Nazajutrz cię odnajdę - Magdalena Wala - ebook

Nazajutrz cię odnajdę ebook

Magdalena Wala

4,6

Opis

Poruszająca opowieść o tym, jak dramatyczna wojenna przeszłość może wpływać na nasze dzisiejsze wybory.

Adrianie udaje się w końcu dotrzeć do ukrywanej przez męża prawdy. Postanawia go opuścić i dąży do rozwodu. W jej życiu ponownie pojawia się Maciek.

Agnes, jej wiekowa przyjaciółka, opowiada Adrianie o wydarzeniach ostatniego roku wojny. Część jej rodziny, dawni przyjaciele i znajomi opuścili na zawsze Mysłowice i Polskę. Agnes latami czekała na męża…

Tymczasem Adriana w domu matki przegląda pudełko z dokumentami po dziadku. Niespodziewanie odkrywa takie, które rzucają nowe światło na powiązania jej rodziny. Również na Agnes. A może dziewczynę ze staruszką łączy coś więcej?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Magdalena Wala, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący: Bogumił Twardowski

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Anna Królak, Agnieszka Czapczyk

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce:

© CollaborationJS/Trevillion Images

© Sebastian Duda/shutterstock.com

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66553-63-7

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasem jest tak, że to, co się liczy, nie da się policzyć,

a to, co daje się policzyć – nie liczy się.

Albert Einstein

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

 

Czas.

Zdecydowanie kończył jej się czas. Niczym strumień wody przeciekał nieubłaganie pomiędzy palcami. Minął już marzec, wiosenna zieleń zawitała do Mysłowic, a ona nadal nie potrafiła się zmusić do podjęcia ostatecznych decyzji dotyczących swojego małżeństwa.

Wszystko przez to, że była takim cholernym tchórzem.

Opanował ją przeszywający lęk. Zmiany, które musiałaby wcielić w życie, byłyby bardzo duże. Wszystkie argumenty przemawiały za wprowadzeniem radykalnych rozwiązań. W ciągu ostatniego pół roku nareszcie do niej dotarło, że jej małżeństwo to porażka. Jednak zrobienie kroku w nieznane i zbudowanie wszystkiego na nowo wymagało przekroczenia kolejnej granicy. Nie wiedziała, czy w tym momencie potrafi się na to zdobyć. Nawet jeśli zmiany w finalnym rozrachunku byłyby korzystne, i tak ich się bała.

– Bozia ci rączki dała – oznajmiła, kiedy pomachał jej przed nosem swoją ostatnią czystą koszulą. – Albo zaczniesz mi pomagać w domu, albo będziesz zdany wyłącznie na siebie.

Nie obeszło jej to, że zaczął kupować nowe ubrania. Dopiero gdy wykorzystał wszystkie środki z karty kredytowej, zainteresował się pralką.

Odetchnęła z ulgą, ponieważ obawiała się, że weźmie chwilówkę z parabanku. Na szczęście przeważył rozsądek. A może i prosta kalkulacja. W ich cichej wojnie odniosła drobne zwycięstwo.

Gdy odkryła, czym zajmuje się w pracy, nie miała już problemu, aby odmówić wykonania kolejnej analizy czy napisania raportu. Z początku chyba uważał, że zdoła ją przekonać do pomocy, ale szybko zrozumiał, w jak wielkim był w błędzie. Od trzech miesięcy nie wyręczyła go ani razu. W efekcie przestał się do niej odzywać. Przyjęła to z ulgą. Nareszcie miała czas dla siebie.

Jednak te wszystkie rozwiązania były dobre na krótką metę. Stefan mógł w każdej chwili wpędzić ich w spiralę długów. Albo gorzej. Potrzebowała bardziej radykalnych rozwiązań, ale te wiązały się z wizytą u prawnika…

Chyba najbliższa temu, aby odmienić swoje życie, była krótko po odkryciu zdrady Stefana. A jednak nadal przy nim tkwiła. Nie odważyła się poruszyć tego tematu. Jedynym przejawem buntu stały się telefony do rodziców i spotkania z nimi w rodzinnym domu. Po każdej rozmowie miała ochotę spakować walizki. Jednak gdy wracała do domu, iskra zapału gasła i nadal co wieczór kładła się obok męża. A przecież nie potrafiła już z nim żyć. Spoglądać na niego w codziennych sytuacjach, świadoma tego, że jest z nim tak bardzo nieszczęśliwa. Czuła pogardę do samej siebie. Miała dość swojego niezdecydowania i konformizmu.

A wolałaby… no właśnie. Przepełniały ją sprzeczne uczucia. Chciała odejść, a jednocześnie nie potrafiła tego zrobić. Zabrakło jej jednego maleńkiego elementu w całej układance, którą miało się stać jej nowe życie. Fundamentu, bez którego nie potrafiła budować.

Jakże dobrze poznał ją Stefan. Poznał i wytresował, bez wahania uderzał w jej najsłabsze punkty. Zniewolił do tego stopnia, że stała się jak zwierzę, które nawet widząc otwarte drzwi klatki, zbyt obawia się tego, co na zewnątrz, żeby skorzystać z szansy na odzyskanie wolności.

Te odrzwia nadal pozostawały rozwarte, a ona niepokoiła się, że majacząca za nimi wolność może okazać się jedynie iluzją. A za dążenie do niej zostanie ponownie ukarana. Tak jak stało się to lata temu.

Po coraz bardziej niecierpliwych spojrzeniach Stefana wnioskowała, że czas prawie minął, a decyzja może zostać podjęta za nią.

I nadal nie robiła nic.

Jakże była głupia.

Chwiejna.

Słaba!

A przecież wystarczyło tylko wykonać jeden, jedyny telefon.

A potem kolejny i karuzela zmian ruszyłaby sama, pociągając ją za sobą.

Pragnęła przecież wyjaśnić do końca wydarzenia z przeszłości i nareszcie je zrozumieć. Odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak potoczyło się jej życie. Kto właściwie zawinił? Ona? A może jednak nie…

I uzyskania tej odpowiedzi również się bała.

Właśnie w tych dniach szczególnie tęskniła za Agnes. Brakowało jej siły sprawczej, pod wpływem której czuła się zdolna przenosić góry. Albo przynajmniej wypowiedzieć słowo: „żegnaj”. I odejść, nie oglądając się za siebie.

Niestety, Agnes po powrocie ze szpitala chyba zamieszkała gdzie indziej, a Adriana wcześniej nie poprosiła jej o numer telefonu. Przez to straciły kontakt. Znowu została całkiem sama ze sobą i swoimi problemami. Zabrakło osoby, która mogłaby ją wysłuchać. I doradzić.

Miała mamę, ale… mama nienawidziła Stefana. A Adriana pragnęła porozmawiać z kimś, kto potrafiłby ocenić jej sytuację z boku, bez zbędnych emocji. Pragnęła wysłuchać kogoś zupełnie niezaangażowanego, ale zaufanego. Kogoś, kto potwierdziłby, że dobrze robi, i wsparł, kiedy będzie wyrzucać blisko dziesięć lat życia do kosza, bo to w finalnym rozrachunku okaże się dla niej czymś dobrym.

Agnes jednak nie było, a Adrianie właśnie kończył się czas.

 

 

 

 

Rozdział pierwszy

 

 

 

 

Dzwonek telefonu wyrwał Adrianę z zamyślenia.

– Tylko mi nie tłumacz, że zapomniałaś… – W głosie Jagody zabrzmiała irytacja.

Przycisnęła mocniej komórkę do ucha i poszukała wzrokiem zegara. Do spotkania zostało dziesięć minut. Nie zapomniała, tylko zamyślona straciła poczucie czasu.

– Już wychodzę – obiecała, po czym przerwała połączenie.

Narzuciła na siebie lekką kurtkę i wzuła nowe buty na niskim obcasie. Nim sięgnęła po leżące w koszyku klucze, spojrzała w lustro. Makijaż, który zrobiła rano, nadal wyglądał dobrze. Z Jagodą umówiły się w Osterii Fenicottero – włoskiej knajpce położonej blisko jej domu. Adrianie odpowiadała panująca tam swobodna atmosfera oraz lokalizacja w centrum Brzęczkowic.

Piętnaście minut później weszła do lokalu i rozglądała się za Jagodą. Po chwili zauważyła ją siedzącą przy stoliku z widokiem na taras. Przyjaciółka uważnie czytała kartę.

– Już jestem – rzuciła Adriana lekko zadyszanym głosem. Kiedy zdejmowała kurtkę pojawiła się przy nich kelnerka z drugą kartą.

– Poproszę latte – rzuciła Jagoda.

– Dla mnie to samo – zdecydowała Adriana, odkładając na stolik menu.

Wymieniły powitalne pocałunki. Odniosła wrażenie, że przyjaciółka uważnie jej się przygląda. Po chwili Jagoda uśmiechnęła się.

– Wyglądasz lepiej niż ostatnio – pochwaliła.

– Zainwestowałam w kosmetyki. I przestałam uczyć się po nocach. Udało mi się pomyślnie zaliczyć sesję, chociaż raz niewiele brakowało i poległabym na drobiazgu.

– Sen to najlepszy kosmetyk – zgodziła się Jagoda. Adrianie daleko jeszcze było do szczytu formy, ale na szczęście przestała przypominać zabiedzoną sierotkę Marysię na narkotykowym głodzie.

Adriana przypatrywała się w milczeniu przyjaciółce. Nie należała do najlepszych obserwatorów, ale dostrzegła w niej coś takiego… Wygodniej umościła się na krześle i zmrużyła odrobinę oczy. Miała pewne podejrzenia.

– Ja jak ja, ale ty… widzę, że promieniejesz. Stało się coś dobrego?

Jagoda zarumieniła się delikatnie i uśmiechnęła do przyjaciółki.

– Tak… Jeszcze za wcześnie o tym mówić, ale spotkaliśmy się parę razy i… zaiskrzyło. Ma na imię Mateusz i jest taki… sama wiesz… słodki. – Zachichotała. – Na razie nie chcę zapeszyć, więc będę siedzieć cicho, ale jeśli to wypali, na pewno cię o tym poinformuję.

Adriana odwzajemniła uśmiech. To cudownie, że u Jagody wydarzyło się coś dobrego. Ostatnio była taka zabiegana i zapracowana. Przyjaciółka będzie miała pretekst, aby odrobinę zwolnić i zadbać o siebie.

– Liczę na to!

– Skusisz się na coś? – spytała Jagoda, przypatrując się kolejnym pozycjom w karcie. – Mają tu naprawdę niezłą kuchnię.

Adriana pokręciła głową. Na kawę raz, góra dwa razy w miesiącu mogła sobie pozwolić, ale posiłki w restauracji nie mieściły się, zwłaszcza ostatnio, w jej budżecie. Niestety, brzuch dał o sobie znać głośnym burczeniem. Usłyszała je Jagoda.

– Zjesz coś – oznajmiła stanowczo. – Nie samym snem żyje człowiek.

– Nie chciałam bardzo się spóźnić i nie zdążyłam nic przegryźć przed wyjściem. Zjem po powrocie do domu.

– A tymczasem będziesz handlować głodem? Na dodatek w knajpie? Nie wydaje mi się – ucięła dyskusję.

Adriana unikała wzroku przyjaciółki. Patrzyła na płomień świeczki migoczący w przeźroczystym kielichu.

– Wiesz, że mnie nie stać – przypomniała cicho.

Jagoda spoważniała.

– Ja zapłacę. I nie chcę słyszeć nawet słowa sprzeciwu – rzuciła, widząc, że Adriana otwiera usta, aby zaprotestować. – A ty mi opowiesz, co znowu zrobił ten gnojek.

Adriana nie lubiła się skarżyć, ostatecznie sama dokonała swoich wyborów i nikt ją nie zmuszał do poślubienia Stefana. Jednak miło byłoby komuś się wygadać. Komuś, kto stanie po jej stronie. Nim zaczęła swoją opowieść, poczekała, aż kelnerka postawi na kraciastym obrusie ich kawę i odejdzie na bezpieczną odległość.

– Nie przelał mi w kwietniu żadnych pieniędzy.

Jagoda właśnie słodziła swoją latte i usłyszawszy wyznanie przyjaciółki, prawie rozsypała cukier.

– Mówiłam. Gnojek. Wytłumaczył ci, dlaczego tego nie zrobił? Poza tym, że to oczywiście twoja wina.

– Wyłącznie moja – ironicznie zgodziła się Adriana. – Zastrajkowałam i przestałam mu prać, więc musiał sobie biedaczek kupić nowe koszule. Nie może mi dać kasy na utrzymanie, ponieważ spłaca kartę.

Jagoda energicznie zamieszała kawę i zlizała z łyżeczki piankę.

– I co ty na to? Podkuliłaś ogon czy może nareszcie poszłaś po rozum do głowy?

– Gdy popłaciłam wszystkie rachunki, nie za wiele zostało mi na koncie. To nieekonomiczne, ale zakupy zaczęłam robić tylko dla siebie. Kupuję trochę jedzenia. Akurat tyle, żeby starczyło mi na jeden dzień. Obiady gotuję i mrożę, ponieważ Stefan wciąż nie zdołał zlokalizować zamrażalnika.

Po wielkiej awanturze w niedzielę, podczas której zarzucił jej, że chce go otruć, wyszedł, trzaskając drzwiami. Pewnie pobiegł prosto do Agaty. Domyśliła się tego, ponieważ dwie godziny później z wizytacją wpadła teściowa. Na szczęście nie siedziała długo, zorientowawszy się, że ukochany jedynak gdzieś wybył. I nawet od matki nie odbierał telefonów.

– Wybacz, ale Stefan zdołał jakoś zastąpić twój mózg mopem połączonym z ubijaczką do jajek. Szkoda tylko, że nie potrafisz tym sprzętem wbić mu odrobinę rozumu do głowy. – Jagoda pokręciła z ubolewaniem głową. – Znasz moją opinię…

– Wiem, ale się boję…

– A czego? Życia w pojedynkę? Przecież cały czas tak żyjesz. Nigdy nie mogłaś na niego liczyć. Zostałaś sama z przerośniętym, egoistycznym przedszkolakiem. Dobrze, że przynajmniej z rodzicami rozmawiasz, to już naprawdę postęp. Jeśli chcesz znać moje zdanie, to powinnaś rzucić drania w cholerę.

Nie tylko ty mi to doradzasz, pomyślała Adriana. To samo usłyszała podczas ostatniej wizyty w domu rodzinnym. Po raz pierwszy od lat spotkała się z Szymonem. Brat zmierzył ją wzrokiem i oznajmił, że zna niezłych prawników, którzy z przyjemnością zajmą się jej rozwodem. Powiedział także, że gdyby spotkał Stefana w ciemnej alejce, pobiłby go bez wahania. Brat niby żartował, ale wyczytała z jego oczu, że gotów byłby to zrobić.

– Wiem… I sama zaczynam dojrzewać do tej decyzji. Jeszcze w styczniu chciałam ratować małżeństwo. Teraz przekonałam się, że nie mamy szans… – powiedziała smutno.

– Nigdy nie mieliście – mruknęła Jagoda.

Adriana odsunęła od ust wysoką szklankę i zmierzyła przyjaciółkę wzrokiem.

– Co masz na myśli? – spytała ostrożnie.

Zauważyła, że Jagoda wyraźnie się waha. Przez chwilę milczała, powoli sącząc kawę i najwyraźniej starając się poukładać wszystko, co miała do powiedzenia. W końcu odsunęła od siebie szklankę i uważnie przyjrzała się Adrianie.

– Tak sobie myślę, że jesteś gotowa mnie wysłuchać. Kilka miesięcy temu nie chciałaś, a ja później nie miałam dość odwagi, aby ponownie poruszyć ten temat. Chociaż trzymanie tego w tajemnicy przed tobą zżerało mnie po kawałeczku. Żywcem.

Adriana potrząsnęła głową i uśmiechnęła się.

– Nie ma sensu bez końca roztrząsać przeszłości. Wiem, że żałujesz, a ja już zapomniałam…

– Nie wtedy, kiedy twoja przeszłość do dzisiaj kąsa cię w tyłek. I nie dotyczy mnie osobiście. A właściwie dotyczy tyle, że gdy się dowiedziałam, powinnam od razu iść do ciebie i nie odpuszczać, aż mnie wysłuchasz. Nie postąpiłam w ten sposób i z tego powodu strasznie mi wstyd. I to mnie gryzie.

– Wiem, że to wszystko wina Agaty… – Adriana machnęła ręką. – Sama doszłam do tego wniosku już parę lat temu. Najprawdopodobniej czegoś mi dosypała i liczyła na łut szczęścia. Potem zmontowała ten filmik i umieściła go w sieci.

Jagoda uśmiechnęła się współczująco.

– Kochana, tak naprawdę stoisz na czubku góry lodowej i nie widzisz szlamu, który kryje się pod powierzchnią. Życie zniszczył ci ten cholerny triumwirat.

Adrianie mocniej zabiło serce. Zmarszczyła brwi, nie spuszczając wzroku z twarzy Jagody.

– Triumwirat?

Przyjaciółka potaknęła.

– Agata. Wiktoria. I… – przełknęła nerwowo ślinę – i Stefan.

Obruszyła się nieco, usłyszawszy ostatnie imię. Jej małżeństwo się posypało, ale w licealnych czasach w zasadzie mogła na niego liczyć. W szkole, owszem, unikał jej jak wszyscy, ale przynajmniej odwiedzał ją w domu. Dzwonił. Interesował się.

– Ale… Stefan wtedy został przy mnie. Jako jedyny – upierała się. – I za to jestem mu wdzię…

– Nie kończ, błagam cię – przerwała jej Jagoda. – Nic nie rozumiesz. To Stefan zamieścił ten filmik w sieci – wypaliła i spuściła na chwilę wzrok, ponuro wpatrując się w obrus i mocno zaciskając dłoń na łyżeczce.

Stefan. Filmik.

Adrianie zakręciło się w głowie i ciężko opadła na oparcie krzesła. Nie wiedziała, co powiedzieć, więc w ciszy wpatrywała się w poważną twarz przyjaciółki. To przecież niemożliwe. Dopiero co usłyszane nowiny nie mieściły jej się w głowie.

Jeśli… jeśli Jagoda mówi prawdę, to znaczy, że małżeństwo Adriany zostało zbudowane w całości na kłamstwie. Stefan nie tylko wykorzystał słabość swojej dziewczyny, ale także skrzywdził w najgorszy możliwy sposób. Natychmiast przypomniała sobie śmiech, drwiny, poczucie kompletnego wyobcowania. A potem wszechogarniającą apatię. Stefan dzwonił, pocieszał, pomstował nawet na kolegów. Traktowała go jak kotwicę.

A teraz dowiaduje się od przyjaciółki, że to zachowanie było fałszem, a jej wybawca – oszustem? Przyczyną cierpienia? W takim wypadku miał szansę z bliska obserwować efekty swojego postępowania. Napawać się nimi i dzielić z przyjaciółmi. Zdrada, jakiej dopuścił się z Agatą, przy tej możliwości po prostu była niczym. Ale dlaczego?

Na miłość boską, dlaczego chłopak, który ponoć ją kochał, zrobił jej coś takiego? Przecież powinien ją chronić! Ta dawno pogrzebana, skrzywdzona część niej zaczęła budzić się i zadawać pytania! Zastanawiać się nad motywami jego działania.

Nie pojmowała ich.

Gdy nerwowo zamrugała powiekami, aby zwalczyć cisnące się do oczu łzy i odzyskać panowanie nad sobą, wiedziała, że lada chwila przegra. I zupełnie się rozklei.

W odzyskaniu równowagi pomógł jej wzrok Jagody. Współczucie, które w nim wyczytała. I jej pełne wsparcia milczenie.

Nie będzie płakać przez Stefana. Nigdy więcej nie zamierza z jego powodu wylewać łez. Jeśli Jagoda mówiła prawdę, mąż zdecydowanie nie był tego wart. Wzięła głęboki oddech.

– Już czuję się lepiej. A teraz wyjaśnij mi, skąd wiesz. Nie, lepiej opowiedz wszystko, co wiesz – poleciła z naciskiem.

– Może pojedziemy do mnie? – zaproponowała Jagoda. – Jeszcze nie widziałaś mojego nowego mieszkania. Przy okazji cię nakarmię, skoro masz opory, bym zapłaciła tutaj rachunek.

Przyjaciółka poszukała wzrokiem kelnerki.

– Gotujesz?

– Robię niesamowite sałatki – obiecała.

Jagoda mieszkała na wybudowanym stosunkowo niedawno zamkniętym osiedlu na Mazybergu. Adriana została zaproszona do przestronnego pokoju dziennego z otwartym aneksem kuchennym. Z ciekawością rozglądała się po urządzonym w słonecznych kolorach pomieszczeniu. Wrażenie przestronności potęgowały duże, sięgające podłogi okna. Rzuciła ostrożne spojrzenie przyjaciółce, która właśnie myszkowała w otwartej lodówce. Podczas drogi z restauracji nie odzywały się do siebie, a Adriana w tym czasie częściowo odzyskała równowagę. Była gotowa na wysłuchanie tej opowieści, a jednocześnie zastanawiała się, jak ją zweryfikować.

Och, nie wątpiła, że Jagoda mówi prawdę, albo właściwie to, co uważa za prawdę. Jednak wolałaby uzyskać pewność, nim skonfrontuje się z mężem.

– Zrobić ci kawę?

– A mogłabym dostać herbatę? Tak naprawdę nie przepadam za kawą i piję ją tylko okazjonalnie.

Jagoda uśmiechnęła się, jednocześnie wyciągając z szafki filiżanki.

– Widzę, że ta niechęć nie przeszła ci od czasów szkolnych. Sama nie wiesz, co tracisz… – Otworzyła inną szafkę, w której poukładane miała różne puszeczki. – Czarna? Może zielona? O, już wiem…

Postawiła przed Adrianą parującą filiżankę i wróciła za wysoką ladę, na której zaczęła kroić owoce. Adriana wciągnęła nosem przyjemny aromat naparu.

– Co to takiego?

– Oolong mango cookie. Jedna z moich ulubionych.

Adriana skosztowała gorącego płynu i stwierdziła, że smakował tak samo bosko jak pachniał.

– Widzę, że ty za to nauczyłaś się cenić dobrą herbatę.

Jagoda postawiła przed nią miseczkę z sałatką.

– Wcinaj.

Obie w milczeniu zajęły się jedzeniem, tym samym odwlekając w czasie podjęcie nieprzyjemnego tematu. Lecz on i tak majaczył w pobliżu, niwecząc przyjemność, którą w przeciwnym wypadku czerpałaby z posiłku. Wyraźnie dało się odczuć wiszące w powietrzu napięcie. Kiedy po raz kolejny miała problem, aby przełknąć kawałek owocu, odłożyła łyżeczkę do w połowie opróżnionej salaterki i wygodnie oparła się o żółte poduszki kanapy.

– Po prostu mi to powiedz. Obiecuję nie wyskoczyć przez okno. – Adriana uniosła rękę w geście żartobliwej przysięgi.

– Co najwyżej skręciłabyś sobie nogę, po potknięciu o próg drzwi tarasowych. Ale dobrze… – Jagoda odetchnęła. – Jakiś rok temu mieliśmy spotkanie klasowe. Agata nie pojawiła się, za to przyszła Wiktoria. Zażywałam wtedy antybiotyk, więc nie mogłam pić alkoholu. Dlatego zobowiązałam się odwieźć ją do domu po imprezie. Kompletnie się wtedy spiła, więc puściły wszystkie hamulce. Przejeżdżałyśmy niedaleko naszego liceum i wtedy zebrało jej się na szczerość. Możesz sobie wyobrazić, że gdy padło twoje imię, cała zamieniłam się w słuch. Wiele spraw nagle stało się dla mnie klarownych…

Jagoda przymknęła oczy i starała się przypomnieć sobie dokładne słowa Wiktorii. Nie uczestniczyła w pamiętnej osiemnastce i o wielu faktach usłyszała wtedy po raz pierwszy. Znowu znajdowała się w samochodzie i z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy słuchała wynurzeń byłej koleżanki, która z chichotem wspominała dawne czasy.

– Strasznie podobał mi się wtedy Maciek… Lubiłam go, ale wstydziłam się do tego przyznać ze względu na Stefana. Nastolatki są takie duuurne, nie? Stifiego wszyscy uwielbiali, a Maciek… wyglądało na to, że wcale nie dba o to, co inni o nim sądzą. Wydawało mi się to takie ffajneee. I coooo…? Widziałam, jak siedzi z tą cholerną Adrianą i uśmiechają się do siebie, tacy zachwyceeeni sobą. Przy nikim innym się nie śmiał, a Adusia miała przecież cudneeego Stefana, a bezczelnie… bezczelnie podrywała innego. Nakręciłam ich, żeby Stifi wiedział, co z niej za szmata! Miałam ochotę ją zaaabić… – Wiktoria czknęła w ciemnościach. – A potem wszystko potoczyło się nie taaak…! Stefan ich zobaczył przyklejonych i się wściekł. Myślałam… że z nią zerwie, ale tylko, kuuurwa, zaczął lać Maćka. I wtedy wooow! Nie przyyyy… przypuszczałam, że… Maciek w końcu mu odda. A Stefana zamroczy i padnie. Wtedy wszyscy zobaczyli, że z Pływaka wcaaale nie był taki mięczak, jak go opisywał Stifi… Nim chłopcy ocucili Stefana, Maciek zdążył wziąć na ręce kompletnie naćpaną Adusię i gdzieś z nią wyszedł. Tak po prostu… I potem już nieee wrócili. Przynajmniej zdążył ostatni raz w życiu pobzykać, nim… sama wiesz. Miał takie siiiiiiilne ramiona – zamruczała. – Szkodaaa, że został kaleką.

Jagodzie zrobiło się niedobrze. Najchętniej wyrzuciłaby byłą koleżankę z samochodu, jednak chciała usłyszeć wszystko do końca. Całe przyznanie się do winy.

– I dlatego wrzuciłaś to nagranie do netu? Z zazdrości?

Wiktoria zachichotała i znowu czknęła.

– Ja? Nie… Nie wiedziałaś? Naprawdę nie wiedziałaś?! To Stifi wrzucił część nakręconego filmiku z oooosiemnastki… kiedy go odwiedziłam z kaaamerą następnego wieczoru. – Zachichotała. – Zemścił się na tej zdzirze… Chciał ją ukarać za to, że… że stracił twarz przed kumplami. Tak łatwo daaała innemu… Zamierzał z niiią zerwać, ale tak, by żaaaaden facet się nią nie zainteresował. Przesłał Agacie link… a ona…

– Co? – warknęła Jagoda, zajeżdżając pod blok byłej koleżanki.

– Zawsze umiała pisać! – Wiktoria wybuchła głośnym pijackim rechotem. – Ada była kompletnie skończona tak z dnia na dzień! I wszystko super by się potoczyło, bo jestem pewna, że dostałabym Maćka, gdyby nie… gdyby nie ten chujowy wypadek! – warknęła. – Nie interesowało mnie potem jakieś tam warzywo. A kiedy zachorował ojciec Stefana… Żadna z nas nie miała tyle kasy co Ada i wszystko szlag trafił. Niedobrze mi…

Jagodzie też zrobiło się niedobrze od towarzystwa Wiktorii.

Teraz siedziała naprzeciwko Adriany, która słuchała zwięzłej relacji z pobladłą twarzą i zagryzionymi wargami. Jej oczy miały taki wyraz… że Jagoda nie potrafiła dłużej w nie patrzeć. Przyjaciółka wyglądała, jak gdyby po raz kolejny zawalił jej się świat.

– Nie wiedziałam, że filmowano całą imprezę – odezwała się Adriana, przełamując trwającą ciszę. – Agata kilka dni wcześniej chwaliła się telefonem z bajerami i do teraz uważałam, że to nim nakręciła zamieszczony w necie fragment osiemnastki. Wtedy… przez jakiś czas nie miałam ochoty tego analizować.

– Wyciągnęłaś słuszny wniosek. Gdy odeszłaś ze szkoły, przypadkowo usłyszałam, jak Agata przechwalała się, że to jej zasługa, a wasze zerwanie jest jedynie kwestią paru dni… Wtedy dopiero przejrzałam na oczy, ale już było za późno…

Jagoda również dołożyła swoją cegłę do nieszczęścia Ady. I to, że obecnie czuła się tak podle, nie stanowiło żadnego zadośćuczynienia za krzywdy wyrządzone w przeszłości. Zwłaszcza że Adriana nadal pokutowała, choćby jeszcze trwającym małżeństwem ze Stefanem.

Jagoda nagle poczuła, że ktoś… Ada delikatnie głaszcze ją po dłoni, więc nabrała odwagi, aby znowu spojrzeć przyjaciółce w oczy.

– Przepraszam…

– To nie ty powinnaś mnie przeprosić. Każdy przechodzi chwilę zwątpienia, a twoja… po prostu wypadła w niekorzystnym dla mnie momencie. – Uśmiechnęła się blado.

– Gdybym tylko…

Adriana potrzasnęła głową. Dokładnie wiedziała, co Jagoda chce powiedzieć.

– Nie. Gdybyś uczestniczyła w imprezie, najprawdopodobniej niczego by to nie zmieniło. Inni wszystko widzieli i bez problemu zostali zamanipulowani przez Agatę. Pijani nie bywają rzetelnymi świadkami. A ona zawsze dążyła do celu po trupach.

Wtedy pragnęła zdobyć Stefana i najwidoczniej teraz historia zatoczyła koło. A Adrianę właśnie ogarnęła wielka chęć spełnienia marzenia dawnej koleżanki. Nawet zawiązałaby mu czerwoną kokardę na szyi. A potem mąż z kochanką mogą się na niej symbolicznie powiesić!

Obecnie musiała zdobyć jeszcze tylko jedną rzecz: potwierdzenie opowieści Jagody. Nie wątpiła, że przyjaciółka mówiła prawdę, ale jej potrzebny był bardziej namacalny dowód niż pijackie zwierzenia Wiktorii.

I chyba nawet wiedziała, gdzie go szukać.

 

 

 

 

Rozdział drugi

 

 

 

 

Niedługo po tym wyznaniu Adriana postanowiła wrócić do domu, aby w spokoju przemyśleć możliwe strategie postępowania. Przeprosiła Jagodę, ale nie potrafiła już nic więcej przełknąć, pomimo że sałatka okazała się pyszna. Ściśnięty żołądek nie pozwolił jej cieszyć się posiłkiem. Siedząc w autobusie, trawiła usłyszane informacje. Dobrze, że już wcześniej nabrała dystansu do męża. Chociaż świat runął jej na głowę po raz kolejny, opowieść Jagody nie doprowadziła Adriany na skraj przepaści. Owszem, okazała się bolesna, ale czasami spokój ducha jest wart przebytego wcześniej cierpienia.

Czymś pozytywnym stała się informacja o tym, co się z nią działo po imprezie, bo tego kompletnie nie pamiętała. Wiedziała tylko, że jakimś cudem obudziła się we własnym łóżku. Wyglądało na to, że była winna Maćkowi więcej niż jedno podziękowanie. To on zaopiekował się nią po awanturze i wbrew temu, co sądzili inni, wcale nie wykorzystał. Poza lukami w pamięci następnego dnia nic jej nie dolegało.

Najbardziej żałowała, że w porę nie okazała mu wdzięczności. Przecież, gdyby się nią nie zajął… to wydarzenie mogłoby się dla niej skończyć jeszcze gorzej. Na przykład zbiorowym gwałtem dokonanym przez podpitych chłopaków. A ona nie potrafiłaby się przed nimi obronić. Dzięki Maćkowi przynajmniej fizycznie wyszła z kłopotów bez szwanku.

Po powrocie do domu zorientowała się, że Stefan musiał wrócić dosłownie przed chwilą, ponieważ przyłapała go na energicznym przetrząsaniu lodówki. Cóż, pomyślała, obserwując jego nerwowe ruchy, znajdzie tam jedynie światło. No, może z dodatkiem dwóch surowych marchewek, puszki czerwonej fasolki oraz słoików z resztkami ogórków konserwowych i oliwek, których nie jadał. Nawet chleba nie mieli. Co prawda zamierzała po spotkaniu z Jagodą wstąpić do piekarni, ale po usłyszanych rewelacjach zmieniła zdanie.

Stefan trzasnął drzwiami lodówki. Pod wpływem gwałtownego ruchu aż zabrzęczały przechowywane w środku słoiki.

– Przygotuj mi coś do zjedzenia. Mam nadzieję, że zrobiłaś porządne zakupy – warknął, odwracając się do niej.

O! Czyżby milcząca wojna dobiegła końca? Ponieważ jaśnie pan odczuwał głód?

– Nie – oznajmiła spokojnie.

– To rusz się, durna babo! Do niczego się nie nadajesz…

Adriana w milczeniu nalała sobie z czajnika szklankę wody i zerknęła na gotującego się ze złości męża. Zaplótł przed sobą ręce i zmarszczył brwi.

– I co się gapisz? Won do sklepu!

– Nie.

– Jestem głodny.

Wzruszyła ramionami, co tylko bardziej go rozsierdziło. Zrobił dwa kroki w jej kierunku. Wyglądem przypominał gotującego się do szarży byka. Nawet oczy miał lekko przekrwione. Brakowało mu jedynie kółka w nosie i pary buchającej z nozdrzy. Oraz zakrzywionych rogów… Z trudem zachowała powagę.

– Jak chcesz jeść, to musisz sam się ruszyć z domu. Nie zrobiłeś mi przelewu, więc nie mam za co zrobić zakupów.

– A czyja to wina? – ryknął niespodziewanie, waląc pięścią w stół i przewracając odstawioną przez Adrianę szklankę. – Wyłącznie twoja!

Podskoczyła przestraszona, ale już chwilę później stwierdziła, że jeśli pozwoli się zastraszyć, nigdy się od niego nie uwolni. A przynajmniej nie na swoich warunkach.

– Doprawdy?

Uprzejmie zdziwiła się i odwróciła, jednak nim zdążyła opuścić kuchnię, złapał ją za ramię. Aż syknęła, ponieważ jego chwyt zabolał! Wyglądało na to, że doprowadzony do ostateczności Stefan może posunąć się do pobicia. Widocznie do tej pory dzięki własnej uległości nie obudziła w nim damskiego boksera.

I nagle zyskała pewność. Nawet gdyby dzisiaj nie wysłuchała Jagody, po tym występie bezwzględnie zdecydowałaby się odejść. We własnym domu kobieta powinna czuć się bezpiecznie. A żyjąc z oprawcą, nigdy tego poczucia nie osiągnie. Wyglądało na to, że w przypadku Stefana złe słowa stanowiły jedynie pierwszy krok. Gdy tresura zawiodła, uciekł się do stosowania siły.

Jej winą było natomiast tylko i aż to, że zbyt długo akceptowała jego zachowanie.

– Pójdziesz do kurewskiego sklepu. I zrobisz, kurwa, zakupy. Potem, kurwa, wrócisz tu i, kurwa, będziesz pichcić! Jasne?

Potrząsnął nią, aż zadzwoniły jej zęby. Nie odezwała się ani słowem, tylko mocno zaciskając usta, wpatrywała się w jego otaczającą jej ramię dłoń, aż zwolnił uchwyt.

– Nie! – oznajmiła z mocą i spojrzała mu w twarz. Wyczuła dobiegający od niego zapach piwa.

Czyżby ten dureń prowadził pod wpływem?

Pogarda najwidoczniej pojawiła się na jej twarzy, ponieważ uniósł zaciśniętą w pięść dłoń, jakby zamierzał ją uderzyć. Przymknęła oczy i oczekiwała na cios pozornie spokojnie, jednak serce tłukło jej w piersi jak oszalałe. Postanowiła wyłączyć system samozachowawczy, który latami nie pozwalał jej na prowokowanie Stefana. I do czego ją on zaprowadził? Mąż stawał się z roku na rok coraz gorszy, aż zrobił z niej swoją własną ścierkę.

Nie pozwoli sobie okazać słabości. Przenigdy!

Stefan mógł ją pobić, ale już nigdy nie złamie jej ducha.

– I co? – spytała, wyzywająco podnosząc głowę. – Uderzysz mnie? Wtedy przejdę się na policję lub do szpitala. Nie będę obnosić siniaków w Lidlu. A może właśnie do tego dążysz?

Widziała, jak wreszcie zaczyna trzeźwo myśleć. Wyraźnie wystraszony cofnął się o krok i rozluźnił zaciśniętą w pięść dłoń.

– Skoro nie traktujesz mnie z szacunkiem, niczego ode mnie nie oczekuj. Nie jesteś pierwszakiem, z którym muszę użerać się w pracy, tylko dorosłym facetem. Poza naburmuszonego księcia naprawdę nie pasuje mężczyźnie w twoim wieku. Przemyśl to sobie – wycedziła i odwróciła się na pięcie.

Spokojnym krokiem ruszyła do sypialni, nie dając po sobie poznać, jak bardzo się go wystraszyła. Z pozoru była opanowana, ale w środku cała się trzęsła. Na szczęście dotarła do łóżka i zdążyła na nie ciężko opaść, nim nogi całkowicie odmówiły jej posłuszeństwa.

Ta konfrontacja pozbawiła ją kilkunastu lat życia, uznała, kładąc się. Sama się dziwiła, jak w trakcie awantury udało jej się zachować zimną krew i nie poddać się jego żądaniom, pomimo że wszystko w niej krzyczało, aby nie prowokować go i po raz kolejny ulec.

Gdyby wcześniej miała jakiekolwiek wątpliwości co do uczuć Stefana, teraz ostatecznie pozbyłaby się ich. Nie potrafiła w jego wypadku mówić o jakimkolwiek szacunku, ponieważ mąż nią pogardzał. I to ona latami udzielała mu na to przyzwolenia.

Trzaśnięcie drzwiami upewniło ją, że opuścił mieszkanie. Nie wróci pewnie przez kilka godzin, jeśli w ogóle, uznała. Te nocne zniknięcia przydarzały mu się coraz częściej.

Właściwie, pomyślała, mogłaby teraz rozważyć wynajęcie detektywa. Rozwód przecież wydawał się nieunikniony.

Mogłaby poszukać dowodów potwierdzających jego winę, ale na to chwilowo była zbyt roztrzęsiona. Jak na jeden dzień nagromadziło się w niej za dużo negatywnych emocji. Poczeka z tym do następnego popołudnia i po powrocie z pracy może zacznie szukać. Wolała, aby nie zaskoczył ją na tej czynności jego niespodziewany powrót.

Zastanawiała się nad łamaniem jego prawa do prywatności, ale czy miała inny wybór? A jednak odpłacanie pięknym za nadobne też nie uznawała za właściwe.

Nie szanował jej, skrzywdził, dlaczego więc wciąż jeszcze się wahała?

 

*

 

Ze szkoły wróciła znużona, ale jednocześnie przepełniona chęcią działania. Pod nieobecność jednej z koleżanek została przeniesiona piętro niżej, gdzie uczyli się najmłodsi uczniowie. Pomyślała, że oni przynajmniej szczerze wyrażali swoje potrzeby i nie było wśród nich takich fałszywych Agatek i Stefanów.

Tylko kandydaci na nich, usłyszała ironiczny wewnętrzny głosik.

Po upływie kilku godzin przestała być zadowolona z przeniesienia. Wiosna wpływała na wzrost aktywności dzieci, więc przerwy spędzała, użerając się z niektórymi maluchami. Dzieciaki biegały, skakały, wcale nie reagując na upomnienia dyżurujących nauczycielek, i Adriana, obserwując to, martwiła się, że za chwilę któreś poślizgnie się i rozbije sobie głowę. Na korytarzu panował przy tym taki rejwach, że z trudem słyszała własne myśli.

– Mam to w dupie – wywrzeszczał jakiś mikrus w odpowiedzi na zwróconą mu uwagę.

– Co ty właśnie powiedziałeś? – zapytał przechodzący obok pan Krzysiu.

– Że mam to w dupie! – wrzasnął ponownie maluch, który ledwo co odrósł od ziemi, po czym wywinął się i pognał przed siebie, zostawiając pedagoga patrzącego za nim z osłupieniem w oczach.

– Gdzie ja pracuję? – mruknął, przechodząc obok.

No właśnie pomyślała Adriana, patrząc na rozrabiających uczniów. Gdzie? W takich chwilach cieszyła się, że tylko tu sprząta. Prosta praca bez ponoszenia odpowiedzialności za sytuacje, na które nie można mieć wpływu. Zwłaszcza że rozbawione dzieci wcale nie zwracały uwagi na polecenia dorosłych.

Przyszło jej to na myśl, a chwilę potem jeden z uczniów wylał napój z butelki. Ze sprzątaniem nie wolno jej było zwlekać do dzwonka, ponieważ w każdym momencie ktoś mógł się poślizgnąć na mokrej podłodze. Pośpieszyła do kantorka po szmatę, ale nim zdążyła wrócić, jedna ze skaczących dziewczynek wdepnęła w powstałą kałużę i prawie się wywróciła. Na szczęście wpadła na wyrośniętego kolegę i to pomogło jej utrzymać się na własnych nogach. Dyżurująca nauczycielka nie zauważyła nawet tej niebezpiecznej sytuacji, zajęta upominaniem grupy uczniów rzucających w innych gumowymi piłkami. Gdy zakaz nie przyniósł spodziewanego rezultatu, piłki zostały skonfiskowane, a korytarz wypełnił krzyk pokrzywdzonych dzieci. Gdy jeden uczeń wrzasnął tuż nad jej uchem, aż się wzdrygnęła.

Kończyła właśnie ścierać rozlany płyn, gdy do szkoły, furkocząc połami prochowca, wkroczył pan Ostudka. Jego energiczny krok dla Adriany oznaczał tylko jedno – kolejne problemy. Od razu skierował się do gabinetu pani dyrektor, nie kłopocząc się nawet zajrzeniem do pokoju nauczycielskiego. Od czasu afery z Olą słyszała ściszone rozmowy nauczycielek, że zasypywał dyrektorkę i kuratorium tonami skarg na rozmaite patologie, które, jego zdaniem, miały miejsce w ich szkole. Gdyby tylko on jeden tak się zachowywał, to pół biedy, ale trudnych rodziców było coraz więcej. Szczęśliwie, spora grupa nadal współpracowała z gronem pedagogicznym.

– Pani Adriano, pomogłaby mi pani? – Usłyszała prośbę, która z trudem przebiła się przez krzyki i piski rozbrzmiewające na korytarzu.

Rozejrzała się. Zauważyła, jak jedna z nauczycielek edukacji wczesnoszkolnej bezskutecznie usiłuje ściągnąć z parapetu opierającego się ucznia.

– Chcie być wysoko. Koty lubią patrzeć z góry – tłumaczył chłopiec.

Zacięta mina świadczyła o tym, że nie ustąpi. Zdziwiła się, ponieważ dziecko wyglądało na starsze od maluchów zazwyczaj brykających na tym piętrze. Dobrze, że parapet utrzymał jego ciężar. Gdyby coś się stało, mieliby poważne kłopoty

– Filip, nie możesz leżeć na parapecie. Nie jesteś kotem – powiedziała nauczycielka.

– Skąd pani wie? Miauuu! Miauuu!

Adriana skrzywiła się, słysząc świdrujący w uszach wysoki dźwięk wydawany przez ucznia.

– Filip! Złaź!

– Mama mówi, że nauczyciele na niczym się nie znają… Miauuuu!

– Pani Adriano, proszę biec po pana Krzysia – rzuciła zaczerwieniona z gniewu pani Ania.

Natychmiast ruszyła, szczęśliwa, że przynajmniej na chwilę oddali się od przeraźliwego miauczenia. Nie musiała wspinać się na pierwsze piętro, ponieważ pan Krzysiu ponownie pojawił się na korytarzu. Szedł w stronę gabinetu dyrektorki. Pewnie został tam wezwany w charakterze posiłków lub ostatniej linii obrony przed panem Ostudką. Adriana zastawiła mu drogę tuż przed drzwiami do sekretariatu. Ponaglony przez nią, skierował się do okna i po przeprowadzeniu nieudanych negocjacji wspólnymi siłami udało im się ściągnąć z parapetu kandydata na wściekłego kota. Ten na pożegnanie przejechał paznokciami po ręce Adriany, pozostawiając na niej krwawą szramę. Pani Ania, najpewniej nauczona wcześniejszymi doświadczeniami, zdążyła w porę odskoczyć…

Przez chwilę oszołomiona, wpatrywała się w plecy oddalającego się chłopca, mimochodem rejestrując rozmowę nauczycieli.

– Filip Groszek znowu daje popalić. – Pani Ania westchnęła. – Trzeba będzie go wysłać do poradni na badania. Pod warunkiem, że rodzice tym razem wyrażą na nie zgodę. Od trzech lat o to walczymy…

– Ciekawe, co by mu zdiagnozowali. Teraz modna jest afazja… – rzucił z westchnieniem pedagog. – A wystarczyłoby interesować się własnym dzieckiem i spróbować je wychowywać. Jednak rodzice sądzą, że od tego mają szkołę. Jesteśmy jak dworcowa przechowalnia!

Nauczycielka pokiwała głową.

– Moi rodzice mieszkają nad Groszkami. Ojciec siedzi ciągle w pracy, Groszkowa całe dnie spędza przed ryczącym telewizorem, więc moi rodzice są świetnie zaznajomieni ze wszystkimi serialami paradokumentalnymi. Nie muszą płacić za kablówkę, żeby być na bieżąco. A dzieci biegają samopas. Nie raz sąsiedzi interweniowali w administracji i nawet w MOPS-ie. Bez efektu. Mają już szóstkę pociech, a Groszkowa ponownie jest w ciąży. – Pokręciła z ubolewaniem głową.

Zadzwonił dzwonek i nauczycielka pośpiesznie się oddaliła.

Pan Krzysiu popatrzył na zadrapanie na ręku Adriany.

– Brzydko to wygląda. Proszę iść do pani Beaty, żeby zdezynfekować rankę. Ten uczeń nie tylko udawał kota, ale mam wrażenie, że nosił też po jakimś żałobę za paznokciami. – Nawiązał do brudnych rąk dziecka. – Lepiej nie ryzykować, że wda się zakażenie.

– Na szczęście zaszczepiłam się przeciwko tężcowi, po tym jak dwa lata temu pogryzł mnie jeden z uczniów – odparła dość spokojnie.

– Pogryzł? – Pan Krzysiu zaniepokoił się. Pracował w tej szkole dopiero rok. – Który to?

– Już do nas nie uczęszcza. Widuję go czasem na Brzęczkach. Mama zaprowadza go teraz do szkoły specjalnej. Miał autyzm, więc nic dziwnego, że w takim hałasie zachowywał się agresywnie. Nam to przeszkadza, a co dopiero chłopcu z rozmaitymi problemami.

– Chyba wszyscy powinniśmy się szczepić. Szkoda, że nie wynaleźli szczepionki dla rodziców eliminującej bezmyślność… Tak czy inaczej, proszę iść – polecił, po czym pospieszył do gabinetu, zapewne pacyfikować pana Ostudkę. Przyda się tam więcej osób, zważając na to, że przed aferą z Groszkiem zauważyła Olę przechadzającą się z wrednym uśmieszkiem pod drzwiami sekretariatu. A to nie wróżyło nikomu niczego dobrego.

Dziewczynka powinna mieć przypiętą do bluzeczki etykietkę: „Agata w trakcie tworzenia”. Aby zawczasu ostrzegać ludzi, co z niej za ziółko.

Skierowała się do gabinetu higienistki, gdy z sekretariatu wyjrzał pedagog.

– Pani Adriano? Możemy prosić?

Rzuciła mu zdziwione spojrzenie, ale nie zapytała, o co chodzi. Może potrzebowali świadka. Nie dalej niż tydzień temu widziała, jak Ola popchnęła na schodach koleżankę tak, że ta prawie z nich spadła. Na szczęście Adriana w porę chwyciła dziewczynkę za ubranie, bo nie wiadomo, jaki finał miałoby całe zdarzenie. Gdy poinformowała o zaistniałej sytuacji wychowawczynię, Ola kłamała w żywe oczy, wypierając się wszystkiego. Uczennica dobrze wybrała miejsce, ponieważ monitoring nie obejmował tego punktu. Poza poszkodowaną dziewczynką Adriana była jedynym świadkiem. Nie wiedziała, jak dalej potoczyła się ta sprawa, ale miała nadzieję, że pani Grażynka nie miała teraz kłopotów.

Weszła do gabinetu dyrektora i nieśmiało stanęła przy drzwiach. Ostudka rozparty na krześle spojrzał na nią wrogo.

– Panie Krzysiu, proszę przyprowadzić Olę, a panią, pani Adriano, proszę o zajęcie miejsca.

Zatem nie myliła się. Adriana zamierzała potwierdzić swoją opowieść. Uważała, że jeśli w porę nie ukróci się wyskoków Oli, niedługo dojdzie do tragedii. Na nieszczęście dziewczynka miała na takie zachowanie przyzwolenie w domu i bez skrupułów to wykorzystywała.

– Po co ma siadać? Żądam, żeby pani natychmiast zwolniła tę kobietę. Dyscyplinarnie. Podobne jej indywidua nie powinny przebywać w pobliżu bezbronnych dzieci – wycedził.

Pan Ostudka chyba siłą powstrzymał chęć wskazana na nią palcem.

Adriana zbladła. O co właściwie chodziło?

– Nie rozumiem, pani dyrektor… Czy zrobiłam coś nie tak? – odezwała się, gdy nieśmiało przycupnęła na jednym z krzeseł.

– Jeszcze zgrywa niewiniątko. Bezczelna baba! – prychnął. – Moja wizyta tutaj to dopiero pierwszy krok. Zobaczymy, jak pani będzie śpiewać na policji!

Na policji? Ale co ma do tego pan Ostudka? Rodzice poszkodowanej uczennicy zamierzali złożyć zawiadomienie?

– Najpierw pozwolimy się wypowiedzieć Oli. Potem wysłucham wyjaśnień pani Adriany. A potem zobaczymy – orzekła dyrektorka.

– Co tu wyjaśniać? Sprawa jest chyba oczywista! – burknął rodzic.

Adriana przenosiła niespokojny wzrok od Ostudki do dyrektorki i z powrotem, zastanawiając się, o co właściwie chodzi. Moment później pan Krzysiu wprowadził Olę do gabinetu. Ta spojrzała na Adrianę wzrokiem skrzywdzonego niewiniątka i pobiegła, aby skryć się za ojcem. Uczennica w duchu naigrawała się z niej, ale Adriana nadal nie rozumiała, o co może chodzić.

– Kochanie, powiedz pani dyrektor to, co nam wczoraj, i kończymy sprawę. Nie musisz się bać…

Pedagog przewrócił oczami, otworzył zeszyt, wziął długopis i skupił się na uczennicy.

Ola wbiła wzrok w Adrianę i mrugając powiekami, wycisnęła z oka jedną łzę. Ta mała miała przed sobą świetlaną aktorską karierę… Niewiniątko…

– Dobrze, tatusiu – pisnęła. – Wczoraj po wuefie przebierałam się w szatni. Moich koleżanek już nie było, bo szły na obiad, ale ja musiałam jeszcze skorzystać z toalety i dłużej mi to zajęło. Ta pani weszła do środka i kazała mi natychmiast spadać. Tłumaczyłam, że nie czuję się dobrze, ale nie chciała słuchać. Myślę, że śpieszyło jej się… – rzuciła niepewne spojrzenie Adrianie.

– I co działo się dalej? – spytała spokojnie dyrektorka.

Ola głośno przełknęła ślinę.

– Przeprosiłam, ale ta sprzątaczka… to znaczy pani Adriana… podeszła do mnie i mocno mną potrząsnęła. Aż zabolało… A potem… – ściszyła głos.

– A potem? – zachęcająco podpytywał pan Krzysiu.

– Uderzyła mnie po rękach trzonkiem miotły… a potem jeszcze w plecy. Z całej siły… – rzuciła i rozpłakała się, a potem szybko wtuliła twarz w ramię ojca.

Osłupiała Adriana chciała zaprotestować, ale żaden dźwięk nie wydobył się ze ściśniętego gardła. Ola nie była jedynie kandydatką na Agatę. Już dorównywała dawnej koleżance Adriany w podłości.

– Czy to było konieczne? Narażać dziecko na spotkanie z oprawcą? I jeszcze kazać mu się przy nim tłumaczyć? To psychiczne znęcanie się – grzmiał Ostudka.

Adriana zrozumiała już, co miał na celu ten teatr. Ola postanowiła się na niej odegrać. Jak zwykle wykorzystała do tego ojca i szkołę. Adriana nie dziwiła się już nauczycielom, którzy rozmowy z uczniami prowadzili przy świadkach. Zapobiegali w ten sposób bzdurnym oskarżeniom, które niełatwo odeprzeć. Zerknęła na pana Krzysia, który zanotował wszystko, co opowiedziała uczennica. Za chwilę zapisze jej słowa.

– Nie mogę podjąć wiążącej decyzji, nie wysłuchawszy obu stron. Zwłaszcza że faktycznie komuś stała się krzywda. Pani Adriano?

Pan Ostudka wyglądał na uspokojonego. Poklepał córkę po plecach, po czym posadził ją na krześle obok. Adriana zerknęła na nią. Dziewczynka miała tylko lekko załzawione oczy i z trudem hamowała cisnący się na jej usta uśmieszek.

Adriana musiała kilka razy odchrząknąć, nim była w stanie się odezwać. Zaczęła drżącym z przejęcia głosem:

– Rzeczywiście, wczoraj sprzątałam korytarz przy sali gimnastycznej. Miałam również umyć dwie szatnie, w których przebierają się dziewczynki, oraz toaletę. Kilka minut po dzwonku po ostatniej lekcji zapukałam do jednej z nich i zajrzałam do środka. Ola właśnie skończyła się przebierać i zawiązywała buty. Postanowiłam jednak zacząć od drugiej szatni, tę zostawiając sobie na koniec. Nie ponaglałam uczennicy ani nie wchodziłam do środka. Wróciłam, gdy szatnia była już pusta. I, pani dyrektor, nie rozumiem tego oskarżenia. Nie zrobiłam niczego, co mi się zarzuca.

Adriana nagle poczuła się tak jak w liceum, kiedy nikt jej nie wierzył. Na dodatek obecnie jej kłopoty mogły skończyć się nie tylko zwolnieniem, ale również oskarżeniem o znęcanie się nad dzieckiem. I karną sprawą w sądzie. Sama nie wiedziała już, jak się bronić… Wtedy wszyscy ją skazali, teraz pewnie skończy się podobnie. Ileż satysfakcji Wiktoria będzie czerpać z jej upadku… Na pewno cała sprawa dotrze też do uszu Agaty…

– Córka miała na ciele jakieś ślady? Sińce? Byli państwo u lekarza? Co stwierdził? – odezwał się milczący do tej pory pan Krzysiu.

– Chyba nie uwierzyli państwo tej kobiecie? – obruszył się pan Ostudka. – Ubrania musiały zamortyzować ciosy i na razie nie pojawiła się opuchlizna ani zasinienie, ale to pewnie tylko kwestia czasu. To skandal, że w państwa placówce pracują takie osoby. Zawiadomię policję, kuratorium, rzecznika praw dziecka, media…

Dlaczego nie samego Pana Boga? Adriana z każdym słowem wściekłego rodzica czuła, jak nadzieja na dowiedzenie prawdy znika. Nikt jej nigdy nie wierzył…

– Spokojnie… – odezwała się pani dyrektor. – To faktycznie wygląda na patową sytuację… Brak świadków, brak dowodów, słowo przeciwko słowu.

Ola nie potrafiła już skryć uśmieszku. Gdy spoczął na niej wzrok dyrektorki, zmieniła go szybko w grymas.

– Na szczęście…

– Na szczęście? – podchwycił rodzic.

Pani dyrektor spojrzała na Olę z uśmiechem.

– Kilka tygodni temu mieliśmy w tym newralgicznym punkcie bójkę i, na szczęście dla Oli, tydzień temu został założony monitoring. – Dziewczynka, słysząc to, poruszyła się niespokojnie, po czym zerknęła niepewnie na ojca. – Nie będziemy mieli problemów z ustaleniem prawdy. Panie Krzysztofie?

Pedagog odłożył długopis.

– Już idę, pani dyrektor.

– Pozwoli pani, że sam się przekonam. – Ostudka wstał i spojrzał na dyrektorkę z wyzwaniem w oczach. – Nie życzę sobie, aby ktoś grzebał przy nagraniu!

– Ależ proszę. – Skinęła zachęcająco głową.

Adriana gorączkowo zastanawiała się, czy faktycznie zrelacjonowała poprawnie wczorajsze wydarzenia. Ale tak… na pewno. Spojrzała na dyrektorkę z ulgą i odrobinę się rozluźniła. Za to Ola siedziała wyraźnie spięta.

Po piętnastu minutach wrócili panowie. Wściekły Ostudka rzucił córce niedowierzające spojrzenie. Po jego bojowym nastroju nie został nawet ślad.

– Było dokładnie tak, jak opisała pani Adriana. Nie weszła do przebieralni, w której przebywała uczennica, tylko do drugiej, i sprzątała w niej, kiedy Ola w podskokach wybiegała ze swojej szatni. Nie wyglądała na pobitą ani nawet na obolałą.

– Widocznie córka musiała pomylić przerwy – upierał się jeszcze Ostudka.

– Na innych przerwach przebywałam na parterze przy gabinecie pani dyrektor – oznajmiła cicho Adriana.

Pedagog ponownie zaczął notować. Kiedy skończył, poprosił Adrianę, aby przeczytała i podpisała notatkę. Gdy zobaczyła czarno na białym ustalenia z monitoringu, z ulgą złożyła pod nimi swój podpis.

Dyrektorka skinęła głową w kierunku Adriany.

– To byłoby na tyle. Bardzo panią przepraszam, ale lepiej takie wątpliwości od razu wyjaśnić. Z pomówieniami zazwyczaj są problemy.

– Rozumiem, pani dyrektor.

Adriana wstała, natomiast dyrektorka przeniosła spojrzenie na uczennicę i zmarszczyła brwi.

– Olu? Chyba coś od ciebie się należy pani Adrianie?