Nie ma nieba - Jolanta Kosowska - ebook + książka

Nie ma nieba ebook

Jolanta Kosowska

4,4

Opis

Historia miłości i lekarskich dylematów.

Nie ma nieba” to nieprzewidywalna opowieść o lekarzach, ich pacjentach i relacjach zachodzących między nimi – o wyczerpującym poczuciu odpowiedzialności, empatii, której nadmiar może stać się siłą niszczącą obydwie strony, rozterkach i dylematach. A wszystko to wplecione w historię miłości, która mogłaby stać się love story współczesnych czasów.

Przeczytaj! Być może nagle w swym lekarzu zobaczysz zupełnie innego człowieka…

Zaproszony do gabinetu usiadł ze spuszczoną głową. Raptem przemknęło mi przez myśl, że to jest już zupełnie inny człowiek. W pierwszej chwili nie potrafiłem tego nazwać. Tak jakby nagle przygasł… Milczał i słuchał. Powiedziałem, że jest mi przykro i ciężko go o tym informować. Powtarzałem wszystko kolejny już raz, za każdym razem inaczej dobierając słowa, bo wydawało mi się, że mnie znowu nie rozumie. Zrozumiał. Wstał gwałtownie. Odepchnięte przez niego krzesło z hukiem runęło na podłogę. Nawet się nie obejrzał.

„Co mi tu pieprzysz, człowieku? Co się tak gimnastykujesz? W dupie masz mnie i to, co mówisz! Wisi ci, co to dla mnie znaczy! To pana praca! Ile ktoś panu płaci za mówienie takich rzeczy innym ludziom?”

Jolanta Kosowska – urodzona na Opolszczyźnie, całe życie związana z Wrocławiem i Opolem, absolwentka wrocławskiej Akademii Medycznej i studiów podyplomowych Akademii Wychowania Fizycznego. Z zawodu lekarka, specjalistka w trzech dziedzinach medycyny. Nieustannie szuka nowych wyzwań i swojego miejsca na ziemi. Od paru lat mieszka i pracuje w Dreźnie. Jest związana z drezdeńską Polonią. Na co dzień przyjmuje pacjentów w poradni przyjaznej cudzoziemcom. Dzieli swój czas pomiędzy pracę zawodową, podróże i pisanie powieści. Debiutowała powieścią obyczajową „Niepamięć” (2012, Wydawnictwo Bukowy Las). W 2013 roku nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazał się jej thriller „Déjà vu”, a w październiku 2014 roku powieść obyczajowa „Niemoralna gra”.

www.jolantakosowska.pl

Facebook: https://www.facebook.com/pages/Jolanta-Kosowska/385285584853494

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

Przyjechał do mnie w odwiedziny. Wpadł niezapowiedziany. Zadzwonił, gdy był już na lotnisku. Twierdził, że wymyślił to przed paroma godzinami, kiedy dotarło do niego, że ma przesiadkę w moim mieście. Wracał właśnie z kongresu, spieszył się na drugi, chciał spędzić u mnie jeden wieczór. Nie widziałem go przez trzy lata. Próbowałem się ucieszyć. Jego odwiedziny w tym dniu zupełnie mi nie pasowały, niszczyły harmonogram popołudnia, zaburzały wszystkie plany. Odebrałem go z lotniska w biegu między pracą a wieczornym spotkaniem, na które umówiłem się przed paroma dniami. Miałem się spotkać w greckiej restauracji z Sandrą. Przymierzałem się do tego spotkania już od dawna. Może Sandra nie była szczytem moich marzeń, ale miałem już dosyć samotnych wieczorów, ciągłej pracy, wypijanego w domu alkoholu i melancholijnego rozpamiętywania przeszłości. Było, minęło… Czas wreszcie o tamtym zapomnieć. Muszę przynajmniej spróbować odciąć się czymś nowym od nękających mnie wieczorami wspomnień. Jak długo można w kółko rozpamiętywać porażkę? Sandra w niczym nie przypomina Małgorzaty. Może to dobrze… Przynajmniej uniknę porównań. Sandra jest niewysoka. Ma krótkie, proste, ciemne włosy. Myślę, że czarne oczy… Nigdy się jej aż tak dokładnie nie przyglądałem. Sądzę, że i ona od dawna miała ochotę się ze mną umówić. Była w naszym biurze chyba z dziesięć razy. Raz po raz zmieniała swoje wakacyjne plany i wiążące się z nimi oczekiwania. Początkowo wybierała się do Szkocji, później stwierdziła, że tam jest jednak za zimno, i zmieniła zamki szkockie w kwietniu na maj nad Loarą. Potem zapragnęła popłynąć statkiem po Dunaju, żeby po paru dniach dojść do wniosku, że czternaście dni na leniwie płynącym parowcu, z paroma przystankami i codzienną obserwacją monotonnej jej zdaniem linii brzegowej to jest dla niej za nudne. Wybierała się obejrzeć Olimp i zobaczyć zespół prawosławnych klasztorów umieszczonych na niedostępnych skałach w masywie Meteory, ale przeraziła ją podróż. Wizja trzydziestu paru godzin w klimatyzowanym autobusie zniechęciła ją zupełnie. Ostatnio stanęło na południowej Dalmacji z przelotem do Dubrownika, szkołą nurkowania na wyspie Hvar i żeglowaniem po Parku Narodowym Kornati. Przed paroma dniami kolejny już raz zmieniłem jej rezerwację, zupełnie jakoś nie wierząc, że ona kiedykolwiek i gdziekolwiek pojedzie. Ubezpieczała swoje podróże natychmiast, rezygnowała w czasie regulaminowym, nie traciła zbyt wiele pieniędzy. To tylko ja powoli traciłem do niej cierpliwość. Pracująca ze mną w biurze Ewka była już nią zirytowana. Za każdym razem, kiedy odwiedzała nas Sandra, Ewa obrzucała ją niechętnym spojrzeniem, a następnie manifestacyjnie odprowadzała ją wzrokiem do mojego biurka.

– Ślepy jesteś, czy co?! – zaatakowała mnie ostatnio. – Umów się z nią nareszcie! Albo powiedz jej wyraźnie, że nie masz na to ochoty! Nie trzymaj dziewczyny w niepewności! Robi z siebie idiotkę, odstrasza naszych klientów. Przesiaduje u nas coraz dłużej, maluje się coraz wulgarniej – wyliczała. – Ubiera się coraz bardziej wyzywająco. Majtki już jej widać spod za krótkiej spódnicy. Dekolty są coraz głębsze. Obcasy coraz wyższe. Paznokcie coraz dłuższe i bardziej drapieżnie pomalowane. Niedługo nogi położy ci na biurku, żebyś zwrócił na nie uwagę. Przewraca oczyma, kokietuje cię każdym ruchem, rozbiera cię wzrokiem. Przesiaduje tu u nas bez przerwy. Odstrasza innych klientów… Nie udawaj, że tego nie widzisz!

Widziałem. Zachowanie Sandry nie przeszkadzało mi, ale nie budziło też żadnych emocji. Ostatnio była w koronkowej kremowej bluzce, która pozornie grzeczna, rozpięta była do połowy klatki piersiowej, umożliwiając podziwianie brzegu mocno wykrojonej czarnej bielizny, opięta spódnica kończyła się tuż za linią przejścia pośladków w uda, a całości dopełniał zapięty tuż nad prawą kostką pokaźnej grubości łańcuszek, które ogniwa przypominały pękate serca. Sandra w niczym nie przypominała Małgorzaty. Ze swoim hałaśliwym sposobem bycia, wyzywającym makijażem i rubasznym poczuciem humoru była przeciwieństwem Gośki. Małgorzata była subtelna, delikatna, taktowna, piękna… A może to tylko ja ją sobie wyidealizowałem? Jeżeli to był naprawdę taki chodzący po ziemi anioł, to dlaczego do dziś nie mogę się podnieść? Anioł? Bywają przecież również upadłe anioły. Chyba najwyższy czas, żeby spróbować choć trochę się otrząsnąć z tamtych wspomnień. Odwiedziny Brzeckiego zupełnie mi nie pasowały. Tą wizytą wstrzelił się w najgorszą z możliwych dat. Posadziłem go w salonie, poczęstowałam tym, co znalazłem w lodówce, i próbowałem się przebrać. On pomiędzy kęsami czerstwego już odrobinę chleba i łykami gorącej herbaty usiłował przybliżyć mi zagadnienia referowane na zakończonym wczoraj wieczorem kongresie. Nie przerywałem mu. Gdzieś tam w środku nieustannie czułem do niego szacunek. W końcu kiedyś był moim szefem. Słowo „szef” nie oddawało do końca tego układu. Nie przystawało do tej relacji. Myślę, że należałoby powiedzieć, że zawsze był dla mnie autorytetem i przyjacielem. Wzbudzał szacunek odruchowo, chociaż o niego nie walczył. Nigdy natomiast nie wzbudzał strachu. Przyjął mnie po studiach na staż, pozwolił zostać na oddziale, był kierownikiem mojej specjalizacji, pomógł mi załatwić formalności, kiedy zdecydowałem się na wyjazd i na zdobywanie podspecjalizacji za granicą. Może gdzieś tam w środku wierzył, że wrócę i wesprę wiedzą i nowymi umiejętnościami jego zespół, a może po prostu chciał mi pomóc. Siedział, jadł i opowiadał o kongresie, a ja mu nie przerywałem. Może powinienem był mu od razu powiedzieć, że to nie są już moje tematy, że zrezygnowałem, że nie praktykuję… Parę razy otwarłem nawet usta, żeby mu przerwać, ale jakoś szkoda mi było starego. On zawsze we mnie wierzył.

– Wychodzisz gdzieś? – Oprzytomniał nagle, kiedy stanąłem przed nim prawie gotowy do wyjścia. Jeszcze mi tylko kurtki i butów brakowało. – Trzeba było powiedzieć, że ci przeszkadzam… – dodał zmieszany. – Przecież to normalne, że masz swoje plany… Poszukałbym sobie noclegu na mieście…

Poczułem się niezręcznie. Nie widziałem go przez trzy lata. Tuż po swoim wyjeździe dzwoniłem do niego regularnie. Później wszystko się oddaliło i wyblakło. Rozmowy stawały się coraz rzadsze i coraz krótsze. Doświadczenia zawodowe zaczęły się na tyle różnić, że w pewnym momencie nie było już o czym rozmawiać. Zresztą we mnie nagromadziło się już zbyt dużo frustracji. On należał do fanów naszego zawodu. Sądziłem, że mnie nie zrozumie. Odkąd przestałem praktykować, unikałem z nim kontaktu. Chciałem jak najdłużej oszczędzić nam obu tej rozmowy.

– Myślałem, że pójdziemy razem – skłamałem gładko. – Mam umówione spotkanie. Nie zdążyłem go przełożyć. Zresztą byłoby mi trochę niezręcznie. Zaskoczyłeś mnie, zadzwoniłeś tak niespodziewanie. Mam nadzieję, że z przyjemnością zjesz grecką kolację…

– Nie chciałbym przeszkadzać… – wahał się jeszcze.

– Nie będziesz przeszkadzał. Posiedzimy, pojemy, pogadamy…

Myślę, że decydujące znaczenie miało słowo „kolacja”, które obiecywało sytość zamiast widoku suchego, trudnego do przełknięcia chleba i nędznych resztek jakiegoś podsychającego salami. Patrzyłem jak wkłada na siebie płaszcz. Postarzał się trochę. Jednak czas jest dla wszystkich równie bezlitosny. Ta grecka restauracja, w której umówiłem się z Sandrą, znajduje się przy wąskiej uliczce w cichej dzielnicy miasta. Nigdy jakoś tu wcześniej nie byłem. Nie moja okolica, a może też nie do końca moje klimaty. Zresztą z kim miałbym tu bywać? Po rozstaniu z Małgorzatą stroniłem od nastrojowych wnętrz, nie tęskniłem jakoś do kolacji przy blasku świec, unikałem sentymentalnej muzyki. Niech będzie, że mi się przejadło… Usiedliśmy w rogu, pomiędzy ścianą z widokiem świątyni Ateny Nike a ścianą z widokiem portyku z kariatydami z Erechtejonu na ateńskim Akropolu. Byliśmy kiedyś z Małgorzatą w Atenach. To były szalone greckie wakacje. Wypiłem wtedy litry metaxy, nauczyłem się tańczyć zorbę, dumny byłem z tego, że moja dziewczyna przyciąga wzrok innych facetów. Pamiętam jej ciało opalone na złocisty brąz, oblepione mieniącymi się w słońcu złotem drobinami miki na jednej z najpiękniejszych plaż świata Koukounaries na wyspie Skathios. Pamiętam strużki wody ściekające z jej włosów, niknące gdzieś za brzegiem skąpego stroju, który starając się coś ukryć, jakby na przekór podkreślał wszystko wyraźniej. Pamiętam rozgwieżdżone letnie niebo, oświetlony blaskiem księżyca zarys świątyni, jej słowa zgaszone pocałunkiem, moje niespokojne ręce wędrujące po jej ciele coraz śmielej, coraz odważniej, coraz bezwstydniej… Nawet teraz dreszcz przebiegł mi po skórze. Szlag by trafił te wspomnienia! Czyżby mi jeszcze nie przeszło?! „To tylko grecka restauracja – pomyślałem – grecka restauracja w zupełnie innej części Europy. To nie ma nic wspólnego z Małgorzatą”. Zamówiłem metaxę. Wypiłem jednym haustem. Pomyślałem, że mi pomoże. Nie pomogła. Smak i zapach metaxy przyciągnęły jeszcze intensywniejsze wspomnienia. Pamiętam, obudziłem się, a jej przy mnie nie było. Nawet nie poczułem, kiedy wstawała. Stała przy szeroko otwartym oknie owinięta w biały ręcznik i rozczesywała mokre włosy. Magicznie wyglądała w tym świetle księżyca. Ona – nie ona? W zimnym świetle odbitym od srebrnego globu wydała mi się raptem tak nierealna. Ciężkie od wody pasma włosów opadały jej na nagie ramiona. Ręcznik kończył się tuż za linią pośladków, odsłaniając długie nogi. Była jak bogini z greckiej płaskorzeźby – piękna, tajemnicza i nieosiągalna. Jakby przybyła z innego, lepszego świata. Los uśmiechnął się do mnie, dając mi taką dziewczynę… Szlag by to trafił! Przeklęte wspomnienia! Nie ma już w moim życiu Małgorzaty! Nie ma i nie będzie! Naprzeciw mnie siedział Brzecki, nie Gośka! Siedzieliśmy, piliśmy, rozmawialiśmy na zupełnie nieistotne tematy i czekaliśmy na Sandrę. Spóźniła się. Weszła pospiesznie do lokalu. Rozejrzała się po nim bezradnie. Pomachałem jej ręką. Dojrzała nas. Rumieniec na twarzy, rozczochrane włosy i przyspieszony oddech świadczyły o tym, że pewnie biegła.

– Przepraszam. Nie mogłam wyjść wcześniej z pracy… – zaczęła się tłumaczyć. – Wiem, że to okropne. Nie cierpię się spóźniać. Jedna z matek zapomniała, że zostawiła dziecko w przedszkolu i musiałam na nią czekać ponad dwie godziny… Mówiła, że zupełnie wypadło jej z głowy, że mąż pojechał w delegację, a w środy to on odbiera od nas dziecko. Sądziła, że jeszcze ich nie ma, bo gdzieś się trochę zawieruszyli po drodze, co się im ponoć czasami zdarzało. Oprzytomniała, kiedy mąż zadzwonił. Nie czuła się winna. Powiedziała, że zapłaci mi za te nadgodziny, że przecież nic takiego się nie stało… Jakaś nieodpowiedzialna wariatka! Ludzie potrafią bezlitośnie niszczyć innym wszystkie plany – Sandra napędzała się coraz bardziej. Mówiła coraz szybciej, coraz głośniej – To potworne, jak niektórzy swoim życiem wchodzą z butami w życie innych…

– Nic się przecież nie stało – spróbowałem jej przerwać. – Siedzimy, pijemy metaxę, rozmawiamy…

Dopiero teraz podniosła wzrok na Brzeckiego. Spojrzała na niego zaskoczona, jakby go wcześniej nie zauważyła, jakby jeszcze przed chwilą miał dla niej gęstość papierosowego dymu unoszącego się w otaczającym nas powietrzu.

– To mój były szef – rzuciłem wyjaśniająco. Nim zrozumiałem, co palnąłem, było już za późno.

– To pan też z tej branży? – uśmiechnęła się, podając mu rękę. – Co za szczęście! A już myślałam, że dzisiaj los nie uśmiechnie się do mnie. To może pan mi coś doradzi? – kokietowała go. Oparła głowę na dłoni, zamrugała powiekami, kręciła na palcu kosmyk włosów, raz po raz, niby mimochodem, oblizując usta koniuszkiem języka. – Zawsze to inne, nowe spojrzenie. Z panem Maćkiem to nam jakoś nie wychodzi. – Uśmiechnęła się przepraszająco w moją stronę. – W pierwszej chwili wszystko pasuje i wydaje się idealne – kontynuowała bezlitośnie – żeby po paru dniach okazać się znowu niewypałem. Pan jest od niego starszy i pewnie bardziej doświadczony. W tej dziedzinie, jak we wszystkich, nie tylko wiedza, ale i doświadczenie się liczy – paplała jak najęta, mizdrząc się do niego. – Panowie macie taką ciekawą pracę. Nie to co ja. U mnie w kółko te dzieci i dzieci… Zasmarkane, brudne, obsikane, marudzące, płaczące… Monotonia i koszmar. Każdy dzień od rana do późnego popołudnia jest taki sam. I do tego ci wiecznie niezadowoleni rodzice – wyrzucała z siebie jednym tchem. Usta się jej nie zamykały. – Nie wiem, czy powinnam pracować w tym zawodzie. Chyba nie jestem stworzona do tej pracy…

Brzecki przyglądał jej się z rosnącym zainteresowaniem. Przymrużył oczy. Przesuwał wzrok po jej rozczochranych włosach, brudnych od jakiejś farby dłoniach, krzykliwie pomalowanych paznokciach. Ciekawe, o czym myślał? Czy przyszło mu do głowy, że ona jest odrobinę kopnięta?

– Wspomniała pani, że mógłbym w czymś pani pomóc… – przerwał jej. Pewnie i on nie chciał słuchać o pracy w przedszkolu. Oprzytomniałem. Raptem zrobiło mi się gorąco. Niech to szlag trafi! Za chwilę wszystko się sypnie.

– Widzi pan, ja jakoś nie mogę się zdecydować. Trudno jest czasami podjąć decyzję… – bredziła bez sensu.

– Proszę powiedzieć, o co chodzi – zachęcał ją Brzecki. – Może będę potrafił coś pani doradzić…

Z minuty na minutę robiło mi się coraz bardziej duszno. W tej knajpie brakowało powietrza. On oczekiwał pytania na jakieś medyczne tematy, ona rady w sprawie podróży.

– Wie pan, ja nie mam za dużo pieniędzy – zaczęła Sandra z innej strony. – Może dlatego chciałabym je sensownie wydać…

– Nie jest pani ubezpieczona? – Stary spojrzał na nią uważnie.

– Jestem. Zawsze się ubezpieczam. Na to, żeby się nie ubezpieczać, mogą sobie pozwolić tylko ludzie bardzo bogaci. Chociaż wiadomo: im kto ma więcej, tym więcej może stracić…

Postanowiłem ratować sytuację. Chciałem przywołać gestem kelnera. Jak na złość, już od dłuższej chwili stał odwrócony do nas plecami i próbował przyjąć zamówienie od pary siedzącej tuż pod ścianą. Zdesperowany kopnąłem w nogę stołu. Naczynia zadrżały. Chybotliwa powierzchnia trunku omiotła ścianki kieliszka. Ani jedna kropla na spadła na biały obrus. Niech to diabli, nawet kopać nie umiem! Brzecki obrzucił mnie pełnym zdziwienia spojrzeniem. Co mnie pokusiło, do jasnej cholery, żeby zabrać go ze sobą do tej restauracji?! Krok po kroku zbliżaliśmy się do nieuchronnej katastrofy.

– Poczekaj! – rzucił w moją stronę. – Zamówimy później. Nie na wszystkie tematy rozmawia się dobrze przy jedzeniu. Więc w czym mógłbym pani pomóc? – kolejny już raz zwrócił się do Sandry.

– Nie mogę wymyślić niczego idealnego dla mnie. Na co dzień mój tryb życia jest raczej siedzący. Tyle co trochę spacerów i zabaw z dziećmi. Wiem, że trzeba to zmienić. Nie do końca to zdrowe… Rozumiem, że należy być aktywnym, ale od wczoraj mam coraz więcej wątpliwości. Nie jestem pewna, czy nurkowanie jest dla mnie. Nie wiem, czy narty wodne mogą się stać moim hobby. Żeglowanie też brzmi kusząco, ale ponoć to tylko tak spokojnie wygląda… Koleżanka z pracy mówiła mi, że kiedy mocniej zawieje, to przechył jest duży, trzeba balastować ciałem, czasami aż plecami dotyka się wody…

Oczy starego stawały się coraz większe i większe. Przypuszczam, że Brzecki nagle przestał cokolwiek rozumieć. Za to dla mnie stało się jasne, że Sandra chce znowu zrezygnować z mojej ostatniej oferty. Wakacje w Dalmacji też nie przypadły jej do gustu.

– Tym się nigdy nie zajmowałem… – Brzecki przerwał jej rozdrażniony. Staremu zawsze było trudno się przyznać, że na czymś się nie zna. – To nie moja dziedzina – mówił zakłopotany. – Widzi pani, sportem zajmuje się…

Myślę, że chciał powiedzieć: medycyna sportowa. Może dodałby jeszcze, że on jest internistą, a właściwie znakomitym diabetologiem. Nie dała mu dokończyć.

– Ja nie mówię o sporcie – przerwała mu gwałtownie. – Ja pytam o alternatywy…

– Chyba nie rozumiem… – bąknął pod nosem zaskoczony.

– Pan Maciek zaproponował mi wyjazd do południowej Dalmacji… Żaglówki, rowery wodne, nurkowanie…

– O tym to już musicie państwo sami porozmawiać – przerwał jej Brzecki mocno już poirytowany. – To jest już tylko prywatna sprawa pani i pana Maćka.

– Dlaczego moja i pana Maćka? Jaka prywatna sprawa? My z panem Maćkiem prywatnie się nie znamy. – Patrzyła na niego coraz bardziej zdziwiona. – To przecież jedna z ofert biura podróży. Zastanawiałam się już nad różnymi: Szkocja, zamki nad Loarą, Dunaj, Grecja i teraz ta Chorwacja… Żadna z tych propozycji nie jest dla mnie. Myślałam, że skoro pan też pracuje w tej branży, to może panu uda się wymyślić coś bardziej odpowiedniego…

No i katastrofa! Brzecki spojrzał na mnie. Przeszywał mnie wzrokiem na wylot. Uśmiech zastygł na jego twarzy. Myślę, że powoli zaczynał rozumieć. Pewnie poczuł się jak idiota. Raptem żal mi się zrobiło starego.

– W jakim biurze podróży teraz pracujesz? – rzucił niespodziewanie w moim kierunku.

– Prometeusz… – odpowiedziałem obojętnie.

– Też pięknie… Hipokrates przestał ci odpowiadać? Szkoda. – Jego głos aż kipiał od ironii. – Ja bym na pani miejscu pojechał do Norwegii – zwrócił się do Sandry. – Piękny kraj, przyjaźni ludzie, niesamowite krajobrazy… – wymieniał to, co sam w Norwegii najbardziej lubił. Brzecki jeździ tam co roku. Myślę, że nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić innego urlopu. – Latem nie jest tam za gorąco. Nie wszyscy lubią upały. Ja osobiście nie przepadam. Wyprawa na jęzor lodowca latem może być czymś niezapomnianym…

Siedzieliśmy, jedliśmy kolację, czas wlókł się powoli. Nie spieszyło mi się do domu. Na pewno nie po tej towarzyskiej wpadce. Brzecki przyjąłby to zapewne inaczej, gdyby sam mu o tym powiedział. Mogłem sobie wyobrazić ten powrót. Stary raz po raz rzucał na mnie wzrokiem. Znaliśmy się dobrze. W końcu parę lat pracowaliśmy razem. Był wściekły… Sandra opowiadała, śmiała się, żartowała, kokietowała raz mnie, raz jego. Jakby cały czas się zastanawiała, czy woli flirt z facetem w swoim wieku, czy w wieku swojego ojca. A może z obydwoma naraz? Drażniła mnie z minuty na minutę coraz bardziej. Wypiła już znacznie za dużo. Co chwilę wybuchała chichotem. Poklepywała po dłoni raz mnie, raz Brzeckiego, chcąc za wszelką cenę skupić na sobie naszą uwagę. Para młodych ludzi siedząca przy stoliku obok przyglądała się nam coraz ciekawiej. Zaczęli coś szeptać między sobą. Odwracali raz po raz twarze w naszą stronę. Starsza kobieta pijąca samotnie kawę przy stoliku pod ścianą wydęła z dezaprobatą usta. Kelner rzucał w naszym kierunku niespokojne spojrzenia. Budziliśmy ogólne zainteresowanie. Kurczę, ta Sandra to jakaś wariatka! Że też ktoś może być taki porąbany! Dziewczyna z minuty na minutę rozkręcała się coraz bardziej. Mrużyła oczy, stroiła kokieteryjne miny, czarowała nas obu. Opowiadała o koleżankach z pracy, urokach panieńskich wieczorów i jakichś libacjach. Wymieniała swoich byłych narzeczonych, wspominała spędzane z nimi wakacje. Bawiła się guzikami bluzki, jakby mimochodem rozpinając je stopniowo, tak że bluzka na piersiach rozchylała się jej coraz bardziej. Pochyliła się do przodu, pokazując odważnie brzegi czerwonej bielizny i niemieszczące się w miseczkach biustonosza piersi. Założyła nogę na nogę, ruchem dłoni podciągnęła do góry brzeg spódnicy, odsłaniając prawie całe opięte czarnymi rajstopami uda. „Kurde – pomyślałem – ale trafiła mi się znajoma!”. Zupełnie nie znam się na ludziach. Porażka… Totalna porażka! Brzecki nie przywykł do takich zachowań. Próbował odciąć się od niej, ode mnie, od całej tej idiotycznej kolacji. Usztywniał się z minuty na minutę coraz bardziej. Odsunął krzesło od stołu. Poprawił garnitur. Dociągnął krawat. Ale przyjemność zafundowałem staremu! Na pewno nigdy nie zapomni tej kolacji. Jeszcze wczoraj wieczorem, w swym fraku uszytym na wielkie okazje, w spodniach wyprasowanych w kant i śnieżnobiałej koszuli z obowiązkową czarną muszką zamiast krawata, brał udział w balu kończącym międzynarodowy kongres. Na pewno rozsiewał wkoło dystyngowane uśmiechy i rozdawał serdecznie uściski dłoni. Z kieliszkiem szampana w ręku rozprawiał o planach rozwoju swojej kliniki. Chwalił się ostatnimi publikacjami. Słuchał o osiągnięciach innych. Z pewnością spotkał tam wielu przyjaciół. Tak było zawsze w przeszłości, kiedy razem bywaliśmy na kongresach. Szanowany w świecie nauki, lubiany przez kolegów, czuł się tam jak u siebie. Myślę, że jest niewiele miejsc, gdzie on czuje się dobrze. Do takich miejsc należy jego klinika, uczelnia, jego dom i kongresy… Tutaj, w towarzystwie Sandry, musiał się poczuć obco i mało komfortowo. Gdyby nie mój idiotyczny pomysł, to te dwa tak różne światy zapewne nigdy by się nie spotkały. W każdym razie nie w takich okolicznościach. Ależ ja miewam pomysły – dałem jemu i sobie zepsuć wieczór. Sandra w niczym nie przypominała Małgorzaty. Może to i dobrze, ale tak zmęczyło mnie te parę godzin, że na pewno nie miałem już ochoty na żadną bliższą znajomość z Sandrą.

– Co ty wyczyniasz? – warknął Brzecki, kiedy tylko zostaliśmy sami. Minutę wcześniej udało nam się wepchnąć ledwie trzymającą się na nogach Sandrę do taksówki. Na policzkach starego odcisnął się ślad jej szminki, po tym jak pocałowała go na pożegnanie. Jeszcze machała nam ręką, jeszcze wysyłała buziaki, jeszcze przed chwilą krzyczała przez uchylone okienko raz do mnie, raz do niego.

– Skąd ty bierzesz takich znajomych? – burknął Brzecki pod nosem, kiedy taksówka z Sandrą zniknęła za najbliższym zakrętem.

– To klientka… Nie znałem jej bliżej…

– Tego to się już domyśliłem…

Zamilkł. Przetarł ręką policzek, rozmazując po twarzy krwistoczerwoną szminkę. Spojrzał na swoją dłoń z nieukrywanym obrzydzeniem. Zaczął trzeć policzek chusteczką. „On jest jednak z innych czasów – pomyślałem. – Kto dzisiaj używa tych płóciennych chusteczek?”. Jego idealnie pasowała do koloru garnituru i koszuli. Była niebiesko-granatowa, staranie wyprasowana i nienagannie złożona. Stary zawsze był sztywny. W pracy jego ubranie też było zawsze nieskalanie czyste, sztywne i wyprasowane, jakby je zmieniał parę razy dziennie. Pamiętam, jak kiedyś spytał mnie po dyżurze, czy przypadkiem nie spałem w swojej szpitalnej bluzie, bo wygląda, jakby mi służyła za piżamę. Teraz patrzył z nieukrywaną niechęcią na pobrudzoną szminką chusteczkę. Obciągnął płaszcz. Zapiął guzik pod szyją. Przeczesał dłonią włosy. Próbował się otrzepać i otrząsnąć z tej dopiero co przeżytej zawieruchy. Ruszyliśmy powoli w kierunku mojego domu.

– Co się dzieje? – spytał niespodziewanie. – Straciłeś pracę? W tym kraju ponoć brakuje siedmiu tysięcy lekarzy. Biura pośrednictwa pracy robią wprost polowania na lekarzy skłonnych wyjechać do Niemiec. Internista bez pracy? Nie mów mi takich rzeczy. Trudno w to uwierzyć. Zresztą ty miałeś przecież podpisany kontrakt na całą specjalizację…

– To zupełnie inna sprawa… – burknąłem pod nosem, pewnie jego zdaniem niegrzecznie. To nie było dobre miejsce ani właściwy czas na taką rozmowę. Nie miałem ochoty o tym gadać. W każdym razie nie teraz. Ten temat męczył mnie i drażnił. Chciałem oszczędzić sobie rozrywania szat i zgrzytania zębami. Miałem wrażenie, że zrozumie mnie każdy, tylko nie Brzecki.

– Wylali cię? Popełniłeś błąd? Zawiesili cię w pracy? Poszedłeś pijany na dyżur? Straciłeś prawo wykonywania zawodu? – Rzucał pytanie za pytaniem tonem żądającym natychmiastowej odpowiedzi.

– Nie – zaprzeczyłem gwałtownie. – Nic z tych rzeczy.

– Nie? – spytał z niedowierzaniem. – To co się stało?

– Przestałem praktykować – powiedziałem powoli, jakby tempo wypowiadanych słów mogło wpłynąć na ich odbiór. Nie wpłynęło.

– Co ty mówisz?! – prawie krzyknął. – Co ty mi tu opowiadasz?! Jak to przestałeś praktykować? To jakiś idiotyzm…

– Doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie… – spróbowałem mu przerwać. – Nie chcę być lekarzem…

– Coś podobnego! – Wpadł w bezdech. – Tobie się coś w głowę stało? Sześć lat studiów, specjalizacja… Dziesiątki nieprzespanych nocy i ciężkich dni… I to wszystko to była para w gwizdek, kaprys, zachcianka… A teraz nagle wpadłeś na pomysł, że to cię nie rajcuje? Nagle ci się odechciało? – Napędzał się coraz bardziej.

– To nie było nagle.

– Co?

– Myślałem o tym już od dawna. W każdym razie od wielu miesięcy. To we mnie narastało – mówiłem spokojnie. Nie chciałem dać mu się sprowokować. Dodatkowe emocje były mi niepotrzebne. Ten wieczór dostatecznie mnie już zmęczył. – Każdego dnia czułem się w tym zawodzie coraz gorzej i gorzej, aż pewnego dnia stwierdziłem, że już nie chcę.

– Co ty bredzisz?! Sam nie wiesz, co mówisz! Może masz depresję? Choroba jak każda inna, też trzeba ją leczyć. Zawsze byłeś dobrym lekarzem. Jak to: przestałeś praktykować? Nie masz do tego prawa! – Wykrzyknik gonił wykrzyknik. Stary kiedyś najbardziej ze wszystkich trybów mowy uwielbiał tryb rozkazujący. Jak widać, pod tym względem nic się nie zmieniło. – To jakieś herezje… – mruczał pod nosem. – Z tobą jest coś nie tak. Musimy o tym na spokojnie porozmawiać!

Jakby na przekór temu zamilkł i milczał przez całą drogę do domu. Nie chciał jechać taksówką. Zapragnął spaceru po uśpionym już dawno mieście. Myślę, że potrzebował czasu, żeby ochłonąć. Chyba trochę przerósł go ten wieczór. Najpierw Sandra, a teraz ja. Chyba to za dużo jak na jednego człowieka biorącego życie bardzo na serio. W domu też nie spieszył się do rozmowy. Zdjął garnitur, poluźnił krawat, rozpiął koszulę pod szyją, podwinął rękawy, zagłębił się w fotel pod oknem. Przymknął oczy i wydawał się drzemać. To mnie nagle zaczęło bardzo zależeć na tej rozmowie. Chciałem mieć ją już za sobą, chciałem się od tego uwolnić. Winny mu byłem wyjaśnienia. W końcu dużo mu zawdzięczałem.

– Myślę, że nigdy tak naprawdę nie pasowałem do tego zawodu…

– Czyżby? – przerwał mi błyskawicznie. Spojrzał w moim kierunku uważniej. – Ja byłem w tej kwestii odrębnego zdania… Widocznie zupełnie nie znam się na ludziach. Twoim zdaniem bardziej pasujesz do pracy w biurze podróży? – Powiało lodowatym chłodem.

– Może… Przynajmniej dopóki nic innego nie wymyślę. To takie chwilowe zajęcie… – odruchowo zacząłem się bronić. – Poza medycyną niewiele umiem – próbowałem mu wytłumaczyć. – Podróże to zawsze było moje hobby. Ja akurat rozstałem się z zawodem, oni kogoś szukali… Znajomy naraił mi tę pracę. Poszedłem na rozmowę. Pasowałem im do zespołu. Oni mi też pasowali. Na razie jest nam razem po drodze… Nie znam się na tym specjalnie. Muszę się jeszcze wiele nauczyć. W każdym razie w tej pracy odpoczywam…

– Odpoczywasz… – powtórzył za mną jakby bezwiednie. – Mówisz, że ty się już w życiu napracowałeś? – Jego głos aż kipiał od ironii.

– To nie chodzi o pracę. Odpoczywam od stresu, od powalających emocji, których nie potrzebuję, od decyzji, które mnie przytłaczają, od odpowiedzialności, która mnie zabija…

– Chyba nie rozumiem… – Spojrzał na mnie zaskoczony.

– To taka spokojna praca – ciągnąłem dalej. – Bo co może się tutaj zdarzyć? W najgorszym wypadku klient będzie niezadowolony. Zawsze można przeprosić… Nie da się tego porównać do błędu w diagnozie, pomyłki w leczeniu… Jeszcze nic się nikomu nie stało z powodu spóźnionego odjazdu autobusu, niesmacznego jedzenia, przesuniętego o parę godzin odlotu ani nawet pokoju z karaluchami…

– Własnym uszom nie wierzę…

Odwrócił wzrok. Przymknął oczy. Zaczął bębnić palcami po poręczy fotela. On chyba nie chciał mnie zrozumieć. Myślę, że poczuł się mną rozczarowany. Za bardzo zaangażował się w mój rozwój zawodowy, żeby przyjąć spokojnie moją decyzję. Może nawet czuł się oszukany. Nagle poczułem się winny.

– Nie wiedziałem, co robię, wybierając ten zawód – zacząłem się tłumaczyć. – Myślę, że dziewięćdziesiąt procent wybierających te studia nie ma pojęcia, na co się decyduje. Magia zawodu, prestiż społeczny, biały fartuch, czyste ręce i to odurzające bardziej niż narkotyk uczucie, że inni cię potrzebują… – Początkowo mówiłem szybko, później, widząc, że mi nie przerywa, coraz wolniej. Nikomu tego wcześniej nie mówiłem. Do niedawna nie potrafiłem się do tego przyznać nawet sam przed sobą. Bardziej to czułem, niż potrafiłem wyrazić słowami. – Spokojny zawód… Bzdury! Zawód musi pasować do człowieka. A może człowiek do zawodu… – Brzecki siedział z zamkniętymi oczami. Milczał. Słuchał. – Przez całe studia wydawało mi się, że ten zawód to moje powołanie, że tylko w nim się zrealizuję. Może dla wielu wybór tego kierunku studiów jest zdroworozsądkową kalkulacją, ale w moim przypadku tak nie było. Ja zawsze chciałem być lekarzem – mówiłem spokojniej. – I nagle mnie to przerosło, pokonało, powaliło na łopatki. Raptem w przeciągu kilkunastu miesięcy ten zawód stał się dla mnie brzemieniem, a z czasem przekleństwem… W pewnym monecie straciłem dystans do tego, co robię. Zacząłem żyć nie swoim życiem, lecz życiem moich pacjentów. Każde pogorszenie stanu ich zdrowia przyjmowałem jako własną porażkę. Każdy zgon stawał się moją totalną klęską. Pracowałem już na okrągło, a i tak wydawało mi się, że wszystko wymyka mi się z rąk. Powoli narastała we mnie niepewność, która zaczęła się przeradzać najpierw w bezimienny lęk, a później w ściśle określony strach, że czegoś nie dopatrzę, że przeoczę, że się pomylę, że przeze mnie umrze jakiś człowiek. Pracowałem coraz więcej i więcej. Utraciłem pewność siebie. Kładłem się spać, a przez moją głowę przewalały się nie sny, lecz tabuny pacjentów. Miniony dzień przesuwał mi się przed oczami jak film. W nocy wszystko wyglądało inaczej. Lęk i niepokój narastały. Potrafiłem usiąść na łóżku zlany potem, z przeświadczeniem, że się pomyliłem… – Nie patrzyłem już w stronę Brzeckiego. Postanowiłem to powiedzieć, a z każdym wypowiadanym słowem czułem się lepiej. – Wiele razy zdarzyło mi się dzwonić w nocy na oddział, żeby kolejny raz sprawdzać badania pacjentów, kolejny raz skontrolować samego siebie. Nie dowierzałem sobie i przestałem ufać innym. Zaczęło mi się wydawać, że jeśli ja czegoś nie zrobię, to nikt tego nie zrobi. Nie potrafiłem się zdystansować. Przychodził weekend, a ja już w piątek obawiałem się poniedziałku. Każda moja myśl była myślą o pacjentach. Nie miało znaczenia, gdzie byłem, nie liczyło się, co robiłem, w podświadomości byli tylko oni. W głowie kłębiły mi się diagnozy, badania, leki, zaplanowane ścieżki diagnostyczne i twarze pacjentów… Potrafiłem w trakcie seansu wyjść z kina, bo nagle nachodził mnie lęk, że czegoś nie dopatrzyłem. Dzień i noc towarzyszył mi wewnętrzny niepokój. Wcześniej potrafiłem odpoczywać. Jeździłem na nartach, grałem w tenisa, pływałem, chodziłem z plecakiem po górach… Z czasem zacząłem mieć wrażenie, że do tego odpoczynku nie mam prawa. Ciągle towarzyszyło mi głupie poczucie winy, że ja tutaj jeżdżę na nartach, a przecież komuś mogę być właśnie potrzebny… Nie mogłem już wytrzymać sam z sobą. Wiedziałem, że to nienormalne. Wiedziałem, że z dnia na dzień idiocieję. Pokonała mnie nadmierna empatia. Zabił mnie totalny brak asertywności, źle rozumiane poczucie odpowiedzialności. To, co inni we mnie cenili, z każdym dniem niszczyło mnie coraz bardziej. Nie nadaję się do tego zawodu. Gdybym go nie porzucił, to on by mnie zabił. Odetchnąłem z ulgą, kiedy złożyłem wypowiedzenie w szpitalu i kiedy przekazałem koledze moją praktykę. Powiedziałem, że ze względów osobistych. Nie tłumaczyłem jakich. Pewnie i tak nikt by tego nie zrozumiał. To była jedyna rzecz, jaką mogłem zrobić. Poczułem, jakby nagle ktoś zdjął ze mnie niewyobrażalny ciężar. Od trzech miesięcy pracuję w tym biurze podróży. Powoli zacząłem się uspokajać…

Nadal milczał. Nawet się nie poruszył. Siedział ze spuszczoną głową. Pomyślałem, że pewnie zasnął. Niech to szlag trafi, ale się nagadałem do śpiącego faceta!

– Czy mogę ci jakoś pomóc? – usłyszałem za swoimi plecami, kiedy ruszyłem w stronę kuchni z zamiarem wypicia herbaty.

***

Siedział, jadł powoli śniadanie, nie mówił nic o pracy. Mnie też już znudził ten temat. Nie miałem ochoty do niego wracać.

– Wiesz, byłem zaproszony na spotkanie twojego roku – powiedział niespodziewanie. – To było jakiś miesiąc temu. Niespecjalnie lubię takie imprezy, ale rektor nalegał… W sumie przyjechało sporo osób…

„A jednak – pomyślałem z niechęcią – za chwilę się okaże, że stary miał cel, żeby tutaj przyjechać. A myślałem, że rzeczywiście odwiedził mnie tylko przypadkiem i zupełnie bezinteresownie”. Po moich wczorajszych, zdecydowanie zbyt szczerych wynurzeniach marzył mi się jakiś zupełnie neutralny temat przy śniadaniu. Ten do neutralnych nie należał. O spotkaniu wiedziałem. Adam doniósł mi o tym przez telefon. Przysłał mi nawet zaproszenie. Nie miałem ochoty. Po co miałbym tam jechać? Po to tylko, żeby powiedzieć, że ja kończę z medycyną i żeby się dodatkowo katować widokiem Małgorzaty. Adam przesłał mi parę zdjęć z tego zjazdu. Na jednym z nich, na zdjęciu naszej grupy, zupełnie z przodu, po prawej stronie, obok Mariusza stała Małgorzata. Nic się nie zmieniła. Długie jasne włosy opadały jej na ramiona. Jasna koronkowa bluzka wykończona była atłasową stójką i szerokim atłasowym paskiem, a wąska czarna spódnica kończyła się tuż ponad kolanami. Byłem wściekły na siebie, że mi się nadal podoba. Ludzie to idioci, uwielbiają ranić sami siebie! Należę chyba do tych przedstawicieli ludzkiego gatunku, którzy są pozbawieni instynktu samozachowawczego i z pełną świadomością podążą ku samozagładzie. W każdym razie można tak stwierdzić na tym przykładzie. Postawiłem zdjęcie na szafce przy łóżku w sypialni i powtarzałem sobie, że jej nienawidzę. Nie pomogło. Zdjęcie stoi tam nadal, chyba tylko po to, żebym każdego dnia mógł na nowo rozpamiętywać moją głupotę i przeżywać gorzki smak przegranej.

– To było spotkanie absolwentów i ich rodzin. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Brzeckiego. – Przewidziano nawet atrakcje dla dzieci – cedził powoli słowo za słowem. Nie miałem pojęcia do czego zmierza. – Wziąłem z sobą mojego Bartka…

Zupełnie zapomniałem, że Brzecki parę miesięcy po moim wyjeździe został dziadkiem. Jego córka Karolina wyszła za mąż tuż po studiach. Kiedyś lubiliśmy się z Karoliną. Byliśmy w jednej klasie w ogólniaku. Ona po maturze nie poszła w ślady ojca. Nie chciała słyszeć o medycynie. Studiowała architekturę. Kiedy była na pierwszym roku, poznała Mariusza. To był kumpel z mojej studenckiej grupy. Przypadli sobie do gustu i tak już zostało. Jako przyjaciel obojga byłem drużbą na ich ślubie. Wszystko mi się przez te ostatnie wydarzenia oddaliło i pomieszało. Prawie o tym zapomniałem. A może chciałem zapomnieć? W końcu byłem na ich ślubie z Małgorzatą. Pamiętam, jak Gośka chwyciła rzucony przez pannę młodą bukiet. No i wkrótce wyszła za mąż, tylko nie za mnie. Jak tu nie wierzyć w zabobony?

– Zgadnij, z kim się bawił Bartek? – Głos Brzeckiego przedarł się przez cienie wspomnień.

– Nie mam pojęcia – burknąłem niechętnie. Skąd mam wiedzieć, z kim mógł się bawić Bartek?

– Z synkiem Małgorzaty… – powiedział niespodziewanie.

„Z synkiem Małgorzaty” – powtórzyłem za nim w myślach. Małgorzata… Jednak mi nie przeszło. To imię nadal miało dla mnie moc gromu. Serce zabiło mi mocniej. Ścisnęło mnie coś w gardle. Niech tego Brzeckiego gęś kopnie! Sadysta się znalazł, przyjechał znęcać się psychicznie nade mną! Temat „Małgorzata”, jak widać, nie należał jeszcze do przebrzmiałych i obojętnych mi tematów. Próbowałem skoncentrować się na śniadaniu. Mieszałem kawę, starałem się nie zadławić czerstwą bułką, kolejny raz wmawiałem sobie, że lubię powidła śliwkowe z cynamonem. Nie miałem specjalnego wyboru. W pustej lodówce stał słoik tych powideł, keczup, zdecydowanie już przeterminowane masło czekoladowe i dawno rozpoczęty słoik dżemu brzoskwiniowego, którego powierzchnia zdołała się pokryć całkiem pokaźnym białym kożuchem pleśni. Brzeckiemu też zaproponowałem te powidła. Nic nie mówił. Może akurat jemu odpowiadało to dziwne połączenie smakowe.

– Mówiłem, że widziałem Małgorzatę z synkiem… – powtórzył Brzecki. Szkoda, że nie zadławił się przy tym tą czerstwą bułką.

– Słyszałem – odpowiedziałem rozdrażniony. – Nie miałem ochoty na spotkania ze znajomymi…

– Ja nie mówię o znajomych, tylko o Małgorzacie… – przerwał mi z niesmakiem.

Uwziął się na mnie czy co? Nigdy wcześniej nie podejrzewałem go o taki brak taktu. Nawet wtedy, przed trzema laty, kiedy wydarzyło się to wszystko, kiedy nawalałem ciągle w pracy, nie rozmawiał ze mną na ten temat. Udawał, że nic się nie stało, że niczego nie zauważa… Nagle teraz, po paru latach, z niewiadomego dla mnie powodu postanowił podroczyć się ze mną, podrażnić mnie imieniem Małgorzaty.

– Na spotkanie z Gośką też nie miałem specjalnej ochoty… – wycedziłem niechętnie, wyraźnie akcentując każde słowo.

Podniósł wzrok znad smarowanego właśnie pieczywa. Spojrzał na mnie uważniej.

– Skoro tak mówisz… Pewnie wiesz, co mówisz… Mam przynajmniej taką nadzieję – rzucił w przestrzeń ponad moją głową i zamilkł. Zajął się smarowaniem bułki. Nie odzywał się już do końca śniadania. Ja też milczałem. Znowu odżyło we mnie to wszystko. Szlag by trafił takie odwiedziny!

Odwiozłem go na lotnisko. Wytaszczyłem nawet jego walizkę na terminal. Nagle zapytał mnie, czy czytałem jego ostatnią publikację poświęconą nowym lekom stosowanym w leczeniu cukrzycy. Wetknął mi w rękę majowy numer „Diabetologii Klinicznej”, uściskał mi mocno dłoń na pożegnanie, jak dawniej poklepał po plecach i oddalił się w kierunku punktu odpraw.

***

Cały dzień walczyłem z sennością. Wskazówki ściennego zegara, który w zamierzeniu tworzącego go artysty był wykonany na podobieństwo zegara z Wieży Zegarowej w Wenecji i miał zachęcać klientów odwiedzających nasze biuro do podróży do słonecznej Italii, przesuwały się wyjątkowo powoli. Miałem wrażenie, że baterie się wyczerpały. Niestety czas wskazywany przez moją komórkę biegł równie wolno i różnił się tylko o dwie minuty od tego na ścianie. Ruch w biurze był niewielki. Ci, którzy chcieli zarezerwować letnie wyjazdy, korzystając z dużych rabatów, zrobili to już przed paroma miesiącami, inni czekali na targi turystyki i na last minute. Maj to nie jest dobry okres na wakacyjne rezerwacje. Było jeszcze trochę ruchu w końcu kwietnia, tuż przed długim weekendem. Wielu klientów, zachęconych niespotykanie słoneczną i ciepłą jak na tę porę roku pogodą, szukało w ostatniej chwili ofert. Nagle wszystkim zamarzył się wyjazd nad morze. Sprzedaliśmy też sporo wyjazdów zaplanowanych w okresie Zielonych Świątek. To w Niemczech jeszcze jeden długi weekend, przedłużony o wolny poniedziałek. Teraz ruch osłabł, jakby wszyscy czekali już na wakacje. Na moje nieszczęście zadzwoniła Sandra. Szczebiotała jak zawsze. Chciała koniecznie zrezygnować z rezerwacji w Chorwacji i zmienić południową Dalmację na Norwegię. Niech tego Brzeckiego szlag trafi! Samo wspomnienie wczorajszego wieczoru napawało mnie niechęcią. Mieliśmy w ofercie tramping po Skandynawii, ale na myśl o tym, że musiałbym się spotkać z Sandrą, oblałem się zimnym potem. Nie przeżyłbym jeszcze raz takiego wieczoru. Kiedy wyobraziłem sobie, że będzie mnie kokietować w biurze, to doszedłem do wniosku, że moja prowizja jest niczym w porównaniu z czekającą mnie męką. Skłamałem gładko. Powiedziałem, że Skandynawii chwilowo nie mamy w ofercie, i zaproponowałem poszukanie czegoś w innym biurze podróży. Powiedziałem, że widziałem ciekawą propozycję TUI. Niemożliwe, żeby czegoś takiego w swojej ofercie nie mieli – uciszałem swoje sumienie. Ewka patrzyła na mnie podejrzliwie.

– Aż tak źle? Coś wczoraj nie wypaliło? – Zżerała ją ciekawość.

Mnie robiło się słabo na samo wspomnienie tych paru godzin w greckiej restauracji. „Nigdy tam już nie pójdę – pomyślałem. – Kompromitacja”. Pod koniec kolacji Sandra zachowywała się jak kurtyzana, próbująca skończyć ten wieczór w sypialni w towarzystwie dwóch facetów. W pewnym momencie usiadła Brzeckiemu na kolanach, podciągając spódnicę tak wysoko, że co do koloru jej bielizny nikt nie mógł mieć wątpliwości. Podobnie jak biustonosz, który można było podziwiać dzięki rozpiętym do połowy guzikom bluzki, majtki również były czerwone. Stary był przerażony. Wstał gwałtownie. Zdziwiona Sandra usiadła na podłodze. Zaczęła wrzeszczeć, że tak nie traktuje się damy. Nie zrażały jej szepty zbulwersowanych jej zachowaniem restauracyjnych gości. Nie otrzeźwiło jej nawet to, że kelner poprosił nas o opuszczenie lokalu. Koszmar… Nigdy w życiu nie spędziłem tak idiotycznie wieczoru. Totalne pudło! Para w gwizdek! Nic! I do tego jeszcze zbulwersowany Brzecki. Obłęd…

– Nie pasujecie do siebie? – nie dawała za wygraną Ewka.

– Można by tak powiedzieć – warknąłem nieprzyjaźnie.

– Coś ty dzisiaj taki nerwowy…?

Na krótką chwilę zajęła się przekładaniem papierów na swoim biurku. Raz po raz rzucała spojrzenia w moją stronę.

– Nieprzystępna? – zagadała ponownie. Moja lapidarna odpowiedź nie dawała jej spokoju, podsyciła ciekawość.

– Nie, wręcz przeciwnie… Zdecydowanie za gorąca.

– Nie rozumiem… – Przysunęła sobie krzesło do mojego biurka, żeby przypadkiem nie uronić ani jednego słowa z tego, co mruczałem pod nosem.

– Zdecydowanie za gorąca – powtórzyłem odrobinę głośniej.

– Miałam cię zawsze za faceta z temperamentem… Nic nie rozumiem…

– Nawet nie staraj się zrozumieć – mruknąłem pod nosem. – Tego nikt nie byłby w stanie wymyślić… Koszmar… Staram się wymazać ten wieczór z pamięci…

– Niemożliwe! Tak tu leciała na ciebie, a wczoraj dała ci kosza? – Policzki Ewy aż się zaróżowiły z niezdrowej ciekawości.

– Nie… Okazała się miłośniczką trójkątów… – odparłem niespiesznie, wiedząc, że i tak nie da mi spokoju. – Wpadł do mnie wczoraj niespodziewanie mój były szef z Polski. Musiałem zabrać go z sobą na tę kolację. Sandra ma chyba rozległy krąg zainteresowań. Okazało się, że mój gość jest w jej guście. Raptem bardzo spodobał jej się szpakowaty, nieskazitelnie ubrany i w trudnym do określenia wieku facet. Siedząc na jego kolanach, tak się rozgrzała, że wyproszono nas z restauracji… Koszmar… Wyobrażasz sobie taką siarę? Jeszcze nikt mnie nigdy nie wyprosił z żadnego lokalu…

Parsknęła śmiechem. Nie starała się nawet ukryć rozbawienia. Łzy ciekły jej ze śmiechu po policzkach.

– O rany, ależ miałeś romantyczny wieczór! A twój były szef? – spytała, nagle poważniejąc.

– To facet starej daty. Bierze życie bardzo na serio. Pomyślał, że zwariowałem i mam kopniętych znajomych.

O nic więcej już nie pytała. Przez cały dzień raz po raz rzucała w moją stronę rozbawionym wzrokiem. Próbowałem udawać, że coś robię. Myślę, że bezczynność jest znacznie bardziej męcząca od nadmiaru pracy. Marzyłem tylko o ciszy swojego mieszkania, miękkiej kanapie i ciepłym kocu. Trudno przeżyć dzień po nieprzespanej nocy.

Otwierałem drzwi mojego mieszkania, kiedy na podłogę upadło to podarowane mi przez Brzeckiego czasopismo. Z miesięcznika wysunęło się zdjęcie. W pierwszej chwili odruchowo wsunąłem je z powrotem. Oprzytomniałem dopiero po chwili. Fotografia? Zapewne Brzecki zapomniał ją stamtąd wyjąć. Trzeba będzie odesłać ją staremu… Pewnie to jakieś okolicznościowe zdjęcie z kongresu. Spojrzałem na fotografię i nagle zrobiło mi się gorąco. Wydawało mi się, że gdzieś w głowie czuję bicie mojego serca. Chłopiec na fotografii miał ze trzy lata. Ciemne kręcone włosy opadały mu na czoło. Ciemne rzęsy i brwi podkreślały duże oczy, których tęczówki były tak ciemne, że nie można było zobaczyć źrenicy. Ze śniadą cerą pasowałby do taboru cygańskiego albo do miast południa Europy. Nos, usta, dołeczki na policzkach przypominały mi Małgorzatę. Serce biło mi coraz szybciej i szybciej. Co to za bzdura? Że też Brzecki nie miał co robić, tylko iść na ten zjazd mojego roku. „Niemożliwe – powtarzałem w myślach – to jakiś idiotyczny przypadek”. Widziałem tylko raz męża Małgorzaty, i do tego z daleka. Właściwie to nic nie pamiętam. Był dla mnie wtedy zupełnie nieważny. Liczyła się tylko ona. Może on, jak ja, ma śniadą cerę, czarne włosy i bardzo ciemne oczy…

***

Po zamknięciu targów turystyki poszliśmy razem na kolację. Bogu dzięki, wybór padł na zupełnie inną restaurację, a wschodnie klimaty i sushi nie przywoływały wspomnień z tamtej greckiej restauracji. Byliśmy z siebie zadowoleni. Przez trzy dni próbowaliśmy z Ewą, Frankiem i Jessi pozyskać jak najwięcej klientów. Oferując zniżki i rabaty, czarując i uśmiechając się, udało nam się sprzedać zawrotną liczbę – ponad czterysta – wyjazdów, poczynając od wakacyjnych, poprzez jesienne i zimowe. Wydawało mi się, że nie tylko nogi bolą mnie od stania, ale również twarz od uśmiechania się. Nawet ochrypłem od ciągłego mówienia i zachwalania. Toast gonił toast. Bawiliśmy się wyśmienicie. Nareszcie mogliśmy odetchnąć z ulgą. Wyszliśmy na prostą. Zdecydowanie ustabilizowaliśmy sytuację finansową naszej firmy. Było co świętować. Zdrowo podpity wróciłem do domu około drugiej w nocy. Właśnie rozważałem, czy mogę się położyć spać w ubraniu, czy jednak muszę się przebrać, kiedy niespodziewanie rozdzwonił się telefon. W pierwszej chwili nie miałem ochoty go odebrać, ale ktoś uwziął się na mnie. Telefon dzwonił i dzwonił bez końca. Parę sygnałów i przerwa wymuszona włączeniem się poczty głosowej. I znowu od nowa, bez końca. Trzeba mieć tupet, żeby do kogoś tak dzwonić w środku nocy.

– Słucham – warknąłem wrogo do słuchawki. Zapewne zabrzmiało jak: „czego?”

– Przeszkadzam ci? – chłodny głos Brzeckiego sprowadził mnie błyskawicznie na ziemię.

– Nie – próbowałem oprzytomnieć, ale język odmawiał mi posłuszeństwa. Że też u mnie alkohol ma największy wpływ na ośrodek mowy. – Właśnie wszedłem do mieszkania… – próbowałem artykułować wyraźnie.

– Czyżby po takiej jak tamta kolacji? – Głos starego aż kipiał od ironii.

– Nie – mój język coraz bardziej przypominał kołek. Zaczynałem mieć problem z artykulacją. – Zwykle nie spotykam się z wariatkami… Tamten wieczór to był totalny przypadek. Nie cierpię czerwonej bielizny… Zresztą, pomijając bieliznę, ona nie jest w moim typie… Zupełnie mi się nie podoba… – Sam czułem, że bredzę coraz bardziej. Alkohol oprócz ośrodka mowy zaczął atakować istotę szarą mojego mózgu.

– Czyżby…? – przerwał mi lodowato Brzecki.

– Nasze biuro podróży odniosło sukces na targach – próbowałem zmienić temat. – Poszliśmy to uczcić… – wybełkotałem. Coraz trudniej było mi się skupić. Jednak to prawda, że alkohol wchłania się powoli. Coraz bardziej szumiało mi w głowie, a pokój zaczął wokół mnie tańczyć. „Nie będę się dzisiaj rozbierał – pomyślałem. – Przecież nie ma nikogo, komu mogłoby to przeszkadzać. Mogę się przespać w ubraniu. Na jutro pewnie znajdę w szafie jakąś czystą koszulę”.

– Jesteś tam jeszcze? – Głos starego docierał do mnie jak z zaświatów, mieszał się z ogarniającą mnie coraz bardziej sennością.

– Jestem… Ale chyba muszę się już położyć… Jakoś dziwnie się czuję…

– Spróbuję skontaktować się z tobą jutro. – Jego głos zabrzmiał lodowato. – Może bardziej niż teraz będziesz się nadawał do rozmowy…

Nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, odłożył słuchawkę. „Idiotyczne – pomyślałem. – Dobijać się do kogoś w środku nocy, a później się rozłączyć”. Nie miałem siły się nad tym zastanawiać. Marzyłem już tylko o tym, żeby położyć się na kanapie i zasnąć.

***

Budzik dzwonił jak oszalały, a mnie się wydało, że umrę. Miałem wrażenie, że głowa rozpadnie mi się na kawałki. W podświadomości plątało się tylko mgliste wspomnienie minionego wieczoru. Ależ mi ta wódka zaszkodziła… Żołądek się zbuntował. Chciał się wywrócić do góry nogami. Na samo wspomnienie zjedzonego sushi robiło mi się niedobrze. Co rusz oblewały mnie zimne poty. Wszystko się we mnie trzęsło. Chyba jeszcze nigdy nie miałem takiego kaca. Cały ranek walczyłem o życie, próbując się spionizować. Zadzwoniłem do biura, że przyjadę później. Dopiero koło południa przypomniałem sobie o telefonie Brzeckiego. Początkowo nie miałem pewności, czy ten telefon należał do rzeczywistości, czy był tylko wytworem mojej pijanej wczoraj wyobraźni. Równie dobrze mógł być odzwierciedleniem podświadomego lęku, że on może zadzwonić. Jeszcze by mi tego po tej wpadce z Sandrą brakowało. Chyba nigdy nie zapomnę zgorszonego wzroku Brzeckiego, którym patrzył raz na mnie, a raz Sandrę. Jakbym to co najmniej ja obnażał biust i pokazywał wszystkim siedzącym naokoło bieliznę! Swoją drogą, może się to Brzeckiemu należało. Przynajmniej raz stary otarł się o prawdziwe życie. Około piętnastej zacząłem być pewny, że jednak z nim rozmawiałem. Powoli udawało mi się odnaleźć w pamięci fragmenty tamtej rozmowy. Zadzwoniłem do niego. Nie było go w pracy. Ponoć około dziesiątej wyjechał na kolejny kongres. Pani Jadwiga z sekretariatu poinformowała mnie, że szef będzie dopiero w poniedziałek w przyszłym tygodniu. Nie odbierał telefonu komórkowego. Pomyślałem, że to musi być zagraniczny kongres. Stary miał w zwyczaju wyłączać komórkę, kiedy wyjeżdżał z kraju. „Pewnie mi się to tylko śniło – próbowałem uciszyć mój niepokój. – Po co Brzecki miałby do mnie dzwonić?”. Od tamtej jego niespodziewanej wizyty nawet z sobą nie rozmawialiśmy. Bo niby o czym? O jakimś zdjęciu? O nieuzasadnionych insynuacjach? Wścibskim wtrącaniu się w cudze życie? Nowych lekach stosowanych w leczeniu cukrzycy? „Pewnie nikt wczoraj nie dzwonił – pomyślałem kolejny już raz – to tylko głupia wyobraźnia płata mi figle”. Po nadmiarze alkoholu mogą się śnić różne koszmary, próbowałem oddalić swoje wątpliwości. Godziny w biurze wlokły się w nieskończoność. Nikt z nikim nie rozmawiał. Inni też kiepsko wyglądali. Nie tylko mnie zaszkodził ten nadmiar sushi i alkohol. Wysyłałem faksy, rezerwowałem noclegi, dogrywałem loty, odfajkowywałem kolejne zamówienia i marzyłem o spokojnym popołudniu. Wróciłem do domu, włączyłem cicho muzykę, zaparzyłem herbatę, usiadłem w fotelu, odtajałem. Kiedy zaczęła mnie ogarniać błoga nicość, rozdzwonił się telefon. „Jakieś fatum – pomyślałem. – Chyba nie jest mi dane odpocząć”.

– Słucham…

– Cześć Maciek, tu Adam. Brzecki prosił, żebym do ciebie zadzwonił. Dzwonił ponoć do ciebie wczoraj, ale nie mógł się z tobą dogadać – zaczął bez żadnego wstępu, dając mi tonem głosu do zrozumienia, że o mojej wczorajszej niedyspozycji wie coś więcej. Zawsze był pupilkiem starego. Taki obślizły dupoliz. Nie cierpię w nim tego. Zresztą prawdę mówiąc, w ogóle nie przepadam za facetem.

– Brzecki prosił, żebyś przyjechał…

– Co mam zrobić? – nie zrozumiałem.

– Mówił, żebyś przyjechał… – powtórzył głośniej.

– Gdzie mam przyjechać? – wciąż niczego nie mogłem pojąć.

– No tutaj, do nas. On musiał dzisiaj wyjechać… Kazał cię przeprosić… Ma wystąpienie na kongresie w Zurychu. Prosił, żebyś się skontaktował z Karoliną… Ona ci wszystko wyjaśni. – Jąkał się idiotycznie. Bredził bez sensu. Zacinał się co dwa słowa… Co mu się stało? Zwykle jest bardziej komunikatywny.

– O czym ty mówisz? Co ty chrzanisz? – nie wytrzymałem. – Przecież to jakiś idiotyzm… Chyba sam rozumiesz. Mam nagle zostawić wszystko i przyjechać… Niby po co? Ja pracuję w nowej firmie…

– To bardzo ważne – przerwał mi gwałtownie.

– Co jest bardzo ważne?

– Nie wiem nic więcej – powiedział niepewnie.

– Coś kręcisz…

Chyba przez przypadek trafiłem w sedno, bo nagle zamilkł. Zastanawiał się, co ma powiedzieć. Znam go dobrze. Byliśmy na studiach w jednej grupie. Nigdy się nie przyjaźniliśmy. Jak na przyjaźń różniliśmy się za bardzo. Istniała między nami zimna poprawność, zaburzana raz po raz jakąś małą sprzeczką lub większą awanturą. Adam był poukładany, przewidywalny i nudny. Ograniczony mnóstwem barier, zakazów i nakazów, które sam sobie narzucił. Mnie zawsze rozpierała energia, pomysł gonił za pomysłem, a na przygotowania do spontanicznego wyjazdu w góry potrzebowałem piętnastu minut. Łączył nas tylko sport. Obaj graliśmy w uczelnianej drużynie siatkówki. Przeżyliśmy razem setki godzin treningów i dziesiątki meczów, kłócąc się przy tym mnóstwo razy i od czasu do czasu świętując zgodnie nasze zwycięstwa przy kuflu piwa. Zimą pojechaliśmy parę razy razem na narty. Jeden raz wybrał się z naszą paczką w góry, narzekając bez przerwy na ciasnotę schronisk, niewygodę noclegów, zmienność pogody i za wysokie ceny. Więcej już mu takiej wspólnej wędrówki nie proponowaliśmy. Po studiach obaj dostaliśmy pracę u Brzeckiego. Zatrzęsło naszą znajomością po tym, jak rozstałem się z Małgorzatą. Miał wtedy dla mnie setki zbawiennych rad i mnóstwo kąśliwych uwag. Wyglądało, jakby z niewiadomego dla mnie powodu znalazł nagle przyjemność w dokopywaniu mi i pogrążaniu mnie jeszcze bardziej. Niepotrzebnie próbował się wtrącać. Później ja wyjechałem, a nasze kontakty wróciły do normalności, jakby dzieląca nas odległość sprawiła, że znowu mogliśmy z sobą od czasu do czasu rozmawiać.

– Zadzwoń do Karoliny! – powiedział, po czym przezornie się rozłączył.

***

Nie zadzwoniłem od razu. Usiadłem w fotelu. Włączyłem muzykę. Próbowałem ochłonąć. Nie widziałem Karoliny od trzech lat. Ostatni raz spotkaliśmy się wtedy w nocy. Przyjechali do mnie z Mariuszem i próbowali mnie przekonać, że to ja jestem winny, bo nie chcę walczyć. O co miałem walczyć? A może o kogo? Ich zdaniem miałem się poniżać i płaszczyć, żeby poczuć się jeszcze gorzej. Przecież wtedy nie było już zupełnie o co walczyć… Kiedy rozmawialiśmy, było już pozamiatane… Dwa dni wcześniej byłem w tym kościele. Gdybym nie poszedł tego sprawdzić, to wyszedłbym na jeszcze większego idiotę. Powiedziała mi wtedy o tym Agnieszka. Miała ze mną w piątek dyżur w szpitalu. Przez całe popołudnie włóczyła się za mną jak cień po izbie przyjęć, jakby zapomniała, że sama ma dyżur na oddziale. Zaczęło mi to przeszkadzać, a później wręcz denerwować. Nikt nie lubi, jak mu ktoś patrzy na ręce.

– Coś nie tak? – Starałem się, żeby to zabrzmiało przyjaźnie.

– U mnie w porządku – odpowiedziała pospiesznie. – A u ciebie?

Spojrzałem na nią uważniej. „Dziwne pytanie jak na dyżur w szpitalu” – pomyślałem.

– Też w najlepszym porządku. Jeszcze mi dzisiaj nikt nie umarł – zażartowałem.

Popatrzyła na mnie przerażona.

– Tobie się coś stało w głowę?

– Nie, żartowałem…

– Głupie żarty…

Agnieszkę coś dręczyło. Była zbyt zdenerwowana, żeby się uśmiechnąć.

– Nie pytam o dyżur – powiedziała po chwili jakby bez związku.

– To o co pytasz?

– Tak ogólnie…

– Tak ogólnie, to też u mnie wszystko w porządku. Muszę tylko przeżyć ten dyżur. Jutro wyjeżdżamy z Małgorzatą na weekend do Karpacza… Zachciało się nam powłóczyć trochę po jesiennych górach…

– Mówisz, że z Małgorzatą? – Zabrzmiało dziwnie.

– Co w tym widzisz zaskakującego?

Nie odpowiedziała od razu. Przygryzła dolną wargę i zaczęła mi się przyglądać.

– Może odpuść… – powiedziała niepewnie.

– Coś ty, cały tydzień się na to cieszę… Załatwiłem już nawet nocleg w schronisku. Taki dwudniowy wypad jesienią to coś niepowtarzalnego – nakręcałem się coraz bardziej. – Przypływ energii na parę tygodni… Przerywnik w monotonii… Antidotum na zbliżającą się jesienną melancholię… Czerwień buków, zieleń świerków, pióropusze paproci… Snujące się dolinami mgły, promienie słoneczne zaklęte w barwne liście jesieni… Uwielbiam góry jesienią. Nie lubisz wędrować po górach? To przecież cudowne…

– Lubię – przerwała gwałtownie. – Ale ty odpuść… Oszczędź sobie tego! – bredziła bez sensu. – Lubię cię – powiedziała niespodziewanie. – To będzie nietwarzowe. Wyjdziesz na idiotę… Po co ci to?

– O czym ty mówisz?

Uciekła wzrokiem. Spuściła głowę. Wstawała i siadała znowu na blacie stojącego tuż obok mnie biurka. Lubiłem ją, znałem dobrze, należała z Andrzejem, Karoliną i Mariuszem do mojej paczki, do grona moich przyjaciół. Nigdy wcześniej nie zachowywała się tak dziwnie.

– Wiesz, że Małgorzata wychodzi za mąż? – spytała niespodziewanie.

– Planujemy się pobrać w przyszłym roku…

„Też mi sensację powiedziała” – pomyślałem zaskoczony.

– Ona już niedługo wychodzi za mąż…

– E tam… Jakieś bzdury… Siła plotki… – Poczułem się dziwnie. – Przecież bym wiedział, że się żenię… – próbowałem zażartować.

– Małgorzata wychodzi za mąż za trzy tygodnie… – powiedziała cicho. – Nie za ciebie – dokończyła bezlitośnie.

– Co ty chrzanisz? Mało śmieszne! Durne żarty się ciebie trzymają!

Wybuchnąłem, a ona nagle zamilkła. Siedziała na blacie biurka. Wbiła wzrok w okno. Miętosiła trzymaną w rękach historię choroby. Ciekawe, jak się jutro na raporcie wytłumaczy z tak koszmarnie pogniecionej dokumentacji.

– Przepraszam – powiedziała niepewnie, nie odwracając nawet wzroku w moją stronę. – Ktoś ci musiał o tym powiedzieć… Padło na mnie. Myślę, że wie o tym więcej osób, ale wszyscy milczą. Nikt nie ma odwagi ci tego zakomunikować…

– Nie mów głupot! – Aż się we mnie zagotowało. – To jakiś idiotyzm!