Nie możesz mnie pocałować - Carian Cole - ebook + audiobook
BESTSELLER

Nie możesz mnie pocałować ebook i audiobook

Carian Cole

4,5

188 osób interesuje się tą książką

Opis

Zakazany romans z aranżowanym małżeństwem i różnicą wieku.
Ich pierwsze spotkanie było całkowitym przypadkiem. Kiedy Skylar zepsuł się samochód, tajemniczy, wytatuowany i umięśniony facet postanowił jej pomóc. Podwiózł ją do domu.
Później ich spotkania się powtarzały. Zazwyczaj były związane z tym, że on ratował ją z opresji. Zaprzyjaźnili się. Ona – nastolatka uczęszczająca do liceum. On – o szesnaście lat starszy od niej budowlaniec.
Pewnego dnia ich relacja zupełnie się zmieni. Mężczyzna ponownie będzie chciał ją uratować, tym razem proponując małżeństwo, które dałoby jej szansę na dobry start w życiu. A gdy dziewczyna się usamodzielni, rozwiodą się.
I w taki oto sposób Skylar Timmons w wieku osiemnastu lat wychodzi za mąż za dużo starszego faceta, w którym nie powinna się zakochać.
Ustalili jedną zasadę: nie będzie całowania panny młodej.
Opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 625

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 23 min

Lektor: Małgorzata Gołota

Oceny
4,5 (2470 ocen)
1594
553
233
68
22
Sortuj według:
OlaMalinka

Nie oderwiesz się od lektury

dawno nie czytalam tak niespodziewanej ksiazki. tak inna niz panujace wszędzie historie mafijne, czy związki hate-love. myślałam, ze to książka jakich wiele, ale tak nie jest. spokojna, ciepla, pełna miłości i nadziei a jednoczesnie erotyczna opowieść o życiu, czasami trudnym, dajacym w kość. bardzo polecam.
130
butcherplains

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z lepszych książek jakie czytałam. Wzruszająca historia i szczęśliwe zakończenie.
90
Lionelle92

Nie polecam

Nie rozumiem zachwytów nad tą książką. Autorka chciała poruszyć tak wiele tematów, że żaden nie wypadł wiarygodnie, do tego infantylne dialogi, kiepsko zbudowana fabuła oraz bohaterowie. Dla mnie bardzo męcząca książka, nie polecam niestety.
50
ewaaagosia

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja!!! Co za książka, wciągająca historia, super bohaterowie, mnóstwo emocji, kocham takie historie i żałuję, że nie ma więcej historii tej autorki, polecam z czystym sumieniem 👍👍👍😊
50
mientuso

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiękna historia ❣️, napisana tak zmysłowo, że urzekła mnie od pierwszej do ostatniej str. Nie ma w niej żadnych przerysowanych i nierealnych sytuacji i wydarzeń, przez to czyta się ją z ogromną wręcz przyjemnością. Głównych bohaterów nie da się nie pokochać całym ❤️ są cudowni Książka w pełni zasługuje na max ⭐⭐️⭐️⭐️⭐️ Dodaję ją do swoich faworytów i ulubieńców 💥😊
41

Popularność




Tytuł oryginału

Don’t Kiss the Bride

Copyright © 2012 by Carian Cole

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska

Korekta:

Karina Przybylik

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Paulina Romanek

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN:  978-83-8320-137-5

ROZDZIAŁ 1

Jude

Pisk opon i piosenka Two Out of Three Ain’t Bad w wykonaniu Meat Loaf rycząca z małych głośników, odwracają moją uwagę od planów, nad którymi się właśnie pochylam. Marszczę czoło na widok srebrnej Corvetty, rocznik 75, wjeżdżającej na parking obok liceum.

Two Out of Three Ain’t Bad to jedna z moich ulubionych piosenek, ale nie rano w poniedziałkowy poranek.

Do dzisiejszego dnia prace nad budynkiem mieszkalnym szły bardzo wolno, mimo że sprzyjał nam fakt, iż nie było słychać ulicznego zgiełku, żaden człowiek nie kręcił się wokół. Zero zakłócania uwagi. Dokładnie tak, jak lubię. Niestety to wszystko niedługo minie, ponieważ lato się kończy i dzieci powrócą do szkoły. Przez ostatnią godzinę hałaśliwi i chichoczący nastolatkowie przechadzali się pod moją pracą.

– Cholerka! – mruczy pod nosem mój brygadzista i wypuszcza długi, niski gwizd.

– Co? – spoglądam za nim na parking i jednocześnie zwijam plany i zakładam na nie gumkę.

Z samochodu wysiada młoda dziewczyna, zdejmując okulary aviator i potrząsając długimi do pasa, falowanymi włosami. Kołysząc biodrami, popycha drzwiczki od strony kierowcy w taki sposób, że zasycha mi w ustach. Zawiasy w drzwiach zgrzytają przeraźliwie, ale ona zdaje się tego nie zauważać.

Odsuwam włosy z twarzy oczarowany jej frędzelkami od staromodnych butów, które oplatają odziane w jeansy łydki. Czarna koszulka z rysunkiem czerwonych ust wyziera spomiędzy pasującej zamszowej kurtki. Młoda kobieta odsuwa się od samochodu krokiem gwiazdy filmowej, która dopiero co wyszła z limuzyny, a nie z pordzewiałego, starego samochodu, co najmniej dwa razy starszego od niej.

Czy ona czasem nie została wciągnięta w jakiś portal czasowy, który przeniósł ją z lat siedemdziesiątych prosto do naszych czasów?

– Wszystko, co bym z nią zrobił… – szepcze Kyle, oblizując przy tym usta, jakby miała być jego ostatnim posiłkiem.

Wstrząsa mną dreszcz z powodu obrzydzenia i poczucia winy, dlatego odwracam wzrok od dziewczyny.

– Człowieku, ona jest nastolatką – odpowiadam, mocno go popychając. – Wracaj do pracy. Nie płacę ci za gapienie się na laski.

Śmiejąc się, pociąga za roboczy pas i zakłada kask na głowę.

–  Nastoletnia, jak mój tyłek, Lucky. Szczęściarzu nasz. Za naszych czasów dziewczyny w liceum na pewno tak nie wyglądały.

Prawda. Gdyby było inaczej, może byłbym bardziej skłonny do tego, aby ukończyć edukację. Zamiast tego, rzuciłem szkołę na sześć miesięcy przed końcem roku, aby rozpocząć pracę na pełen etat.

Spoglądam na ciemnoszare niebo.

– Napływają deszczowe chmury. Dokończmy już tę robotę, zanim deszcz nas kompletnie przemoczy. Nie możemy sobie pozwolić na kolejną stratę czasu nad tym projektem.

– Załatwione, Jude. – Zanim wraca do pracy, jeszcze jeden raz spogląda pożądliwie na dziewczynę.

Chwytam termos z kawą i przyglądam się swojej czteroosobowej ekipie, aby ocenić, jak idą postępy w pracy. Jesteśmy już dwa dni do tyłu z powodu zmian, które właściciele zrobili na ostatnią chwilę, ale myślę, że uda nam się nadrobić i przejść do kolejnego zlecenia zgodnie z planem. Opóźnienia w kończeniu lub rozpoczynaniu zleceń wkurzają klientów, a nie chciałbym, aby wystawiali mojej firmie jednogwiazdkowe oceny na naszym profilu.

– Hej, Skylar! – słychać kobiecy głos. – Dzwonili z lat osiemdziesiątych. Chcą odzyskać swoje spodnie i samochód!

Zamknąłem z powrotem swój termos, ponieważ wciągnęła mnie ta nastoletnia drama rozgrywająca się kilka metrów dalej. Śmiejąc się, trzy dziewczyny podążają za pięknością z Corvetty w kierunku szkolnych drzwi. Ona nagle zatrzymuje się i odwraca w ich kierunku w wirze blond włosów i zamszowych frędzli, przez co tamte cofają się, wpadając na siebie.

– Wow. – Dziewczyna mierzy je wzrokiem z góry do dołu, aż w końcu zatrzymuje go na najwyższej i najładniejszej z nich. Na podstawie wszystkich filmów jakie oglądałem, zgaduję, że ona jest liderką tej grupki. – Szkoda, że twój tatuś nie mógł dokupić ci paru szarych komórek do tej operacji nosa, Paige. Ten samochód jest z lat siedemdziesiątych.

Dziewczyny wpatrują się w nią i po chwili równocześnie przewracają oczami. Ona stoi twardo na ziemi, zmuszając je do przejścia koło siebie. W kąciku jej ust pojawia się złośliwy uśmieszek.

Kiedy odwraca się, aby wejść do szkoły, zauważa, że się w nią wpatruję. Przyglądając mi się swoimi jasnymi oczami, uśmiecha się do mnie szeroko, nadmuchuje balon z jasnoróżowej gumy i, kiedy ten pęka, dziewczyna znika w środku szkoły.

Szybko ścieram szeroki uśmiech z twarzy i z powrotem skupiam się na robocie. Takie rozpraszacze są luksusem, na który mnie nie stać. Szczególnie takie zadziorne i słodkie rozpraszacze, z kłopotami wypisanymi na czole.

* * *

– Potrzebujesz czegoś, zanim stąd wyjdę? – pyta Kyle, spoglądając na plany rozłożone na stole. Z Kylem znamy się od czasów liceum, a pracę u mnie zaczął, kiedy zakładałem firmę dziesięć lat temu. Z całej mojej ekipy, on zawsze wychodzi ostatni.

– Mam wszystko. – Wycieram zakurzone dłonie w ręcznik, po czym chowam je do kieszeni. – Do zobaczenia jutro.

– Przyniosę ci bajgla.

Po tym, jak wychodzi, szybko omiatam wzrokiem strefę pracy, aby się upewnić, że nic nie wala się po podłodze, a następnie chowam swoje narzędzia do pick-upa. Z parkingu dochodzi charakterystyczny dźwięk silnika próbującego odpalić i nie dziwi mnie widok dziewczyny uderzającej pięściami w kierownicę swojej Corvetty.

Wskakując na przednie siedzenie, zapalam papierosa i wrzucam bieg. Widzę w lusterku wstecznym, jak panna zagląda pod maskę samochodu.

Czy ona w ogóle wie, czego szuka?

Pochyla się nad silnikiem i wpatruje w niego przez kilka sekund, a po chwili odsuwa się i krzyżuje ręce.

– Cholera – mamroczę pod nosem, zawracając samochód. Nie mogę zostawić nastolatki z niesprawnym autem na parkingu. Ciemne, burzowe chmury gromadzą się na niebie, a między drzewami zaczyna wiać przyjemny wiatr. Za parę minut zacznie lać deszcz.

Zatrzymuję swoją ciężarówkę i parkuję koło niej.

– Potrzebujesz pomocy? – pytam przez otwarte okno.

Otwiera usta, by odpowiedzieć, lecz natychmiast je zamyka, kiedy dwóch licealnych mięśniaków jej przerywa.

– Hej, Skylar! Jeśli potrzebujesz podwózki, to mam coś dla ciebie. – Nastolatek łapie się za swój sprzęt i zaczyna zanosić się śmiechem.

– Jest trochę dla mnie za mały, Michael – odkrzykuje. – Wolałabym pojeździć na twoim ojcu i kazać ci nazywać mnie swoją mamusią.

Aha. Ona jest jak mała petarda, pełna iskierek – co może być dobre, ale też złe.

Chłopacy przestają się śmiać.

– Pierdol się, szmato.

Kiedy zauważają, jak wyskakuję z ciężarówki, natychmiast zaczynają iść w przeciwnym kierunku.

– Nie powinnaś prowokować tych gnojków – mówię.

Unosi brwi.

– Serio? Potrafię sama o siebie zadbać, koleś. – Prycha.

– Właśnie widzę, Iskierko. Co jest nie tak z twoim samochodem? – pytam.

– Iskierko? – powtarza.

– Tak. Posiadasz w sobie mnóstwo iskierek. Jak petarda.

Jej oczy zmieniają kolor na nieco jaśniejszy turkusowy, a kącik ust powoli się unosi.

– Mój dziadek nazywał mnie mądralą, a więc Iskierka to jakiś progres.

Wybucham śmiechem i powoli ją okrążam, aby zajrzeć pod maskę jej samochodu.

– No więc, co się stało? – pytam ponownie.

Wzrusza ramionami.

– Nie jestem pewna. Dzisiaj rano wszystko było dobrze, a teraz nie chce ruszyć – odpowiada, wzruszając ramionami.

– Wsiądź i spróbuj go uruchomić.

Dziewczyna tak robi, lecz mimo to samochód nie odpala.

– Myślę, że to problem z pompą paliwa – mówię, kiedy wysiada z auta.

– Och. – Przygryza dolną wargę i wpatruje się w silnik. – Da się to naprawić?

– Jasne. Musisz go odholować do mechanika.

– Cholera – burczy, marszcząc brwi.

– Możliwe, że będą problemy z częściami do tego samochodu. Jaki to rocznik? 75? – pytam zaciekawiony.

– Tak. To był prezent – oznajmia z nutą nostalgii w głosie.

Delikatnie zamykam pokrywę samochodu i wycieram ręce o swoje jeansy.

– Świetny prezent, ale zdaje się, że będzie cię teraz sporo kosztował. To stary samochód – stwierdzam.

Spogląda w górę na ciemniejące niebo i głęboko wzdycha.

– No to świetnie – mówi.

– Czy ty albo twoi rodzice macie lokalnego mechanika, do którego jeździcie? – pytam.

Przechyla głowę na jedną stronę i zaczyna mrugać oczami.

– Nie, yyy… nie mamy. Moja mama nie jeździ samochodem.

– Ja jeżdżę do kolesia na North Main. Jest w porządku i nie zedrze z ciebie tak dużo. Jeśli chcesz, to zadzwonię po lawetę, a oni odstawią twój samochód do mechanika.

– Dobrze. Dzięki. – Spogląda w dół na ziemię i powoli podnosi na mnie wzrok. – Czy ta laweta jest droga?

Zmartwienie w jej oczach ściska mnie za serce.

– To tylko pięć mil, więc powinno być tanio. Może około dwudziestu dolarów.

Widoczna ulga pojawia się na jej twarzy, kiedy wyciągam telefon i umawiam się na przyjazd lawety. Trzymając swój portfel i plecak, wpatruje się w niesprawny samochód ze smutkiem na twarzy.

Zastanawiam się, czy stać ją na naprawę. Samochód jest stary jak świat, a jej ciuchy, które miały wyglądać jak w stylu hippie chic, mogły być kupione w sklepie z tanią odzieżą używaną, aby zaoszczędzić trochę pieniędzy, a nie po to, aby ekstrawagancko się ubierać.

Chowam telefon do tylnej kieszeni spodni.

– Laweta powinna być tutaj za piętnaście minut.

Dziewczyna potakuje i uśmiecha się.

– Dziękuję za to, co dla mnie robisz.

– Nie ma sprawy.

Wielkie krople zaczynają spadać z nieba, rozpryskując się na asfalcie wokół nas. Jej oczy się rozszerzają, kiedy w oddali rozbrzmiewa grzmot.

– Potrzebujesz podwózki do domu? Mogę z tobą zaczekać do czasu przyjazdu lawety. – Wokół nie kręci się żaden licealista i będę się źle czuł z tym, że zostawię ją tutaj samą.

Błądzi oczami po tatuażach pokrywających całe moje ręce i dłonie. Zatrzymuje się na moich potarganych, długich do ramion włosach. W jej oczach widzę wahanie.

Pewnie się zastanawia czy jestem miłym facetem robiącym dobry uczynek, czy pokrytym tuszem, długowłosym draniem z kartoteką długości mili.

Może jestem i tym, i tym.

– Yyy – zaczyna.

– Widziałaś mnie wcześniej pracującego na tej budowie. – Kiwam głową w tamtym kierunku. – A tutaj na tej ciężarówce jest nazwa mojej firmy. Nie zrobię nic podejrzanego. Po prostu próbuję być miły.

Przekrzywia głowę.

– Myślisz, że gwałciciele i porywacze chodzą z jakimś znakiem na czole? Mają normalne prace. Czasem żony i dzieci. Wyglądają na bardziej normalnych niż ty – wyznaje, wciąż mi się przyglądając.

– Masz rację. – Kręcę głową i śmieję się. – Dobrze, w takim razie jadę do domu, zanim przemokniemy do suchej nitki. Lada moment przyjedzie tutaj laweta. Jestem pewien, że podrzucą cię do domu. Możesz też zadzwonić po Ubera.

– Zaczekaj – mówi, kiedy chwytam za klamkę. – Jestem trochę spłukana w tym tygodniu. – Wahając się, nabiera powietrza. Wciąż nie jest pewna, czy może mi ufać. – Jeśli nie przeszkadza ci, że mnie podwieziesz…

Między kierowcą Ubera, kolesiem z lawety a totalnym nieznajomym, uznała, że jestem najmniejszym złem.

Hej, uznaję to za komplement.

– W takim razie wskakuj. – Kropla wielkości ćwierćdolarówki rozpryskuje się na mojej twarzy. – Możemy zaczekać na lawetę w mojej ciężarówce.

Kiedy jest już na przednim siedzeniu, kładzie plecak między sobą a mną, jakby tworzyła pomiędzy nami bezpieczną barierę.

– Mam nóż – mówi. – Jeśli będziesz czegoś próbował, dźgnę cię w kutasa.

Śmiejąc się, zapalam papierosa.

– Spokojnie, Iskierko. Nie wszyscy chcą cię dopaść. Zostanę tutaj, na swoim miejscu. – Zaciągam się dymem z papierosa, zastanawiając się, czy ta dziewczyna ma po prostu jakąś paranoję, czy przeszła jakąś traumę, przez którą stała się taka podejrzliwa. – Nie powinnaś mówić innym, że masz przy sobie broń. Gdybym był złym kolesiem, spodziewałbym się teraz, że będziesz się broniła tym nożem, więc moim pierwszym posunięciem byłoby odsunięcie cię od niego. Powinnaś mnie nim zaskoczyć, a nie ogłaszać, że go masz.

Wzdycha i wpatruje się w szybę.

– Dzięki za radę.

Gdybym był ze swoją siostrą, powiedziałbym „rady są od parady” i śmielibyśmy się jak głupki. Powiedziałbym jej także, że nie powinna przynosić broni do szkoły. Ale moja mała siostrzyczka odeszła, nie śmieje się już z moich żartów i nie słucha moich rad.

Odchrząkuję.

– Tak poza tym, mam na imię Jude. Przyjaciele nazywają mnie Lucky.

– Jesteś nim? – odwraca się do mnie. – Szczęściarzem?

Ton jej głosu i sposób, w jaki wpatruje się we mnie, wytrąca mnie trochę z równowagi. Potrząsam głową i wypuszczam dym przez okno.

– Nie bardzo. Na nazwisko mam Lucketti. To od niego pochodzi to przezwisko.

– Ja jestem Skylar.

– Miło mi cię poznać. – Wrzucam papierosa do prawie pustej butelki z wodą stojącej na konsoli. – Podoba ci się styl lat siedemdziesiątych? Corvetta, zespół Meat Loaf, zamszowa kurtka z frędzlami i mokasyny. Wszystko jest fajne, tak tylko pytam.

– Nie wiem – odpowiada cicho, obracając srebrną obrączkę na kciuku. – Chyba zawsze ciągnęło mnie do starych rzeczy. Mają w sobie jakiś charakter i dają mi poczucie otuchy. Były zapomniane i rzucone w kąt. – Wzdycha melancholijnie. – Myślę, że chcę, żeby mi się podobały. Przypominam tym rzeczom, że wciąż coś znaczą. Czy to ma w ogóle jakiś sens? Czy brzmi głupio?

Jej twarz wciąż zwrócona jest w moją stronę, czeka i ma nadzieję, że jej nie wyśmieję. Chce, żebym ją zrozumiał. I tak jest. Jej słowa zakradły się wprost do mojej duszy.

– To w ogóle nie brzmi głupio – odpowiadam, podczas gdy koło nas staje laweta. – Ma to mnóstwo sensu. Więcej, niż jesteś w stanie uwierzyć.

O wiele więcej.

Ja jestem taką zapomnianą, odrzuconą na bok rzeczą.

ROZDZIAŁ 2

Skylar

Jude już niewiele mówi po tym, jak podałam mu wskazówki, gdzie ma mnie odwieźć. Na pewno nie jest jedną z tych osób, które mają potrzebę wypełniania ciszy zbędną, bezsensowną rozmową w stylu – jaki jest twój ulubiony przedmiot w szkole? – albo – naprawdę potrzebowaliśmy tego deszczu.

Zamiast tego mówi:

– Lubisz Pink Floyd, Iskierko? – pyta, a papieros zwisa mu z ust.

– No jasne. A kto nie lubi?

Uśmiechając się szeroko, naciska jednym palcem na guzik przy kierownicy i samochód wypełnia znajomy, zapadający w pamięć album „Dark Side of the Moon” ze swoją unikatową wyciszającą melodią. Nie wiem, ile godzin spędziłam, leżąc w łóżku z zapalonymi kadzidełkami na stoliku nocnym, wpatrując się w sufit i słuchając tej płyty, kiedy życie mnie przytłaczało. Te piosenki zawsze mnie wyciszają i ściągają na ziemię.

– Nie ma nic lepszego niż terapia muzyką, prawda? – mówi Jude, tak jakby czytał mi w myślach.

Potakuję.

– To prawda.

Śpiewamy razem słowa piosenki, co wydawałoby się dziwne, ale takie nie jest.

– Możesz mnie tutaj wyrzucić, przejdę resztę drogi do domu – proponuję, kiedy zauważam znak na początku mojej ulicy.

Ignorując mnie, skręca w lewo w wyboistą drogę.

– Nie wygłupiaj się. Powiedziałem, że odwiozę cię do domu, a nie, że porzucę cię gdzieś na zakręcie w deszczu. – Kręci głową i spogląda na mnie. – Który to dom?

Wskazuję na prawą stronę i sięgam po swój plecak.

– Drugi po prawej stronie. Ten, przy którym stoi kamper – wyjaśniam.

Powoli podjeżdża pod dom i zatrzymuje ciężarówkę.

– Ktoś jest w domu? – Marszczy czoło, kiedy spogląda na ciemność w budynku, zauważając, jak grube zasłony zakrywające okna nie pozwalają na dotarcie jakiegokolwiek źródła światła do środka. Nie widać też niebieskiej poświaty telewizora grającego w salonie. Pajęczyny pokrywają lampę na werandzie, która nie widziała żarówki już od wielu lat.

– Moja mama jest w domu. Utrzymuje ciemność, ponieważ cierpi na okropne bóle głowy. – Pięknie recytuję kłamstwo. Mimo wszystko powtarzam je już od lat. – Dzięki, że mi dziś pomogłeś i za podwózkę do domu.

– Nie ma żadnego problemu.

Waham się, zanim się żegnam, zastanawiając się, czy jeszcze go zobaczę.

– Nadal będziesz pracował nad tym domem? Tym, koło szkoły?

Potakuje.

– Tak, zostało nam jeszcze parę tygodni do skończenia – odpowiada, wzruszając ramionami.

– Spoko. W takim razie pewnie jeszcze się zobaczymy?

– Na pewno tak.

Przygryzam wargę, aby ukryć uśmiech.

– Cóż, miłego dnia, Jude – mówię przyjaznym tonem.

– Dla ciebie również, Skylar. Trzymaj się z dala od kłopotów. – prycha.

– Postaram się.

Kiedy się uśmiecha, jeden kącik jego ust unosi się wyżej od drugiego. Nagle dociera do mnie, że jestem sama w samochodzie z superprzystojnym, dużo starszym facetem, z opalonymi, pokrytymi tatuażami mięśniami, włosami do ramion i oczami koloru popielatego. Nie jest takim typowym lalusiowatym przystojniakiem, ani eleganckim krawacikiem, ale ma w sobie ten seksowny, nieokiełznany styl pracownika budowy. Biały, opinający T-shirt, sprane, przykurzone jeansy i znoszone buty robocze. Atrakcyjne zabrudzenia.

Wyskakuję z jego ciężarówki i trzaskam drzwiami, lecz on nie odjeżdża. Zdaję sobie sprawę, że stara się być szlachetny i uprzejmy i tak naprawdę pilnuje, żebym bezpiecznie weszła do domu.

Wzdychając, wspinam się po wyboistej ścieżce do mieszkania i odwracam się, aby pomachać do niego jedną ręką, drugą trzymając na klamce drzwi wejściowych. Zmuszam się do uśmiechu, który ma wyrazić: Tak, jestem już w domu. Nie ma powodu do obaw.

Gdyby tylko to była prawda.

On odwzajemnia uśmiech i wrzuca wsteczny bieg, aby odjechać z podjazdu na ulicę. Czuję się trochę źle z tym, że go okłamuję, ponieważ wydaje się miłym facetem. Po odczekaniu kilku sekund upewniam się, że już nie może mnie zobaczyć, okrążam dom i kieruję się do tylnej części, przechodząc koło starego kampera, w którym kiedyś mieszkał mój ojciec. Wchodzę na drewnianą skrzynię stojącą koło budynku, otwieram okno od swojego pokoju i wspinam się do środka.

Mój kot, Fluffle-Up-A-Gus, zeskakuje z łóżka i natychmiast podbiega do mnie i zaczyna ocierać się o moje nogi, z ogonem postawionym wysoko do góry. Podnoszę zwierzaka i zatapiam twarz w jego miękkim, szarym futerku.

– Tęskniłam dziś za tobą, Gus. – Kotka zaczyna mocno mruczeć i ugniatać swoimi łapkami moje ramię. – Ty też tęskniłaś? Chodź, nakarmimy cię.

Delikatnie ją odkładam i wsypuję do jej miseczki suchą karmę, a do drugiej nalewam wodę z plastikowej butelki.

Ziewając, ściągam ubrania i wrzucam je do kosza na pranie, następnie ostrożnie kucam nad wiadrem stojącym za drzwiami szafy. Podcieram się małym kawałkiem papieru toaletowego, który chowam do plastikowego worka na śmieci, potem sięgam po zbrylony przez mocz żwirek z dna wiadra i wrzucam do tego samego worka. Powtarzam cały proces z kocią kuwetą, stojącą po drugiej strony szafy i związuję torbę, aby ją jutro wyrzucić.

Zaczynam swój codzienny rytuał mycia twarzy i ciała chusteczkami dla niemowląt i wypsikania włosów suchym szamponem.

W końcu zakładam na siebie za duży T-shirt i bawełniane spodenki. Kotka ociera się o moje stopy, prosząc tym samym o uwagę, co wprost uwielbiam. Uśmiechając się do niej, klękam naprzeciwko mojej małej lodówki, aby wyjąć butelkę wody, dwie kromki chleba i pojemnik z masłem. Kiedy smaruję chleb masłem przy pomocy plastikowego noża, zaczynam się martwić o samochód. W myślach kalkuluję, ile dodatkowych godzin będę musiała przepracować w butiku, aby zapłacić za naprawę tego, co jest popsute. Mogę pracować tylko na pół etatu, więc minie wiele tygodni, zanim to spłacę.

Wydaje się, że nigdy nie będę miała przerwy.

Zanim usiądę na łóżku przed telewizorem, otwieram trzy zamki na drzwiach od mojej sypialni, aby wyjrzeć na ciemny korytarz. Kwaśny, zatęchły smród natychmiast wypełnia moje nozdrza. Mój żołądek robi fikołka z obrzydzenia. Słyszę grający telewizor i błyski latarki dochodzące z salonu na końcu korytarza.

– Dobranoc, mamo – wołam drżącym głosem.

Nie widzę jej, ale wiem, że ona tam jest – na starej, zielonej kanapie. Minęły miesiące, odkąd podjęłam próbę wyjścia ze swojego pokoju, ale wiem, że jest ona otoczona stertami różnych rzeczy, prawdopodobnie już teraz sięgającymi sufitu. Aby dojść do jakiegoś innego pokoju albo drzwi wejściowych, musiałabym przeciskać się przez ciasne korytarze albo wspinać na pudła i śmieci walające się po podłodze. Kuchnia i łazienka są tak brudne i zapchane, że przestałam ich używać jakieś dwa lata temu. Nawet stary kamper jest wypełniony po brzegi wiekowymi ciuchami, kocami, sztucznymi kwiatami, świątecznymi dekoracjami – czym tylko dusza zapragnie. Moje plany, że mogłabym się do niego przeprowadzić, kiedy stał jeszcze pusty, legły w gruzach, gdy matka wypełniła go w niecały miesiąc po tym, jak mój ojciec odszedł.

Moja matka jest zbieraczem.

Zostałam zmuszona do schronienia się w swoim pokoju, bez dostępu do łazienki albo bieżącej wody, jak normalna osoba. Pewnie pośród tych stert śmieci wala się około dwustu butelek z szamponami, odżywkami i mydłami w płynie, ale jeśli spróbowałabym wziąć choćby jedną, moja mama ostro by się wkurzyła. Muszę zawsze mieć zamknięte drzwi do swojej sypialni, ponieważ w jej oczach jest to niebywale wartościowa powierzchnia do zagracenia. Niezliczona ilość miejsca, aby mogła w nim upchać przedmioty warte tysiące dolarów, naturalnej wielkości posągi zwierząt, bieżnie czy płaszcze ze sztucznego futra.

Nigdy nie używa żadnej z rzeczy, które kupuje. Dodaje je tylko do muzeum, które zrobiła z naszego domu. Ale na swój powalony sposób daje jej to jakąś satysfakcję, której nigdy, przenigdy nie zrozumiem.

Mój ojciec żył w kamperze przez około cztery lata, nie będąc w stanie zapanować nad tym wszystkim. Aż pewnego dnia odszedł, zostawiając mi list z przeprosinami, i zmusił do zmierzenia się z rzeczywistością – walką o siebie samą w dżungli tego domu. Przez wszystkie te lata próbował wiele razy rozmawiać z moją matką, szukać dla niej pomocy, ale ona zawsze odmawiała. Robiłam to samo, ale ona nie słuchała. Zamykała się w sobie i milczała. Obecnie ledwie ze mną rozmawia. Jak mogłaby, skoro musiałybyśmy najpierw przedrzeć się przez góry śmieci, aby fizycznie być w tym samym pokoju? Zamiast tego, aby się z nią porozumieć, muszę do niej zadzwonić albo napisać. Zastanawiam się, czy w ogóle obchodzi ją, jak to wszystko na mnie wpływa. Czy martwi się o mnie, że muszę wspinać się przez okna, używać wiadra jako toalety, chować się w swoim pokoju z kotem?

Jednak nie ma sensu się nad tym zastanawiać, ponieważ ja już znam odpowiedzi na te pytania.

Zamykam drzwi i przekręcam zamki z wyraźną ulgą. Zdołałam stworzyć sobie tutaj bezpieczną przestrzeń z moją Fluffle-Up-A-Gus. Mamy wszystko, aby przeżyć. Jest tak, jakby ten koszmar, który rozgrywa się za tymi drzwiami, w ogóle nie istniał.

Ale w końcu zaczynam czuć, że ja też nie istnieję.

ROZDZIAŁ 3

Skylar

– Kiedy odbierasz samochód od mechanika? – pyta Megan, kiedy pokonujemy trzecie kółko wokół boiska.

W powietrzu utrzymuje się lekka mgła, która zwilża moją skórę i powoduje, że puszą mi się włosy. Każdego roku wychowanie fizyczne mam na pierwszej lekcji i nie inaczej jest w ostatniej klasie. Do bani jest się spocić i zmęczyć z samego rana, kiedy jestem ledwie przytomna, ale plusem jest gorący prysznic po lekcji. Rozwiązuje mój problem z brakiem dostępu do łazienki w domu i nie wzbudza też żadnych podejrzeń u koleżanek z klasy. Podczas lata mam wątpliwą przyjemność korzystania z toalety na przystanku dla kierowców ciężarówek, gdzie jeżdżę dwa razy w tygodniu.

Nikt nie wie, jak bardzo źle jest z moją mamą. Nawet Megan, a jest moją przyjaciółką od czwartej klasy. Po jakimś czasie przyzwyczaiła się do tego, że jestem jedną z tych osób, które nie zapraszają nikogo do domu po lekcjach. Ale byłabym nienormalna, gdybym odmówiła chodzenia do niej. Jej rodzice mają pomieszczenie z kinem domowym i basen.

Uderzam komara, który usiadł na mojej twarzy.

– Nie jestem pewna. Dzisiaj rano mechanik wysłał mi wiadomość, że odezwie się do mnie, jak tylko dojdzie do tego, co jest nie tak z moim autem – odpowiadam.

– Miejmy nadzieję, że to nie będzie trwało długo. Mogę cię zabierać co rano, ale nie będę w stanie odwozić cię do domu po szkole, ponieważ mam już zaplanowany cały grafik różnych bzdurnych rzeczy, praktycznie każdego dnia – oznajmia, krzywiąc się.

Moją jedyną aktywnością pozaszkolną jest praca na pół etatu.

– W porządku. Mogę po szkole chodzić pieszo do butiku albo do domu. Zamierzam spytać Rebekki, czy będę mogła pracować w weekendy, aby trochę sobie dorobić. Kto wie, ile będzie mnie kosztowała ta naprawa.

– Powinnaś była wziąć sobie używanego hyundai’a. Dodają do niego gwarancję. Corvetta jest fajna i była za darmo, ale praktycznie się rozpada.

– Hyundai to tylko samochód. Nie ma w sobie żadnego charakteru.

Ani wartości sentymentalnej.

Corvetta należała do mojego dziadka. Kupił ją kilka lat temu jako samochód do swojego projektu, w ramach którego chciał ją całkowicie przebudować i dać mi jako prezent na zakończenie liceum. W jakimś sensie – jestem tego pewna – to była celowa zagrywka, abym znalazła powód, żeby nie rzucić szkoły. Miałam w zwyczaju siadać w tym aucie w starym garażu dziadka, marząc o tym momencie, kiedy będę mogła się nią przejechać. Niestety, życie miało inne plany i otrzymałam ją od niego w testamencie. Teraz marzenie dziadka o tym, aby utrzymać to auto w jak najlepszej kondycji, stało się moim. I planowałam je spełniać tak długo, jak będę mogła.

Pani Stephens, nasza nauczycielka wychowania fizycznego, kręci głową, kiedy widzi, jak przechadzamy się koło trybun, w miejscu, w którym siedzi.

– Dziewczyny, miałyście biegać wokół boiska.

– Jaki jest sens w bieganiu, kiedy nikt nas nie goni? – odpowiadam, uśmiechając się niewinnie.

Nierozbawiona, poprawia na nosie swoje okulary w ciemnych oprawkach.

– Przynajmniej trochę przyspieszcie – stwierdza. – Nie miałyście ćwiczyć tutaj swoich ust.

Megan śmieje się, jednocześnie związując swoje długie, czarne włosy w wysoki koński ogon.

– Ta wilgotność jest ohydna – zwraca się do mnie. – Nie chce mi się ćwiczyć… niczego.

– Nie tylko tobie.

– W piątek wieczorem powinnyśmy… – przerywa nagle. – Hola. Co za biceps, Batmanie.

– Co? – osłupiała, podążam za jej wzrokiem, który prowadzi mnie wprost do Jude’a idącego chodnikiem w kierunku domu, nad którym pracuje. W ręku trzyma małą plastikową torbę ze sklepu spożywczego znajdującego się nieopodal.

– To on – mówię.

– Co za on? – domaga się odpowiedzi, wciąż świdrując go wzrokiem.

– Koleś, który mnie odwiózł do domu. Jude.

Nagle mężczyzna się odwraca, a na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech, kiedy mnie rozpoznaje. Kilka osób z mojej klasy przebiega przed nami, trzymając się swoich torów na bieżni, przez co na chwilę tracimy się z oczu.

– Dziewczyny, źle to robicie – żartuje Lucky, kiedy tamci nas mijają.

– Ćwiczymy usta – odpowiada Megan i zaczyna iść jeszcze wolniej, zmuszając mnie do tego samego, aby jeszcze chwilę iść obok mężczyzny, który celowo do nas podchodzi.

Śmiejąc się, zwraca się bezpośrednio do mnie:

– Co z twoim samochodem? Jakieś wieści?

– Jeszcze nie – odpowiadam.

Pani Stephens gwiżdże na nas.

– Drogie panie, jeśli nie zaczniecie biec dalej, obie dostaniecie szlaban. Panie Lucketti, na pewno pan pamięta, jak to jest.

Moja cała twarz płonie z zawstydzenia. Czy on naprawdę chodził tutaj do szkoły, kiedy był młodszy?

Jude posyła jej zadziorny uśmiech.

– No dalej, wiem, że pani za mną tęskni, pani Stephens – odpiera mężczyzna.

– Idź dalej, Lucky. – W jej głosie słychać cień sympatii.

– Nie mówiłaś, że jest taki przystojny – mówi Megan, kiedy Jude znika za dobudówką, którą stawia jego ekipa. – Jak mogłaś pominąć tak ważną rzecz?

– Nie oglądałam się za nim, Meg. – To być może jest kłamstwo. Może i trochę się za nim oglądałam. – On jest pewnie gdzieś w okolicach trzydziestki.

– Prawda, ale wciąż jest totalnym ciachem.

– Nie wiedziałam, że chodził tutaj do szkoły – dodaję. – Czy pani Stephens pracuje tutaj całe swoje życie?

Megan wzrusza ramionami.

– Pewnie tak. Założę się, że ten gwizdek to jedyna rzecz, jaką dmuchała – stwierdza przyjaciółka.

Krzywię się.

– Obrzydliwe. Wolę nie wyobrażać sobie, że ona cokolwiek dmucha – wyznaję.

– A ja chciałabym wyobrazić sobie, jak dmucham tamtego kolesia – informuje Meg. – Czy zauważyłaś te wszystkie tatuaże? – pyta, zerkając na mnie przelotnie. – Czy ma może jakiegoś słodkiego młodszego brata?

– Uspokój się. On tylko odwiózł mnie do domu, a w trakcie przejażdżki nie przeprowadzałam przesłuchania bądź wywiadu. Skąd mam wiedzieć takie rzeczy? – pytam, po czym prycham zirytowana.

Moja przyjaciółka spogląda w kierunku domu, ale nigdzie nie widać Lucky’ego.

– Mam nadzieję, że jak my będziemy w jego wieku, to faceci w okolicach trzydziestki będą równie przystojni jak on. Nie chciałabym wyjść za jakiegoś uroczego kolesia, który później cały wyłysieje i stanie się obleśny. – Wzdryga się.

Posyłam jej kuksańca w bok.

– Jesteś szalona. – Śmieję się. – Kiedy kogoś poślubisz, powinnaś go kochać, bez względu na wszystko. To część przysięgi.

– Przysięgnijmy sobie, że wymienimy się informacjami na temat tego, jak się czujemy, kiedy będziemy miały po trzydzieści lat, mężów i dzieci – proponuje. – Zwierzymy się sobie szczerze, czy nadal nam się podobają nasi mężowie.

Znamy się dobrze i wiem, jak silna przyjaźń nas łączy. Na pewno przeprowadzimy taką rozmowę za kilkanaście lat.

– Dlaczego w ogóle myślisz o ślubie i dzieciach? – dopytuję. – Jeszcze nawet nie skończyłyśmy liceum.

Wzrusza ramionami.

– Czy to nie jest nasz cel? – pyta enigmatycznie. – Wielki ślub, dwójka dzieci, ładny dom, owocna kariera? Moja mama już planuje mój ślub, chociaż ja jeszcze nie zaczęłam chodzić na randki – wyznaje, a ja nie umiem nazwać emocji, które słyszę w jej głosie.

– To nie jest to, czego ja chcę. – Zmierzamy do wejścia do szkoły. – Nigdy nie wyjdę za mąż – oznajmiam.

– Nie mów mi, że wciąż rozważasz na poważnie swój pomysł o życiu w kamperze ze stadem kotów? – dopytuje nieco sarkastycznie.

Megan chce tego, co mają jej rodzice. Wielkiego domu na ślepej uliczce. Rodziny. Ciągłych spotkań z bliskimi. Udanej kariery. Nie mam jej tego za złe, bo w jej świecie, takie życie jest bliskie doskonałości.

Ale mój świat jest inny.

– Co złego jest w życiu w kamperze? Mogę pojechać, gdzie tylko zechcę. Mieszkać, gdzie chcę. Nie chcę czuć się uwięziona – daję jej do zrozumienia – przez miejsce albo przez kogoś . Chcę czuć się wolna – dodaję po chwili.

Unosi brwi do góry.

– W takim razie niech twoja wolna dupa zaparkuje swojego kampera na moim podjeździe i mnie odwiedzi – obwieszcza.

– Jasne, że tak będzie. A jak nie będziesz szczęśliwa ze swoim obleśnym mężem, odjedziemy moim kamperem jak Thelma i Louise.

– Umowa stoi. – Przybijamy piątkę, śmiejąc się.

* * *

Dzień ciągnie się niemiłosiernie. Jestem znudzona i zniecierpliwiona. Wpatruję się w zegar w klasie, odliczając minuty do trzeciej po południu, kiedy będę mogła udać się do pracy. Kiedyś kochałam przychodzić codziennie do szkoły. Do około trzeciej klasy nauka była fajna i ekscytująca. Chłonęłam wszystko jak gąbka i miałam mnóstwo przyjaciół. Pamiętam, jak chodziłam do nich na przyjęcia urodzinowe, ubrana w śmieszne kapelusze, nucąc pod nosem. Takie imprezy były naprawdę fajne – mnóstwo zabaw, słodyczy… Ale w okolicach czwartej klasy sytuacja w domu zaczęła się pogarszać. A może byłam już na tyle duża, żeby zauważyć, że już od dawna było źle. Szkoła stała się miejscem ucieczki, potrzebowałam spokoju, dlatego zrezygnowałam z większych imprez towarzyskich.

Ale nie mogłam uciec przed sobą. Nie przed obawami, które kłębiły się w mojej głowie ani przed tym chorym uczuciem, które zagnieździło się gdzieś w mojej klatce piersiowej.

Powoli odsuwałam się od wszystkich moich znajomych z klasy, aż do momentu, kiedy Megan postanowiła, że zostanę jej najlepszą przyjaciółką. Była tą nową, która usiadła przede mną w klasie. Pierwszego dnia odwróciła się do mnie i wyrzuciła z siebie całą historię swojego życia, w całkiem długiej, bezładnej wypowiedzi. Była bardzo ożywiona – machała rękoma, jej włosy podskakiwały, oczy w jednej chwili się rozszerzały a w drugiej nimi przewracała. Ja uważnie słuchałam i potakiwałam przez całe dziesięć minut, podczas gdy ona mówiła, jak zaczarowana.

– Masz naprawdę ładne oczy – stwierdziła, kiedy w końcu skończyła swoją wypowiedź.

Od tego momentu stałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami.

Czasami chciałabym ją namówić do mojego marzenia o życiu w kamperze. Będę za nią tęsknić, kiedy odjedzie do college’u i zacznie całkowicie nowe życie. Świetnie byśmy się razem bawiły, podróżując po kraju, słuchając świetnej muzyki, robiąc sobie tysiące selfie w nowych miejscach. Zamiast tego będziemy się porozumiewać za pomocą wiadomości i rozmów przez telefon.

W końcu słychać dzwonek zwiastujący godzinę piętnastą, a ja wstaję i zbieram się, aby przemierzyć ponad dwa kilometry do butiku o nazwie Belongings, gdzie pracuję już prawie rok. Sprzedajemy w nim lokalne, ręcznie robione wyroby, takie jak biżuterię, ciuchy, dekoracje do domu, świece, słodycze, lalki, a nawet kosmetyki do makijażu i mydła. Mimo tego, że z zewnątrz sklep wydaje się raczej mały, wewnątrz jest dużo większy, podzielony na cztery pomieszczenia. Każde z nich jest tak przystrojone zdjęciami na ścianach, biżuterią leżącą w szkatułkach, podkładkami i kubkami stojącymi na stole – daje to uczucie, jakby się chodziło po prawdziwym domu, w którym możesz kupić te rzeczy, które ci się podobają. Kocham tę przytulność.

Rebecca, właścicielka, piecze ciasteczka w małej kuchni na tyłach sklepu, która kiedyś była niewielką jadalnią. Kobieta dwa lata temu rozwiodła się z mężem. Jest trzydziestodwulatką, nie posiada dzieci i najwidoczniej rozstanie popchnęło ją do nauki pieczenia, aby być, jak to ujęła „zbyt zajętą, aby odbić sobie rozwód, wchodząc w inny, zły związek”. Okazało się, że posiada niesamowity talent do tworzenia pysznych deserów. Wkłada malutkie ciasteczka do torebek, aby klienci mogli je ze sobą zabrać. Rebecca zawsze prosi, abym spróbowała jakiegoś wyrobu, ale ja nigdy niczego tu nie zjadłam. Jednakże jej wypieki powodują, że w całym sklepie apetycznie pachnie. Czasami myślę, że połowa z klientów przychodzi tu głównie ze względu na ciasteczka.

Kiedy otwieram drzwi do sklepu, rozbrzmiewa dźwięk dzwoneczka umieszczonego nad nimi, a we mnie uderza chłodne powietrze dochodzące z klimatyzacji, które działa na mnie orzeźwiająco po spacerze w przytłaczającym upale.

– Cześć, Rebecca! – wołam. – Przepraszam, że się dzisiaj spóźniłam, ale musiałam iść pieszo.

Spogląda na mnie zza obracającej się wystawki z naszyjnikami z kryształów i zakłada za uszy swoje długie do ramion czarne włosy.

– W porządku. Wiesz, że nie denerwuję się o takie rzeczy. Czy coś jest nie tak z twoim autem?

Rzucam torebkę i plecak za ladę i zaczyna mi się mocno kręcić w głowie. Pluję sobie w brodę, że w taki upał nie zadzwoniłam po Ubera i odkręcam korek od butelki z wodą. Zaczynam pić, aż do momentu, kiedy to uczucie mija.

– Musiałam go wczoraj odstawić do mechanika. – Na szczęście nie miałam wczoraj zaplanowanej zmiany w pracy, bo to był pierwszy dzień w szkole. – Nie jestem pewna, co jest z nim nie tak, ciągle jest w warsztacie.

– Przykro mi to słyszeć. Nie przejmuj się tym drobnym spóźnieniem, nic się nie stało. Naprawdę. – Jej spojrzenie zatrzymuje się na mojej twarzy. – Dobrze się czujesz? Wyglądasz blado.

Potakując, odpowiadam:

– Wszystko w porządku. Na zewnątrz jest po prostu strasznie nieprzyjemnie. Zamierzałam cię spytać, czy może nie potrzebujesz mnie do pracy na weekend? Nie wiem dokładnie, ile ta naprawa samochodu będzie mnie kosztowała… – przerywam zawstydzona, mając nadzieję, że nie poczuje się przyparta do muru tą prośbą o dodatkowe godziny.

– Hmm… – Rozgląda się po sklepie. Nagle, jej oczy się rozświetlają. – Właściwie to mam coś, co mogłabyś dla mnie zrobić. Ja nie mam na to za bardzo czasu ani ochoty. Potrzebuję zrobić parę zdjęć sklepu i towaru i wrzucić je na social media. Najwidoczniej powinnam wrzucać co najmniej jedno zdjęcie dziennie. Podobno to jest teraz na topie, a ja zaniedbałam marketing, ponieważ to jest ogromny pożeracz czasu.

– Tak właściwie to brzmi całkiem fajnie. Śledzę na Instagramie sporo ludzi i produktów. Próbowałam zbudować własną społeczność. Mogę sprawdzić inne butiki i się zainspirować – stwierdzam.

– Dokładnie kogoś takiego potrzebuję. Nie wiem, czemu nie poprosiłam cię wcześniej, żebyś się tym zajęła. Jaki masz aparat w swojej komórce? – pyta.

Trochę ściska mnie serce, kiedy wyjmuję z kieszeni swój stary telefon.

– Yyy, niezbyt dobry – oznajmiam. – Nie wiem, czy to będzie…

Podnosi rękę i się uśmiecha.

– Wiesz co, myślałam już wcześniej o kupnie nowego telefonu. Mój też jest stary. Dziś wieczorem zatrzymam się przy centrum handlowym i kupię dwa nowe iPhone’y. Moja siostra mówi, że mają świetne aparaty. Jeden dam tobie.

– Och, Rebecca, nie mogę ci na to pozwolić. Czy wiesz, jakie one są drogie? – pytam zszokowana jej propozycją.

Nie wydaje się zaskoczona.

– Wrzucę to sobie w koszty. – Puszcza mi oczko. – To będzie dla mnie bardzo pomocne, jak przejmiesz ode mnie te obowiązki. Dostaniesz dostęp do wszystkich firmowych profili, będziesz używać tych wszystkich fajnych filtrów i odpowiadać na każde pytanie albo komentarze klientów. To może być na stałe dodatkowa część twojej pracy, jeśli jesteś zainteresowana. Oczywiście dam ci podwyżkę – dodała.

Nowy telefon, nowe obowiązki oraz podwyżka? Czuję, jakbym właśnie wygrała milion na loterii.

Mam wielką chęć wyściskania jej, ale to prawdopodobnie byłoby nieprofesjonalne i dziwne, w końcu jest moją szefową, więc się powstrzymuję.

– Och – odpowiadam, z trudem powstrzymując łzy szczęścia. – Dziękuję. Oczywiście, że jestem zainteresowana. Odwalę kawał świetnej roboty. Obiecuję – zapewniam. – Wyszukam hasztagi. Zrobię dopasowanie kolorystyczne, które mają wszystkie duże konta. Może zorganizujemy jakieś rozdanie z pudełkiem twoich ciasteczek. – Mój mózg zaczyna wirować od nadmiaru pomysłów.

– Widzisz? Już mnie dawno wyprzedziłaś w znajomości prowadzenia tych wszystkich profili, lepiej się na tym znasz. Możesz wpaść w ten weekend i zacząć robić zdjęcia – proponuje. – Tylko pilnuj za mnie swoich godzin pracy.

W końcu coś zaczęło się układać.

ROZDZIAŁ 4

Jude

Ostatni tydzień był dla mnie niekończącym się koszmarem. Miałem w planach skończyć dzisiaj wcześniej, w końcu jest piątek, ale nie. Bez szans. Właściciele budynku złapali mnie, kiedy wychodziłem z pracy trzy godziny temu, ponieważ chcieli przedyskutować jeszcze parę szczegółów i niewielkich poprawek. Przynajmniej są zadowoleni z dotychczasowych postępów. Myślę, że skoczyłbym z dachu, gdyby nie byli.

Jak tylko wskakuję do swojej ciężarówki, wylewam trochę wody na ręcznik papierowy i wycieram twarz, szyję, ręce i bardzo dokładnie przemywam dłonie. Ostatnio upał i wilgotność dają ostro popalić, przez co przyklejony do mnie kurz zaczyna wyglądać jak moja druga skóra. Pragnę tylko znaleźć się w domu, wziąć prysznic i odpocząć na kanapie z Cassie. Może obejrzeć dobry film.

Po jakichś pięciu kilometrach zauważam idącą chodnikiem dziewczynę. Ma na sobie plecak z narysowaną na nim czaszką, który zwisa z jej chudych ramion. Uświadamiając sobie, że to Skylar, waham się, czy powinienem znów zaoferować jej podwózkę do domu. Jest gorąco jak w piekle, ale nie pada deszcz ani się nie ściemnia.

Dręczące mnie wyrzuty sumienia przypominają mi, że nie padał deszcz ani nie było ciemno, kiedy moja siostra zniknęła.

Wzdychając, zatrzymuję ciężarówkę na poboczu kilka stóp od niej i otwieram okno po stronie pasażera. Podchodzi do samochodu z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Śledzisz mnie, Lucky? – droczy się.

– Wciąż nie odzyskałaś swojego samochodu? – pytam, ignorując jej zaczepkę.

Wyciągam rękę i otwieram drzwiczki po jej stronie.

– Wskakuj, Iskierko. Podrzucę cię.

– Może powinieneś zacząć pracować dla Ubera? – mówi, kiedy wsiada do środka. Tym razem kładzie swoje rzeczy na podłodze pomiędzy nogami, a nie pomiędzy nami.

Spoglądając w lusterko, włączam się do ruchu.

– Jesteś jedyną osobą, którą podwożę. Równie dobrze mogę zacząć pracować jako twój osobisty szofer – prycham.

Śmiejąc się, odpowiada:

– Nie widzę w tym nic złego.

– Jakieś wieści dotyczące twojego samochodu? – Ponownie zmieniam temat.

– Miałeś rację. To była pompa paliwowa. – Wzdycha, przeczesując palcami włosy. – Trochę go też podrasują, skoro już tam jest. Mam go odebrać w poniedziałek, kiedy moja przyjaciółka będzie mogła mnie tam zawieźć.

Potakuję.

– Świetnie. Jedziesz do domu czy w jakieś inne miejsce?

– Do domu, poproszę – oznajmia, lekko się uśmiechając.

– Będzie ci przeszkadzało, jeśli po drodze zahaczymy o drive--through? Umieram z głodu.

– Nie będzie – odpowiada bez zastanowienia.

– Już prawie siódma. Skąd wracasz?

– Pracuję na pół etatu w butiku Belongings.

– W sklepie Rebekki? – pytam.

Odwraca się, żeby na mnie spojrzeć.

– Znasz ją?

– Tak jakby. Chodziliśmy razem do szkoły. – Znamy się, ale nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. Była częścią tej fajniejszej grupy, ja natomiast byłem w tej mniej fajnej.

– Nie wiedziałam, że chodziłeś do mojej szkoły, kiedy byłeś młodszy – komentuje, zerkając na mnie.

Sposób, w jaki mówi kiedy byłeś młodszy sprawia, że czuję się staro. Mam trzydzieści cztery lata, nie siedemdziesiąt.

Potakuję.

– To małe miasto. Mieszkam tu od urodzenia – wyjaśniam, chociaż nie wiem, po co się jej tłumaczę.

– Ja też – odpowiada.

Skręcam w kierunku budki z burgerami i dołączam do kolejki do drive-through.

– Czy masz jakichś braci lub siostry? – pytam, starając się podtrzymać rozmowę, a przy okazji dowiedzieć czegoś o tej dziewczynie.

Kręci głową.

– Nie, jestem tylko ja. Ale za to mam kota – informuje przyjaznym tonem. – A ty?

– Siostrę. – Nie mogę się zdecydować czy powiedzieć mam siostrę czy miałem. – I psa.

– Jakiego psa? – Zauważam, że na wzmiankę o tym, że mam zwierzaka, Iskierka się ożywia.

– Malutką, biało-brązową puszystą kulkę. To chyba rasa Shit zoo. – Wzruszam ramionami.

Dziewczyna wbija we mnie spojrzenie, po czym wybucha śmiechem.

– Nazwa tej rasy to Shih tzu.

– Besserwisser1.

Uśmiecha się.

Zatrzymuję się przy wielkim, święcącym menu i zamawiam do głośnika to, co zwykle, po czym odwracam się do Skylar.

– Chcesz coś? Ja stawiam – dodaję pośpiesznie.

Patrzy na menu i zastanawia się przez dłuższą chwilę.

– Hmm. Tylko wodę. I hamburgera, ale bez mięsa ani innych dodatków.

– Bardzo śmieszne – mówię, kręcąc głową. Zamawiam jej wodę i podjeżdżam do kolejnego okienka, gdzie płacę za zamówienie, a następnie zatrzymuję auto niedaleko na miejscu parkingowym.

– Nie lubię jeść, kiedy prowadzę – tłumaczę, kiedy wyciągam jedzenie i podaję jej wodę.

– Dzięki – odpowiada cicho, patrząc na butelkę, którą położyła sobie na kolanach.

Gryząc kawałek burgera, wyciągam do niej pudełko przyprawionych frytek.

– Chcesz trochę? – proponuję.

Kręci głową wciąż nie podnosząc wzroku.

– Co się stało? – Nikt jeszcze nie odmówił smażonych frytek.

– Nic.

– Wyduś to z siebie, Skylar – mówię, rzucając jej zirytowane spojrzenie.

Nabiera głęboko powietrza.

– Nie wziąłeś mi mojej bułki.

Przełykam jedzenie i wpatruję się w nią.

– Co? Myślałem, że żartujesz. Naprawdę chciałaś tylko bułkę od hamburgera? Bez niczego? – Dlaczego?

– Tak.

Jest śmiertelnie poważna.

– Zostań tutaj – mówię i odkładam swojego hamburgera na deskę rozdzielczą.

Zaczyna coś mówić, ale jej nie słyszę, ponieważ już wyskoczyłem z ciężarówki i zamknąłem za sobą drzwi. Jeśli ona chce tę cholerną bułkę od hamburgera, to ją dostanie. Idę niechętnie do restauracji, stoję przez dziesięć minut w kolejce i ignoruję dziwne spojrzenie, które rzuca na mnie chłopak zza lady, kiedy zamawiam samą bułkę od hamburgera, bez żadnych dodatków.

– Nawet nie wiem, ile mam za to policzyć, więc po prostu weź ją za darmo – mówi, wręczając mi torbę.

Wrzucam dolara do pojemnika na napiwki.

– Dzięki.

– O mój Boże, Jude, nie musiałeś tego robić – mówi Skylar, kiedy wracam do ciężarówki. – Głupio mi…

Podając jej torbę, mówię:

– Ach, przestań. Zaproponowałem, że zamówię ci coś do jedzenia i spieprzyłem to. Teraz już to naprawiłem.

Jej twarz rozjaśnia się nieśmiałym uśmiechem, który prawdopodobnie mógłby zatrzymać ruch na ulicy.

– Dziękuję. Jak na twardziela, na którego wyglądasz, tak właściwie to jesteś całkiem miły – wyznaje, uśmiechając się jeszcze szerzej.

Prawie krztuszę się frytkami.

– Uważasz, że wyglądam na twardziela?

– Pewnie, troszeczkę. Jesteś bardzo… kolorowy – komentuje niepewnie.

Zaśmiewam się głośno.

– Iiii to czyni ze mnie twardziela, bo?

– Okej. To może zły opis. To przez te tatuaże. – Wodzi oczami po moich rękach, a po chwili jej wzrok pada na moją twarz. – Mięśnie. Włosy.

Przynajmniej mnie nie głaszcze, jak inni. Ktoś zawsze chce dotknąć moich tatuaży albo moich włosów, co mnie odstrasza.

– Dlaczego chcesz jeść tylko pieczywo? Mają jeszcze sałatki, kurczaka, kubeczki z owocami, mleczne szejki. Mam nadzieję, że nie zamówiłaś tego, bo nie chciałaś mnie narażać na koszty. Stać mnie, aby zamówić ci prawdziwy posiłek.

Lekko podnosi ramiona.

– To jest to, co chciałam.

– Okeeej… Skoro jesteś zadowolona.

Hej, kim jestem, żeby ją oceniać? Kiedyś mieszałem w misce masło orzechowe z galaretką i wyjadałem to łyżeczką – bez chleba.

– Dostałam dzisiaj podwyżkę – wypala, kiedy wydłubuje ze swojej bułki ziarna sezamu i wkłada je do papierowej torby. – Jestem trochę podekscytowana.

– Gratuluję. Czym tam się zajmujesz?

– Zazwyczaj stoję za kasą, zmieniam ekspozycje, takie tam. Ale teraz Rebecca chce, żebym zarządzała social mediami sklepu. Kupuje mi nowego iPhone’a, abym mogła robić zdjęcia produktów i wystawiała je on-line.

Wow. Butik Rebekki musi dobrze prosperować, skoro może sobie pozwolić na wręczenie nowego iPhone’a nastoletniej pracownicy, zatrudnionej na pół etatu.

– To brzmi o niebo lepiej, niż stanie za kasą.

– Prawda? – słychać lekki pisk w jej głosie, a w jej szerokim uśmiechu widać ogromne podekscytowanie. – Zaczynam w ten weekend, więc będę mogła zapłacić za naprawę samochodu.

Jest taka słodka, kiedy tak się ekscytuje swoją pracą. Ja za czasów liceum sprzedawałem trawkę, aby mieć jakieś pieniądze, ale tego jej nie powiem, więc tylko potakuję. Te wspomnienia powinny zostać dokładnie tam, gdzie są – w przeszłości.

* * *

Zatrzymanie się na jedzenie i podwiezienie Skylar zabiera mi więcej czasu, niż przewidywałem, więc jak tylko przestępuję próg domu, Cassie na mnie naskakuje. Jestem pewny, że przez ostatnie trzy godziny wpatrywała się w drzwi wejściowe i krążyła po domu, denerwując się jeszcze bardziej.

– No już, spokojnie – mówię, kiedy okrąża moje nogi, ocierając je swoim puszystym ogonem. Klękając na kolano, głaszczę ją po głowie, a ona wydaje z siebie to charakterystyczne, chrapliwe warknięcie i tupie łapkami, besztając mnie na swój sposób.

Ktoś musi trzymać mnie w ryzach. Równie dobrze może to być pies.

Po wyprowadzeniu jej na dwór, udaję się prosto na górę, zdejmując po drodze bluzkę, podczas gdy piesek drepcze mi po piętach.

– Obejrzymy film, jak wezmę prysznic – uspokajam ją, a ona przechyla głowę wyczekująco, ponieważ wie, że słowo film oznacza siedzenie na kanapie. Prawdopodobnie to wiele mówi o moim życiu i pozycji społecznej.

Stoję pod prysznicem, wdychając parę i czekam, aż gorąca woda zmieni się na zimną. Moje myśli znów wracają do momentu odwiezienia Skylar do tego ciemnego, upiornego domu. Kiedy odjeżdżałem z jej podjazdu, spojrzałem w tylne lusterko i zauważyłem, jak wspina się do środka przez okno.

Nie mogę przestać się zastanawiać, co to wszystko znaczy.

Moja siostra też lubiła wymykać się przez okno. Aby spotykać się z chłopakami. Aby poimprezować. Kto wie, co jeszcze?

Kiedy zaginęła, rozwiesiliśmy ogłoszenia w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów. Nie pracowałem przez cały miesiąc, bez przerwy jej szukając. W tym małym mieście szesnastolatki nie znikają ot tak. Nawet zorganizowałem ekipę poszukiwawczą ze specjalnie wyszkolonymi psami i helikopterem. Dwa tygodnie później otrzymałem w środku nocy wiadomość:

Erin: Przestań mnie szukać, Jude. Nie zaginęłam. Odeszłam.

Ja: Gdzie Ty kurwa jesteś? Wracaj do domu.

Erin: Po prostu przestań. Okej?

Ja: Powiedz mi, gdzie jesteś. Przyjadę po Ciebie. Chcę tylko, abyś wróciła do domu.

Erin: Proszę, przestań mnie szukać. Muszę kończyć.

Nigdy więcej się do mnie nie odezwała, a jej numer telefonu krótko po tym został dezaktywowany. Minęło dziesięć lat i przez cały ten czas nie było żadnych tropów ani zgłoszeń. Cała ta tajemnica ucieczki przycichła. Policja po prostu umorzyła jej sprawę i stwierdziła, że moja siostra zwiała, zwłaszcza po tym, jak pokazałem im te wiadomości. Nigdy nie wiedziałem, czy powinienem wierzyć w to, że to ona pisała te wiadomości. Nie dawały mi spokoju jej ostatnie słowa, muszę kończyć. Byliśmy ze sobą bardzo blisko i nie mogłem uwierzyć, że to były jej ostatnie słowa do mnie. Raczej napisałaby coś śmiesznego albo po prostu kocham cię. Czy ktoś ją zmusił do ucieczki? Czy ktoś ją porwał i wysłał to z jej telefonu, aby nas zmylić? Mogła już nie żyć. Albo zostać sprzedana jakiemuś psycholowi. Jak tylko o tym pomyślę, krew zastyga mi w żyłach. Albo moja siostra naprawdę uciekła i żyje gdzieś tam w wielkim świecie swoim idealnym życiem.

Mam nadzieję, że tak jest.

Później, kiedy leżę już rozciągnięty na kanapie z miską popcornu i z pieskiem zwiniętym u moich stóp, słychać dźwięk przychodzącej na moją komórkę wiadomości.

Skylar: Chciałam się tylko przywitać i podziękować Ci za podwózkę i kolację.

Ja: Bułka od hamburgera to nie kolacja.

Skylar: Wszystko może być kolacją :)

Ja: Prawda.

Skylar: A to ja i mój kot właśnie w tej chwili.

Przesyła zdjęcie siebie i swojej szarej, puszystej kotki siedzącej na podłodze. Dziewczyna związała włosy w niedbały kok, wygląda uroczo.

Robię szybkie zdjęcie siebie i Cassie leżącej na kanapie i jej przesyłam.

Ja: To ja i mój cholerny pies.

Skylar: LOL. Urocza psinka.

Ja: Udanego weekendu. Baw się dobrze przy swoich nowych obowiązkach.

Skylar: Dzięki! Mam nadzieję, że Ty odpoczniesz.

Już wcześniej dałem jej swój numer na wypadek gdyby potrzebowała podwózki do mechanika, aby odebrać samochód. Nie spodziewałem się, że będzie mi przesyłać przypadkowe wiadomości. Po fakcie myślę, że nie powinienem był dawać jej kontaktu do siebie. Nie chcę stać się jej prywatnym taksówkarzem ani dostawać regularnie jakichś głupich wiadomości pełnych emotikonek.

Ale nie mogę zaprzeczyć, że to całkiem miłe dostać wiadomość od kogoś, kto niczego ode mnie nie chce albo nie zrzędzi na jakiś temat, tylko od kogoś, kto o mnie myśli i tylko chce się przywitać.

Gwoździu, poznaj trumnę.

ROZDZIAŁ 5

Skylar

Jak można się domyślić, nigdy nie miałam nowego telefonu. Trzy poprzednie dostałam po prostu od mamy. Za każdym razem otrzymywałam komórki, które były brudne, klejące i z roztrzaskanym ekranem.

Ale ten nowy iPhone od Rebekki mną wstrząsnął.

To jakieś dzieło sztuki. Migoczący i tak wygodnie umoszczony w solidnym, nieskazitelnie czystym, białym pudełku. Idealny, czarny, lśniący ekran w – o mój Boże – najpiękniejszej, lawendowej obudowie.

Niemal boję się go dotknąć. Jest taki piękny.

– Skylar?

Spoglądam w górę i natrafiam na pytający wzrok Rebekki i nie umiem dłużej być wyluzowana. Nie umiem się kontrolować. Zarzucam jej ręce na szyję i przytulam, nie zważając na to, czy to profesjonalne czy nie. Na szczęście, w sklepie akurat nie ma klientów.

– Rebecca, dziękuję ci bardzo, jest zachwycający.

Śmiejąc się, odwzajemnia mój uścisk i powoli się odsuwa.

– To tylko telefon. Ale naprawdę się cieszę, że ci się podoba. Pomyślałam, że fiolet do ciebie pasuje – oznajmia. – Podoba ci się?

– Czy mi się podoba?! Uwielbiam go! – wykrzykuję podekscytowana. – To najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek miałam. Obiecuję, że będę o niego dbała. I jeśli kiedykolwiek będziesz musiała mnie zwolnić, oddam ci go. Nie zniszczę go. Kupię do niego najlepsze etui.

– Skylar, jest twój. Nie będziesz musiała mi go nigdy oddawać. Nie zamierzam cię zwalniać. Cieszę się, że zaczynasz robić coś nowego, wszystkie te rzeczy na social media. Jestem ciekawa, czy to przyniesie lepszą sprzedaż.

– Ja też. – Naciskam przycisk zasilania na telefonie. – Jak tylko go poustawiam, mam zamiar ściągnąć te wszystkie aplikacje, o których wczoraj czytałam i zacznę robić zdjęcia.

Uśmiecha się.

– Baw się dobrze. Nie martw się dziś o kasę. Zawsze w weekendy pracuję na sklepie. Zazwyczaj kilkoro stałych klientów przychodzi tylko pogadać.

Zaczyna iść naprzód sklepu, ale się zatrzymuje.

–  Upiekłam świeże ciasteczka i jagodowe babeczki. Poczęstuj się, zanim klienci je pożrą.

Uśmiechając się, potakuję.

– Okej.

Burczy mi w brzuchu od tych wszystkich zapachów pieczenia i jestem pewna, że kolejne wypieki mojej szefowej są przepyszne, ale ja niestety nie mogę zjeść żadnego z nich.

* * *

Cały dzień spędziłam robiąc zdjęcia produktów w sklepie. Większość z tych rzeczy już jest położona w idealnych pozycjach do zdjęć – swetry są równiutko poskładane na szczycie szafki w stylu shabby chic, na drewnianych, postarzanych półkach stoją świeczki, a ręcznie robione pluszowe misie siedzą wygodnie w słodkich, wiklinowych koszyczkach. Rozmieszczam naszyjniki, bransoletki i pierścionki na drewnianej podłodze, układam wokół nich fioletową wstążkę i używając specjalnych opcji aparatu w telefonie, sprawiam, że wszystko w tle jest rozmazane.

Przeglądając swoje notatki, które zrobiłam czytając artykuł „Jak sprawić, że twoje zdjęcia produktów będą dobrze wyglądały na Instagramie”, przenoszę zdjęcia, do specjalnej aplikacji do edycji. Dodaję do nich wybrany filtr, który sprawia, że wszystkie nasze zdjęcia będą ze sobą współgrały i wow… Serce aż mi trochę podskakuje. Nie sądzę, że ktoś będzie w stanie stwierdzić, że te zdjęcia robiła osiemnastoletnia dziewczyna z zerową znajomością fotografii. Wyglądają naprawdę profesjonalnie. Dodałam nawet ten specjalny, rozmyty efekt o nazwie bokeh na kilku ujęciach, a na zdjęciach naszyjników z kamieniami dołożyłam lśniące iskierki.

– Jak idzie? – pyta Rebecca, kiedy spotykamy się przy stole w małej kuchni.

– Znakomicie. Planuję właśnie harmonogram pojawiania się postów, tak, że będą się ukazywały dwa zdjęcia dziennie, jedno rano, a drugie później, w ciągu dnia. Zamierzam też wstawiać krótkie filmiki na stories, z wirtualnym spacerem po naszym sklepie.

– Świetny pomysł! – wykrzykuje zadowolona Rebecca, klaszcząc w dłonie.

– Obejrzyj te zdjęcia i powiedz mi, co myślisz – proszę.

Bierze ode mnie telefon, a wyraz jej twarzy mówi wszystko. Jej oczy się rozszerzają, otwiera szeroko usta, a po chwili się uśmiecha.

– Skylar… one są jeszcze lepsze, niż sobie wyobrażałam. To wygląda, jakbyśmy miały zrobioną profesjonalną sesję zdjęciową w naszym sklepie. Nawet nie umiem wyrazić, jak bardzo jestem podekscytowana.

Próbuję nie uśmiechać się zbyt szeroko.

– Ja też. Jutro zamierzam wziąć trochę tych jesiennych liści i dekoracji na Halloween, które masz na zapleczu i zrobić parę zdjęć, żebyśmy miały już je przygotowane na ten czas. Myślę, że mogłybyśmy ustawić przy kasie małą tabliczkę z informacją dla klientów, aby śledzili cię online, wiesz, by oglądać nowości, promocje i inne takie – wyjaśniam, gestykulując.

Oddaje mi telefon i zaczyna kręcić lekko głową, wprawiając w ruch swoje długie kolczyki.

– Rób tak dalej, a zostaniesz moim marketingowym guru – oznajmia zadowolona.

– Tak naprawdę to jest super fajne i ciekawe. – Wzdycham. – Nie mogę się doczekać, aby sprawdzić, które zdjęcia dostaną najwięcej polubień.

– Cieszę się, że tak się tym ekscytujesz. Czerpanie przyjemności z własnej pracy jest czymś najlepszym. Jeśli istnieją jakieś mądrości, które mogłabym przekazać dalej, to właśnie to, aby lubić to, co się robi. – Nie mogę powstrzymać dumnego uśmiechu, który pojawia się na mojej twarzy, kiedy ona idzie w kierunku kasy. – Będę na przodzie, gdybyś mnie potrzebowała.

Grzebię w torebce w poszukiwaniu miodowej pastylki do ssania i wsadzam ją do ust. Ostatnio piecze mnie gardło. Mam nadzieję, że nie łapię żadnego przeziębienia. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest choroba.

* * *

– Przespałaś się z kimś na zapleczu czy coś? – pyta Megan, kiedy wsiadam na miejsce pasażera do jej audi.

– Nie, dlaczego?

– Bo uśmiechasz się tak, jakby tak było.

Przewracając oczami, pociągam pas przy moim siedzeniu i go zapinam. Megan jeździ trochę chaotycznie, a ja nie mam zamiaru walnąć głową w przednią szybę.

– Popatrz na to. – Pokazuję jej mój nowy telefon, jakbym właśnie złapała jednorożca. – Czy to nie jest jedna z najwspanialszych rzeczy, jakie widziałaś? Mogę też zachować swój stary numer.

Jej brązowe oczy rozbłyskują.

– Jasna cholera! Lawendowy! – wykrzykuje, przyglądając się komórce. – Ukradłaś go?

– Nie, coś ty! Rebecca mi go dała, abym robiła zdjęcia produktów i wystawiała je online. Stara, kocham to. Tak świetnie się dzisiaj przy tym bawiłam. Czas minął mi tak szybko. To będzie teraz część mojej pracy. Dostanę też podwyżkę.

– Ile ci daje? – pyta.

Wzruszam ramionami.

– Nie wiem. Nie pytałam. Nie obchodzi mnie to. – Wzruszam ramionami, bo naprawdę to nie jest dla mnie istotne.

Wycofuje się z parkingu, a ja walę głową w tył o zagłówek, kiedy samochód wjeżdża na ulicę.

– Nie wiem jakim sposobem nie straciłaś jeszcze prawa jazdy – mówię, łapiąc za podłokietnik.

Ignoruje mój komentarz.

– Sky, nie możesz nie dbać o wysokość podwyżki. Musisz wiedzieć takie rzeczy – beszta mnie.

– Tak naprawdę bardzo się cieszę z możliwości robienia czegoś, co lubię, zwłaszcza kiedy się tego uczę i dostaję za to pieniądze w tym samym czasie.

– Ile za to dostajesz pieniędzy, powinno być twoim priorytetem. Może powinnaś dostawać na przykład trzydzieści dolarów za godzinę za to, co robisz.

– Wątpię. Jestem pracownikiem na pół etatu bez żadnych umiejętności. Rebecca zawsze była uczciwa jeśli chodzi o moją wypłatę i premie świąteczne. Ufam jej. Nie wspominając, że ten telefon był bardzo drogi, a ona dała mi go i pozwoliła zatrzymać – informuję przyjaciółkę.

Megan patrzy na mnie spod byka.

– O to jestem zazdrosna, przyznaję.

Całe moje ciało leci do przodu, kiedy ona ostro hamuje na czerwonym świetle.

–Och, hej – mówi, zupełnie tym niezrażona. – Przepraszam cię bardzo, ale nie będę mogła cię pojutrze podwieźć, abyś odebrała samochód. Mama przesłała mi wiadomość, że wychodzą i że będę musiała opiekować się Johnnym. Wiesz, oni w ogóle nie przejmują się moim życiem towarzyskim. Wcale. Wzięłabym go ze sobą, ale nie lubię wsadzać go do samochodu. Zawsze tak się drze, jakby go ze skóry obdzierali. – Krzywi się.

Pocieram tył mojej szyi.

– W porządku. Mam plan B. Nie przejmuj się.

– Na pewno? Czuję się strasznie źle z tym, że cię wystawiam – mamrocze.

– Oczywiście. Nic się nie stało. Jeśli chcesz, mogę zatrzymać się przy twoim domu, jak będę wracała do siebie. – Jej młodszy brat jest uroczy, więc nie mam nic przeciwko temu, żebyśmy się spotykały, kiedy musi go pilnować. On zawsze mnie rozśmiesza.

– Spoko. Chcesz może iść do baru? Mam ochotę na sałatkę i szejka truskawkowego – oznajmia, oblizując się.

Pomysł na zmieszanie cebuli i sałaty razem z rozdrobnionymi truskawkami w mleku sprawia, że zaczyna zbierać mi się na wymioty. Nie ma mowy, żebym usiadła naprzeciwko niej i oglądała to kulinarne przestępstwo.

– Wolałabym po prostu pojechać do domu. Nie czuję się jakoś świetnie, a jutro znów idę do pracy. Wolałabym wcześniej położyć się spać.

– Nigdy nie czujesz się dobrze. Czemu nie pójdziesz do lekarza?

– Myślę, że łapie mnie przeziębienie. Albo to alergia – odpowiadam pospiesznie.

Skoro o tym mowa, sięgam do torebki w poszukiwaniu kolejnej pastylki do ssania. Będę musiała kupić więcej. Pochłaniam je jak szalona.

– Weź jakieś witaminy – odpowiada. – Może powinnaś wziąć te popularne wlewy witaminowe? – pyta troskliwie.

– A co to jest?

– Pielęgniarka podłącza ci kroplówkę z różnego rodzaju witaminami – tłumaczy, po czym kontynuuje: – Mają za zadanie wzmocnić twoją odporność i sprawić, że poczujesz się zdrowsza i będziesz mieć więcej energii. Moja kuzynka je sobie robi, kiedy podróżuje albo kiedy się nie wysypia.

Jestem pewna, że nie mogę sobie na to pozwolić, nawet jeśli brzmi to interesująco. Czuję się zmęczona, nieważne ile godzin śpię.

– Będę o tym pamiętać, jeśli nie poczuję się lepiej – odpowiadam, chociaż wiem, że nie skorzystam z jej propozycji.

– Kojarzysz tego chłopaka, Erika, którego szafka jest jakieś dwie szafki od mojej? – pyta po chwili.

Przeszukuję w myślach jej rząd szafek, ale nic nie kojarzę.

– Nie.

– Tak, kojarzysz. Zawsze był taki bardzo cichy, trochę taki kujon, bardzo szczupły? Miał okulary jak Harry Potter? – opisuje.

Potakując, mówię:

– Tak jakby. – Nie mam zielonego pojęcia, o kim ona mówi.

– A więc on ma teraz soczewki kontaktowe i zaczął chyba ćwiczyć, bo nie jest już taki chudy. Wciąż wygląda jak kujon, ale w takim seksownym stylu. Zapuścił też trochę włosy.

– Okej…

– Myślę, że zaproszę go na randkę – informuje.

Prawie duszę się moją pastylką.

– Co? Dlaczego?

– Ponieważ jest słodki i w zasadzie po swojej transformacji stał się teraz świeżym kąskiem. – Porusza sugestywnie brwiami.

– Meg, to po prostu poflirtuj z nim i poczekaj, aż on zaprosi ciebie. Jesteś super laską, wiesz, że cię zaprosi, jeśli okażesz mu trochę uwagi.

– Mamy dwudziesty pierwszy wiek! Nie muszę czekać na chłopaka, aż ten zrobi pierwszy krok.

To prawda.

– Tak, może i masz rację.

– Chcę się do niego dobrać, zanim zrobi to ktoś inny.

– Jejku. On nie jest X-boxem.

– Wiem. Ale jeżeli ja zauważyłam, jaki jest fajny, dostrzegą to też inni.

Przez sposób, w jaki mówi inni, wyobrażam sobie, że nadpływa statek z kobietami wikingami, aby zdobyć wszystkich fajnych chłopaków.

Kiedy wjeżdża na mój podjazd i parkuje, odwracam głowę, aby na nią spojrzeć. Widzę, jak rozmyśla nad sposobami na dorwanie nic niepodejrzewającego Erika.

– Nie chcę ci wszystkiego popsuć, Meg, ale on prawdopodobnie jest jeszcze prawiczkiem, jeśli przez cały ostatni rok był nieśmiałym kujonem.

Wykrzywia usta.

– Tak myślisz?

– Myślę, że jest duże prawdopodobieństwo.

– Hmmm. To mogłoby być do bani. – Uderza palcami o kierownicę, a usta zacisnęła w wąską linię. – Ale to może też być fajne. Mogłabym zawrócić całym jego światem.

– Pewnie szaleńczo by się w tobie zakochał, gdybyś była jego pierwszą dziewczyną.

Marszczy czoło.

– Lepiej, żeby tego nie robił. Chcę się bawić, a nie przygarniać jakiegoś szczeniaka usychającego z miłości.

– Po prostu bądź dla niego miła. Żadnego łamania serc – rozkazuję.

Zaczyna się głośno śmiać.

– Postaram się. – Gdy spogląda na mój dom, jej uśmiech rzednie. – To miejsce zaczyna wyglądać podejrzanie. Czy ktoś kosi wam trawę?

Czuję, jak mój żołądek się zaciska.

– Szukamy nowego ogrodnika. Ostatni koleś zrezygnował. – To kłamstwo. To ja koszę trawnik, ale ostatnio byłam zbyt słaba przez ten upał.

– Mam nadzieję, że znajdziecie niedługo kogoś, bo inaczej trawa urośnie wam do kolan. W tych zaroślach mogą pełzać węże. – Krzywi się.

– Tam nie ma żadnych węży. – Biorę swoje rzeczy. – Dzięki za podwiezienie. Do zobaczenia jutro.

– Okej. Kocham cię, kochana.

– Też cię kocham – odpowiadam przed zamknięciem drzwi samochodu.

Pochylam się przy skrzynce pocztowej stojącej na końcu podjazdu, dopóki ona nie odjeżdża. Nie chcę, żeby zobaczyła, jak wkradam się przez okno. W mniej niż dwadzieścia cztery godziny porwałaby mnie , kazała zamieszkać w swoim pokoju gościnnym i podłączyła do kroplówki. Chociaż byłabym jej bardzo wdzięczna za troskę, nie chcę, aby ktokolwiek mi współczuł.

Później, gdy leżę już w łóżku, oglądając TV, wpatruję się w ekran swojego pięknego telefonu, rozmyślając, czy powinnam przyjąć od Jude’a ofertę podwózki. Już dwa razy zboczył ze swojej drogi dla mnie, to więcej niż ktokolwiek dla mnie zrobił, poza Rebeccą i Megan. Nie chciał pieniędzy za benzynę, nie żeby było mnie stać, aby mu za nią zapłacić. Ale zrobiłabym to. Nie oczekuję gratisów od obcych.

Spacer rano do butiku nie powinien być taki zły, ponieważ będzie jeszcze chłodno, ale po południu, kiedy będę musiała odebrać swój samochód, spodziewana jest temperatura rzędu dziewięćdziesięciu stopni oraz duża wilgotność i myślę, że nie będę w stanie iść tak daleko piechotą.