Niedoskonali - Jolanta Kosowska - ebook + książka

Niedoskonali ebook

Jolanta Kosowska

4,6

Opis

Są takie miejsca, które mają w sobie trudną do wytłumaczenia magię. Miejsca, które potrafią uleczyć nawet najbardziej zranione dusze… Dla Majki, Davida, Camili i Brunona takim miejscem staje się knajpa z muzyką fado w jednej z biednych dzielnic Lizbony. To właśnie tutaj krzyżują się ich ścieżki, gdy każde z nich próbuje uciec od bolesnych wspomnień i poszukać nowego sposobu na życie. Nie wiedzą jeszcze, że przyjaźń, która niespodziewanie pojawi się między nimi, stanie się najlepszym remedium na powracające traumy.

W tle Lizbona, o jakiej nie pisze się w przewodnikach. Tajemnicza, mroczna i niepokojąca, z ukrytymi w jej krętych uliczkach prawdziwymi ludzkimi historiami.

Jolanta Kosowska to prawdziwa czarodziejka, gdyż każda jej książka dotyka delikatnych czułych strun ludzkiej duszy. W „Niedoskonałych” autorka dodatkowo pokazuje cudowną Lizbonę zabierając czytelnika w podróż bolesną, wzruszającą, ale i magiczną. Tę historię musi przeczytać każda czytelniczka o romantycznym i spragnionym nadziei sercu!
Agnieszka Lingas-Łoniewska

Jolanta Kosowska
Urodzona na Opolszczyźnie, większość życia związana z Wrocławiem, Opolem i Sobótką, absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej i studiów podyplomowych w Akademii Wychowania Fizycznego. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny. Nieustannie szuka nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od kilkunastu lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest związana z drezdeńską Polonią. Dzieli swój czas pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Jest autorką czternastu powieści obyczajowych.

https://www.facebook.com/Jolanta.Kosowska.Autor
https://www.facebook.com/groups Szuflada Jolanty Kosowskiej
www.jolantakosowska.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 294

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (17 ocen)
13
2
2
0
0
Sortuj według:
Adaaga

Nie oderwiesz się od lektury

polecam, historia przyjaciół mających różne doświadczenie życiowe, los nie był łaskawy dla nich, a jednak odnaleźli siłę w przyjaźni a potem ......
00
KASIADZ1991

Nie oderwiesz się od lektury

CÓŻ ZA NIESAMOWITA POWIEŚĆ I OPOWIEŚĆ 🤩👏PANI JOLANTA KOSOWSKA MA NIEZWYKŁE PIÓRO, MOGĘ BRAĆ JEJ KSIĄŻKI ZAWSZE W CIEMNO-NIGDY SIĘ NIE ZAWIODŁAM.GRATULUJĘ KOLEJNEGO PISARSKIEGO CUDEŃKA 🤩 P.S AŻ SIĘ CHCE CZŁOWIEKOWI WYJECHAĆ DO LIZBONY. PANI JOLU,A MOŻE BY TAK KOCHANA WYJĄTKOWO NAPISAĆ DRUGI TOM?🙏 MUSZĘ SIĘ DOWIEDZIEĆ CO I JAK DALEJ U ZOSI😁 KSIĄŻKA MAJSTERSZTYK SERDECZNIE POLECAM PRZECZYTAĆ LUB WYSŁUCHAĆ-NAPRAWDĘ WARTO 📖🏅🏆👏
00
Maadziuulekx3

Nie oderwiesz się od lektury

Ciepła, emocjonalna, opowiadająca o tym, że miłość i przyjaźń przezwycięży wszystko ❤️
00
madzia935

Dobrze spędzony czas

Lubię twórczość Autorki, polecam kolejna pozycję.
00

Popularność




Wszystkim, których kiedyś zawiódł los.

Majka

Spojrzałam za siebie. W mrocznej ulicy nie zauważyłam nikogo. Mężczyzna, który wysiadł tuż za mną z tramwaju, musiał skręcić w przecznicę, którą minęłam przed chwilą. Odetchnęłam z ulgą. Kiedy jestem zmęczona, wyobraźnia podsuwa mi dziwne obrazy, drobiazgi urastają do olbrzymich rozmiarów i niepotrzebnie się napędzam.

W tramwaju odniosłam wrażenie, że ten facet dziwnie mi się przygląda. Ja też od czasu do czasu patrzyłam w jego stronę. Kilka razy przelotnie spotkały się nasze spojrzenia. Byliśmy jedynymi pasażerami podróżującymi o tej porze pustym tramwajem. Motorniczy jechał jak szalony. Pojazd skrzypiał. Tramwaj zatrzymywał się tylko na niektórych przystankach. Na jednym z zakrętów przechylił się niebezpiecznie. Nocny chłód wdzierał się przez otwarte okno. Zimne podmuchy przenikały mnie na wylot.

Parę minut wcześniej wyszłam z dusznej restauracji. Po południu, kiedy szłam do pracy, było gorąco. Spieszyłam się. Wybiegłam z domu w ostatniej chwili. Zupełnie zapomniałam, że noce są tutaj takie chłodne. Miałam na sobie tylko letnią, zwiewną sukienkę, na nogach sandały. Tamten facet ubrany był w kurtkę. Nocny chłód stał się przenikliwy. Chciałam zamknąć okno. Zacięło się. Szarpałam się z nim bezskutecznie. Wtedy on mi pomógł. Potem raz po raz czułam na sobie jego spojrzenie. Wzrok mężczyzny ślizgał się po mojej twarzy, wędrował po odsłoniętych ramionach, schodził w dół w kierunku bioder i odsłoniętych nóg. Przeszkadzało mi to i niepokoiło mnie. Spojrzałam w jego stronę. Cień uśmiechu przebiegł po jego twarzy. Odwróciłam wzrok i wbiłam go w ciemność za oknem.

Wysiadł na tym samym przystanku co ja. Jeszcze przed chwilą słyszałam za sobą jego kroki. Teraz tylko moje buty stukały po bruku. Dźwięk odbijał się od ścian przylegających do siebie kamienic, wracał echem. W otaczającej mnie ciszy wydawał się głośny i niestosowny. Zaburzał spokój tego miejsca. Zwykle o tej porze nikt tędy nie chodzi. Bo i po co? Mała, wąska uliczka w zaniedbanej części miasta. Lizbona to ponoć najbardziej kolorowa stolica Europy. Taką opinię można przeczytać w każdym przewodniku. Może i tak jest, ale nie tutaj, nie na tej ulicy, nie w tej części miasta. Zdjęcia takich ulic jak ta nie są zamieszczane w przewodnikach. Źle komponowałyby się z wyobrażeniem o tej części Europy.

Portugalia kojarzy się z żywymi kolorami w promieniach słońca, płytkami azulejo, ruinami potężnych zamków i fortec, fascynującymi pałacami, tajemniczymi ogrodami i mrocznymi parkami. Nazwa tego kraju wzbudza w wyobraźni obraz wysokich klifów, huku oceanu, szumu wiatru, gdzieniegdzie białych mgieł snujących się tuż przy ziemi. Niewielu ludziom ta nazwa kojarzy się z brudem, szarością, biedą i brzydotą.

Kiedy wynajmowałam znajdujące się przy tej ulicy mieszkanie, to nie kierowałam się pięknem, a wysokością czynszu i odległością od restauracji, w której pracuję. Czynsz był symboliczny, a dojazd tramwajem do pracy zajmował mi zaledwie piętnaście minut. To rekompensowało brzydotę tego miejsca i wszechobecny smród stęchlizny. Szczelnie pozamykane bramy i okiennice, opuszczone rolety, rudery straszące odpadającym tynkiem, brudne mury upstrzone graffiti, często o niewybrednej treści.

Drgnęłam. Doszedł do mnie odgłos tramwaju przejeżdżającego nieopodal, ulicą biegnącą równolegle do naszej. Mały wagonik piął się w kierunku jednego ze wzgórz, przeraźliwie zgrzytając i skrzypiąc. Musiała dochodzić dwunasta, bo ostatni tramwaj jedzie tą linią tuż przed północą. Nagle światło latarni zadrżało i zgasło. Niech to diabli – pomyślałam. – Jeszcze tylko tego brakuje, żebym musiała po omacku szukać klucza w torebce. Na ulicy panowała ciemność. Zza spuszczonych rolet i zamkniętych okiennic nie dochodziły żadne dźwięki. Przyszło mi na myśl, że tutaj nikt nie mieszka, że na całej ulicy zamieszkała jest tylko nasza kamienica.

Spojrzałam w górę. Wąska smuga światła przeciskała się przez niedomknięte okiennice mieszkania na pierwszym piętrze. David był w domu. Poczułam się pewniej. Przystanęłam. Zaczęłam po omacku grzebać w torebce. Wyjęłam klucze. Otworzyłam drzwi prowadzące na klatkę schodową. Ciszę rozdarło donośne skrzypnięcie. Nikłe światło oświetliło brudne schody. Nasilił się zapach stęchlizny. Ktoś znowu zostawił otwarte drzwi do piwnicy. Pomyślałam, że David musiał schodzić po wino i jak zawsze zapomniał je zamknąć. Przymknęłam je. Witaj w domu – pomyślałam. Niczym nieosłonięta żarówka, wkręcona w plastikową oprawkę, dyndała na cienkim drucie pod sufitem, nikłym światłem oświetlając schody prowadzące na wysoki parter. Przez szarą, odłażącą łatami lamperię biegł napis w przeraźliwie żółtym kolorze: „Miłego dnia”. Obok niego uśmiechnięte słońce. Całość była dziełem Camili, która twierdziła, że trzeba czymś złamać tę paskudną szarość.

Camila mieszka na parterze. Wprowadziła się do tej kamienicy jakieś dwa lata temu. Tak przynajmniej kiedyś mi powiedziała. Pochodzi z małej wioski leżącej nad oceanem. Ponoć to całkiem niedaleko od Lizbony, ale nie słyszałam, żeby jeździła tam na weekendy. Nie wspomina tej wioski, nic o niej nie opowiada. Jakby starała się ją zapomnieć. Studiuje zaocznie śpiew na Wydziale Wokalnym Wyższej Szkoły Muzycznej. Rano sprzedaje bułki w piekarni za rogiem, a popołudniami śpiewa arie przy Łuku Triumfalnym na ulicy Augusta, licząc na to, że szczęście się do niej uśmiechnie i los ofiaruje jej coś więcej niż monety rzucane do leżącego u jej stóp futerału na skrzypce. W jej historii jest coś niejasnego, ale przecież każdy ma swoje tajemnice. Myślę, że tak jak ja uciekła przed czymś do Lizbony, że cienie przeszłości czasami ją jeszcze trapią, bo bywają dni, kiedy jest smutna, zamyślona i drażliwa. Na co dzień jest zupełnie inna. Tryska energią, jest uśmiechnięta, przyjazna i towarzyska.

Miałam dla niej wiadomość, która chociaż po części mogła odmienić jej życie. Cicho zapukałam. Odczekałam chwilę. Przyłożyłam ucho do drzwi. Ciszy nie łamały żadne dźwięki. Nie było słychać skrzypnięcia tapczanu ani tupotu bosych stóp drepczących po posadzce. Zapukałam jeszcze raz. I znów nasłuchiwałam. W mieszkaniu nadal panowała niczym niezmącona cisza. Zapewne Camila zasnęła ze słuchawkami na uszach, słuchając jakiejś arii operowej. Wycisza ją i uspokaja muzyka poważna. Mnie arie operowe potrafią zirytować i rozdrażnić. Każdy człowiek jest inny. Arii operowych nie lubię, ale potrafię godzinami słuchać, jak Camila gra na skrzypcach. Wyrwałam z notesu kartkę. Przysiadłam na schodach. Zaczęłam pisać.

Cami,

minęła północ. Zapewne już śpisz. Bruno czeka na Ciebie dzisiaj o szesnastej w naszej restauracji. Akurat potrzebna mu wokalistka. Poprzednia z dnia na dzień rzuciła pracę, tłumacząc się trudną sytuacją rodzinną. Bruno jest smutny i zrezygnowany. Powiedziałam mu o Tobie. Chce się z Tobą spotkać. Wiem, że to nie jest wielka scena, a restauracja znajduje się w dzielnicy Alfama, ale zawsze to coś. W końcu wielu ludzi z całego świata przyjeżdża do Lizbony tylko po to, żeby posłuchać fado w jednej z knajp w tej dzielnicy, bo jest kultowa. Wiele gwiazd fado zaczynało właśnie tutaj. Ubierz się stosownie do tej muzyki. Najlepiej w tę długą, obcisłą sukienkę z rozporkiem, odkrytymi ramionami i dekoltem mocno wcinającym się pomiędzy piersi. Jest szara, jej kolor pasuje do tych dźwięków. Smutek, melancholia i żal. Gorąca ma być dusza. Zabierz ze sobą gitarę. To dodatkowy atut. Makijaż nie zaszkodzi. Włosy fantazyjnie upięte też będą w porządku. Znam Brunona. To wszystko będzie miało znaczenie. Trzymam kciuki.

Przyjdę wcześniej do pracy, żeby Cię wspierać.

Buziaki

Majka

PS Bruno wygląda na nieudacznika i gbura, ale to łebski i fajny facet. Wierzę w Twój talent i determinację. Dasz radę! Jeszcze jedno: Bruno jest tradycjonalistą. Przedstaw mu się pełnym imieniem i nazwiskiem. Powiedziałam, że nazywasz się Camila Amanda Oliveira Tavares. Wiem, że masz jeszcze trzecie imię, ale go nie pamiętam. Zawsze jakoś ulatuje mi z głowy.

Złożyłam kartkę i wcisnęłam ją w szparę pod drzwiami. Spojrzałam w górę. Schody prowadzące na piętro tonęły w ciemności. Przed miesiącem spaliła się żarówka na pierwszym piętrze, a przed tygodniem zgasło światło na drugim, tuż przed moimi drzwiami. Nikt tego do tej pory nie naprawił. Włączyłam latarkę w komórce. Mdły snop oświetlił ponure ściany i brudne schody.

Kiedy dochodziłam do pierwszego piętra, otworzyły się drzwi od mieszkania Davida. Żegnał kolejną dziewczynę. Stali objęci, zatopieni w namiętnym pocałunku. On w rozpiętej koszuli i dżinsach. Ona w krótkiej letniej sukience. Ręce Davida błądziły po jej ciele. Dłonie dziewczyny spoczywały na jego ramionach. Przystanęłam. Nie chciałam przeszkadzać. Korytarz jest tak wąski, że idąc dalej, musiałabym się o nich otrzeć. Poczułam się nieswojo, słysząc ich namiętne szepty. Ciekawe, jak ona się nazywa – pomyślałam. Tydzień temu była Simone. Widziałam ją nawet dwa razy. To było dziwne i zaskakujące. David rzadko spotyka się z kimś dwukrotnie. Pomyślałam, że to może coś znaczyć, że być może zaiskrzyło coś między nimi i David nareszcie spotkał kogoś, kogo szukał. Pomyliłam się. W tym tygodniu nie było już Simone. Wcześniej, w ciągu paru miesięcy, poznałam Laurę, Miriam i Rebekę. Ta stojąca w rozświetlonych światłem drzwiach dziewczyna nie była żadną z nich. Była wysoka i szczupła, miała kasztanowe włosy. Ręce Davida coraz śmielej wędrowały po jej udach. Raz po raz migał rąbek czarnej bielizny. Usłyszałam cichy chichot stłumiony pocałunkiem. Dziewczyna też zachowywała się coraz śmielej. Wsunęła dłonie pod koszulę Davida. Pochyliła głowę. Jej usta wędrowały coraz niżej i niżej… Nie miałam ochoty stać i patrzeć, jak kochają się na schodach. Chrząknęłam. Dziewczyna odskoczyła jak oparzona. Spojrzała w moją stronę. Na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, które już po chwili przerodziło się w zażenowanie.

– Nie przeszkadzajcie sobie – mruknęłam pod nosem. – Mieszkam piętro wyżej… – wyjaśniłam dziewczynie, która w pośpiechu obciągała dół sukienki. – Żeby dojść do mojego mieszkania, muszę przecisnąć się obok was. Nie mogę czekać, aż przestaniecie się żegnać, bo padam z nóg. Cześć, David – rzuciłam w kierunku mężczyzny. – Sorry, ale o tej porze kończę pracę… Nie robię tego specjalnie – mruknęłam. – Już znikam. Możecie się dalej przytulać.

– Nic się nie stało – burknęła chłodno dziewczyna. – Właśnie wychodziłam – dodała. – Zadzwoń do mnie pod koniec tygodnia! – zwróciła się do Davida. – Miło będzie znowu się spotkać. Skończyć to, co zaczęliśmy teraz – dodała szeptem.

Dotknęła ręką jego ust. Poprawiła jeszcze raz niesforną sukienkę. Zaczęła zbiegać po schodach. Jej kroki zadudniły. Odbiły się echem od pustych ścian. Po chwili usłyszałam trzaśnięcie za mocno pchniętych drzwi. Potem zapanowała cisza.

– Cześć, Majka! – usłyszałam pogodny głos Davida. – Ale miałaś wejście – dodał, mrużąc z rozbawienia oczy. – Masz ochotę na kolację? – zapytał niespodziewanie. – Mam suszonego dorsza, krem z jarmużu, ryż i wino – wymienił jednym tchem. – Na pewno od śniadania nic nie jadłaś.

– Dziękuję – odpowiedziałam zaskoczona. – O tej porze nie jadam kolacji.

– Zrób wyjątek! – nalegał. – Daj się skusić! Nawet najlepsze jedzenie nie smakuje, kiedy jest spożywane w samotności. – Zabrzmiało to dwuznacznie, a może tylko mi się tak wydawało.

– Jeszcze przed chwilą nie byłeś samotny – mruknęłam.

Udał, że nie słyszy.

– Zjedz ze mną – poprosił. – Nie zasnę z głodu.

– Zaśniesz ze zmęczenia – roześmiałam się. – Nowa wybranka? – zapytałam.

– Nie wybranka, a znajoma – odparł.

– Dobra znajoma? – dopytywałam.

– W pewnym sensie – odpowiedział wymijająco.

– Zdążyłeś chociaż poznać jej imię?

– Zdążyłem. Nazywa się Joana.

– Aż dziwne, że ci się to nie myli – roześmiałam się. – Joana, Lara, Miriam, Rebeca, Simone… – wyliczałam. – Jeżeli mogę ci coś doradzić, to najlepiej z nich wszystkich wygląda Simone. Ma to coś… Błysk w oczach, ciepły uśmiech, melodyjny głos, figurę i niesamowite włosy. Ma też charakter. Nie dała ci się przelecieć w ramach pierwszej randki. Nie przypomina lalki Barbie, a kobietę z krwi i kości. Pasujecie do siebie. Może nareszcie trafiłeś na swoją drugą połowę.

– Nie baw się w swatkę! – przerwał mi chłodno.

Stał w otwartych drzwiach prowadzących do jego mieszkania. Jasna smuga światła padająca z wnętrza rozpraszała mrok ciemnego korytarza. Patrzył na mnie. Ten jego wzrok wydawał mi się prowokujący i bezczelny. Poczułam się nieswojo.

– Idę – mruknęłam. – Jestem padnięta.

– Wejdź na chwilę i zjedzmy kolację! – nalegał. – Sąsiedzka kolacja bez żadnych zobowiązań – dodał, myśląc, że się waham.

– Nie, dziękuję – odpowiedziałam pospiesznie.

Coraz bardziej drażniło mnie jego spojrzenie.

– Nie lubisz suszonego dorsza? – zapytał, mrużąc z rozbawieniem oczy.

– Nie przepadam – przyznałam. – Jarmużu też nie lubię – dodałam szybciej, niż zadał kolejne pytanie.

– Wiem, nie przepadasz za naszym jedzeniem – roześmiał się. – Dobrze, że Bruno tego nie wie. Byłby zdziwiony, że zatrudnia w portugalskiej restauracji kelnerkę serwującą potrawy, których sama nie lubi.

– Żeby podawać owoce morza, nie trzeba ich lubić – roześmiałam się. – Podobnie jest z sardynkami i z jarmużem.

– Z jarmużem jest inaczej – przerwał. – Do jarmużu trzeba dorosnąć – powiedział dziwnie poważnie. – Jak do wielu spraw w życiu. Jarmuż rozszerza gamę smaków o gorycz.

– Chcesz powiedzieć, że każde życie miewa posmak goryczy? – zapytałam.

– A nie? Gdyby tak nie było, nie przyjechałabyś do Portugalii, nie pracowałabyś w knajpie w dzielnicy Alfama, nie mieszkałabyś w tej śmierdzącej stęchlizną kamienicy, nie znosiłabyś humorów Brunona, który co prawda jest moim przyjacielem, ale jako pracodawca jest na pewno nie do wytrzymania.

Nie odpowiedziałam. Nie miałam ochoty na poważne rozmowy. Nie dzisiaj, nie o tej porze i nie z nim.

– A może napijemy się wyjątkowego wina? – zaproponował. Zrobił krok w moją stronę. – Mam coś specjalnego – dodał. – Fonseca classic vintage rocznik dwa tysiące…

– Atramentowofioletowy kolor, zapach porzeczek i śliwki złamany nutą korzenną i kwiatową – przerwałam mu.

– Skąd ty wiesz takie rzeczy? – zapytał zaskoczony.

– W końcu pracuję w restauracji – odparłam ze śmiechem – Potrafię dużo powiedzieć o większości portugalskich win, chociaż znam smak tylko niektórych. Masz nagły przypływ kasy? – zapytałam. –To wino kosztuje majątek.

– To prezent od klienta – odpowiedział pod nosem.

– Facet jest aż tak bogaty czy aż tak bardzo potrzebuje dobrego lokum w Lizbonie? – zapytałam.

– I jedno, i drugie – odpowiedział. – Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa – dodał.

Rozmawialiśmy już dobrą chwilę. Staliśmy na wyciągnięcie ramion, w najwęższej części korytarza. David nie odrywał ode mnie wzroku. I nagle ten jego wzrok zaczął mi jeszcze bardziej przeszkadzać.

– Pójdę już – mruknęłam. – Jestem padnięta. Dzisiaj w naszej knajpie obchodzono pięćdziesiąte urodziny jakiegoś dzianego faceta. Wszystkie stoliki były zajęte. Ludzie jedli i pili, jakby wcześniej głodowali przez dwa tygodnie. Koszmar. Nóg nie czuję ze zmęczenia. To był taki wieczór, że miałam ochotę powiedzieć Brunonowi, że już nigdy więcej nie przyjdę do jego knajpy.

– Poczekaj! – próbował mnie zatrzymać. – Wino jest idealne na zmęczenie. Wypijmy po lampce. Nie chcesz do mnie wejść, ja to rozumiem. Przyniosę lampki na korytarz.

– Dziękuję – odpowiedziałam chłodno. – Bez wina też zasnę. Padam z nóg. Po lampce wina mogłabym dzisiaj mieć kłopoty z dojściem do domu.

Nagle przyszło mi na myśl, że to nasza kolejna dziwna rozmowa. Ostatnio było ich bardzo dużo. Każdego dnia, kiedy wracałam z pracy, spotykaliśmy się na schodach. Czasami, jak dzisiaj, staliśmy obok drzwi do jego mieszkania. Zdarzyło się nam parę razy usiąść na stopniach. Kiedyś dosiadła się do nas Camila. Świt nas wtedy zastał na klatce schodowej. Dzisiaj chciałam jak szybciej być już u siebie.

Minęłam go. Machnęłam jeszcze ręką, a David przesłał mi buziaka.

– Ta sukienka jest całkiem fajna, ale ubieraj się cieplej! – powiedział nieoczekiwanie. – U nas noce bywają chłodne. Nie zauważyłaś tego jeszcze?

Nie odpowiedziałam.

– Kup nareszcie te żarówki! – rzuciłam. – Jesteś jedynym facetem mieszkającym w tym domu. Chyba nie chcesz, żeby żarówki wymieniały kobiety?

Zapaliłam latarkę w komórce. Nikłe światło oświetliło wąskie, strome schody prowadzące na drugie piętro.

– Dobranoc! – usłyszałam za plecami.

– Dobranoc! – odpowiedziałam.

***

Otworzyłam drzwi i znalazłam się w moim mieszkaniu. Lubię je. Zapach stęchlizny zniknął, został na korytarzu za drzwiami. Pojawił się delikatny zapach wanilii. Nawet najgorszą norę można urządzić po swojemu. Podporządkować przestrzeń sobie. W każdym miejscu można stworzyć swój własny azyl. Ja stworzyłam dla siebie oazę ciszy i spokoju w omijanej przez turystów części Lizbony. Takie moje miejsce na ziemi, przynajmniej na trochę, na chwilę, zanim czegoś innego nie wymyślę. Przedpokój pomalowałam na biało. Biel złamana jest potężnym lustrem podświetlanym lampkami LED. Odbija się w nim prawie całe mieszkanie. To odbicie dodaje przestrzeni, sprawia, że sześćdziesiąt parę metrów kwadratowych wydaje się pałacem. W srebrnej tafli widać salon połączony z częścią jadalną i kuchnią. Duża sofa, wygodny fotel, niska ława, regał z książkami zajmujący powierzchnię całej ściany, zielony kąt, w którym duża, sięgająca sufitu palma rośnie obok kaktusów, bujnych paproci i drzewka pomarańczowego. W rogu, nad stołem wisi lampa z witrażowym abażurem. Z tego pomieszczenia można wyjść na taras. Właśnie taras był jedną z rzeczy, które zadecydowały o tym, że wynajęłam to mieszkanie. Jest olbrzymi, otoczony kamienną balustradą, przy której stoją pokaźnych rozmiarów donice z drzewkami oliwnymi.

Sypialnia jest oddzielna. Na parapecie królują w niej doniczki z lawendą. Wspomnienie czasów, kiedy byłam zakochana w Prowansji i uważałam, że to właśnie tam jest moje miejsce na ziemi. Oczarowanie Prowansją rozmyło się z czasem, podobnie jak wakacyjne zauroczenia Paulem, ale miłość do lawendy pozostała. Do sznurka przeciągniętego pomiędzy hakiem wbitym w ścianę tuż przy oknie i wieszakiem na płaszcze, stojącym tuż przy drzwiach, przyczepiam drewnianymi klamerkami zdjęcia ludzi, miejsc, chwil i rzeczy ważnych. Każda z tych fotografii to ciepłe wspomnienie jakiegoś miejsca albo wydarzenia, które zamieszkało na stałe w mojej pamięci. Zaczęłam to robić zaraz po przyjeździe do Lizbony. Jestem tutaj już prawie rok. Nazbierało się sporo fotografii. Wśród zdjęć powiesiłam też pocztówkę od Zosi. Jest na niej adres dziewczyny. Pocztówka przyszła z Australii. Przedstawia olbrzymie fale, piaszczystą, szeroką plażę i tuż nad powierzchnią wody potężną i jakby przymgloną kulę słońca.

Majka,

to nie zachód, a wschód słońca – napisała Zośka. – Wolę wschody od zachodów. Zachód słońca to koniec czegoś. Jest jak kropka kończąca zdanie. Wschody słońca budzą nadzieję. Jeszcze wszystko może się wydarzyć. Tylko od nas zależy, czy uwolnimy się od przeszłości, czy damy się jej stłamsić, zniszczyć i pokonać. Słońce wschodzi dla nas. Dla mnie i dla Ciebie. Daje nam kolejną szansę. Zrozumiałam to dopiero w Australii…

Ja zrozumiałam to w Lizbonie. Każdego dnia od wielu miesięcy próbowałam udowodnić samej sobie, że nie nachodzą mnie już mary przeszłości, że wszystko to, co było wcześniej, oddaliło się i straciło na znaczeniu.

Weszłam do mieszkania i poczułam się jeszcze bardziej zmęczona. Zsunęłam z nóg sandały. W sukience położyłam się na łóżku. Narzuciłam na siebie miękki pled. Marzyłam o tej chwili od paru godzin. Wygodne łóżko, ciepłe nakrycie, przytulność mojego mieszkania, wszechobecna, kojąca cisza. Czas zwolnił, myśli przestały pędzić. Z półsnu wyrwał mnie dźwięk nadchodzącej wiadomości. Wiadomość była od Davida.

Jeżeli nie śpisz, to zejdź na wino.

Właśnie zasypiam. Dobranoc

Odpisałam pospiesznie.

Szkoda.

Odpowiedź przyszła błyskawicznie.

Do zobaczenia wieczorem. Dzisiaj mam umówione spotkanie z klientką w Waszej restauracji. Obiecuję, że nie będę dużo zamawiał. Ograniczę się do lampki wina. Spokojnej nocy. Śnij słodko! David

***

Rok wcześniej

Pani dyrektor wezwała mnie do swojego gabinetu. Od razu wiedziałam, o co chodzi. Dzień wcześniej w szkolnej gazetce ukazał się, wśród laurek i wierszy z okazji Dnia Matki, kontrowersyjny list jakiejś dziewczyny. Dopuszczając go do druku, spodziewałam się, że wywoła burzę. Nie przypuszczałam, że aż taką. List dedykowany był matce. Zaczynał się od słów:

Nie napiszę laurki na Dzień Matki. Nie kupię kwiatów. Nie złożę życzeń.

Później ze zdania na zdanie było coraz gorzej, coraz smutniej.

Nie zasługujesz na to święto. W słowie matkamieści się ponoć tyle ciepła, miłości, poświęcenia i dobra. Na to słowo składają się dziesiątki nieprzespanych nocy, pocałunków, przytuleń, ciepłych szeptów, otartych łez i wzruszeń. To ponoć najcudowniejsze słowo, jakie znamy. To bezpieczeństwo, wsparcie, zrozumienie i nieustająca miłość bez względu na wszystko, bez względu na to, co przyniesie los. To pierwsze słowo, które wypowiada małe dziecko, bo w tym słowie zawarta jest cała jego miłość. Może… Pewnie i ja kiedyś z miłością je wymawiałam, ale wtedy jeszcze niczego nie rozumiałam. Po latach stało się ono dla mnie synonimem zła, zimna, obojętności, znieczulicy, obłudy, kłamstwa, wygodnictwa, samolubstwa i braku jakichkolwiek zasad moralnych. Tego nic nie jest już w stanie zmienić. Czasu nie da się cofnąć. To nie film w aparacie. Czas pognał dalej, okaleczając mnie zapewne na całe życie. Nie jestem w stanie Cię kochać, Mamo, próbuję Cię nie nienawidzić.

Wczoraj, kiedy wracałam do domu, zaatakowała mnie suka z sąsiedztwa. Broniła swoich szczeniąt. Myślała, że chcę je skrzywdzić. Przyszło mi na myśl, że to niesamowita matka. Bez chwili zastanowienia ryzykuje własnym życiem dla swoich dzieci. Mamo, powinnaś się uczyć miłości od zwierząt… Może wtedy moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej, a Ty mogłabyś w lustrze spojrzeć sobie prosto w oczy.

Potem było jeszcze gorzej, zupełnie źle, tragicznie i smutno. Dziewczyna pisała o molestowaniu przez ojca i zupełnej bierności matki. O przemocy, którą akceptowała matka. O biciu, głodzeniu, zamykaniu w ciemnej piwnicy. O zboczeniu ojca i całkowitej akceptacji tego przez matkę. Pisała o mistyfikacji i ukrywaniu tego przed otoczeniem. Na zewnątrz powszechnie szanowana rodzina, w domu gwałt, molestowanie, terror psychiczny i fizyczna przemoc. Pisała o piekle na ziemi, które było jej udziałem.

– Pani Josiak, co to ma znaczyć? – Dyrektorka wymachiwała trzymaną w ręku szkolną gazetką. – Jak pani mogła to przeoczyć? Jak mogła pani dopuścić ten list do druku? – mówiła podniesionym głosem, krzyczała.

Myślę, że było ją słychać na całym piętrze, nie tylko w przyległym do jej gabinetu sekretariacie.

– Zawiodła pani moje zaufanie! – Dokładnie artykułowała słowa, jakby się bała, że ich nie zrozumiem. – Dała się pani wmanipulować młodzieży w jakąś dziwną aferę! Ten list powinna była pani przekazać w ręce pedagoga szkolnego. Jak można nie wiedzieć takich rzeczy?! Jak można nie przestrzegać ogólnie panujących zasad?!

Milczałam. Spuściłam głowę. Przez moment zaskoczył i przeraził mnie jej atak.

– Pani już trochę pracuje w naszej szkole. Pan Wrona zająłby się tym tematem. Wyjaśnił wszystko. Interweniował – mówiła głośno. Ze zdania na zdanie coraz głośniej. Jej głos był coraz bardziej skrzypliwy. – Jest pani aż tak mało kompetentna czy nie przeczytała pani materiału po składzie? Może ktoś dodał to w ostatniej chwili? – próbowała usprawiedliwić mnie przed samą sobą. – Młodzież lubi robić takie dziwne rzeczy. Lubi prowokować. To jest prowokacja!

– Nie wydaje mi się, żeby ten list miał być prowokacją. – Zdobyłam się na odwagę, żeby jej przerwać.

– Ten skandal odbije się na dobrym imieniu naszej szkoły! – Nie dopuściła mnie do głosu. – To jest jak plucie na świętości! Młodzież uwielbia robić takie rzeczy. Burzyć istniejący ład, łamać zasady, przekraczać granice przyzwoitości. Dla młodych nie ma rzeczy świętych. „Szanuj ojca swego i matkę swoją”! To czwarte z dziesięciu przykazań Bożych, to obowiązek, nakaz.

– W Dekalogu nie ma słowa o dzieciach – przerwałam jej.

Tym zdaniem dolałam oliwy do ognia. Dyrektorka Jankowska przestała się kontrolować. Spurpurowiała na twarzy, ręce jej się trzęsły, głos drżał.

– Dekalog się pani nie podoba? – warknęła drżącym głosem. – Śmie pani krytykować świętości?!

– Nie krytykuję Dekalogu, tylko stwierdzam fakt – próbowałam się bronić. – W każdym razie w tym liście, o którym właśnie rozmawiamy, nikt nie pluł na świętości. Każdy człowiek może mieć własne zdanie, które wynika z jego przeżyć, każdy ma prawo walczyć o normalność.

Nie odpowiedziała od razu. Wbiła wzrok w biurko. Widziałam, jak zaciska szczęki. Bębniła palcami po blacie. Nie patrzyła na mnie. Koncentrowała się na swojej ręce. Potem zaczęła szybkim krokiem przemierzać gabinet. Chodziła tam i z powrotem, miotając się na niewielkiej przestrzeni.

– Walczyć należy – powiedziała po chwili – ale dlaczego w taki sposób? Nie zgadzam się ze sposobem. Cały nakład gazetki szkolnej rozszedł się już wczoraj. Nieświadoma niczego sekretarka rozesłała gazetkę do matek wszystkich naszych uczniów. To miał być taki miły prezent z okazji Dnia Matki. Wyjątkowe życzenia, wiersze, ilustracje wykonane przez jednego z absolwentów, dwa opowiadania nagrodzone w konkursie poświęconym miłości rodzicielskiej… Wysłała też gazetkę do kuratorium i do wielu współpracujących z nami instytucji. To miało być coś wyjątkowego i miłego – powtórzyła. – Coś, co wyróżniłoby nasz ogólniak spośród innych szkół średnich. A co mamy? – zasyczała przez zaciśnięte zęby. – Skandal! Skandal, który zniszczy dobre imię naszej szkoły.

– Ja tak nie myślę – weszłam jej w słowo.

Otrząsnęłam się po niespodziewanym ataku. Byłam już w stanie walczyć w obronie mojej decyzji o opublikowaniu tego listu. Chciałam powiedzieć, że to dobrze świadczy o naszej szkole, że nie zakłamujemy rzeczywistości. Nie dała mi szansy. Przerwała mi natychmiast.

– To, co pani myśli, jest w tej chwili mało ważne – powiedziała chłodno. – To mnie zupełnie nie interesuje i nie ma żadnego znaczenia. – Miażdżyła mnie wzrokiem. – Pani jest na tyle beztroska, że nie potrafi sobie pani nawet wyobrazić, jaki jest ogrom tego koszmaru – mówiła chłodnym głosem. – Gazetka nie tylko została rozesłana do matek uczniów naszej szkoły, kuratorium i wielu współpracujących z naszą szkołą instytucji, ale pojawiła się również w wersji elektronicznej na naszej stronie internetowej i na fanpage’u szkoły na Facebooku. Internet jest czymś koszmarnym. Coś, co tam się pojawi, pozostaje na zawsze. Oglądalność wrzuconej wczoraj przez nas gazetki jest ogromna. Opublikowano ją wczoraj po południu, a już do dzisiaj rano do godziny dziesiątej obejrzało ją ponad sto tysięcy odbiorców. Zapewne teraz jest ich już dużo więcej. Było kilkaset udostępnień. Krąży po mediach społecznościowych. Pojawia się w różnych grupach. Mam wrażenie, że otwieram komputer, wchodzę na Facebooka i widzę ją wszędzie. Ludzie uwielbiają tego typu sensacje. Karmią się nimi. W gazetce szkolnej rzadko pisze się o molestowaniu przez ojca i braku reakcji ze strony matki. Dziwną popularność zdobywa nasza szkoła. I tę popularność zawdzięczamy głównie pani! – wykrzyczała.

– Jesteśmy szkołą – udało mi się wtrącić, kiedy dyrektorka zamilkła na chwilę, żeby nabrać powietrza. – Mamy przygotowywać do życia. Prawdziwe życie to nie tylko słodkie, lukrowane laurki i okolicznościowe wierszyki.

– Nie tylko – przerwała mi gwałtownie. – Oczywiście, że nie tylko – powtórzyła. – Ale rzeczy, które ktoś opisał w tym liście, są za intymne, za osobiste, przerażające i odrażające. Wzbudzą mnóstwo niepotrzebnych emocji, dyskusji na korytarzach i na lekcjach. Te dyskusje przeniosą się daleko poza mury naszej szkoły. Trafią do domów naszych uczniów. Będą pobudzać i tak rozbudzoną młodzieńczą wyobraźnię.

– Nasi uczniowie nie są idiotami – weszłam jej w słowo.

– Proszę mi nie przerywać! – powiedziała chłodno. – Będzie miała pani jeszcze okazję wypowiedzieć swoje zdanie. Trzeba unikać takich tematów. One są za ciężkie, za brutalne, za brudne. Zmieniają obraz otaczającego świata. Powodują lęk i niepewność. Wzbudzają nieufność. To jakby opisywać jesienny sad, a w nim zamiast pięknych, rumianych jabłek widzieć tylko robaczywe, pokryte grzybem, małe i karłowate. Młodzi ludzie potrzebują klarownych wzorców, jasnych modeli, niezachwianych postaw…

– Mam inne zdanie – przerwałam jej. – Na każdym kroku młodzi ludzie spotykają się z patologią i brutalnością, przemocą i gwałtem. Muszą potrafić to rozróżniać, weryfikować i oceniać. Muszą umieć ocenić w sposób jednoznaczny, co jest dobre, a co jest złe. Powinni wiedzieć, jak przeciwstawić się złu.

– To zupełnie co innego. Rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach – powiedziała zdecydowanie. – Młodzi ludzie widzą gwałt i przemoc tylko w mediach, czytają o nich w książkach. Ta patologia jest nienamacalna, odległa. Jest czymś z pogranicza jawy i snu, rzeczywistości i wyobraźni. Jak film w kinie, gra komputerowa, książka… Pani, dopuszczając ten list do druku, spowodowała, że ten brudny świat nagle się do nich zbliżył, stał się czymś realnym. Wdarł się w ich rzeczywistość. Zamieszkał w naszej szkole. To ktoś z nich był molestowany przez ojca, to ktoś z nich był katowany w domu. Nie bohater książki, nie aktor na ekranie ani bohater gry komputerowej. Będą patrzeć podejrzliwie. Będą szukać wśród siebie autorki listu. Będą się z nią solidaryzować. Będą potępiać i nienawidzić, będą osądzać. Te emocje są im zupełnie niepotrzebne, są zupełnie zbędne w naszej szkole.

– Myślę inaczej – kolejny raz próbowałam jej przerwać. – Nasi uczniowie mają po kilkanaście lat. Niektórzy są już dorośli… Nie mogłam nie zaakceptować tego listu. On jest jak wołanie o pomoc.

Dyrektorka podeszła do okna. Patrzyła na dziewczyny grające w siatkówkę na boisku. Może zastanawiała się, która z nich jest autorką wstrząsających słów.

– Czy pani wie, kto napisał ten list? – zapytała po chwili.

– Nie jestem pewna.

– Jak to nie jest pani pewna? – Odwróciła się gwałtownie w moją stronę. Zmierzyła mnie niechętnym, zimnym spojrzeniem. Na jej twarzy malowała się wściekłość. – Nie rozumiem. Proszę mi to wytłumaczyć! Mam wrażenie, że pani beztroska przekroczyła już wszelkie dopuszczalne granice.

– Przed paroma dniami ktoś przysłał ten list pocztą. Czekał na mnie w pokoju nauczycielskim. Był wydrukowany. Na kopercie poza adresem szkoły było moje imię i nazwisko i ręcznie dopisane dwa słowa: „Do gazetki”.

– I tylko tyle? – zdziwiła się dyrektorka.

– Aż tyle – odpowiedziałam. – Otworzyłam kopertę, przeczytałam ten list i było dla mnie jasne, że on jest bardzo ważny.

– To może być tylko głupi żart – spekulowała. – Być może ktoś bawi się naszym kosztem.

– Być może – przyznałam.

– Dlaczego nie przyszła pani z tym listem do mnie? – zapytała lodowatym tonem. Nagle odniosłam wrażenie, że temperatura w jej gabinecie spadła o kilka stopni. – Przekroczyła pani swoje kompetencje. Zdecydowała się pani na krok, który zbulwersował rodziców i młodzież, podkopał podwaliny zasad moralnych panujących w naszej szkole.

Atakowała mnie. Miażdżyła każdym słowem. Nie dopuszczała mnie do głosu. Nie pozwalała się bronić. Osądzała. Potępiała i niszczyła. Ręce drżały mi ze zdenerwowania. Czułam serce w gardle. Miałam wrażenie, że w pomieszczeniu zaczyna brakować powietrza.

– Powiedziała pani A, to teraz trzeba powiedzieć B. Nie można tego tak zostawić – mówiła podniesionym głosem. – Trzeba przekuć tę katastrofę w sukces. I to zadanie spadnie na panią. Musi pani odnaleźć autorkę listu, nadać sprawie bieg urzędowy…

Przysiadła na brzegu biurka. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Wydawała polecenia. Określała moje zadania.

– Musi pani stać się bezwzględną maszyną w walce z patologią w tamtej rodzinie! Na co dzień jest pani mdła i bez wyrazu. Boi się pani własnego cienia. Na zebraniach zachowuje się pani neutralnie. Kocha pani święty spokój. Teraz z tym koniec! Musi pani przejść metamorfozę! Z przeciętnej nauczycielki musi się pani stać lwicą walczącą o prawa nastolatków! Sama pani tego chciała! – mówiła coraz głośniej, napędzała się coraz bardziej. Raniła mnie każdym słowem. Niszczyła moje poczucie własnej wartości. Dla niej byłam nikim i ten nikt miał się teraz przerodzić w zażartego orędownika praw nastolatków. Świat wokół mnie wirował. Słyszałam w głowie bicie swojego serca. Słowa Jankowskiej z trudem przedzierały się przez nasilający się szum w moich uszach.

– Szkoła musi się teraz wykazać maksymalnym zaangażowaniem. Może to jeszcze nie jest koniec naszej placówki – spekulowała. – Pokażemy, jak należy walczyć w obronie praw nastolatków. Przez pani nieprzemyślany krok jest o nas głośno. Niech będzie jeszcze głośniej! Niech o naszej szkole usłyszą wszyscy! To pani teraz wykaże maksymalne zaangażowanie. Proszę działać! Meldować mi o każdym kroku! Wszyscy będziemy uważnie patrzeć pani na ręce. Jeden fałszywy krok, a poświęcę panią bez skrupułów – groziła mi. – Wyleci pani z hukiem. Nie znajdzie pani pracy w żadnej placówce pedagogicznej w naszym mieście – próbowała mnie zastraszyć. – Postaram się, żeby pani nie znalazła jej w żadnej placówce w naszym kraju.

Wychodząc z gabinetu, natknęłam się w sekretariacie na trzy koleżanki. Stały tuż przy drzwiach. Na mój widok odskoczyły jak oparzone. Już za chwilę całe grono pedagogiczne nie mówiło o niczym innym niż o mojej rozmowie z panią dyrektor Jankowską. Nie zdążyłam jeszcze dojść do przystanku, kiedy dostałam wiadomość od Karola.

Majka, czy ty oszalałaś? Dlaczego nie opowiedziałaś mi tej historii? Może udałoby się uniknąć tego skandalu. Bez wzglądu na to, co teraz zrobisz, zniszczą cię. System nie lubi tych, którzy się wychylają. Takie afery zaburzają poczucie bezpieczeństwa i święty spokój. W naszym zawodzie rutyna i spokój są najważniejsze. Tak było i jest już od zawsze. Oświata nie cierpi reformatorów. Tych inaczej myślących poświęca się jako pierwszych.

Pomyślałam, że dla niego święty spokój, nie tylko w szkole, jest najważniejszy. Kiedy dostałam tamten list, chciałam mu o nim opowiedzieć. Poprosić go o radę. W końcu pracował w tym zawodzie parę lat dłużej niż ja. Uczyliśmy w tej samej szkole. Wzięłam list na kolację u Karola. Jedliśmy pizzę, piliśmy wino, a ja cały czas czekałam na dobry moment, żeby mu o tym powiedzieć. List nie dawał mi spokoju.

– Chciałam ci dać coś do przeczytania – powiedziałam po kolacji.

Podniósł wzrok znad lampki wina. Na chwilę jego palce wędrujące po mojej ręce się zatrzymały.

– Chodzi o coś związanego z pracą? – zapytał.

Kiwnęłam głową.

– Daj spokój! – powiedział ciepło. – Teraz nie liczy się nasza praca. Nareszcie jesteśmy sami. Nie musimy niczego udawać ani ukrywać. Zacisze mojego mieszkania, dobre wino i my. I niech tak zostanie. Nie psujmy tego wieczoru!

Jego palce coraz śmielej wędrowały po mojej ręce. Podniósł lampkę z winem. Rubinowa ciecz omiotła ścianki. Wydawała się lepka.

– Za nasze tajemnice! – szepnął. – Niech na zawsze zostaną tajemnicami.

– Za tajemnice! – powtórzyłam.

Mieliśmy za co pić, bo tajemnic było całkiem sporo. Ukrywaliśmy nasz związek w pracy. Karol twierdził, że tak jest lepiej. Nikt nas nie obserwuje, nie śledzi naszych uśmiechów, gestów i spojrzeń. Nikt nie zarzuca nam rozkojarzenia i braku odpowiedniego zaangażowania w działania dydaktyczno-wychowawcze. Karol mówił, że w ten sposób nasz związek jest czymś tylko naszym. Nie spotykaliśmy się w miejscach publicznych. Nie mieliśmy wspólnych przyjaciół ani znajomych. Nie robiliśmy razem zakupów, nie wyjeżdżaliśmy na wakacje i nie chodziliśmy na spacery. Nie spędzaliśmy razem świąt. W sumie nie robiliśmy niczego, co mogliby zauważyć inni. Dwa razy w tygodniu jedliśmy razem kolację, po której najczęściej lądowaliśmy w łóżku. Karol twierdził, że to miłość bez zobowiązań. Przez to jest czysta, szczęśliwa i radosna. Ja miałam wrażenie, że w naszym związku chodzi coraz częściej tylko o pożądanie i seks. Już od dawna czułam się samotna.

Nie odpowiedziałam na wiadomość. Nie było po co.

***

Przerzuciłam dziesiątki klasówek, porównując charaktery pisma z pismem na kopercie. Wyszłam z założenia, że ta dziewczyna musiała mieć ze mną zajęcia, skoro napisała do mnie. Nie pomyliłam się. Autorką listu okazała się Zośka Borowska, która w maju ubiegłego roku zdała maturę i zakończyła naukę w naszej szkole. Zadzwoniłam do niej. Numer telefonu znalazłam w dzienniku. Nie była zaskoczona. Myślę, że po sukcesie swojego listu spodziewała się, że do niej zadzwonię. W końcu w szkole aż wrzało. Na korytarzach nie słyszało się niczego innego poza dyskusjami na temat listu opublikowanego w gazetce szkolnej. Każda lekcja rozpoczynała się od tego tematu. Media społecznościowe były pełne wpisów. Nie mówiąc już o tym, że pod zamieszczoną w Internecie wersją elektroniczną naszej gazetki szkolnej ukazało się ponad tysiąc komentarzy, z których każdy wrzał od emocji. Wolałam tego nie czytać. Grożono samosądem, obcięciem genitaliów, skatowaniem w bocznej uliczce. Pani dyrektor tryumfowała.

– Ma pani tych swoich prawie dorosłych ludzi – mówiła podekscytowana. – Burza w szklance wody. To się przerodziło w większy koszmar, niż podejrzewałam. Tego, co się teraz dzieje, nie potrafiłabym sobie wcześniej nawet wyobrazić. Czy pani w ogóle zdaje sobie z tego sprawę, co pani zrobiła? Jeden głupi, nieprzemyślany krok pociągnął za sobą lawinę koszmarnych konsekwencji. Wszystko można było zrobić, ale spokojnie, bez emocji i po cichu. To bardziej pomogłoby tej sprawie niż powszechna ekscytacja.

Milczałam. Patrzyłam na zieleń za oknem. Próbowałam tym widokiem uspokoić myśli. Nie lubiłam dyrektorki, ale tym razem miała rację.

– Przyszło do nas mnóstwo e-maili i listów od rodziców. Żądają od szkoły szybkich działań. Wśród rodziców znalazło się też paru prawników, którzy chętnie pomogą dziewczynie, kilku psychologów, gotowych do podjęcia terapii, lekarz psychiatra, pani socjolog – wyliczała spokojnym głosem, pogrążając mnie coraz bardziej. – Ja wiem, że pani jest młodą nauczycielką, ale młodość nie zwalnia od myślenia i przewidywania. Tym swoim głupim krokiem wywołała pani pospolite ruszenie. Wszyscy są oburzeni, że działamy tak wolno. Pani socjolog zarzuciła nam brak kompetencji i wyczulenia na co dzień na tego typu patologie. Zaproponowała nam cykl szkoleń i pogadanek na ten temat… Szkolenia dla niedouczonych pedagogów. Pogadanki dla młodzieży… Listy, e-maile, żądania, telefony… Jedna z matek chce zabrać swoją córkę z naszej szkoły, bo ta dziewczyna jest wstrząśnięta brudem i zgnilizną szerzącą się w naszej placówce…

Nieoczekiwanie zamilkła. Rozdzwoniła się komórka, którą miała w kieszeni żakietu.

– Wszystkie te listy może pani przeczytać u nas w sekretariacie – dokończyła pospiesznie. – U pani Helenki jest też list z kuratorium, żądający od nas radykalnych i szybkich kroków.

Zamilkła. Dała mi do zrozumienia, że mam opuścić jej biuro. Wygłosiła monolog. Nie dopuściła mnie do głosu. Uważała naszą rozmowę za zakończoną. Szłam korytarzem i czułam łzy pod powiekami. Byle się tylko nie rozpłakać – powtarzałam w myślach. Na schodach minęłam Karola. Udawał, że mnie nie widzi.

Siedziałam już w tramwaju, kiedy otrzymałam od niego wiadomość.

Majka, rano stara zwołała zebranie. Była to szybka wymiana informacji w pokoju nauczycielskim w trakcie pierwszej przerwy. Wykorzystała to, że ty dzisiaj rozpoczynałaś pracę o dziesiątej. Myślę, że cię poświęci, żeby uratować swój tyłek. Nikt jakoś nie wykazywał chęci, żeby stanąć w twojej obronie. Wszyscy są na ciebie wściekli. Zaburzyłaś święty spokój naszej placówki. Zmusiłaś nas do dodatkowych wysiłków i działań.

***

Umówiłam się z Zośką na mieście. Pomyślałam, że tak będzie najlepiej. Spotkamy się na neutralnym terenie, z dala od wścibskich oczu. Poszłyśmy razem na kawę. Dziewczyna była zgaszona i smutna. Usiadłyśmy w małej kawiarence w rynku. Zajęłyśmy stolik z dala od okna, w rogu sali. O tej porze było tu pusto. Jakiś starszy mężczyzna, siedzący przy stoliku obok okna, przeglądał poranną prasę. Kiedy weszłyśmy, spojrzał na nas, po czym wrócił do lektury. Piłyśmy kawę i milczałyśmy. Żadna z nas nie spieszyła się do rozmowy. Próbowałam się uspokoić. Przyłapałam się na tym, że nerwowo gniotę serwetkę. Dziewczynie było chyba jeszcze ciężej. Raz po raz podnosiła na mnie wzrok, żeby zaraz potem pospiesznie spuścić głowę.

– Jest mi strasznie głupio – zaczęła niepewnie. – To był idiotyczny pomysł! Nie przypuszczałam, jakie będą jego konsekwencje. Przepraszam panią – tłumaczyła się. – Próbuję znaleźć coś, co naprawdę chcę robić. Minął rok od matury, a ja nadal nie wiem. Mam kilka pasji. Jedną z nich jest pisarstwo. Piszę od pewnego czasu. Moje dzieła lądują w szufladzie. Pan Kowalski, mój polonista, zawsze twierdził, że moje wypracowania są zaskakujące, dojrzałe i przemyślane. Maturę z języka polskiego zdałam na ocenę celującą, ale nie wiem, czy to wystarczy, żeby pisać. Czy to wystarczy, żeby oprzeć na tym swoje plany, marzenia i cele. Cały czas się zastanawiam, na jaką uczelnię złożyć papiery. Przez rok pracowałam w różnych miejscach. Próbowałam różnych rzeczy. Pojechałam nawet do pracy za granicę – opowiadała. Zastanawiałam się, do czego ona zmierza. – Zbierałam winogrona we Francji, jabłka w Niemczech. Potem z plecakiem objechałam całe Włochy. Widziałam wiele, przeżyłam sporo, ale nadal nie wiem, co tak naprawdę chcę robić w życiu, co mnie będzie rozwijać, pchać do przodu.

Zamilkła. Podniosła do ust filiżankę z kawą. Jej dłonie drżały ze zdenerwowania. Głos się łamał.

– Dużo piszę – odezwała się niepewnie. – Są to głównie opowiadania. Nigdy nie miałam odwagi nikomu ich pokazać. Bałam się oceny i krytyki. Każde z nich jest cząstką mojej duszy, w każde włożyłam część mojego serca – mówiła cicho. – Wiem, że nie potrafię przyjmować krytyki, że każdą krytykę mojego dzieła przyjęłabym jako atak na mnie samą. Zobaczyłam, że szuka pani tekstów do gazetki szkolnej, i nagle przyszedł do mnie ten pomysł – ściszyła głos do szeptu. – Ja wiem, że to było idiotyczne. Nikt nie musi mi tego mówić. Czułam to od początku, ale nie mogłam się od niego uwolnić. On mnie opętał, zniewolił. To była niepowtarzalna okazja.

– O czym ty mówisz? – zapytałam. – Nic nie rozumiem. Jaki pomysł cię opętał?

– Zaraz pani wszystko zrozumie – przerwała mi. – Chciałam zobaczyć, czy ludzie kupią tekst, który napiszę, czy w niego uwierzą. Wczułam się w postać tamtej dziewczyny. Wyobraziłam sobie taką sytuację. Dziewczyna z dobrego domu nosząca w sercu straszną tajemnicę dotyczącą jej dzieciństwa. Czułam tę historię całą sobą. Ta historia zaczęła we mnie żyć. Omotała moje myśli. Czułam i myślałam jak dziewczyna z mojego opowiadania.

– O Boże! – jęknęłam.

– Kiedy zaczęłam pisać, to wszystkimi zmysłami czułam to, co czuła tamta wymyślona przez mnie dziewczyna. – Ona opowiadała, a ja miałam wrażenie, że w kawiarni brakuje powietrza. – Tekst wydawał mi się genialny. Lepszego nigdy wcześniej nie napisałam. Próbowałam sobie wytłumaczyć, że to jest idiotyczne, ale już po chwili krążyły w moich myślach kontrargumenty. Taka niepozorna szkolna gazetka. Sprzedało się tysiąc egzemplarzy gazetki. W Internecie zasięg też był olbrzymi. Mój tekst dotarł do setek tysięcy odbiorców. Pisarze latami czekają na taki sukces. – Raz po raz podnosiła na mnie wzrok. Początkowo mówiła cicho, potem coraz głośniej, jakby siłą własnego głosu próbowała uciszyć wszystkie ogarniające ją wątpliwości.

To, co