Nie ma i lepiej, żeby nie było - Edina Szvoren - ebook

Nie ma i lepiej, żeby nie było ebook

Edina Szvoren

3,1

Opis

Dwanaście opowiadań o rodzinach, małżeństwach, dorosłych, dzieciach i ich wzajemnych relacjach. Edina Szvoren ukazuje swoich bohaterów w chłodnym, klinicznym świetle, które w niepokojący sposób zrównuje ich świat ze światem ciał i przedmiotów. Lakoniczne, a przy tym dosadne opisy rozmaitych zwyczajów i natręctw zaskakują groteskowością i skłaniają do zadawania pytań o istotę więzi między pozornie bliskimi sobie ludźmi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Anna Butrym

(ur. 1985, Przemyśl)

Absolwentka filologii węgierskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim i studiów podyplomowych w Budapeszcie w zakresie tłumaczeń literackich. Wielokrotna stypendystka oraz laureatka konkursów translatorskich; w 2016 r. otrzymała nagrodę dla najlepszego tłumacza 8. edycji Festiwalu Conrada. Przekłada teksty prozatorskie, poetyckie, dramatyczne i okołoliterackie, prowadzi spotkania autorskie oraz wykłady poświęcone Węgrom i ich szeroko rozumianej kulturze, pisze teksty związane z literaturą węgierską. Autorka przekładu m.in. Tureckiego lustra Viktora Horvátha, za które autor w  2012 r. otrzymał Europejską Nagrodę Literacką. W jej tłumaczeniu ukazały się również Dom kata Andrei Tompy (nominowany do nagrody Ambasador Nowej Europy 2017 i wyróżniony Nagrodą im. Natalii Gorbaniewskiej w 2017 r.), Linie kodu kreskowego Krisztiny Tóth, Mój czołg Viktora Horvátha oraz szereg innych książek i utworów publikowanych w periodykach literackich. Stale współpracuje z Węgierskim Instytutem Kultury w Warszawie, bierze udział w międzynarodowych projektach literackich i tworzy autorski videoblog kulturalny Węgierska randka. Zajmuje się tłumaczeniami ustnymi i pisemnymi, a także konferansjerką i działalnością sceniczno-medialną. Pełni funkcję sekretarza zarządu Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Swój dorobek prezentuje na www.annabutrym.pl.

Plama

Po południu padało. Wyglądaliśmy przez okno stołówki, jakbyśmy zostali w niej zamknięci. A przecież to nas było więcej: dwadzieścioro pięcioro, i to w środku. Siąpił drobny deszczyk, po drugiej stronie szyby ledwo zaczęły tworzyć się strumyki. Tylko ja i mój kumpel zauważyliśmy, kiedy deszcz ustał. W samych bluzach wymknęliśmy się na tylne podwórko, pod ślepą ścianę sąsiednich domów. Teraz było nas dwóch, nie dwadzieścioro pięcioro. Przez pół godziny rzucaliśmy cegły na beton. Napawaliśmy się tym, że rozpadają się w czerwony pył. Kumpel nawet spróbował go pobrużdżonym językiem. Zaczął kaszleć, zachłysnął się, wybuchnęliśmy śmiechem. Ja też się śmiałem, a przecież miałem zły humor z powodu Witezia Jánosa. Kumpel powiedział, że dobrze byłoby zobaczyć w zwolnionym tempie, jak cegła się rozsypuje, ale to przecież niemożliwe. A potem nastąpił koniec. Pani Ica nie wierzyła własnym oczom, tak przynajmniej powiedziała. Akurat my. Zapomniała nas nawet ukarać, może dlatego, że według niej rzucać cegłą o ziemię mogą wyłącznie ci chłopcy, którzy grają w piłkę i bawią się w Dartha Vadera gałęziami kasztanowca. Mój kumpel jest ze dwadzieścia kilo cięższy od kogokolwiek innego w świetlicy, a ja wstydzę się krzyknąć, żeby wreszcie podali do mnie piłkę, i myślę, że nie lubię pewnych słów. Jak na przykład „piksa”. Podczas gdy pani Ica zmywała nam głowy, patrzyłem na zagłębienia w kamiennym murze pomiędzy posesjami, miejsca po brakujących cegłach. Najdziwniejsze, że zagłębienia są obłe, cegły zaś kanciaste. To deszcz naruszył mur, nie my – my tylko strzaskaliśmy, co wypadło. Tymczasem staliśmy tak wyprostowani, jak tylko potrafiliśmy. Bo pani Ica ma manię zbierania pod daszkiem stołówki tych, którzy się garbią, i z całej siły przyciska im ramiona do ściany. Coś, co w takich chwilach uwypukla się pod sukienkami żeńskiej części uczniów w świetlicy, nie interesuje mnie bardziej niż miejsca po cegłach w ścianie, treningi lub fakt, że znów dostrzegam na sobie kilka blond włosków. Nie interesuje mnie to, ale też nie napawa odrazą – w odróżnieniu od niektórych słów. „Płowy”, mówi Matla na blond. Słowem: nie chcieliśmy, żeby kurtki pobrudziły się nam od ściany, staliśmy wyprężeni jak struny. Mimo to każdy z nas dostał wpis do dzienniczka. „Państwa syn rzucał cegłą”.

Mogłem iść na trening, jeśli miałem odrobione zadanie domowe. „Napisać napisałeś – powiedziała pani Ica – ale z błędami. I nie znasz nawet Witezia Jánosa. Mama ci potem pomoże”, dodała w końcu i pozwoliła wyjść. Pani Ica nie podejrzewała, że mamy nie nazywam mamą, i że ta kompletnie nie rozumie matmy. Jeśli jednak ją poproszę, przeczyta lektury obowiązkowe i zrobi z nich notatki. Tylko wierszy nie może się za mnie nauczyć. Kaptur na głowę. To śmieszne, że ludzie mówią na akordeon „harmonia”, a z kolei koledzy z klasy śmieją się, kiedy nazywam ping-pong „tenisem stołowym”. Worek sportowy na ramię. „Cześć wszystkim”. Z dwudziestu czterech osób odpowiedziały mi tylko trzy. Jechałem tramwajem. Na próżno się wyciągałem, uchwyt wciąż był za wysoko. Są takie dni, że mi się udaje. Nie tym razem. Był tłum, worek spadłby mi, gdybym nie założył go na ramię niczym listonosz torbę. Jakiś mężczyzna wsadził prawą rękę w kieszeń, trzymał się lewą. Rozmyślałem właśnie, czy nie będzie go boleć, kiedy rozepnie pasek od zegarka. Kilka włosków się tam zaczepiło. Odwrócił dłoń wsadzoną w kieszeń i gładził nią stojącą przed nim dziewczynę po pupie. To wcale nie on, tylko ona się wkurzyła, kiedy dostrzegła, że ich obserwuję. Ale inni też to widzieli. I też byli na mnie źli. Wysiadłem, przeskoczyłem jeden stopień, choć z powodu kostki nie powinienem tego robić.

Znów mżyło. Bluza mi przemokła – w końcu nie jest od tego, żeby chronić przed deszczem. Kaptur ma sznurek, który mógłbym zawiązać, ale nigdy tego nie robię. Kumpel też tak się nosi, uzgodniliśmy to. Pięści do kieszeni. Matla nie chce, żebym zimą chodził z gołą głową, czerwoną czapkę z pomponem wciskam do worka, obok butów. Kiedy rankami nakładam ją dla zmyłki, Matla podwija brzeg czapki i daje mi całusy w śmierdzące butami czoło. Jeden długi, dwa krótkie. Wzięła urlop, żeby przeczytać Gwiazdy Egeru, ale nie lubię, jak mnie całuje. Nigdy nie pyta, dlaczego czoło śmierdzi mi butami.

W szatni mężczyźni i chłopcy przebierają się razem. Dorośli rozmawiają ze sobą, dzieci nigdy. Każde tylko zmienia ubranie, zamyka szafkę i już wszyscy idziemy. Poza grą najbardziej podoba mi się klucz. Mam własną szafkę, klucz mogę zabrać do domu. Podczas rozgrzewki rozmyślam nad tym, co włożyć do szafki. Do głowy przychodzą mi tylko głupoty: czapka z pomponem, dzienniczek, ceglany pył.

Trener ani mnie lubi, ani nie lubi. Mówi, że moja praca nóg jest leniwa, ale nie krzyczy. Dorośli rozmawiali dziś w szatni o jego żonie. Zmarła po dwóch latach konania. Dwóch latach? pomyślałem. W takim razie to nie konanie, tylko życie. Ale po trenerze nie było widać tego wszystkiego, o czym mówili mężczyźni. Może nie kochał swojej żony? Jak Tatulo, który też nie kochał Matli. Ale tego również nie było widać. Po przyjacielsku siedzieli długo przy kolacji, a i Tatulo się uśmiechnął, kiedy wspomniałem, że na nożu Matli masło rozpuszcza się szybciej. Bo tylko po niej widać, że kogoś kocha. Kiedy uszkodziłem sobie kostkę, Matla zapomniała wyjąć kartę z bankomatu.

Tego dnia trener pochwalił mnie, bo przewidziałem forhendowego rogala. Skinąłem głową. Matla nie nauczyła mnie, jak mam się zachowywać, gdy mnie chwalą. Przewidziałem, tak. Pocieszam się, że jest tu taka dziewczyna, którą swędzi łydka, jeśli coś jej się uda. Staje wtedy na jednej nodze i drapie się czubkiem sportowego buta. Rakietkę trzymam uchwytem piórkowym, w głowie jestem o jedno uderzenie do przodu. Chciałem, żeby zauważyli, kiedy mnie coś się uda – ale żebym ja nie zauważył, że oni zauważyli. Tak jest lepiej. Kiedyś trener wysłał mnie na zawody: sądziłem, że krajowe, ale Matla potem poprawiła mnie, że to tylko eliminacje. Eliminacje do krajowych, prawda. W drugiej rundzie wykosił mnie jakiś ośmioletni gówniarz, co ruszał się jak komar. To był ten typ, który i z matmy jest dobry, i potrafi przebrnąć przez lektury obowiązkowe, chociaż mu się nie podobają. Matla czyta szybko i na dwóch kartkach streszcza kilkusetstronicowe książki. Mówi „konspekt”, mówi „płowy”. Wprawia mnie w zakłopotanie swoimi słowami. A ja się wstydzę, jeśli w niektórych wyrazach muszę wypowiedzieć wszystkie sylaby, więc wolę skracać to, jak ją nazywam.

Trening jest dwugodzinny. Godzina ćwiczeń kondycyjnych, godzina gry. Sala dudni od pracy nóg dorosłych zawodników, dlatego nie jestem pewny, czy na zewnątrz pada. Tego dnia dorośli mają testować nowe piłki. Większe, powiadają, i z lepszą rotacją. Zazdrościłem im, za testowanie piłek są pieniądze. Ale to tak samo jak z szafką – nie wiedziałbym, jak z nich skorzystać. Budzik instruktora zadzwonił, kiedy trening się skończył.

Nie wziąłem prysznica, bo nigdy się nie pocę. Mój kumpel napomknął kiedyś o tym. Włożyłem tylko z powrotem swoje zwykłe ciuchy, nową kurtkę. Nie mówię, że lubię chodzić na treningi, ale przynajmniej moja gra to coś, co jestem w stanie poprawić, gdy się przykładam. Z zapamiętywaniem wierszy to tak nie działa: jeśli koncentruję się na rymach, zapominam treść, jeśli na treści, zapominam rymy. Klucz do szafki schowałem do przedniej kieszeni kurtki. Nigdy nie noszę go w pęku z pozostałymi, i nie będę. Miałem taki pomysł, żeby właśnie ten klucz trzymać w szafce. Kaptur na głowę, pięści do kieszeni. Kiedy się poruszałem, czułem malutki ciężar nad sercem – albo tylko chłód klucza, nie wiem. Może sobie to wyobrażałem, też prawdopodobne. Niby uczyliśmy się o tym na fizyce, ale nadal nie rozumiem, dlaczego metal szybciej stygnie. W każdym razie szafka tego dnia też została pusta. „Na zdrowie”, pożegnałem się zgodnie z tutejszym zwyczajem, ale tylko dzieci coś odmruknęły. Koledzy z klasy śmialiby się, gdyby to słyszeli. Worek sportowy na ramię. Szermierze trenowali jeszcze na pierwszym piętrze, ale w budce portiera świecił telewizor, a dozorca już spał. Matla mówiła, że był jej pacjentem. Matla zajmuje się nerwowymi, źle sypiającymi ludźmi, którzy wstają o poranku, żeby zapalić. Opowiadała, że bywają tacy, co palcem wywołują wymioty, ale dozorca był nerwowy w inny sposób i nie miał problemów ze snem. Pięści do kieszeni, suwak do ust. Mój kumpel ma ogromne pięści, a jednak koledzy z klasy go biją. Nigdy nie mówią dlaczego, ale my obstawiamy nadwagę i piłkę.

Asfalt na zewnątrz lśnił, chociaż nie padało. Prawie nie było samochodów, słyszałem szelest swoich spodni. Kilka kroków dalej zauważyłem, że górny łuk kaptura się zapadł. Rozczarowało mnie to. Wciąż musiałem przy nim majstrować palcami, żeby stał tak, jak powinien. Cokolwiek robiłem, spadał mi na czoło i zasłaniał oczy. Pieszo też mogłem dostać się do przystanku autobusowego, ale nadjechał tramwaj. Lubię biegać. Tak długo obserwuję zbliżające się pojazdy, aż nadchodzi moment, że muszę zacząć biec. Jakoś nie przepadam za czekaniem razem z innymi. W ostatniej chwili, kiedy już słychać dzwonek, skaczę z łupnięciem. Chciałbym umieć wnieść zapach zimna między pasażerów. Chciałbym, żeby widać było mój oddech. Dobrze też się rozejrzeć. Jeśli jest wolne miejsce, walę się na nie i zapieram kolanami o oparcie przede mną. Jeśli siedząca tam osoba zwraca mi uwagę, wtedy zdejmuję nogi ze znudzoną miną, ale bez protestów. Tego dnia też biegłem. Przyciskałem dłoń do serca, żeby nie wypadł mi z kieszeni zimny klucz do pustej szafki. Nie oszczędzając kostki, wskoczyłem do tramwaju. Rozejrzałem się. Widać było mój oddech.

Zbyt szybko dotarłem na dworzec autobusowy. Od kiedy go przebudowali, nie trzeba robić tak wielkiego kroku z krawężnika, ale latem koła nie wygniatają już zagłębień w asfalcie. Co z tego, że słońce świeci na beton, skoro ten nigdy się nie rozpuszcza? Został jeszcze kwadrans do odjazdu, ale autobusu ani widu. Czytałem rozkład jazdy i oglądałem pęknięcia na skórzanym pokryciu ruchomej części przegubowca. Jeśli wziąłbym udział w testowaniu piłek, to miałbym teraz pieniądze na dworcowy bufet. Matla powiedziała, że nie da mi kieszonkowego, ale żebym zawsze prosił, jeśli na coś potrzebuję. Nie rozumie, że kolejność jest inna. Jeśli nie mam pieniędzy, to nie mam też pomysłów i niczego nie pragnę. Nie jestem zdolny do wybierania spośród dwóch rzeczy. Od kiedy Tatulo odszedł, nie potrafię zdecydować, czy na kolację chcę paprykową pastę serową czy krem z bakłażana, a już na pewno nie umiem wymyślić czegoś w miejsce niczego. Poza tym bufet i tak jest zamknięty: zasunęli kraty. Ostatni klient chwycił się futryny, kiedy wychodził.

Przespacerowałem się do stanowiska szóstego i oparłem ramieniem o oświetloną tablicę ogłoszeniową. Wreszcie moje dżinsy nie szeleściły. Stała tam już jakaś kobieta, paliła i wypuszczała skłębione obłoczki, podobne do wacików, którymi Matla zmywa makijaż. Jednak po twarzy kobiety nie było widać, co lubi. Ani czy ktoś jej umarł. Albo czy żyje. Do autobusów dalekobieżnych nie da się wskoczyć w ostatniej chwili, trzeba czekać w kolejce, która ustawia się na wysokości pierwszych drzwi – beze mnie. Zwyczajowo cmoktałem zamek kurtki, robiłem próżnię i zasysałem język do dziurki w suwaku. Przypomniała mi się czapka z pomponem, bo zacząłem marznąć. Jednak ani w głowie mi było ją wkładać. Kopnąłem w kałużę wyrzucony bilet i kiedy spojrzałem w górę, przeklęty kaptur opadł mi na czoło. Wcześniej czy później zawodzę się na każdym ubraniu. Obok kałuży przeszedł jeden zasznurowany i jeden niezasznurowany but, przy co drugim kroku podeszwa wydawała metaliczny dźwięk. To był ten mężczyzna, który chwycił się drzwi bufetu.

Kobieta wypaliła papierosa, wyrzucony niedopałek z sykiem zgasł na mokrym bruku. Nawet spod opadniętego łuku kaptura widziałem, jak mężczyzna, balansując na jednej nodze, ogląda podeszwę buta. Stał w miejscu pierwszych drzwi. Mówił do siebie i przeklinał pekaesy z  Volánbuszu. Widziałem wbitą w podeszwę pinezkę. Wściekł się, kiedy stracił równowagę i niemal wpadł na śmietnik. Walnął w kubeł. Nie zrozumiałem, co mówi, dlatego na kilka chwil uniosłem pstryknięciem kaptur, żeby lepiej widzieć. Kobieta przeszła w miejsce trzecich drzwi. Mężczyzna miał na ramieniu torbę; drażniło go, że jeśli tylko nie trzyma się prosto, pasek wciąż mu się zsuwa. Facet dziwnie mówił. Kiedy Tatulo zebrał się na odwagę i powiedział Matli, że jej nie kocha, spili się oboje do nieprzytomności. Razem. Matla w tajemnicy włączyła dyktafon, widziałem, jak migał na półce z książkami, za grzbietem Leksykonu dla młodzieży. Rozmawiali o tym, że miłość nie oznacza jeszcze kochania. Zachowywali się tak, jakby oglądali telewizję, Tatulo przykucnął u nóg Matli niczym pies. Mama zrobiła zdjęcie ostatnim brudom pozostawionym przez Tatula. Wtedy też nie było widać, kto kogo nie kocha. Oni nie mówili tak jak ten mężczyzna z torbą. A on przeciągnął podeszwą po krawężniku i przez to jeszcze mocniej wbił pinezkę w but. Przypomniałem sobie miejsce po cegłach.

Zaburczało mi w brzuchu. Matla obiecała, że poczeka na mnie z kolacją. Zapowiedziała, że na dziś wieczór będą gotowe Gwiazdy Egeru. Zgadywałem, co będzie do jedzenia, bakłażan czy pasta. Na rogu rynku wygrzebię czapkę, a kaptur wezmę do tyłu. Ale pięści do kieszeni. Widziałem to z wyprzedzeniem: pójdę środkiem jezdni, żeby psy nie szczekały. Kiedy Matla otworzy drzwi, poznam po jej oczach, czy wyglądając mnie, zasnęła. Będzie się wypierała, jeśli zapytam. Zaczeka, aż zdejmę nową kurtkę, czapkę z pomponem i zrzucę z nóg buty, bo dopiero wtedy zwykła dawać mi całusy. Zawsze jednego długiego, dwa krótkie. Gdy pójdzie do kuchni nakryć do stołu, nie wytrę jej śliny – zrobię to dopiero podczas mycia rąk przed kolacją. „Herbata czy mleko”, krzyknie Matla, ale nie będę w stanie wybrać.

Musiałem wyżej unieść głowę, żeby zobaczyć zegar nad piątym stanowiskiem, bowiem kaptur zsunął mi się na grzbiet nosa. Zazdrościłem kumplowi. Zaczęło padać, kobieta otworzyła parasolkę. Pomyślałem, że nie warto. Na chwilę zapadła cisza, potem mężczyzna mówił dalej. Zauważyłem, że nos jednego z butów, tego niezawiązanego, zwrócił się ku mnie jak wskazówka zegarka. Tylko jednego. Za bardzo skupiłem się na swojej próżni: język zbyt idealnie wsunął się w dziurkę na końcu suwaka i nie zorientowałem się, że mężczyzna mówi do mnie. Kiedy podszedł bliżej, widziałem już nie tylko buty, ale też kraciaste materiałowe spodnie ze skróconymi domowym sposobem nogawkami i ciągnący się po ziemi pasek od brązowego prochowca. Potem zagniecenia nad kolanami, jakby mężczyzna zasnął gdzieś kiedyś w ubraniu. Pytał o coś. Koniuszek języka miałem zimny jak lód. Nie śmiałem się poruszyć, a przecież powinienem był ściągnąć suwak z języka ręką. Mężczyzna z torbą zaczął do nowa.

Kiedy podtrzymałem kaptur dwoma palcami, zobaczyłem, jak kobieta chowa się pod parasolką. Miałem jeszcze czas, by spojrzeć na zegar nad piątym stanowiskiem, nim kaptur opadł z powrotem. Lubię, kiedy te zegary świecą. Jakbyśmy byli w Nussdorfie, dokąd przeprowadził się Tatulo. Tam nawet brud jest czysty, nie tylko światło. Udawałem, że nie widzę tego mężczyzny. Jeszcze siedem minut do odjazdu, powtarzałem. Cofnąłem się o kilka centymetrów, bo mężczyzna stał przede mną. Wreszcie zrozumiałem, o co pyta. „Stawiasz mi się, mędrku?”. Mówił jak bohaterowie zeszłorocznej lektury szkolnej. Matla nie wzięła urlopu, przeczytała ją w jeden dzień. Z miejsca zrozumiała, co znaczy „toć”, Tatulo mieszkał wtedy jeszcze z nami. „Odpowiedzże”, rzucił mężczyzna i torba zsunęła mu się na ziemię. Śmierdział alkoholem. „Patrzaj mi w oczy!”.

Kobieta wyjrzała spod parasolki i znów się schowała. „Patrzaj na mnie, szczeniaku”. Chciałem spełnić jego żądanie, ale nie mogłem. Jeśli spojrzę mu w oczy, będzie domagał się więcej, to wiedziałem z pewnością. Nigdy się nie pocę. „Wypluj suwak”. Wreszcie zażądał czegoś, co można było wykonać. Próbowałem ściągnąć suwak zębami, początkowo bez powodzenia. „Konus”. Próżnia przestała działać, udało się. „Patrzaj mi w oczy, ty chłystku”. Potrafiłem patrzeć tylko na jego włosy i wycięcie płaszcza. Na zabłocony, rozwiązany szalik pod zarośniętym podbródkiem i torbę na ziemi. „Patrzaj”. Sądziłem, że zamierza mnie złapać za brodę, ale sięgnął tylko w stronę kaptura. Odchyliłem się, choć nie powinienem był. Nie chciałem, żeby dotknął mojej skóry, nie chciałem. Sam odrzuciłem kaptur. Wrzeszczał na mnie z bardzo bliska, widać było po nim, kogo nie lubi. Sam zrozumiałem, czego chce. Miałem nadzieję, że autobus przyjedzie wcześniej, niż mężczyzna to wypowie. A właściwie nie miałem nadziei, tylko dobrze by było, gdyby się tak stało. Wyjąłem ręce z kieszeni kurtki i jeździłem palcami wskazującymi po bocznych szwach spodni. Niezbyt stanowczo, niezbyt swobodnie. I stałem tak, może to wystarczy. Nie wystarczyło. Kątem oka wciąż łapałem światła rozjaśniające tarczę zegarka. „Padnij na kolana. No, dalej”. Nie chciałem, żeby kobieta mi pomogła, tylko żeby jej tam nie było. Zrozumiałem, dlaczego w tramwaju patrzyli na mnie z taką złością. Kurtka już nie nowa, klucz do szafki też był zbędny. „Na uszy ci padło? Klękajże”, powiedział. Nie chciałem się sprzeciwić, tylko rozmyślałem, jak mam zacząć. Które kolano mam najpierw wsadzić do kałuży. Do głowy mi nie przyszło stanąć dalej i poszukać suchszego miejsca. „Taki szczyl, a nie jest skłonny paść na kolana przed starszym”. Matla natychmiast zrozumiała, co to „stepaniechrys”. Tatulo się śmiał i nic nie było po nim widać. Wziął do ręki nóż Matli i patrzył, czy rozpuszcza się na nim masło. Nie rozumiał, co to „stepaniechrys”, a przecież właśnie on z naszej trójki pochodził ze wsi. Najpierw wsadziłem lewe kolano, potem prawe, żeby największy ciężar nie przypadł na kontuzjowaną kostkę. „Trzydzieści dwa lata orzę, a potem taki kołek mnie nie słucha”. Karta płatnicza, forhendowy rogal, miejsce po cegłach – to wszystko nie istniało. Starałem się, żeby moje ruchy nie wyglądały na delikatne czy nonszalanckie. Na próżno. „Jesteś do niczego, nie potrafisz nawet paść na kolana”. Kaptur na plecach, ręce na szwach. Już klęczałem. Tornister i worek sportowy ciążyły mi bardziej, niż kiedy stałem. Zrobiłem to. Nie wiedziałem tylko, gdzie mam patrzeć. Zaczęła mnie swędzieć łydka, jak tamtą dziewczynę. Nie miałem odwagi patrzeć przed siebie, między nogawkami, mężczyzna stał zbyt blisko. Zaryczał silnik autobusu. „Te, patrzaj mi w oczy”. I tak już się udało, potrafiłem spojrzeć na niego, klęcząc. „Trzydzieści dwa lata haruję jak wół”. Miał oczy, ale nie spojrzenie. „Mam na utrzymaniu trójkę prześlicznych dzieci”.

Nie powiedział, że mogę wstać, tylko odszedł.

Znudziło mu się to, że klęczę, lub zapomniał, że czeka na autobus. Niemal przewrócił się, kiedy zarzucał torbę na ramię. Nie patrzyłem za nim. „Haruję jak wół, tyram. Trójka prześlicznych dzieci”. Czekałem, żeby ucichł metaliczny stukot, odgłos co drugiego kroku. Autobus już zajechał, kiedy się dźwignąłem. Nie nogi mi drżały, tylko bagaż. Przyszło mi do głowy, że już przed południem miałem zły humor, jednak nie psuł się dalej. Nie poprawiłem ubrania, nie chciałem siebie dotykać. Spodnie przykleiły mi się do kolan. Kobieta podeszła bliżej, zamknęła parasol i puściła mnie przed sobą. Sądzę, że nie było po mnie widać, jak jej nienawidzę. Wszedłem do autobusu, trzymałem miesięczny przed twarzą. Kierowca i tak spojrzał na mnie dopiero wtedy, kiedy już siedziałem, obserwował mnie w lusterku wstecznym. Widział, że widzę, ale nie obchodziło go to.

Opadłem na siedzenie przy oknie. Worek koło nóg, kaptur w górę, suwak do ust. W tej kieszeni otwór jest z boku, nie z góry, jak u mojego kumpla. Rozłożyłem chusteczki na mokre plamy i zaparłem się kolanami o oparcie fotela. Kobieta usiadła dwa rzędy z przodu i zupełnie jej nie przeszkadzało, że parasolka wypadła jej na przejście. Ułożyła kok na skraju podgłówka i zasnęła. Gapiłem się przez okno, jakbyśmy już jechali. Wydawało się, że wolno pęczniejące strużki płyną od wewnątrz. Kierowca dodał gazu, ale wprosił się jeszcze spóźniony pasażer. Rozejrzał się, wniósł zapach zimna.

Wstałem przed naszym przystankiem. Przy tylnych drzwiach trzeba się bardziej wyciągnąć do przycisku. Tego dnia go dosięgnąłem. Urosłem – albo przestałem się przejmować, że mogę spaść na schody. Zeskoczyłem, nie oszczędzałem kostki. Pięści do kieszeni. Szedłem środkiem jezdni, żeby psy nie szczekały. Matla nie wie, gdzie przebiega pas, którego żadne ze zwierząt nie uznaje za swoje terytorium. Jeśli idziemy razem, ja ją prowadzę. Kciukiem pokazuję za plecami, a ona, chichocząc, idzie gęsiego za mną. Sąsiedzi puszczają do nas oko. „Nie śmiej się”, ostrzegam ją, a kiedy zwracam się do niej, połykam niektóre sylaby. Tego dnia psy też milczały, więc tylko przed elektrownią przyspieszyłem kroku. Tam na drutach są białe pajęcze jaja, które szeleszczą tak, jak pajęcze jaja szeleścić nie powinny. Chusteczki spadły mi z kolan na schodkach przed naszą furtką, zostawiłem je na ziemi. Otwierając furtkę, skorzystałem z klucza a nie domofonu. Kod to rok, miesiąc i dzień urodzin Tatula, Matla upiera się, żebyśmy puszczali lotka na te właśnie numery. Mnie to obojętne, i tak nie wygramy. Na werandzie zrzuciłem kaptur na kark i wygrzebałem z worka czapkę. Naciągnąłem ją na brwi.

Matla czekała na mnie już w przedpokoju. Oparła się biodrem o ścianę, jak wcześniej. Ręce skrzyżowała na piersi, a palce oparła na ramionach, ani zbyt stanowczo, ani zbyt swobodnie. „Spałaś?”, zapytałem, i powiesiłem kurtkę, trzymając ją za kaptur. „Nie – skłamała – czytam”. Podeszła bliżej i nie zaczekała nawet, aż zdejmę czapkę. Objęła mnie. „Przyniosłeś zapach zimna”, powiedziała, udając, że się wzdryga. To ona ściągnęła mi czapkę, nie ja sam. Dała mi trzy całusy w czoło, tak jak i w inne dni, ale jeden z dwóch krótkich przedłużył się. „Jesteś spocony”, odsunęła się, a ja natychmiast ją poprawiłem, że tylko przemokłem. Dobrze wie, że nigdy się nie pocę. Najpierw zrzuciłem buty, potem poszedłem do swojego pokoju, żeby się rozebrać. Nie dało się uwolnić od Matli, wciąż była tuż za mną. Powiesiłem spodnie na oparcie krzesła, a Matla natychmiast wypatrzyła plamy o regularnym obrysie. „Upadłem”, wyjaśniłem jej; zapytała, czy grałem w piłkę. „Już z pięćset razy mówiłem, że nie gram”.

Kiedy jedliśmy kolację, opowiedziałem jej świeżą historię z forhendowym rogalem. Matla położyła na stole Gwiazdy Egeru, a ja dzienniczek. Matla powiedziała kilka razy „konspekt”, koniuszek nosa zadrżał jej jak galareta. Popijałem herbatą grzankę z bakłażanem. Przeszkadzało mi, że Matla z rozczuleniem patrzy, jak jem. Sądziłem, że nie będę miał apetytu. Dziwiło mnie też to, że lepiej zapamiętałem kok kobiety z parasolem niż oczy pozbawione spojrzenia. „Jesteś ponury jak chmura gradowa – uśmiechnęła się Matla. – Dziś zapomniałeś nawet zmyć moją ślinę”. Gryzłem grzankę w milczeniu, próbowałem poprawić w pamięci tę sekwencję ruchów, która prowadziła od sterczenia na przystanku do klęczenia. A nuż nie będę miał mokrej plamy na kolanach. Albo przynajmniej autobus wjedzie w momencie, gdy już stoję.

Dopiero kiedy skończyłem grzankę, Matla przekartkowała dzienniczek. „To nie uwaga, tylko wpis”. Nie rozumiem, czemu jest taka wesoła. Ojciec się odezwał? Wysłał nam kiedyś z Nussdorfu telefon bezprzewodowy w paczce odpornej na uderzenia. „Ale przecież rzucaliśmy cegłą”, tłumaczyłem. Wtedy Matla podetknęła mi pod nos dzienniczek i pokazała: pani Ica napisała „rzucał” przez zet z kropką. „Głupia gęś z tej twojej pani Icy. Dlatego jesteś taki przygnębiony? Gwiżdż na to, wzrusz ramionami, nawet nie zwracaj uwagi”. „Dobrze – odparłem – wzruszę”. Ale żadna z niej moja pani Ica, a humor już przed południem zepsuł mi Witeź János.

Pół godziny to mniej niż trwa pieśń chasydzka

Filiżanka uniosła się, subtelnie przechyliła i wlała do bezpańskich ust sok jabłkowy. Jasnoczerwone usta były akurat otwarte. Rozwarły się ostrożnie, żeby nie wydać dźwięku. Ojciec spuścił wzrok i patrzył w talerz. Są dwie możliwości: Ojciec widzi też z zamkniętymi oczami. A druga, że jest zdenerwowany.

Ojciec nigdy nie krzyczy. Gniew wyraża milczeniem. Głębię gniewu da się zmierzyć jedynie na podstawie kierunku spojrzeń towarzyszących milczeniu, niczym innym. Jeśli wzrok Ojca śledzi drogę sztućców i w żadnym razie nie wspina się po trzymających je kończynach lub jeśli nawet zacznie wspinaczkę, ale utknie przy łokciach, to gniew jest długotrwały. Może minąć nawet tydzień, nim Ojciec ochłonie. Jeśli jednak jego wzrok pokusi się o drogę aż do stawu barkowego, wówczas ten gniew może niedługo ustąpić kolejnemu. Czas mija u Ojca inaczej niż u tych, którzy kończą się na łokciu i mają jaskrawoczerwone usta. Ale kto chciałby zaglądać do tych ust? Szkolne kłótnie wybuchają i ustają w dwie minuty. Najwyżej dziesięć minut potrzeba, żeby zmienić przyjaciółkę lub miejsce, w którym się siedzi, na zawsze. Ojciec jest inny. Dłuższy czas wyglądało na to, że każda rzeka nazywa się Dunaj – z tym może być podobnie. Nagle okazało się, że nie do każdego ojca mówi się „Ojcze”. A większość osób krzyczy, gdy jest wściekła. Akurat pogodni ojcowie mają śmiałość podnieść głos. Pogodni ojcowie są chrześcijanami, choć nie każdy chrześcijanin jest pogodny.

Wystające Ojcu z nosa włoski wskazywały, że poluzowały się dwie spośród śrub trzymających karnisz. Niech Bóg broni, żeby ktoś o tym wspomniał. Mchowozielona brokatowa zasłona ciągnęła śruby w dół. Na co komu wzór na zasłonie, skoro w pokoju jest tak ciemno, że deseniu nawet nie widać? I na co w oknie szyba, skoro wiecznie wisi przed nim zasłona? Ktoś odkroił kawałeczek koniuszka pieczonego mięsa. Trójkątny i zimny. „Mięso bowiem wystyga, jeśli podanie wyprzedza jedzenie o pół godziny”, tłumaczył Ojciec koniuszkowi pieczonego mięsa. Coś takiego może zdarzyć się wtedy, kiedy jasnoczerwone usta paplają na rogu ulicy ze swoimi przyjaciółkami, zamiast spieszyć się do domu. Gadatliwe dziewczyny mają jasnoczerwone języki, a usta milczących mężczyzn zarasta owłosienie, gdy nie są czujni. Jeśli podanie i jedzenie zbiegają się w czasie, to, rzecz jasna, mięso parzy usta. Ktoś przełknął głośniej, niż należałoby, i obserwował milczenie Ojca. Mięso upiekła sąsiadka z pierwszego piętra, bo żona Ojca zmarła w trakcie porodu – nie zmarła, tylko straciła życie. Mięso kiedyś latało, nigdy nie tarzało się w błocie. Sąsiadce z pierwszego piętra ojciec płaci trzysta forintów tygodniowo, żeby gotowała, sprzątała i chodziła za niego na zebrania klasowe. Ojciec gniewa się również na tych, którzy go nie skrzywdzili. Na żonę, która zmarła w wyniku porodu. Jeśli potem ktoś naprawdę go zrani, to już tak nie boli. Jeżeli Ojciec czasem mimo wszystko straci cierpliwość, wówczas odkrawa sobie w kuchni kawałki gotowanej słoniny. Je na stojąco, z papieru, nigdy w pokoju. „Na zdrowie”, powiedział teraz i wytarł usta. Ojciec urodził się w Grazu, ale tylko według papierów. Jego rodzice zmarli w obozie, dlatego ich nie pamięta. Druga serwetka też uniosła się w powietrze, by poszukać sobie ust. Znalazła, choć nie była z nimi połączona. Kto przychodzi spóźniony na kolację, musi mieć na uwadze, że kończy się na łokciach.

Ze stołu posprzątał Ojciec, tak jak poprzednio. Pozmywa już sąsiadka z pierwszego piętra, zdaniem której Zbawiciel przyszedł dawno temu, na próżno Ojciec go wyczekuje. Sąsiadka się myli, Ojciec też na niego nie czeka. Sąsiadka ma na imię Honória, ale mieszkańcy nazywają ją panią Hunor. Zasłona faluje akurat tam, gdzie miało się właśnie okazać, czy myśliwy trafił uciekającą zwierzynę. Musiałby przeskoczyć przez potok. Ojciec nigdy nie potyka się o brzeg dywanu, kiedy zanosi talerze do kuchni. Dywan jest ciemny. Kuchnia jasna, wychodzi na podwórko. Tam zawsze coś kradną i raz na tydzień któreś z dzieci dostaje w prezencie napędzanego nogami moskwicza. Dywan jest ciemny i wyhaftowany niedokończonymi historiami, tak jak zasłona. Ojciec właściwie nic nie odziedziczył, dywan należał do poprzedniego lokatora. Trzyszufladowa szafka zasłania te najbardziej pasjonujące fragmenty dywanu. Kto miałby śmiałość zapytać Ojca, co jest pod szafką? Przecież nie odpowiada nawet na to, kto był pierwszym człowiekiem na Ziemi. Długoszyi ptak startuje i dostrzega drugiego długoszyjego ptaka. Ale co dzieje się potem? I co było przed dywanem? Ojciec wkłada do zlewu brudne naczynia, teraz są dwie możliwości. Jedna, że odchrząknie i pójdzie się położyć. Druga, że włoży buty i ruszy spłacić sklepikarzy. Ojciec nie nosi przy sobie pieniędzy, kupuje na kredyt, potem płaci raz w tygodniu. Portfel dostał od kuzyna drugiego stopnia, banknoty z gminy wyznaniowej. Ten kuzyn to jedyny żyjący krewny Ojca.

Ojciec