Niebo po burzy - Agata Sawicka - ebook + książka

Niebo po burzy ebook

Agata Sawicka

4,6

Opis

Po magicznym lecie w Zaleszycach Julianna wraca do domu. Jest bogatsza o nowe doświadczenia, przyjaźnie i miłość. Choć szara codzienność daje się jej we znaki, związek z Danielem kwitnie. Nusia spotyka się z odnalezionym po latach Griszą. Postanawiają wziąć ślub i wydaje się, że teraz nic już nie będzie w stanie zmącić ich szczęścia. I że uczucia, które zrodziły się w starym zaleszyckim dworze, mogą mieć szczęśliwy finał.

Tymczasem los ma wobec zakochanych inne plany… Daniel wyjeżdża na kilkumiesięczne szkolenie za ocean. Julianna zostaje sama i z przerażeniem odkrywa, że jest w ciąży. Na dodatek ma wrażenie, że coś w ich związku zaczyna się psuć…

Czy miłość Julianny i Daniela przetrwa próbę, na jaką została wystawiona?

Czy Nusia tym razem nie straci swojego ukochanego?

I jakie jeszcze tajemnice skrywa stary dwór w Zaleszycach?

Trzeci – i ostatni – tom z serii Dwór w Zaleszycach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (141 ocen)
96
35
7
3
0
Sortuj według:
gosiagaj

Nie oderwiesz się od lektury

Cała seria wciąga dobrze się czyta Polecam🙂
00

Popularność




Redakcja: Justyna Czebanyk

Korekta: Angelika Ogrocka

Skład: Izabela Kruźlak

Konwersja do ePub i mobi: mBOOKS. marcin siwiec

Projekt serii: Maciej Pieda

Projekt okładki: Monika Naturska

Zdjęcia na okładce: shutterstock.com © Dzmitrock, © Kisialiou Yury, © Marcin-linfernum, © SunKids (front); © Weronika Smieszek (skrzydełko)

Redaktorka prowadząca: Agnieszka Pietrzak

Wydanie I

© Copyright by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała 2020

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń i miejsc są zabiegiem czysto literackim. Pozostali bohaterowie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. 11 Listopada 60-62

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

ISBN 978-83-8172-594-1

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49

00-052 Warszawa

tel. 795 159 275

www.troy.net.pl

Oddział

ul. Legionowa 2

01-343 Warszawa

Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl

Znajdź nas na Facebooku: www.facebook.com/dragonwydawnictwo

Moim kochanym dziadkom: babci Barbarze i śp. dziadkowi Józefowi, którzy byli dla mnie przykładem i swoją postawą pokazali mi, czym jest prawdziwa miłość…

Bo jak śmierć potężna jest miłość. (…)

Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki.

Pieśń nad Pieśniami

PROLOG

Październikowe słońce chyliło się już ku zachodowi, otaczając miasto swoim ciepłym pomarańczowym blaskiem. Zatłoczonymi ulicami toczyły się tabuny samochodów, po gwarnych chodnikach śpieszyli ludzie, wodząc dokoła nieobecnymi spojrzeniami. W wielkich miastach ludzie są bardziej anonimowi, zlewają się w jedną całość, chociaż każdy z nich jest odrębną jednostką, bez której świat nie byłby taki sam. Każda z tych osób może być przecież dla kogoś całym światem…

Nusia odetchnęła głęboko i mocniej zacisnęła złączone dłonie. Oparła głowę o szybę samochodu i przymknęła oczy. Z każdą chwilą przybliżającą ją do celu podróży czuła się coraz bardziej zdenerwowana i zaniepokojona. Wcześniej zupełnie nie myślała o tym, co będzie, kiedy stanie już pod drzwiami piekarni we Wrocławiu. Liczyło się bowiem tylko to, żeby jak najszybciej sprawdzić podsunięty przez Daniela trop. Nusia nie mogła czekać, nie mogła siedzieć bezczynnie ani dnia dłużej. Kiedy dowiedziała się, że być może Grisza żyje i mieszka we Wrocławiu, najpierw się rozpłakała, a potem rozkazała Danielowi natychmiast zawieźć się pod otrzymany adres. Mężczyzna, chociaż z wyraźnym niepokojem, spełnił jej prośbę i od kilku godzin byli już w podróży.

– Wszystko w porządku, babciu Nusiu? – Julianna, która siedziała z tyłu obok starszej pani, delikatnie chwyciła jej dłoń. – Wiem, że to dla ciebie bardzo trudne.

Nusia otworzyła oczy i spojrzała na dziewczynę nieco zamyślonym wzrokiem.

– Dam radę, kochanie. Czekałam na ten moment przez całe życie, przez te wszystkie długie lata… – Głos jej się lekko załamał. – Boże, gdybym tylko wiedziała…

– Babciu Nusiu, nie chcę dokładać ci zmartwień, ale musisz się liczyć również z ewentualnością, że to nie jest on… – powiedziała ostrożnie Julianna. Nie zniosłaby, gdyby starsza pani doznała rozczarowania i po raz kolejny musiała zmierzyć się z utratą ukochanego.

– Czuję, że to on – odpowiedziała kobieta słabym, aczkolwiek stanowczym głosem.

Julianna skinęła pocieszająco głową i skierowała wzrok w stronę okna. Wolała już nic nie mówić babci Nusi, bo też i jak można pocieszyć kogoś, komu przybrani rodzice zniszczyli życie. Julianna nie potrafiła zrozumieć, jak można postąpić w tak okrutny sposób. Jakiekolwiek intencje kierowały Antonim i Franciszką, nigdy nie powinni byli zatajać prawdy przed Nusią. Nie mówiąc jej o powrocie Griszy i jego liście, spowodowali, że dwoje bezgranicznie zakochanych w sobie ludzi nie mogło być razem. Babcia Nusia już nigdy nie pokochała żadnego innego mężczyzny ani nie założyła rodziny, o której tak marzyła. Intryga z przeszłości położyła się cieniem na całym późniejszym życiu tych dwojga, wówczas tak młodych ludzi…

– Za pięć minut powinniśmy być na miejscu – zakomunikował rzeczowo Daniel. – Postaram się zaparkować samochód jak najbliżej piekarni. Do jej zamknięcia pozostało już niewiele czasu.

Babcia Nusia zadrżała na te słowa i mocniej zacisnęła powieki. Dawno temu pogodziła się z tym, że utraciła Griszę i już nigdy więcej go nie zobaczy. Nauczyła się funkcjonować ze świadomością straty i z ciągle żywą tęsknotą. Nauczyła się cieszyć życiem pomimo wszystko… Teraz natomiast jechała na spotkanie z mężczyzną, który na zawsze pozostał w jej duszy i umyśle. Głęboko wierzyła, że Grisza Woronow – właściciel piekarni – jest właśnie jej Griszą, tym, którego pokochała przed laty. Ale co będzie dalej? Czy on ją rozpozna? Czy po tylu latach nadal o niej pamięta?

Daniel gwałtownie zahamował, a Nusia pokręciła głową, żeby odgonić od siebie te pełne niepokoju i niepewności myśli. Po chwili mężczyzna zaparkował samochód wzdłuż wąskiej uliczki i oznajmił:

– Jesteśmy na miejscu. Piekarnia mieści się po drugiej stronie ulicy.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, nikt nie odważył się wyjść z samochodu. Babcia Nusia oddychała płytko, na jej czole pojawiły się kropelki potu.

– Jeśli chcesz, babciu Nusiu, mogę pójść tam pierwsza i sprawdzić… – zasugerowała Julianna nieśmiało.

Starsza pani pokręciła przecząco głową. Odetchnęła głośno i otworzyła drzwi samochodu.

Daniel natychmiast poderwał się z miejsca i wysiadł z pojazdu, żeby jej pomóc. Kątem oka dojrzał szyld piekarni po drugiej stronie ulicy i wychodzącego z niej starszego mężczyznę. Całe szczęście – ucieszył się w duchu. Jest jeszcze otwarta.

Po chwili cała trójka ruszyła w tamtym kierunku: Daniel pierwszy, babcia Nusia tuż za nim, wspierając się na ramieniu Julianny. Gdy znaleźli się przed samym wejściem do piekarni, starsza pani nagle znieruchomiała i wpatrzyła się w stronę, z której przyjechali. Chodnikiem szło kilkoro ludzi. Matka z dwojgiem dzieci, jakaś para nastolatków i starszy mężczyzna, który przed chwilą wyszedł z piekarni. W ręce niósł siatkę, w której zapewne miał pieczywo.

Julianna delikatnie pociągnęła starszą panią w stronę wejścia do piekarni, ale ta pozostała niewzruszona. Wciąż wpatrywała się przed siebie stanowczym i nieruchomym wzrokiem. Daniel tymczasem wszedł do środka. Za ladą stała młoda kobieta i obsługiwała ostatniego klienta.

Nusia nadal patrzyła przed siebie. W głowie jej dudniło, w uszach szumiało, czuła, jak do oczu napływają jej łzy…

– Grisza…

–Żegnaj, Nusieńko…

Pocałował ją po raz ostatni, a potem ciężko westchnął, odwrócił się i powoli ruszył naprzód. Ich dłonie odłączyły się od siebie.

Z każdym krokiem oddalającego się Griszy Nusia czuła, jak uchodzi z niej życie. Z sekundy na sekundę ogarniała ją coraz większa pustka. Grisza był częścią niej, którą właśnie traciła na zawsze.

W pewnym momencie obrócił lekko głowę i spojrzał na nią. Stała wciąż w tym samym miejscu, obejmując się ramionami, a wiatr rozwiewał jej włosy na wszystkie strony. Wytężyła całą swoją wolę, żeby się do niego uśmiechnąć i tym samym dodać mu otuchy. Pomachał jej na pożegnanie.

A potem lekko przyspieszył, już więcej nie oglądając się za siebie. Gwałtowny podmuch wiatru uderzył ją w twarz tak, że aż przymknęła oczy, a kiedy ponownie je otworzyła, Griszy już nie było. Zniknął za zakrętem, wśród wysokich i bujnych drzew. W pierwszym momencie Nusię ogarnęło przerażenie, zapragnęła rzucić się do przodu i go dogonić. Zaraz jednak opamiętała się i przywołała do porządku.

Wtedy nie pobiegła, bo to i tak nie mogło już niczego zmienić. Teraz jednak miała wybór. Nie zastanawiając się dłużej, puściła ramię Julianny i szybko ruszyła w stronę zakrętu, za którym zniknął Grisza. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe, a po chwili ogarnęło ją przerażenie, że nie zdąży go dogonić i po raz kolejny utraci ukochanego. Próbowała biec, ale ciało nie było już takie samo jak tamtego pamiętnego lata, gdy trzymając się za ręce, biegali razem po leśnej polanie. Teraz nogi już po kilku krokach odmówiły jej posłuszeństwa i była zmuszona zwolnić. Nadal jednak parła z całych sił do przodu.

– Babciu Nusiu… – usłyszała nagle przerażony głos Julianny i poczuła jej delikatną dłoń na swoim ramieniu. – Co się stało? Dlaczego uciekasz?

– Szybciej – wysapała tylko. – Muszę go zobaczyć…

– Ale piekarnia jest tam. – Julianna wskazała głową w przeciwną stronę. – Daniel poszedł zapytać ekspedientkę o Griszę.

Nusia nie odpowiedziała, tylko skręciła w boczną uliczkę. Tam jednak nie było już nikogo. Otoczony z dwóch stron kamienicami zaułek był zupełnie pusty. Ogarnęło ją przerażenie, z oczu popłynęły jej łzy. Kiedy zobaczyła przed chwilą mężczyznę idącego ulicą, w jej sercu coś drgnęło. Może był to ten znajomy chód, może czarno-siwa, lecz nadal bujna czupryna, a może po prostu rozpoznała go, bo zawsze był częścią niej samej. Teraz jednak nie miało to już żadnego znaczenia, bo Grisza zniknął. Tak jak tamtego poranka w lesie, kiedy widzieli się po raz ostatni…

Skrzypnięcie drzwi klatki schodowej wyrwało ją z zamyślenia. Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła chusteczkę. Czuła za sobą obecność Julianny, musiała dziewczynie wszystko wyjaśnić, ale jeszcze nie teraz. W tym momencie zamknęła oczy i wciągnęła głęboko do płuc powietrze, aby trochę się uspokoić. Znajdzie Griszę. Znajdzie, choćby miała przeszukać cały Wrocław…

– Dobry Boże… – usłyszała nagle zduszony męski głos.

Powoli odwróciła głowę.

We wnęce klatki schodowej stał Grisza i patrzył wprost na nią. Pomimo swojego wieku był wciąż dumnie wyprostowany, wysoki i dobrze zbudowany. Rozwiane przez wiatr włosy nie były już czarne jak smoła, lecz w większości posiwiałe, twarz miał pooraną zmarszczkami, jednak ciemne oczy o ciepłym, szczerym spojrzeniu pozostały te same.

Nusia poczuła, jak po policzku spływa jej łza. Gdzieś w oddali słyszała głosy Daniela i Julianny, ale zupełnie nie mogła zrozumieć, co mówili. Całą uwagę skupiła na mężczyźnie, którego kochała przez całe życie, a którego miała już więcej nie zobaczyć.

Jego usta poruszyły się, bezgłośnie wypowiadając jej imię.

Julianna, styczeń 2018 r.

ROZDZIAŁ 1

Julianna wróciła do domu z uczelni, gdy nad Warszawą zapadł już zmrok. Nie lubiła zimy. O tej porze roku miasto zdawało jej się jeszcze bardziej szare i ponure, a krótki dzień i brak słońca sprawiały, że czasami ciężko jej było wykrzesać z siebie energię do życia. Szczególnie ostatnimi tygodniami odczuwała chroniczne zmęczenie i senność. Przez to czasami kładła się spać już o dwudziestej pierwszej, a i tak budziła się niewyspana. Cóż, zima nie działała na nią najlepiej.

Właśnie otwierała furtkę do posesji rodziców, gdy jej uwagę zwróciła wystająca ze skrzynki na listy kremowa koperta. Wyciągnęła ją i obejrzała uważnie. Przesyłka była zaadresowana do niej i Daniela. Z tyłu nie podano danych nadawcy, ale Julianna bez problemu rozpoznała pismo babci Nusi. Poczuła w sercu zarówno ogromną radość, jak i ukłucie tęsknoty. Nie była bowiem w Bieluniu od października i chociaż utrzymywała ze starszą panią ciągły kontakt telefoniczny, to nie mógł on zastąpić prawdziwego spotkania twarzą w twarz. Juliannie brakowało Bielunia i wszystkich bliskich jej sercu osób, które tam zostały, ale jej studia i obowiązki służbowe Daniela wymagały, by mieszkali w Warszawie. Teraz jednak, gdy trzymała w ręce list od babci Nusi, uświadomiła sobie z jeszcze większą mocą, jak bardzo jej serce wyrywało się do tej niewielkiej małopolskiej wioski…

Zaintrygowana schowała kopertę do kieszeni płaszcza i poszła do domu. W środku było przyjemnie ciepło, bo Mirosław regularnie palił w kominku i skrupulatnie ogrzewał cały dom. Julianna przywitała się z siedzącymi w kuchni rodzicami i poszła do swojego pokoju. Musiała przyznać, że w ciągu ostatnich miesięcy ich wzajemne relacje uległy poprawie. Rodzice zaakceptowali jej związek z Danielem, a mężczyznę całkiem polubili. Pozwolili też Juliannie studiować historię, pod warunkiem jednak, że weekendowo będzie uczęszczać również na zajęcia z prawa. Dziewczyna przystała na to, bo nie miała już więcej siły na kłótnie i walkę. Po kilku miesiącach intensywnej nauki na dwóch kierunkach studiów czuła się jednak coraz bardziej wykończona zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ledwo znajdowała czas na spotkania z Danielem, które czasami opłacała zarwaną na naukę nocą. Nie chciała bowiem dać rodzicom powodu, by upatrywali w jej związku przyczyny niezdanych egzaminów. Miłość była jej największym skarbem i była w stanie poświęcić dla niej całą siebie.

Usiadła na łóżku i powoli, napawając się tą chwilą, otworzyła kopertę. W środku znajdowała się elegancka kartka z zaproszeniem na… ślub! Oszołomiona Julianna przeczytała:

Danuta Kowalczyk i Grisza Woronow

mają zaszczyt zaprosić

Sz.P. Juliannę Zabłocką i Daniela Porębskiego

na uroczystość zaślubin, która odbędzie się dnia 24 lutego 2018 roku o godzinie 12:00

w kościele pod wezwaniem Świętej Rodziny w Bieluniu.

Po mszy świętej serdecznie zapraszamy na uroczysty poczęstunek, który będzie miał miejsce w kawiarni zaleszyckiego dworu.

Na samym dole babcia Nusia ręcznie dopisała: Zapraszamy Was serdecznie, dzieci, i mamy nadzieję, że zgodzicie się zostać naszymi świadkami. Niezdarnie dorysowany uśmiech rozczulił Juliannę. Po jej policzkach potoczyły się łzy wzruszenia i radości. Tak się cieszyła, że babcia Nusia odnalazła swoje szczęście! Zarówno ona, jak i Grisza nigdy nie wzięli ślubu. Żal ściskał serce na myśl o tych wszystkich latach, które spędzili osobno, ale najważniejsze było to, że teraz wreszcie mogli być razem.

Julianna postawiła kartkę na biurku i zadzwoniła do Daniela, żeby zapytać, o której godzinie do niej przyjedzie. Byli umówieni, że odwiedzi ją dzisiaj wieczorem. Od października mężczyzna pracował na komendzie policji w Warszawie, dzięki czemu nieco łatwiej było im się widywać. Nie zdecydowali się jeszcze na wspólne mieszkanie, nawet nie poruszali tego tematu. Wszystko w życiu miało swój czas, każdy etap związku był ważny i potrzebny. Teraz powoli poznawali się coraz lepiej i uczyli siebie nawzajem. Julianna zdawała sobie sprawę z tego, że najlepiej będzie, jeśli najpierw skończy studia, przynajmniej ich pierwszy stopień, a dopiero potem pomyślą o kolejnym kroku. Najważniejsze było to, że byli razem i mogli regularnie się spotykać.

Daniel nie odebrał połączenia od niej, więc Julianna odłożyła telefon i postanowiła nieco się zdrzemnąć. Zamknęła oczy, a sen przyszedł, zanim zdążyła cokolwiek pomyśleć.

***

Daniel przyjechał do domu państwa Zabłockich tuż przed dwudziestą. Juliannę obudził dzwonek do drzwi, a po chwili usłyszała dochodzące z dołu głosy.

– Dzień dobry, panie Danielu! – Ojciec był jak zawsze bardzo oficjalny. – Julianna jest u siebie. Napije się pan czegoś?

– Nie, dziękuję – odparł uprzejmie Daniel. – Pójdę porozmawiać z Julianną. Trochę już późno i nie chciałbym państwu przeszkadzać.

Julianna usłyszała kroki na schodach i delikatne pukanie do drzwi. Usiadła rozespana na łóżku i pospiesznie przygładziła fryzurę.

– Proszę! – zawołała i po chwili do jej pokoju wszedł Daniel.

Jego ciemnoblond włosy były nieco zmierzwione przez wiatr, a na twarzy widoczny był lekki zarost, co czyniło go jeszcze przystojniejszym. Julianna poczuła, jak przez jej ciało przebiega elektryzujący dreszcz.

Daniel uśmiechnął się i przysiadł na jej łóżku.

– Znowu spałaś? – zdziwił się nieco.

– Ostatnio jestem ciągle zmęczona – odparła, ziewając. – To chyba jakieś przesilenie zimowe. Jak tam było w pracy?

– Dobrze – odpowiedział zdawkowo.

Julianna była już przyzwyczajona do tego, że Daniel temat pracy omijał szerokim łukiem. Jak jej tłumaczył, obowiązywała go tajemnica zawodowa, a poza tym lepiej dla Julianny, żeby wiedziała jak najmniej. Już kiedyś próbowała zasugerować mu, że być może powinien zmienić zajęcie na jakieś bezpieczniejsze, ale wyraźnie dał jej do zrozumienia, że nie zamierza tego robić. Służba w policji była dla niego nie tylko formą zarobku, ale przede wszystkim misją. Daniel czuł się powołany do tej pracy, a każdą sprawę, którą się zajmował, traktował bardzo osobiście.

Mężczyzna położył się na łóżku tuż obok siedzącej Julianny. Delikatnie przejechał dłonią po jej plecach, aż zadrżała i opad­ła na poduszki. Wtedy przygarnął ją do siebie i namiętnie pocałował.

– Brakuje mi ciebie, Julianno… – wyszeptał jej do ucha. – Nie mogę przestać myśleć o tamtej nocy…

Tamta noc. Na samo jej wspomnienie Julianna cicho westchnęła, choć poczuła również jakiś dziwny niepokój w sercu. Czasami naprawdę nie rozumiała samej siebie. Z jednej strony pragnęła Daniela i chciała ponownie złączyć się z nim w jedno, z drugiej miała wrażenie, że to, co się wydarzyło, stało się zbyt wcześnie. Czyżby nie była na to jeszcze gotowa?

Daniel podwinął jej bluzkę i zaczął błądzić dłońmi po jej nagim ciele. Julianna przymknęła oczy i poddała się jego dotykowi. Przed oczami jak żywe stanęły jej sceny z sylwestrowej nocy. Wrócili wcześniej z przyjęcia, gdyż oboje nie przepadali za tańcami i imprezami obficie zakrapianymi alkoholem. W mieszkaniu Daniela było ciepło i przytulnie. Włączyli telewizję, usiedli na kanapie z lampką wina. Na zabawie Julianna nie piła, ale w domu Daniela pozwoliła sobie na więcej. Swobodnie rozmawiali, śmiali się, dolali sobie wina… Później zaczęli razem się kołysać w rytm ich ulubionej romantycznej piosenki. Julianna czuła gorąco i pulsującą w głowie krew. Alkohol, choć nie wypiła go za dużo, zrobił swoje. Daniel zaczął ją całować, najpierw czule i delikatnie, potem coraz śmielej. Ona nie pozostała mu dłużna, bo już od dawna chciała go tak samo mocno, jak on chciał jej. Tyle że wcześniej potrafiła się opanować, tamtej nocy natomiast pozwoliła, by w pełni ogarnęły ją emocje i pragnienia. Nie protestowała, gdy zaniósł ją do swojej sypialni, ani nieco później, gdy powoli zaczął ściągać z niej ubranie. Kiedy spojrzał na nią pytająco, oczekując jej przyzwolenia na to, co zamierzał zrobić, skinęła twierdząco głową. Tamtej nocy kochali się po raz pierwszy. Daniel był czuły i delikatny, wiedział, że jest jej pierwszym mężczyzną. Dostosowywał się do niej, patrzył jej w oczy i szukał w nich potwierdzenia, że to, co robi, sprawia Juliannie przyjemność. A ona, nieco niezdarnie, próbowała mu się odwdzięczać. Później leżeli przytuleni do siebie, śmiejąc się i dzieląc swoimi odczuciami. Byli spełnieni i szczęśliwi, upojeni miłością, którą ofiarowali sobie nawzajem. Dlaczego więc już na drugi dzień Julianna poczuła coś na kształt niepokoju albo wyrzutów sumienia?

Teraz również nachodziły ją te dziwne, nieprzyjemne emocje, chociaż z drugiej strony narastające w niej pragnienia znowu przybierały na sile. Jęknęła, gdy Daniel wsunął rękę pod jej stanik, ale potem zebrała się w sobie i wyswobodziła się z jego objęć.

Spojrzał na nią zaskoczony.

– O co chodzi, Julianno? – Czule odgarnął pasemko włosów, które spadło jej na oko.

– Na dole są moi rodzice – odpowiedziała zgodnie z prawdą, chociaż nie do końca to miała na myśli. Bała się podzielić z Danielem swoimi odczuciami.

Uśmiechnął się zadziornie.

– Przecież wiem. Chyba nie myślisz, że naraziłbym cię na kłopoty. Chciałem tylko tak… No, może faktycznie trochę mnie poniosło – dodał z miną winowajcy. – Przepraszam, ale tak bardzo cię pragnę… Jesteś taka… – Spojrzał jej głęboko w oczy i na chwilę umilkł, jakby zbierając myśli.

– Jaka? – ponagliła go Julianna, ciekawa odpowiedzi Daniela.

Uśmiechnął się lekko i dłonią objął jej policzek. Kciukiem obrysował kontur jej ust. W jego oczach zobaczyła głębokie uczucie i ogarnęło ją wzruszenie.

– Taka krucha i delikatna… jak pyłek na wietrze – wyszeptał. – Taka bezbronna i niewinna w moich ramionach. To niesamowite uczucie móc mieć cię tylko dla siebie. – Pocałował ją czule i objął ramionami.

Gdy po chwili ponownie spojrzeli sobie w oczy, Julianna odważyła się zapytać:

– I nie przeszkadza ci to, że ja… – Zawahała się na chwilę, bo nie wiedziała, jak ubrać w słowa swoje myśli. – No wiesz… nie mam w tym doświadczenia – wydusiła z siebie wreszcie i spuściła zawstydzona głowę.

Daniel roześmiał się i jeszcze mocniej przytulił ją do siebie.

– Julianno, czasami to, co wydaje nam się niedoskonałością, okazuje się naszym największym atutem. Zresztą – objął dłońmi jej twarz, tak by spojrzała mu prosto w oczy – nie ma dla mnie znaczenia, jaka jesteś w tych sprawach. Kocham cię, Julianno. Tylko to się liczy.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, po prostu się rozpłakała. Słowa Daniela poruszyły ją do głębi i przyniosły ukojenie. Nie żeby aż tak się przejmowała swoją niedoskonałością, ale świadomość, że on kocha ją bez względu na wszystko, dodała jej otuchy i pewności siebie.

– Julianno, co ty ostatnio jesteś taka wrażliwa? – Daniel zaśmiał się, tuląc ją w ramionach.

– Ja też cię bardzo, bardzo kocham – chlipała, próbując się uspokoić. – Nie mam pojęcia, jak mogłam wcześniej żyć bez ciebie…

Gdy łzy przestały płynąć z jej oczu, a oddech nieco się uspokoił, przypomniała sobie o zaproszeniu na ślub babci Nusi i Griszy. Podeszła do biurka i podała Danielowi kartkę.

– Zobacz, co dzisiaj przyszło do nas pocztą. – Uśmiechnęła się pogodnie, jakby wcale nie płakała dwie minuty wcześniej. – Czytaj – ponagliła energicznie mężczyznę i spojrzała mu przez ramię, gdy z coraz większym zaskoczeniem malującym się na twarzy śledził tekst.

– Niesamowite. – Pokręcił po chwili głową ze szczerym zdumieniem. – Nigdy nie byłem specjalnie ckliwy, ale na tym ślubie sam chyba będę płakał. – Zaśmiał się. – Los potrafi być bardzo przewrotny, ale Bóg potrafi wszystko sprowadzić na właściwe tory.

– Wiesz, tak sobie myślę, jak bardzo nasze życie łączy się z życiem innych, czasem zupełnie obcych nam ludzi. Gdybyśmy nie trafili do domu babci Nusi, list Griszy sprzed lat najprawdopodobniej nadal leżałby pod meblem, a oni nigdy więcej by się nie zobaczyli. To nie mógł być przypadek, że latem cała nasza trójka spotkała się w Bieluniu. – Julianna zamyśliła się na chwilę. – Myślisz, że Bóg naprawdę kieruje naszym życiem?

Daniel uśmiechnął się pod nosem i rozłożył na łóżku z rękami złączonymi pod głową.

– Myślę, że Bóg w jakiś sposób naprowadza nas na właściwą ścieżkę, daje jakieś wskazówki… Ale to od nas ostatecznie zależy, jak je wykorzystamy. Babcia Nusia była na tyle odważna i zdeterminowana, by pojechać do Wrocławia i odnaleźć Griszę. To ona podjęła decyzję i wykorzystała swoją szansę.

– Masz rację – zgodziła się Julianna. Uwielbiała rozmawiać z Danielem na takie poważne, wręcz filozoficzne tematy. Ludzie często żyją zbyt szybko, żeby zatrzymać się i spróbować zrozumieć świat, w którym żyją, rzeczywistość, której są częścią. Ona odczuwała ciekawość i potrzebę, by czasami wsłuchać się w swoje myśli i serce. Wówczas potrafiła dostrzec rzeczy, które zazwyczaj ignorowała i nad którymi nigdy dotąd się nie zastanawiała. – Żałuję tylko, że nie odnaleźli się wcześniej i przez tyle lat żyli oddzielnie…

– Mnie też jest bardzo przykro z powodu tego, co ich spotkało – odrzekł Daniel. – Ale najważniejsze, że teraz są już razem. Nie ma co rozczulać się nad tym, czego i tak nie można zmienić, trzeba za to trzeźwo patrzeć w przyszłość, bo to na nią mamy realny wpływ.

Julianna uśmiechnęła się i głową wskazała zaproszenie.

– Pojedziemy? – zapytała, chociaż przecież doskonale znała odpowiedź.

Zaproszenie na ślub było dla nich jak wspomniana wcześ­niej przez Daniela wskazówka – szansa, którą mogli wykorzystać bądź ją zmarnować. Bieluń (a może raczej los?) upominał się o nich, bo niektóre miejsca mają duszę, która również odczuwa przywiązanie do przeznaczonych sobie ludzi.

ROZDZIAŁ 2

Styczeń przyniósł mieszkańcom Bielunia obfite opady śniegu. Co kilka dni świeża porcja białego puchu pokrywała dachy domów, drogi i pola, przez co ludzie nie nadążali z odśnieżaniem. Wioska, która latem była pełna kolorów, teraz tonęła w jednolitej, lecz urzekającej bieli. Szczególnie pięknie prezentowały się pobliskie pagórki pokryte śniegiem i zamarznięte bieluńskie jeziorko…

– Poznajesz? – zapytała Nusia, ściskając rękę Griszy, jakby chciała upewnić się, że to nie mara senna, a on naprawdę jest tuż obok niej. – To jest właśnie nasze jezioro, Grisza. Zawsze w ten sposób o nim myślałam.

Mężczyzna rozejrzał się dookoła, a na jego twarzy odmalował się zachwyt.

– Zimą robi jeszcze większe wrażenie – przyznał, wodząc wzrokiem po skutej lodem tafli wody i ośnieżonej roślinności wokół niej. – Poznaję to drzewo. – Wskazał dłonią na pobliski wysoki dąb. – Tamtej nocy leżeliśmy w pobliżu niego…

Tamta noc… Nusię ogarnęło wzruszenie. Ostatni raz byli tutaj razem kilkadziesiąt lat temu, wówczas oboje byli jeszcze młodzi i mieli przed sobą całe życie. Tyle tylko, że doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że jest to ich pożegnanie. Los rozdzielił ich na długie i pełne nieustannej tęsknoty lata. Gdy później Nusia przychodziła nieraz nad jeziorko, nie przypuszczała, że jeszcze kiedyś będzie jej dane znaleźć się tutaj razem z Griszą. Teraz natomiast musiała mu coś ważnego powiedzieć, coś pokazać…

Pociągnęła ukochanego za rękę i zaprowadziła pod wskazane drzewo. Przymknęła oczy i dotknęła jego konara, a serce ścis­nął jej nigdy nieuleczony ból.

– Mieliśmy syna, Grisza – wyznała zduszonym głosem, a po jej policzkach potoczyły się łzy. – Nazywał się Grześ, na twoją cześć. Zmarł przy porodzie, byłam nieprzytomna, nie mog­łam go nawet na chwilę przytulić… – Jej ciałem wstrząsnął szloch. Cierpienie, które przez lata skrywała głęboko w swoim sercu, teraz znalazło ujście. Dzieliła się nim z kimś, kto potrafił ją doskonale zrozumieć, z Griszą, który przecież również stracił wówczas dziecko. – I nie mogłam go też pochować. – Zacisnęła dłoń w pięść i uderzyła konar drzewa. – Boże, Grisza, jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to zakopać pod tym drzewem jego kocyk. Zawsze przychodziłam tutaj, żeby się za niego pomodlić, żeby z nim porozmawiać i poczuć jego obecność…

W oczach mężczyzny pojawiły się łzy. Objął Nusię ramionami i przytulił mocno do siebie.

– Przepraszam, Nusieńko… – wyszeptał łamiącym się głosem. – Przepraszam, że nie byłem wtedy przy tobie… Powinniśmy być razem, przejść przez to wspólnymi siłami…

– To nie twoja wina, Grisza, nie mogłeś o niczym wiedzieć. Nie przepraszaj, ty też bardzo wtedy cierpiałeś…

Nusia pozwoliła, by opanował ją szloch. Płakała nad utraconym synkiem i nad tymi wszystkimi latami, które zostały jej i Griszy bezpowrotnie zabrane. Przez tyle czasu nie pozwalała sobie na żal i płacz, bo czuła, że jeśli się im podda, to ciężar cierpienia przytłoczy ją na tyle, że już nigdy więcej się nie podniesie. Teraz jednak miała przy sobie Griszę. Mogła nareszcie wyrzucić z siebie ból i rozpacz. Każda wypływająca z głębi jej duszy łza przynosiła ukojenie, jak leczniczy olejek przyłożony do rany.

Grisza głaskał ją po głowie i mocno przytulając do siebie, szeptał:

– Już nie musisz być silna, Nusieńko… Płacz, kochanie, wyrzuć to z siebie. Jestem przy tobie, teraz ja będę silny za nas oboje.

Trwali tak przez dłuższą chwilę, aż zerwał się wiatr i strącił z gałęzi drzewa śnieg, który obsypał ich głowy. Ocknęli się wówczas z letargu i spojrzeli sobie głęboko w oczy. Nusia przestała już płakać, a na jej twarzy pojawił się wyraz ulgi.

– Nie zmienimy przeszłości, ale wreszcie możemy żyć tak, jak zawsze tego pragnęliśmy… – powiedziała, gładząc policzek ukochanego.

Grisza uśmiechnął się delikatnie i czule pocałował ją w czoło. A potem chwycili się za ręce i ruszyli w stronę domu, by tak jak każdego dnia w południe wspólnie napić się kawy.

***

Odkąd Grisza znów pojawił się w życiu Nusi, czuła, jak wewnętrznie rozkwita, a w jej ciało i duszę wstępuje nowa porcja energii. Nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek będzie tak szczęśliwa. Każdy nowy dzień witała z uśmiechem i ogromną wdzięcznością.

Gdy tamtego październikowego dnia spotkali się po latach we Wrocławiu, wszystko sobie wyjaśnili. Okazało się, że Grisza nigdy się nie ożenił i nie miał też dzieci. Po odbyciu służby w wojsku założył piekarnię we Wrocławiu i tam osiadł już na stałe. Zasada była prosta: wypiekał pieczywo dla radzieckich żołnierzy stacjonujących we Wrocławiu, a w zamian za to mógł mieszkać i pracować w Polsce. W latach dziewięćdziesiątych żołnierze opuścili miasto, ale on został i dalej prowadził swój niewielki biznes, który wkrótce rozwinął, otwierając trzy nowe piekarnie w innych miastach. Natomiast kilka lat temu ze względu na swój wiek wycofał się nieco z interesu i przekazał go w ręce młodych współpracowników.

Grisza i Nusia uznali, że najlepiej będzie, jeśli to on przeprowadzi się do Bielunia, co zrobił z ogromną przyjemnością. Lubił Wrocław, nawet bardzo, ale to Nusię kochał nad życie, a bieluńska wieś zawsze jawiła mu się jako kraina z baśni, w której zaznał największego szczęścia. Tak więc od kilku tygodni starsi państwo mieszkali razem, tworząc zalążek swojego wymarzonego wspólnego życia.

Pewnego dnia, gdy Nusia krzątała się w kuchni, przygotowując im śniadanie, Grisza podszedł do niej, przytulił ją do siebie i najnormalniej w świecie oznajmił:

– Wyjdź za mnie, Nusieńko. Chcę, żebyś wreszcie została moją żoną.

Najpierw się zdziwiła, a potem zaśmiała. Zawsze wydawało jej się, że ślub jest dla młodych, a oni mieli już swoje lata. Ale kiedy spojrzała głęboko w jego ciemne, pełne miłości oczy, uzmysłowiła sobie, że wiek nie ma tutaj żadnego znaczenia. Kochali się bezgranicznie i mieli prawo naprawić to, co inni kiedyś im zniszczyli…

W styczniu zajęli się więc przygotowywaniem swojego ślubu. Chcieli skromnej ceremonii, tylko dla siebie i najbliższych przyjaciół. Liczyło się wyłącznie to, że nareszcie mogą być razem. Wspólnie uznali, że świadkami ich ślubu bezsprzecznie powinni zostać Julianna i Daniel, bez których ich spotkanie po latach w ogóle nie doszłoby do skutku. Wysłali więc do nich zaproszenie. Nusia zajęła się szyciem swojej sukni ślubnej.

Pewnego wieczoru, gdy siedziała przy starej, ale nadal niezawodnej maszynie do szycia, a Grisza czytał gazetę na zapiecku, nieco nieśmiało zapytała:

– Nigdy nie byłeś zakochany w innej kobiecie?

Spojrzał na nią uważnie sponad okularów.

– Nie potrafiłem już pokochać nikogo innego, Nusiu. W każdej napotkanej kobiecie próbowałem doszukiwać się ciebie, ale żadna z nich nie miała szans ci dorównywać. Zawsze w moim sercu byłaś tylko ty.

Nusia uśmiechnęła się czule do Griszy. Doskonale go rozumiała, w końcu ona również nigdy nie pokochała żadnego innego mężczyzny. Miłość jest jedyna w swoim rodzaju, niezależna od woli i rozumu człowieka. Nie da się nakazać komuś ani nawet samemu sobie, by pokochał lub nie daną osobę. Ale jeśli już pokocha się kogoś naprawdę, to nic ani nikt nie jest w stanie tego zmienić. Ludzie, których kochamy, na zawsze pozostają w naszych sercach.

– Grisza? – Nusia spojrzała na niego łobuzersko. – Ale na pewno kręciło się wokół ciebie wiele kobiet. Zawsze byłeś taki przystojny…

– Nie byłem zbyt porządnym mężczyzną, Nusieńko – wyznał. – Szczególnie po tym, jak straciłem nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze cię zobaczę.

– Łamałeś kobiece serca… – Przerwała na chwilę szycie i przyjrzała mu się zza okularów.

– Moje też zostało złamane.

– Przepraszam… Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak bardzo cierpiałeś, gdy mój ojczym powiedział ci, że wyszłam za mąż za kogoś innego.

– Nigdy do końca mu nie uwierzyłem.

– To dlaczego nie przyjechałeś jeszcze raz do Bielunia? – zdziwiła się Nusia. – Mogłeś przecież wrócić, byłeś w Polsce…

– Antoni przyrzekł przekazać ci mój list. Byłem przekonany, że nie przyjechałaś do mnie do Wrocławia, bo tak zdecydowałaś. Nie chciałem mieszać w twoim życiu i dokładać ci cierpienia. Kochałem cię jak szalony, Nusiu, i właśnie dlatego musiałem dać ci wybór…

Głęboko westchnęła. Serce ściskało jej się z bólu na myśl, że przez te wszystkie lata Grisza sądził, iż odtrąciła go z włas­nej woli.

– Czy kiedy teraz znasz już prawdę, jesteś w stanie mu wybaczyć? – zapytała. A gdy spojrzał na nią nieco zaskoczony, dodała: – Antoniemu, mojemu ojczymowi.

– Nie wiem, Nusiu. Mama zawsze powtarzała mi, że nie powinno się oceniać ludzi, lecz ich uczynki. Już dawno pogodziłem się ze swoim losem, a teraz on na nowo podarował mi ciebie. Tylko to się dla mnie liczy. – Podszedł do niej i objął ją od tyłu ramionami. – A ty, Nusieńko? Potrafisz mu wybaczyć?

Ciężko westchnęła.

– To, co nam zrobił, jest straszne i nic nie może tego usprawiedliwić. Ale… – Zmrużyła oczy i zapatrzyła się w dal. – Antoni wychował mnie pomimo tego, że nie byłam jego prawdziwą córką. Kiedy dowiedział się o mojej ciąży, powiedział mi, że jestem taka sama jak moja matka. Znaczenie tych słów zrozumiałam dopiero po przeczytaniu wspomnień mamy. Antoni bardzo ją kochał i zdecydował się z nią ożenić, mimo że była w ciąży z innym mężczyzną. Kiedy zmarła, został i zajął się mną.

Grisza skinął głową ze zrozumieniem.

– Nie ma złych ludzi, są tylko złe uczynki i błędy, które popełniają.

– Tak – potwierdziła Nusia i oparła głowę o zagłębienie ramienia Griszy. – Twoja mama była bardzo mądrą kobietą.

***

Zimowe wieczory upływały im w radosnej i pełnej oczekiwania atmosferze. Niczym młodzi narzeczeni z entuzjazmem wyczekiwali dnia swojego ślubu, który zbliżał się wielkimi krokami. Gdy zapadał zmrok, siadywali przy stole w kuchni albo na zapiecku i grzejąc się zabytkowym już piecem, prowadzili długie rozmowy przy kubku gorącej czekolady, czytali książki lub wspólnie rozwiązywali krzyżówki. Nusia z przyjemnością stwierdziła, że Grisza jest człowiekiem o dużej wiedzy, która – jak sam kiedyś przyznał – wynikała z jego zamiłowania do książek.

– Kiedy skończyłem służbę w wojsku, zacząłem czytać – powiedział wówczas, wkładając okulary na nos. – Nie miałem żony, nie miałem dzieci, więc w czasie wolnym od pracy dużo czytałem.

Nusi nigdy nie zdarzyło się odgadnąć samodzielnie wszystkich krzyżówkowych haseł, natomiast z Griszą wspólnie rozwiązali całą krzyżówkę o podwyższonym stopniu trudności.

– W gazecie piszą, że można nadesłać do redakcji rozwiązanie i wziąć udział w losowaniu dwuosobowego wyjazdu do Ustki – powiedziała i rzuciła Griszy podekscytowane spojrzenie.

– A niech tam, spróbujmy! – Uśmiechnął się i puścił do niej oczko. – Jeśli wygramy, pojedziemy na nasz miesiąc miodowy.

Nusia miała wrażenie, że trochę oszaleli z tego ich wspólnego szczęścia, ale mimo to wysłała hasło. Na dodatek zaznaczyła w kalendarzu dzień, w którym redakcja miała opublikować wyniki.

– Zależy ci na tym wyjeździe – zauważył Grisza.

– Jeszcze nigdy nie byłam nad morzem.

– Jeśli tylko chcesz, możemy pojechać tam na własną rękę. Mam trochę oszczędności…

Nusia pokręciła przecząco głową.

– Ale wtedy nie będzie takiego dreszczyku emocji, jak kiedy bierze się udział w konkursie.

Uśmiechnął się i pogładził ją po policzku.

– Dlaczego nigdy wcześniej nie pojechałaś nad morze?

Wzruszyła ramionami.

– Jakoś nie w głowie mi były podróże.

– A teraz są?

– Kiedy jesteś ze mną, wszystko nabiera sensu, Grisza – wyjaśniła. – Zabierzesz mnie kiedyś do Rosji? – dodała po chwili nieśmiało.

Spojrzał na nią zaskoczony.

– Nie byłem w Rosji od wielu lat. Dlaczego akurat tam?

– To twoja ojczyzna. Chciałabym zobaczyć miejsce, z którego pochodzisz. Kiedyś bardzo za nim tęskniłeś. Pamiętasz? – zapytała, przypominając sobie ich dawne rozmowy i piosenkę, którą ułożyła dla Griszy o jego dalekim domu.

– Kiedyś tak, Nusieńko – odparł i zapatrzył się w dal. – Ale później, gdy zmarła moja mama, nie miałem już po co tam wracać. Było mi dobrze w Polsce, zadomowiłem się tutaj. Teraz w Bieluniu, przy tobie, jest moje miejsce na ziemi.

ROZDZIAŁ 3

W pierwszy piątek lutego Daniel i Julianna wybrali się do kina na film akcji z wątkiem miłosnym, co stanowiło kompromis pomiędzy ich odmiennymi gustami. Po seansie filmowym poszli do włoskiej restauracji, zamówili pizzę i spędzili resztę wieczoru, wesoło rozmawiając. Gdy wieczorem Daniel odprowadził dziewczynę do domu, umówili się, że następnego dnia wybiorą się na urodzinową imprezę jego kolegi z pracy. Julianna poprosiła swoją przyjaciółkę z uczelni, która w wolnej chwili pracowała w salonie fryzjerskim swojej mamy, by specjalnie na tę okazję uczesała ją w elegancki kok. Chciała ładnie wyglądać i dobrze wypaść przed znajomymi Daniela, z którymi miała spotkać się po raz pierwszy.

Gdy tuż przed szesnastą Daniel przyjechał po nią samochodem, była już gotowa do wyjścia. Włożyła skromną granatową sukienkę do kolan, a naturalną urodę podkreśliła lekkim makijażem. Niski kok dodawał jej powagi, wypuściła więc krótsze pasemko włosów, żeby wydobyć z fryzury nieco dziewczęcego wdzięku.

Marek – solenizant i kolega Daniela – mieszkał z żoną w niewielkim domu na obrzeżach Warszawy. Gdy dojechali na miejsce, a Julianna zobaczyła mnóstwo zaparkowanych samochodów, poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Na chwilę ją zemdliło, ale gdy otworzyła drzwi samochodu, mroźne powietrze ją otrzeźwiło.

Daniel zdążył jednak zauważyć jej niepewną minę, bo zapytał:

– Wszystko w porządku?

Na początku skinęła twierdząco głową, chcąc ukryć przed Danielem swoje obawy, ale po chwili doszła do wniosku, że lepiej mu o wszystkim powiedzieć.

– A jak mnie nie polubią? – zapytała, patrząc na niego ze szczerym niepokojem w oczach.

Zaśmiał się i czule objął ją ramieniem.

– Głupoty gadasz. Ciebie nie da się nie polubić, Julianno.

– No nie wiem, Danielu – nie dawała za wygraną. – Oni wszyscy są ode mnie sporo starsi. Już nie pamiętasz, jak traktowała mnie Dagmara?

– Dagmara jest dość specyficzną osobą, trzeba do niej podchodzić z dystansem – odpowiedział, ale to niezbyt pocieszyło Juliannę.

Podeszli pod drzwi i nacisnęli dzwonek. Daniel chwycił dziewczynę za ramiona i spojrzał jej prosto w oczy.

– Nie jest ważne, co pomyślą o tobie moi znajomi, Julianno. Jesteś moją kobietą, a ja kocham cię do szaleństwa – zapewnił i skradł jej całusa sekundę przed tym, jak drzwi otworzyły się i stanął w nich postawny mężczyzna z szerokim uśmiechem na twarzy.

– No, nareszcie! – ucieszył się i obaj z Danielem uścisnęli sobie ręce w typowo męski sposób. – Wchodźcie! – zaprosił ich do środka. Po chwili zwrócił się żartobliwie do Julianny: – Miło mi poznać wybrankę legendarnego pana komisarza. – Wyciągnął do niej dłoń. – Jestem Marek.

– Julianna. – Uśmiechnęła się grzecznie.

Powiesili kurtki na wieszakach i zdjęli buty, a potem powoli ruszyli za gospodarzem. Daniel objął Juliannę w pasie i posłał jej pełne otuchy spojrzenie. Zrobiło jej się cieplej na sercu. W przestronnym salonie było już pełno gości. Gdy Julianna i Daniel dołączyli do nich, wszyscy spojrzeli w ich stronę. Julianna czuła na sobie ich ciekawski, a niekiedy też oceniający wzrok.

Daniel poprowadził ją w stronę ostatnich wolnych miejsc przy stole i zaczął się witać ze znajomymi, dokonując przy tym prezentacji Julianny. Tak jak przypuszczała, była najmłodszą uczestniczką spotkania, wśród gości dominowały bowiem osoby w wieku trzydziestu–czterdziestu lat. W bezpośrednim sąsiedztwie Julianny siedział mężczyzna w średnim wieku o imieniu Łukasz i towarzysząca mu Marzena o długich czerwonych włosach i z mocnym makijażem. Julianna czuła na sobie ich przeszywające spojrzenia, co wytrącało ją nieco z równowagi.

Gospodarz zachęcił ich do częstowania się tortem i innymi smakołykami. Daniel najpierw nałożył kawałek Juliannie, a potem sobie. Musiała przyznać, że zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen, dbał o nią i rozmawiał z nią, starając się, aby nie czuła się zagubiona albo zaniedbana. Julianna starała się uśmiechać i robić dobre wrażenie, ale ciężko jej było odnaleźć się wśród policyjnych znajomych Daniela. Miały na to wpływ zarówno różnica wieku, jak i różne środowiska, w których na co dzień funkcjonowali. Przysłuchiwała się toczącej się rozmowie, ale nie zabierała głosu. Gdy dyskusja zeszła nieznacznie na tematy zawodowe, najwyraźniej znudzona Marzena zapytała ją:

– A ty uczysz się czy pracujesz?

– Studiuję historię i prawo – odpowiedziała uprzejmie Julianna.

– Ambitnie – skwitowała niezbyt wylewnie kobieta. Kiedy Julianna przyjrzała jej się bliżej, dojrzała pod grubą warstwą makijażu dość liczne już zmarszczki. – Długo znasz Daniela?

– Poznaliśmy się w czerwcu.

– To już trochę czasu. Dużo jak na niego. – Jej słowa zabrzmiały kąśliwie, a intencję jej wypowiedzi dopełnił niewinny uśmieszek. – I nie przeszkadza ci ta różnica wieku? – drążyła. – Daniel spokojnie mógłby być twoim wujkiem.

– Uważam, że dziesięć lat różnicy nie stanowi przeszkody w związku, szczególnie jeśli ludzie się kochają – odparła nieco zdegustowana dziewczyna.

Marzena zaśmiała się pod nosem, ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo do ich rozmowy dołączył Daniel, zajęty do tej pory dyskusją z Markiem.

– Czy mi się zdawało, czy mówicie coś o mnie? – Uśmiechnął się nie do końca świadomy przebiegu rozmowy.

Marzena wydęła wargi i teatralnym gestem odrzuciła włosy do tyłu.

– A, tak sobie gawędzimy – rzuciła beztrosko. – Właśnie mówię twojej… przyjaciółce, że tyle miesięcy związku to już rekord w twoim wykonaniu.

Jeżeli te słowa miały wytrącić Daniela z równowagi, to nie osiągnęły zamierzonego rezultatu. Mężczyzna odpowiedział z pewnością w głosie i uśmiechem na ustach:

– To raczej zasługa Julianny, że tyle ze mną wytrzymała.

Objął dziewczynę ramieniem i pocałował w czoło. Poczuła się raźniej.

Marzena zrobiła słodką minkę i odpuściła sobie rozmowę, po czym sięgnęła po kawałek czekoladowego ciasta. Na stole pojawiły się ciepłe przekąski i zimna płyta. Gospodarz zachęcił wszystkich do jedzenia, a sam podszedł do barku i przy aplauzie zgromadzonych wyciągnął z niego dwie butelki wódki.

– Dla kogo, panowie? – Zaczął rozlewać płyn do kieliszków. – Aha, przepraszam, i oczywiście panie – zreflektował się z uśmiechem na twarzy. – Proszę mi nie żałować i pić szczodrze za moje zdrowie!

Gdy przyszła kolej na Daniela i Juliannę, ten odmówił za nich oboje:

– Ja prowadzę samochód, a Julianna nie pija tak mocnych trunków.

– Nie? – zdziwił się Marek. – To może chociaż wina się napijesz, mam dobre, oryginalne włoskie – zaproponował, na co Julianna przystała, bardziej z grzeczności niż własnej potrzeby. – To zaraz ci naleję – powiedział zadowolony i wrócił do rozlewania kolejki wódki.

Goście oddali się kolejnej pasjonującej dyskusji. Julianna wodziła wzrokiem po ich twarzach i czuła, jak ogarnia ją znajome ostatnio zmęczenie. Znajomi Daniela praktycznie nie zwracali na nią uwagi, a i ona nie wdawała się w dyskusje, bojąc się, że popełni jakąś gafę. Nie czuła się wśród nich swobodnie, ale kochała Daniela i chciała uczestniczyć w każdej dziedzinie jego życia, również tej towarzyskiej.

– Proszę, oryginalne wino z Italii. – Do Julianny ponownie podszedł Marek i napełnił jej kieliszek. Marzena i Łukasz również skusili się na wykwintny trunek.

– Zdrowie! – Łukasz przechylił lekko kieliszek w stronę Julianny i upił solidny łyk wina.

Julianna przyłożyła usta do kieliszka, ale zapach trunku sprawił, że nagle kompletnie straciła ochotę na wino. Odstawiła je nietknięte. Po chwili Daniel przeprosił Juliannę i wyszedł na chwilę do toalety. Odprowadziła go tęsknym wzrokiem, modląc się w duchu, żeby jak najszybciej wrócił. Nie czuła się tutaj dobrze bez niego u swojego boku.

– Daniel to dobry chłopak – niespodziewanie zagadał do niej Łukasz. Skinęła twierdząco głową. – Już nie raz udowodnił, że ma jaja, jest świetnym policjantem. No ale – przechylił lekko głowę i spojrzał na nią z ukosa – nie zna się na kobietach. Pamiętaj, że jakby on nie spełnił twoich oczekiwań, to jestem do twojej dyspozycji. Tutaj lubimy dzielić się wszystkim: pracą, alkoholem, kobietami…

– Słucham? – wydusiła z siebie oszołomiona Julianna. Miała wrażenie, że się przesłyszała.

– To, co słyszałaś – potwierdził śmiertelnie poważny Łukasz, lecz już po chwili wybuchł gromkim śmiechem. – Żartuję, młoda. – Pokręcił rozbawiony głową. – Nie wszystko, co mówi wujek Łukasz, trzeba brać na poważnie. No, zdrowie! – Ponownie skierował w jej stronę kieliszek wina.

Juliannie nie pozostało nic innego, jak wypić toast. Zamoczyła usta w winie i pomimo nagłego przypływu mdłości, przełknęła niewielki łyczek. Smakowało całkiem dobrze, było słodkie i lekko musujące, ale co z tego, kiedy ona cały czas walczyła z nudnościami.

Do stołu powrócił Daniel.

– Wszystko w porządku? – Delikatnie uścisnął ramię Julianny.

Na jego widok zrobiło jej się raźniej. Skinęła twierdząco głową.

– Na pewno? Wyglądasz jakoś blado – zaniepokoił się.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo jeden z mężczyzn poderwał się z krzesła i wziąwszy do ręki kieliszek z trunkiem, wykrzyknął:

– No, moi drodzy, niech żyje Marek! – Po czym zaintonował „Sto lat”.

Wszyscy goście chwycili swoje kieliszki i na stojąco odśpiewali piosenkę ku czci solenizanta. Na zakończenie wypili też jego zdrowie. Julianna nie chcąc zrobić złego wrażenia, również przełknęła niewielki łyczek trunku. Był to jednak błąd, bo mdłości powróciły z taką intensywnością, że wystraszona zakryła dłonią usta.

– Julianno? – zaniepokoił się Daniel. – Co się dzieje?

Wszyscy spojrzeli w jej kierunku, a ona poderwała się z miejsca i pobiegła w stronę toalety. Na szczęście odnalazła ją bez problemu. Pochyliła się nad sedesem i nie zdążywszy nawet zamknąć za sobą drzwi, zwymiotowała. W tym samym momencie pojawił się przy niej wystraszony Daniel. Spojrzała na niego ze łzami w oczach i zanim zdążyła coś powiedzieć, znowu zaczęła wymiotować. Mężczyzna przykucnął przy niej i odgarnął jej do tyłu uwolnione z koka pasemka włosów.

– Chyba coś musiało ci zaszkodzić… – powiedział z troską w głosie.

– To… wino – wydusiła z siebie Julianna, walcząc z nową falą mdłości.

Daniel pokręcił przecząco głową.

– Julianno, jak długo żyję na tym świecie, jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś zatruł się alkoholem po dwóch łykach wina.

Julianna spojrzała na niego zbolałym wzrokiem.

– Zabierz mnie stąd, proszę… – wyszeptała, a on skinął głową i podał jej kawałek papieru toaletowego, żeby wytarła sobie usta.

– Chodź, kochanie…

Pomógł jej podnieść się z podłogi i objąwszy ją ramionami, wyprowadził z toalety.

Po chwili na Juliannie skupiły się ciekawskie spojrzenia zaniepokojonych gości. Czuła się zażenowana i upokorzona. Miała ochotę zapaść się pod ziemię.

– Co się stało? Może coś jej zaszkodziło? – zapytał Marek. – Ale u mnie wszystko było świeże i starannie przygotowane…

– Julianna mówi, że to przez wino – odparł Daniel, jednocześnie pomagając jej włożyć kurtkę.

– Niemożliwe. – Pokręcił głową Łukasz. – Przecież ja też je piłem i wszystko ze mną w porządku.

– Może jest nie przyzwyczajona do picia alkoholu… – dodała nieco kąśliwie Marzena, ale nikt nie ustosunkował się do jej słów.

Daniel przeprosił gospodarza i pożegnał się ze znajomymi w imieniu swoim i Julianny. Gdy po chwili doszli do samochodu, Julianna przystanęła obok. Daniel spojrzał na nią zaskoczony.

– Nie wsiadasz?

– Lepiej będzie, jak pójdę piechotą. Niedobrze mi – oznajmiła słabym głosem.

– Żartujesz sobie, prawda? Wiesz, ile jest stąd kilometrów do twojego domu? – Podszedł do niej i chwycił ją za ramiona. – O co chodzi, Julianno? – Zmusił ją, by spojrzała mu w oczy.

– Przepraszam – wyszeptała i wybuchła długo powstrzymywanym płaczem. – Wygłupiłam się… Narobiłam ci wstydu przed znajomymi… Tak bardzo cię przepraszam…

– Ale co ty mówisz, Julianno? – Delikatnie ujął jej twarz w swoje dłonie. – Nie zrobiłaś niczego złego, to przecież nie twoja wina, że coś ci zaszkodziło. Naprawdę nie masz się czym przejmować.

Westchnęła, po czym przetarła rękawem nos, jak małe dziecko. Dzisiaj było jej już wszystko jedno, jak wygląda i jakie sprawia wrażenie. Niefortunne zdarzenie na przyjęciu urodzinowym Marka wytrąciło ją kompletnie z równowagi i zawstydziło do granic możliwości. Tak jej zależało, żeby dobrze wypaść wśród znajomych Daniela, a poniosła kompletną porażkę i zapewne już na zawsze zostanie zapamiętana jako ta, która wymiotowała. Ponownie wybuchła płaczem.

– Czuję się okropnie – wychlipała. – Już nigdy nie spojrzę w oczy twoim znajomym. Co oni sobie o mnie pomyślą…

– Julianno – Daniel stanowczym tonem przywołał ją do porządku. – Czy naprawdę tak bardzo cię obchodzi, co myślą o tobie moi znajomi? Przecież to nie ma żadnego znaczenia. Wsiadaj do samochodu. – Otworzył jej drzwi. – Bez dyskusji – dodał ostro, kiedy chciała zaprotestować.

Julianna ostatecznie posłuchała go, bo i cóż innego mogła zrobić – od domu dzieliło ją ponad dwadzieścia kilometrów. Po chwili Daniel zajął miejsce kierowcy i podał jej wyciągniętą z bagażnika reklamówkę na zakupy.

– Trzymaj, gdyby coś. – Zaśmiał się pod nosem. – Mam tylko nadzieję, że to nie jest grypa żołądkowa, bo wtedy jutro też będę rzygał jak kot.

Podróż na szczęście przebiegła bez komplikacji. Juliannie przestały dokuczać mdłości, za to zaczęła boleć ją głowa. Kiedy dojechali pod jej dom, odezwała się do Daniela:

– Głupio mi, że widziałeś mnie w takim stanie. – Ciężko westchnęła i spojrzała na niego zawstydzona. – Ale dziękuję, że tak profesjonalnie się mną zająłeś.

Czule położył dłoń na jej kolanie i spojrzał jej w oczy.

– Jesteś moją kobietą, Julianno, to oczywiste, że zawsze się tobą zaopiekuję. Nie powinnaś się mnie krępować, nie z takimi sytuacjami jeszcze przyjdzie nam się razem zmierzyć…

Jego słowa dodały jej otuchy i sprawiły, że poczuła się lepiej.

– Dziękuję, że jesteś, Danielu – wyszeptała, gładząc jego dłoń. – Bardzo cię kocham.

– I ja ciebie, Julianno. – Nachylił się i pocałował ją w policzek. – A teraz uciekaj do domu i napisz mi przed pójściem spać, jak się czujesz.

Skinęła twierdząco głową i wyszła z samochodu. Daniel poczekał, aż dziewczyna zniknie za drzwiami rodzinnego domu, a potem odjechał.

***

Po powrocie do domu Julianna wykąpała się i położyła spać. Na szczęście mdłości nie męczyły jej już więcej, a i ból głowy szybko przeszedł. Utwierdziła się więc w przekonaniu, że sprawcą całego zamieszania było wino. Być może zawierało w sobie jakiś składnik, na który była uczulona. Zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki.

Rano czuła się jak nowo narodzona, ale gdy tylko zeszła na dół i wyczuła zapach gotowanych parówek, mdłości nieoczekiwanie powróciły. Pospiesznie udała się z powrotem do pokoju i położyła się do łóżka. Po chwili napisała Danielowi esemesa: Nie przyjeżdżaj dzisiaj. To chyba jednak grypa żołądkowa, bo nadal źle się czuję. Kocham Cię :*. Zanim zdążył odpisać, na nowo usnęła.

Obudziła ją mama, gdy dwie godziny później weszła do jej pokoju.

– Julianno, źle się czujesz? – zapytała zaniepokojona. – Nie zjadłaś dzisiaj śniadania…

– Chyba złapałam jakąś grypę żołądkową, bo ciągle jest mi niedobrze – wyjaśniła dziewczyna. – Lepiej nie będę na razie niczego jadła.

Jadwiga zmierzyła ją zatroskanym spojrzeniem i wyszła z pokoju. Pół godziny później przyniosła Juliannie dietetyczny kleik ryżowy.

– Powinnaś coś zjeść. – Podała jej miskę z parującą potrawą. – To ci nie zaszkodzi.

Na widok jedzenia Julianna poczuła wilczy głód. Podziękowała mamie i pochłonęła całą miskę ryżu. Faktycznie, poczuła się trochę lepiej i mdłości już więcej jej nie męczyły. Po południu pomimo jej ostrzeżenia zjawił się Daniel i przyniósł jej musujące tabletki zawierające elektrolity.

– Pani w aptece powiedziała, że to powinno nieco pomóc – powiedział, wkładając tabletkę do szklanki z wodą. – Powinnaś dużo pić.

– Dziękuję. – Julianna wzruszyła się jego troską. – A ty jak się czujesz? – Przyjrzała mu się uważnie.

– O dziwo, znakomicie! – Zaśmiał się pod nosem. – Widocznie złego diabli nie biorą, jak to mówią.

Popołudnie spędzili na rozmowach w jej pokoju. Julianna czuła się już lepiej i po wyjściu Daniela zaczęła z entuzjazmem szykować się do jutrzejszej konferencji na uczelni, podczas której miała wygłosić swój referat.