Nie ten dzień - Kowalska-Bojar Agnieszka - ebook + audiobook

Nie ten dzień ebook i audiobook

Kowalska-Bojar Agnieszka

4,6

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Mocna książka erotyczna. Kategoria wiekowa 21+

Nika na skutek fatalnego zbiegu okoliczności trafia w ręce ludzi, dla których życie nie ma żadnej wartości. Zostaje uwięziona i zmuszona do małżeństwa, a jej mężem okazuje się bezwzględny i brutalny wariat, równie fascynujący, co odrażający. Aleksandr jest także człowiekiem, który nie przebiera w środkach, aby utrzymać się na samym szczycie przestępczej działalności. Nikomu nie ufa, w nic nie wierzy i jest pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych.

Chociaż początek ich znajomości należy do wyjątkowo nieudanych, to z czasem sytuacja zaczyna ulegać powolnej, zauważalnej zmianie. Ona jest nim coraz bardziej zauroczona, on coraz bardziej jej pożąda. Lecz w jego głowie siedzą demony, z którymi niełatwo wygrać. I te demony wydostaną się na świat, gdy w wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach na jaw wyjdą pewne sekrety. Czy pokona je uczucie, do którego Aleksandr nie potrafi się przyznać?

Ją życie nauczy wybaczać, jego nauczy pokory.

Bo czasami lepiej zaryzykować niż cierpieć w samotności.

Książka pełna emocji, wciągająca jak bagno, w którym znalazła się bohaterka. Czytana z zapartym tchem, ze łzami w oczach i uśmiechem na ustach. Książka, która powstała dla oraz dzięki czytelniczkom, które dopingowały autorkę z każdym zapisanym słowem. Książka, która zebrała tyle pochlebnych komentarzy, że można byłoby wydać dla nich osobną pozycję.

Książka, którą tego lata musisz mieć w swojej biblioteczce!

***

Rekomendacje czytelniczek.

"Cała ta historia jest jak idealny przykład naprawiania niegrzecznego chłopca, a w zasadzie mężczyzny. Nie jest przesłodzona, jak to bywa często w tego typu dziełach. Jest krew, pot, seks, uczucia, przemoc i tajemnica. Zniecierpliwiona każdego dnia sprawdzałam, czy bohaterce uda się z tego wybrnąć. Wiele rzeczy było nieoczywistych, wiele rozwiązań zaskakujących. Bardzo lubię, kiedy tekst jest nieprzewidywalny. Dziękuję serdecznie, że mogłam przeczytać historię Niki."

"Wspaniała historia. Końcówkę przeczytałam kilkakrotnie. Czytałam i płakałam."

"To jest doskonale opowiadanie trzymające w napięciu od początku do końca. To historia dwojga ludzi, których życie zmieniło się w ciągu jednego dnia, historia pełna namiętności, bólu i trudnych wyborów. Udowadnia, jak wielka jest siła miłości. Po prostu brak słów jak pięknie opisałaś więź i uczucie, jakie zrodziło się pomiędzy dwojgiem ludzi pochodzących z dwóch różnych światów. Zakończenie jest idealne, pokazuje nam, że pomimo wielu potknięć i przeciwności losu ich miłość przetrwała, bo miłość potrafi znieść o dużo więcej."

***

Darmowy fragment dostępny na stronie motylewnosie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 52 min

Lektor: Agnieszka Kowalska-Bojar

Oceny
4,6 (1412 oceny)
1039
253
83
29
8
Sortuj według:
tanalia

Nie oderwiesz się od lektury

Mocna książka ale rewelacyjna. Dawno żadna mnie tak nie wciągnęła
40
bookseye91

Nie oderwiesz się od lektury

Książka, o której jest stanowczo za cicho. „Nie ten dzień”, zmieniła mój pogląd na książki z motywem mafijnym. Czytałam, lepsze i gorsze, ale takiego klimatu, jak stworzyła autorką, dawno nie miałam przyjemności czytać. Tam nie ma dobrych mężczyzn, od samego początku są pokazani, od tej najgorszej strony, a jednak coś w sobie mają. Cała historia to coś nowego. Kobieta, która znajduje się w złym miejscu i złym czasie, staje się ofiarą. Jeśli chce zostać przy życiu, musi przejąć tożsamość innej kobiety, która nie cieszy się dobrą opinią, jest przeciwieństwem Dominiki. Nika, aby przerwać, musi grać, tak długo, jak będzie to możliwe. Aleksander, a raczej Sasza, to typ mężczyzny, który na pozór nie wie, co to delikatność. On jest złem wcielonym. Relacja między bohaterami, nie jest przyjemna, tam jest prawdziwy ogień. Dominika, a raczej Lera, widzi oba oblicza mężczyzny, na którego jest skazana. Wzbudza w niej strach, nienawiść, ale także pożądanie, którego sama nie umie racjonalnie wyjaśnić...
MonikaRuc

Nie oderwiesz się od lektury

Oj, polecam gorąco
10
izunia08111986

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna, mocna I wciagajaca...dawno nie czytalam czegos tak mocnego
10
burcek8

Nie oderwiesz się od lektury

Wow!! Długo jej nie zapomnę 👍👍
10

Popularność




Nie

ten

dzień

SERIASEKSOWNIDRANIE

Agnieszka Kowalska-Bojar

Nie

ten

dzień

www.motylewnosie.pl

Poznań2020

Copyright © AgnieszkaKowalska-Bojar

WydanieI, Poznań2020ISBN978-83-66352-08-7

ISBN ebook pdf 978-83-66352-09-4

ISBN ebook epub 978-83-66352-78-0

ISBN ebook mobi 978-83-66352-79-7

Wszelkieprawazastrzeżone. Rozpowszechnianieikopiowaniecałościlubczęścipublikacjiwjakiejkolwiekpostaci, zabronionebezwcześniejszej pisemnejzgodyautoraorazwydawcy. Dotyczytotakżefotokopiii mikrofilmóworazrozpowszechnianiazapomocąnośnikówelektronicznych.

Skład i łamanie: Katarzyna Mróz-Jaskuła, Studio Grafpa

Wydawnictwo:

motyleWnosie

motylewnosie@gmail.com

Ebookakupisznastronie:

www.motylewnosie.pl

www.sklep.motylewnosie.pl

Dla tych, których kocham

Ze specjalnymi podziękowaniami

dla moich cudownych

Czytelniczek i Czytelników

Było już późno. Większość okien wkamienicy nie rozświetlał nawet nikły blask. Tylko wmieszkaniu naostatnim piętrze paliły się przytłumione światła. Wtle cicho szumiało radio, grając stare, romantyczne przeboje. Tuż obok wysokiej szafy kuliła się kobieta, swoim wątłym ciałem osłaniając pięcioletniego chłopca. Łkała bezgłośnie, chowając twarz wkrótkich, kędzierzawych włosach malca. Drżącymi dłońmi zatykała mu uszy. Za wszelką cenę chciała oszczędzić widoku torturowanego ojca.

– Daj notu tę dziwkę – rozległ się znudzony głos.

– Nie, proszę! – zakwiliła. Malec również się rozpłakał, aletonie pomogło. Jeden znapastników przytrzymał dziecko, drugi brutalnie chwycił kobietę zawłosy izaciągnął ją dopomieszczenia obok. Na sam koniec zatrzasnął drzwi.

– Nie drzyj się suko, bo wypatroszymy smarkacza!

Zamknęła usta istłumiła krzyk, wciągając go zpowrotem dopłuc. Była pewna, żestojący naprzeciwko mężczyzna spełni swoją groźbę. Wyczytała towjego oczach, czarnych, szalonych, bezwzględnych. Jeden zjego kompanów wyciągnął broń, wbijając lufę tłumika wpoliczek rozdygotanej kobiety.

– Dymitr, daj spokój. Pouczymy ją tylko – roześmiał się ten, który był chyba przywódcą wtym towarzystwie. – Stryjek nie lubi zbędnej przemocy.

– Co ty nie powiesz? – odparł zprzekąsem inny, szczupły, wysoki blondyn.

– Mieliśmy tozałatwić bez zbędnego szumu. Poza tym toprzesłanie dla Bojczuka.

– Jego powinniśmy zabić.

– Nie, wobec tego starego capa mam inne plany. Dobra, niech się zastanowię…

– Sasza, daj spokój. Po staremu, utniemy kilka palców, zaliczymy izostawimy, ładnie prosząc ozachowanie szczegółów wtajemnicy.

– Żora, zero finezji. Wogóle brak ci wyobraźni – cmoknął zprzyganą Sasza.

Kobieta milczała. Wduchu błagała tylko ojedno – aby oszczędzili jej dziecko. Tępym wzrokiem wpatrywała się wmartwego męża. Siedział nakrześle; ramiona miał wygięte, nadgarstki skrępowane. Głowę odchyloną dotyłu, anaszyi podłużną ranę, wyglądającą niczym usta, szeroko otwarte wniemym okrzyku rozpaczy. Podcięli mu gardło. Ale najpierw torturowali. Całkiem bez powodu, dla własnej satysfakcji. Ten koszmar trwał ponad godzinę.

– Dobra, wiem. Tego jeszcze nie robiłem – roześmiał się Sasza, poczym chwycił kobietę brutalnie zakark izmusił, aby przyjęła pozycję naczworakach. Nosem prawie uderzyła okolano martwego męża.

– Teraz suko rozepnij mu spodnie izrób dobrze. Zobaczymy czy pośmierci mu stanie.

– Ale… – wyjąkała iodrazu zarobiła silny cios wżebra.

– Bo przyprowadzę bachora itoon zrobi tatusiowi dobrze. Chcesz tego? – Chwycił ją zawłosy isilnym ruchem poderwał wgórę jej głowę.

– No dalej! – zniecierpliwił się. – Bo jestem głodny. Zresztą, może on ma rację – wskazał nasiedzącego obok najwyraźniej znudzonego Żorę. – Zabijemy was ipokłopocie?

– Nie, nie! – jęknęła. – Zrobię to.

– Iładnie wypnij pupkę. Może ktoś zniej skorzysta – mrugnął rozbawiony, jakby opowiadał właśnie świetny dowcip. – No co chłopcy? Żaden nie ma ochoty?

– Twój pomysł, sam się zabawiaj – mruknął Żora, ostentacyjnie zapalając papierosa. – Pieprzony zbok.

– Najpierw popatrzę.

Krztusząc się, wsadziła sobie miękkiego penisa wusta. Omało co nie zwymiotowała. Ale była pewna, żejeśli tego nie zrobi, ten bydlak dotrzyma słowa iprzyprowadzi chłopca. Wyczytała towjego oczach, wtonie głosu, chociaż pozornie brzmiał żartobliwie.

– Pomogę ci – zaoferował, dociskając jej głowę dopodbrzusza trupa. Usłyszał bulgoczący sprzeciw, alenie wycofał się. Przeciwnie, narzucił własne tempo, traktując ją jak gumową lalkę. Dławiła się idrapała palcami zakrwawioną podłogę, łamiąc delikatne paznokcie wkolorze jasnego błękitu.

– Mało finezji – stwierdził, gdy zakrztusiła się własnymi wymiocinami. Potem ją puścił, patrząc jak kobiece ciało osuwa się bezwładnie naziemię. – Dobra, zbieramy się.

Nie zatroszczył się onawpół omdlałą kobietę. Zgrymasem natwarzy patrzył, jak chłopiec tuli się domatki, zapłakany, przerażony. Potem żartobliwie pomachał mu palcem, poczym wyszedł zmieszkania jako ostatni.

– Jestem kurewsko głodny – oświadczył, gdy wsiadł dosamochodu. – Taka robota zawsze zaostrza mi apetyt. Jedź doKojota, tam jest jeszcze otwarte.

– Nie wierzę, żeich nie zabiliśmy – wymamrotał siedzący zakierownicą Żora.

– Przecież mówiłem, żetowiadomość.

– Dla kogo?

– Dla starego Bojczuka. Powie mu – jesteś znami, albo przeciwko nam. Teraz twój bratanek, potem córka, którą tak starannie przed nami ukrywasz. Jak tomawia stryjek, dowód naszej dobrej woli.

– Czyżby? – Żora nadal nie wyglądał naprzekonanego.

– Atak! Bachor przeżył, jego matka również. Lubię wysyłać takie propozycje współpracy – wyszczerzył zęby Sasza, przeczesując dłonią włosy. – Aten stary drań wkońcu się ugnie, zobaczysz! Bo właśnie dostałem informację, żepanna Bojczuk znów pojawiła się wmieście. Będziemy musieli odpowiednio się nią zająć. No itojest najlepsza wiadomość dzisiejszego dnia.

Kiedy zamknęła oczy, przeszłość przesuwała się niczym obrazki wkalejdoskopie. Miarowy stukot kół pociągu wyznaczał rytm zmian, aściśnięte bólem serce, nadawało im odpowiednią kolejność.

Dzień, wktórym się poznali. Ona ledwo skończyła osiemnaście lat. On był młodym strażakiem. Pierwsze randki, pierwszy pocałunek, pierwszy seks. Drobne kłótnie iczułości, wspólne picie kawy oporanku, wspólne wakacje. Ten najbardziej upragniony dzień wżyciu, ona cała nabiało, on wgarniturze. Miesiąc miodowy, gdy podróżowali poprawie całej Europie. Ikoniec. Dzień wypadku, gdy naRafała zawalił się dach budynku, wktórym gasili pożar. Długo, bardzo długo czekała, aż odzyska przytomność. Akiedy nadeszła ta chwila przekonała się, żezzaświatów wrócił inny człowiek. To nie była tylko kwestia jego kalectwa, braku nóg, prawej dłoni, rozległych blizn pooparzeniach. On cierpiał zewzględu nanią. Błagał, aby go zostawiła, aby odeszła iułożyła sobie życie zkimś innym. Tylko jak mogła tak postąpić, skoro nadal kochała tylko jego?

Więc toon zostawił ją. Wrocznicę ich ślubu popełnił samobójstwo, zostawiając posobie coś więcej niż smutek. Zostawił wspadku wyrzuty sumienia, które miały ją dręczyć dokońca życia.

Od dnia pogrzebu minęło pół roku. Dominika pracowała, jadła ispała, alesama miała wrażenie, jakby poruszała się wgęstej mgle. Mało co doniej docierało. Nie wychodziła zdomu, nie chciała spotykać się zprzyjaciółmi, rozmawiać zrodziną. Wolała własne towarzystwo. Przygarnęła kota zeschroniska, takiego, którego nikt już nie chciał. Starego, schorowanego inwalidę. Była pewna, żetozewzględu naRafała dokonała takiego wyboru. Komuś musiała dać to, czego nie potrafiła dać jemu. Kocur odwdzięczył się mruczącym przywiązaniem, bo on nie miał takich dylematów moralnych jak jej mąż.

Wkońcu matka, starsze siostry oraz dwie wierne przyjaciółki zawiązały spisek. Wykupiły wycieczkę itotaką, co doktórej były pewne, żeNika nie odmówi. Zakarpacie wpigułce. Osiem dni zwiedzania, osiem dni oderwania odwspomnień ijednostajnej rzeczywistości. Ifaktycznie, kiedy Dominika wmilczeniu słuchała ich wyjaśnień, już wiedziała, żeskorzysta zbiletu. Przez pięć lat studiowała filologię rosyjską, przez trzy ukraińską. Uwielbiała ioba te języki, icałą wschodnią kulturę. Oile kilkanaście razy odwiedziła już Rosję, tonaUkrainę miała okazję wybrać się tylko raz. Aopodróży zakarpacką koleją marzyła już oddawna. Poza tym mogłaby odwiedzić przyjaciółkę, która jeszcze nastudiach wyszła zamąż zaprzystojnego Ukraińca iprzeprowadziła się doMukaczewa. Dość powodów, aby nie odmówić.

No inaszczęście, żadna zfundatorek wyjazdu nie upierała się, aby jej towarzyszyć.

Wycieczka okazała się natyle udana, żeNika postanowiła zabawić wtych stronach jeszcze kilka dni. Poprosiła oprzedłużenie urlopu, myśląc, żejeśli go jej nie udzielą, tonajzwyczajniej wświecie rzuci pracę. Na szczęście szefostwo chyba wyczuło pismo nosem ibez wahania zgodziło się nadodatkowy tydzień, aona postanowiła, żewpierwszej kolejności odwiedzi Basię. Nie lubiła się narzucać, wynajęła więc pokój whotelu niedaleko domu przyjaciółki izagodzinę miała być ucelu.

Hotel, budynek typu wczesne lata dziewięćdziesiąte, nie grzeszył przytulnością. Ale był tani iczysty, atojej wystarczyło. Rozpakowała się, przebrała iwrzuciwszy najpotrzebniejsze rzeczy domałego plecaka, wyszła nazewnątrz. Po drodze kupiła wino, jakieś ciastka ilitr wódki. Nie przepadała szczególnie zaalkoholem, lecz Baśka uwielbiała drinkować. Zreklamówką wręce szła nadbrzeżem, patrząc naleniwie toczącą swe wody rzekę, wktórej odbijały się światła okien bloków, zajmujących prawie całą drugą stronę brzegu. Wkońcu dotarła namiejsce irzuciła się przyjaciółce wwyciągnięte ramiona.

Alkohol okazał się rewelacyjnym pomysłem iprzez kilka godzin wspominały czasy studiów zcoraz większym rozrzewnieniem. Kiedy koło północy mąż Baśki nieśmiało zjawił się powodę, szybko go wygoniły, zmieniając wkońcu temat. Potem Basia przyniosła karty, aNika, chociaż uważała tozakompletną bzdurę, pozwoliła sobie powróżyć.

– Dziś, dziś wtwym życiu szykuje się wyraźne przesilenie – mamrotała niewyraźnie wróżka amatorka. – To będzie niczym grom zjasnego nieba.

– Zapowiadali burzę? – zdziwiła się obłudnie Dominika. – Może mnie walnie wdrodze powrotnej?

– Nie kpij, bo los cię ukarze. Śmichy chichy, atu naprawdę wychodzi coś dziwnego.

– Porwie mnie książę zbajki nabiałym rumaku. – Nika nie dała zawygrana idalej kpiła.

– Tu jest bardziej oniebezpieczeństwie.

Dla zasady posprzeczały się jeszcze trochę, poczym Nika spojrzała nazegarek izdrętwiała. Trzecia wnocy. Dobrze, żewhotelu uprzedziła, iż może wrócić tak późno.

– Zostań, zrobimy ci lokum nakanapie – zachęcała przyjaciółka, aleNika zaprzeczyła ruchem głowy.

– Wolę wrócić. Jutro wpadnę naobiad, jak już odeśpię nasze pijaństwo.

– Ja jestem pijana, ty zaledwie podchmielona.

– Asię dziwisz? Cały litr wódki wychlałaś!

Naciągnęła kaptur nagłowę, zapięła bluzę izałożyła plecak. Nie miała daleko, szybkim krokiem niecałe pięć minut, alemimo toczuła się dziwnie, sama, naopustoszałej ulicy, wobcym miejscu. Było tak niesamowicie cicho. Nika zwolniła, apotem przystanęła. Znów gapiła się narzekę, gdy nagle kątem oka dostrzegła kobiecą postać. Skulona, przemknęła tuż zajej plecami. Iwtedy usłyszała również cichy szum silnika. Samochód jechał wolno, kryjąc się wcieniu budynków. Czarny, złowieszczy. Minął zdrętwiałą zestrachu Nikę iprzyhamował. Kobieta, którą wciąż widziała, obejrzała się zasiebie iprzyspieszyła. Nagle gwałtownie skręciła wlewo, pomiędzy dwa wysokie budynki. Auto ruszyło doprzodu, poczym wykonało ten sam manewr, co nieznajoma. Później ciszę przeszył stłumiony krzyk, głośne uderzenie ipochwili zzaułka wyprysnął ciemny pojazd.

– Co docholery? – zaklęła Nika, chociaż nieczęsto zdarzało jej się używać brzydkich słów. Ostrym sprintem ruszyła przed siebie, poczym skręciła iznalazła się wpółmroku, gdzie niewiele docierało świateł nadbrzeżnych lamp.

Na samym końcu ślepego zaułka ktoś leżał.

– Boże! – jęknęła, padając nakolanach przy rannej. Ciężko rannej. Twarz miała zmasakrowaną, jakby ktoś przetarł ją dużym kawałkiem papieru ściernego, jedynie oczy lśniły wtej krwawej masie. Tułów wygięty pod dziwnym kątem. Prawa noga także. Inic nie mówiła, jedynie charczała, plując krwią.

– Zaraz zadzwonię popogotowie – szeptała Nika, grzebiąc dygoczącymi rękoma wplecaku. Inagle coś jej się przypomniało. Przed wyjściem poszła dotoalety. Komórkę zostawiła naparapecie. Pewnie dlatego nie mogła jej teraz znaleźć.

– Do diabła! – krzyknęła wbezsilnej złości. Ranna kobieta znieruchomiała. Nika rozejrzała się wpanice iwtedy dostrzegła małą, skórzaną torebeczkę. Może znajdzie wniej telefon? Nie namyślając się dłużej, zerwała się nanogi, chwyciła torebkę ijednocześnie porzuciła swój plecak. Po czym wybiegła zzaułka, grzebiąc nerwowo wjej wnętrzu. Niestety, telefon miał blokadę napin.

– Boże, nie! – wyjęczała Nika iwtedy dostrzegła nadjeżdżający samochód. Musiała go zatrzymać izażądać pomocy. Odruchowo przełożyła pasek torebki przez głowę izkomórką wręku stanęła nawprost jadącego auta. To zatrzymało się płynnym ruchem ipoobu stronach otworzyły się drzwi.

– Potrzebuję pomocy! – krzyknęła Nika, ruszając wkierunku kierowcy. Awtedy ten zrobił coś zaskakującego. Wyjął zkieszeni chusteczkę iprzyłożył dojej twarzy. Izanim kobieta zdążyła wyrwać się czy zaprotestować, straciła przytomność.

Jeszcze przed otwarciem oczu wiedziała, iż coś było nie tak.

Potem wróciły wspomnienia iNika zcichym jękiem uniosła głowę. Pokój nie był duży, alemiał wysoki sufit, dwa strzeliste okna, przez które wpadało teraz złociste światło iluksusowe umeblowanie. Coś wstylu dawnych pałaców, chociaż tak dokońca nie znała się natych rzeczach. Usiadła, przeciągnęła dłonią poczole, apotem dotknęła bosymi stopami marmurowej podłogi.

Dopiero wtedy rozejrzała się znamysłem.

Kanapa, naktórej siedziała, miała obicie wgrube pasy, zieleń przepleciona złotem. Stoliczek obok, wygięte fikuśnie nóżki. Kominek kipiał dyskretnym bogactwem. Zadarła głowę. Dobre cztery metry, pomyślała nie wiadomo poco. Naprzeciwko dostrzegła lekko uchylone drzwi, również wysokie, zlśniącego, jasnego drewna.

Nie miała pojęcia, kto ją porwał, alechyba nie sądził, żetak szybko się ocknie. Wpokoju obok toczyła się zażarta dyskusja, prawie kłótnia. Nika ostrożnie wstała inapaluszkach podeszła douchylonych drzwi.

– …zabić ją. Niech stary się nauczy.

– Ico? Jego też? Przecież pojawi się kolejny gubernator.

– Może szybciej się znim dogadamy? Jestem zaszybką egzekucją.

– Pewnie, całą kurwa elitę polityczną zabiję! Do tego straż graniczną iwkońcu ci zwierchołka dobiorą nam się dodupy. Mało ci było problemów zestrzelaniną rok temu?

– To co chcesz ztą babą zrobić? Ożenić się znią?

– Czekaj, czekaj… To nie jest taki zły pomysł. Sasza!

Jeden głos był spokojny, jakby wyprany zemocji ilekko znudzony. Zpewnością należał domężczyzny, prawdopodobnie dość młodego. Drugi podekscytowany iNika określiłaby mówcę jako dojrzałego. Atematem ich rozmowy była najwyraźniej jej skromna osoba. Tylko jak…? Co…?

– Dima, skocz poSaszę. Niech się oderwie oddziwek inachwilę wpadnie.

– Jaja mi odstrzeli. – To był nowy głos. Szorstki, nieco bełkotliwy.

– Nic ci nie odstrzeli, przestań pieprzyć głupoty. Ma się stawić namoje polecenie. Pilnie! Iżebym kurwa jego mać nie musiał fatygować się osobiście!

Zaraz… Nika zmarszczyła brwi. To był język ukraiński, co akurat nie było niczym dziwnym. Ale treść rozmowy? Oco tu chodziło?

– Chcesz mu zaproponować małżeństwo? Zcórką Bojczuka? – Młody głos wydawał się być szczerze rozbawiony tym pomysłem. – Atosię nasz Saszeńka ucieszy. Specjalnie zostanę, żeby tozobaczyć.

– Trzymać ją będziemy oficjalnie istary nam nie podskoczy. Ajak przestanie być potrzebny, toich usuniemy ipokłopocie. Długo jeszcze będzie nieprzytomna?

– Nie wiem. No kto by pomyślał. Nasz drogi Sasza iLera Bojczuk. Podobno niedawno wróciła zodwyku?

– Wdupie mam to, żećpa.

– No, dupy toona ponoć też chętnie daje.

– Stary zabardzo się znią cackał iteraz ma tego efekty. Ale przynajmniej nie będziemy mieli znią problemu. Za kilka działek sprzeda nie tylko siebie, aleijego.

Nika skamieniała. Oni myśleli, żebyła córką jakiegoś Bojuka, Bojczuka czy diabli wiedzą kogo. Ale dlaczego? Przez otumaniony paniką umysł, przebiło się niewyraźne wspomnienie.

Tamta kobieta. Podobny wzrost, ciemne włosy. Twarzy nie widziała, bo pokrywała ją krew iopuchlizna powypadku. Chciała wezwać pomoc, alezorientowała się, żezostawiła komórkę uBaśki. Wzięła małą torebeczkę nieznajomej, zostawiła swój plecak. Wybiegła zzaułka iwtedy ją dorwali. Na dodatek byli pewni, żejest jakąś Lerą. Dominika omało co nie upadła, uświadamiając sobie, żebyć może tamtą wezmą zanią izanim się ktoś zorientuje, powiadomią rodzinę. Boże! Biedna mama! Nie, dotego nie może dopuścić. Wyjaśni pomyłkę, uda, żenic nie słyszała, żewłaśnie się obudziła, nawet nie będzie żądała wyjaśnień.

Tylko że…

Ajeżeli wtedy ją zabiją? Nie miała pojęcia, kim są iwjakim stopniu mogą zagrozić jej skromnej osobie. Ten młody proponował, aby iLerę usunąć szybko, bez szumu. Nika zagryzła wargi. Musi zaczekać, udawać oszołomienie isłuchać. Dobrze, żechociaż problem języka odpadał, bo ukraińskim władała jak polskim. Chociaż może lepiej twierdzić, żenic nie rozumie?

– Jestem. Czego chcesz?

Ten głos był inny. Sprawił, żezadrżała, gdy go usłyszała. Głęboki, melodyjny iponury, wibrował jej wuszach, budząc niesamowite pragnienie, aby poznać jego właściciela.

– Mamy Lerę Bojczukową. Ożenisz się znią.

– Ja? – Żadnych emocji prócz rozbawienia. – Stryjek raczy żartować.

– Słuchaj chłopcze, tonic osobistego, alemusimy jakoś przeciągnąć naswoją stronę tego starego głupca. Będzie mała impreza, damy fotkę dogazet, żecórka naszego lokalnego rekina polityki się hajtnęła, poczym zamkniemy ją tutaj, atatuś będzie tańczył, jak mu zagramy. Będzie też szczęśliwy, mając takiego zięcia.

– Zabiłem mu bratanka. Nie będzie.

– Będzie – upierał się tamten. – Córka mu tylko została. Wścieknie się, aletomało istotne. Damy jej prochy, wódę, co tylko zechce. Złota klatka, kumasz?

– Dobra, może być. – Znów toznudzenie, pozornie leniwe, jak udrapieżnika szykującego się doniespodziewanego ataku. – Ale kijem tej dziwki nie tknę. Połowa Mukaczewa ją dymała.

– Nie przesadzaj. Dziewczyna rozrywkowa, towszystko.

– To napewno ona?

– Tak. Imieliśmy sporo szczęścia, dopadając ją przed konkurencją. Sprawdziliśmy dokumenty. Tylko kolor włosów inny, aleteraz nie nadążysz zababami – wtrącił się młody, najwyraźniej również rozbawiony całą sytuacją. – Kuryło się wścieknie.

– Idobrze, ten stary gad może nawet dostać apopleksji – mruknął ten, którego wmyślach Nika zaczęła nazywać szefem. – Idź nosprawdź, co zsuką, bo nie może tak leżeć cały dzień.

Zwinnie umknęła zpowrotem nakanapę, alepostanowiła nie udawać nieprzytomnej. Za tosilnie ogłuszoną już tak. Usiadła, palce zacisnęła nasiedzisku istarając się, aby jej spojrzenie wyrażało totalną tępotę, zagapiła się wdrzwi.

Młody faktycznie miał zdwadzieścia, może trochę więcej lat. Był szczupły, wysoki, orozwichrzonych ciemnoblond włosach iasymetrycznym uśmiechu wykrzywiającym usta. Zpozoru wyglądał nakpiarza, aleNika miała wrażenie, żetotylko kamuflaż. Za nim pojawił się starszy, elegancko ubrany mężczyzna. Korpulentny, średniego wzrostu, rudy niczym marchewka, oprzylizanych włosach ieleganckiej bródce. Potem był napakowany osiłek inakońcu…

Nika drgnęła.

Mężczyzna był wysoki, szeroki wramionach, wąski wpasie ibiodrach. Śniady, oczarnych, zaczesanych pod górę włosach. Oczy też miał czarne, ointensywnym, przenikliwym spojrzeniu, co dawało się dostrzec nawet zdaleka. Wyraziste brwi, których linia biegła nisko nad oczyma. Zakrzywiony nos wyróżniał się wszczupłej twarzy ześladem zarostu idelikatnym dołeczkiem wbrodzie. Ale najbardziej zwracały uwagę jego usta, zlekko wysuniętą dolną wargą, co nadawało mu wyjątkowo brutalny, odpychający ilekceważący wyraz. Nie był przystojny, alewprzedziwny, magnetyczny sposób, przykuwał uwagę inie pozwalał naomiecenie go obojętnym spojrzeniem.

– To ona? Ładniejsza niż nazdjęciu – cmoknął zuznaniem młody, aNika osłupiała jeszcze bardziej, odrywając wzrok odostatniego zmężczyzn, którzy weszli dopokoju. Jak tonazdjęciu? – Na dodatek nabrała ciałka natym odwyku, bo wcześniej była zniej chuda szkapa.

– Żora, wyrażaj się! To moja przyszła żona.

– Powiedziałem samą prawdę. Ico? Który znią pogada?

– Sasza. – Rudy ruchem głowy wskazał nakrewniaka, aten westchnął zudawaną rezygnacją, poczym podszedł dokanapy iprzysiadł napiętach, patrząc zuwagą namilczącą kobietę.

Nie była ładna. Była piękna. Ciemne włosy, błękitne oczy, pełne usta, szerokie brwi lekko wygięte włuk, niczym ptasie skrzydła igęste rzęsy, rzucające cienie napiegowate policzki. Szczupłe dłonie, krągłe piersi, które unosiły się wszybkim, urywanym oddechu. Iten wyraz zagubienia najej twarzy. Zupełnie inny odtego, który widział nazdjęciach. Tam miała też rude włosy, alepoza tym prawie niczym się nie różniła.

– Posłuchaj mnie Lerreno – zaczął poważnym tonem. – Zawrzemy układ. Nic ci nie zrobimy, wręcz przeciwnie, otoczymy luksusem, alesą dwa warunki. Po pierwsze współpracujesz znami. Po drugie przekonasz dotego samego swojego ojca. Zadzwonisz doniego iporozmawiasz. Powiesz mu, żewychodzisz zamąż. Za mnie. Potem staniemy się jedną, wielką, pieprzoną rodziną ibędziemy wspólnie dbali onasze interesy.

– Ja… – zaszokowana, zrozpaczona Nika nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Zwłaszcza żeon znajdował się tak blisko, tak niebezpiecznie blisko. Wczarnych jak bezgwiezdna noc oczach dostrzegła pewność siebie, rozbawienie, odrobinę szaleństwa ibezwzględność.

– Kurwa, alewidok – mruknął, dotykając palcami jej policzka. – Zgramy się, prawda?

– Ten znowu ojednym. – Młody przewrócił oczyma.

– Popatrz najej cycki ipowiedz, żeci nie staje.

Gdzie? Nika odrazu spojrzała wdół iaż jęknęła. Bluzkę miała rozpiętą prawie nacałej długości, acieniutki, koronkowy staniczek więcej odkrywał, niż zakrywał. Gwałtownym ruchem zasłoniła biust, czując, jak napoliczki wypełza zdradliwa purpura.

– No proszę! – zaśmiał się Sasza. – Dziwka, która się rumieni. Atoci niespodzianka.

Nic, kompletnie nic ztego nie rozumiała. Dobrze, mogli porwać niewłaściwą osobę, miała torebkę tamtej kobiety, zostawiła jej swój plecak. Nieporozumienie, które powinno zostać szybko wyjaśnione. Ale oni twierdzili, żejest podobna! Nie – więcej! Byli pewni, żejest Lerą Bu coś tam.

Co zanietypowy zbieg okoliczności!

– Ja… Moja torebka, proszę – dodała zwyraźną rozpaczą.

– Żora, podaj.

Ręka jej dygotała, kiedy otwierała małą, skórzaną torebeczkę. Lecz gdy tylko wyjęła etui zdokumentami, spojrzała nazdjęcie wdowodzie, znieruchomiała.

Lera Bojczukowa, lat dwadzieścia pięć, zamieszkała wMukaczewie, kropka wkropkę doniej podobna. Ją idziewczynę nafotografii różniły tylko dwie rzeczy. Kolor włosów iwyraz twarzy. Prawdziwa Lera miała dziwnie puste, pozbawione nadziei spojrzenie. Przygaszone. Itak odpychająco wydęła wargi. Jakby właśnie skosztowała czegoś wyjątkowo niesmacznego.

– Oco chodzi? – Sasza niezauważalnie ściągnął brwi, awjego ciemnych oczach ukazało się coś nieprzyjemnego.

– To ja? – Nika wbrew sobie wskazała nazdjęcie.

– Tak. Aco? Amnezja? – Brutalnie ścisnął jej podbródek, zmuszając, aby spojrzała mu prosto woczy. Potem zerknął nafotografię, którą trzymała. Iznów naprzestraszoną kobietę. – Bez najmniejszej wątpliwości toty.

– Na pewno? – Pozostali zaglądali mu przez ramię.

– Tak. Układ twarzy, kolor oczu, brwi, usta, nawet uszy. Tylko włosy są inne, ciemniejsze. Musiała przefarbować.

– To co jej się stało? Straciła pamięć?

– Szybko ją odzyska, już ja się otopostaram – uśmiechnął się szeroko, abiedna Nika skuliła się pod wpływem jego wzroku. – Dobra, przynieś telefon. Niech stary nie rozpuszcza swoich psów, bo nam interes zepsuje. Jeszcze się kontrahent zniechęci. Jak dobrze się spiszesz zajączku, todostaniesz działkę. – Poklepał ją poprzyjacielsku popoliczku, aleona itak odebrała tojak groźbę. Potem skinęła głową, bo nie miała pojęcia, co powinna odpowiedzieć.

– Hej Daniłło! – Mężczyzna przywitał się radośnie, jak zestarym znajomym. – Nie przeklinaj tyle, tylko zamknij mordę isłuchaj. Mamy tu uroczą dzieweczkę, zdowodu wynika, żetotwoja ukochana córeczka i… – skrzywił się, odsuwając aparat oducha. – Zajączku, weź ty spróbuj. Bo jeszcze szanowny tatuś dostanie apopleksji ibędę musiał cię zabić. Poczekaj, włączę wizję, żeby nie miał wątpliwości, żetoty.

Ciężko było utrzymać telefon wdrżącej dłoni. Ciężko wykrztusić kilka pierwszych słów. Dalej było już prościej, bo jej rozmówca, chudy, szpakowaty mężczyzna, nie miał wątpliwości co dotego, żebyła jego córką. Ogłuszona tym faktem, nie miała siły nasprzeciw. Posłusznie przeczytała to, co napisał jej nakartce Sasza, poczym oddała mu aparat. Ten nie bawił się wdyskusje, tylko odrazu rozłączył irzucił telefon nastół.

– Stawiam jeden dopięciu, żestary nie będzie już fikał – powiedział zfilozoficznym spokojem, wyciągając papierosa. Potem podsunął paczkę pod nos Niki. – Częstuj się zajączku.

Mało brakowało, aby się zdradziła, mówiąc, żenie pali. Lera chyba paliła? Zresztą, nie tylko to. Przypomniała sobie szczegóły podsłuchanej rozmowy izadrżała.

– Nie mam ochoty – wyszeptała, pochylając głowę.

– No takie dziwy! – zaskoczony uniósł brwi. – Czym wyście ją tam ogłuszyli?

– Mdli mnie – wyjaśniła, woląc nie wdawać się wdyskusję natemat swoich nałogów. – Wolałabym szklankę wody.

– Wody? – spytał przeciągle. – Żora, przynieś flaszkę.

– Co? – Młody nie odrazu skumał, oco chodzi. – Wody?

– Wódki. Wlodówce jest kilka. Ijakieś naczynie, może być szklaneczka dowhisky. Dalej, najednej nodze.

– Sasza… – Rudy mężczyzna chyba zrozumiał, co się szykuje.

– Daj spokój Bohdan. – Pierwszy raz nie zwrócił się doniego żartobliwym „stryjku”. – Trzeba jasno określić zasady naszej współpracy. Inaczej gówno ztwojego wspaniałego planu. Mam wrażenie, żenie tylko fiut ci zmiękł nastare lata.

– Nic mi nie zmiękło! – warknął tamten, ajego twarz przybrała głęboki odcień purpury. Ale nie ośmielił się zrugać krewniaka. Wogóle Nika odniosła wrażenie, żenikt nie ośmiela się mu sprzeciwiać. Iszczerze mówiąc, wcale się im nie dziwiła. Miał szalone oczy. Okrutne iszalone. To był człowiek zdolny dowszystkiego, dokażdej podłości.

– Dobra zajączku – postawił przed nią przyniesioną butelkę iczystą szklankę. – Mówiłaś, żemasz ochotę się napić?

– Tak, wody – powiedziała cicho.

– Wyobraź sobie, żenie mamy wody. Bywa – uśmiechnął się szeroko, mierząc ją wyjątkowo wrednym spojrzeniem. – Więc napijesz się czegoś innego, co przypieczętuje warunki naszej wspaniałej współpracy.

Co miała powiedzieć? Że zalkoholi pija jedynie wino, bo nawet piwo wybierała bez procentów? Od święta szampan ijeszcze rzadziej zdarzał się słaby drink.

Tymczasem mężczyzna napełnił szklankę aż posam czubek.

– Lekcja pierwsza. Wprowadzenie dotematu. Robisz to, co każę. Dokładnie to, bez żadnych uchybień czy ustępstw. Idlatego czeka naciebie oto ta półlitrówka. Iobyś nie uroniła ani kropelki.

– Ale…

– Panno Bojczuk! Już! – ostatnie słowo rzucił przez zaciśnięte zęby, patrząc nanią spod opuszczonej głowy. – Ipamiętaj otym, żejeśli okażesz się nieprzydatna, to… – wykonał znaczący gest pod szyją, aNika zamknęła usta, wtłaczając zpowrotem słowa chcące wyrwać się nawolność, żenie jest żadną Lerą itowszystko okropna pomyłka. Sięgnęła poszklankę, aleledwo zanurzyła wargi, wykrzywiła się.

– Nie dam rady! – jęknęła.

– Pij.

– Nie…

– Pij! – Tym razem jego głos przypominał syk węża. Kobieta rozpłakała się, lecz nie dlatego, iż wierzyła, żemogłoby toprzynieść jakikolwiek skutek. Po prostu nie potrafiła powstrzymać łez. Powoli, łyk załykiem, opróżniała naczynie, alekiedy wkońcu je odstawiła, mężczyzna napełnił poraz drugi.

– Nie! – zakryła ręką usta. Czuła jak żołądek buntuje się iskręca, bo taka ilość alkoholu była dla niej wręcz zabójcza. – Nie tknę tego więcej!

– Pij! – uniósł szklankę, podsuwając jej pod nos.

– Nie! – Zwściekłością wytrąciła mu ją zdłoni ialkohol wylał się naidealnie czystą podłogę.

– Nie? – Chwycił szczupły nadgarstek, potem najmniejszy palec ibez litości go wykręcił. Krzyknęła, bo ból okazał się obezwładniający.

– Na razie uszkodziłem ten jeden. Potem będą dwa kolejne. Ateraz – podał jej butelkę. – Pij!

Nie żartował, nie droczył się. Tacy jak on, tak nie postępowali. Szlochając zbólu, dała pierwszego łyka inie zdołała opanować torsji. Zwymiotowała prosto nasiedzisko kanapy.

– Dobra Żora, przytrzymaj ją zjednej strony, ty Dima zdrugiej.

Nie zorientowała się, co chciał zrobić, dopóki nie było zapóźno. Potem poprostu wetknął jej szyjkę butelki doust ipalcami zatkał nos. Krztusiła się, parskała, wiła, prawie udusiła, alewlał wnią wszystko, co ostatniej kropelki. Patrzył przy tym obojętnie, bez odrobiny litości. Więcej, bo chociaż miała wrażenie, żewidzi świat zamgłą, toten bydlak był rozbawiony.

– Zanieś ją domojej sypialni – rozkazał powszystkim osiłkowi. – Izawołaj kogoś, niech tu posprząta.

Po czym nie oglądając się zasiebie, wyszedł nataras, wyjmując zkieszeni papierosy. Był zadowolony, bo jego plan wypalił wcałości, aprzyszłość zapowiadała się obiecująco. Mając wkieszeni starego Bojczuka wzasadzie mieli zapewnioną całkowitą bezkarność. Agra nie toczyła się okieszonkowe, aleogrube miliony euro. Chociaż jemu nie zależało napieniądzach. Uwielbiał ten dreszczyk emocji, satysfakcję, gdy ofiara patrzyła prosto wjego oczy, doostatniej chwili mając nadzieję nabłahy odruch litości. Ta nadzieja, która wułamku sekundy zamieniała się wniedające się opisać przerażenie. To dopiero była frajda! Pomyślał okobiecie, którą zgodził się poślubić. Ta Lerka była całkiem ponętna. Nie znał jej bliżej, bo nie zadawał się zćpunami, aona ponoć odkilku lat całkiem ostro brała. Dziwne, nie powiedziałby tego patrząc najej twarz. Kilka dni temu wróciła zdługiego odwyku, może todlatego. Nawrócenie, poprawa, dwanaście kroków donowego życia, czy jak tam toleciało. Trudno, dwunastu nie będzie, bo lepiej było ją czymś nafaszerować, żeby nie fikała. Chętnych dodymanka jej nie zabraknie, szczerze mówiąc pomimo własnych słów też miał ochotę załapać się namały numerek. Zgasił papierosa, rzucając niedopałek natrawę. Był pewien, żezapięć minut zniknie. Uśmiechnął się szeroko dowłasnych wspomnień. Kiedyś zatrudniono nową dziewczynę. Nie znała wszystkich zwyczajów idopiero jak musiała zjeść całą popielniczkę petów, nauczyła się porządku. Szybko zrezygnowała zpracy izniknęła, alezła sława jego czynu pozostała ibyła przekazywana każdej kolejnej zatrudnionej osobie.

– Aleksandr, pozwól dogabinetu. – Bohdan pojawił się zajego plecami niczym duch. – Dzwoni Bojczuk.

– Już? Szybki jest.

– Chce pogadać.

– Dobrze, idę.

Nika leżała naogromnym łóżku, ajej ciałem wstrząsały mdłości. Na dodatek wgłowie kręciło jej się niczym nakaruzeli, apalec pulsował bólem. Może nawet był złamany?

Ztrudem wstała, aby potykając się, dotrzeć dodostrzeżonej zauchylonymi drzwiami łazienki. Prawie zawisła namarmurowej umywalce, poczym odkręciła wodę. Chłodną, cudownie orzeźwiającą, gaszącą pragnienie. Przepłukała gardło, opryskała twarz. Nie miała siły nakąpiel, postanawiając zostawić tonapóźniej. Osunąwszy się napodłogę, dotknęła czołem zimnej powierzchni. Przyniosło totaką samą ulgę jak zimna woda. Nie potrafiła zebrać myśli, aleponad wszelką wątpliwość wiedziała jedno. Musi podjąć tę grę, udawać kobietę, która pewnie już nie żyje. Gdyby nie ich podobieństwo, dawno podzieliłaby jej los. Atak miała szansę, aby zaplanować ucieczkę. Musiała tylko odzyskać siły.

– Niezbyt wygodne miejsce. – Ocucił ją dźwięk kpiącego głosu. – Chodź zajączku, łóżko będzie lepsze.

Bez problemu podniósł ją, apotem niezwykle delikatnie ułożył namiękkim materacu. Po czym usiadł tuż obok, pochylając się nad zmartwiałą kobietą.

– Tatuś się zgodził – oznajmił radośnie. – Kupimy ci ładną sukienkę, awprezencie dostaniesz tyle prochów, żeoszalejesz zradości.

– Nie biorę już – odparła słabym głosem.

– Przecież wiesz, żemamy najlepszy towar. Może masz ochotę spróbować? Paluszek przestanie boleć – dodał drwiąco.

– Nie chcę.

– Taki biedny paluszek – perfidnie ścisnął go zcałej siły, awoczach Niki ukazały się łzy. Ztrudem łapała powietrze, usiłując opanować ból. – Na co komu tyle cierpienia?

– Nie masz pojęcia ocierpieniu – odparła zgoryczą, przyciągając ku sobie zmaltretowaną dłoń.

– Nie? – Spoważniał, azjego ust zniknął uśmiech. – Mam Lerreno, mam. Może jedynie zinnego punktu widzenia, bo toja bywam źródłem cierpienia.

Milczała, bo to, co dostrzegła wgłębi przepastnych czarnych oczu, skutecznie zniechęcało dodyskusji. Kto wie, co takiemu jeszcze przyjdzie dogłowy?

– Okay króliczku, rozumiem, zmęczona jesteś. Mam sobie pójść wdiabły. Ale zanim tozrobię, kilka słów, abym przypadkiem nie musiał cię krzywdzić. – Wyciągnął ramię ibardzo wolnym, wręcz wystudiowanym ruchem zacisnął palce najej krtani.

– Po pierwsze, żadnych ucieczek. Mur ma trzy metry, góra pod napięciem, przy bramie stoją chłopcy, anocą biegają dwa sympatyczne pieski. One nie zadają pytań, tylko odrazu przegryzają gardło. Zrozumiałaś?

Skinęła głową.

– Po drugie, żadnych telefonów czy mailów. Nic. Dla ciebie świat nazewnątrz przestał istnieć. Bo tutaj wkraczam ja itojest jeszcze gorsza perspektywa niż nasze psiaki. Rozumiesz?

– Tak. – Ztrudem przełknęła ślinę, bo zkażdym słowem jego spojrzenie stawało się coraz mroczniejsze, asłowa coraz bardziej ostre.

– Po trzecie. Nie węszysz, nie oddalasz się oddomu. Masz dodyspozycji ponad tysiąc metrów plus ogród. Inne budynki cię nie interesują. Jeśli złamiesz tę zasadę, patrz punkt drugi.

– Zrozumiałam. – Tym razem uprzedziła jego retoryczne pytanie. – Mogę teraz odpocząć?

Puścił jej krtań iniemal poprzyjacielsku poklepał popoliczku.

– No pewnie.

– Sama.

– Poniekąd. To nasza wspólna sypialnia.

Ale, co dziwne, więcej jej się nie narzucał.

Po raz pierwszy miała okazję się rozejrzeć. To nie był zwykły dom. To była prawdziwa rezydencja. Ten jeden pokój był większy niż całe jej mieszkanie. Tutaj, napiętrze, sufity były niższe, aleitak miały dobre trzy metry. Okna wąskie, wysokie, azanimi rozciągał się widok nastarannie wypielęgnowany ogród. Wpromieniach słońca połyskiwała tafla wodnego oczka, poprawej było widać basen, polewej rozległy taras. Dookoła mur zieleni, wąskie ścieżki, kwiaty, wymyślne drzewa ikrzewy. Przesunęła dłonią poszerokim parapecie. Nie znała się, aletochyba był marmur. Na podłodze parkiet nawysoki połysk. Ściany wkolorze gołębim, odrobina sztukaterii, która zawsze wydawała się Dominice taka kiczowata, atutaj uwypuklała dostrzegalny wkażdym kącie przepych. Dyskretny, nierzucający się woczy, aledominujący. Meble idealnie dopasowano downętrza, niby stylowe, aleinowoczesne. Garderoba obok łazienki. Komoda, dwa wygodne fotele iokrągły stolik. Kominek. Ogromne łóżko itelewizor zaraz nawprost. Do tego fikuśna otomana wkrzykliwych kolorach, zupełnie inna niż cała reszta, aleitak współgrająca zcałością. Weszła dogarderoby. Męskie ubrania wiszące poprawej stronie, polewej także, aletym razem ładnie poukładane napółkach. Buty, spodnie icała reszta. Naprzeciwko ogromne lustro. Tutaj nie było ścisku, ajedynie dyskretna elegancja. Przypomniała sobie ciemnookiego mężczyznę ipomyślała, żenie bardzo pasuje jej nawłaściciela tego wszystkiego. Był taki odrażająco prostacki. Zamyśliła się. Nie, nie prostacki. Był poprostu odpychająco okrutny. Może todlatego?

Wzięła zpółki zwykłą białą koszulkę, potem znalazła jeszcze luźne spodenki, naszczęście wiązane, poczym przeszła dołazienki. Powitał ją oślepiający blask srebrzystych ścian. Tak jakby wbieli zatopiono tysiące drobniutkich iskierek. Obszerny prysznic ijakby tego było mało, ogromna wanna. Wybrała wannę, najpierw starannie zamknąwszy drzwi. Nadal ją mdliło poalkoholu, alewsumie zcałej butelki niewiele tak naprawdę trafiło dojej żołądka. Pierwszą szklankę zwymiotowała, drugą rozlała, azreszty większość znalazła się naubraniu.

Odświeżona, zwilgotnymi włosami związanymi wkulkę, poczuła się odrobinę lepiej. Fizycznie, bo wjej głowie nadal wirowały jak szalone rozmaite myśli. Usiadła naszerokim parapecie izewzrokiem wbitym wkrajobraz zaoknem, próbowała towszystko sobie poukładać.

Wpadła wpułapkę ogromnego podobieństwa dotamtej kobiety. Różnice były naprawdę niewielkie. Włosy, wyraz twarzy, noijeszcze wiek. Dwa lata różnicy. Zresztą tam, wzaułku, wydawało się, żeLera wcale nie była ruda. To podobieństwo chyba ocaliło jej życie, chociaż było ipowodem porwania. Trafiła… Bóg raczy wiedzieć, gdzie trafiła. Jakaś lokalna mafia? Zpewnością. Przy granicy kwitł przemyt, papierosy, ludzie ipewnie prochy. Nie dokońca miała pojęcie otakich sprawach, chociaż wiedziała, jak niebezpieczne są tookolice. Lera była córką miejscowego notabla, widać kogoś, kto mógł zaszkodzić interesom porywaczy. Dlatego chcieli zmusić go dowspółpracy.

Przypomniała sobie twarz tego mężczyzny. Aleksandra, bo Sasza było jedynie zdrobnieniem. Grubo nie pasowało dotego zimnokrwistego bydlaka. Nika przyłożyła dłonie doskroni. Rany Julek! Przecież ona miała zostać jego żoną. To była jego sypialnia iprawdopodobnie będą spać wjednym łóżku!

– Wpakowałam się – wyszeptała zgoryczą. Lecz nie mogła zrezygnować. Co by się stało, gdyby zaczęła im tłumaczyć pomyłkę? Pewnie odrazu by nie uwierzyli. Ale wystarczyło porównać jej dokumenty zdokumentami Lery. Nikt tego nie zrobił, bo jeśli nawet znaleziono ranną kobietę…

– Mama! – jęknęła Nika, zrywając się narówne nogi. Ranną? Nie, dałaby głowę, żetamta umarła najej rękach. Miała przy sobie dokumenty, zmasakrowaną twarz, kto będzie wnikał wszczegóły? Basia poświadczy, żeprzyjaciółka chwilę wcześniej wyszła odniej zmieszkania. Czyli uznają ją zamartwą. Głupia turystka, która nocą wracała dohotelu izostała napadnięta. Pewnie już zadzwonili dorodziny. Amama… Nika przełknęła ślinę. Biedna mama! Ale nie mogła nic zrobić, bo jednego była pewna. Jeśli się zdemaskuje, przestanie być im potrzebna. Nie wypuszczą jej, ot tak! Zabiją. Przypomniała sobie czarne, szalone oczy Saszy. On ją zabije. To nie było towarzystwo, zktórym można pogrywać. To nie był pieprzony film czy książka, gdzie wszystko kończy się dobrze, bo tak sobie ktoś wymyślił. Życie pisało swój scenariusz, aona mogła jedynie potulnie przyjąć główną rolę. Iwypatrywać drogi ucieczki. Dobrze chociaż, żeLera była poodwyku. Mogła tym wytłumaczyć wiele rzeczy. Brak rozwiązłości, niechęć dopapierosów, prochów czy wódki. Tak naprawdę biedna Nika nigdy nie miała wustach żadnego papierosa. Ajej doświadczenie seksualne zaczynało ikończyło się naRafale. Zresztą, uśmiechnęła się smutno, wcale nie było takie ubogie, bo przez tyle lat nie tylko zdążyli się sobą nacieszyć, aleitrochę poeksperymentować.

Ktoś zapukał.

– Proszę – powiedziała odruchowo. Do środka weszła wysoka, szczupła kobieta. Wytwornie ubrana, elegancko uczesana, zdoskonale wykonanym makijażem, istnym dziełem sztuki wizażu.

– Ty jesteś Lera? – spytała. Głos miała chłodny, opanowany, zresztą takie samo spojrzenie wyblakłych brązowych oczu.

– Tak, ja. – Serce Dominiki wprzenośni niemal zamarło. Przestraszyła się, żekobieta być może zna prawdziwą Lerę iteraz dostrzegła różnice.

– Nadezhda. – Podeszła bliżej, wyciągając wjej kierunku bladą dłoń ostarannie wypielęgnowanych paznokciach, obwieszoną złotymi precjozami. – Żona Bohdana.

– Pani domu? – spytała ostrożnie Nika.

– Tak, jak miło. – Wcale nie wyglądała nauradowaną. – Przyszłam, bo masz poślubić naszego bratanka?

– Chyba tak.

– Chyba? – Lekkie, nieco pogardliwe uniesienie brwi. – Potrzebna ci będzie nowa garderoba, kosmetyki, cała masa drobiazgów. Isuknia ślubna.

Nika pobladła.

– Suknia?

– Tak. Musimy się przygotować. Będą media, lokalna prasa, ogólnokrajowa telewizja.

– Telewizja? – jęknęła. – Jak to?

– Jesteś córką gubernatora Zakarpacia. Największego przeciwnika tutejszych… biznesmenów – dokończyła zironią. – Ateraz wychodzisz zakrewniaka takiego biznesmena. To bezprecedensowe wydarzenie. Nie możesz paradować wkoszulce imęskich gaciach. Każę przynieść jakąś odzież dla ciebie, przymierzysz, może coś będzie odpowiednie. Apojutrze polecimy doKijowa, nazakupy.

Tempo jakie obrali, wydało jej się przerażające. Ale pojawiła się też nadzieja. Może będzie okazja doucieczki? Wwielkim mieście powinno być łatwiej. Nie miała pojęcia, jak tozrobi ico będzie potem, lecz jeśli będzie mogła, ucieknie.

– Dobrze – zgodziła się potulnie izroztargnieniem. Nadezhda spojrzała nanią przenikliwie iwyszła. Jak widać nie zapałała sympatią donowego członka rodziny. Nika pomyślała, żekobieta musiała być sporo młodsza odmęża. Oile Bohdanowi dałaby jakieś sześćdziesiąt, sześćdziesiąt parę lat, otyle jego żona mogła mieć góra czterdzieści. Nie była piękna, aledoskonale zrobiona. Dzieło sztuki ludzkich rąk italentów. Piękna i… Naszego bratanka? Aleksandr był bratankiem Bohdana, nie jej. Ten ton głosu, pogarda, chłód.

Nikę olśniło! Ta baba była zazdrosna! Onią, ojej małżeństwo zSaszą. Amogła być zazdrosna tylko zdwóch powodów. Albo miała potajemny romans ztym psycholem, albo była nim jedynie zauroczona iliczyła nacoś więcej pośmierci męża. Tak czy inaczej, powinna wystrzegać się tej kobiety. Nawet jeśli ta niechęć miała irracjonalne podłoże, towkrótce Nika zostanie zmuszona dowypowiedzenia słowa „tak” istanie się obiektem zazdrości.

Do pokoju weszła młoda dziewczyna, schludnie uczesana, wczarnej sukience ibiałym fartuszku. Za nią druga, niosąca całkiem sporą ilość ubrań, które położyła najednym zfoteli. Potem suchym tonem poinformowano ją, żezadwie godziny ma się stawić wjadalni naparterze.

– Obiad? – Nika dopiero teraz poczuła głód.

– Kolacja.

– Kolacja? Jest aż tak późno?

– Pani prosi opunktualność – powiedziała jeszcze pokojówka, poczym razem zeswą towarzyszką dygnęły iwyszły.

Nika najpierw przejrzała ubrania. Niestety, spodnie okazały się zbyt wąskie, bluzki zaciasne wbiuście. Na szczęście pasował jeden komplet bielizny iobszerny sweter zmiękkiej wełny. Był też natyle długi, żemógł robić zatunikę. Znalazła też obcisłe, czarne legginsy. Przebrała się, alewciąż była boso. Oile dobrze pamiętała, tak się obudziła. No nic, tutaj było tak czysto, żemożna jeść zpodłogi. Nie wybrudzi nóg.

Weszła domęskiej garderoby. Po raz kolejny przejrzała ubrania idopiero teraz zwróciła uwagę nametki. Sami znani projektanci. Buty, bielizna, nawet zwykłe t-shirty. Były też zegarki iwkońcu dowiedziała się, która godzina. Wybrała jeden nachybił trafił izabrała zesobą. Wzięła też parę grubych skarpet. Poprawiając fryzurę, rozmyślała owłaścicielu tych ubrań. Nie podejrzewałaby go otak wyrafinowany gust. Wzasadzie „mówiąc” bandzior, miała przed oczyma napakowanego osiłka, wdresie albo dżinsach, złysą głową, tatuażami idyndającymi naszyi łańcuchami. Tymczasem Aleksandr wniczym nie przypominał tego stereotypu. Nie nosił żadnej biżuterii, przynajmniej nic podobnego nie zauważyła. Ubrany był zdyskretną elegancją, marynarka, biała koszula, buty nawysoki połysk. Tatuaży również nie dostrzegła, chociaż nie wiadomo, co skrywał pod ubraniem. Nie wiadomo też, co skrywał jego umysł czy serce, oile wogóle miał todrugie. Nika dałaby głowę, żenie. To był morderca, bezlitosny zabójca, który nie miał wyrzutów sumienia, bo inie miał sumienia. Wcałym tym towarzystwie sprawiał wrażenie najgroźniejszego. Typ odbrudnej roboty. Najpierw strzeli, później zapyta poco miał tozrobić. Oile wogóle zapyta.

Zerknęła nazegarek. Jeszcze godzina, aona była coraz bardziej głodna. Miała też dość krążenia popokoju, niczym ptak zamknięty wklatce. Dostała pozwolenie naporuszanie się pocałym domu, może więc najwyższa pora go zwiedzić?

Nie namyślała się dłużej. Wyszła nakorytarz, nawszelki wypadek starając się zrobić tobezszelestnie. Był długi, utrzymany wjasnej tonacji, dyskretnie oświetlony. Po jego obu stronach symetrycznie rozmieszczono drzwi dokolejnych pokoi. Sypialnia, doktórej trafiła, znajdowała się nasamym końcu. Ruszyła przed siebie iznalazła się naczymś wrodzaju galerii. Dopiero tutaj dostrzegła przepych tego miejsca. Salon połączony zjadalnią znajdował się poniżej. Sufit miał przynajmniej kilkanaście metrów, acała ściana zwyjściem nataras iogród, była jednym wielkim oknem. Tak otwarta przestrzeń wręcz przytłaczała. Dopiero pochwili można było dostrzec inne szczegóły. Ogromny kryształowy żyrandol, stylowe meble, marmurowa posadzka, lśniący lakierowaną czernią fortepian, stół naprzynajmniej dwadzieścia osób. Totalne szaleństwo, pomyślała oszołomiona Nika. Mogła teraz albo zejść nadół, albo pójść wgłąb kolejnego korytarza. Zdecydowała się naschody. Też były okazałe, marmurowe, zwymyślną poręczą. Nika jako osoba systematyczna izorganizowana, udała się wprost pod drzwi wejściowe, szerokie iwyglądające niezwykle solidnie. Potem odwróciła się donich plecami, jakby właśnie weszła dośrodka iwgłowie zaczęła sobie układać plan domu. Okrągły hol, anaprzeciwko pyszniło się bogactwem kolorów wielkie akwarium. Po lewej iprawej dwie odnogi korytarzy. Za akwarium schody isalon zwyjściem doogrodu. Na górze pewnie same sypialnie. Aleksandr nie przesadzał mówiąc otysiącu metrów.

Na próbę skręciła wprawo. Weszła dodużo mniejszej jadalni. Dalej był pokój telewizyjny oraz gabinet ipokój, który zdążyła już poznać, bo wnim się ocknęła. Tam nie weszła, bo chyba trwała jakaś narada isłychać było tylko szum wzburzonych męskich głosów. Za gabinetem wąskie schody, prowadzące zarówno wgórę, jak iwdół. Nic poza tym, więc wycofała się iruszyła wzdłuż drugiego korytarza, aż doszła doogromnej biblioteki. Co dziwne, nie było kuchni, aleszybko zorientowała się, iż ta prawdopodobnie znajduje się poziom niżej, aprowadzą doniej kolejne kręcone schody tuż przy drzwiach biblioteki.

Zerknęła nazegarek. Miała jeszcze niecały kwadrans. Zociąganiem, tylko rzuciwszy okiem nabogaty księgozbiór, skierowała się domniejszej jadalni. Ale wiedziała, żewróci dobiblioteki, jak dla niej będącej najciekawszym miejscem wcałym domu.

Stół był już nakryty. Na jednym jego końcu siedziała Nadezhda, aktualnie winnej kreacji, chociaż tak samo wyniosła iarogancka. Po jej prawej miejsce zajęła starsza pani osurowo ściągniętych brwiach. Kiedyś pewnie była oszałamiającą pięknością, bo nawet teraz widać było poniej ślady dawnej urody. Dalej dostrzegła rudowłosą dziewczynę, typ nastolatki, aobok niej chyba matkę, kobietę ozmęczonej życiem twarzy. Niejakie podobieństwo dopani domu stwarzało przypuszczenia, iż może tobyć jej siostra. Reszta miejsc była narazie pusta.

– Siadaj. – Nadezhda wskazała jej krzesło stojące dokładnie naprzeciwko drugiej kobiety, która również obrzuciła Nikę niechętnym spojrzeniem. – To będzie twoje miejsce, gdyż obok należy doSaszy, dokładnie poprawicy mego męża.

Zabrzmiało tonieco pompatycznie iNika poczuła nagłą wesołość. Ale opanowała się iposłusznie usiadła.

– Coś jednak pasowało?

– Tak. Kilka sztuk zaledwie.

– Nie dziwię się. Powinnaś schudnąć.

– Możliwe. – Zamiast udawać oburzoną, zlekceważyła jawny docinek. Dobrze wiedziała, żenie musi. Od dziecka uwielbiała tańczyć, co pozwoliło jej nawypracowanie świetnej figury, gibkości icałkiem niezłej kondycji. – Co teraz?

– Czekamy naresztę.

Na szczęście niewiele czasu topotrwało. Zaraz potych słowach pojawił się pan domu, azanim umięśniony blondyn oznudzonym wyrazie twarzy. Zajął miejsce tuż obok rudowłosej dziewczyny, apotem bezczelnie zmierzył Nikę wzrokiem. Odpowiedziała mu hardo, bez onieśmielenia, aon zmrużył oczy, jakby nad czymś się zastanawiał.

– Lera? Poznaliśmy się kiedyś naimprezie – powiedział wkońcu, mimowolnie się oblizując.

– I? – wolała być ostrożna, chociaż ton głosu tego padalca sugerował, żełączyło go zLerą coś poza przypadkowym spotkaniem. Dałaby głowę, żeprzypadkowy seks.

– Nie pamiętasz, prawda? – Blondyn wyszczerzył zęby.

– Czego nie pamięta?

Nika drgnęła, słysząc ten głęboki, lekko szorstki głos.

– Nie pamięta, bo była tak naćpana, żenawet nanogach nie mogła się utrzymać. Ale obciągała…

– Maxim! – Nedezdha jak widać nie życzyła sobie tego typu rozmów przy stole. Za tonieszczęsna Nika zarumieniła się aż pokorzonki włosów. Super! Czyli Lerka nie żałowała sobie rozrywki przed odwykiem. Dzięki Bogu chociaż zatoostatnie, bo mogła tym wytłumaczyć swoją obecną wstrzemięźliwość.

– Serio? – Sasza spoglądał teraz nanią znieukrywaną ciekawością. – No cóż, pożyjemy, zobaczymy – dodał rozbawiony, patrząc przy tym nie naswą przyszłą małżonkę, alenażonę swego stryja.