Nielegalni. Niepokorni - Vincent V. Severski - ebook + audiobook

Nielegalni. Niepokorni ebook i audiobook

Vincent V. Severski

4,7

Opis

Vincent V. Severski wraca z kontynuacją trylogii o Wydziale Q.

Po udanej operacji wywiezienia Michaiła Popowskiego z Rosji, Sara i Konrad wracają do Polski. Okazuje się, że podczas ich nieobecności Wydział Q zostaje rozwiązany. Tymczasem nad Europą zawisa widmo politycznego kataklizmu – ktoś planuje na nowo zbudować hierarchię wpływów na świecie.

Sara i Konrad świadomi zagrożenia wiszącego nad Polską, nielegalnie zbierają Wydział Q do ostatniej akcji. Ta potyczka rozegra się poza prawem. I będzie wyjątkowo brutalna.

Niepokorni to tytuł podwójnie ekscytujący. To zarówno zakończenie serii, ale i jedna z najmroczniejszych i najbardziej wciągających powieści autora. Na takie zakończenie warto było czekać!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 56 min

Lektor: Krzysztof Gosztyła

Oceny
4,7 (178 ocen)
132
40
5
1
0
Sortuj według:
Czerniejewska

Nie oderwiesz się od lektury

Prawdziwa uczta dla miłośników historii szpiegowskich. Polecam też trzy poprzednie części oraz trzy następne... Mam na myśli powieści: Nielegalni, Niewierni, Nieśmiertelni oraz Zamęt, Odwet i Nabór... :-)
10
niesfiec

Nie oderwiesz się od lektury

Podobno zamknięcie cyklu a jednak, Autor pozostawia wiele pytań i wątpliwości, jakby zachęcając do kolejnej serii. Szczerze to Niepokorni to chyba najbardziej dynamiczna powieść V. V. Severskiego. Wszystko dzieje się szalonym (jak na Autora) tempie, przez co trzeba czytać/słuchać uważnie. Jeden z lepszych cykli szpiegowskich jakie dane mi było czytać. Pora ruszyć serię "Zamęt"
00
KatarzynaTB

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytana jednym tchem. Polecam
00
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna opowieść czytana przez profesjonalnego lektora już szukam dalszej części polecam wszystkim.
00
Krzysztgrab

Nie oderwiesz się od lektury

widać że fachowiec. autor. pan gosztyła mistrzostwo świata.
00

Popularność




1

Dwu­skrzy­dłowe okno zasła­niały aksa­mitne zie­lone zasłony z obszy­tymi listwami miękko spo­czy­wa­ją­cymi na ziemi. Sypial­nia miała kształt podłuż­nego wyso­kiego sze­ścianu o zabu­rzo­nych pro­por­cjach. Wypeł­niała ją poranna sza­rzy­zna spo­ra­dycz­nie poprze­ci­nana mlecz­nymi od kurzu struż­kami świa­tła, które dosta­wało się przez szpary mię­dzy nie­sta­ran­nie docią­gnię­tymi sto­rami.

Pomiesz­cze­nie miało ponad trzy­dzie­ści metrów, ale było tak gęsto zasta­wione meblami, domową roślin­no­ścią i masą innych dro­bia­zgów, jakie ludzie zbie­rają przez całe życie, by się póź­niej w nich topić, że spra­wiało wra­że­nie znacz­nie mniej­szego. Wła­ści­wie były tam tylko trzy ścieżki, któ­rymi można było swo­bod­nie się prze­miesz­czać: do wiel­kiego łóżka, które stało na środku, do wyso­kiego okna obok i do szafy po prze­ciw­nej stro­nie.

Poroże byka łosia, łeb dzika z błysz­czą­cymi oczami i dwie skrzy­żo­wane dubel­tówki zawie­szone lufami w dół. Deli­katny zapach sta­rego, sple­śnia­łego drewna i sto­pio­nej ste­aryny przy­da­wał tej nie­wy­kształ­co­nej jesz­cze kom­po­zy­cji mistycz­nego posmaku łem­kow­skiej cer­kiewki prze­ro­bio­nej na lamus.

Tak w stycz­niowy pora­nek wyglą­dał jeden pokój w dużym miesz­ka­niu na czwar­tym pię­trze dzie­więt­na­sto­wiecz­nej kamie­nicy sto­ją­cej nie­całe sto metrów od Bul­waru Fila­del­fij­skiego w Toru­niu.

W tych kom­for­to­wych warun­kach wylę­gła się Ephe­me­rop­tera, czyli jętka jed­nod­niówka, i natych­miast roz­po­częła krótki lot w poszu­ki­wa­niu dogod­nego miej­sca spo­czynku. Wybór był duży, ale mimo wielu uro­czych i smacz­nych sypial­nia­nych zaka­mar­ków zde­cy­do­wała się na to co naj­lep­sze, czyli ucho śpią­cego czło­wieka. Nie wie­działa, jak ryzy­kowny to pomysł. Czas ucie­kał jed­nak szybko, więc posta­no­wiła spró­bo­wać i kiedy tylko przedarła się przez kępę wło­sów i wnik­nęła gładko do prze­wodu słu­cho­wego, natych­miast zakoń­czyła żywot, zgnie­ciona ludz­kim pal­cem wska­zu­ją­cym.

Jętka jed­nod­niówka zgi­nęła, nie prze­żyw­szy nawet pię­ciu minut.

Lucjan otwo­rzył oczy, popa­trzył na sufit, pogrze­bał jesz­cze chwilę w uchu i głę­boko wes­tchnął. Prze­wró­cił się na plecy, zło­żył ręce na piersi i zamknął oczy. Nie zda­wał sobie sprawy, że sprawcą jego prze­bu­dze­nia była jętka.

Taki ważny sen mia­łem – pomy­ślał. Naj­waż­niej­szy w życiu. Uff… Muszę go sobie przy­po­mnieć, bo… zaraz, o co cho­dziło z tym Wacła­wem… Anioł Pań­ski? To musi być bar­dzo ważne! I jak to teraz odtwo­rzyć? A kon­gres już jutro…

Dla pięć­dzie­się­cio­let­niego Lucjana sny nie były cza­sem poświę­co­nym na odpo­czy­nek czy rege­ne­ra­cję orga­ni­zmu. Sen to coś znacz­nie waż­niej­szego, to lustro świa­do­mo­ści Boga, dla­tego Lucjan nie sypiał, tylko śnił. Bo była to jedyna moż­li­wość spo­tka­nia anioła Pań­skiego, z któ­rym mógł poroz­ma­wiać, pora­dzić się, dowie­dzieć, co się dzieje i – naj­waż­niej­sze – co ma robić. Dotąd wszyst­kie rady anioła były celne, a prze­po­wied­nie się spraw­dzały, czego w swo­jej skrom­no­ści ni­gdy nie nazy­wał wolą boską. Jed­nak tym razem anioł przy­brał postać Wacława.

Nagle senne sceny z fazy REM nabrały takiego reali­zmu, że Lucjan aż wstrzy­mał oddech. Otwo­rzył oczy i spoj­rzał w głąb sza­rej poświaty, gdzie zoba­czył Wacława prze­ma­wia­ją­cego z unie­sio­nymi rękami. Sły­szał wyraź­nie każde jego słowo i nie miał wąt­pli­wo­ści, co Bóg chce mu prze­ka­zać. Gdy po chwili obraz się roz­pły­nął, Lucjan usiadł w łóżku i wypu­ścił powie­trze. Zło­żył ręce do modli­twy i zaczął recy­to­wać na głos:

– „Lecz kiedy uczy­nił to posta­no­wie­nie, uka­zał mu się we śnie anioł Pań­ski i powie­dział: Józe­fie, synu Dawida, nie bój się przy­jąć do sie­bie Maryi, mał­żonki two­jej; to bowiem, co się w niej poczęło, pocho­dzi od Ducha Świę­tego. Wła­śnie ona poro­dzi Syna, któ­remu nadasz imię Jezus; On to bowiem uwolni lud swój od jego grze­chów. A wszystko to stało się, aby się wypeł­niło słowo Pań­skie wypo­wie­dziane przez Pro­roka: Oto panna pocznie i poro­dzi syna, któ­remu będzie nadane imię Ema­nuel, to zna­czy: Bóg z nami”1.

Kiedy skoń­czył, przez moment czuł jakąś dziwną pustkę, jakby zapadł się w głąb studni, i nagle dotarło do niego z ogromną mocą, że nie jest już tym samym czło­wie­kiem, jakim był jesz­cze przed chwilą. Poczuł ogromny przy­pływ wewnętrz­nej siły, a wła­ści­wie połą­cze­nie meta­fi­zycz­nej moty­wa­cji i mistycz­nej deter­mi­na­cji.

Pode­rwał się ener­gicz­nie, pod­szedł do okna, roz­su­nął story i wpu­ścił do wnę­trza lawinę świa­tła, które wypeł­niło wszyst­kie naj­mrocz­niej­sze zaka­marki sypialni.

Zakoń­czyw­szy w ten spo­sób fazę kon­sul­ta­cji z anio­łem Pań­skim, Lucjan z pod­nie­sio­nymi rękami sta­nął w oknie, wycią­gnął szyję i mru­żąc oczy, wyre­cy­to­wał z powagą:

– Czy ty wiesz, Panie Boże, kogo obu­dzi­łeś? – Zwró­cił twarz ku niebu i wstrzy­mał oddech, jakby cze­kał na odpo­wiedź, by po chwili pew­nym sie­bie gło­sem dokoń­czyć z dumą: – Mnie obu­dzi­łeś, Panie, mnie… swo­jego poma­zańca. – I z prze­ko­na­niem poki­wał głową.

Wło­żył szla­frok i poszedł pomo­dlić się jesz­cze na klęcz­niku.

2

Samo­lot z Kopen­hagi wylą­do­wał pięć minut przed cza­sem i zacu­mo­wał do rękawa numer 12. Mieli tylko bagaż pod­ręczny, więc już o dzie­wią­tej trzy­dzie­ści opu­ścili ter­mi­nal. Prze­jazd na Wil­czy Dół zajął im następne dzie­sięć minut i zanim minęła dzie­siąta, tak­sówka zatrzy­mała się przed domem.

Sara wysia­dła pierw­sza i cze­kała na ulicy, gdy Kon­rad ner­wowo szu­kał po kie­sze­niach pięt­na­stu zło­tych, by w końcu zapła­cić za prze­jazd kartą. Trwało to pra­wie trzy minuty, więc Sara zaczęła spraw­dzać oto­cze­nie. Znała tę ulicę na pamięć, wszyst­kie ele­menty, samo­chody, prze­chod­niów, jej atmos­ferę trak­to­wała jako zamkniętą kom­po­zy­cję i była prze­ko­nana, że jest w sta­nie dostrzec, a przy­naj­mniej wyczuć, każde naru­sze­nie tej har­mo­nii.

Od teraz, od tego momentu, Sara i Kon­rad mieli wię­cej niż uza­sad­nione pod­stawy, by stwier­dzić, że wokół nie ist­nieje już żadna har­mo­nia i że roz­po­czął się w ich życiu etap, któ­rego końca nie znają. Tehe­rań­ski potrzask i sza­lony lot anto­no­wem były niczym w porów­na­niu z tym, czego spo­dzie­wali się w Pol­sce, i chwi­lami nie mogli uwie­rzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Wie­rzyli jedy­nie w to, w co zawsze wie­rzą szpie­dzy – że im się uda, że fakty ułożą się w porządku, jaki dyk­tuje natura, a oni będą musieli tylko pil­no­wać zasad. Wie­rzyli, bo to dawało im kom­fort, ale wie­dzieli też, jak bar­dzo są naiwni.

Wła­ści­wie wszystko wska­zy­wało na to, że ich powrót do Pol­ski jest naj­gor­szym roz­wią­za­niem, bo stracą dystans do sprawy, a może i swo­bodę ruchu, ale los kraju spo­czy­wał w ich rękach, a dokład­niej – na czar­nym memory sticku, na któ­rym zapi­sali czter­dzie­ści godzin roz­mów z Micha­iłem Popo­wskim, dezer­te­rem z rosyj­skiego wywiadu i byłym naczel­ni­kiem Wydziału Pol­skiego. Nawet jeżeli tylko w szpie­gow­skiej próż­no­ści im się wyda­wało, że ratują świat, to tym razem aż za dobrze wie­dzieli, jaki potężny ładu­nek wybu­chowy przy­wieźli na maleń­kiej kar­cie pamięci, którą Kon­rad ukrył w ściance walizki.

– Już są – rzu­ciła cicho Sara, gdy Kon­rad się do niej zbli­żył. – Dwa samo­chody betki… nawet nume­rów nie zmie­nili. – Uśmiech­nęli się do sie­bie i ruszyli w kie­runku wej­ścia. – Ekipa od naczel­nika Gustawa.

– Nie kryją się – odparł Kon­rad. – Co to zna­czy?

– Mar­twią się o nas?

– Otóż to… W końcu zni­kli­śmy im na dwa tygo­dnie – dorzu­cił z nutką iro­nii.

– Siódme pię­tro już wie, że jeste­śmy w War­sza­wie…

Z sza­rego opla wysiadł męż­czy­zna w krót­kiej czar­nej pilotce i ruszył ener­gicz­nie w ich kie­runku, macha­jąc ręką.

Od razu poznali, że to Wła­dzio z agen­cyj­nej bez­pieki. Uni­wer­salny Wła­dzio do wszyst­kich zadań i od nie­dawna prawa ręka naczel­nika Marka Belika. Wierny, posłuszny, wytrzy­mały i głupi. Ide­alny czło­wiek do poli­cyj­nej roboty w wywia­dzie, czyli świe­cie ludzi inte­li­gent­nych.

– Panie naczel­niku! Panie naczel­niku! – wołał już z oddali, cho­ciaż widział, że Kon­rad i Sara zatrzy­mali się przed bramą i na niego cze­kają. – Panie naczel­niku! – Dobiegł z wycią­gniętą ręką, w któ­rej trzy­mał tele­fon komór­kowy. – Pan naczel­nik Belik na linii.

Na chwilę wszy­scy zamarli i sły­chać było tylko przy­spie­szony oddech Wła­dzia wydo­by­wa­jący się z sze­roko otwar­tych ust.

Kon­rad powoli wyjął tele­fon z jego ręki i przy­ło­żył do ucha.

– Słu­cham – ode­zwał się moż­li­wie niskim gło­sem.

– W imie­niu szefa Agen­cji prze­ka­zuję panu pole­ce­nie natych­mia­sto­wego sta­wie­nia się w gma­chu na Miło­będz­kiej. To samo doty­czy pani naczel­nik Kor­skiej. Szef ocze­kuje pań­stwa o godzi­nie dwu­na­stej. Od tej chwili zabra­niam pań­stwu podej­mo­wa­nia jakich­kol­wiek kon­tak­tów zewnętrz­nych z kim­kol­wiek i cały czas towa­rzy­szyć wam będzie…

– Posłu­chaj, wszo pudro­wana… – prze­rwał Beli­kowi Kon­rad. – Albo zjawi się tu ABW z pro­ku­ra­to­rem, albo wal się! – Zauwa­żył wymowne spoj­rze­nie Sary. Dosko­nale odga­dła, co powie­dział Belik, bo prze­wi­dzieli tę sytu­ację i byli na nią przy­go­to­wani. – Pięk­nego Wła­dzia możesz sobie zabrać do domu, żeby ci posprzą­tał, u nas nie ma nic do roboty. A sze­fowi zamel­duj posłusz­nie na czwo­ra­kach, że o dwu­na­stej będziemy w Cen­trali. Poniał, bladź? – I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, roz­łą­czył się.

Oddał tele­fon zdez­o­rien­to­wa­nemu Wła­dziowi i pokle­pał go po ramie­niu.

– Nie dener­wuj się, chło­pie, nic do cie­bie nie mam. Sam rozu­miesz… to tylko poli­tyka.

Wła­dzio poki­wał nie­pew­nie głową.

– Długo na nas cza­tu­je­cie? – zapy­tał Kon­rad.

– Cztery dni, ale nie wolno mi panu o tym mówić.

– A co ci wolno? – zapy­tała Sara.

– Nooo… nie wiem wła­ści­wie… – zamru­czał Wła­dzio.

– To cze­kaj tutaj. To ci prze­cież wolno. Za pół godziny poje­dziemy do Cen­trali, gdzie nas uro­czy­ście aresz­tu­je­cie – dorzu­ciła iro­nicz­nie Sara i weszła do bramy, a Kon­rad ruszył za nią. – A wiesz cho­ciaż za co, Wła­dziu?

Ale Wła­dzio tylko prze­wró­cił oczami i ruszył z powro­tem do samo­chodu.

Weszli do windy. Kon­rad wci­snął czwarte pię­tro.

– Było do prze­wi­dze­nia. – Sara wspięła się na palce i poca­ło­wała Kon­rada w usta.

– Powie­dział­bym raczej, że wszystko idzie zgod­nie z pla­nem.

Przy­ci­snął ją lewą ręką w talii i w tym momen­cie winda się zatrzy­mała.

Torby zosta­wili w przed­po­koju, prze­szli do salonu i od razu, jesz­cze w kurt­kach, usie­dli na kana­pie. Przez chwilę mil­czeli, roz­glą­da­jąc się po pokoju, jakby szu­kali cze­goś, co ich zasko­czy, co nie pasuje do porządku, łamie har­mo­nię, któ­rej sami są czę­ścią i źró­dłem. Robili to od lat w róż­nych miej­scach na świe­cie, ostat­nio w Tehe­ra­nie, i nauczyli się z tym żyć, przy­wy­kli do świa­do­mo­ści, że zawsze jest ktoś, kto ich obser­wuje.

Lecz tym razem było ina­czej.

Big Bro­ther nie był ano­ni­mowy, był nim szef AW, jego nowy zastępca do spraw ope­ra­cyj­nych Wacuś, lepiej znany jako Klo­cek Lego, kie­row­nik gabi­netu, zna­jomi z obser­wa­cji, Marek Belik i na końcu Wła­dzio ze swo­imi kole­gami z WBW. I – co naj­gor­sze – wszy­scy oni musieli być świa­domi, że nic w ten spo­sób nie uzy­skają, bo Kon­rad i Sara po uro­czy­stym przy­wi­ta­niu pod domem będą wię­cej niż pewni, że ich miesz­ka­nie jest na pod­słu­chu i pod­glą­dzie. Nie cho­dziło jed­nak o to, że Sara lub Kon­rad powie­dzą coś istot­nego, czymś się zdra­dzą, wysy­pią. Oboje byli zbyt wytraw­nymi ofi­ce­rami, by dać się zła­pać w tak naiwny spo­sób. Sze­fowi cho­dziło o coś zupeł­nie innego. Chciał ich w ten spo­sób poni­żyć, zła­mać opór, zanim jesz­cze poja­wią się w Cen­trali, a przy­naj­mniej zmu­sić do współ­pracy, dla świę­tego spo­koju. Ale prze­li­czył się, bo ich nie znał.

Sara pod­nio­sła się i poszła do sypialni. Wie­działa, co tam zoba­czy.

Na zasła­nym beżową narzutą łóżku, na samym jego środku, leżała sta­ran­nie uło­żona jej bie­li­zna oso­bi­sta, biu­sto­nosz, skar­petki i oku­lary prze­ciw­sło­neczne, two­rząc imi­ta­cję postaci.

– Jesteś zwy­kłym skur­wy­sy­nem, Belik. Zawsze byłeś… pijaku wątro­bowy – powie­działa na głos Sara. – Wal się! – Pod­nio­sła do góry palec ser­deczny. – I do… zoba­cze­nia… zbo­czeńcu. Już do cie­bie jedziemy i dam ci po pysku. Jak wtedy w lesie, pamię­tasz? Nie… to przy­po­mnij sobie… ty…

Sara nie­na­wi­dziła sek­si­zmu w żad­nej for­mie, ale to, co zro­bił Belik – bo nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że to jego robota – było bar­dziej poni­ża­jące niż cokol­wiek, co ją dotąd spo­tkało jako kobietę i ofi­cera wywiadu. Belik naru­szył jej naj­in­tym­niej­szą sferę – fizycz­nie, doty­ka­jąc bie­li­zny, i emo­cjo­nal­nie, bo wszedł do jedy­nego miej­sca na świe­cie, gdzie czuła się bez­piecz­nie i gdzie nie musiała być szpie­giem, tylko mogła być kobietą.

Jesz­cze ni­gdy nie wypo­wie­działa na głos tak wul­gar­nych słów, chyba nawet ni­gdy tak nie pomy­ślała, i przez moment ją zacie­ka­wiło, skąd może je znać, ale osta­tecz­nie poczuła miłą satys­fak­cję, więc dorzu­ciła jesz­cze gło­śniej:

– Musisz się leczyć, ty cienki chujku z łusz­czycą wysię­kową…

– Nie dosły­sza­łem… Co mówisz? – ode­zwał się Kon­rad z głębi miesz­ka­nia.

– Chodź. Zobacz to.

Kiedy w towa­rzy­stwie Wła­dzia wcho­dzili do gma­chu na Miło­będz­kiej, było tak cicho, jakby wszy­scy wie­dzieli, że nad­ciąga tor­nado, i na wszelki wypa­dek poza­bi­jali okna i drzwi deskami.

O Wydziale Q krą­żyły legendy i dla wielu mło­dych ofi­ce­rów Sara i Kon­rad byli posta­ciami wręcz mitycz­nymi. Z reguły więc zakła­dano, że jeśli ktoś zadarł z wydzia­łem do zadań spe­cjal­nych, to takie star­cie musi się dla niego zakoń­czyć krwawo. Nie było ofi­cera, który koń­cząc Kiej­kuty, nie chciał pra­co­wać w tym wydziale, więc sym­pa­tie były po ich stro­nie, tym bar­dziej że o doko­na­niach szefa, jego zastęp­ców, a szcze­gól­nie Belika, jakoś ni­gdy nie sły­szano.

W rze­czy­wi­sto­ści nikt nie wie­dział, co się wła­ści­wie stało. Deli­katny orga­nizm, jakim jest wywiad, reaguje natych­miast na naj­drob­niej­sze nawet zawi­ro­wa­nia w swo­jej bio­ce­no­zie, ale tym razem było ina­czej. A nie ma dla szpiega bar­dziej dener­wu­ją­cej i fru­stru­ją­cej sytu­acji, gdy coś się wokół niego dzieje, a on nie wie co.

Kiedy Sara i Kon­rad wyjeż­dżali do Fin­lan­dii pra­wie dwa tygo­dnie wcze­śniej, nikogo nie poin­for­mo­wali, dokąd i po co jadą. Nawet naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków. Wzięli ofi­cjal­nie trzy dni wol­nego, bo wyda­wało im się, że tyle wystar­czy, by wycią­gnąć Popo­wskiego. I rze­czy­wi­ście na wycią­gnię­cie go z Rosji wystar­czyło, ale to, co się stało potem, spo­wo­do­wało, że musieli zmie­nić wszyst­kie plany. A wła­ści­wie zmie­nić swoje życie.

Sprawa prze­ro­słaby każ­dego, nawet naj­wyż­szego szpiega wszech cza­sów, jak powie­dział Kon­rad, kiedy skoń­czyli roz­ma­wiać z Miszą. Nie mieli jed­nak choćby naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że idą we wła­ści­wym kie­runku, i jed­no­cze­śnie zda­wali sobie sprawę z kon­se­kwen­cji, jakie ich cze­kają po przy­jeź­dzie do War­szawy. Kiedy przy­go­to­wy­wali się w pośpie­chu do wyjazdu, sfał­szo­wali doku­menty, szy­fro­gramy i wydali dys­po­zy­cje, do któ­rych nie mieli upraw­nień, dla­tego wie­dzieli, że w razie nie­ko­rzyst­nego obrotu spraw, a szcze­gól­nie gdyby wpa­dli w Rosji – z czym się liczyli – cały per­so­nel Wydziału zostałby pocią­gnięty do odpo­wie­dzial­no­ści. Zadbali więc o to, żeby inni ponie­śli tylko kon­se­kwen­cje dys­cy­pli­narne, bez żad­nych haków praw­nych. Od początku mieli zapla­no­wane, że wszystko biorą na sie­bie, w związku z czym każdy szcze­gół musiał się zga­dzać z rze­czy­wi­sto­ścią, by dać zespo­łowi nie­pod­wa­żalne alibi.

Wje­chali na siódme pię­tro, prze­szli kory­ta­rzem wzdłuż por­tre­tów sze­fów pol­skiego wywiadu i od razu skie­ro­wali się do sekre­ta­riatu, ale Wła­dzio zgrab­nie zaszedł im drogę, wska­zu­jąc ręką na drzwi do krypty Fara­daya. Zabez­pie­czona przed pod­słu­chami sala prze­zna­czona była do oma­wia­nia spraw obję­tych klau­zulą naj­wyż­szej tajem­nicy i Kon­rad przez moment poczuł nie­po­kój. Szef bowiem naj­le­piej czuł się w swoim gabi­ne­cie.

Nie­moż­liwe, żeby już wie­dzieli… – pomy­ślał nie­pew­nie. Nooo… chyba że ten jeden już wie.

– Pro­szę wszystko zdać – prze­rwał mu zna­jomy głos.

Kon­rad dostrzegł bla­dego kie­row­nika gabi­netu sto­ją­cego przy drzwiach z wycią­gniętą ręką.

Pomy­ślał, że tyle już razy brał udział w spo­tka­niach w kryp­cie, a kie­row­nik ni­gdy nie wycią­gał ręki. Wyglą­dał teraz jak straż­nik przyj­mu­jący nowego więź­nia, ze sto­sowną miną pełną zło­śli­wej satys­fak­cji, jakby chciał powie­dzieć: „Mamy cię, łotrze, i teraz się tobą zaj­miemy”. Kon­rad par­sk­nął śmie­chem, aż facet nie­pew­nie cof­nął rękę. Zdjął zega­rek i wło­żył go do kasetki.

– Tele­fon? – zapy­tał kie­row­nik.

– Nie mam – odparł krótko Kon­rad i wszedł do krypty.

Sara podą­żyła tuż za nim.

Zwy­kle wewnątrz paliło się cie­płe świa­tło boczne, które doda­wało spo­tka­niom tajem­ni­czo­ści, wymu­szało atmos­ferę sku­pie­nia i powagi. W komo­rze zapa­dały decy­zje ważne dla bez­pie­czeń­stwa pań­stwa lub zgoła bez­sen­sowne, uzgad­niano plany dzia­łań ope­ra­cyj­nych w Ira­nie, Paki­sta­nie czy Rosji lub od nich odstę­po­wano, dys­ku­to­wano o przy­szło­ści świata i Pol­ski. Nawet jeśli te roz­mowy nie miały żad­nego wpływu na los kogo­kol­wiek, zawsze towa­rzy­szyła im atmos­fera odpo­wie­dzial­no­ści i powagi. Ale nie tym razem. Górne świa­tło jarze­niowe, jak słońce w letni dzień, oświe­tlało całe pomiesz­cze­nie i Sarze się wyda­wało, jakby była w nim po raz pierw­szy. Od razu dało się wyczuć, że spo­tka­nie będzie inne niż wszyst­kie dotąd.

W rogu krypty sku­piło się pię­ciu męż­czyzn, któ­rzy gorącz­kowo dys­ku­to­wali, ale Sarze przy­szło na myśl, że spi­skują. Na widok Kon­rada i Sary zamil­kli i roze­szli się do swo­ich foteli. Od razu było widać, że każdy ma przy­dzie­lone miej­sce, i Kon­rad zro­zu­miał, że role są już dokład­nie roz­pi­sane, a przed­sta­wie­nie odpo­wied­nio wyre­ży­se­ro­wane. Czuć było sce­na­riusz szefa, a wyko­na­nie Marka Belika, czyli ama­torsz­czy­znę. Było tak, jak przy­pusz­czał.

Przy dłu­gim stole pozo­stało dużo wol­nych miejsc, więc Sara i Kon­rad usie­dli tak, by wza­jem­nie się widzieć i jed­no­cze­śnie kon­tro­lo­wać pozo­sta­łych. Nie było kawy ani wody, nie było cia­ste­czek. Żad­nych doku­men­tów, kar­tek, teczek, żad­nego dłu­go­pisu. Zadbano o to, by ani jeden przed­miot na sce­nie nie zagrał fał­szy­wie i nie przy­sło­nił głów­nych boha­te­rów.

Przed sze­fem, który zajął swoje miej­sce na obra­ca­nym czar­nym fotelu, nie było nawet szklanki z her­batą jabł­kową. Kon­rad nie mógł uwie­rzyć wła­snym oczom i przez chwilę zasta­na­wiał się, co to może zna­czyć, ale zaraz zro­zu­miał absur­dal­ność tej myśli i poczuł, że nie jest jesz­cze wystar­cza­jąco wylu­zo­wany przed pierw­szym star­ciem, skoro roz­pra­szają go takie głup­stwa.

– Panie puł­kow­niku Wol­ski i pani kapi­tan Kor­ska… – zaczął szef gło­sem mesja­sza. – Na pod­sta­wie decy­zji numer zero zero sie­dem­dzie­siąt cztery z pią­tego bie­żą­cego mie­siąca zosta­li­ście zawie­szeni w czyn­no­ściach służ­bo­wych do czasu zba­da­nia waszej sprawy przez spe­cjalną komi­sję dys­cy­pli­narno-śled­czą. Wyniki prac komi­sji nie­zwłocz­nie zostaną przed­sta­wione pro­ku­ra­tu­rze. Wła­ści­wie to uwzględ­nia­jąc już doko­nane usta­le­nia, komi­sja ma wystar­cza­jące pod­stawy, by zło­żyć zawia­do­mie­nie do pro­ku­ra­tury o popeł­nie­niu przez was sze­regu nad­użyć i prze­stępstw. Przy­go­to­wane mie­li­śmy też zawia­do­mie­nie o waszym zagi­nię­ciu i gdy­by­ście nie poja­wili się do jutra, zosta­łoby ono skie­ro­wane do ABW. Macie jed­nak szczę­ście w nie­szczę­ściu. Cze­ka­li­śmy na wasz powrót, bo pre­mier nie zgo­dził się na zawia­do­mie­nie pro­ku­ra­tora, jeśli wcze­śniej nie zosta­nie­cie prze­słu­chani. – Szef mówił cał­kiem zgrab­nie, lekko i logicz­nie, widać było, że dobrze sobie rzecz prze­my­ślał. – Wszyst­kie osoby znaj­du­jące się w tym pomiesz­cze­niu są człon­kami komi­sji, któ­rej ja prze­wod­ni­czę. Zna­cie każ­dego z obec­nych oprócz majora Kempy z pionu śled­czego ABW. – Prze­rwał i rozej­rzał się po zebra­nych, po czym utkwił wzrok w stole, tam gdzie zawsze stała szklanka z her­batą.

– Jakie są wobec nas zarzuty? – zapy­tała spo­koj­nie Sara i wykrzy­wiła usta w naiw­nym i dość bez­czel­nym geście zdzi­wie­nia, co musiało wszyst­kich poru­szyć, bo dobrze znali jej sztukę gry­ma­sów i fochów, ale Kon­ra­dowi to się podo­bało, bo we dwoje uzgod­nili, że tak wła­śnie zrobi.

– Mogła­byś oka­zać prze­ło­żo­nym wię­cej sza­cunku – ode­zwał się Belik jak wezwany do odpo­wie­dzi, bo to na nim Sara zatrzy­mała wzrok.

– A ty mógł­byś oka­zać wię­cej sza­cunku kobie­cie i nie grze­bać mi w majt­kach – nie wytrzy­mała Sara i wszy­scy spoj­rzeli na nią zasko­czeni. – Co…? Nie pamię­tasz już, za co dosta­łeś po ryju na grillu… Gdzie pcha­łeś łapy?

Belik otwo­rzył sze­roko usta i oczy, ale nic nie powie­dział, bo się zapo­wie­trzył. Nawet gdyby chciał zare­ago­wać ostrzej, to i tak nie miał szans w star­ciu z Sarą, bo wie­dział, jak bar­dzo nie­na­wi­dzi mizo­gi­nów i jak jest wraż­liwa na punk­cie mob­bingu kobiet. Mogła prze­cież zacho­wać się znacz­nie bar­dziej agre­syw­nie, a to była ostat­nia rzecz, jakiej teraz potrze­bo­wał. Zała­twie­nie Kon­rada i Sary było jego życiową misją, więc nie mógł dać się spro­wo­ko­wać. Poża­ło­wał głu­piego pomy­słu z roz­ło­że­niem jej bie­li­zny na łóżku, ale nie mógł się wów­czas powstrzy­mać.

– Pro­szę skoń­czyć te bzdury – wtrą­cił się szef, wes­tchnął głę­boko i oświad­czył: – Za chwilę przej­dzie­cie do pokoju WBW i zosta­nie­cie zapo­znani z wyni­kami kon­troli w Wydziale, usta­le­niami komi­sji i zarzu­tami, jakie prze­ciwko wam wysu­nięto. Będzie­cie mogli się do nich usto­sun­ko­wać – dodał suro­wym i znu­żo­nym gło­sem. – Chcemy jed­nak teraz… przed spo­rzą­dze­niem pro­to­kołu… jesz­cze z wami poroz­ma­wiać.

– Co z moimi ludźmi? – zapy­tał Kon­rad.

– O tym póź­niej…

– Co z moimi ludźmi? – powtó­rzył bar­dziej zde­cy­do­wa­nie.

– Wydział Q został roz­wią­zany, funk­cjo­na­riu­sze są w dys­po­zy­cji kadr z obo­wiąz­kiem sta­wia­nia się w pracy. Wszy­scy zło­żyli wyja­śnie­nia do pro­to­kołu. W tej chwili komi­sja prze­gląda i zabez­pie­cza wszyst­kie doku­menty. Ma pan jesz­cze jakieś pyta­nia, panie puł­kow­niku?

– Nie mam pytań i nie będę teraz udzie­lał żad­nych odpo­wie­dzi. Musimy naj­pierw zapo­znać się z wyni­kami kon­troli i zarzu­tami…

– Dla­czego to zro­bi­li­ście i po co poje­cha­li­ście do Fin­lan­dii? – ode­zwał się po raz pierw­szy Lego.

– Nic z tego nie rozu­miem – włą­czył się nie­spo­dzie­wa­nie Kempa z ABW. – Naj­lepsi ofi­ce­ro­wie wywiadu fał­szują ści­śle tajne doku­menty, wyko­rzy­stują bez zgody szefa zaprzy­jaź­nioną służbę i zni­kają na tydzień gdzieś w Fin­lan­dii… Nooo… kurwa, ni­gdy nie uwie­rzę, że to jakaś pry­wata, bo głu­pota na pewno nie. Prze­cież to oczy­wi­ste, że musie­li­ście się liczyć z kon­se­kwen­cjami… nooo… kurwa, mamy tu tak teraz sie­dzieć i was sądzić? To jakieś przed­sta­wie­nie… Czuję to! O co w tym wszyst­kim cho­dzi? Prze­cież nie jeste­ście prze­stęp­cami… nooo… kurwa, nie jeste­ście złymi ludźmi…

– To pan nie wie, majo­rze, na jakim świe­cie żyje? – ode­zwała się Sara. – Prze­cież świat potrze­buje złych ludzi… żeby go strze­gli przed jesz­cze gor­szymi. Prze­cież anioły nie upil­nują dia­błów, do tego my jeste­śmy potrzebni. Tacy jak pan i ja…

– Dosyć tego! – prze­rwał twardo szef, bo zanie­po­ko­iły go gło­śno wyra­żane wąt­pli­wo­ści majora Kempy i wra­że­nie, że szuka zbli­że­nia z Sarą, a przy­naj­mniej pró­buje ją zro­zu­mieć.

Szef Agen­cji Wywiadu, zwy­kły czło­wiek z poli­tycz­nego awansu, zna­jący służbę dobrze, lecz wyłącz­nie teo­re­tycz­nie, wie­dział, że z takimi wyja­da­czami jak Kon­rad i Sara nie ma szans i wda­wa­nie się w jaką­kol­wiek walkę z nimi musi się dla niego zakoń­czyć fatal­nie.

W koń­cówce rzą­dów obecna koali­cja nie może sobie już pozwo­lić na żadną wpadkę. Pre­mier Bań­kow­ski oraz mini­ster Tadek powie­dzieli mu to wprost. Musiał zała­twić to tak, by z jed­nej strony zneu­tra­li­zo­wać całą grupę Kon­rada, a z dru­giej – by nie było koniecz­no­ści kie­ro­wa­nia sprawy do pro­ku­ra­tury, bo w obec­nej sytu­acji poli­tycz­nej wyciek był pewny. A wraz z nim kolejna kata­strofa muro­wana.

Zasto­so­wa­nie w tym wypadku sku­tecz­nych tech­nik heu­ry­stycz­nych prze­ra­stało jego zdol­no­ści i dobrze o tym wie­dział. Nie był też typem gro­mo­wład­nym ani tym bar­dziej Gan­dhim. Zdał się zatem na intu­icję, a ona pod­po­wia­dała mu, żeby prze­cią­gać sprawę, jak długo się da, a potem się zoba­czy. W ten pro­sty spo­sób udało mu się już kilka razy wyjść z poważ­nych tara­pa­tów, a nawet awan­so­wać, więc posta­no­wił spró­bo­wać jesz­cze raz.

– Chcie­li­by­śmy się zoba­czyć z naszym zespo­łem – powie­działa Sara. – Są jakieś prze­ciw­wska­za­nia? Jeśli wszyst­kie doku­menty są zabez­pie­czone… i nie jeste­śmy aresz­to­wani…

– Nooo… nie mogę wam tego zabro­nić… – Szef był wyraź­nie zasko­czony życze­niem Sary, szcze­gól­nie tym, że wyra­ziła je tak otwar­cie. – Ale zabra­niam roz­ma­wiać o spra­wie… – Zmarsz­czył czoło, choć wyglą­dało to raczej komicz­nie niż groź­nie. – Może­cie sobie tylko zaszko­dzić… a i tak będę wie­dział…

Chciał naiw­nie zasu­ge­ro­wać, że ktoś w gru­pie, kupiony obiet­nicą odpusz­cze­nia winy, współ­pra­cuje z komi­sją śled­czą, ale w oczach Sary i Kon­rada ten chwyt był po pro­stu śmieszny. Widać było, że szef nie panuje nad sprawą.

Zapo­zna­nie się z pro­to­ko­łem komi­sji zajęło im led­wie pięt­na­ście minut. Dobrze prze­cież wie­dzieli, co zro­bili. Ze zdzi­wie­niem jed­nak odno­to­wali, że Belik nie wychwy­cił nawet połowy spraw, które można było spo­koj­nie włą­czyć do tego swo­istego aktu oskar­że­nia. Naj­istot­niej­sze jed­nak było to, że w dal­szym ciągu nikt nie wie­dział o ich wypra­wie do Rosji. Albo fiń­scy kole­dzy tego nie wyła­pali, albo Belik za mało się sta­rał. Tak czy ina­czej ozna­czało to, że mają jesz­cze czas, czyli to, czego – jak sądzili – naj­bar­dziej im bra­ko­wało.

Zdali legi­ty­ma­cje służ­bowe, karty magne­tyczne i od tej chwili mogli wejść do gma­chu wyłącz­nie w towa­rzy­stwie ofi­cera WBW. Następne spo­tka­nie zostało zapla­no­wane na jutro. Mieli wów­czas zło­żyć swoje oświad­cze­nia.

Sara pierw­sza dostrze­gła Mar­cina, cho­ciaż przez moment miała wra­że­nie, że to tylko ktoś do niego podobny. W zie­lo­nym swe­terku wyglą­dał na przy­gar­bio­nego. Ner­wowe ruchy, włosy prze­tłusz­czone, cera posza­rzała. To było tylko wspo­mnie­nie daw­nego Mar­cina i Sara poczuła jakieś ukłu­cie w dołku, bo od początku wie­działa, że wyda­rze­nia, które im zafun­do­wali, dotkną go bole­śnie, ale nie sądziła, że aż tak mocno. Mar­cin pod płasz­czy­kiem twar­dego macho był bar­dzo wraż­liwy i uczu­ciowy, jak John Cof­fey z Zie­lo­nej mili chło­nął w sie­bie wszyst­kie nie­szczę­ścia bli­skich mu ludzi, był nie­od­porny jak dziecko.

Kiedy ich zoba­czył idą­cych dłu­gim kory­ta­rzem w towa­rzy­stwie Wła­dzia, sta­nął jak zamu­ro­wany i wpa­try­wał się w nich, jakby liczył każdy krok, śle­dził każdy ruch, chciał coś wypa­trzyć w ich twa­rzach, i choć trwało to led­wie kil­ka­na­ście sekund, to wyda­wało mu się, że Sara i Kon­rad stoją w miej­scu.

– Cześć, Mar­cinku! – powie­działa Sara, a Kon­rad klep­nął go w ramię, ale Mar­cin wciąż był jakby nie­obecny.

– Is any­body home? – Kon­rad klep­nął go jesz­cze raz, moc­niej, i uśmiech­nął się.

– Sze­fie… sze­fie… Co się dzieje? – wydu­sił z sie­bie w końcu Mar­cin.

– Zbierz dzi­siaj wszyst­kich na dwu­dzie­stą w naszym miej­scu…

– Wszy­scy cze­kamy… od kilku dni… Sze­fie?! Co się dzieje… co my tu prze­ży­wamy… jaki tam Iran, to zwy­kłe śmie­chy… Ten palant pudro­wany Belik… tak, tak. – Mar­cin wyraź­nie się oży­wił i spoj­rzał wymow­nie na Wła­dzia, który tego słu­chał. – Idź i mu powiedz, że go tak nazwa­łem, i pozdrów Mary­chę… – zwi­nął dłoń i cmok­nął w nią – i w kichę!

– Daj spo­kój – włą­czyła się Sara i pocią­gnęła mocno z e-papie­rosa, po czym wypu­ściła gęstą chmurę o zapa­chu cyna­monu. – Zrób, co ci powie­dzie­li­śmy, a wie­czo­rem poga­damy. – Zmie­rzyła go wzro­kiem od stóp do głów i dodała z prze­ką­sem: – Wszystko jest w porządku, roz­ch­murz się i dopro­wadź do porządku, bo wyglą­dasz jak ostat­nia wywłoka, a nie ofi­cer wywiadu.

– A czy ja jesz­cze jestem ofi­ce­rem wywiadu?

3

Była odwilż. Nie­ty­powa jak na zimę w Moskwie. Plus sześć stopni i cie­pły wiatr znad Morza Kaspij­skiego, wzmoc­niony potęż­nym wyżem z Bli­skiego Wschodu. Ulice zamie­niły się w rwące potoki i rzeka Moskwa nabrała wody. Było tak już od tygo­dnia i wszy­scy się bali, że wkrótce przez mia­sto prze­je­dzie sybe­ryj­ska Kró­lowa Śniegu i zabie­rze ze sobą Kaja. Przy­go­to­wy­wali się na ten dzień, gro­ma­dząc zapasy żyw­no­ści, wódkę, sło­ninę, sól i łomy do kru­sze­nia lodu, ale paniki nie było.

Padał ciężki zimowy deszcz, a to rzad­kość o tej porze roku w Moskwie, więc Jagan nie mógł nie sko­rzy­stać z takiej oka­zji, bo niczego tak nie lubił jak wła­śnie desz­czu.

Od trzech dni sie­dział na bal­ko­nie swo­jego miesz­ka­nia na jede­na­stym pię­trze w dziel­nicy Lublino. W nie­prze­ma­kal­nym płasz­czu spec­nazu, goglach i woj­sko­wej weł­nia­nej czapce ukry­tej pod kap­tu­rem. Wło­żył nowe impre­gno­wane botki sztur­mowe, a na dło­nie nacią­gnął czarne ręka­wice nar­ciar­skie, bo woj­sko­wych nie miał. Woda spły­wała po nim gęstymi stru­mie­niami, ale ciało pod odzie­niem było suche i cie­płe.

Przy­go­to­wał sobie racje żyw­no­ściowe, trzy flaszki kozac­kiej wódki, a za pasek wci­snął złotą tetetkę i nóż Kizlyar. Pod płasz­czem zawie­sił na szyi lor­netkę.

Tro­chę spał, tro­chę czu­wał, tro­chę myślał, chwi­lami wspo­mi­nał, sporo śpie­wał.

Na gorie sta­jał Sza­mil.

On Bogu molił­sia,

Za swo­bodu, za narod,

Nizko pokło­nił­sia.

Ojsia, ty ojsia,

Ty mie­nia nie boj­sia,

Ja tie­bia nie tronu,

Ty nie bie­spo­koj­sia.

Ojsia, ty ojsia,

Ty mie­nia nie boj­sia,

Ja tie­bia nie tronu,

Ty nie bie­spo­koj­sia.

Racjo­no­wał żyw­ność i wódkę. Wszystko było dokład­nie zapla­no­wane, tak jak porwa­nie Muha­me­dowa czy akcja w aule Tar­han, o robo­cie w Szwe­cji nie pamię­tał. Tak już miał, że nie pamię­tał pora­żek, bo uczył się tylko na suk­ce­sach, które wciąż powięk­szał. Dzięki takiemu podej­ściu wycho­dził żywy z każ­dej, nawet bez­na­dziej­nej sytu­acji.

Tak było w dzień.

W nocy za pomocą lor­netki kon­tro­lo­wał miesz­kań­ców pięt­na­sto­pię­tro­wego bloku naprze­ciwko i robił notatki, cho­ciaż i tak wszystko zapa­mię­ty­wał. Wła­ści­wie czuł się wspa­niale, bo choć misja, jaką sobie wyzna­czył, dostar­czyła mu sporo infor­ma­cji o naru­sza­niu prawa i dobrych oby­cza­jów przez licz­nych miesz­kań­ców tego bloku, to jed­nak dostrzegł też przy­padki godne pochwały i naśla­do­wa­nia. Nie­które o głę­bo­kim prze­sła­niu patrio­tycz­nym, co potwier­dził nawet smok.

– Trzeba koniecz­nie zro­bić coś z tym zakal­cem w naszym zdro­wym rosyj­skim chle­bie. W chle­bie zaklęta jest dusza naszego narodu, siła, mądrość, wiel­kość… – Prze­rwał na moment, bo skoń­czyły mu się słowa, więc odgryzł kawa­łek czar­nego suchara, który sam przy­go­to­wał, a gdy schru­pał kęs i pocią­gnął łyk wódki, dodał na głos: – Ten… Jezus Chry­stus prze­cież jadł chleb… Zie­mia, woda i chleb to ciało Rosji… Niech tylko prze­sta­nie padać.

Wyjął kartkę, na któ­rej miał długą listę z nume­rami miesz­kań, krót­kim opi­sem prze­stęp­stwa prze­ciwko ojczyź­nie i rodza­jem kary, jaką wyzna­czył. Kilka pozy­cji zazna­czo­nych było na czer­wono.

– Naj­gor­sza bladź to szcza­cze i rzy­ga­cze… – Tak okre­ślał oby­wa­teli wymio­tu­ją­cych z bal­konu albo odda­ją­cych mocz przez okno. – No bo czy można bar­dziej obra­zić zie­mię, Matuszkę Ros­siję, niż waląc na nią z dzie­sią­tego pię­tra swoje odchody? Prze­cież mają w domu kibel… a muszą, bladź, na zie­mię! Co za ludzie! – Z nie­sma­kiem, a może nie­do­wie­rza­niem, pokrę­cił głową. Miał wyjąt­kowy sto­su­nek do rosyj­skiej ziemi.

– Andriu­sza! Na litość boską… – Usły­szał pod­nie­siony głos Gali. – Co ty wypra­wiasz? – Obej­rzał się i przez gogle zoba­czył ją sto­jącą w drzwiach bal­ko­no­wych, z miną wyra­ża­jącą coś mię­dzy wście­kło­ścią a roz­pa­czą. – Dzwo­nię od trzech dni…

– Jak weszłaś?

– Jak to jak? Prze­cież mam klu­cze. – Wycią­gnęła dłoń, żeby mu poka­zać. – Co z tobą, na Boga? Gdzie masz tele­fon? Dla­czego nie odbie­rasz? Od wczo­raj włą­cza się tylko sekre­tarka. Myśla­łam, że coś ci się stało…

– Hmm­mrrrrr… – Jagan zamru­czał jak niedź­wiedź i strze­lił śliną przez zęby. – Nie mia­łem wol­nej ręki, żeby ode­brać.

Już któ­ryś raz się zda­rzyło, że zawio­dła go czuj­ność i dał się zasko­czyć. Dla zwy­kłego żoł­nie­rza spec­nazu to jakby ktoś napluł mu w talerz, ale dla Jagana to było o wiele gor­sze. Wstyd i hańba.

Na domiar złego zapo­mniał tele­fonu, a prze­cież od kilku tygo­dni nie robi nic innego, tylko czeka na wezwa­nie od kapi­tana Rudolfa Doro­nina. Wyj­dzie na to, że wziął zaliczkę od Kru­głowa za głowę Popo­wskiego i zwiał z kasą jak zwy­kły wor z Taganki. A prze­cież dla kogoś takiego jak on nie pie­nią­dze są ważne, tylko umi­ło­wa­nie ojczy­zny i wier­ność zasa­dom. Wszy­scy prze­cież o tym wie­dzą.

Zawsty­dził się i zdzi­wił jed­no­cze­śnie, bo jesz­cze ni­gdy się tak nie czuł, a to było oso­bliwe dozna­nie, aż wstrzą­snął nim dreszcz i smok spiął się bole­śnie.

Splu­nął jesz­cze dwa razy, spoj­rzał na Galę, która wciąż stała w drzwiach, i pomy­ślał, że gogle były jak zna­lazł, bo nie mógłby jej teraz spoj­rzeć w oczy. Nie ze wstydu oczy­wi­ście, tylko ze zło­ści.

A swoją drogą dla­czego nie ostrze­głeś mnie, że ktoś się zbliża? – zapy­tał smoka w myślach, jakby chciał prze­rzu­cić na niego odpo­wie­dzial­ność. To jak mam teraz wal­czyć z wro­giem ojczy­zny, kiedy nie czuję zbli­ża­ją­cego się nie­bez­pie­czeń­stwa, a ty mi jesz­cze zło­śli­wie nie poma­gasz? – zadu­mał się przez moment, patrząc na Galę. No… ale prze­cież Galuszka to nie wróg… z taką tan­detną żyrafą i jaj­kiem na ple­cach co ona może przy takim smoku jak ty… – pró­bo­wał sobie wytłu­ma­czyć. Nie trzeba było Aminy, tej dia­blicy kau­ka­skiej, pusz­czać wolno, tylko ubić ją zgod­nie z porząd­kiem rze­czy. A teraz wszystko mi się pomie­szało. Uff… Wypu­ścił powie­trze nosem i ustami, pod­no­sząc się z krze­sełka, i po raz drugi w życiu poczuł ból głowy. Nic się nie ukła­dało tak, jak powinno.

Wszedł do miesz­ka­nia i zanim się roze­brał, odna­lazł swój mar­twy tele­fon, który natych­miast pod­łą­czył do zasi­la­nia. Odcze­kał chwilę, aż zła­pał sieć, i spoj­rzał na wyświe­tlacz. Rów­no­cze­śnie roz­nio­sły się po pokoju sygnały nie­ode­bra­nych ese­me­sów. Było trzy­dzie­ści pięć połą­czeń i dwa­na­ście ese­me­sów, w tym pięć wia­do­mo­ści na sekre­tarce, a mimo to Jagan wie­dział, którą wia­do­mość powi­nien ode­brać naj­pierw.

Stał pośrodku pokoju, na­dal w goglach, okryty ocie­ka­jącą pele­ryną, i przez chwilę się zasta­na­wiał, czy lepiej odsłu­chać wia­do­mość od kapi­tana Doro­nina, czy prze­czy­tać. Dobrze wie­dział, że obie są takie same, więc osta­tecz­nie wybrał ese­mesa, bo wolał nie sły­szeć głosu, który draż­nił go od pierw­szego spo­tka­nia.

Kapi­tan Rudolf Doro­nin miał trzy­dzie­ści pięć lat i wyglą­dał jak Niko­łaj Ola­lin. Smu­kły blon­dyn śred­niego wzro­stu, o klatce pier­sio­wej jak u atlety i cien­kich, wręcz wiot­kich nogach zakoń­czo­nych małymi sto­pami roz­miaru trzy­dzie­ści dzie­więć, co Jagan od razu odno­to­wał z nie­sma­kiem. W żaden spo­sób nie mógł uwie­rzyć, by czło­wiek podob­nej postury zniósł trudy pościgu za kimś takim jak puł­kow­nik Popo­wski. Jagan lubił pościgi, uwa­żał wręcz, że polo­wa­nie to jego sprawa oso­bi­sta, praw­dziwa misja i każdy, kto pró­buje się przy­łą­czyć, w isto­cie utrud­nia mu zada­nie. Dla­tego swoją nie­chęć kie­ro­wał czę­ściej na part­nera niż na zwie­rzynę. Tym bar­dziej że zawsze to part­ner był dowódcą, a on miał tylko wyko­ny­wać roz­kazy. Na samą myśl o tym idio­ty­zmie Jagan czuł, jak wstrząsa nim pusty śmiech.

Uwa­żają, że jakiś robot jestem? Maszynka do zabi­ja­nia, maxim, nożyk, kozik, kor­ko­ciąg czy co? A z akcji wra­cam tylko ja – powta­rzał w myślach nie bez racji.

Jagan miał jed­nak z kapi­ta­nem inny pro­blem, na poły inte­lek­tu­alny, na poły dźwię­kowy. Doro­nin mówił cicho, szybko, o nic nie pytał, miał chra­pliwy głos, a co naj­gor­sze – mówił tak nie­zro­zu­miale, że Jagan musiał się nie­ustan­nie dopy­ty­wać, o co mu cho­dzi. Uwa­żał, że to uwła­cza jego god­no­ści, bo wyglą­dało, jakby nie poj­mo­wał, co się do niego mówi. A to ofi­cer prze­cież po Aka­de­mii Andro­powa, inte­li­gent zasrany, i wła­ści­wie to lepiej by było, gdyby nic nie mówił, bo i tak wszystko będzie tak, jak ja zapla­nuję – uwa­żał Jagan. No i to imię… Rudolf. Jak Rosja­nin może dać dziecku takie durne imię? Tego Jagan nie mógł zro­zu­mieć.

Chwi­lami nawet myślał, żeby odpu­ścić sobie tę misję, bo współ­praca z Doro­ni­nem nie wró­żyła niczego dobrego. Jeden Batysz­kin był nor­malny, ale prze­padł gdzieś w Pol­sce. Nowy szef wywiadu Kru­głow mówił, że Popo­wski to zbieg i zdrajca nie­godny lito­ści, co w Rosji ozna­cza tylko jedno, a jed­nak Jagan bar­dziej lubił lisa niż ogary, cho­ciaż nie potra­fił pojąć dla­czego. I dodat­kowo, kiedy patrzył na nagą Galę, to zawsze widział cycki pięk­nej drew­nia­nej Echidny zdo­bią­cej kre­dens Popo­wskiego. Uwa­żał wręcz, że ktoś, kto ma taki ołtarz w domu, nie może być zwy­kłym czło­wie­kiem.

Wziął jed­nak zaliczkę, która już się roze­szła. Na sty­pen­dium dla Gali i mate­riały na rzeźbę dla arty­sty Gło­gowa z Rublowki poszło czter­dzie­ści tysięcy bak­sów. Ale do wyrów­na­nia był jesz­cze rachu­nek za śmierć „piątki” na Kau­ka­zie i nie paso­wał mu też wyjazd na Ukra­inę, gdzie cią­gnęli wszy­scy kole­dzy bez przy­działu, więc naci­snął przy­cisk w tele­fo­nie i odczy­tał ese­mesa.

4

Har­riet Ber­ghen wie­działa, co robi, decy­du­jąc się na podróż do Tehe­ranu. Kal­ku­la­cja była pro­sta: sta­wia wszystko na jedną kartę i albo wycią­gnie Hasana z irań­skiego wię­zie­nia i odnaj­dzie Antona, albo prze­gra wszystko. Liczyła się też z tym, że sama może już ni­gdy nie wyje­chać z Iranu i prze­paść w mro­kach trzech tysięcy lat jego histo­rii. Bo kim jest zwy­kła szwedzka dziew­czyna w oku­la­rach i o bia­łych jak śnieg wło­sach wobec losów milio­nów ludzi…

Naiwna miłość prze­ciw losom ludz­ko­ści? I choć dosko­nale wie­działa, że w walce czło­wieka ze świa­tem trzeba sta­wiać na świat, to zro­biła dokład­nie odwrot­nie i posta­wiła na czło­wieka.

Gene­rała Ahmada Haru­miego, dowódcę Bry­gady Al-Kuds, widziała tylko jeden jedyny raz w hotelu Espi­nas. Zro­bił na niej wra­że­nie sil­nego, cha­ry­zma­tycz­nego czło­wieka z zasa­dami, o twa­rzy zim­nej i mądrej. Ich spo­tka­nie trudno było nazwać roz­mową, ale jego efekt prze­ra­stał ocze­ki­wa­nia. Gdyby powie­działa o tym komuś obcemu, z pew­no­ścią by nie uwie­rzył. Ona i gene­rał Harumi?

Naza­jutrz rano do jej pokoju przy­szli dwaj taj­niacy, któ­rych poznała już wcze­śniej, wrę­czyli jej zdję­cia pasz­por­towe Hasana i Antona i oświad­czyli krótko, że obaj zostaną następ­nego dnia odsta­wieni do samo­lotu Lufthansy odla­tu­ją­cego o dwu­dzie­stej trze­ciej do Frank­furtu. Musi więc szybko zała­twić im bilety i doku­menty nie­zbędne do dal­szej podróży. Jeśli nawali, dru­giej oka­zji już nie będzie. Gene­rał Harumi pro­sił też, by prze­ka­zać, że życzy sobie, aby wła­dze szwedz­kie zapo­mniały o całej spra­wie, tak jak on zapo­mniał.

Począt­kowo nie była w sta­nie uwie­rzyć w to, co sły­szy, ale po chwili, kiedy zoba­czyła zdję­cia, dotarło do niej, że wygrała. Wyda­wało się, że serce za chwilę wyrwie jej się z piersi, a ona z rado­ścią pozwoli mu lecieć. Zaci­snęła mocno dło­nie, bo nie chciała oka­zy­wać uczuć w obec­no­ści taj­nia­ków. Trzy­mała w drżą­cych pal­cach zdję­cie Hasana, jakby doty­kała jego twa­rzy, i cho­ciaż był na nim nie­po­dobny do tego, któ­rego pamię­tała, to wie­działa, że to on. Wolała nie myśleć, co prze­szedł, wyma­zała ze swo­jej świa­do­mo­ści słowo „cier­pie­nie”, ale czuła, że ich dawny świat znikł gdzieś w mro­kach prze­szło­ści i będą musieli sta­wić czoło nowemu.

Sprawy pań­stwowe, wojna, pokój, przy­szłość świata, Szwe­cji i Iranu, cała jej służba we FRA – wszystko to było jej teraz obo­jętne, kiedy trzy­mała w dłoni zdję­cie Hasana, więc dekla­ra­cja gene­rała prze­szła jej mimo uszu.

W chwilę po wyj­ściu taj­nia­ków Har­riet zadzwo­niła do swo­jego szefa Her­mans­sona, dyrek­tora FRA, potem do Gun­nara Selan­dera i na koniec do Lindy Lund z Säpo. Wszyst­kim opo­wie­działa mniej wię­cej to samo.

Her­mans­son nie mógł zro­zu­mieć, co ona robi w Tehe­ra­nie, dla­czego nie ma jej w pracy, kiedy wróci i w ogóle co się z nią dzieje. Tak się zatra­cił w pyta­niach, że w końcu musiała prze­rwać roz­mowę. Nato­miast Selan­der tylko słu­chał, jak przy­stało na poli­cjanta, wszystko noto­wał i mru­czał: hmmm… Na koniec zapy­tał tylko, czy jest prze­ko­nana, że tego chce. A kiedy potwier­dziła, oznaj­mił, że zaraz poin­for­muje pre­miera i oddzwoni. Nie pochwa­lił jej ani nie zga­nił, ale był mil­szy niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej i Har­riet to wystar­czyło. Linda nato­miast nie odzy­wała się ani sło­wem, sły­chać było tylko jej przy­spie­szony oddech, aż w końcu wykrzy­czała:

– Kocham cię, dziew­czyno!

Wszystko, co się stało potem, Har­riet pamię­tała jak przez mgłę. Zda­rze­nia pędziły z pręd­ko­ścią świa­tła, była skon­cen­tro­wana, napięta i wyda­wało jej się, że zamiast krwi ma w żyłach czy­stą adre­na­linę.

Zała­twia­nie spraw w amba­sa­dzie szwedz­kiej w Tehe­ra­nie było jak droga przez mękę. Jakiś prze­ra­żony młody kon­sul robił wszystko, by unik­nąć podej­mo­wa­nia jakiej­kol­wiek decy­zji, więc Har­riet nie­ustan­nie dzwo­niła do Sztok­holmu i popy­chała sprawy. O wszystko musiała się wykłó­cać, a wie­dząc, że przez opie­sza­łość jakie­goś urzęd­nika może nie zdą­żyć z doku­men­tami przed odlo­tem samo­lotu, wyda­wało jej się, że zaraz zemdleje albo kogoś zabije.

To wszystko było jed­nak tylko nie­wy­raź­nym tłem dla upar­tej myśli o chwili spo­tka­nia z Hasa­nem i Anto­nem. Ukła­dała sobie w gło­wie całe zda­nia, dobie­rała słowa, zmie­niała je, pla­no­wała każdy ruch, gest, spoj­rze­nie, uścisk, poca­łu­nek. Jedy­nie łez nie mogła zapla­no­wać. I kiedy go zoba­czyła, małego, zgar­bio­nego czło­wieka pro­wa­dzo­nego powoli przez dwóch taj­nia­ków, nic z tego, co sobie zapla­no­wała, nie wypa­liło. Pozo­stało tylko zaci­śnięte gar­dło i potoki łez. Gdy zaś go objęła, a on dotknął jej – tak nie­pew­nie, słabo, jakby się bał, z roz­bie­ga­nym wzro­kiem w zapad­nię­tych oczach – myślała, że zacznie krzy­czeć i że wszystko wokół nagle stra­ciło barwy, a jej życie sens.

Nie pamię­tała, czy w ogóle w samo­lo­cie roz­ma­wiali. Hasan był oso­wiały, mało­mówny, odpo­wia­dał krótko i bez zaan­ga­żo­wa­nia, każdy ruch wyko­ny­wał na pole­ce­nie. Nawet nie reago­wał, kiedy go doty­kała.

Anton dla odmiany był bar­dzo roz­mowny i pogodny, ale Har­riet nie potra­fiła nawią­zać z nim kon­taktu, zwłasz­cza że tak bar­dzo róż­nił się od Hasana, i chwi­lami nawet czuła do niego nie­chęć, cho­ciaż wie­działa, że to tylko zła pro­jek­cja.

Na lot­ni­sku we Frank­fur­cie cze­kali już na nich dwaj mil­czący ofi­ce­ro­wie, jeden z Säpo i drugi z KSI, i potem razem z nimi pole­cieli do Sztok­holmu. Na Arlan­dzie prze­pro­wa­dzili ich bocz­nym wyj­ściem do gra­na­to­wego samo­chodu, któ­rym prze­je­chali na drugi koniec lot­ni­ska, wprost do han­garu prze­zna­czo­nego dla rzą­do­wych samo­lo­tów. Ale to i tak nie pomo­gło, bo wyjazd dla VIP-ów też był obsta­wiony przez ekipy tele­wi­zyjne. W szwedz­kim MSZ pra­wie nic nie jest tajne, a jeśli nawet, to i tak nie ma win­nych, więc infor­ma­cja o Hasa­nie i Anto­nie wypły­nęła natych­miast, jako że media żywiły się nimi od początku.

Wje­chali do środka, a tam obok rzą­do­wego gul­fstre­ama G550 stała grupa osób, która na widok pod­jeż­dża­ją­cego samo­chodu roz­wi­nęła się jak wachlarz. Har­riet poznała szefa Säpo Wal­lina, Kurta Lövenströma, gene­rała Gusta­vs­sona, Gun­nara i Lindę, ale tylko ci ostatni nie­znacz­nie się uśmie­chali. Wszy­scy przy­wi­tali się przez poda­nie ręki, z wyjąt­kiem pochli­pu­ją­cej Lindy i uty­ka­ją­cego Gun­nara, któ­rzy długo trzy­mali w ramio­nach Hasana i Antona.

– Pro­szę o uwagę! – Z grupy wystą­pił wysoki młody czło­wiek w czar­nym tren­czu, jaki noszą tylko ludzie z Rosen­badu. – Nazy­wam się Carl Alstrem i jestem sze­fem gabi­netu pre­miera, w imie­niu któ­rego chciał­bym powi­tać… – zawa­hał się, jakby szu­kał słów – w Szwe­cji. Pre­mier jest bar­dzo zatro­skany sta­nem zdro­wia obu naszych boha­te­rów i pra­gnie zarę­czyć, że wła­dze zapew­nią im odpo­wied­nią opiekę. – Dło­nie trzy­mał sple­cione na brzu­chu, jak mnich. – Dzię­kuję za uwagę i życzę jesz­cze raz wszyst­kiego naj­lep­szego. – Odwró­cił się na pię­cie i skie­ro­wał do sto­ją­cej nie­opo­dal limu­zyny z kie­rowcą.

– Co to miało być? – zapy­tał cał­kiem gło­śno Gun­nar.

– Pre­mier jest wście­kły – odparł cicho Kurt. – Har­riet ośmie­szyła go i całą jego sztukę dyplo­ma­cji. Chciał się wyprzeć Hasana i zamieść sprawę pod dywan, a tu… takie kuku! Jest teraz prze­ra­żony. Boi się mediów i następ­nego posie­dze­nia Riks­dagu, ale mleko się roz­lało i w żaden spo­sób nie mogą zna­leźć roz­sąd­nego roz­wią­za­nia, żeby się z tego wyśli­zgać. Chyba będą wybory.

– Nawet na pewno.

– A mogli to roze­grać ina­czej… zawal­czyć o Hasana, poka­zać cha­rak­ter i zde­cy­do­wa­nie… ludzie by to doce­nili, ale… za dużo sła­bych poli­ty­ków w głu­piej poli­tyce.

– Naj­waż­niej­sze, że Hasan i Anton żyją – skwi­to­wał w swoim pro­stym poli­cyj­nym stylu Gun­nar i spoj­rzał na Har­riet. – Popatrz na nią, Kurt. – I dodał z emfazą: – To nasza Har­riet! Nie jesteś dumny?

Kurt poki­wał tylko głową i pocią­gnął wzro­kiem za prze­jeż­dża­jącą obok limu­zyną Carla Alstrema, która po chwili zni­kła za bramą han­garu. Spoj­rzał na Lindę, która znów objęła Hasana, i Har­riet trzy­ma­jącą za rękę Antona. Wal­lin stał obok i żywo o czymś dys­ku­to­wał z gene­ra­łem Gusta­vs­so­nem. Wyda­wać się mogło, że ta dziwna uro­czy­stość jakby powi­ta­nia dobiega końca, wszy­scy za chwilę się roz­jadą, a Har­riet zabie­rze Hasana do domu, ale Kurt dosko­nale wie­dział, że to dopiero począ­tek pro­ble­mów. To, co się sta­nie, miało być dla całej trójki wię­cej niż przy­kre i mogło być bole­sne, a na pewno będzie nie­spra­wie­dliwe. Dla­tego sły­sząc Gun­nara, Kurt pomy­ślał, że Har­riet z pew­no­ścią tak łatwo się nie podda, a skoro potra­fiła wygrać z gene­ra­łem Haru­mim, powinna też sobie pora­dzić z gene­ra­łem Gusta­vs­so­nem, Wal­linem i pre­mie­rem, cho­ciaż będzie to znacz­nie trud­niej­sze. Szwe­cja to nie Iran – skon­sta­to­wał z sar­ka­zmem i posta­no­wił, że sta­nie po stro­nie praw­dzi­wych boha­te­rów, nawet jeśli będzie musiał zakoń­czyć swoją misję na Gotlan­dii.

Spoj­rzał na Gusta­vs­sona i Wal­lina, któ­rzy dawali mu znaki, by do nich pod­szedł, lecz Kurt, jakby na prze­kór, chwy­cił za rękę Gun­nara i obaj ruszyli w kie­runku grupy, w któ­rej stali Har­riet, Hasan, Linda i Anton.

– Za chwilę podejdą tu do was Gusta­vs­son i Wal­lin – powie­dział, kiedy tylko się zatrzy­mał. – Zako­mu­ni­kują wam, że z powo­dów zdro­wot­nych i dla bez­pie­czeń­stwa Hasan i Anton zostaną prze­wie­zieni samo­lo­tem do bazy woj­sko­wej w Piteå. W rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi o ukry­cie was obu przed mediami i prze­cze­ka­nie kilku mie­sięcy, aż sprawa ucich­nie. Har­riet nie unik­nie zarzu­tów pro­ku­ra­tor­skich za nie­le­galną akcję w Ira­nie, a tak naprawdę na kilka mie­sięcy śledz­twa sta­nie się zakład­niczką, by Hasan i Anton byli posłuszni i nie poszli do mediów. W tym cza­sie pre­mier pla­nuje roz­wią­za­nie rządu i przed­ter­mi­nowe wybory, czyli ucieczkę do przodu.

Kiedy skoń­czył, zale­gła cisza. Wszy­scy patrzyli na niego z tym samym wyra­zem twa­rzy peł­nym nie­do­wie­rza­nia, może nawet osłu­pie­nia, a już na pewno zasko­cze­nia. I im dłu­żej trwała cisza, tym bar­dziej do nich docie­rało, że Kurt mówi poważ­nie. Jedy­nie Hasan spra­wiał wra­że­nie, że jest mu to obo­jętne.

Pierw­szy ode­zwał się Gun­nar.

– Co tu się dzieje?

– Zarzuty dla Har­riet? – włą­czyła się Linda.

– Mamy lecieć do Piteå? – zapy­tał Anton. – Na prze­słu­cha­nie? O co cho­dzi?

– Spo­dzie­wa­łam się tego – wtrą­ciła Har­riet. – Mogą mnie wsa­dzić do wię­zie­nia, znisz­czyć, opluć, sko­pać, spo­dzie­wa­łam się tego i nie jestem zasko­czona, jestem przy­go­to­wana, ale dla­czego robią to Hasa­nowi i Anto­nowi? – Spoj­rzała pyta­jąco na Kurta.

– Jestem z wami – odparł. – Zro­bimy tak…

5

Była osiem­na­sta, czwar­tek, imie­niny Teo­dora i Larysy. Pub Bolek na Polu Moko­tow­skim świe­cił pust­kami. Otwarta była jedy­nie główna sala z pie­cem do pizzy i two­rzą­cym kąt pro­sty barem, nad któ­rym świe­ciły róż­no­ko­lo­rowe reklamy alko­holi.

Sara i Kon­rad przy­je­chali metrem i ostat­nie dwie­ście metrów prze­szli pie­szo, kuląc się od zim­nego wia­tru i desz­czu ze śnie­giem, zło­śli­wie zaci­na­ją­cego pro­sto w twarz.

Kiedy tylko weszli do pubu, ode­tchnęli z ulgą, jakby poko­na­nie tego krót­kiego odcinka kosz­to­wało ich ponad­ludzki wysi­łek. Kon­rad strzep­nął czapkę o rękaw, a Sara zdjęła kap­tur, wycią­gnęła chu­s­teczkę i wytarła twarz. Mieli już wejść z holu do sali, gdy zatrzy­mał ich agre­sywny, skrze­kliwy głos szat­nia­rza, który z wycią­gniętą ręką doma­gał się zda­nia ubrań. Bez słowa oddali mu cięż­kie od wody kurtki i wzięli numerki. Szat­niarz mógł się wyda­wać iry­tu­jący, ale nie tego wie­czoru.

Kon­rad przy­trzy­mał przed Sarą drzwi i w tym samym momen­cie dzie­więć twa­rzy obró­ciło się w ich stronę, jak widow­nia śle­dząca dziwny lot teni­so­wej piłeczki. Na ten widok Sara uśmiech­nęła się mimo­wol­nie, bo przez chwilę odnio­sła wra­że­nie, że ma on w sobie coś z antycz­nego dra­matu. Od razu jed­nak zdała sobie sprawę, że to prze­cież ona i Kon­rad byli przy­czyną tego dra­matu i prze­żyć, które dostar­czyli swoim współ­pra­cow­ni­kom, jakby nie liczyli się z ich przy­jaź­nią, bra­ter­stwem broni. Może uwa­żają, że ich zdra­dzi­li­śmy – pomy­ślała z bólem, bo sama chy­baby tego nie prze­żyła. Poża­ło­wała uśmie­chu, który natych­miast zasechł na jej twa­rzy jak stara zmarszczka, i poczuła, że musi wyglą­dać wyjąt­kowo idio­tycz­nie.

Przy stole, który zawsze zaj­mo­wali w tym pubie, sie­działo sie­dem osób. W środku gładko ucze­sany Mar­cin w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze, po jego lewej stro­nie M-Irek i Lutek w mary­nar­skim gol­fie, a po pra­wej Ela w czar­nym swe­trze, Witek i Ewa w dżin­so­wej kurtce. Naprze­ciwko nich, tyłem do wej­ścia, stała pusta ławka, jakby celowo zosta­wiona dla Sary i Kon­rada. Przy­ćmione świa­tło, cisza, pusty stół, żad­nego piwa ani wody, żad­nych tele­fo­nów komór­ko­wych. Przez chwilę Kon­rad pomy­ślał, że to ławka dla oskar­żo­nych, któ­rzy zasiądą przed try­bu­na­łem sied­miu spra­wie­dli­wych, i poczuł się nie­swojo, jakby z powodu jego nie­za­prze­czal­nej winy cały ten pro­ces był tylko zbędną farsą, która przy­spo­rzy wszyst­kim bólu.

Idąc o krok za Sarą, spoj­rzał w lewo i dopiero teraz zauwa­żył dwóch męż­czyzn sie­dzą­cych przy sąsied­nim stole, tuż obok sió­demki sędziów.

Wyglą­dali jak znu­dzeni widzo­wie z pierw­szego rzędu, któ­rzy przez pomyłkę tra­fili na spek­takl chiń­skiego teatru cieni. Kon­rad ni­gdy wcze­śniej ich nie widział, cho­ciaż znał pra­wie wszyst­kich ludzi z obser­wa­cji ABW, bo przez lata zali­czył z nimi wiele wspól­nych akcji. Wyła­py­wał bet­ka­rzy od pierw­szego spoj­rze­nia, bo ema­no­wali dziw­nym sele­dy­no­wym flu­idem, który roz­ta­czał się nad nimi jak zawie­szony obłok, ale tylko wtedy, kiedy byli na służ­bie. Jeden z męż­czyzn pod obło­kiem, jakby chciał utwier­dzić Kon­rada w słusz­nym prze­ko­na­niu, że rze­czy­wi­ście są tymi, o któ­rych myśli, uniósł deli­kat­nie dłoń nad bla­tem i puścił oko. Kon­rad odpo­wie­dział mu dys­kret­nym ski­nie­niem głowy i było już jasne, że zapla­no­wane spo­tka­nie może się odbyć w spo­koju. Na Miło­będz­kiej wszy­scy wie­dzieli, że szef Agen­cji nie ma wielu przy­ja­ciół w ABW, tylko jemu się wyda­wało, że jest dokład­nie odwrot­nie.

– Co sły­chać? – zapy­tała Sara, sia­da­jąc na ławce. – Coście tacy ponu­rzy? Stało się coś?

Jej iro­nia była aż nadto widoczna, ale nikogo nie draż­niła, bo i tak wszy­scy wie­dzieli, że nie­udol­nie udaje. Sara zawsze miała z tym pro­blem, szcze­gól­nie kiedy musiała uze­wnętrz­nić swoje uczu­cia wobec naj­bliż­szych.

– Podobno nie ma już Wydziału Q – zaczął Mar­cin tonem obra­żo­nego dziecka. – Od kilku dni jeste­śmy w dys­po­zy­cji kadr. Codzien­nie nas prze­słu­chują…

– Wydział Q… to my – spo­koj­nie prze­rwał mu Kon­rad. – Prze­cież sie­dzimy tu, teraz, razem… tak jak zawsze… w naszym zapa­so­wym biu­rze… i jak widać, nikt nas nie może roz­wią­zać.

Mówił cicho, powoli, z namy­słem i przez moment wszy­scy spo­glą­dali na niego zasko­czeni, bo wyglą­dało to tak, jakby się z nich naigry­wał. Ale prze­cież wie­dzieli dobrze, że Kon­rad jest im oddany do ostat­niej kro­pli krwi, jak dobry ojciec i przy­ja­ciel, i ufali mu bar­dziej niż sobie, więc chwi­lowa nie­pew­ność szybko prze­mie­niła się w zacie­ka­wie­nie. A kiedy Sara się uśmiech­nęła, byli już pewni, że dzieje się coś nad­zwy­czaj­nego i że za chwilę dowie­dzą się co.

– Tak. Mamy kło­poty, ale to są nasze kło­poty i nie chcemy was w to wcią­gać. Winni jed­nak jeste­śmy wam wyja­śnie­nie. – Sara prze­szła do sedna. – Pono­si­cie kon­se­kwen­cje nie swo­ich decy­zji i czy­nów, więc musi­cie wie­dzieć dla­czego, co się stało…

– Pani naczel­nik, nie mamy chyba teraz więk­szych kło­po­tów, niż mie­li­śmy w Ira­nie – ode­zwał się nie­wi­dzialny Witek. – War­szawa raczej nie jest trud­niej­szym tere­nem od Tehe­ranu…

– Jest! – nie­mal krzyk­nął Mar­cin. – Tu wróg jest mię­dzy nami, czai się wszę­dzie…

– Jak to mię­dzy nami? – Ela rozej­rzała się zdzi­wiona. – O czym ty mówisz?

– Nooo… nie tu… nie mię­dzy nami tu przy stole… – Mar­cin poru­szył się ner­wowo. – Mam na myśli Firmę, a nie nas, nie Wydział Q. – Spoj­rzał w bok na męż­czyzn pod obło­kami. – A ci dwaj to co? Przy­ja­ciele może?

– Wyłącz się, Mar­cin! – twardo wszedł Kon­rad. – Nie utrud­niaj nam sprawy. Możesz? – Spoj­rzał na niego ostro, bo tylko w ten spo­sób mógł go spa­cy­fi­ko­wać.

– Ale, sze­fie… Ci bet­ka­rze przy­leźli tu za mną i nawet o suchym pysku sie­dzą!

– Zamknij się w końcu, do kurwy nędzy! – ode­zwał się Lutek i wszy­scy zamarli ze zdu­mie­nia.

Lutek tak rzadko otwie­rał usta, że jego głos, wzbo­ga­cony rów­nie rzadko uży­wa­nymi sło­wami, zadzia­łał jak poważne ostrze­że­nie, a Lutek ni­gdy nie żar­to­wał. Ale jeśli musiał wal­czyć sło­wem, to ni­gdy nie pudło­wał i zawsze tra­fiał w śmier­telną dzie­siątkę. Tym razem jed­nak tembr jego głosu był na tyle nie­zwy­kły, że przy­cią­gnął nawet uwagę bet­ka­rzy, któ­rzy rów­nież utkwili w Lutku spoj­rze­nie, słusz­nie podej­rze­wa­jąc, że ten czło­wiek musi być nie­bez­piecz­nie wku­rzony. I rze­czy­wi­ście tego wie­czoru Lutek z tru­dem pano­wał nad sobą, bo jesz­cze ni­gdy w życiu nie był prze­słu­chi­wany, a dla spe­cjalsa zna­czyło to tyle, co dać się wziąć żyw­cem na polu walki.

– Czy­ści jeste­ście? – Sara prze­rwała ciszę i pocią­gnęła teatral­nie wzro­kiem po ich twa­rzach jak król Artur po obli­czach swo­ich ryce­rzy.

– Nooo… nieee… Pani naczel­nik… – zare­ago­wał natych­miast Mirek.

– Pani naczel­nik… to nie fair… – dodał Irek.

– Okej… okej… – powtó­rzyła dla pew­no­ści. – Ja… tak na wszelki wypa­dek.

– Prze­cież wciąż jeste­śmy Wydzia­łem Q – ode­zwała się mil­cząca dotąd Ewa. – Nic się pod tym wzglę­dem chyba nie zmie­niło… Nie zapo­mnie­li­śmy prze­cież o Igo­rze i Wasi, prawda? Zdję­cia są nam raczej nie­po­trzebne.

I na chwilę nad sto­łem zawi­sła cisza.

6

Jagan nie wie­dział, gdzie mieszka Doro­nin, i wcale go to nie inte­re­so­wało, ale kiedy poznał jego adres, bar­dzo się zdzi­wił. Wziął lor­netkę i wyszedł na bal­kon. Jak wyni­kało z jego obli­czeń, musiało to być miesz­ka­nie w bloku, który obser­wo­wał przez ostat­nie trzy dni. Z łatwo­ścią wyty­po­wał lokal na dzie­sią­tym pię­trze i dla pew­no­ści spraw­dził swoje zapi­ski. „Miesz­ka­nie kon­spi­ra­cyjne” – zapi­sał na liście czer­wo­nym ołów­kiem przy nume­rze 265, tym samym, który podał mu Doro­nin w ese­me­sie.

Ja pier­dolę… ale ci nasi szpie­dzy to bał­wany! – pomy­ślał Jagan i uśmiech­nął się w duchu, kiedy już wbie­gał na dzie­wiąte pię­tro. Zasło­nięte brudne okna, żad­nych kwia­tów, pra­nia, żad­nego rowerka ani beczek z ogór­kami czy kapu­stą… Miesz­ka­nie kon­spi­ra­cyjne rosyj­skiego wywiadu, ale czy­sto­ści to nie potra­fią utrzy­mać. Praw­dziwy Rosja­nin kąpie się codzien­nie, bo higiena to sprawa patrio­ty­zmu… No, chyba że jest na woj­nie.

Przy­sta­nął i przy­ło­żył ucho do drzwi. Wewnątrz było cicho, ale Jagan wyraź­nie czuł czy­jąś obec­ność, tym bar­dziej że smok zadrżał deli­kat­nie. Odbez­pie­czył złotą tetetkę, cho­ciaż wcale nie czuł zagro­że­nia. Instynkt zawo­dził go jed­nak coraz czę­ściej, więc nie mógł zdać się wyłącz­nie na niego. To był jego naj­więk­szy pro­blem: zaczy­nał tra­cić zaufa­nie do samego sie­bie.

Prze­ło­żył pisto­let do pra­wej kie­szeni kurtki, a lewą ręką deli­kat­nie naci­snął klamkę. Nim doszedł do połowy, drzwi gwał­tow­nie szarp­nęły i otwo­rzyły się na oścież.

– Wchodź – wyszep­tał Rudolf, przy­naj­mniej tak się Jaga­nowi wyda­wało.

– Aaa… skąd wie­dzia­łeś… że ja…

– Zni­kłeś na dwa dni i szef chciał już się tobą zająć.

– Jak to zająć?

– Dezer­te­rów strzela się jak psy.

– Nie jestem dezer­te­rem – zapro­te­sto­wał gło­śno Jagan i poczuł, jakby coś mu ugrzę­zło w gar­dle, bo okre­śle­nie „dezer­ter” było naj­gor­szym prze­kleń­stwem dla żoł­nie­rza spec­nazu. – Zepsuł mi się tele­fon – dodał nie­pew­nie, a Doro­nin z nie­do­wie­rza­niem poki­wał głową.

Tak czy ina­czej kapi­tan miał już na dobre prze­gwiz­dane u Jagana. I na doda­tek to imię, Rudolf, które w żaden spo­sób nie mogło mu przejść przez gar­dło. Pomy­ślał nawet przez chwilę, że za tego „dezer­tera” mógłby mu dać z lewego buta w ryj, a za imię z pra­wego, ale wisiał w Jasie­nie­wie na czter­dzie­ści tysięcy bak­sów, które już się roze­szły, więc się powstrzy­mał. Będzie jesz­cze oka­zja – pomy­ślał – dopil­nuję.

W rze­czy­wi­sto­ści kapi­tan Rudolf Doro­nin mówił nor­mal­nym gło­sem, był zrów­no­wa­żony i zada­wał pyta­nia, kiedy chciał się cze­goś dowie­dzieć. Jagan był po pro­stu do niego uprze­dzony, jak zresztą do wszyst­kich z wyjąt­kiem Gali.

Miał trzy­dzie­ści pięć lat, z czego dzie­sięć spę­dził w Mek­syku, USA i Indiach. Gdyby Jagan to wie­dział, ina­czej spoj­rzałby na kapi­tana, bo to zna­czyło, że zna fach i ma doświad­cze­nie bojowe, jak mówili o pracy zagra­nicz­nej szpie­dzy, a Jagan cenił tylko zawo­dow­ców. A gdyby wie­dział jesz­cze, że Doro­nin słu­żył w jed­no­stce do zadań spe­cjal­nych, z pew­no­ścią zmie­niłby opi­nię. Nowy szef SWZ Kru­głow wybrał Doro­nina wła­śnie dla­tego, że ten cały czas dzia­łał za gra­nicą i był pra­wie nie­znany w Cen­trali, nie miał powią­zań z żadną kote­rią w Jasie­nie­wie i pocho­dził z chłop­skiej rodziny gdzieś zza Uralu. Koń­czył tajny indy­wi­du­alny kurs ofi­cer­ski, więc nie był uwi­kłany w układ towa­rzy­ski, w jakim tkwią wszy­scy absol­wenci Aka­de­mii Andro­powa. Ni­gdy też nie spo­tkał się z Popo­wskim, więc było pra­wie pewne, że nie jest zwią­zany z grupą Lebie­dzia znaną jako bie­łaja komanda, i bar­dzo praw­do­po­dobne, że nie zdra­dzi.

– Her­baty? – zapy­tał Doro­nin, ale Jagan udał, że nie sły­szy. – Nie to nie.

Usie­dli w dużym pokoju na sta­rej, zapla­mio­nej wer­salce i Doro­nin otwo­rzył pokrywę lap­topa.

– Zdej­mij kurtkę – powie­dział spo­koj­nie. – Chwilę posie­dzimy. Jest o czym poga­dać. Zapo­cisz się. – Spoj­rzał na Jagana, który patrząc w okno, popra­wił kurtkę i poło­żył nogi na ławę. – Wystaje ci z kie­szeni ta twoja złota tetetka. Nie sądzisz, że to siara cho­dzić z takim bab­skim pisto­le­ci­kiem? – zapy­tał z uśmie­chem, ale Jagan tylko wci­snął moc­niej głowę w koł­nierz i wciąż gapił się w okno. Pisto­letu nie popra­wił. – Coś taki naje­żony? Stało się coś?

Jagan wzru­szył ramio­nami.

– Mów, koman­dir, co się dzieje. Szkoda czasu. – Wsu­nął pisto­let do kie­szeni. – Mam nowiutką giu­rzę SPS, jak trzeba… więc nie bądź taki mądry, towa­rzy­szu ofi­ce­rze wywiadu.

– Oj, cho­rąży Tru­bow… – Doro­nin pokrę­cił głową z lek­kim uśmie­chem. – Lubię cię i już wiem, że ta nasza wyprawa będzie chyba naj­wspa­nial­szym prze­ży­ciem, jakie dotąd mia­łem. Naprawdę cię lubię, cho­ciaż nie mam zie­lo­nego poję­cia, dla­czego aku­rat cie­bie wyzna­czono do tej roboty. Mówią, że jesteś nie­śmier­telny… Nexus… Pew­nie dla­tego – powie­dział bez cie­nia iro­nii i poki­wał z uzna­niem głową. – Zoba­czymy, czy z cie­bie taki dży­git, jak mówią.

– Jaki Nexus? – obru­szył się Jagan, ale poczuł się dziw­nie z innego powodu. Do tej pory tylko Gala mówiła, że go lubi, i wie­dział dokład­nie, co to zna­czy, bo słowa zamie­niała w czyn. Kie­dyś coś takiego powie­dział chyba Tatar w Szwe­cji, nie był pewien, zresztą Tatar nie żyje. Ale Doro­nin? W każ­dym razie posta­no­wił zdjąć kurtkę i zabrał nogi ze stołu.

– Napiję się tej her­baty – wykrztu­sił przez zaci­śnięte gar­dło.

– A dla­czego mówią na cie­bie Jagan? – Kapi­tan pod­niósł się z kanapy.

– Czy to ważne? A co… nie czy­ta­łeś moich akt?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Biblia War­szaw­sko-Pra­ska, Mt 1:20–23. [wróć]