Nielegalni. Nieśmiertelni - Vincent V. Severski - ebook + audiobook

Nielegalni. Nieśmiertelni ebook i audiobook

Vincent V. Severski

4,7

Opis

W świecie wywiadu nigdy nic nie jest tym, na co wygląda. W każdej akcji trzeba zaplanować przypadek, a szpiegów nie ma tam, gdzie ich szukasz.

Ekipa Konrada Wolskiego znów rusza do akcji daleko poza granice kraju. Dostają niezwykle trudne zadanie. Jadą do Teheranu, by zapobiec konfliktowi zbrojnemu na skalę światową. Niestety wszystko zaczyna się komplikować. Czy Konrad i Sara wygrają wyścig z czasem i uratują życie swoich ludzi?

Tymczasem na politechnice w Sztokholmie zostają brutalnie zamordowane cztery osoby. Do gry wraca inspektor Gunnar Selander, który wraz z genialną hakerką Harriet Berghen i naczelnik wydziału ds. zwalczania terroryzmu Lindą Lund mają rozwiązać tę zagadkę. Śledztwo jest jednak zbyt trudne, by poradzili sobie z nim sami. Rozpoczynają arcytrudną rozgrywkę ze światem szpiegów i zdrajców.

W Moskwie dochodzi do cichego zamachu stanu. Michaił Popowski, chcąc wspomóc spiskowców, wyjeżdża do Sztokholmu na ostatnią misję. Jagan wraz ze swoim oddziałem podąża za Aminą na Kaukaz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1014

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 31 godz. 7 min

Lektor: Krzysztof Gosztyła

Oceny
4,7 (56 ocen)
43
10
3
0
0
Sortuj według:
mk3vw

Nie oderwiesz się od lektury

polecam 👏
00
winklerkamil

Nie oderwiesz się od lektury

Pasjonująca lektura
00

Popularność




1

Czer­wony auto­bus hybry­dowy linii numer 47 kur­so­wał mię­dzy Bel­l­man­sro a Karl­ber­giem, czyli prze­ci­nał Sztok­holm dokład­nie ze wschodu na zachód, krą­żąc po uli­cach ary­sto­kra­tycz­nego Östermalm i miesz­czań­skiego Vasa­stan. Wypro­du­ko­wany w Pol­sce, długi na pra­wie dwa­na­ście metrów i sze­roki na ponad dwa i pół, ważył dzie­sięć ton. Karo­se­rię wyko­nano z alu­mi­nium, więc był znacz­nie lżej­szy, niż na to wyglą­dał.

Nad Sztok­hol­mem od kilku dni wisiały oło­wiane chmury, które wraz z nasta­niem nocy zbi­jały się w jed­no­litą czarną masę i wyrzu­cały z sie­bie gęste strugi zim­nego desz­czu zmie­sza­nego z lodo­wymi krysz­tał­kami. Przez mia­sto pły­nęły w róż­nych kie­run­kach rzeczki i stru­mie­nie, two­rzyły się jeziorka i małe oce­any, które szybko zni­kały w pod­ziem­nych kana­łach.

Wiel­kie wycie­raczki mia­rowo zbie­rały masy wody nacie­ra­jące jak potężny wodo­spad na przed­nią szybę auto­busu numer 47, który jechał samot­nie wzdłuż wyso­kich nagich klo­nów. Minął wylud­nioną Karlbergsvägen i po chwili zatrzy­mał się na czer­wo­nych świa­tłach.

Kie­rowca, Ali Farudi, wes­tchnął.

– Uff, na Allaha… jesz­cze czter­dzie­ści pięć minut – powie­dział po arab­sku.

Zmę­czony całym dniem jazdy w desz­czu, odle­ciał myślami do bied­nego sło­necz­nego domku w brud­nym mie­ście An-Nasi­rijja w połu­dnio­wym Iraku.

Ali nie­ustan­nie latał w myślach mię­dzy Ira­kiem a Sztok­hol­mem i z tego już tylko powodu nie nada­wał się na kie­rowcę, a auto­busu miej­skiego w szcze­gól­no­ści. Zda­wał sobie sprawę, że powi­nien zre­zy­gno­wać z tej pracy, nim zabije sie­bie albo kogoś, ale lata­nie było waż­niej­sze. Wciąż więc jeź­dził, tak jak inni jego kole­dzy z Iraku zatrud­nieni w zakła­dzie trans­portu miej­skiego SL, któ­rzy też cią­gle gdzieś latali.

Śmierć nie była mu ni­gdy straszna ani obca, ale kiedy na podwó­rzu swo­jego domu zna­lazł sta­ran­nie posie­kane kulami ciało żony, czte­rech córe­czek i pozo­sta­łych człon­ków trzy­po­ko­le­nio­wej rodziny, już nawet nie zapła­kał. Odwró­cił się i poszedł, i szedł tak długo, aż dotarł do Szwe­cji. Po dro­dze omi­nął poziom ludz­kiego cier­pie­nia i prze­sko­czył od razu na naj­wyż­szy etap, zawie­szony gdzieś tro­chę poni­żej nadziei na śmierć.

I pew­nie dla­tego, że chciał omi­nąć przy­pi­saną mu drogę, na któ­rej cier­pie­nie jest obo­wiąz­kowe, Allah za pokutę posłał go do Szwe­cji, a pro­wa­dze­nie auto­busu w desz­czu załą­czył jako karę dodat­kową.

Było trzy po dwu­dzie­stej trze­ciej trzy­na­stego listo­pada 2013 roku, kiedy Har­riet Ber­ghen z FRA i Hasan Mar­dan z KSI wra­cali z Kró­lew­skiego Insty­tutu Tech­no­lo­gicz­nego do domu pustym auto­bu­sem linii 47, który pro­wa­dził wła­śnie Ali z An-Nasi­riji, a teraz chwi­lowo z Hal­lon­ber­gen.

– Dwa­na­ście cyfr, a wła­ści­wie liczb natu­ral­nych nastę­pu­ją­cych po sobie, od zera do trzech, dwa zera, dwie dwójki, cztery jedynki i cztery trójki – zauwa­żyła Har­riet, wpa­tru­jąc się w swój zega­rek. – Ooo… już się skoń­czyło… – oświad­czyła po chwili. – Teraz jest już cztery po dwu­dzie­stej trze­ciej. – Zacią­gnęła rękaw kurtki nad dło­nią i wtu­liła się w ramię Hasana, który w mil­cze­niu patrzył w per­spek­tywę pustego auto­busu.

Sie­dzieli na ostat­niej kana­pie, w sza­rym mroku, i Hasa­nowi wyda­wało się, że podró­żują w prze­stwo­rzach tajem­ni­czym stat­kiem kosmicz­nym. Ich dwoje i prze­wod­nik Rid­dick, który potrafi prze­chy­trzyć śmierć.

– Popatrz, Hasan, może to jakiś znak od Boga i teraz… przed chwilą gdzieś na świe­cie zda­rzyło się coś, na co ktoś cze­kał, aż cyfry usta­wią się w takim porządku, a może nawet nie wie­dział, że wybił jego czas… a tu łup… Hasan? Nie sądzisz, że coś w tym jest? – Har­riet czuła dziwny mistyczny nastrój, ewi­dent­nie wymie­szany z czer­wo­nym winem, które hoj­nie ser­wo­wał Anton Młot, i pomy­ślała, że alko­hol uła­twia kon­takt z bogami, choć utrud­nia logiczne myśle­nie, czyli na odwrót niż nor­mal­nie. – Hasan… jesteś tam?

– Co, skar­bie? – ock­nął się z ocią­ga­niem, bo nie nadą­żał za Har­riet, która po czer­wo­nym winie zawsze miała inten­sywne wizje, a po bia­łym żad­nych, tylko ciąg na łóżko i seks. Zda­niem Hasana mogło to suge­ro­wać jej hebraj­skie korze­nie, bo islam­skich z pew­no­ścią nie. Tego jestem pewny – prze­le­ciało mu bez­sen­sow­nie przez myśl.

– To musi być jakaś kabała. Naj­wy­raź­niej – nie dawała za wygraną. – Zobacz! Sami w tym auto­bu­sie, nawet kie­rowcy nie widać… Cie­kawe. To kobieta czy męż­czy­zna… i jakiej jest naro­do­wo­ści?

– Męż­czy­zna, skar­bie, z Bli­skiego Wschodu…

– Ooo… a skąd wiesz?

– Bo widzia­łem, jak wsia­da­li­śmy.

– Aaaa… no rze­czy­wi­ście! Mądry chłop­czyk.

– Dobrze się czu­jesz, Harry? – zapy­tał z tro­ską, przy­bli­żył się i spoj­rzał jej w twarz.

Uśmiech­nęła się miło, filu­ter­nie, może tro­chę sexy, otwo­rzyła sze­roko oczy, pod­nio­sła wysoko brwi, aż zro­biły jej się na czole dwie deli­katne zmarszczki. Źre­nice miała wyraź­nie powięk­szone, a na policz­kach rumieńce okrą­głe jak dwa pomi­dory. Włócz­kowy beret prze­su­nął się daleko na tył głowy i wisiał reszt­kami sił na fran­cu­skim war­ko­czu. Widać było, że w tym sta­nie Harry mogła swo­bod­nie kon­tak­to­wać się ze wszyst­kimi bogami świata.

Hasan poca­ło­wał ją, a ona gło­śno czknęła.

– A w isla­mie jest kabała? – zapy­tała i znów czknęła.

– Okul­tyzm wystę­puje w pra­wie każ­dej reli­gii, o ile wiem… U nas w sufi­zmie, ale słabo to znam. Wielu Cze­cze­nów to sufi.

– Musisz poczy­tać takiego jed­nego Rosja­nina… hm… pisa­rza… – Har­riet wyraź­nie się zacięła. – Aaaa… na początku jego powie­ści dia­beł tłu­ma­czy dwóm Rosja­nom, że siła wyż­sza kie­ruje naszym losem… no, Boga miał wtedy na myśli, a oni, że nie, bo są ate­istami i sami kie­rują swoim losem. – Har­riet z zadumą poki­wała głową i czknęła po raz trzeci. – To jak to jest?

– Wszystko jest w porządku. Nie ma czym się mar­twić. Jest Bóg wysoki i są tacy, co sami kie­rują swoim losem. A pośrodku są tacy żydzi od kabały i sufi… i… jesz­cze ktoś tam jest. – Hasan chciał odpo­wie­dzieć Har­riet naj­le­piej, jak potrafi, ale zaplą­tał się i poża­ło­wał, że dał jej się wcią­gnąć. Misty­cyzm, reli­gie, kabały to nie była jego mocna strona, w odróż­nie­niu od Har­riet, szcze­gól­nie gdy wypiła wię­cej wina.

– To jak taki mądry jesteś, skar­beczku, koteczku, to powiedz mi, czy Judasz, San­he­dryn i ten Piłat dzia­łali z woli Boga. Jeżeli tak, to mają swój wielki udział w powsta­niu chrze­ści­jań­stwa i powinni być czczeni jako święci. A bez woli Boga nie mogli prze­cież dzia­łać, bo wszystko się dzieje z Jego woli. Nie? Za Jego przy­zwo­le­niem. Jak sza­tan wytłu­ma­czyłby to ruskim ate­istom? Ot i zagadka! – Har­riet unio­sła palec wska­zu­jący, ale powagę tego gestu zni­we­czyło kolejne czknię­cie. – Dla­czego Bóg zabił swo­jego syna… No!

– Poświę­cił – wtrą­cił Hasan cicho. – Poświę­cił – powtó­rzył.

– To tak się nazywa? Poświę­cił? – Har­riet pozwo­liła sobie na czy­stą iro­nię. – A waszego pro­roka Maho­meta ten sam Bóg wziął żyw­cem do nieba i jest dobrze. Nie musiał go drę­czyć? Co? Obie­cy­wał Bóg, że przez swo­ich pro­ro­ków, Chry­stusa i Maho­meta, udo­sko­nali rodzaj ludzki, mie­li­śmy stać się lepsi… i co, Hasan? Udo­sko­na­lił czło­wieka, ale w broni i zabi­ja­niu. Cze­kaj! Jak Koran tłu­ma­czy to, że Allah wziął Maho­meta żywego do nieba? Coś mi tu nie gra. – Har­riet wtu­liła się jesz­cze moc­niej w ramię Hasana, obej­mu­jąc je obu­rącz, i zamknęła oczy. Czuła, że kręci jej się w gło­wie, ści­ska w gar­dle i zaraz zacznie pła­kać.

Wła­ści­wie wcale jej nie obcho­dziło, co robią na ziemi pro­rocy i komu potrzebna jest kabała. Następ­nego dnia Hasan Mar­dan, jej przy­ja­ciel, kocha­nek, naj­pięk­niej­szy męż­czy­zna współ­cze­snego i antycz­nego świata, od nie­dawna ofi­cer szwedz­kiego wywiadu KSI, wyjeż­dżał z tajną misją do Iranu, ale Har­riet nie wie­działa, jaki jest jej cel, i nawet nie pytała.

Ta świa­do­mość bez­sil­no­ści, nie­wie­dzy, utraty wła­dzy nad czę­ścią swo­jego ist­nie­nia i kon­troli nad jego losem roz­draż­niała ją bole­śnie, depre­syj­nie. Har­riet nie była w sta­nie pora­dzić sobie z psy­chicz­nym klin­czem, w któ­rym uwię­zła, bo nie mogła o nic zapy­tać, a on nie mógł powie­dzieć prawdy. Dotąd jej się wyda­wało, że posiada tę zwy­czajną moc wypeł­nia­jącą każdą miłość, moc nie­śmier­tel­no­ści, ale teraz nie potra­fiła z niej sko­rzy­stać, jakby ktoś zło­śli­wie ją wyłą­czył.

Ostatni wie­czór spę­dzili razem z naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem Anto­nem Mło­tem i teraz Har­riet żało­wała, że nie zostali w domu, by nako­chać się na zapas, napa­trzeć na sie­bie i…

Nie zdą­żyła dokoń­czyć myśli, przy­wo­łać obrazu nagiego Hasana, bo potężny huk, a z nim wstrząs, rzu­cił auto­bu­sem w prawo, pod­niósł go mocno do góry i prze­chy­lił na bok. Nie­wi­dzialna siła porwała ich w powie­trze i z impe­tem rzu­ciła na boczną szybę, która szczę­śli­wie uchro­niła oboje przed obra­że­niami.

Przez dobrą chwilę byli oszo­ło­mieni i czuli się, jakby w Sztok­holm ude­rzył meteor. Wszystko działo się tak szybko i nie­spo­dzie­wa­nie.

Hasan pod­niósł się z tru­dem i deli­kat­nie dotknął Har­riet, która sie­działa na pod­ło­dze.

– Żyjesz, Har­riet? – ode­zwał się idio­tycz­nie.

– Jesz­cze nie wiem – odpo­wie­działa rów­nie bez­sen­sow­nie i po paru sekun­dach już cał­kiem logicz­nie zapy­tała: – Co się stało?

Oboje jak na komendę spoj­rzeli na przód auto­busu. Z lewej strony, na wyso­ko­ści szo­ferki, stał wbity w nich pod kątem dzie­więć­dzie­się­ciu stopni inny auto­bus. Przody obu pojaz­dów były ze sobą zespo­lone i wyglą­dały jak roze­rwane potęż­nym wybu­chem wnętrz­no­ści prze­ra­ża­ją­cego stwora z filmu grozy.

Zakrwa­wione ciało kie­rowcy, nie­na­tu­ral­nie wygięte do tyłu, z wycią­gnię­tymi w dół rękami, osu­wało się z przed­niego okna. Gdyby Ali nie wisiał głową w dół, wyglą­dałby jak żoł­nierz, który pod­dał się wła­śnie w nadziei na litość.

Wciąż padał rzę­si­sty deszcz, czuć było silny zapach eta­nolu, a powie­trze zasnuła mgła.

Następ­nego dnia inspek­tor Rolf Uggla z poste­runku na Vasa­stan napi­sał w poli­cyj­nym rapor­cie, że na skrzy­żo­wa­niu Sankt Eriks­ga­tan i Karlbergsvägen o godzi­nie dwu­dzie­stej trze­ciej zero sześć doszło do zde­rze­nia dwóch auto­bu­sów linii 47 i 66, w któ­rym zgi­nęli obaj kie­rowcy, Ali Farudi, lat pięć­dzie­siąt pięć, i Saleh al-Zadani, lat pięć­dzie­siąt trzy.

Praw­do­po­dobne jest – odno­to­wał inspek­tor Uggla – że przy­czyną wypadku mogła być nie­ostroż­ność jed­nego z kie­row­ców, śli­ska nawierzch­nia z powodu wyjąt­kowo sil­nych opa­dów lub awa­ria sygna­li­za­cji świetl­nej. Przy­czyny okre­śli szcze­gó­łowe docho­dze­nie w tej spra­wie – zakoń­czył stan­dar­dowo. Odkąd roz­po­czął służbę w poli­cji dro­go­wej, kie­rowca auto­busu Ali Farudi był jego dwu­dzie­stym trze­cim śmier­tel­nym przy­pad­kiem.

2

Kon­rad prze­wró­cił się na prawy bok i pocią­gnął dło­nią po policzku.

Trzy­dniowy! Kur­czę, nie mam noży­ków! Stary tępy już jak cho­lera! Jak ja będę wyglą­dał… jak dziad, pija­czyna jakiś. A tam w She­ra­to­nie Żor­żyk wypi­to­lony i wypach­niony… już pew­nie po śnia­danku czyta sobie „Timesa”. Jak­bym teraz wstał i poszedł pobie­gać, to zdą­żył­bym kupić nożyk w skle­pie na dole. Przy­jemne z poży­tecz­nym – pomy­ślał bez prze­ko­na­nia i prze­wró­cił się z powro­tem na plecy, ale ręce zło­żył na piersi.

Otwo­rzył oczy i zoba­czył szary sufit, potem spoj­rzał na pla­kat Olbiń­skiego do Otella, jesz­cze raz na sufit i znów zamknął oczy.

Ja pier… jaki gnu­śny typ się ze mnie zro­bił! Zaraz zacznę tyć. Jaaa… pier…

Zaci­snął szczęki.

– Nie… idziesz… pobie­gać… Raduś? – cicho wysy­la­bi­zo­wała Sara spod koł­dry.

– Nie zdążę… chyba… – odparł i pomy­ślał: Skąd ona wie, że już nie śpię? Czyta w moich myślach? Zara­ziła się od Mar­cina czy co?

– Strasz­nie się roz­le­ni­wi­łeś… kotku… – Jej głos powoli nabie­rał lek­kiej iro­nii. – Zaczniesz tyć. – Wes­tchnęła, aż unio­sła się koł­dra. – Gruby szpieg… Okro­pień­stwo! Jak Belik, nie przy­mie­rza­jąc…

Zadała celny cios, przy­rów­nu­jąc go do Marka Belika, gnu­śnego i oty­łego naczel­nika WBW, a nie­gdyś jego zastępcy, ale Kon­rad nie mógł się nie zgo­dzić, że utrzy­ma­nie formy przy­cho­dzi mu coraz trud­niej, szcze­gól­nie odkąd zamiesz­kali razem.

Przy­jął postawę obronną.

– Jakoś nie tyję. Wszystko pod kon­trolą. – Poma­cał się po brzu­chu.

– To wstaw kawę.

Sara wysu­nęła się spod koł­dry, pod­cią­gnęła wyżej i na wpół sie­dząc, poło­żyła ręce na roz­czo­chra­nych rudych wło­sach. Jesz­cze zaspana, uśmiech­nęła się nie­wy­raź­nie. Zmru­żyw­szy oczy, Kon­rad odpo­wie­dział jej ledwo zauwa­żal­nym ski­nie­niem głowy i dosad­nym głę­bo­kim wes­tchnie­niem.

– Nooo… tak… – zamru­czał i po raz kolejny upew­nił się, że warto było cze­kać na ten widok, zgo­dzić się na zdję­cie rolety w sypialni i odpu­ścić sobie poranne bie­ga­nie, nie mówiąc o grun­tow­nym prze­me­blo­wa­niu miesz­ka­nia na ulicy Wil­czy Dół.

Nie­zmien­nie rachu­nek współ­ży­cia z Sarą pod jed­nym dachem wycho­dził mu na plus, z dużym zapa­sem. Ale naj­wy­żej Kon­rad cenił sobie jej poranne cie­pło i wła­śnie zamie­rzał z niego sko­rzy­stać, wbrew jej żąda­niu kawy. Kefir Robico i Geo­rge Gor­don mogli jesz­cze zacze­kać. Taka miała być jego ofiara dla Sary, która też ceniła sobie jego poranne cie­pło. Rów­nie mocno jak trzy­dniowy ostry zarost.

Gdy w War­sza­wie, Sztok­hol­mie, Lon­dy­nie i Moskwie prze­brzmiały już wszyst­kie echa nie­uda­nego zama­chu Safira as-Salama na fiń­skie promy, gdy ode­brano już wszyst­kie nagrody i odzna­cze­nia, spo­rzą­dzono setki taj­nych nota­tek i napi­sano jesz­cze wię­cej mądrych i bzdur­nych arty­ku­łów, gdy wydano i zaro­biono miliony na pia­rze – mogło się wyda­wać, że do życia Wydziału Q Agen­cji Wywiadu powinna wró­cić nor­malna szpie­gow­ska codzien­ność. Ope­ra­cje spe­cjalne, kolejne wer­bunki agen­tury, noce i dnie. I teo­re­tycz­nie tak było, z tą tylko róż­nicą, że bez Sary. A bez niej to tak, jakby tego wszyst­kiego nie było. Wydział Spe­cjalny Q na dwu­dzie­stym pię­trze war­szaw­skiego wie­żowca to był jej pomysł. To ona wymy­śliła nazwę – Vigo sp. z o.o., która wciąż wid­niała na drzwiach wej­ścio­wych.

Wkrótce po powro­cie ze Szwe­cji dowie­dzieli się, że pro­ku­ra­tura posta­wiła Sarze zarzut prze­kro­cze­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych w spra­wie Tra­visa i zmie­niła jej sta­tus ze świadka na podej­rzaną. W związku z tym szef Agen­cji zawie­sił ją w czyn­no­ściach służ­bo­wych. Nie mogła zaznać więk­szego bólu niż oskar­że­nie przez pań­stwo, któ­remu wier­nie słu­żyła.

Zarzut był tak absur­dalny, że Sara nie wytrzy­mała i par­sk­nęła śmie­chem, kiedy w sądzie w Mła­wie trzy­dzie­sto­pa­ro­letni pro­ku­ra­tor w unie­sie­niu odczy­ty­wał uza­sad­nie­nie i wycie­rał twarz ręka­wem. Słusz­nie podej­rze­wała, że to była jego pierw­sza ważna sprawa, ale nie wie­działa, jak bar­dzo ważna. Po prze­gra­nej w pro­ce­sie o kra­dzież trzech krów we wsi Lolki Kościelne doj­rzał w spra­wie Sary szansę na prze­nie­sie­nie do woje­wódz­twa.

Gdy wró­ciła do War­szawy, podzie­liła się swo­imi przy­pusz­cze­niami z Kon­ra­dem i zgod­nie uznali, że jej przy­szłość wisi na wło­sku i że bez sądu się nie obej­dzie. Ambitny pro­ku­ra­tor już się o to postara. Tym samym, przy obo­jęt­no­ści obec­nego szefa Agen­cji, gene­rał Pęk osią­gnął swój cel i wyłą­czył Sarę ze służby, nokau­tu­jąc jed­no­cze­śnie Kon­rada.

Zawie­sze­nie w obo­wiąz­kach i oskar­że­nie zaowo­co­wało głę­bo­kim roz­go­ry­cze­niem, które po tylu latach służby w stre­sie i stra­chu z łatwo­ścią dobrało się do duszy. Już od kilku mie­sięcy Sara sie­działa w domu i zaj­mo­wała się sobą w ocze­ki­wa­niu na kolejne wezwa­nie do pro­ku­ra­tury. Ani razu nie zatę­sk­niła za papie­ro­sem, za to coraz czę­ściej myślała o dziecku.

Mniej wię­cej tyle samo czasu potrze­bo­wał Kon­rad, by otrzą­snąć się i zebrać siły do pracy. Z zami­ło­wa­niem oglą­dał pro­gramy kuli­narne na wszyst­kich dostęp­nych kana­łach. Upodo­bał sobie szcze­gól­nie kon­kursy w stylu „dzi­siaj odpa­dasz ty” i oglą­dał nawet wer­sję albań­ską. Prze­szło mu, gdy tylko uznał, że jest już dobrze przy­go­to­wany do zawo­dów w goto­wa­niu maka­ronu na czas. Skoń­czył też pole­gi­wać w swoim saabie z piwem Warka w dłoni.

Podły nastrój udzie­lił się całemu zespo­łowi i wlazł we wszyst­kie zaka­marki Wydziału. Brak Sary był nie­wy­tłu­ma­czalny i nawet Kon­rad nie mógł z tym nic zro­bić. Ofi­ce­ro­wie po raz pierw­szy zwąt­pili w sens służby i cho­ciaż nikt o tym nie mówił, czuć to było w każ­dym ich sło­wie czy geście.

Po powro­cie z Bia­ło­rusi kapi­tan Igor Sza­niaw­ski, czyli Tra­vis lub Oleg Popow, prze­szedł solidną kura­cję i wyda­wało się, że zmora puł­kow­nika Ste­pa­no­wy­cza bez­pow­rot­nie zni­kła. Psy­chia­trzy orze­kli w końcu, że znów jest zdolny do służby, któ­rej potrze­bo­wał teraz bar­dziej niż jakie­go­kol­wiek innego lekar­stwa.

Pro­ku­ra­tor z Mławy uznał go za dowód w spra­wie, przed­miot, a nie pod­miot, i wię­cej się nim nie inte­re­so­wał, a wszel­kie podej­mo­wane przez Tra­visa próby wyja­śnień zby­wał ostro, zarzu­ca­jąc mu, że utrud­nia poważne śledz­two. Igor uznał w końcu, że jedyne, co może zro­bić dla Sary, to wziąć się w garść i oddać pod roz­kazy Kon­rada.

Popro­sił o przy­dział na naj­trud­niej­szy odci­nek i po dłu­gich deba­tach taki wła­śnie dostał w ramach ope­ra­cji „Mer­kury”.

Za gra­nicę wyje­chał razem z Wasi­li­jem Krupą, który przed odlo­tem stwier­dził uro­czy­ście, że jest teraz pol­skim Bia­ło­ru­si­nem i zrobi wszystko, by jego ojczy­zna była w końcu wolna i demo­kra­tyczna. Jak­kol­wiek uto­pijne było to pra­gnie­nie, to jed­nak pły­nęło pro­sto z serca. Wyko­pa­nie archi­wum NKWD w Brze­ściu wcale nie zaspo­ko­iło jego ambi­cji i teraz gotowy był do nowych zadań. Jako współ­pra­cow­nik wywiadu nie do wszyst­kich infor­ma­cji miał dostęp, ale był na tyle inte­li­gentny, a może nawet prze­bie­gły – jak twier­dził Mar­cin – by zauwa­żyć, że w zespole jest ponuro, i wię­cej nie pytał, gdzie jest pani towa­rzysz major Sara. Wkrótce i tak nie miał już po temu oka­zji, bo wraz z Tra­vi­sem wyje­chał z Pol­ski. A wyje­chali daleko.

Mar­cin odpa­lił ostro służ­bo­wym touare­giem, aż na śniegu zabuk­so­wały koła. Zamiast powi­tal­nego „dzień dobry, sze­fie” od razu zapro­po­no­wał, że chęt­nie nad­robi czas, który stra­cił, cze­ka­jąc pod domem na ulicy Wil­czy Dół, jeśli tylko szef, oczy­wi­ście, da zie­lone świa­tło.

Zanim Kon­rad zamiesz­kał z Sarą, rzadko się spóź­niał, a rano – ni­gdy.

Doje­chali do hotelu She­ra­ton, nad­ra­bia­jąc led­wie pięć minut i wysłu­chu­jąc w dro­dze zestawu tych samych kolęd, które w stu odmia­nach od kilku dni do bólu wypeł­niały wszyst­kie sta­cje radiowe.

Dla­czego pol­skie kolędy są takie smutne? – pomy­ślał Kon­rad. Prze­cież to rado­sne święto…

Zadzwo­nił do sekre­tarki szefa Agen­cji i prze­zor­nie poin­for­mo­wał, że dele­ga­cja bry­tyj­ska spóźni się pół godziny.

Szef olewa Sarę, to my jego – stwier­dził w duchu z nutką satys­fak­cji. Niech sobie poczeka. Kon­tro­le­rowi Geo­rge’owi Gor­do­nowi prze­cież nie pod­sko­czy. Swoją drogą mają Bry­tole par­cie na pęcherz, skoro chcą się nara­dzać na dwa dni przed świę­tami.

Touareg z faso­nem zaje­chał pod samo wej­ście do hotelu. Kon­rad wysiadł bez pośpie­chu. Boy w gru­bych oku­la­rach, gra­na­to­wym sur­du­cie i okrą­głej czapce ze zło­tym napi­sem nasu­nię­tej na oczy zasa­lu­to­wał mu prze­pi­sowo i wszedł do środka, spraw­dza­jąc się wyjąt­kowo pry­mi­tyw­nie.

Mar­cin aż otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia.

Kurde! – pomy­ślał. Nie odzwy­czai się nawet w domu. Ale żeby spraw­dzać się tak nie­ele­gancko, wła­ści­wie po cham­sku? No nieee…

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie – uda­jąc zadyszkę, Kon­rad rzu­cił gromko do Gor­dona, który sie­dział w kawiarni i prze­glą­dał gazetę.

Anglik odwró­cił się gwał­tow­nie, a wraz z nim jesz­cze kilka osób. Fakt, że bry­tyj­ski ofi­cer wywiadu sie­dzi tyłem do wej­ścia, był aż nadto wymowny i Kon­rad od razu zro­zu­miał, co Gor­don chce mu w ten spo­sób zako­mu­ni­ko­wać, ale jakoś się nie prze­jął.

– Ależ dro­biazg… – Geo­rge uśmiech­nął się i osten­ta­cyj­nie spoj­rzał na zega­rek. Było dwa­dzie­ścia pięć po dzie­wią­tej. Wzru­szył ramio­nami. – Czas to poję­cie względne, w naszej pro­fe­sji szcze­gól­nie, choć może nie zawsze i nie dla wszyst­kich.

– To co, zabie­rzemy jesz­cze Guya z amba­sady? – zapy­tał Kon­rad, nawet nie pró­bu­jąc się tłu­ma­czyć ze spóź­nie­nia.

– Już czeka – odparł zja­dli­wie Gor­don.

Na zewnątrz przy samo­cho­dzie stał Mar­cin w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze. Na widok Kon­rada i Geo­rge’a bły­ska­wicz­nie otwo­rzył przed­nie i tylne drzwi, jakby w życiu nie robił nic innego.

– Sir! – rzu­cił tonem, jakim mógłby się zwró­cić do kró­lo­wej, zmru­żył oczy i w wier­no­pod­dań­czym geście wska­zał dło­nią wnę­trze samo­chodu. – Sze­fie! – dodał zaraz w stronę Kon­rada, opu­ścił głowę jak aktor w ocze­ki­wa­niu na brawa publicz­no­ści i wciąż trzy­ma­jąc rękę na klamce tyl­nych drzwi, zakoń­czył wznio­śle: – Pano­wie!

Geo­rge i Kon­rad spoj­rzeli po sobie zdzi­wieni i jak zahip­no­ty­zo­wani zajęli wska­zane przez Mar­cina miej­sca. Anglik z tyłu, Wol­ski z przodu, cho­ciaż zamie­rzali usiąść razem, żeby poroz­ma­wiać w dro­dze.

Jin­gle bells, jin­gle bells, jin­gle all the way… – roz­legł się w samo­cho­dzie miękki głos Franka Sina­try i Kon­ra­dowi zro­biło się tro­chę lepiej. Nim pio­senka dobie­gła końca, Mar­cin skrę­cił już ze Szwo­le­że­rów w Kawa­le­rii i zaje­chał pod amba­sadę bry­tyj­ską, gdzie na kra­węż­niku prze­stę­po­wał z nogi na nogę zsi­niały z zimna Guy Peter­son, nie­spełna trzy­dzie­sto­letni łącz­nik MI6 w War­sza­wie.

Wsko­czył do samo­chodu, usiadł obok Gor­dona i potęż­nie pocią­gnął zapcha­nym nosem, aż wszy­scy spoj­rzeli na niego z nie­sma­kiem.

– Co z tobą, Guy? – ode­zwał się Mar­cin po angiel­sku. – Tyle czasu jesteś w War­sza­wie i nie wiesz, jak się ubrać? Coś ty wło­żył na sie­bie? Sur­du­cik jakiś?

– Długo cze­ka­łem – odparł nie­pew­nie Anglik i zaczął szu­kać cze­goś w kie­sze­niach.

– Trzeba było się scho­wać. Zasmar­kany lord – zamru­czał Mar­cin cicho, ale nie na tyle, żeby Kon­rad go nie dosły­szał.

– Nie pozwa­laj sobie! To sojusz­nik… nawet jeśli jest zasmar­kany – odparł rów­nie cicho. – I praw­dziwy młody lord. Nie ma wielu takich w War­sza­wie. – Mimo­wol­nie udzie­lił mu się iro­niczny nastrój Mar­cina.

– Niech szef tylko na niego popa­trzy! – Mar­cin nie dawał za wygraną. – Mieszka w zamku w Szko­cji, a tu cho­dzi obsmar­kany… cho­ciaż to fajny kum­pel… jak jest zdrowy, oczy­wi­ście.

Z tyl­nego sie­dze­nia dole­ciał ich odgłos czysz­czo­nego solid­nie nosa i trwał z małymi prze­rwami aż do końca jazdy, unie­moż­li­wia­jąc jaką­kol­wiek wymianę zdań we wnę­trzu samo­chodu.

Na Miło­będz­kiej cze­kał już przy wej­ściu kie­row­nik gabi­netu szefa. Wszy­scy razem wje­chali szybką windą na siódme pię­tro i udali się wprost do sali kon­fe­ren­cyj­nej, która z uwagi na brak okien, słabą wen­ty­la­cję, pół­mrok i śmier­tel­nie poważne tematy, jakie zwy­kle w niej oma­wiano, zwana była kryptą Fara­daya.

Zanim weszli do środka, wszy­scy zde­po­no­wali w szafce swoje tele­fony komór­kowe i zegarki.

Szef jako gospo­darz spo­tka­nia pierw­szy powi­tał Geo­rge’a Gor­dona, obej­mu­jąc go nie­zdar­nie za ramiona, co przy dzie­lą­cej ich róż­nicy wzro­stu doda­wało sce­nie komi­zmu, a zaraz potem, znacz­nie mniej wylew­nie, podał rękę Peter­so­nowi, cho­ciaż młody Anglik był wyżej noto­wany w szla­chec­kiej hie­rar­chii niż Gor­don. W prze­ciw­le­głym rogu skrom­nie ocze­ki­wała Magda Arendt, naczel­nik Wydziału Roz­po­zna­nia Ope­ra­cyj­nego, oraz jej zastępca, świeży trans­fer szefa z ABW.

Gdyby nie miły zapach kawy, którą z ser­cem zapa­rzyła Mał­go­sia, atmos­fera byłaby taka, jaka zwy­kle panuje w kryp­cie. Tym bar­dziej że spo­tka­nie roz­po­częło się z ponad­pół­go­dzin­nym opóź­nie­niem.

Przez chwilę trwały jesz­cze powi­ta­nia i uści­ski, uśmie­chy i pokle­py­wa­nia, po czym wszy­scy usie­dli, gdzie kto chciał, a miejsc do wyboru było dwa­dzie­ścia. Jedy­nie szef Agen­cji zasiadł na miej­scu prze­zna­czo­nym dla mistrza cere­mo­nii, w czar­nym skó­rza­nym fotelu z wyso­kim opar­ciem.

Kie­row­nik gabi­netu pospiesz­nie zamknął drzwi, spraw­nie roz­lał wszyst­kim kawę, z wyjąt­kiem szefa, który pił tylko her­batę jabł­kową, i jed­nym ude­rze­niem w kla­wisz Enter włą­czył kom­pu­ter. Na ścia­nie roz­ja­śnił się ekran.

Na początku szef wygło­sił ofi­cjalną w takich sytu­acjach for­mułkę powi­talną, mało fine­zyjną i tro­chę drę­twą, ale w jego stylu, po czym zale­gło mil­cze­nie. Gor­don przez chwilę prze­glą­dał notatki i cicho o coś pytał Peter­sona, który odpo­wia­dał mu uśmie­chami i ski­nie­niami, a następ­nie wska­zał pal­cem leżący przed nim doku­ment i znów pokrę­cił głową. Na koniec pocią­gnął nosem z nieco więk­szą sub­tel­no­ścią niż w samo­cho­dzie i popra­wił się ele­gancko na krze­śle.

Na wprost wej­ścia sie­dział szef Agen­cji, obok kie­row­nik jego gabi­netu, Gor­don i Peter­son po prze­ciw­nej stro­nie, Kon­rad i Mar­cin po lewej, a Magda z zastępcą z pra­wej strony. Nisko zawie­szone reflek­tory punk­towe rzu­cały silne świa­tło na blat stołu, kła­dąc mocne pół­cie­nie na twa­rze zebra­nych i zaciem­nia­jąc wszystko, co było za nimi. Mógłby ktoś pomy­śleć, że to sabat jakiejś sekty, która za chwilę zacznie radzić nad przy­szło­ścią ludz­ko­ści, roz­sy­pu­jąc runy na środku stołu i recy­tu­jąc tajemne zaklę­cia.

Ten cudowny kicz prze­rwał Geo­rge Gor­don, swoim zim­nym mato­wym gło­sem pyta­jąc, czy może roz­po­czy­nać.

Szef odpo­wie­dział mu głę­bo­kim, peł­nym sza­cunku ski­nie­niem głowy, maje­sta­tycz­nie uno­sząc dłoń. Istny August z Prima Porta – pomy­ślał Kon­rad.

– Jak rozu­miem, nasze spo­tka­nie jest reje­stro­wane? – zapy­tał Gor­don.

– Oczy­wi­ście! – odparł kie­row­nik gabi­netu.

– Będziemy też reje­stro­wać na swój nośnik – oznaj­mił Gor­don i dał znak Peter­so­nowi, który wyjął z teczki dyk­ta­fon i poło­żył go na środku stołu.

Mógł­byś przy­naj­mniej popro­sić o zgodę, co, Geo­rge? – pomy­ślał Kon­rad i spoj­rzał na Magdę. Na jej twa­rzy było wypi­sane dokład­nie to samo pyta­nie.

– Panie gene­rale – zwró­cił się Gor­don do szefa Agen­cji – sprawa, o któ­rej chcemy roz­ma­wiać, doty­czy szcze­gól­nie wraż­li­wego tematu…

Uuuu… coś się dzieje! Gadaj, z czym przy­je­cha­łeś, Bry­tolu.

– Tak, wiemy.

– Nie wszystko. W ciągu ostat­nich dwóch dni sytu­acja ule­gła zde­cy­do­wa­nej zmia­nie… Zmia­nie na gor­sze! – Ton Gor­dona stał się twardy, tak by nikt nie mógł wąt­pić w to, co zaraz usły­szy.

– To zna­czy? – zapy­tał szef.

– To będzie infor­ma­cja wyłącz­nie dla osób mają­cych dostęp do cosmic top secret.

W kryp­cie zapa­dła cisza.

– Aaaau­uueee… – Szef wydał z sie­bie cichy nie­okre­ślony dźwięk ozna­cza­jący głę­bo­kie zasko­cze­nie i koniecz­ność pod­ję­cia decy­zji.

– CTS… – wtrą­cił Kon­rad. – Naj­wyż­szy sto­pień taj­no­ści NATO.

– Prze­cież wiem – odparł szef pode­ner­wo­wany.

– Zna­czy, że zostać mogą tylko ci, któ­rzy mają naj­wyż­szy natow­ski sto­pień poświad­cze­nia bez­pie­czeń­stwa…

– Oczy­wi­ście, tak, wszystko jasne.

– Doty­czy broni ato­mo­wej – dorzu­cił jesz­cze Kon­rad.

– Kto nie ma dostępu, pro­szony jest o opusz­cze­nie pomiesz­cze­nia – zarzą­dził szef.

Pierw­szy pod­niósł się zastępca Magdy, a po nim kie­row­nik gabi­netu szefa. Mar­cin wciąż sie­dział obok Kon­rada, nie­po­ru­szony, jakby go to nie doty­czyło. Dostęp do CTS miało w Agen­cji tylko kilka osób i na pewno nie było wśród nich Mar­cina. Nawet Sara nie była upo­waż­niona do takich tajem­nic.

– No! Co jest? – Kon­rad trą­cił go kola­nem.

– A co, sze­fie? – Mar­cin uda­wał nie­zo­rien­to­wa­nego.

– Wypa­daj!

– No kur­czę! – Ści­szył głos. – I tak beze mnie szef z tymi tajem­ni­cami nic nie zrobi. Ja to ja… nie? – Pod­niósł się ocię­żale. – Zresztą czuć na kilo­metr, o co biega Angli­kom. Jak­bym ich nie znał… przy­szli po pomoc, jak zawsze. Taka mi CTS taj­nota…

– Pospiesz się.

W sali zostało pięć osób, Szef roz­po­czął pro­ce­durę zatwier­dze­nia taj­no­ści spo­tka­nia.

– Jest dwu­dzie­sty trzeci grud­nia dwa tysiące trzy­na­stego roku, godzina dzie­siąta dwa­dzie­ścia trzy, sie­dziba Agen­cji Wywiadu RP – mówił gło­śno i wyraź­nie. – W spo­tka­niu uczest­ni­czą: ze strony MI6 Geo­rge Gor­don i Guy Peter­son, ze strony pol­skiej szef Agen­cji i… – Spoj­rzał na lewo.

– Magda Arendt, poświad­cze­nie bez­pie­czeń­stwa do poziomu CTS numer trzy dwa jeden jeden sie­dem sześć zero pięć cztery cztery, seria KD – wyre­cy­to­wała z pamięci.

– Kon­rad Wol­ski, poświad­cze­nie bez­pie­czeń­stwa do poziomu CTS… – Zaczął szu­kać cze­goś w kie­sze­niach i po chwili wyjął pla­sti­kową kartę, z któ­rej odczy­tał: – Trzy cztery jeden osiem dwa dwa pięć cztery zero zero cztery, seria ZZ.

– No to co? – rzu­cił szef. – Możemy, Gor­don?

– Oczy­wi­ście, panie gene­rale. – Anglik popa­trzył w notatki. – Pod koniec lutego zbiera się w Bruk­seli Grupa Pla­no­wa­nia Nukle­ar­nego NATO. Zamie­rzamy przed­sta­wić wów­czas infor­ma­cje, które jeśli się potwier­dzą, mogą… – zawie­sił na moment głos – mogą dopro­wa­dzić do… nie waham się użyć tego słowa… do wojny, w naj­gor­szym wypadku. Tym razem, pano­wie… i pani – spoj­rzał na Magdę – sprawa jest bar­dzo poważna i nie mamy zbyt wiele czasu. Wkrótce roz­pocz­niemy kon­sul­ta­cje z part­ne­rami NATO, ale wcze­śniej chcie­li­by­śmy poroz­ma­wiać z wami. O naszym dzi­siej­szym spo­tka­niu poin­for­mo­wany jest pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii John Colo­nel i jak rozu­miem, pan, gene­rale, poin­for­muje póź­niej pre­miera Pol­ski.

Mówił zwy­czaj­nie, spo­koj­nie, bez widocz­nej emo­cji. Pew­nie takim samym tonem lokaj powia­do­mił Cham­ber­la­ina o napa­ści Hitlera na Pol­skę. „Sir, niech się pan obu­dzi! Wła­śnie Niemcy naje­chali Pol­skę. Czy podać szkla­neczkę, sir?” „Tak, Geo­rge, ale naj­pierw umyję zęby”. Geo­rge Gor­don był prze­cież Kon­tro­le­rem MI6, jed­nej z naj­lep­szych służb wywia­dow­czych świata, i jedno słowo, które padło z jego ust – „wojna” – wystar­czyło, by Kon­rad poża­ło­wał swo­jej wcze­śniej­szej małost­ko­wo­ści i spóź­nie­nia.

Wojna i miłość to dwie różne rze­czy. Pomy­ślał o Sarze. Wszystko wyda­wało się teraz takie nierze­czywiste, Polacy, Anglicy i Grupa Pla­no­wa­nia Nukle­ar­nego, jakby to już kie­dyś było. Patrzył na Gor­dona i zasta­na­wiał się przez moment, czy nie powi­nien się już zwol­nić ze służby i zostać w domu na ulicy Wil­czy Dół. Niech Bond, James Bond, sam ratuje świat. Ma doświad­cze­nie i swoją wierną publicz­ność.

3

„Reak­tor” huczał, mru­czał, wyda­wał nie­zwy­kłe dźwięki podobne do zgiełku ula na wio­snę albo sta­dionu przed meczem. Brzmiał jak wielka orkie­stra, która stroi instru­menty przed spek­ta­klem. W końcu wszyst­kie tony zaczęły się spla­tać w jeden kosmiczny szum, który to pod­no­sił się, to opa­dał, chwi­lami zani­kał, by zaraz powró­cić z nową siłą i nowym brzmie­niem. Tę muzykę prze­peł­niało jakieś magiczne napię­cie, które zawsze dogłęb­nie poru­sza wraż­li­wych słu­cha­czy. Wia­domo już było, że zaraz coś się zacznie, coś nie­zwy­kłego, coś bar­dzo waż­nego.

Za chwilę miał się roz­po­cząć wielki mię­dzy­na­ro­dowy haka­ton, ostatni tego roku, orga­ni­zo­wany w sztok­holm­skim Kró­lew­skim Insty­tu­cie Tech­no­lo­gicz­nym przez Antona Pete­riusa, zna­nego lepiej jako Anton Młot.

Pra­wie dwu­stu hake­rów i geeków zgro­ma­dzo­nych w sztolni po daw­nym reak­to­rze ato­mo­wym cze­kało na sygnał do ataku. Ich pod­nie­cone głosy odbi­jały się od gra­ni­to­wych skał i potę­go­wały wra­że­nie, jakby było ich sto razy wię­cej, doda­jąc wszyst­kim bojo­wego ani­mu­szu i deter­mi­na­cji.

„Reak­tor”, zwany potocz­nie R1, był świą­ty­nią hake­rów z całego świata i żył teraz wła­snym życiem. Przed laty naukowcy zain­spi­ro­wani mocą atomu pro­wa­dzili w tym miej­scu bada­nia. Dzi­siaj to wir­tu­alny świat cyber­prze­strzeni był tym, co decy­duje o losach ludz­ko­ści i co może ją znisz­czyć rów­nie dotkli­wie jak bomba ato­mowa.

Anton Młot miał trzy­dzie­ści pięć lat, był dok­to­ran­tem i szarą emi­nen­cją uczelni, ojcem wszyst­kich hake­rów i guru geeków. Znał każ­dego na KTH i każdy znał jego. Był też taj­nym funk­cjo­na­riu­szem FRA, jed­nak o tym na uczelni nie wie­dział pra­wie nikt.

Insty­tut należy do naj­lep­szych uczelni na świe­cie, jest więc dumą Szwe­cji i kuź­nią kadr dla nauki i prze­my­słu. Przy Valhallavägen powstają naj­no­wo­cze­śniej­sze tech­no­lo­gie, które wzbu­dzają zazdrość wielu państw, a to jest wystar­cza­jący powód, by był rów­nież wysoko noto­wany na liście celów szpie­gów.

Szwedz­kie wła­dze dosko­nale o tym wie­działy i Młot był jed­nym z tych, któ­rzy pil­no­wali, żeby do skarbca wie­dzy KTH nie dobrał się nikt nie­upraw­niony. Robił to dobrze i kilka chiń­skich, rosyj­skich, irań­skich i izra­el­skich prób wdar­cia się do sejfu uczelni przez cyber­mur skoń­czyło się nie­po­wo­dze­niem.

– Pro­szę pań­stwa! – roz­legł się głos Antona wzmoc­niony gło­śni­kami i odbił z pogło­sem od gra­ni­to­wych skał. – Pro­szę o ciszę! Zaczy­namy! Syjon wita swo­ich obroń­ców.

Anton, w zie­lo­nym swe­trze od Har­riet zro­bio­nym ści­słym ście­giem fran­cu­skim, w wypcha­nych na kola­nach spodniach Dylan Cord i tyta­no­wych oku­la­rach Sil­ho­uette, roz­czo­chrany, uśmiech­nięty, roz­luź­niony, pewny sie­bie, z wiel­kim mikro­fo­nem w dłoni, wyglą­dał dokład­nie tak, jak powi­nien wyglą­dać ktoś, kto gotów jest popro­wa­dzić wier­nych na drugą stronę rzeki marzeń. Stał na pod­wyż­sze­niu, góru­jąc o dobry metr nad tłu­mem, który na dźwięk jego głosu zamilkł jak zacza­ro­wany.

– Jest teraz… – Anton spoj­rzał na zega­rek – za pięt­na­ście dwu­dzie­sta trze­cia. Za moment rusza nasz ostatni w tym roku wielki haka­ton. – Prze­rwał na chwilę i krzyk­nął z lek­kim zaśpie­wem: – Witam was wszyst­kich! Ura­aaaa…

– Ura­aaaa… – odpo­wie­działo mu prze­cią­gle pra­wie dwu­stu hake­rów, jakby stali w szyku na placu Czer­wo­nym, i można było odnieść wra­że­nie, że zako­ły­sały się wiszące nad nimi prze­my­słowe haki i łań­cu­chy.

– Jak wszy­scy wie­cie, tema­tem naszego ostat­niego w tym roku wyścigu jest… – Anton zaczy­nał swój show – jak wy-sadzić o-bronę ban-ku na-rodo­wego i ze-mścić się sie-kierą na ban-koma­cie – wypo­wia­dał poszcze­gólne słowa, akcen­tu­jąc teatral­nie każdą pierw­szą sylabę. – Szcze­góły i zasady haka­tonu są takie same jak zawsze i może­cie je sobie przy­po­mnieć… Jeśli ktoś chce je omi­nąć, to o spo­so­bach ich omi­nię­cia może prze­czy­tać na naszej stro­nie.

– Anton! – krzyk­nął ktoś z głębi sali. – Wysadźmy Fed! Dla dobra ludz­ko­ści!

– Chcesz, żeby bied­nym ludziom zostało tylko euro, juan i rubel? – odpo­wie­dział mu inny głos.

– Okej, okej! – uspo­koił ich Anton. – My tu, w tym zim­nym kraju, mamy korony szwedz­kie i niech nikt nie pró­buje przy­pad­kiem eks­pe­ry­men­to­wać na Riks­banku, bo nie będzie kasy na następny haka­ton. Dobra… teraz jak zawsze przed­sta­wię zespoły. Brawa! Brawa! Dla boha­te­rów, kani­bali i roz­bit­ków…

W sali roz­le­gło się zgodne kla­ska­nie. Anton ude­rzał rękami nad głową, a wielki mikro­fon trzy­mał mię­dzy nogami, co wzbu­dzało dodat­kową weso­łość. Gdy wrzawa nieco się wyci­szyła, roz­po­czął pre­zen­ta­cję zespo­łów.

– Witamy gości zakonu od lewej do pra­wej… – Wska­zał ręką. – Powi­taj­cie gromko Kościół Świę­tego Steve’a z Lon­dynu… – Roz­le­gły się brawa. – Powi­taj­cie Wyznaw­ców Wie­leb­nego Juliena z Oslo… – Brawa wciąż trwały. – Powi­taj­cie Bia­łych Rasi­stów z Ala­bamy i Czar­nych Rasi­stów z Pre­to­rii… – Okla­ski zaczęły się nasi­lać. – Powi­taj­cie Chiń­ski Wywiad w Prze­bra­niu Tybe­tań­skich Mni­chów i Rosyj­ski w Czer­kie­skach… – Po sali prze­szedł śmiech, a okla­ski jesz­cze się wzmo­gły. – Czy w tym roku znowu nie ma nikogo z Lan­gley?

– Ja jestem! – ode­zwał się chło­pak z pierw­szego rzędu.

– Za stary jesteś! – Anton mach­nął ręką. – Nie ma? No… to ja znowu będę? Trudno.

– Za młody jesteś, Anton – rzu­cił ktoś z boku i został nagro­dzony śmie­chem.

– W porzą­dalu! Jeśli kogoś nie wymie­ni­łem… to teraz na wszelki wypa­dek, żeby nikogo nie pomi­nąć, witam wszyst­kich hake­rów, geeków, świ­rów, szpie­gów, ter­ro­ry­stów, odszcze­pień­ców, trans­we­sty­tów oraz innych popa­prań­ców, a naj­cie­plej wśród nich szpie­gów naszego kocha­nego rek­tora Hansa Erics­sona – cią­gnął powoli Anton, wszy­scy jed­nak dosko­nale wie­dzieli, że nie ma żad­nych zespo­łów haker­skich, a każdy kom­pu­ter pra­cuje tylko na sie­bie, i to za darmo. – Club-mate, kawa z podwójną kofe­iną, cola eks­tra strong i inne afro­dy­zjaki są do waszej dys­po­zy­cji. – Spoj­rzał na zega­rek. – Kanapki i zupa w bie­żą­cej dosta­wie… Sauna tam gdzie zawsze i… uwaga! Nowość w tym roku! Ogród zimowy na zapisy.

Okla­ski zaczęły już wyga­sać i dało się wyczuć wyraźne roz­luź­nie­nie.

Anton spoj­rzał po sali i zauwa­żył, że zebrani stoją wpa­trzeni w niego, ocze­ku­jąc naj­wy­raź­niej sygnału do roz­po­czę­cia wyścigu. Zda­wało mu się, że wszyst­kie twa­rze, roz­ba­wione, wesołe, z wyra­zem nie­cier­pli­wo­ści, a cza­sem i zacie­trze­wie­nia, są do sie­bie podobne. Tylko jedna, gdzieś z pra­wej strony, wyglą­dała zupeł­nie ina­czej.

Twarz smutna i… zna­joma. Po chwili dopiero zdał sobie sprawę, że to Har­riet Ber­ghen.

– Do boju! Dwu­dzie­sta trze­cia! – rzu­cił nieco spe­szony i zanie­po­ko­jony spoj­rze­niem, które go dosię­gło. – Bijemy się do ponie­działku… do ósmej rano… – Nie zdą­żył dokoń­czyć, bo po sali prze­szedł pomruk i wszy­scy zaczęli się roz­cho­dzić, jakby już opa­dła kur­tyna, a on nie zdą­żył jesz­cze skoń­czyć swo­jej roli, i zamru­czał ni stąd, ni zowąd: – Wycho­dzą, uno­sząc zwłoki, po czym huk dział sły­szeć się daje. – I zszedł z pod­wyż­sze­nia.

– Co robimy z sek­cją trze­cią? Stru­mień wciąż jest słaby – zagad­nął go jakiś wyraź­nie zanie­po­ko­jony młody czło­wiek z przy­piętą tabliczką z napi­sem „Jörg”.

– Poga­daj z Tor­ste­nem, on w tym sie­dzi. Powi­nien być teraz u sie­bie – rzu­cił Anton, nawet nie spoj­rzaw­szy na roz­mówcę, i prze­ci­ska­jąc się mię­dzy ludźmi pokle­pu­ją­cymi go po ramio­nach i ple­cach, ruszył zde­cy­do­wa­nie w kie­runku Har­riet.

– Co się stało? – zapy­tał natych­miast po puss och kram. – Co się dzieje, śliczna Afro­dyto? Nim­fetko prze­słodka…

– Możemy poroz­ma­wiać?

Już wcze­śniej zauwa­żył, że Har­riet jest w dziw­nym nastroju, ale dopiero gdy wypo­wie­działa te dwa słowa, zoba­czył, jak bar­dzo zły to nastrój.

– Chodź, pój­dziemy do mnie, tu nie ma warun­ków. – Objął ją ramie­niem i zaczęli się prze­py­chać do rogu sali, gdzie miał swoje małe biuro.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi i znikł męczący gwar gra­ni­to­wej sztolni, pokój wypeł­niła gęsta cisza. Zro­biło się zbyt cicho jak na prze­ra­żone oczy Har­riet i Anton poczuł nie­po­kój.

Wziął od niej kurtkę, powie­sił i usie­dli w sta­rych skó­rza­nych fote­lach. Przez kil­ka­na­ście sekund Har­riet krą­żyła bez­ład­nie wzro­kiem po pomiesz­cze­niu i z wysił­kiem prze­pla­tała sine palce, jakby się nad nimi znę­cała. Przy­szła bez torby, bez torebki, z pustymi rękami. To nie­zwy­kłe, pomy­ślał Anton. Jakby przed czymś ucie­kała.

To nie była jego Afro­dyta try­ska­jąca kobiecą mocą, peł­nią mitycz­nych fero­mo­nów i antycz­nego seksu. W wytar­tym fotelu z lat pięć­dzie­sią­tych nie sie­działa nie­złomna Tri­nity, tylko prze­stra­szona pie­go­wata dziew­czynka w gru­bych oku­la­rach, która przy­szła po pomoc. Anton był tego pewny i wie­dział, że musi zacząć pierw­szy, deli­kat­nie.

– Hasan? Tak? – Pyta­nie na moment zawi­sło w ciszy. – Boże, co się stało, Har­riet? Mów! – roz­ka­zał, bo wie­dział prze­cież, że przy­szła pro­sić o pomoc, a on musi się nią zaopie­ko­wać.

– Popro­sił mnie dzi­siaj do sie­bie Her­mans­son… a wła­ści­wie to poszli­śmy na kawę do bufetu. Było już późno… – Har­riet spoj­rzała na zega­rek. – Gdzieś koło wpół do ósmej. Koń­czy­łam pewien pro­jekt…

– Do rze­czy, Har­riet – pona­glił Anton znie­cier­pli­wiony.

– Her­mans­son powie­dział mi tylko, że Hasan nie odzywa się od ponad dwóch tygo­dni i w wywia­dzie, zna­czy KSI, nie wie­dzą, co się z nim dzieje. – Ści­szyła głos i dorzu­ciła: – Nie daje żad­nego znaku życia.

– Prze­cież musiał mieć alter­na­tywną łącz­ność…

– Nic wię­cej nie wiem! – wtrą­ciła gło­śniej, wyraź­nie zde­ner­wo­wana.

– Musiał mieć bikon sate­li­tarny i tele­fon bez­pie­czeń­stwa… nie mówiąc już o sieci. – Anton z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową. – Prze­cież to pod­stawy ope­ra­tywy… – Zaci­snął usta i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. – Nie­moż­liwe, żeby wszystko naraz zawio­dło. Nooo… kurwa, nie­moż­liwe! – wyrzu­cił z sie­bie w końcu. – Prze­cież to my zro­bi­li­śmy te sys­temy dla KSI. Chyba że…

– Anton? – Pod­nio­sła wzrok. – Anton, co jest grane? Ty coś wiesz?

– Uff… – wes­tchnął głę­boko i od razu było dla niej jasne, że wie.

– To dla­tego przed jego wyjaz­dem chcie­li­ście się jesz­cze spo­tkać? Tak? Ty w tym jesteś? – Har­riet patrzyła na Antona, który zer­kał jak nie­letni zło­dzie­ja­szek, i poczuła się oszu­kana, skrzyw­dzona, zra­niona.

Znała Antona od lat i zawsze był jej naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem, a Hasan jej męż­czy­zną na całe życie. Wyda­wało się, że po spra­wie Safira as-Salama ich zwią­zek sce­men­to­wało wszystko to, co naj­lep­sze mię­dzy ludźmi – prawda, przy­jaźń, wier­ność, zaufa­nie i miłość. A tu nagle oka­zuje się, że tak nie jest i ni­gdy nie było, a ona nie uczest­ni­czy w tym związku, tylko stoi z boku, na innych pra­wach, jak mniej war­to­ściowa część.

Anton coś mówił, ale jego głos był obcy i nie­zro­zu­miały. Har­riet czuła, jak zie­mia faluje jej miękko pod nogami, a w środku wzbiera jakaś potężna siła, która za chwilę się uwolni i roze­rwie jej gar­dło. Powstrzy­my­wała się reszt­kami sił, pozwa­la­jąc sobie tylko na łzy dające chwi­lowe uko­je­nie.

Ten wypa­dek auto­bu­sowy… wtedy… kiedy wra­cali od Antona, w przed­dzień wyjazdu Hasana do Iranu, pomy­ślała przez moment. Pod­pro­gowa kata­stro­ficzna kabała?

– Har­riet, uspo­kój się. Nie płacz – dotarł do niej głos Antona, który wstał z fotela i przy­klęk­nąw­szy, objął ją ramio­nami. – Wiem, co czu­jesz. Wasza miłość i nasza przy­jaźń jest inna, nie jest taka sama jak u wszyst­kich nor­mal­nych ludzi. Jak­kol­wiek paskud­nie by to zabrzmiało. Żeby mogła prze­trwać, trzeba być wytrzy­ma­łym i zro­zu­mieć, że prawda nie zawsze jest naj­lep­szym roz­wią­za­niem…

– Nie pieprz! – Har­riet powoli odzy­ski­wała pew­ność sie­bie. – Wie­dzia­łeś od początku, po co on tam jedzie. Wie­dzie­li­ście obaj, że to nie­bez­pieczne…

– Taki zawód szpiega.

– Ale dla­czego nic mi nie powie­dzie­li­ście? Uwa­żasz, że kto ja jestem?

– Takie zasady. Wola­ła­byś wie­dzieć?

– Oczy­wi­ście! – odparła pew­nym sie­bie tonem, wycie­ra­jąc nos, ale wcale nie była prze­ko­nana, że chcia­łaby to wie­dzieć.

Prze­grza­łam czy co? – pomy­ślała. Bab­skie fobie! Cho­lera jasna. Ale faceci i tak są popie­przeni…

– To bar­dzo poważna sprawa i myślę, że nie­bez­pieczna, co pewno spe­cjal­nie cię nie pocie­szy – zaczął Anton sztywno, bo ni­gdy sobie nie radził z kobie­cymi łzami. Z powro­tem usiadł na fotelu. – Nie licz, Afro­dyto, że zła­miesz mnie łzami i dowiesz się szcze­gó­łów. Nie wyko­rzy­stuj swo­jej prze­wagi…

– Nie marudź! Mów, co możesz. – Wydmu­chała do końca nos i z odle­gło­ści dwóch metrów tra­fiła białą kulką do kosza.

Dobry znak! Atena i Apollo widać czu­wają – pomy­ślała i zro­biło jej się tro­chę lepiej.

– No dobrze – zaczął. – Od pew­nego czasu pro­wa­dzi­li­śmy tu, na KTH, we współ­pracy z KSI i Säpo, pewną ope­ra­cję… z nada­nia zaprzy­jaź­nio­nej służby… no i Hasan poje­chał do Iranu w związku z tą sprawą…

– To dla­tego prze­szedł do KSI? Ale co to za sprawa? – zapy­tała bez prze­ko­na­nia i rów­no­cze­śnie w jego kie­szeni ode­zwał się tele­fon.

– Tak, dla­tego – odparł Anton, nim ode­brał.

Rze­czy­wi­ście, teraz sobie przy­po­mniała, Hasan jakiś czas temu jej mówił, że z uwagi na zna­jo­mość farsi i arab­skiego robi pewne sprawy dla KSI. Cho­ciaż znał jesz­cze rosyj­ski i kilka innych języ­ków, to jed­nak jako powód przej­ścia wymie­nił wła­śnie tamte dwa. Nie sko­ja­rzyła wów­czas, że może cho­dzić o pracę wywia­dow­czą w Ira­nie. Myślała naiw­nie, że ma to pole­gać na tłu­ma­cze­niu albo innej pomocy języ­ko­wej. Jakby zapo­mniała, że KSI to ope­ra­cyjny wywiad agen­tu­ralny. Teraz było już jasne, dla­czego to wła­śnie on poje­chał do Iranu.

Tępa, głu­pia zako­chana gęś – pomy­ślała o sobie.

– Tak… tak… – Anton trzy­mał słu­chawkę lewą ręką, a prawą szu­kał cze­goś w kie­sze­niach. – Nie… nie mam – odparł nie­pew­nie. – Cze­kaj! Spraw­dzę jesz­cze w szafce… – Wstał i pod­szedł do rogu pokoju, gdzie stał zie­lony bufet, i przez chwilę przy czymś mani­pu­lo­wał. – Mam – dodał po chwili poszu­ki­wań. – Posłu­chaj, Lasse… Jestem teraz zajęty… Lasse! Przyjdź do mnie, to ci dam. – Pokrę­cił głową, jakby się cze­muś dzi­wił, i spoj­rzał ze skru­chą na Har­riet. – Obyś się nie mylił! Dobrze. Zaraz tam przyjdę. Cze­kaj na mnie!

– Dokąd idziesz? – zapy­tała pode­ner­wo­wa­nym tonem.

– Zaraz wrócę… nic takiego… – odparł spo­koj­nie. – Lasse nie może się dostać do naszego maga­zynu na górze. Jego karta magne­tyczna nie działa. Dziwne tro­chę. – Anton poka­zał nie­bie­ską pla­sti­kową kartę. – Będę za pięć minut. Cze­kaj. Jak wrócę, to coś ci powiem… może nie powi­nie­nem, ale… powiem. Nikomu jesz­cze tego nie mówi­łem. Pal to sześć! – Uśmiech­nął się nie­wy­raź­nie, zarzu­cił kurtkę na rękę i ruszył w kie­runku drzwi, ale po chwili się zatrzy­mał i z dło­nią na klamce dodał: – Bar­dzo mar­twię się o Hasana, ale coś mi teraz przy­szło do głowy… coś mi się przy­po­mniało… może wiem, dla­czego znik­nął. Ktoś tu nie gra czy­sto i czuję ich paluszki w tej spra­wie… – zawa­hał się. – CIA? Eee… chyba nie­moż­liwe! Pew­nie mi odwala. Ale gość zaczął nagle siać tak dziw­nymi sygna­łami… Uff… Nie uwie­rzy­ła­byś… – rzu­cił już zza progu i zamknął za sobą drzwi, zosta­wia­jąc w pokoju zasko­czoną Har­riet.

4

Była dzie­wiąta trzy­dzie­ści rano. Jagan nie spał już od pół godziny i stał nago w oknie swo­jego miesz­ka­nia na dzie­wią­tym pię­trze bloku przy ulicy Kra­sno­dar­skiej w dziel­nicy Lublino. Cze­kał, aż nad Ura­lem wznie­sie się czer­wona tar­cza słońca.

Jagan uwa­żał, że słońce, mimo iż jest cia­łem nie­bie­skim, to jed­nak jest też czę­ścią Fede­ra­cji Rosyj­skiej i cza­sami warto zło­żyć mu hołd. I cho­ciaż było poma­rań­czowe, on uwa­żał, że jest czer­wone, i trwał w tym prze­ko­na­niu, bo czer­wień jest bar­dziej rosyj­ska. W końcu nad żad­nym kra­jem nie świeci tyle czasu co nad naszym – uwa­żał – wystar­czy spoj­rzeć na mapę i zegar.

Nad Moskwą od dwóch tygo­dni zawisł potężny sybe­ryj­ski zimowy wyż i błę­kitne niebo wyglą­dało wyjąt­kowo pięk­nie. Zda­wało się, że jest wyma­lo­wane ultra­ma­ryną i wystar­czy pod­nieść rękę, by go dotknąć, urwać kawa­łek i spraw­dzić, że sma­kuje jak wyśmie­nite rosyj­skie lody.

Więc Jagan stał i cze­kał.

Żoł­nierz spec­nazu musi mieć jakieś zaję­cie, bo ina­czej ulega demo­ra­li­za­cji i wtedy łatwo go poko­nać, a to w przy­padku Jagana nie wcho­dziło w grę. I wcale nie miał na myśli ćwi­czeń, bo tych mu nie bra­ko­wało, tylko utrwa­la­nie w rosyj­skim czło­wieku rosyj­skiej duszy i rosyj­skiej wiary. Dla­tego rosyj­skie słońce było dobrym obiek­tem hołdu. Żadna Cer­kiew przy takiej potę­dze nie miała szans, nie mówiąc o bogach.

Od powrotu z okrop­nej Szwe­cji i śmierci dia­bel­skich Boga­je­wów Jagan cho­dził na ćwi­cze­nia do fit­ness klubu i utrwa­lał swoją wiarę w rosyj­skiego czło­wieka. Był w tym cza­sie z Galą dwa razy w kinie na jakichś fil­mach, spo­tkał się pięć razy ze swoją „piątką” na pię­ciu cmen­ta­rzach i wła­ści­wie mógłby powie­dzieć, że wszystko jest w porządku. Miał swój nóż, miał złoty pisto­let, na Kau­ka­zie ban­dy­tyzm osłabł na tyle, że nawet kana­łowi Ros­sija zaczy­nało bra­ko­wać tema­tów. Wyda­wać się mogło, że wystar­czy tylko wytrwale cze­kać na jakieś nowe zada­nie, które w takim kraju jak Rosja prę­dzej czy póź­niej powinno się poja­wić. W rze­czy­wi­sto­ści było zupeł­nie ina­czej.

Kau­kaz ni­gdy nie śpi, Kau­kaz tylko drze­mie, a to nie to samo – uwa­żał cał­kiem roz­trop­nie Jagan.

Już dawno prze­szła mu złość, że Boga­je­wo­wie padli od kul jakichś fiń­skich czy szwedz­kich ple­mień­ców, a nie z jego moc­nej, suro­wej rosyj­skiej ręki. A wszystko przez jakąś nadętą szwedzką poli­cjantkę, co nie chciała dać mu pisto­letu.

Wciąż jed­nak miał coś, co nada­wało głę­boki sens jego życiu i wzmac­niało wiarę w rosyj­skiego czło­wieka i słońce na hory­zon­cie.

Gdzieś tam, pew­nie na Kau­ka­zie, ukry­wała się wojow­ni­cza dia­blica Amina Boga­jewa i Jagan wie­dział, że dopóki jej nie dopad­nie, ojczy­zna nie zazna spo­koju, a on na pewno. Nikomu o swo­ich prze­my­śle­niach nie mówił, bo i tak nikt by tego nie zro­zu­miał. Tym bar­dziej że nikogo nie obcho­dziła ta dzika cze­czeń­ska dziwka, a faceci z Jasie­niewa wciąż powta­rzali, że mają waż­niej­sze sprawy do zała­twie­nia. Jedy­nie wyta­tu­owany smok na ple­cach drżał na samo brzmie­nie jej imie­nia, więc dla Jagana było jasne, że sprawę Aminy należy zała­twić.

Ludzie są głupi i nic nie rozu­mieją, powta­rzał ostat­nio coraz czę­ściej. Czer­wo­no­włosa Gala utwier­dzała go w tym prze­ko­na­niu i powta­rzała mu wie­lo­krot­nie, że nie tylko w pełni się z nim zga­dza, ale też uważa, że ta myśl jest wyjąt­kowo głę­boka w swo­jej mądro­ści i wymaga szcze­gól­nej uwagi wszyst­kich wąt­pią­cych. Głup­ców szcze­gól­nie – mówiła.

Sło­neczna poświata wze­szła już nad Rosją i za chwilę miała się poja­wić boska tar­cza, więc Jagan pomy­ślał, że czas zacząć się duchowo przy­go­to­wy­wać na jej powi­ta­nie.

– Jest minus dwa­dzie­ścia sie­dem – zdą­żył jesz­cze wymam­ro­tać, cho­ciaż ni­gdy nie trzy­mał ter­mo­me­tru w ręce.

Dokład­nie tyle, ile lubię naj­bar­dziej – pomy­ślał z przy­pły­wem zado­wo­le­nia i pocią­gnął wzro­kiem po dale­kim moskiew­skim kra­jo­bra­zie, nad któ­rym gdzie­nie­gdzie, nad komi­nami elek­tro­cie­płowni, widać było białe, waciane pió­ro­pu­sze.

Cie­pło jest teraz w rosyj­skich domach. Przy­jem­nie i bez­piecz­nie. Ale już czas do pracy, rodacy. Wsta­waj, strana ogrom­naja – prze­szło mu przez myśl. Aaaaa… Jelena Wajenga, jak ona ryk­nie! To jakby cała armia rosyj­ska dała głos, a świat przed nią klęk­nął. Eeee… dzi­siaj może lepiej będzie Wsta­waj­tie, ludi ruskije – zamru­czał jakby na próbę i spoj­rzał na odkryte nagie ciało Gali, która spała na brzu­chu, poka­zu­jąc wyta­tu­owaną na ple­cach żyrafę. Leżała ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, roz­rzu­co­nymi ramio­nami, prze­krzy­wiona lekko w prawo, więc nie było widać jej sko­liozy. Pew­nie dla­tego żyrafa się wypro­sto­wała – pomy­ślał.

No, nie jest to Jelena, praw­dziwa rosyj­ska kobieta… no, nie jest, a szkoda. Przyj­rzał się uważ­niej. Cie­kawe, Gala ni­gdy nie śpi na brzu­chu – zadu­mał się, splótł dło­nie na ple­cach, wygiął ręce do tyłu, aż zatrzesz­czały mu stawy, postał tak chwilę i w ocze­ki­wa­niu na wschód słońca wró­cił do roz­my­ślań o Ami­nie.

Naj­pierw poja­wił się wyraźny, pło­nący sło­neczny kawa­łek i Jagan wie­dział już, że dzi­siaj będzie wyjąt­kowo piękny dzień i że powi­nien go god­nie przy­wi­tać. Nabrał powie­trza w płuca aż do ostat­niego pęche­rzyka, roz­ło­żył ręce w chry­stu­so­wym geście, uniósł wysoko pod­bró­dek, jakby stał w parad­nym szyku na placu Czer­wo­nym, i wydał z sie­bie prze­raź­liwy gar­dłowy krzyk skła­da­jący się z mocno prze­cią­gnię­tych i powta­rza­nych samo­gło­sek a, e, u i naj­dłu­żej wytrzy­ma­nej samo­gło­ski iiiiiii. Smok na ple­cach zje­żył się i wyprę­żył dziko, zado­wo­lony z poran­nej modli­twy i dumny z kolej­nego dnia straży nad świętą Rusią, w bra­ter­skim uści­sku z nie­śmier­tel­nym Jaga­nem…

– Andriu­sza! – Gala prze­rwała jego okrzyk na samo­gło­sce e. – Andriu­sza! Na litość boską! Ochu­ja­łeś? Jest sobota! Zoba­czysz, że cię zamkną w domu waria­tów, a ja wię­cej nie zostanę na noc…

Urwała, bo w tym samym momen­cie ode­zwało się co naj­mniej pięć pię­ter w bloku, infor­mu­jąc kalo­ry­fe­ro­wym tele­gra­fem, iden­tycz­nym na całym świe­cie: „Ciiiii­sza, kurwa”, a za moment zza cien­kiej ściany jakiś ochry­pły męski głos cał­kiem wyraź­nie powtó­rzył tę frazę, akcen­tu­jąc mocno roz­cią­gniętą samo­gło­skę iiiii.

– Wsta­waj­tie, ludi ruskije – zamru­czał Jagan po swo­jemu z lekką zło­ścią i jak zbity pies wró­cił do łóżka. – Ludzie są głupi i nic nie rozu­mieją – stwier­dził z głę­bo­kim prze­ko­na­niem i wycią­gnął się obok Gali, zakła­da­jąc ręce pod głowę.

– Ależ oczy­wi­ście, Andriu­sza! – Pogła­dziła go deli­kat­nie po ogo­lo­nej na łyso gło­wie. – Oczy­wi­ście, że są głupi, tylko o tym nie wie­dzą, ale w taki spo­sób im tego nie wytłu­ma­czymy, staną się tylko jesz­cze głupsi, mój ty wojow­niku.

Pod­cią­gnęła się tro­chę wyżej, poło­żyła na nim swo­imi pier­siami à la Milla Jovo­vich i deli­kat­nie zaczęła cało­wać go po gło­wie, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, od lewej strony nad uchem i dalej w kie­runku czoła. Robiła to po raz pierw­szy, bo Jagan dopiero nie­dawno zde­cy­do­wał się na nowy wize­ru­nek, bez wło­sów.

Przy­jemne. Hm… chce mnie uspo­koić czy co? – pomy­ślał nie­pew­nie i zamknął oczy, ale wbrew temu, co pomy­ślał, poczuł, że smok sprę­żył się wyjąt­kowo mocno, jak jesz­cze ni­gdy wcze­śniej, więc nie miał wyj­ścia i podą­żył za jego wezwa­niem. Naj­pierw wes­tchnął głę­boko i zaraz potem wyszep­tał na wstrzy­ma­nym wde­chu: Uch żesz ty, Galuszka moja… – pro­sto w jej ucho, bo wła­śnie prze­miesz­czała się z poca­łun­kami do jego pra­wej skroni, którą miał bar­dziej wraż­liwą.

Rosyj­skie słońce wysu­nęło się już całe znad Uralu i zatrzy­mało w oknie pokoju na dzie­wią­tym pię­trze domu przy ulicy Kra­sno­dar­skiej, wypeł­nia­jąc wnę­trze inten­sywną czer­wie­nią, jak jakiś luk­su­sowy bur­del. Jagan i Gala, sple­ceni w miło­snym uści­sku, nawet tego nie zauwa­żyli, ale na pewno spodo­bałby im się ten obraz, cho­ciaż był nie­praw­dziwy. Gali pew­nie bar­dziej, prze­cież stu­dio­wała malar­stwo.

5

– Mamy poważne prze­słanki, by uznać, że ostat­nia pod­ziemna próbna eks­plo­zja ładunku ato­mo­wego w Korei Pół­noc­nej… w isto­cie – Gor­don wyraź­nie daw­ko­wał napię­cie – była tech­niczną próbą małego ładunku… ale nie kore­ań­skiego, tylko irań­skiego.

– Ta z szes­na­stego? – zapy­tał Kon­rad z nie­do­wie­rza­niem.

– Tak. Wła­śnie ta.

– No to ład­nie! Zna­czy, że mają już bombę? – sko­men­to­wał wia­do­mość szef. – Ale dla­czego w Korei? Prze­cież mogli u sie­bie…

– Przy­go­to­wa­nia do prób­nej eks­plo­zji w Ira­nie nie dałyby się ukryć przed Mosa­dem i ozna­cza­łoby to de facto natych­mia­stowe ude­rze­nie Izra­ela, a tak kon­tro­lo­wany prze­ciek agen­tu­ralny wkom­po­no­wuje się w ich stra­te­gię prze­cią­ga­nia sprawy, jak to robią dotąd z Szóstką i MAEA, aż do momentu, kiedy będą mogli ogło­sić, że posia­dają broń jądrową i zamie­rzają doko­ny­wać wła­snych prób. Wtedy będzie już za późno – tłu­ma­czył Gor­don.

– Inte­li­gentni Irań­czycy, nie­bez­pieczny prze­ciw­nik, można było ich o to podej­rze­wać – włą­czył się Kon­rad. – Czyli komu­ni­kują światu: „Nie mamy bomby, ale tak jak­by­śmy ją mieli. Co teraz zro­bi­cie, zależy od was”. Chiń­czycy i Rosja­nie przy­kle­pią sta­tus quo…

– Wła­ści­wie to tylko jedno mocar­stwo ato­mowe wię­cej w regio­nie, mógłby ktoś powie­dzieć, i z punktu widze­nia Rosjan nic się nie zmieni. Dla nich ważne jest utrzy­ma­nie sank­cji na Iran, wtedy rosyj­ski gaz ma mniej­szą kon­ku­ren­cję w Euro­pie.

– Zresztą jeżeli my wiemy, jak mówisz, Geo­rge, to Rosja­nie wie­dzą o tym już dawno i nic nie zro­bili, by powstrzy­mać Irań­czy­ków… prze­rwać ich współ­pracę z KRL-D.

– Takiej pew­no­ści nie mamy – odpo­wie­dział wezwany do tablicy Gor­don. – Brak jest też danych wywia­dow­czych z Moskwy na ten temat. Oczy­wi­ście, że rosyj­ski wywiad ma naj­więk­sze moż­li­wo­ści w Ira­nie, ale co Kreml wie, pew­no­ści nie mamy. Nasz pre­mier nie zrobi nic prze­ciwko Rosja­nom bez twar­dych dowo­dów, że wie­dzieli o irań­skiej broni ato­mo­wej. Pra­cu­jemy nad tym mocno i CIA też, ale wole­li­by­śmy, żeby Rosja zacho­wała dzie­wic­two, bo ina­czej skru­szy się obecny porzą­dek poli­tyczny i trzeba będzie pod­jąć dzia­ła­nia repre­syjne wobec Moskwy. Komu to potrzebne?

– Skąd wie­cie, że to nie dez­in­for­ma­cja? Wspólna zagrywka Kore­ań­czy­ków i Irań­czy­ków? – zapy­tał szef.

– Ależ oczy­wi­ście, że to może być wspólna zagrywka, tyle że nie dez­in­for­ma­cja, lecz inspi­ra­cja. Korea z bro­nią ato­mową w zasięgu Japo­nii, a być może nie­długo i USA, to poważny pro­blem dla świata, a jesz­cze Iran na doda­tek – to już kata­strofa. Dla Pjon­gjangu irań­ska bomba ato­mowa ozna­cza ratu­nek dla reżimu, bo odsuwa zagro­że­nie od ich pro­gramu i gra­nic. Bez wspar­cia Rosji i Chin nic nie zro­bimy, nie mamy tyle sił. Oni nic by nie stra­cili, a musia­łoby nastą­pić nowe roz­da­nie kart na świe­cie i legi­ty­mi­za­cja obu reżi­mów. A co potem…? Bóg raczy wie­dzieć!

– Z jakiego źró­dła pocho­dzi ta infor­ma­cja? – zapy­tała Magda.

– Infor­ma­cja pocho­dzi od podwój­nego agenta irań­skiego, któ­rego pro­wa­dzimy od kilku lat i dosko­nale wiemy, że jest nie­ofi­cjal­nym kana­łem łącz­no­ści z gene­ra­łem Sawa­hem…

– Sze­fem wywiadu Straż­ni­ków Rewo­lu­cji – wtrą­cił Kon­rad.

– Wła­śnie z nim – potwier­dził Gor­don. – Dosko­nale wiemy, co chciał nam powie­dzieć, prze­ka­zu­jąc tę infor­ma­cję, i dla­czego. Wię­cej, według naszej oceny Irań­czycy mają praw­do­po­dob­nie wystar­cza­jącą ilość wzbo­ga­co­nego uranu, by zbu­do­wać dwa kolejne małe ładunki…

– O kurwa! – wyrwało się Mag­dzie, ale wszy­scy pomy­śleli to samo i zale­gła cisza.

– Nie­moż­liwe! – zaczął Kon­rad. – Skąd wzię­liby tyle wzbo­ga­co­nego uranu, prze­cież nie z Natanz. Nie­moż­liwe, Geo­rge! – zakoń­czył ude­rze­niem dłoni w stół.

– Podaj mi ten doku­ment, Guy… – Gor­don się­gnął po kartkę leżącą przed Peter­so­nem, zało­żył oku­lary i przez chwilę czy­tał, po czym zdjął je, poło­żył równo przed sobą i spoj­rzał na Kon­rada. – Prze­kaz od gene­rała Sawaha to jedno i przy odro­bi­nie nie­fra­so­bli­wo­ści mogli­by­śmy potrak­to­wać go jako dez­in­for­ma­cję. MOIS i służby Straż­ni­ków Rewo­lu­cji mają wyjąt­kowo zdol­nych ofi­ce­rów wywiadu i pra­wie trzy tysiące lat doświad­cze­nia, nauki i tra­dy­cji. Hm… – Gor­don uśmiech­nął się tajem­ni­czo. – Per­so­wie… Ale wyciek od Sawaha plus coś jesz­cze i mamy dzi­siej­szy pro­blem, z któ­rym przy­je­cha­łem. Pamię­tasz tę infor­ma­cję, którą uzy­ska­li­śmy w ramach „Mer­ku­rego” od Tra­visa i Vegi w ubie­głym mie­siącu? – zwró­cił się do Kon­rada. – O zamó­wie­niach wzmoc­nio­nych pro­fili beto­no­wych na Ukra­inie i w Chi­nach do budowy metra tehe­rań­skiego…

– Nie bar­dzo… było tego sporo… Aaaa… cze­kaj! Te infor­ma­cje z firmy Ghu­zbeh, pod­wy­ko­nawcy Tehe­ran Metro Com­pany? Pamię­tam, ale to stare zamó­wie­nia… z dwa tysiące pią­tego roku bodaj – wtrą­cił natych­miast Kon­rad, lecz już się domy­ślał, do czego Gor­don zmie­rza. – Więc?

– To, o czym powiem, wie tylko MI6 i… teraz Agen­cja Wywiadu, ale wkrótce trzeba będzie poin­for­mo­wać o tym wszyst­kich sojusz­ni­ków w NATO. Przy odro­bi­nie wyobraźni i swo­bod­nej oce­nie dowo­dów infor­ma­cja o pro­fi­lach ze spe­cjal­nie utwar­dza­nej stali może być naj­waż­niej­sza od czasu pierw­szej próby jądro­wej ZSRR. Wygląda na żart, jed­nak nim nie jest. To infor­ma­cja prze­ło­mowa i jeśli się potwier­dzi, świat już nie będzie taki sam. – Gor­don oparł się na przed­ra­mio­nach i wychy­lił głę­boko do przodu. Jego podłużna, tro­chę koń­ska głowa wysu­nęła się z cie­nia, jakby reży­ser chciał powie­dzieć: patrz­cie, oto boha­ter dra­matu, słu­chaj­cie go teraz uważ­nie.

– Ach… to przy­pa­dek! – ode­zwał się szef. – Mamy takich nie­spo­dzia­nek pew­nie wię­cej w sza­fach. Trzeba tylko poszu­kać – dodał z mie­sza­niną iro­nii i skry­tego zawsty­dze­nia, bo długo sprze­ci­wiał się pro­jek­towi „Mer­kury”, a szcze­gól­nie wysła­niu do Iranu Tra­visa i Krupy, uzna­jąc jed­nego za nie­zrów­no­wa­żo­nego psy­chicz­nie, dru­giego za gro­te­sko­wego Bia­ło­ru­sina, a obu razem za nie­szczę­ście i zagro­że­nie dla Pol­ski.

W grun­cie rze­czy miał tro­chę racji, bo fak­tycz­nie było to mocno ryzy­kowne przed­się­wzię­cie, a szef sta­rał się bar­dzo gor­li­wie reali­zo­wać inten­cje pre­miera i nie stwa­rzać kra­jowi nie­po­trzeb­nych pro­ble­mów. Dla dobra pre­miera i swo­jego wła­snego, jak uwa­żał.

– Tra­vis i Vega spi­sali się wyśmie­ni­cie. – Gor­don zigno­ro­wał gene­rała. – To wybitni ofi­ce­ro­wie i to oni pierwsi zazna­czyli w mate­ria­łach z firmy Ghu­zbeh, że liczba zamó­wio­nych i dostar­czo­nych pro­fili jest mocno zasta­na­wia­jąca. Wska­zali nam kie­ru­nek i dzięki ich pro­fe­sjo­na­li­zmowi i wraż­li­wo­ści wie­dzie­li­śmy, gdzie szu­kać, a to naj­waż­niej­sze, bo „pod latar­nią naj­ciem­niej” – dorzu­cił po pol­sku. – Panie gene­rale! – zwró­cił się do szefa. – Panie gene­rale! Myślę, że powin­ni­śmy im podzię­ko­wać w imie­niu obu naszych służb, a wkrótce pew­nie całej naszej spo­łecz­no­ści, choć odkry­cie samo w sobie jest smutne. – Gor­don zawsze trzy­mał klasę i wie­dział, co i kiedy powie­dzieć, ale tym razem miał szcze­gólny inte­res, by dwu­krot­nie użyć ulu­bio­nego zwrotu szefa „panie gene­rale”. – Mie­li­śmy rów­nież infor­ma­cje z innego źró­dła, które moni­to­ro­wało budowę schro­nów pod Tehe­ra­nem przy oka­zji prac nad nową linią metra numer sie­dem. Oka­zało się po szcze­gó­ło­wych obli­cze­niach, że budowa schro­nów i samego metra nie mogła pochło­nąć wię­cej niż połowę dostar­czo­nych ele­men­tów. Przy­po­mi­nam, że były to spe­cjalne pro­file do kon­struk­cji pod­ziem­nych, odporne na wstrząsy tek­to­niczne. Na Ukra­inie uzy­ska­li­śmy szcze­gó­łowe dane tech­niczne tych pro­fili. Nasi spe­cja­li­ści wyli­czyli, że można byłoby z nich zbu­do­wać tunel o dłu­go­ści około trzech kilo­me­trów. Taka boczna linia miała być pro­jek­to­wana, ale w dwa tysiące pią­tym roku zni­kła z pla­nów metra, cho­ciaż prace w linii głów­nej są pro­wa­dzone. W takim tunelu można usta­wić trzy tysiące wiró­wek. Od koń­co­wej sta­cji tej linii do pod­nóża gór są tylko dwa kilo­me­try. Dziel­nica nazywa się Kan, a sta­cja Szah­ran.

– Rze­czy­wi­ście. – Kon­rad poki­wał głową, a szef poszedł za jego przy­kła­dem. Magda sie­działa nie­po­ru­szona. – I łatwo ukryć zasi­la­nie – dodał.

– Co wię­cej! Na budo­wie linii numer sie­dem pra­cuje bar­dzo nowo­cze­sna maszyna TBM. Czyli Irań­czycy byliby w sta­nie wybu­do­wać oddzielny tunel znacz­nie szyb­ciej i zatrud­nia­jąc mniej ludzi… ergo utrzy­mu­jąc to przed­się­wzię­cie w tajem­nicy – cią­gnął Gor­don. – Gdyby tunel został wyko­pany odpo­wied­nio głę­boko, to nasze pomiary drgań ziemi spo­wo­do­wa­nych przez trzy tysiące nowo­cze­snych wiró­wek IR-3mn nic by nie dały, bo natu­ralne zakłó­ce­nia tła w Tehe­ra­nie są tak wyso­kie, że sej­smo­somy nic by nie wyka­zały. Obser­wa­cja sate­li­tarna w gęsto zabu­do­wa­nym mie­ście z cią­głym smo­giem też na nie­wiele się zda. Docho­dzi do tego dobra obrona prze­ciw­lot­ni­cza na wypa­dek nie­spo­dzie­wa­nego ataku i ele­ment psy­cho­lo­giczny…

– Obawy przed bom­bar­do­wa­niem w gęsto zalud­nio­nym i ści­śle zabu­do­wa­nym mie­ście – dopo­wie­działa Magda.

– Genial­nie pro­ste! – włą­czył się szef. – Czy to moż­liwe?

– To wcale nie jest nowy pomysł – ode­zwał się Kon­rad. – Kon­cep­cję mogli pod­su­nąć Irań­czy­kom Kore­ań­czycy albo ją po pro­stu sko­pio­wali. Pod Pjon­gjan­giem sporo jest takich insta­la­cji. Ile tuneli wyko­pali pod gra­nicą z Połu­dniem? Zresztą Kore­ań­czy­kom pomysł sprze­dali kie­dyś Rosja­nie.

– Tak… tak, wiemy i o tym… – Gor­don nie dokoń­czył, bo szef rzu­cił kolejne pyta­nie.

– A jak z wstrzą­sami sej­smicz­nymi w Tehe­ra­nie?

– To mia­sto cią­gle drży, a Irań­czycy już dawno opa­no­wali tech­no­lo­gię budowy insta­la­cji pod­ziem­nych. Cho­ciażby metro… prze­cież działa bez zakłó­ceń – wyja­śnił jakby na odczep­nego, bo szef wywiadu powi­nien takie rze­czy wie­dzieć, i dodał: – Irań­ska Orga­ni­za­cja Dzie­dzic­twa Naro­do­wego od dawna twier­dzi, że wibra­cje, jakie powo­duje metro, nisz­czą zabytki w Tehe­ra­nie.

– No dobrze, Geo­rge! – Kon­rad uniósł lekko głos. – Ale gdzie ta wojna, z którą przy­je­cha­łeś? – Spoj­rzeli na sie­bie. – My oczy­wi­ście też sporo wiemy, cho­ciaż jeste­śmy małą służbą wywia­dow­czą. Dużo dowia­du­jemy się od was i innych naszych przy­ja­ciół, ale mamy swój rozum i roze­zna­nie. Jeste­śmy w sta­nie wyobra­zić sobie, co dla świata ozna­cza fakt, że dwa archa­iczne i sprzę­żone w stra­chu reżimy nagle mają dostęp do broni ato­mo­wej. Byli­by­śmy w sta­nie wam uwie­rzyć, nawet gdy­by­ście twier­dzili, że zbliża się armada zie­lo­nych lud­ków, wrogo do nas nasta­wiona. My nie wiemy, czy świat jest dobry, czy zły. To nie nasza sprawa. Musimy rze­tel­nie infor­mo­wać swo­ich poli­ty­ków, co się dzieje. Może u was to jest łatwiej­sze z uwagi na tak zwane oko­licz­no­ści, ale u nas nie tak bar­dzo. Takie pro­ste słowo jak „wojna” nie zna­czy tego samego nad Tamizą i nad Wisłą, a jesz­cze zupeł­nie coś innego w Moskwie czy Tehe­ra­nie. – Kon­rad pró­bo­wał dyplo­ma­tycz­nie zasy­gna­li­zo­wać, że pol­ski rząd może mieć pro­blemy ze ziden­ty­fi­ko­wa­niem stanu zagro­że­nia, za to pol­ski Sejm w ogóle nic z tego nie zro­zu­mie i znaj­dzie oka­zję do wojny, ale tylko pol­sko-pol­skiej.

Wła­ści­wie to i tak pro­blem pana gene­rała, by poin­for­mo­wać pre­miera o dzi­siej­szym spo­tka­niu – pomy­ślał. No… i w tym pew­nie, kurwa, naj­więk­szy pro­blem.

– Więc o jakiej woj­nie mówisz, Geo­rge? – Pod­niósł głos w taki spo­sób, aby Gor­don zro­zu­miał, że powi­nien teraz mówić do szefa, i to takim języ­kiem, by ten mógł póź­niej powtó­rzyć wszystko pre­mie­rowi, nie­ko­niecz­nie o wstrzą­sach sej­smicz­nych w Tehe­ra­nie. – Spo­tka­nie jest nagry­wane, więc warto mówić języ­kiem pre­cy­zyj­nym i pryn­cy­pial­nym, zarówno dla histo­rii, jak i… dla pro­ku­ra­tora. – Od razu pomy­ślał o Sarze, więc uniósł się jesz­cze bar­dziej. – Więc co, do kurwy nędzy, rząd Jej Kró­lew­skiej Mości chce nam zako­mu­ni­ko­wać? Jaką wojnę?

Gor­don uśmiech­nął się sze­roko i szcze­rze. Zresztą Kon­rad nie ocze­ki­wał niczego innego, bo wie­dział, że Geo­rge rozu­mie, o co cho­dzi, ina­czej nie użyłby mało angiel­skiego, ale bar­dzo pol­skiego zwrotu „panie gene­rale”.

– Zaufa­nie mię­dzy naszymi wywia­dami jest ważne… nawet bar­dzo ważne – zaczął Gor­don. – Ale na końcu zawsze trzeba powie­dzieć: spraw­dzam. I jak rozu­miem i znam cię, po pro­stu spraw­dzasz! Czy tak? – Prze­rwał i spoj­rzał na szefa, który chrząk­nął i wydął usta na znak, że on też spraw­dza. – To bar­dzo pro­fe­sjo­nalne, jeśli mogę tak powie­dzieć w tym gro­nie, nikogo nie obra­ża­jąc. – Gor­don tra­fił jed­nym strza­łem szefa i Kon­rada, bo wytknął im brak zaufa­nia i małost­ko­wość, co w obli­czu takiego pro­blemu jak Iran wyda­wało się jesz­cze bar­dziej niepro­fe­sjo­nalne.

Wła­ści­wie Kon­rad mógł zacze­kać z tym pyta­niem i nie wpla­tać w nie jed­no­cze­śnie „kurwy nędzy” i „Jej Kró­lew­skiej Mości”. Żaden wywiad na świe­cie nie wyciąga prze­cież trąbki bojo­wej tylko dla­tego, że uzy­skał infor­ma­cje od podwój­nego agenta, a ana­li­tycy wykryli jakieś braki w pro­fi­lach beto­nowo-sta­lo­wych. Mimo to dla Kon­rada było jasne, że Anglik musi jesz­cze uzu­peł­nić obraz stanu zagro­że­nia, by szef mógł łatwiej wyja­śnić sprawę, komu trzeba. W końcu inte­res Pol­ski jest naj­waż­niej­szy, cza­sem waż­niej­szy niż angiel­ska galan­te­ria – wytłu­ma­czył sobie Kon­rad.

– Ależ, Geo­rge! Prze­cież mamy do sie­bie zaufa­nie… pełne… – wtrą­cił pryn­cy­pial­nie, szcze­rze i naiw­nie szef.

Gor­don nie zare­ago­wał, tylko od razu prze­szedł do rze­czy.

– Uzy­ska­li­śmy potwier­dzoną infor­ma­cję, cho­ciaż sygnały mie­li­śmy już wcze­śniej, że firmy przy­kry­ciowe MOIS i Pas­da­ranu od ponad roku inten­sy­fi­kują wypro­wa­dza­nie kapi­tału z Iranu i… na całym świe­cie sku­pują w mniej­szych par­tiach ogromne ilo­ści leków i środ­ków opa­trun­ko­wych z typo­wego pakietu wojen­nego… w tym środki neu­tra­li­za­cji skut­ków dzia­ła­nia broni bio­lo­gicz­nej i che­micz­nej

– Jasne! – prze­rwał mu Kon­rad. – Przy­go­to­wują się na wojnę…

– Raczej na ude­rze­nie powietrzne… Rodzaj gro­ma­dzo­nych medy­ka­men­tów świad­czy o oba­wie dużych strat wśród lud­no­ści cywil­nej. Jed­nostki Straż­ni­ków Rewo­lu­cji i armii są dobrze zabez­pie­czone od strony medycz­nej. Podob­nie jak infor­ma­cje, które uzy­skali Tra­vis i Vega w spra­wie pod­ziem­nego ośrodka wzbo­ga­ca­nia uranu, to kolejny dowód… pośredni… na to, gdzie są ulo­ko­wane ich naj­bar­dziej wraż­liwe obiekty.

– Zakła­dają, że pew­nie dużo wiemy – włą­czyła się Magda. – Prze­cież nikt nie będzie ata­ko­wał Iranu bro­nią abc… chyba że cho­dzi o skutki ude­rze­nia na ich ośrodki badaw­cze i składy… zakłady che­miczne w zachod­nim Tehe­ra­nie.

– Otóż to! – pod­su­mo­wał Geo­rge. – Tehe­ran to pięt­na­ście milio­nów ludzi i ude­rze­nie z powie­trza w jakiś skład, powiedzmy, tabunu będzie przed­sta­wione jako uży­cie broni che­micz­nej przez napast­nika. Cały świat to zoba­czy… resztę wie­cie… media, opi­nia publiczna i Rosja po pro­stu nas roz­szar­pią.

Zale­gła cisza. Jak w praw­dzi­wej kryp­cie.

– I sprawa ostat­nia. Naj­waż­niej­sza – ode­zwał się Gor­don. – Jeżeli te infor­ma­cje, które przed­sta­wi­łem, uzy­ska Izrael… o ile już ich nie ma, a tak czy ina­czej to tylko kwe­stia czasu… to wiemy, że dokona nalotu na Iran, a Biały Dom już to zaak­cep­to­wał. Pre­zy­dent uza­leż­nił swoją decy­zję od twar­dego dowodu i teraz ten dowód leży na ziemi… trzeba go tylko pod­nieść i Izra­el­czycy zro­bią to bez wąt­pie­nia. Wkrótce. Ude­rzą też oczy­wi­ście na Hezbol­lah i Hamas, a od strony Syrii nic im chwi­lowo nie grozi.

– Prze­cież Dagan i inni byli sze­fo­wie Mosadu są prze­ciwni akcji zbroj­nej wymie­rzo­nej w Iran – wtrą­cił szef.

– Rząd Jej Kró­lew­skiej Mości też uważa, że naloty na Iran niczego nie roz­wiążą, jedy­nie pogor­szą sytu­ację i dopro­wa­dzą do nasi­le­nia kon­fliktu w całym regio­nie, prak­tycz­nie do stanu wojny… wystar­czy, że zablo­kują Ormuz, i mamy gotowy kry­zys świa­towy. Nie poin­for­mo­wa­li­śmy jesz­cze Ame­ry­ka­nów o naszych, tak to nazwijmy, odkry­ciach, ale na luto­wym posie­dze­niu w Bruk­seli nie będziemy mogli tego dłu­żej ukry­wać. Ważne jest przy tym, żeby wypra­co­wać w ramach soju­szu wspólne sta­no­wi­sko poli­tyczne o powstrzy­ma­niu się od jakiej­kol­wiek zewnętrz­nej akcji zbroj­nej wobec Iranu, wpły­nąć na Izrael i pozwo­lić służ­bom spe­cjal­nym dzia­łać od środka. Wielka Bry­ta­nia liczy na Pol­skę – zakoń­czył pro­sto i czy­tel­nie swoje prze­sła­nie Geo­rge Gor­don i było już jasne, po co przy­je­chał do Pol­ski, i to na dwa dni przed Bożym Naro­dze­niem.

– Jak wywiady dobrze pra­cują, to wojny są nie­po­trzebne – dorzu­cił Kon­rad, uzu­peł­nia­jąc myśl Geo­rge’a. – Mamy ude­rzyć od środka? Czy dobrze cię zro­zu­mia­łem? – I z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową.

– Tak – odparł Gor­don.

– Jak? – zapy­tał Kon­rad, ale pomy­ślał o czymś zupeł­nie innym. – Geo­rge, cała wasza poli­tyka wobec Iranu jest do dupy. Dla­czego nie chce­cie ich zro­zu­mieć? Spro­wa­dzi­cie nie­szczę­ście na ten kraj i na nas wszyst­kich. Nie wolno poni­żać dum­nego narodu, który ma swoje ambi­cje.

– Mamy gotową kon­cep­cję, wyjąt­kowo nie­kon­wen­cjo­nalną. Zaraz po świę­tach, ale jesz­cze przed Nowym Rokiem, nasz pre­mier chciałby zapro­sić do swo­jego domu pod Lon­dy­nem pre­miera Pol­ski, pana, panie gene­rale, i mini­stra spraw zagra­nicz­nych na kon­sul­ta­cje i omó­wie­nie szcze­gó­łów. Ważne, by spo­tka­nie odbyło się bez wie­dzy naszych amba­sad i z zacho­wa­niem ści­słej tajem­nicy. – Zawie­sił na moment głos, spoj­rzał na Kon­rada i rzu­cił z deli­kat­nym uśmie­chem: – Cie­bie chyba nie musimy spe­cjal­nie zapra­szać? – I znów zwró­cił się do szefa: – Chcie­li­by­śmy, by Pol­ska i Wielka Bry­ta­nia na posie­dze­niu Grupy Pla­no­wa­nia Nukle­ar­nego wspól­nie zapre­zen­to­wały pro­gram dzia­łań wobec Iranu. Mamy zatem czas do początku lutego i stąd ten pośpiech.

– Za chwilę skon­tak­tuję się z pre­mie­rem i mini­strem spraw zagra­nicz­nych. – Szef wyda­wał się auten­tycz­nie poru­szony.

– Przy­szedł czas dla wywia­dów… może naj­waż­niej­szy od upadku Związku Sowiec­kiego – oświad­czył spo­koj­nie Geo­rge Gor­don i nie było w tym żad­nego patosu, wszy­scy czuli tak samo, to było oczy­wi­ste. – Jeżeli my nie damy rady, to będzie… wojna.

W kryp­cie po raz drugi zale­gła mar­twa cisza. Spo­śród zebra­nych Kon­rad znał Geo­rge’a naj­le­piej i wie­dział, że Union Jack, JKM i jej mary­narka to znaki towa­rowe, dla któ­rych ten gotów był poświę­cić życie, i to bez zwłoki, zarówno wła­sne, jak i innych. Kon­rad też miał swoje pol­skie znaki towa­rowe, dla któ­rych bez waha­nia gotów był poświę­cić Geo­rge’a i sie­bie. To nie była spe­cjal­nie skom­pli­ko­wana i kar­ko­łomna szpie­gow­ska etyka, to było oczy­wi­ste, ale na co dzień nikt nie zaprzą­tał sobie tym głowy.

Geo­rge jest pod pre­sją, to widać… źle go oce­ni­łem – pomy­ślał Kon­rad i gło­śno dodał:

– Jeste­śmy ofi­ce­rami wywiadu i to my musimy infor­mo­wać poli­ty­ków, jak ten świat wygląda, nawet jeśli trzeba im tłu­ma­czyć, aż zro­zu­mieją… choć wszy­scy wiemy, że z ich per­cep­cją jest bar­dzo róż­nie. Według infor­ma­cji od naszych z Tehe­ranu Al-Kuds ma w Euro­pie i Ame­ryce ponad pięć tysięcy uśpio­nych dywer­san­tów samo­bój­ców. Niech tylko połowa ruszy do akcji. Iran to nie będzie ani Afga­ni­stan, ani Irak, ani nawet jeden i drugi razem wzięte.

– O nie! Nie chcemy wojny i musimy jej unik­nąć za wszelką cenę. Nie wolno nam powtó­rzyć błędu irac­kiego – wtrą­cił twardo Gor­don. – I tym razem nie możemy pozwo­lić, by nami mani­pu­lo­wano. Nasze infor­ma­cje ni­gdy nie są stu­pro­cen­towo pewne, ale są praw­dziwe, nawet jeśli nie­pełne, nie­do­koń­czone. Taki para­doks. Dla­tego infor­ma­cję wywia­dow­czą można popra­wiać i uzu­peł­niać w nie­skoń­czo­ność, choćby po to, by stwier­dzić, jak dalece jest nie­praw­dziwa. Para­doks numer dwa. – Geo­rge wyraź­nie się roz­luź­nił.

Dopiero teraz wszy­scy w kryp­cie zdali sobie sprawę, o czym tak naprawdę mówią, a wła­ści­wie – o czym mówi Gor­don.

– To co robimy, Geo­rge? Od czego zaczy­namy? – Kon­rad instynk­tow­nie wyszedł z ini­cja­tywą, pró­bu­jąc się zre­ha­bi­li­to­wać za swoje poranne zacho­wa­nie.

– Poroz­ma­wiamy o ope­ra­cji „Mer­kury”, póź­niej o pew­nej spra­wie w Szwe­cji, którą przy oka­zji trzeba pil­nie zała­twić. Mamy z kole­gami ze Sztok­holmu pewien deli­katny pro­blem – odparł Gor­don. – Ale naj­pierw poroz­ma­wiajmy o naszych boha­te­rach, Tra­vi­sie i Vedze. To teraz naj­waż­niej­sze. Oni nawet nie zdają sobie jesz­cze sprawy, co zro­bili, i nie wie­dzą, co ich czeka. Dużo… bar­dzo dużo od nich będzie zale­żało. Uru­cho­mi­li­śmy już całą naszą agen­turę na kie­runku irań­skim, ale klu­czową rolę w nad­cho­dzą­cym mie­siącu powinni ode­grać wła­śnie Tra­vis i Vega. W nich nadzieja. – Ostat­nie słowa wypo­wie­dział z lek­kim pato­sem, ale nie było w nich żad­nego fał­szu.

Cza­sami aż trudno uwie­rzyć, jak patos może być auten­tyczny w naszym biz­ne­sie – pomy­ślała Magda, która miała za sobą nie­jedną ostrą robotę w Afga­ni­sta­nie, więc o pato­sie wie­działa sporo i wcale jej nie śmie­szył.

– W takim razie zróbmy prze­rwę przed drugą czę­ścią spo­tka­nia – zako­mu­ni­ko­wał szef i pod­niósł się z fotela. – Pójdę zadzwo­nić do pre­miera. Wydaje się, że nie mamy dużo czasu. Czyż nie, Geo­rge?

Wszy­scy wstali i szef opu­ścił salę. Kon­rad dotknął fili­żanki i stwier­dził, że jest zimna.

Zadzi­wia­jące. Nikt nie tknął kawy, tylko szef wypił swoją her­batę jabł­kową – pomy­ślał.

Gor­don poło­żył mu rękę na ramie­niu.

– Będziemy mieć dużo pracy, Radeczku – powie­dział po pol­sku. – Co z Sarą? Bez niej nie damy chyba rady, co? – zapy­tał z wyraźną tro­ską w gło­sie. – Mam poroz­ma­wiać… z nim? – wska­zał głową na pusty fotel.

– Nie, Geo­rge! – odparł Kon­rad. – Jeżeli sam tego nie zro­zu­mie i nie powie jej, że popeł­nił błąd, to Sara nie wróci. I nie wystar­czy zamie­ce­nie sprawy pod dywan tylko dla­tego, że świat może zapło­nąć i aku­rat ona jest potrzebna. Została zra­niona nie­od­wra­cal­nie, ale wie, komu służy… Oni… – spoj­rzał na pusty fotel – przy­cho­dzą i odcho­dzą, a my zosta­jemy…

– I razem z nami wszyst­kie pro­blemy tego świata – wtrą­cił Gor­don.

– Eeech… Geo­rge! Daj już spo­kój, to nie Pall Mall.

Kon­rad uśmiech­nął się pogod­nie, bo zro­zu­miał, że Sara rze­czy­wi­ście musi wró­cić. I nie jest ważne, czy dosta­nie satys­fak­cję od szefa, prze­pro­siny pod krysz­ta­ło­wym żyran­do­lem od pre­zy­denta i pre­miera albo nawet awans. Taka rana zosta­nie już na zawsze, ofi­cera wywiadu wła­sne pań­stwo nie może bez­kar­nie skrzyw­dzić. Sara jed­nak wróci, bo nikt za nią nie wykona tej roboty, a Tra­vis i Vega gotowi są pod­pa­lić dla niej świat, Tehe­ran też. Nawet jeśli na ten temat nie roz­ma­wiali, to wszy­scy tak czuli. Kon­rad wie­dział o tym naj­le­piej, bo znał swo­ich ludzi. W końcu sam ich wybrał. Choć w przy­padku Sary nie był już taki pewny, kto kogo wybrał, bo nie­któ­rzy uwa­żali, że to ona wybrała jego.

– Czy dobrze cię zro­zu­mia­łem? Co to za deli­katna sprawa do zała­twie­nia w Szwe­cji? – zapy­tał, żeby zmie­nić temat. – Znowu Szwe­cja? To nie­sa­mo­wite, nie sądzisz? Jakieś fatum… prze­zna­cze­nie czy co?

I obaj się roze­śmiali. Po raz pierw­szy tego dnia.