny pomysł – odparła dobitnie. – To telefon zaufania… Czy rozumiesz, co znaczą te słowa? – Odwróciła nagle wzrok, zaczęła się przyglądać doniczkom stojącym na parapecie za moimi plecami. Patrząc mi w oczy, nie potrafiłaby chyba powiedzieć tego, co naprawdę myśli. – Wymyśliliśmy to parę lat temu, po tamtym idiotycznym samobójstwie w akademiku. Nie wiem, czy to pamiętasz…

Pamiętałem. Dwa razy w życiu coś rzuciło mnie na kolana. Może więcej razy, ale tamte inne się nie liczą, należały do dzieciństwa, zlały się już dawno w jedno niewyraźne wspomnienie, zbudowane z wielu gorzkich rozczarowań. Dwa razy coś wstrząsnęło mną w dorosłym życiu – przed trzema laty tamten chłopak, który powiesił się na własnym pasku od spodni na klamce w akademiku, i przed paroma tygodniami śmierć Marco. Wbrew pozorom też coś czuję. Nie jestem aż tak beznadziejny.

– To nigdy by się nie stało, gdyby tamten chłopak miał szansę z kimś pogadać – kontynuowała Melania. – Niejeden hoduje marihuanę w doniczce w akademiku. Niejednego już złapali, niejednemu grozili wylaniem. Każdy z nas kiedyś w życiu zapalił trawkę. To nie była sytuacja bez wyjścia, a tak głupio skończyło się ludzkie życie. Profesor nas poparł. Znalazły się fundusze. Siłami paru asystentów z naszego zakładu zorganizowaliśmy ten telefon zaufania. W końcu z nami o etyce i życiu rozmawiają najwięcej… Odbierając telefon, przedstawiamy się z imienia i nazwiska. Liczymy na to, że budzimy w nich zaufanie. Najlepszy był w tym Marco. Niezły jest Rafał… Ciebie to jakoś nigdy nie interesowało… Zawsze byłeś zajęty czymś zupełnie innym… – dokończyła ciszej.

– I co z tego? – udawałem, że jeszcze nie rozumiem.

– Nie nadajesz się do tego – wykrztusiła wreszcie. – To nie jest robota dla ciebie! – próbowała w oględnych słowach przemycić to, co rzeczywiście myśli. – Nigdy się nie nadawałeś, a do tego ostatnio nie kontrolujesz się nawet na swoich zajęciach. W zeszłym tygodniu zareagowałeś impulsywnie, wyrzuciłeś dziewczynę za drzwi… Zgłosiła się do mojej grupy… Trochę mi opowiedziała…

– Zaatakowała mnie – burknąłem pod nosem. – Jeszcze tylko tego brakuje, żeby studenci poczuli się upoważnieni do oceniania naszego prywatnego życia. Nikt nie jest doskonały…

– Ona twierdzi, że nie zaatakowała ciebie, tylko poglądy, które reprezentujesz… – przerwała mi gwałtownie.

Nie odpowiedziałem. Nie chciało mi się o tym rozmawiać. Odbiegliśmy dość znacznie od zasadniczego tematu.

– Studenci nie każdego muszą kochać – rzuciłem zaczepnie. – Do dyskusji o Sokratesie czy Kancie nie potrzeba aż takiej zażyłości – napędzałem się coraz bardziej. – Nigdy nie miałem ochoty konkurować o popularność ani z Marco, ani z Rafałem…

– Nie muszą cię kochać – wpadła mi w słowo – ale muszą cię akceptować, a twoich poglądów ostatnio nikt już nie akceptuje. Twój styl życia jest tematem większości uczelnianych plotek. To też popularność, ale zupełnie inna… – Powiało sarkazmem i ironią.

– Lepsza taka niż żadna – rzuciłem zaczepnie i nagle poczułem się winny. Co ja dzisiaj wyczyniam, do diabła? Przecież sam dobrze wiem, że pomysł mojego dyżurowania w telefonie zaufania jest po prostu idiotyczny. Bronię czegoś, w co sam nie wierzę. Nigdy wcześniej nie atakowałem Melanii. Najstarsza z nas, matkowała nam tutaj w zakładzie już od dawna. W ciężkich chwilach wiele razy próbowała zastępować nam rodziców. Czułem wobec niej swoisty szacunek. Nigdy nie wdawałem się z nią w dyskusje. I nagle dzisiaj jakby we mnie diabeł wstąpił.

– Oni dzwonią tu z różnymi sprawami – próbowała mi jeszcze tłumaczyć, niczym niezrażona. – Nawet drobiazg może urosnąć do niebotycznych rozmiarów, zacząć przygniatać, pchać, dociskać do muru. Tu się liczy cierpliwość, sposób słuchania, ton głosu, nawet pojedyncze słowa… Coś, co nam może się wydać nic nieznaczącą, śmieszną i wydumaną bzdurą, dla kogoś może stać się ciężarem nie do udźwignięcia, przełożyć się na durnowate myśli, na rozpacz, na wrażenie sytuacji bez wyjścia… Pojawia się cienka, prawie niewyczuwalna granica między „chcę” a „nie chcę”, „mogę” i „już nie”… Jeden krok do poczucia całkowitej przegranej, do nieszczęścia… – mówiła coraz szybciej i szybciej, jakby się bała, że jej przerwę, zaburzę tok rozumowania, wytrącę argumenty z ręki… – Wiesz, kiedyś zadzwonił do mnie student – kontynuowała – który zgubił książkę z biblioteki. W sumie błahostka, banał. Było to któreś tam wydanie któregoś z tomów Anatomii człowieka profesora Marciniaka. Bibliotekarka zarzuciła mu, że sprzedał tę książkę… Chłopak obleciał wszystkie antykwariaty. Znalazł coś na Allegro. Cena przekraczała jego możliwości, a każdy dzień nabijał nowe odsetki za nieoddanie książki. Zagrał w karty. Los się nie uśmiechnął i biedak popadł w jeszcze większe finansowe tarapaty… Ojciec przestał mu przesyłać pieniądze, twierdząc, że pewnie ćpa lub pije, prowadzi beztroski, hulaszczy tryb życia… Zapętlił się tak, że każdy dzień przytłaczał go coraz bardziej. A wszystko z powodu takiej bzdury, jak któryś tam tom Anatomii Marciniaka. Kompletna błahostka, która nagle urosła do niewyobrażalnych rozmiarów…

– No i jak to się skończyło? – przerwałem jej gwałtownie. Coraz bardziej drażniła mnie ta opowieść.

– Miałam w domu swojego starego Marciniaka. Problem się rozwiązał – dokończyła zmieszana. – To nie chodzi o tę książkę. Chodzi o przykład… W sumie była to przecież zupełna bzdura. Trafiła tylko na niewłaściwego człowieka, a może na niewłaściwy moment…

– Rozumiem. Jeżeli chodzi o książkę z anatomii, to chyba też gdzieś jeszcze posiadam… Mam nawet jakieś zaskórniaki. W razie czego mogę pożyczyć, jak na przykład komuś zabraknie na działkę i będzie rozważał pomiędzy napadem rabunkowym na ulicy a samobójstwem…

Skupiona do bólu na swoich wywodach nie zauważyła nawet, że żartuję.

– Tyś, Konrad, chyba raptem zidiociał… – aż się zapowietrzyła z oburzenia. – Rozum ci odebrało?

– Żartowałem – starałem się rozładować narastające napięcie.

– Dziwne masz poczucie humoru… Lepiej zostaw ten telefon zaufania innym…

– Uważasz, że nie dam rady? – przerwałem jej gwałtownie. Raptem zagotowało się we mnie. – Myślisz, że jestem totalnym dupkiem, idiotą pozbawionym wyższych uczuć?

Mój wybuch ją zaskoczył. Zeskoczyła z biurka. Stanęła tuż przede mną. Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, zatrzymując spojrzenie na mojej twarzy.

– Nie wiem, Konrad, jaki jesteś – zasyczała przez zaciśnięte zęby. Jej oczy zwęziły się niebezpiecznie, twarz poczerwieniała, a loczek na czubku głowy podskoczył jak sprężyna. – Często bawisz się ludźmi. Grasz ludzkimi uczuciami. Jesteś mistrzem pozorów i mistyfikacji. Wijesz się jak piskorz. Zmieniasz się jak kameleon. Cieszę się, że moja córka cię nie cierpi… Nadajesz się do wszystkiego z wyjątkiem telefonu zaufania!

Wykrzyczała mi to wszystko w twarz i nagle zamilkła. Ruszyła w kierunku wyjścia. Zdjęła płaszcz z wieszaka. Zaczęła się ubierać. Włożyła na głowę kapelusz. Naciągnęła na dłonie rękawiczki. Wyjęła z torebki parasolkę. Przygotowała się na spotkanie z listopadowym zimnem i pluchą na zewnątrz.

– Rób, jak uważasz! – rzuciła lodowatym tonem. – Wychodzę. Możesz zadzwonić, jeśli będziesz mnie potrzebował! W taką paskudną pogodę na pewno będziemy z Julką w domu. Potrzebne numery masz w zielonym notesie na moim biurku. Nie zapomnij zgasić światła! Wyłącz komputer, bo zwykle ja to za ciebie robię! Klucz zostaw później na portierni! – zazgrzytało jak ładowana broń, powietrze stało się aż gęste od wykrzykników.

– Miłego wieczoru! – rzuciłem pogodnie w kierunku jej oddalających się pleców.

– Tobie również!

* * *

Siedziałem, nudziłem się, parzyłem kolejne kawy, opróżniałem kolejne filiżanki. Znużony sprawdzaniem prac studentów zapadłem się w fotel, wyciągnąłem przed siebie nogi i oddałem się błogiej bezczynności. Godziny tego bezsensownego jesiennego popołudnia wlokły się w nieskończoność. Jak ja nie cierpię jesieni – mgliście, melancholijnie, beznadziejnie. Za oknem już dawno rozpanoszyła się ciemność, a szarpane wiatrem gołe konary rosnącego tuż za oknem dębu raz po raz uderzały o szybę. Że też nigdy w dzień nie zauważyłem, jakie to jest denerwujące. Po chwili krople ulewnego deszczu zaczęły bębnić w metalowy parapet. Niech to szlag trafi, jeszcze tylko tego brakowało! Coraz więcej samochodów, coraz gorzej z miejscami do parkowania. Rano zaparkowałem cztery przecznice od uczelni. Nagle ciszę rozdarł dźwięk telefonu. Już prawie zapomniałem, że tutaj może ktoś zadzwonić. Spojrzałem na zegarek i pomyślałem, że to pewnie portier. Leniwie podniosłem słuchawkę.

– Słucham…

Po drugiej stronie panowała niczym niezmącona cisza. Przez krótką chwilę słyszałem czyjś oddech, a może tak mi się tylko wydawało.

– Słucham – powtórzyłem – tu studencki telefon zaufania… – dodałem dla pewności.

Ciszę przerwał stuk odłożonej słuchawki. Nie wstałem. Nie drgnąłem nawet. Siedziałem nadal z ręką na słuchawce milczącego telefonu. Minuty mijały, telefon milczał, a ja siedziałem jak sparaliżowany. Niech zadzwoni jeszcze raz, do jasnej cholery! Skrzypnęły drzwi. Skoczyłem jak oparzony.

– Nie wychodzi pan jeszcze? – Portier patrzył wymownie na tarczę ściennego zegara. Wskazówki zbliżały się powoli do dziewiątej. – Pracujecie do dwudziestej pierwszej. Pewnie już nikt dzisiaj nie zadzwoni…

– Zadzwoni – stwierdziłem kategorycznie.

Spojrzał na mnie spode łba.

– Musi zadzwonić… – Postarałem się, by to zabrzmiało przyjaźniej.

– Skoro pan tak uważa – burknął pod nosem. – Ja w każdym razie znikam na chwilę, idę na kolację. Jakby pan chciał wyjść pod moją nieobecność, to proszę powiesić klucz na tablicy w portierni i dokładnie zatrzasnąć drzwi. Zresztą za jakieś pół godziny wracam…

– Bąkał coś jeszcze pod nosem, czego i tak nie zrozumiałem, i po chwili nareszcie wyszedł. Nie mogłem usiedzieć na miejscu. Wstałem, zacząłem przemierzać pokój od drzwi do okna i z powrotem. Takie idiotyczne cztery kroki w przód i cztery w tył w zamkniętej przestrzeni. Nie pomogło. Serce biło mi jak oszalałe. Nagle zaczęło mi brakować powietrza. Poszarpałem się z oknem. Ustąpiło pod naporem mojej ręki. Powiało chłodem, wilgocią, stęchlizną, jesienią.

– Zadzwoń, do jasnej cholery! – powiedziałem w przestrzeń przed sobą.

Telefon rozdzwonił się jak na zamówienie. Rzuciłem się w jego kierunku, przerażony myślą, że nie zdążę. Potrącone w biegu krzesło runęło z hukiem na podłogę. Roztrzaskała się na skorupy ulubiona filiżanka Melanii. Niech to szlag trafi! Jakby mało było tej dzisiejszej wymiany zdań, to jeszcze za to przyjdzie mi ją jutro przepraszać.

– Halo, tu studencki telefon zaufania. – Starałem się mówić przyjaźnie i spokojnie. Chyba tylko oddech miałem odrobinę przyspieszony.

Odpowiedziała mi cisza.

– W czym mogę ci pomóc? – spróbowałem inaczej.

Wydawało mi się, że z drugiej strony ktoś się poruszył. Przełknął ślinę.

– Czy mogę ci jakoś pomóc? – powtórzyłem spokojnie kolejny już raz.

– Nikt mi nie może pomóc – usłyszałem cichy dziewczęcy głos. Wcisnąłem przycisk dyktafonu. – Są takie sytuacje w życiu, kiedy nie można już nic zmienić. To koniec… Po prostu koniec – mówiła dziwnie matowym głosem. – Nic nie ma sensu, nic się już nie liczy, wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Została tylko pustka, nic… Rozumie pan? W jednej chwili wszystko okazało się pozorem, grą, rozsypało się jak domek z kart… Wydawało mi się, że to, co było, będzie już na zawsze. To nieprawda. Wszystko jest ulotną chwilą, grą hormonów, wykorzystaną okazją… – mówiła coraz ciszej, coraz wolniej, a ja się bałem, że nagle skończy. – Powinnam była zrobić to dzisiaj, ale zabrakło mi odwagi – zabrzmiało zdecydowanie. – Stałam na przystanku i czekałam na tramwaj. Raptem poczułam, że jest mi wszystko jedno: jeden krok do przodu i koniec tego ściskającego wewnątrz bólu, koniec wrażenia, że gardło stało się za wąskie, koniec żalu, że oddałam komuś cały mój świat, a on mnie oszukał. Pamiętam zbliżający się tramwaj, pamiętam twarz motorniczego, która stawała się coraz wyraźniejsza. Początkowo rozmazana plama zyskała owalny kształt, czuprynę ciemnych włosów, białą koszulę i krawat… Miałam właśnie zrobić krok do przodu, kiedy zobaczyłam tych dwoje tuż przy mnie. Obok mnie stała kobieta z dzieckiem. Dziewczynka była mała, mogła mieć najwyżej ze cztery lata, popychała przed sobą wózek dla lalek, a pod pachą trzymała pluszowego misia. Miała buzię umorusaną czekoladą i zabawne kucyki związane kolorowymi gumkami. W gumki gdzieniegdzie wplecione były małe purpurowe pompony. Sama nie wiem, dlaczego to pamiętam… Chyba zmysły w takich chwilach funkcjonują inaczej i rejestrują automatycznie wszystko, nawet zupełnie nieistotne detale. Pomyślałam sobie wtedy, że nie mogę tego zrobić, że unieszczęśliwię tym tę kobietę i to dziecko… Wjechałam windą na dwunaste piętro budynku mieszkalnego. Znam go dobrze, przed rokiem w tym bloku Iza wynajmowała mieszkanie. Bywałam u niej. Z szerokiego korytarza prowadzą drzwi prosto na wspólny dla wszystkich mieszkańców balkon. Drzwi są zawsze otwarte. Spojrzałam w dół. To byłby wspaniały lot z widokiem na prawie całe miasto. Supersprawa – takie parę sekund, które zostaną pod powiekami już na wieczność, z obrazem ostatnich złotobrunatnych liści i odbitych w szybach okien promieni zachodzącego jesiennego słońca. Już miałam się wychylić przez poręcz, kiedy zobaczyłam tę staruszkę. Owinięta ciepłym kocem, siedziała na balkonie dwa piętra niżej i dziergała na drutach jakąś robótkę. Siwe włosy, ciężkie oprawki okularów zsunięte na czubek nosa, kłębek błękitnej włóczki, szybko migające w powietrzu druty, kraciasty koc okrywający plecy… To idiotyczne, pomyślałam, przecież nie mogę jej tego zrobić… – Dziewczyna mówiła matowym głosem, a ja z przerażenia wstrzymałem oddech. – Poszłam dzisiaj przed południem do lekarza. Powiedziałam, że ostatnio mam mnóstwo stresów i źle sypiam. Opowiedziałam mu o niedawno postawionym u mnie rozpoznaniu i o tym, że biję się z myślami na temat czekającej mnie terapii. Nie miał za dużo czasu, by ze mną rozmawiać. Na korytarzu było aż czarno od pacjentów, a on wspomniał, że musi się spieszyć, bo po południu ma jeszcze dyżur. Przez moment poczułam się rozczarowana. Może i dobrze, pomyślałam po chwili, bo ja nie potrafię kłamać. Wypisał mi leki uspokajające. W pierwszej chwili mi ulżyło. Wszystko się wyciszyło i zwolniło. Pomyślałam sobie, że w końcu to takie proste – wziąć kąpiel, otulić się w miękki szlafrok, położyć się do łóżka, poczytać jeszcze parę stron jednej z ulubionych książek, połknąć tabletki, popić sokiem, czytać dalej i z książką w ręku po prostu zasnąć. Zasnąć i już nigdy więcej się nie obudzić. To byłoby takie humanitarne rozwiązanie mojego emocjonalnego problemu. Można by jeszcze włączyć ulubioną muzykę. Jest parę rzeczy, których lubię słuchać. Pomyślałam o Michaelu Hirte i jego harmonijce ustnej, w której dźwiękach zaklęte są tylko emocje, nieprzypisane do miejsca, ponadczasowe, należące do wszystkich i do wieczności… Może udałoby mi się wyciszyć przed tą ostatnią drogą, uspokoić szalone myśli, na chwilę o wszystkim zapomnieć i słodko zasnąć. Napuszczałam już wodę do wanny, kiedy wzięłam do ręki ulotkę. Policzyłam tabletki, przeliczyłam dawkę i nagle uświadomiłam sobie, że mnie odratują. Poczułam straszliwe rozczarowanie. Wypłuczą mi żołądek, w razie potrzeby zrobią dializę. Być może dojdzie do jakiegoś uszkodzenia mózgu, ale to i tak nic nie zmieni… Ten ból, który jest we mnie w środku, pozostanie. Gówno, a nie rozwiązanie! Jeszcze jedno upokorzenie więcej… – mówiła spokojnie, a we nie krzyczało wszystko. – Nie potrafię się powiesić. To zbyt brutalne. Nie podetnę sobie żył w wannie… Zawsze śmieszyły mnie panienki ze sznytami na rękach, które zależnie od okoliczności skrzętnie chowają lub manifestacyjnie ukazują blizny, świadczące o potrzebie zwrócenia na siebie uwagi… I nagle mój wzrok padł na album z naszych ostatnich wrześniowych wakacji. To było parę cudownych dni tuż przed rozpoczęciem tegorocznych zajęć. W jednej chwili powzięłam decyzję. Wyruszę w podróż, podróż jak ostatnie wspomnienie. Pojadę śladami naszych wakacji. Wyślę mu jeszcze pozdrowienia z Saksonii, a później na jakimś górskim oblodzonym zakręcie nie zdążę skręcić…

Już od dłuższej chwili walczyłem z sobą. Otwierałem i zamykałem usta. Wszystko we mnie krzyczało. Serce biło jak oszalałe. Ręka posiniała od ściskania tej durnowatej słuchawki. W końcu nie wytrzymałem.

– Co ty chrzanisz? To bez sensu! – przerwałem jej gwałtownie.

– Co, według pana, jest bez sensu? – Jej głos nadal był wyprany z wszelkich emocji.

– To, co mówisz.

– Tak pan myśli? Naprawdę? – Dziewczyna najwyraźniej się mną rozczarowała. – Ja myślę zupełnie inaczej. To już i tak nie jestem ja. Tamtej mnie już nie ma – mówiła powoli, dobitnie cedząc każde słowo. – Wszystko nagle zniknęło, odeszło, rozpadło się w pył. Byliśmy razem od ponad roku. Przed paroma dniami postawiono mi tę diagnozę. Pomyślałam, że to nic nie szkodzi, że razem damy radę, właśnie chciałam z nim o tym porozmawiać, kiedy on nieoczekiwanie pokazał mi te obrączki. Niesamowite, splecione jakby z dwóch kolorów złota, z wygrawerowanymi ich imionami i datą ślubu, który niebawem ma nastąpić. Zaręczył się z nią przed rokiem, kiedy już byliśmy razem. Ona mieszka w tej zapyziałej dziurze, z której on pochodzi. Jest właścicielką fitness clubu. Pewnie ten fakt dyskwalifikuje mnie już na starcie. Cóż za różnica jechać za szybko i źle wymierzyć zakręt czy umrzeć trochę później na jakąś paskudną chorobę… Po co się tak męczyć… Taka nikomu do niczego niepotrzebna para w gwizdek…

Zamilkła, a we mnie nadal wszystko krzyczało. Wydawało mi się, że słyszę walenie mojego serca.

– Powiedziałaś mu o tej chorobie? – Jak na złość, głos mi zadrżał.

– Po co? Co to zmieni? – stawiała pytania, na które miała już dobrze przemyślane odpowiedzi. – To nie w moim stylu skomleć i żebrać. Nikt mnie nigdy nie zobaczy na kolanach… Odwróciłam się i odeszłam. Powiedziałam, że dobrze się składa, bo ja już też miałam dosyć.

– A może jednak…

– Pan chyba nic nie rozumie! – przerwała mi gwałtownie. Rozczarowywałem ją z minuty na minutę coraz bardziej. – Moja choroba nie ma tu żadnego znaczenia. Nie cierpię litości. To obrzydliwe uczucie… Służy do poniżania jednych i wyświęcania drugich… To najgorsze, co mogłoby mnie spotkać. Pan udaje, czy tego naprawdę nie rozumie?

– Rozumiem…

– Sypiał z nią w weekendy, w dni powszednie ze mną – mówiła dalej dziewczyna. – Jedną na poważnie miał tam, drugą tu, dla osłody studenckiego życia. Mamił nas obie. Bezwiednie dzieliłyśmy się nim przez wiele miesięcy. Wybrał. A ja muszę się tylko do tego ustosunkować…

– To się ustosunkuj, do jasnej cholery! – nie wytrzymałem. Przestałem się zupełnie kontrolować. – Zrób to z fantazją! Strzel go w gębę na środku korytarza! Spluń mu pod nogi! Otwórz tamtej idiotce oczy! – Sam się przestraszyłem własnych słów. Melania mówiła, że nie wolno nikogo oceniać. W każdym razie nie tutaj, nie w tej pracy. Tu trzeba słuchać, rozumieć, podpowiadać rozwiązania. „W końcu strzelić go w twarz, to też jest rozwiązanie”, próbowałem uciszyć swoje narastające wątpliwości. – A później olej go! Zostaw go otumanionego na środku korytarza i odejdź! To dupek! Niewart jest ciebie! – bluznąłem. Puściły mi nerwy. Bardzo chciałem, ale nie potrafiłem się zdystansować.

– I pan to mówi? – W głosie dziewczyny wyczułem ironię.

Wydawało mi się, że się przesłyszałem.

– I pan ma takie poglądy? – powtórzyła inaczej.

– Wiesz, z kim rozmawiasz? – wpadłem w popłoch. – Skąd? Przecież się nie przedstawiałem.

– Znam pana głos. Nawet bardzo dobrze. Mam z panem zajęcia…

Na chwilę mnie zamurowało. Profesor padłby trupem. Dobrze, że tego nigdy nie usłyszy. Żal byłoby starego. W minutę ległby w gruzach sens nauczania szeroko pojętej etyki. Etyczne rozwiązanie problemu przez splunięcie komuś pod nogi. Odreagowanie przez trzaśnięcie w gębę. Żadnej powściągliwości, żadnego dystansu, czysty żywioł. Żadnego Arystotelesa, Sokratesa czy Kanta… Filozofia rzadko przystaje do rzeczywistości. W życiu akcja rodzi reakcję. To prawie czysta fizyka. Chamstwo należy zwalczać chamstwem, gwałt gwałtem… Przestałem się kontrolować. Jakieś bzdury zaczęły mi się roić w głowie.

– Jak masz na imię? – spytałem, choć i tak nie wierzyłem, że odpowie.

– Nie chcę kłamać…

– Rozumiem, ale chcę ci pomóc.

– Dlaczego? Bo ma pan pecha, że zadzwoniłam akurat podczas pańskiego dyżuru?

– Dyżur skończyłem już jakiś czas temu – powiedziałem szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. – Chcę ci po prostu pomóc.

– Dlaczego?

Padło pytanie, a ja nagle poczułem pustkę w głowie.

– Bo zależy mi na tobie.

– To bez sensu. Nikomu już na mnie nie zależy.

Zamilkła, a ja się przestraszyłem, że odłoży słuchawkę.

– Posłuchaj, zapisz sobie mój numer telefonu: 718171785! Zapisałaś?

– To bez sensu – powtórzyła ciszej.

– Zapisz: 718171785! Tak po prostu, na wszelki wypadek. Komórkę mam zawsze przy sobie. Będę spał z telefonem przy łóżku – bredziłem bez większego sensu przerażony myślą, że ona zaraz się rozłączy i że już nic i nigdy nie będę mógł dla niej zrobić. – Zawsze możesz do mnie zadzwonić.

– Do pana? – zabrzmiało to ironicznie albo tylko ja tej ironii oczekiwałem. – To wszystko nie ma już sensu, ale dziękuję – mówiła coraz ciszej. – Bardzo panu dziękuję! Nawet się pan nie domyśla, jak mi pan pomógł – skończyła nieoczekiwanie.

Odgłos odkładanej słuchawki podziałał na mnie jak chluśnięcie wiadrem zimnej wody. Ale gówno! I ja z tym gównem nic więcej nie mogę zrobić. Rozłączyła się. Szlag by to trafił! Nie wstałem. Nie poruszyłem się nawet. Czekałem na kolejny dźwięk telefonu. W pokoju cisza aż dzwoniła w uszach. Słychać było tylko beznadziejne tykanie zegara. Pokazywał godzinę dziesiątą. Krople deszczu uderzały miarowo o parapet, a wiatr raz po raz stukał konarami drzew w szyby okien. Wskazówki przesuwały się nieubłaganie. Już chyba nie zadzwoni, pomyślałem. Ciekawe, co robi? Trzyma, jak ja, słuchawkę w dłoni? Położyła się, włączyła cichą muzykę, próbuje zasnąć? Siedzi w fotelu i gapi się w ciemność za oknem? Cisnęła do kubła na śmieci mój numer telefonu? Co za gówno! Jest gdzieś tam sama, zrozpaczona, z głową pełną durnych myśli, z uczuciami, które ją przerosły. Jest gdzieś sama i nikt nie może jej teraz pomóc. Wstałem, umyłem twarz zimną wodą. Postałem przy otwartym oknie wpatrzony w tę listopadową beznadziejność. Wiatr zawiał mocniej, deszcz zaczął bębnić o parapet. Nie cierpię tej pory roku – beznadziejnie, melancholijnie i smutno. Późna jesień to jak przypomnienie o śmierci i przemijaniu. Bzdury! Wcisnąłem klawisz dyktafonu i zacząłem słuchać. Słuchałem raz, później drugi i kolejne, jakby to, że nauczę się jej słów na pamięć, mogło coś zmienić, w czymś jeszcze pomóc.

* * *

– Melanio, czy mógłbym do ciebie przyjechać?

– Boże, człowieku, czy ty wiesz, która jest godzina? – Musiała być bardzo zaspana. Moje słowa pewnie z trudem przebijały się do jej nie całkiem rozbudzonej świadomości. – Naprawdę to takie pilne? Nie możemy pogadać jutro w pracy? – Oprzytomniała na tyle, by zacząć bronić przede mną swojej prywatności.

Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dwunasta.

– Mam problem – wykrztusiłem wbrew sobie.

– Jakiej natury? – spytała lodowato. – Pewnie i tak nie jestem w stanie ci pomóc. – Ton jej głosu nie pozostawiał złudzeń. Popołudniowa wymiana zdań zapadła jej w pamięć.

– Chodzi o telefon zaufania. – Udawałem, że nie słyszę chłodu w jej głosie.

– Telefon zaufania? – Nagle oprzytomniała. – Przyjeżdżaj! Tylko nie dzwoń, bo mi pobudzisz wszystkich w domu! Puść krótki sygnał komórką, gdy już będziesz pod bramą!

Przyjęła mnie w salonie przy słabym świetle małej lampki, jakby się bała, że w szlafroku, z chustką na głowie przykrywającą nawinięte na wałki włosy i w grubych wełnianych skarpetach sięgających prawie do kolan stanowi widok, który mógłby mnie co najmniej zgorszyć.

– Nie patrz tak na mnie! Jest środek nocy, nie mam ochoty się dla ciebie przebierać – warknęła na powitanie. – Stało się coś? – nie potrafiła ukryć zżerającej ją ciekawości.

Usiadłem i nagle uświadomiłem sobie, że zupełnie nie wiem, co mam jej powiedzieć.

– Czemuś ty taki mokry? Zostawiasz ślady na dywanie.

Sam już wcześniej zauważyłem mokre plamy, które znaczyły moją drogę z przedpokoju, gdzie zostawiłem buty, do tej jej zabytkowej sofy w salonie. Spodnie wydawały mi się aż ciężkie i sztywne od wody, a skarpetki całkiem przemokły.

– Leje – rzuciłem obojętnie. – Zaparkowałem samochód daleko od uczelni – zacząłem się odruchowo tłumaczyć.

– To ty nie byłeś jeszcze w domu? – Spojrzała na mnie uważniej.

– Jakoś tak wyszło…

– Napijesz się czegoś? – Trochę jakby złagodniała.

– Nie, dziękuję.

– Chcesz coś zjeść? – nie ustępowała. U niej zawsze jedzenie i picie były najważniejsze. Podobnie jak na uczelni, tutaj też chciała mi matkować.

– Nie, dziękuję. Nie jestem głodny. Jest już zresztą bardzo późno. Nie chcę ci przeszkadzać. Chciałem tylko chwilę porozmawiać.

Usiadła naprzeciw mnie. Podparła głowę rękami, wbiła we mnie wzrok i udawała, że nie musimy się spieszyć.

– Przez parę godzin nic się nie działo. Zdążyłem sprawdzić wszystkie kolokwia. Tuż przed dwudziestą pierwszą zadzwoniła jednak jakaś dziewczyna… – zacząłem oględnie.

– Wiedziałeś przecież, że ktoś może zadzwonić. Ostrzegałam cię… Ty się zupełnie do tego nie nadajesz.

– Ta rozmowa nie daje mi spokoju – próbowałem puścić mimo uszu jej uwagę.

– Bywa, często też muszę po takim dyżurze odreagować…

– Dziewczyna ma myśli samobójcze. Próbowała zrobić to dzisiaj, ale zdrowy rozsądek jej na to nie pozwolił. Ma dziwną konstrukcję psychiczną. Nawet będąc w kompletnym dołku, martwi się o innych. Zadziwiające. Zamierza popełnić samobójstwo w jakimś bliżej nieokreślonym czasie.

– Ciekawe…

– Nie dała sobie w żaden sposób pomóc. To był właściwie monolog. Chciała się chyba tylko przed kimś wygadać.

– Tak jest najczęściej.

– Miałem wrażenie, że próbując rozmawiać, wszystko zepsułem…

– Niekoniecznie. Pewnie i tak by za chwilę zamilkła.

Melania nie odrywała ode mnie oczu. Jakby się domyślała, że to nie jest jeszcze wszystko, co chcę jej powiedzieć.

– Chyba nie zdołałem jej pomóc – brnąłem dalej.

– To trudno ocenić.

– Znała mnie – burknąłem pod nosem.

– O Boże! – Nagle oprzytomniała.

– Poznała mnie po głosie – wycedziłem powoli. – Ma ze mną zajęcia.

– I co?

– Nie wiem, mam nadzieję, że to nie zaważyło na przebiegu naszej rozmowy. Wiedziała to przecież od początku. Skoro poznała mnie po głosie, to od początku wiedziała, z kim rozmawia – próbowałem sam siebie uspokoić.

– To gdzie tkwi problem?

Nie odpowiedziałem od razu. Problem tkwił we mnie i w tym, że rzeczywiście nie nadaję się do pracy w telefonie zaufania. Prawdę mówiąc, kiedy pracowałem w pogotowiu, też miałem największy problem z ocenianiem stanu psychicznego pacjenta. Podziwiałem kolegów, którzy potrafili sobie z tym radzić. Może to dlatego, że ktoś kiedyś powiesił się na moim dyżurze. Było to już dawno temu, zaraz po studiach, a mnie się ciągle wydaje, że od tego nieszczęścia minęło zaledwie parę dni. Kobieta wezwała pogotowie z powodu ostrej reakcji emocjonalnej u swojego syna. Chłopak płakał i śmiał się na przemian. Wszystko stało się z pozornie błahej przyczyny, z powodu jakiegoś oblanego egzaminu. Nie potrafiłem tego ocenić, napisałem rozpoznanie: „ostra reakcja przystosowawcza” i zawiozłem go na psychiatrię. Chłopak uspokoił się po drodze, wyciszył, próbował nawet konwersować ze mną na zupełnie luźne tematy. Swoim zachowaniem zwiódł też dyżurnego psychiatrę, który między wierszami zdążył dać mi do zrozumienia, że zupełnie nie rozumie, dlaczego chłopaka do niego przywiozłem. Nawet przez chwilę poczułem się winny, że może rzeczywiście mój czas na zajęciach z psychiatrii w czasie studiów był czasem straconym, skoro nie wyniosłem z nich żadnej wiedzy, a jak było widać na tym przykładzie, intuicji w tym zakresie też nie miałem. Chłopak zarzekał się, że nie miał nawet przez chwilę myśli samobójczych. Wypuszczono go do domu, a parę godzin później pisałem jego akt zgonu. Powiesił się na haku od lampy w swoim pokoju, kiedy uspokojeni przebiegiem wydarzeń rodzice położyli się spać w pokoju obok. Byłem czysty jak łza, nie miałem sobie nic do zarzucenia, ale i tak do dziś nie mogę się od tego uwolnić, nie mogę zapomnieć tamtego uczucia przegranej. Sporo prawdy było w tym, co powiedziała dzisiaj po południu Melania: nadaję się do wszystkiego z wyjątkiem telefonu zaufania. Przez przypadek miała rację, chociaż z innych, niż myślała i zupełnie nieznanych jej powodów.

– Coś tak nagle zamilkł? – Głos Melanii przebił się przez tamto koszmarne wspomnienie.

– Chciałem, żebyś czegoś posłuchała…

– Nagrałeś rozmowę? – Przyglądała mi się zdziwiona. – Dlaczego?

– Bałem się, że coś przeoczę – mruknąłem pod nosem.

– Zadziwiasz mnie, Konrad…

Siedziała, słuchała, cofała taśmę dyktafonu… W końcu spojrzała na mnie uważnie.

– Trzeba wierzyć, że dziewczynie przejdzie – powiedziała jakoś niepewnie.

– Przesłuchałem to z dziesięć razy. Przeraża mnie ta jej obojętność. W tym, co mówi, nie ma już emocji. Tak jakby wszystko wybuchło, zapłonęło, wypaliło się i nagle zgasło. Jakby w środku nie było już nic, tylko ruiny i zgliszcza. Żadnych uczuć, żadnych wzlotów i upadków, tylko spokojna, zimna kalkulacja. Podjęła decyzję, uważa ją za słuszną, nie widzi innych możliwości, nie dopuszcza innych rozwiązań, musi tylko zrealizować swój plan… Opowiedziała mi o tym, bo pewnie jej się wydawało, że musi to komuś opowiedzieć. Zadzwoniła do kogoś obcego, by uniknąć dzielenia włosa na czworo i rozrywania szat… Zadecydowała, a ja nie potrafię jej w tym przeszkodzić.

* * *

Usiadłem w fotelu. Spuściłem żaluzje. Przyciemniłem światło. Włączyłem cicho muzykę. Zapach świeżo zaparzonej kawy zaczął się rozchodzić po całym mieszkaniu. Ta kawa w środku nocy, tak nielogiczna i pozornie bez sensu, była mi w tej chwili potrzebna jak powietrze. Przemokłem na wylot. Skostniałem od listopadowego chłodu. Na chwilę odtajałem u Melanii, ale chyba tylko po to, żeby po wyjściu od niej poczuć jeszcze dotkliwszy chłód. Idąc do samochodu, miałem wrażenie, że dzwonię z zimna zębami. Zamarzyłem o gorącej kawie z koniakiem. Wtedy uświadomiłem sobie, jakież to cudowne – koniec z Natalią i koniec z zieloną herbatą. Nie cierpię smaku tej herbaty i nie ma znaczenia, czy jest w niej dodatek malin, limonki czy cytryny. Każda zielona herbata jest dla mnie tak samo gorzka, tak samo cuchnąca i tak samo bez wyrazu. Byłem zmęczony i wszystko zaczęło mi przeszkadzać – przemoczone spodnie, zapięta pod szyję koszula, mankiety przy rękawach… Zagłębiłem się w fotel. Wyciągnąłem przed siebie nogi. Rozpiąłem koszulę… „Nareszcie jestem u siebie” – pomyślałem. Lubię to swoje mieszkanie. Nikt nigdy tu ze mną nie mieszkał. Ono zawsze było tylko moje i tylko dla mnie. Była to oaza ciszy i spokoju, gdzie niezależnie od okoliczności mogłem być zawsze sobą. Odruchowo odsłuchałem sekretarkę. Pierwsza wiadomość była od Natalii. Informowała mnie obojętnym tonem, że wyjeżdża na tournée po Francji, jedzie szukać zapomnienia i nowych mocnych wrażeń. Mówiła, że nie wie, kiedy wróci, być może tam zostanie. Odetchnąłem z ulgą. Druga wiadomość była od Rafała – dojechał do Wenecji. On ostatnio oszalał na punkcie Ani, Marco i Wenecji. Mam nadzieję, że znalazł tam Anię. Nagle zagotowało się we mnie. Niech go diabli wezmą! To wszystko przecież przez tę jego Wenecję i przez ten cholerny dyżur w telefonie zaufania. Jak to powiedziała tamta dziewczyna? Powiedziała, że wie, z kim rozmawia, że zna mój głos, ponieważ chodzi do mnie na zajęcia. „Mam z nią zajęcia – zacząłem kombinować – może nie wszystko jeszcze stracone”. Mam zajęcia z etyki zawodowej w dwóch grupach na piątym i w dwóch na szóstym roku. Cztery grupy to w sumie około stu studentów. Prowadzę też ćwiczenia z propedeutyki interny na trzecim roku. „To się nie liczy – przemknęło mi przez myśl – tam mam ich tylko dwunastu”. Z tego co pamiętam, są tam tylko dwie dziewczyny. „W grę wchodzi w sumie jakieś pięćdziesiąt dziewcząt” – kalkulowałem. Nie pamiętam nawet połowy twarzy. Nie przyglądam się studentkom. Nigdy mnie jakoś nie interesowały. Nie mogłem sobie pozwolić na romans ze studentką. To by oznaczało koniec mojej pracy na uczelni, której regulamin jest tak stary jak jej mury, ma ponad dwieście lat i nijak nie pasuje do naszych czasów. Jakoś nikt nie miał odwagi go zmienić. Rektor stał zawsze na jego straży. Stary był pod tym względem nadzwyczaj pryncypialny. Wyjątkiem była historia Ani i Marco, ale to w końcu zupełnie inna sprawa. Zresztą wyjątki i tak zwykle potwierdzają regułę. „Pięćdziesiąt dziewcząt… Szlag by to trafił! Dużo, bardzo dużo… O wiele za dużo” – pomyślałem. Dziewczyna nie była wczoraj na zajęciach, spekulowałem dalej. Powiedziała, że była u lekarza. Wczoraj miałem ćwiczenia tylko w jednej grupie. Jakoś nie chciało mi się sprawdzać obecności. Szkoda. Ale pracowali w małych grupach nad pewnym projektem, kombinowałem. Gdzieś mam nawet fragmenty ich pracy. Wystarczy sprawdzić nazwiska i porównać z listą. „To i tak niewiele zmienia – pomyślałem. – Ona wcale nie musiała mieć wczoraj ze mną zajęć”. Muszę sprawdzić w dziekanacie, jaki plan mieli wczoraj inni moi studenci, zacząłem obmyślać dalsze działania. Postaram się ustalić, kto prowadził z nimi te zajęcia. Spróbuję nawiązać kontakt z prowadzącymi. Może uda mi się zdobyć listę obecności, a właściwie – nieobecności. Ciekawe, czy to w ogóle jest do sprawdzenia… Podpisać się za kogoś na liście obecności to w końcu żadna sztuka. Przed laty podpisywałem się często nawet za paru kolegów. „Mówiła, że była wczoraj u lekarza – myśli kłębiły mi się w głowie. – Ciekawe gdzie? Może w naszej przychodni studenckiej? Dzisiaj tam po południu pracuję. Trochę wysiłku i odrobina szczęścia, a wieczorem wszystko może wyglądać już zupełnie inaczej”.

* * *

Melania stanęła tuż przy moim biurku, spojrzała mi przez ramię na leżącą przede mną kartkę zapaćkaną nic nieznaczącymi bazgrołami i wyartykułowała to najbardziej otwarte na świecie pytanie.

– I co?

– Gówno! – rzuciłem pod nosem.

– A tak trochę bardziej opisowo? – Nie potrafiła ukryć błąkającego się po jej twarzy uśmiechu.

– A tak bardziej opisowo, to totalna klapa.

Spoważniała. Chyba