Natalia - Magdalena Wala - ebook + książka

Natalia ebook

Magdalena Wala

4,2

Opis

Natalia Odręga pochodzi z zamożnej rodziny posiadającej niemały majątek. Jej ojciec chce wydać ją za mąż za mężczyznę z arystokratycznej rodziny. Ale Natalia, pomimo olbrzymiego posagu,  nie miała dotąd szczęścia w miłości…

Natalia wraz z rodziną wyjeżdża na karnawał do Krakowa. Młody Szymon Pawłowski,  związany obietnicą złożoną ojcu, poszukuje żony. Poznawszy Natalię, którą szybko polubił,  postanawia uczynić zadość życzeniom ojca i oświadcza się. Jednak są osoby, które nie chcą dopuścić do zawarcia małżeństwa. Wraz z pojawieniem się kandydata na męża o Natalii zaczynają krążyć plotki, że para się magią i chce zaszkodzić jednemu z domowników. Ktoś wyraźnie pragnie jej kompromitacji w oczach Szymona. Dziewczyna będzie musiała zdecydować  czy wyjawić swoje sekrety, zanim wpadnie w wielkie tarapaty.

 

Świat dziewiętnastowiecznych intryg, romansów, niespełnionych nadziei i spełnionych miłości leży przed Tobą na wyciągnięcie dłoni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (72 oceny)
32
24
15
1
0

Popularność




Copyright ‌© Magdalena Wala, 2018

Copyright ‌© Wydawnictwo Poznańskie ‌sp. ‌z o.o., 2018

Redaktor ‌prowadzący: Bogumił Twardowski

Redakcja: Natalia ‌Szczepkowska

Korekta: Paulina Stoparek

Projekt ‌typograficzny, ‌skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt ‌okładki ‌i stron ‌tytułowych: Magdalena ‌Zawadzka

Fotografie ‌na okładce:

© Lee Avison/arcangel.com

© ‌Isa Long/shutterstock.com

© Ola-la/shutterstock.com

Konwersja ‌publikacji do wersji elektronicznej: ‌Dariusz ‌Nowacki

Zezwalamy ‌na udostępnianie ‌okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne ‌2018

eISBN ‌978-83-7976-842-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa ‌Poznańskiego sp. ‌z o.o.

ul. Fredry 8, ‌61-701 ‌Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: ‌61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Gabrielowi

Prolog

To, co ‌czuła, ‌można było określić wieloma ‌słowami. Panika, ‌przejmujący wstyd, ‌rozpacz. Nie ‌pozwolili jej zachować nawet ‌odrobiny godności, ‌gdy obnażyli ją ‌dla swych ‌lubieżnych spojrzeń. ‌Gdy wodzili ‌po ‌jej nagim ‌ciele wzrokiem, w którym nie ‌znalazła nawet krzty ‌wstydu ‌czy współczucia, a ‌jedynie obelżywą uciechę. Przecież ‌jako istota słabego ‌rozumu najbardziej była narażona ‌na podszepty zła. Zła, ‌które ‌należało ‌piętnować publicznie.

Nie będą ‌mieli dla ‌niej miłosierdzia. Stała ‌przed nimi ‌bezbronna, z rękami skutymi ‌żelaznymi obręczami umieszczonymi na ‌zwisającym z sufitu łańcuchu. Balansowała ‌na czubkach palców, ‌odczuwając coraz ‌większy ‌ból w wyprężonym ciele. ‌I wiedziała jedno ‌– nie przetrwa badania. ‌Nie ‌przetrwa nawet jednej sesji ‌pytań i tortur, a co ‌dopiero trzech. ‌Jej łzy i błagania nie ‌robiły żadnego ‌wrażenia na ‌tych mężczyznach, ‌na sędziach, ‌na kacie. ‌Nie ‌była winna oskarżeń, ale ‌to do niej należało ‌udowodnienie ‌swojej niewinności. A mogła to osiągnąć wyłącznie dzięki konsekwentnemu, twardemu zaprzeczaniu. Ale gdy kat pokazał jej narzędzia, za pomocą których miano zmusić ją do mówienia, do obwinienia się, już wiedziała. Wiedziała, że nie da rady. Złamie się i przyzna do wszystkiego, co tylko jej zarzucą. Do każdego podłego występku, każdej bezecnej myśli. Do wszystkich tych czynów, których nie popełniła.

Nie rozumiała, dlaczego się tu znalazła. A raczej dokładnie rozumiała. Jedna z badanych wcześniej kobiet złożyła na nią donos. Oskarżyła ją, że spółkowała ze Złym. Że na miotle udawała się na Łysą Górę, a potem wracała i szkodziła mieszkańcom miasteczka. Zaczarowała młodego szlachcica, żeby poprosił o jej rękę i wyniósł ją ponad stan, w którym przyszła na świat. Nieważne, że była córką burmistrza, człowieka bogatego i poważanego. Nieważne, że w następnym tygodniu miała ślubować przy ołtarzu kawalerowi, który potrzebował tych pieniędzy. A wtedy jako żona szlachcica byłaby bezpieczna. Była dumna z tego, że los tak wspaniale ją obdarował.

Teraz z jej pychy nie zostało nic. Zostało spalone wraz jej suknią, zostało zgolone wraz z jej włosami. Z tymi długimi splotami o barwie kłosów zboża. Jej największej ozdoby, z których tak bardzo była dumna. Teraz świeciła przed sędziami gołą czaszką, podczas gdy szorstkie ręce kata brutalnie miętosiły jej młode ciało w poszukiwaniu jakichkolwiek znamion. Znaków Szatana.

Ostrymi nożycami, a potem nożem pozbawiono ją owłosienia, aby Szatan nie mógł się w nim ukrywać, nie mógł przyjąć na siebie zadawanego jej bólu. W chwili, gdy ujrzała szczypce, sznury i śruby, wiedziała, że ból będzie przeogromny. Nie do wytrzymania.

Widziała wpatrzone w siebie oczy i zdawała sobie sprawę, że zrobi wszystko, żeby uniknąć losu matki i innych kobiet, które następnego dnia miały skończyć na stosie. Musi po prostu przetrwać w oczekiwaniu na królewski akt łaski. Wiedziała, że jej ojciec robi wiele, aby odwlec egzekucję skazanych kobiet. Ale czy akt łaski nadejdzie na czas?

Ostatecznie pierwszą z nich oskarżyła o stosowanie czarów szlachcianka. I wykorzystując swoją pozycję, nalegała na jak najszybsze wykonanie wyroku. Wiadomym było, że jedno słowo szlachetnie urodzonej miało większą wagę niż wszystkie zapewnienia pierwszej oskarżonej. A ta próbowała się ratować, wskazując na żonę burmistrza. A skoro uznano za winną burmistrzową, w konsekwencji jej córkę również postanowiono poddać badaniu. Przecież wiadomym jest, że żeńskie potomstwo czarownic jest szczególnie narażone na kontakt z Szatanem, ponieważ skłonność do Złego dziedziczą po matkach.

Wyprężyła się, wiedząc, że sędziowie uważnie obserwują jej poruszające się jędrne piersi. Widziała, jak jeden ze starców głośno przełknął ślinę. Dobrze. Utkwiła w nim wzrok, wiedząc jak ma postępować dalej.

Jej cnota… poczuła nagle obezwładniający żal, ale zaraz stwardniała wewnętrznie.

Nie liczyła się. Ważne było jedynie przetrwanie.

***

To wydawało się takie proste.

Wystarczyło tylko otworzyć okno, wślizgnąć się na parapet i wykonać ten jeden krok. Ostatni w swoim życiu. Przerwać żałosną egzystencję. Rozczarowanie, które przynosiła wszystkim, a zwłaszcza rodzinie. Co więcej, wstyd i hańbę. To nie była twoja wina, powiedział głosik w jej wnętrzu. A czyja? – Szybko zripostowała. Wyłącznie moja… Gdybym tylko była mądrzejsza… ładniejsza… weselsza… młodsza… gdybym tylko…

Czarny powóz, do którego wsiadł jej były już narzeczony, dawno zniknął za rogiem. A ona w ciszy patrzyła jak kolejne krople deszczu spływają po szybie. Kropla po kropli, łączyły się w płynące w dół strumyki. Zupełnie jak jej bezgłośnie cieknące łzy. Nie, nie kochała go, ale naprawdę się starała. Tym bardziej sposób, w jaki zerwał zaręczyny i zażądał wolności, piekł jak rozgrzane żelazko. I ta pogarda, z jaką na nią spoglądał, gdy wspominał o swoich ważkich powodach, dla których ich rozstanie stało się nieodzowne. A przecież to nie jej wina, że utraciła jedyną rzecz, która stanowiła o jej wartości jako kobiety. Żony.

Wydawało mu się, że wie wszystko, ale tą jedną, jedyną sprawę zachowała w sekrecie. Miał to być jej ślubny dar dla niego. Nie otrzyma go już. Nikt go nie otrzyma, ponieważ był jej ostatnią szansą na pozbycie się hańby staropanieństwa. Na to, by coś zrobić dla ojca. Dla rodziny. A teraz wszystkie ich nadzieje przepadły… Mogła wybrać prostsze rozwiązanie i szybko rozstać się z tym światem. Ze światem, w którym nie była nikomu potrzebna.

Nigdy. Nikomu.

Albo… Albo kontynuować swoje puste życie w samotności, sromocie i żałości. Bo takie właśnie będzie. Puste i pełne ludzkiej wzgardy. Drzwi do tego upragnionego świata akceptacji, już lekko uchylone, miały się właśnie rozewrzeć szeroko. Zamiast tego zostały brutalnie zatrzaśnięte i zamknięte na głucho. Chciała być szczęśliwa. Każdy zasługuje na odrobinę szczęścia w życiu. Nawet ona.

Wystarczyło tylko otworzyć okno i skoczyć. Przestanie być wtedy kłopotem dla rodziny. Wiecznym ambarasem. Wstydliwie pomijanym tematem. Wystarczyło okazać odrobinę odwagi i przynajmniej raz w życiu zrobić, co do niej należy.

Ucieczka jest wyjściem tchórza, nie bohaterstwem – coś ryczało w jej wnętrzu.

Uchyliła okno i zaciągnęła się wilgotnym powietrzem. Pachniało cudownie, tak świeżo, pomimo tego, że znajdowała się w mieście. A może tylko tak jej się wydawało. Podobno człowiek ma różne wizje podczas swoich ostatnich chwil. Stanęła na parapecie. Teraz wystarczyło jedynie się wychylić. Szybko, szybko… ponieważ już słyszała zbliżające się kroki.

Zachwiała się, niezdecydowana.

Pomyśl o swej nieśmiertelnej duszy. przekonywał głos w jej wnętrzu.

A jeśli spadnę i nie umrę, a jedynie zostanę kaleką? Jeszcze większym obciążeniem dla rodziny? Nie, coś w życiu musiało jej się nareszcie udać.

Drzwi do jej sypialni rozwarły się z trzaskiem.

– Już czas – wycedził głos.

Na nic już nie czekała. Podjęła decyzję i zamknęła oczy.

Tak będzie łatwiej.

Dla wszystkich.

Rozdział

pierwszy

Kap.

Odgłos spadającej na kamienne podłoże kropli wody obudził Szymona. Mężczyzna usiadł nagle, wzdrygnął się i otworzył oczy, badając otaczającą go ciemność.

Nic. Ani jednego promienia słońca w tych przeklętych piwnicach. Czy choćby nikłego blasku, który dawałby łojowy ogarek. Jedyne źródło światła, maleńkie okienko z grubą, żelazną kratą, znajdowało się wysoko pod sufitem, a na dodatek zostało od zewnątrz zakryte jakimś pudłem. Tak, wzrok przyzwyczaił się już do stale panujących ciemności, ale mężczyzna dawno stracił rachubę czasu. Sam nie wiedział, jak długo siedział zamknięty w ciemnościach. Równie dobrze mógł być to miesiąc, jak i pół roku. Piwnica zakończona ścianą z drzwiami obitymi grubą żelazną blachą stała się przez ten czas jego nowym domem. Pociągnął badawczo nosem. Powietrze było stęchłe, znak, że na dworze musiało padać. Wilgoć przenikała przez spękane spoiny w kamiennym murze, mocząc ściany i posadzkę. Czekał go sen na wilgotnej słomie, co na pewno nie pomoże mu wyzdrowieć.

Poczuł zbliżający się atak kaszlu. Potem przez dłuższą chwilę siedział na kamieniach, spazmatycznie łapiąc oddech. Przeciągnął się, czując jak protestują zesztywniałe i obolałe mięśnie. Na pewno od jakiegoś czasu męczyła go gorączka, miał tylko nadzieję, że podczas uwięzienia nie nabawił się zapalenia płuc. Chociaż w jego sytuacji mogło być to bez znaczenia.

Nie spodziewał się aresztowania i zarzutów o zdradę. Wiedział, że ryzykuje, wyjeżdżając na Litwę, ale tam pozałatwiał bez przeszkód sprawy majątku w Różance. Obecnie dwór miał już nowego właściciela, a całość uzyskanej kwoty dzięki uprzejmości Piotra Steinkellera[1] najpierw została zdeponowana w Banku Polskim w Warszawie, a następnie przetransferowana za granicę do Austrii na rachunek Michała Sierawskiego. Szwagier poznał Steinkellera, gdy ten działał jeszcze na terenie Rzeczpospolitej Krakowskiej. Po tym, jak przemysłowiec przeniósł się do Warszawy, rzadziej prowadzili wspólne interesy. Gdy rozważano, w jaki sposób bezpiecznie dokonać transferu pieniędzy ze sprzedaży Różanek i pozostałych należących do Pawłowskich funduszy, Michał przypomniał sobie Steinkellera, który nie miał nic przeciwko wyświadczeniu Sierawskiemu tej drobnej przysługi. Sam Szymon zatrzymał się w Warszawie u przemysłowca, nim rozpoczął końcową fazę podróży do Lwowa. Gdy bez problemu przekroczył granicę, poczuł się nareszcie bezpieczny. Misja zakończyła się sukcesem, Rosjanie nie mogli skonfiskować majątku, fundusze należące do rodziny znalazły się w Austrii. Tak, odetchnął z ulgą, gdy już znalazł się w swoim lwowskim mieszkaniu. Jak się okazało, stanowczo za wcześnie.

Austriacka policja zapukała do jego drzwi dwa dni później, tuż przed wyjazdem do Podgórek. Całkowicie zdezorientowany, został przewieziony do zabudowań pokarmelickich, które po skasowaniu zakonu w wyniku reformy przeprowadzonej przez cesarza Józefa II, Austriacy zamienili na więzienie. To właśnie tam przetrzymywani byli polscy powstańcy i spiskowcy. I to do nich dołączył Szymon.

Władze austriackie nadal musiały prowadzić dochodzenie w sprawie nieudanego powstania wznieconego przez pułkownika Zaliwskiego. Wraz z pojawieniem się następnych spisków, aresztowania objęły kolejne osoby, a śledztwo zataczało coraz szersze kręgi, nie tylko wśród wojskowych, ale również studentów czy rzemieślników. Szymon sam był uczestnikiem pogrzebu żony dyrektora Ossolineum, Konstantego Słotwińskiego. Julianna Słotwińska po aresztowaniu swojego męża zmarła w czasie połogu. Szymon do dziś pamiętał, jakie wrażenie zrobiły na nim zebrane tłumy ludzi, którzy w ten sposób manifestowali poparcie dla uwięzionych. I bezsilną wściekłość skierowaną przeciwko zaborcy.

A teraz dołączył do nich Szymon. Szymon, który tak naprawdę nie zasłużył na miano patrioty. Lub zdrajcy według zaborcy. Niczym się nie wyróżnił, nie walczył w powstaniu, nie brał udziału w zebraniach, nie spiskował. Czy się tego wstydził? Tak, najpierw było mu wstyd, że w żaden sposób nie przysłużył się ojczyźnie. Zawsze posłuszny syn swego ojca…

Później, kiedy dyskutował ze szwagrem, stwierdził, że nic nie jest czarne ani białe. Motywy ludzi, nawet te najbardziej szlachetne, przyjmują wiele rozmaitych odcieni szarości. Spiskowcy chcieli wolnego kraju, ale wyłącznie według własnej wizji. I zbyt często w łonie kolejnych stowarzyszeń czy związków pojawiały się spory albo nawet dochodziło do otwartej walki o władzę. O rację… O tak, szanował ich za to, że chcieli, za to, że oddali się całkowicie walce o idee, ale ta wojna i te bitwy mogły skończyć się jedynie porażką w obliczu przytłaczającej przewagi przeciwnika. I żaden ze spiskowców nie mógł pomagać dłużej ojczyźnie zza krat więzienia czy z szubienicy… Owszem, pojawią się kolejni, potem następni, ale Szymon wątpił, czy uda się doprowadzić do zjednoczenia myśli i czynów. By wszyscy, bez względu na dzielący ich światopogląd, byli w stanie ze sobą współpracować dla wyższego dobra i raz na zawsze pogrzebać dzielące ich różnice. Ale na razie…

Głośny wrzask przerwał jego ponure rozważania. Pewnie krzyczał któryś z nieszczęsnych spiskowców, których śledztwo przywiodło do utraty zdrowych zmysłów. Albo waśnie jakiś nieszczęśnik odbywał karę chłosty. Niby używanie tortur w czasie śledztwa było zakazane przez prawo, ale w praktyce robiono wszystko, aby uzyskać przyznanie się do winy. I wydanie wszystkich innych zaangażowanych. Szymon uważał, że jego nazwisko pojawiło się w dokumentach przy takiej właśnie okazji. Któryś z więźniów poddawanych nie tylko fizycznym, ale i psychicznym męczarniom, załamał się i podał wszystkie znane mu imiona. Szymon wiedział również o takich, którzy odebrali sobie życie, wiedząc, że nie oprą się kolejnym katuszom i wydadzą swoich towarzyszy. Ale nie wszyscy zachowywali się honorowo. Do jego uszu dotarły również informacje o więźniach, którzy w czasie przesłuchania wymieniali wszystkie nazwiska, które wpadły im do głowy, bez względu na to, czy mężczyźni ze spiskami mieli cokolwiek wspólnego, czy też nie.

Szymon poznał Zaliwskiego w Paryżu, widział się z nim może dwa razy, ale nie zamierzał przyłączyć się do fatalnie zorganizowanej partyzantki. A raczej niezorganizowanej. O jego nastawieniu zadecydował zdrowy rozsądek. Został w Paryżu trochę dłużej, usiłując wyperswadować Arturowi udział w źle zorganizowanym powstaniu, ale bezskutecznie. Zawisza pozostał romantykiem wierzącym w moc sprawczą idei. Natomiast u Szymona królował pragmatyzm. I absolutny brak wiary w powodzenie planu Zaliwskiego. Przerzucenie niewielkich oddziałów przez granicę i ślepa wiara w entuzjastyczne dołączenie się mieszkańców Kongresówki do walki przeciw Rosjanom, wydała się Szymonowi głupia. I kompletnie nieodpowiedzialna, ponieważ mogła kosztować życie kolejnych polskich patriotów, bez minimalnego zbliżenia się do odzyskania suwerenności. Niestety jego przeczucie sprawdziło się, a Szymon utracił najbliższego przyjaciela. I te krótkie kontakty wystarczyły, by zostać podejrzanym o zbrodnię zdrady głównej. Za którą była tylko jedna kara – śmierć.

Coś dotknęło jego nogi w ciemnościach. Pewnie szczur, stały bywalec celi. Zbliżył się w poszukiwaniu resztek pożywienia, a Szymon zastygł, żeby go nie spłoszyć. Nigdy by nie przypuszczał, że towarzystwo tego zwierzęcia może mu przynieść otuchę. Przynajmniej miał się do kogo odezwać. Zwierzak mu nie odpowie, ale dzięki temu nie miał wrażenia, że traci zdrowe zmysły. A obłąkanie, po latach odosobnienia, często towarzyszyło więźniom. I było przyczyną samobójstw.

Z daleka zabrzmiało tupanie buciorów strażników. Czy już nastała noc, gdy straż z łomotem wpada do każdej celi i sprawdza stan zamków i krat? Do każdej o innej godzinie, oczywiście hałasując tak, by obudzić jak największą liczbę uwięzionych. Czy też może nadeszła jego kolej na rozmowę ze śledczym? Nawet byłby z tego zadowolony, tak doskwierała mu samotność. I faktycznie po chwili w zamku zazgrzytał klucz, a drzwi uchyliły się z raniącym uszy skrzypnięciem. Szymon skrzywił się, po czym zasłonił oczy dłonią, chroniąc je przed nagłym blaskiem latarni. Jego towarzysz smyrgnął po kamiennej posadzce i po chwili Szymon zauważył, jak wystawia nos ze szczeliny. Najwyraźniej nie spodobało mu się towarzystwo. Strażnik bez certolenia się rzucił:

– Wstawaj, idziemy!

Szymon nie protestował, tylko podniósł się, podzwaniając łańcuchem przytwierdzonym do metalowych obręczy, w które zakuto mu dłonie przed wprowadzeniem do celi. Popychany, Szymon ruszył wąskim korytarzem, następnie schodami do góry. Z każdym krokiem robiło się coraz jaśniej, więc kawaler zmrużył oczy. I tak zaczęły mu łzawić. Wprowadzono go do niewielkiego pokoju z zawalonym dokumentami odrapanym biurkiem i dwoma prostymi, drewnianymi krzesłami. Jedno z nich zostało wskazane Szymonowi. Młody mężczyzna, nie zwlekając, opadł na nie i wbił wzrok w sędziego śledczego, starając się zrobić na nim jak najlepsze wrażenie. W tym momencie błogosławił i jednocześnie przeklinał swoją prawniczą wiedzę. Świadomość jak długo trwa śledztwo, a potem zatwierdzanie wyroku przez kolejne sądy, sprawiała, że spodziewał się w swojej celi spędzić co najmniej rok. I dopiero po ostatecznej decyzji podjętej przez cesarza dowie się, co postanowiono w jego sprawie.

– No, Pawłowski, mam nadzieję, że nie utrudnisz sobie życia…

A można jeszcze bardziej? – chciał spytać Szymon, ale zmilczał. Antagonizowanie sędziego, który prowadził śledztwo, był obrońcą i oskarżycielem w jednej osobie, i jako taki referował przed sądem karnym sprawy poszczególnych uwięzionych, nie wydawało się najmądrzejszym sposobem na wyjście z opresji. Zwłaszcza że śledczy, decydując o winie lub niewinności uwięzionego, często polegali wyłącznie na swoim wrażeniu podczas przesłuchania.

– Mów! – padło polecenie.

Szymon milczał. Zdawał sobie sprawę, że najprawdopodobniej wszystko, co powie, zostanie zinterpretowane wyłącznie na jego niekorzyść, a nadal nie wiedział, jakie właściwie ciążą na nim zarzuty.

– Nie rozumiem, dlaczego się tu znalazłem. – Miał nadzieję, że sędziemu coś się wymsknie, dzięki czemu zorientuje się, jak poważna jest jego sytuacja.

Śledczy zaśmiał się chrapliwie.

– Wy, Polacy, nigdy nic nie wiecie i zawsze jesteście niewinni, zwłaszcza gdy ciąży na was zarzut zdrady stanu…

Niedobrze… Ale właśnie tego Szymon się spodziewał.

– Chcemy wiedzieć, co planowaliście z Zaliwskim i lepiej dla was będzie, jak opowiecie wszystko dokładnie. Wypieranie się nic nie da, dowody przeciwko wam są jednoznaczne…

– Niczego nie planowałem z Zaliwskim… – Starał się, aby głos mu nie drżał i nie spuszczał wzroku ze śledczego.

Ten zastanawiał się przez moment, stukając obsadką pióra w biurko. Po chwili zapisał coś w dokumentach.

– Ciekawe… Inni twierdzą zupełnie co innego.

Oczywiście nie pojawiły się nazwiska tych innych, pomyślał kwaśno Szymon.

– Kłamią lub mylą się. Z Zaliwskim łączyły mnie luźne kontakty towarzyskie, nic ponadto.

– A więc przyznajecie, że kontaktowaliście się…

– Nie – natychmiast zaprzeczył Szymon. – Spotkałem go raz czy dwa razy w salonie i to byłoby na tyle, jeśli chodzi o nasze kontakty. W obecności dam i osób trzecich nie porusza się pewnych tematów, a już na pewno takich jak ewentualne plany insurekcji. Nie jest to rozsądne ani bezpieczne. A ja na pewno nie należałem do zaufanych Zaliwskiego.

– A Tyszkiewicz?

– Nie łączą mnie z panem hrabią stosunki towarzyskie. Nigdy nie zostałem mu przedstawiony.

Śledczy zastanawiał się długą chwilę.

– Jako prawnik zdaje pan sobie sprawę, jak ważna jest współpraca, zwłaszcza w sprawach tak ważkich jak bezpieczeństwo państwa.

Szymona nie zaskoczyła nagła zmiana tonu śledczego. Gdyby sam prowadził śledztwo, próbowałby różnych metod. Także takiej mającej na celu uśpić czujność przesłuchiwanego.

– Dla dobra nas wszystkich konieczne jest, byśmy złapali wszystkie nici tego spisku, sam pan rozumie – ton śledczego stał się poufały.

– Rozumiem, ale ubolewam, ponieważ nie mogę w żaden sposób panu pomóc. Nie wiem nic na temat wydarzeń z 1833 roku. W tym czasie najpierw przebywałem w Paryżu, skąd pod koniec marca wróciłem prosto do Podgórek, gdzie gościłem aż do końca czerwca.

– Ktoś to może potwierdzić?

Szymon nagle poczuł przypływ nadziei. Jeśli wyślą policję, aby zadać pytania Michałowi, rodzina dowie się, co go spotkało. Szwagier prowadził rozmaite przynoszące wysokie profity interesy i młody mężczyzna zdawał sobie sprawę, że liczą się z nim nawet ustosunkowani Austriacy. Jeśli Sierawski wykorzysta swoje rozliczne koneksje, istnieje szansa, że Szymon wyjdzie z tej opresji bez szwanku.

– Michał Sierawski. Moja siostra urodziła w tym czasie dziedzica i przez kilka miesięcy fetowano ten fakt. Przebywałem wtedy z rodziną…

Śledczy zmarszczył brwi i zastanawiał się przez chwilę.

– Nie wyjeżdżał pan? Na przykład do miasta? Jest pan młodym mężczyzną, a w majątku szwagra pewnie nie ma stałego dostępu do… – śledczy zawiesił znacząco głos, po czym mrugnął do Szymona – powiedzmy… pewnych rozrywek.

Pawłowski spurpurowiał. Co sędzia mu imputował? Zajęty nauką nie miał czasu włóczyć się po lupanarach, a obserwując zachowanie ojca przez lata, uznał, że hazard przynosi jedynie nieszczęście, więc domów gry również unikał jak ognia.

– Nie interesują mnie rozrywki tego typu – wycedził wzburzony.

Sędzia zastanawiał się przez chwilę, po czym zasypał Szymona kolejnymi pytaniami. Po trzech godzinach obaj byli już wyraźnie zmęczeni.

– Jeśli nie zechce pan z nami współpracować, możemy zawsze oddać pana naszym rosyjskim przyjaciołom…

Pawłowski tylko siłą woli zapanował nad wyrazem twarzy. Gdyby dostał się w ręce Wrońskiego lub jemu podobnych, najprawdopodobniej nie wyszedłby z opresji cało. Pamiętał jak ojciec szalał, gdy zorientował się, że jego najmłodsza siostra Rozalia opuściła w tajemnicy Podgórki i udała się nie wiadomo gdzie. Gdy ojciec dostał ataku, wszyscy byli pewni, że starszy Pawłowski nie przeżyje. Jednak ten uparcie czepiał się życia i zmusił syna, aby mu przysiągł, że ożeni się zgodnie z jego wolą. Nie chcąc antagonizować ojca, Szymon szybko obiecał, co konieczne. Niedługo potem wyjechał na Litwę, załatwić sprawy majątku. W obecnej sytuacji wymuszone potencjalne małżeństwo znalazło się na samym dole listy jego problemów.

– Posiadam austriacki paszport… – oświadczył cicho, żywiąc nadzieję, że śledczy uzna ten argument.

Sędzia pokiwał głową i przez dłuższą chwilę zapisywał coś na kolejnych kartkach, które układał podczas rozmowy z Szymonem w równy stosik. W końcu spojrzał na siedzącego przed nim więźnia w wymiętym surducie i brudnej koszuli. On też nie wyglądałby lepiej po sześciu tygodniach spędzonych w celi.

– Wyprowadzić – rzucił do strażnika i na tym zakończył postępowanie. Teraz musi tylko sporządzić raport i sprawa kolejnego Polaka będzie zakończona. Następne czekały w długiej kolejce.

[1] Przedsiębiorca i bankier, jeden z pomysłodawców Kolei Warszawsko--Wiedeńskiej. Radca w Banku Polskim.

Rozdział

drugi

Natalia starała się zachować obojętność, gdy lokaj podał panu domu najnowszy egzemplarz „Gazety Krakowskiej”. Podniosła do ust filiżankę z herbatą, pilnując by nie zadrżały jej ręce. Za jakieś pół godziny będzie mogła się ukryć w swojej sypialni i zabrać za najnowszą tapiserię. Tym razem głównym motywem jej pracy został Bestia. W czasie gdy siedzieli w salonie, jej pies najprawdopodobniej szalał w pomywalni lub wyprowadzał któregoś z młodszych lokajów na spacer. Natalia poczuła ukłucie zazdrości. Jak by to było, móc wyjść i cieszyć się wolnością decyzji. Możliwością wyboru własnej drogi. Niestety dla takich jak ona, pozostających na łasce rodziny, swoboda stała się jedynie niespełnionym marzeniem.

Chrząknięcie wczytanego w artykuł ojca natychmiast zwróciło jej uwagę. Miała nadzieję, że pan Odręga nie znajdzie podczas lektury jakichś niepomyślnych nowin. Atak męskiej furii… Wzdrygnęła się. Bardzo nie lubiła, jak ktoś w jej obecności podnosił głos. Przypominało jej to natychmiast, jaka jest krucha i jak łatwo można ją zranić. W chwilach, gdy ojciec szalał w salonie, cieszyła się, że okoliczności uczyniły ją starą panną. Gniew ojca był jej zdaniem łatwiejszy do zniesienia niż wściekłość małżonka. Rzuciła okiem na Wandę, trzecią panią Odręgę, która siedziała na sofie i nie spuszczała wzroku z męża. Kobieta w szesnastej wiośnie życia została wydana za mąż za mężczyznę starszego od niej o ponad trzydzieści lat. Natalia do dzisiaj pamiętała ów ślub. Rozradowanie ojca, gdy patrzył na młodziutką żonę, i jej wystraszony wzrok, który z rzadka podnosiła znad talerza. I zadowolenie nowych teściów, którzy po licytacji majątku wywieźli córkę do Krakowa, aby tam znaleźć jej bogatego męża. Dopięli swego, ponieważ pan Odręga był jednym z najmajętniejszych mieszkańców Wolnego Miasta. A to, że starszym od swojego teścia, nie miało najmniejszego znaczenia. Zygmuntowie Pyszewscy mieli odtąd żyć beztrosko na koszt zięcia.

Cokolwiek by o niej nie wspomnieć, współczuła cztery lata młodszej od siebie macosze.

Pan odłożył w końcu gazetę, a wszystkie zgromadzone w salonie kobiety jednocześnie odetchnęły z ulgą.

Wanda skinęła na lokaja, który natychmiast podał jej odłożoną przez męża gazetę.

– Znowu loteria, moja duszko? – spytał pan Piotr.

Młoda pani Odręga zamarła na chwilę, ale tak czy inaczej drżącymi rękami chwyciła gazetę. Niestety na pierwszej stronie nie znalazła interesujących ją informacji, więc spojrzała na stronę następną.

– Jakie liczby dzisiaj padły? – spytała Tekla, dama do towarzystwa i zarazem opiekunka Natalii.

– 15, 19, 4, 17 i 83.

Kobiety zamilczały. Natalia wiedziała, że obie kupują losy. Wanda w tajemnicy przed mężem. Pani Tekla natomiast uważała, że deprecjonuje swój szlachecki honor, ale cóż, pieniędzy potrzebowała bardziej.

– Tylko czekać, aż obie będziecie w każdą środę przed wybiciem pierwszej śpieszyć na rynek niczym jakieś przekupki. A potem przeciskać się przez tłum biedoty, by obserwować jak kulawy Louis nadzoruje losowanie. I po wszystkim uważać, by nie zostać zdeptanymi przez wściekły motłoch, dla którego los okazał się nie dość łaskaw – rzucił z przekąsem ojciec Natalii.

Wanda spurpurowiała. Faktycznie wykorzystywała każdą szansę, by w środy po południu znaleźć się na rynku przy kamienicy z numerem 17. Czyli tam, gdzie siedzibę miała loteria.

– Aż dziw, że Natalia nigdy nie poszła z wami…

– I tak nie byłoby z niej pożytku – wymamrotała pod nosem Wanda.

Pan Odręga zmarszczył brwi. Widocznie dobiegł do niego komentarz żony. Natomiast nie odezwał się ani słowem. Natalii zrobiło się trochę przykro, ale nie była to sytuacja nowa. Ojciec hołubił nową małżonkę, a ponadto uważał, że poniżej męskiej godności jest mieszanie się w damskie sprawy.

Natalia w milczeniu spuściła głowę. Faktycznie bez binokli nie widziała za wiele, a tych zabroniono jej używać publicznie. Czy nawet w salonie, gdzie po południu w każdej chwili mogli się spodziewać gości. Ojciec wciąż nie tracił nadziei, że jednak uda mu się wydać córkę za mąż.

Sama Natalia już dawno byłaby mężatką, gdyby Odręga przyjął oświadczyny któregoś z bywających w jego domu synów krakowskich kupców. Dla nich jej niedoskonałości miały mniejsze znaczenie niż olbrzymi posag, który ojciec każdego roku jeszcze zwiększał. Jednak pan postawił sprawę jasno. Jego fortuna za arystokratyczne koneksje zięcia.

Gdy żenił się po raz trzeci, miał nadzieję, że to koligacje pochodzącej ze szlacheckiej rodziny małżonki wprowadzą go do najlepszego towarzystwa. Ostatecznie została mu przedstawiona na przyjęciu u ówczesnego prezesa senatu Stanisława Wodzickiego, wydanym dla prominentów miejskich. Wanda nigdy nie przyznała się mężowi, że została zaproszona tylko ze względu na hrabinę Celinę ze Stadnickich Moszczeńską, której to damie wyświadczyła drobną przysługę. Po tym jak panna Pyszewska znalazła się u Wodzickich, Celina uznała, że wystarczająco się odwdzięczyła i nie utrzymywała dłużej kontaktów towarzyskich ze zubożałą szlachcianką. Rodzice Wandy natomiast wykorzystali tę jedyną szansę i nie licząc się z jej zdaniem, wydali córkę za podstarzałego konkurenta. Ten ponad rok czekał na zaproszenia do arystokratycznych domów Krakowa, jednak owe wciąż nie nadchodziły. Gdy ostatecznie zaciągnął informacji, dotarło do niego, że owszem, Zygmuntowie byli przyjmowani, ale nie w najlepszych domach, a w większości tylko dzięki związkom z nim samym…

Odręga kilka tygodni trawił zasłyszane wieści, snując się po domu niczym chmura gradowa i czując się najzwyczajniej oszukany. On, który zawierał wielotysięczne transakcje i prowadził rozliczne interesy, który na milę wyczuwał szwindel, dał się omamić dzierlatce. Fakt, że ładniutkiej, ale takich jak ona było wiele w wielkim świecie. Wraz z poczuciem krzywdy, przyszła ochota na rewanż i to właśnie wtedy przy stole podczas wieczerzy padło słowo „rozwód”. Wanda usiłowała przebłagać małżonka, który swoją urazę nosił niczym pancerz. I wyglądało na to, że nawet jej nieszczęśliwa mina i czerwone od płaczu obwódki oczu nie robią na mężu większego wrażenia. Wraz z kolejnymi prywatnymi balami w karnawale, na które nie udało mu się zdobyć zaproszenia, słowo „rozwód” pojawiało się przy różnych okazjach coraz częściej. Pyszewscy robili, co mogli, ale bezskutecznie. I właśnie wtedy, gdy Odręga znalazł prawnika, zdarzył się wymodlony przez Zygmuntową cud. Wanda była w błogosławionym stanie.

Cała rodzina w napięciu czekała na rozwiązanie, nawet Piotr, który w oczekiwaniu na dziedzica zawiesił postępowanie rozwodowe. Koligacje towarzyskie były istotne, ale ważniejszy okazał się dziedzic, który nareszcie mu się urodził. Małżeństwo Wandy zostało ocalone, a ona ugruntowała swoją pozycję jako pani domu. Jak źrenicy zatem pilnowała syna, który stał się jej wybawieniem. Dumny ojciec wybaczył wszelkie przewinienia małżonce i w domu Odręgów zapanował spokój. Natomiast w okresie, gdy rodzina oczekiwała przyjścia na świat dziedzica, Natalia ponownie została wyznaczoną na tę, dzięki której Odręga nareszcie zajmie należne sobie miejsce w krakowskim towarzystwie.

Jeśli wyjście za mąż wedle życzeń ojca wcześniej było bardzo trudne, po przyjściu na świat dziedzica majątku stało się praktycznie niemożliwe dla podstarzałej panny. I właściwie jedyną osobą, która wydawała się nie zdawać sobie z tego sprawy, był pan domu. Zatrudnił wtedy Teklę Mossakowską, która miała być dla Natalii przewodniczką po życiu towarzyskim. A która stała się jej sojuszniczką i przyjaciółką.

– Wychodzi na to, że arystokracja zaczyna zjeżdżać się na święta i karnawał – odezwała się Tekla, od niechcenia studiując gazetę.

Wanda spojrzała na nią ostro, wzrokiem rozkazując milczenie. Pomimo że urodziła Andrzeja, zdawała sobie sprawę, że małżonek nie do końca wybaczył jej przeżyty zawód.

– Któż przybył? – zainteresował się pan domu.

– Hrabiostwo Michałowie Sierawscy, hrabina Jakubowa, państwo Henrykowie Pawłowscy, pan Szymon Pawłowski.

Odręga wyprostował się na krześle, a w jego oczach mignęła kalkulacja.

– Sierawscy powiadasz. Pamiętasz, jak na wiosnę przebywałem we Lwowie? Kilka dni spędziłem w Podgórkach, gdzie hrabia ugościł mnie prawdziwie po pańsku. Ze wspólnych interesów na razie nic nie wyszło, ale… – Pan Piotr zamyślił się. – Dobrze by było udać się do ich rezydencji i zostawić kartę wizytową. Zajmij się tym jak najszybciej – polecił żonie. – A Pawłowscy?

– Akurat otrzymałam list od przyjaciółki. Mieszka niedaleko dóbr Sierawskich, więc przesłała mi najnowsze wieści. Pan Pawłowski to drobny szlachetka, pieniacz. Żyje za pieniądze zięcia, ale żona… Eliza z Krasińskich zdołała swoją córkę wydać za Sierawskiego. I jest przyjmowana wszędzie… – odezwała się znowu Tekla.

– Oto, co znaczy ożenić się z odpowiednią kobietą – pompatycznie oznajmił Odręga.

Wanda zacisnęła palce na talerzyku z ciastem. Natalia nawet bez okularów zobaczyła, że macocha cała sztywnieje.

– Nic w tym dziwnego, podobno Eliza Pawłowska przyjaźni się z Arturową Potocką – dodała cicho Tekla.

To natychmiast zwróciło uwagę Odręgi.

– To oznacza, że wierzeje Pałacu pod Baranami stoją dla niej i jej rodziny otworem – tęsknie oświadczył Piotr.

Natalia zdawała sobie sprawę, że zaproszenie na bal u Potockich było wielkim, niespełnionym marzeniem ojca. Naprawdę nie sądziła, aby miało ono szansę w najbliższym czasie się ziścić.

– Pani pochodzi z tamtych okolic…

W powietrzu zawisło niewypowiedziane pytanie o koligacje.

– Mieszkałam w tamtych stronach jako dziecko – przyznała Tekla. – Niemniej otrzymuję czasami od przyjaciół wieści o najważniejszych rodzinach w okolicy. Jednak to nic potwierdzonego, zwykłe plotki – ostrzegła.

– Chciałbym je poznać… – nalegał Odręga.

Tekla westchnęła.

– Z tego, co mi wiadomo, Pawłowscy, fakt, pieniędzy nie mają. Ale sam Sierawski odziedziczył potężny majątek, który udało mu się jeszcze powiększyć. Jego najnowsza hrabina jest trochę młodsza od panny Natalii, a zdążyła go już obdarzyć trójką dzieci, przy czym ostatnia urodziła się dziewczynka, jak mi doniesiono w listach.

– Od dawna są małżeństwem?

– Będzie coś ponad trzy lata…

– Trzy lata, trójka potomstwa. Widać dobrą krew… – Pokiwał głową. – Co jeszcze?

– Sierawski ma dwóch nieżonatych kuzynów. Obaj zamożni. Starszy, Adam, od kilku lat nie bywa, natomiast młodszy, Jerzy, niedawno się zaręczył – Tekla szybko podała interesujące go informacje. – Natomiast młody Pawłowski to kawaler, prawnik i z powodu związków z Sierawskim i rodzinnych po kądzieli z Krasińskimi jest bardzo chętnie przyjmowany w najlepszych domach. W odróżnieniu od ojca, cieszy się świetną opinią w tamtejszym towarzystwie.

Natalia doskonale wiedziała, co ojcu zaczyna chodzić po głowie.

– Ojcze, taki mężczyzna jak pan Pawłowski na pewno…

Ojciec wbił w nią surowy wzrok i Natalia natychmiast zamilkła.

– Może młodszy Pawłowski nie, ale w Podgórkach słyszałem o jego ojcu. Typ, który dla pieniędzy zrobi wiele, jeśli nie wszystko. Podczas pobytu tam dotarły do mnie plotki służby, że młodsza córka uciekła, aby uniknąć małżeństwa z Rosjaninem. Pawłowski na wieść o tym miał zapaść na zdrowiu. Mam nadzieję, że jeszcze żyje – zaniepokoił się.

– Podobno poczuł się lepiej – potwierdziła Tekla. – W ostatnim liście przyjaciółka doniosła mi, że młodsza panna Pawłowska właśnie wyszła bardzo korzystnie za mąż. Bodajże za dziedzica Mierzejewskich z Czarnowca.

Pan Odręga zadowolony pokiwał głową. O taką właśnie rodzinę dla Natalii mu chodziło. Niezbyt bogatą, ale ustosunkowaną. Z przyzwoitym kawalerem, który lada chwila zacznie rozglądać się za żoną.

Natalia nie powiedziała ani słowa. Ojciec i tak za niedługo sam się przekona, że jej zamążpójście to sprawa beznadziejna, taka, w której nawet święty Juda nie jest w stanie pomóc. Wyciągnęła dłoń z filiżanką, żeby odstawić ją na stolik i modliła się, by wzrok ją nie zawiódł. Antagonizowanie pana domu z powodu własnej niezgrabności nie było najmądrzejszym pomysłem. Dzięki Bogu, niezawodna Tekla delikatnie przejęła z jej rąk porcelanę z niedopitą herbatą i z gracją postawiła na stoliku znajdującym się obok sofy. Natalia spojrzała przez okno. Śnieg przestał już padać, ale nadal było pochmurno i szaro.

– Jaką mamy temperaturę? – szepnęła do Tekli.

Ta zerknęła na stojący na komodzie termometr.

– Minus dwa stopnie[2].

Natalia odrobinę się uspokoiła. Bestia nie powinien zmarznąć na spacerze. Co do jej małżeństwa, pozwoli ojcu marzyć. Marzenia nikomu nie wyrządzą krzywdy… może z wyjątkiem niej samej. Ale ona jest już mądrzejsza i wie, że nie może sobie pozwolić na żadne oczekiwania. Mężczyźni tacy jak Pawłowski znajdowali się daleko poza jej zasięgiem.

[2] W skali Réaumura, która w tym czasie była używana na ziemiach polskich. W tej skali woda zamarza w temperaturze 0°Ré (tak jak w skali Celsjusza), ale wrze w 80°Ré.

Rozdział

trzeci

Natalia otworzyła oczy i spojrzała na leżącego w nogach jej łóżka Bestię. Pies widząc, że pani się poruszyła, podniósł kontrolnie łeb i zasugerował ogonem, że jest gotowy do wszelkiej aktywności. Zwłaszcza chętnie przeszedłby się na spacer. Natalia zadzwoniła na pokojówkę, skorzystała z nocnika i otworzywszy okno, zebrała śnieg z parapetu. Ponieważ sypało całą noc, znalazła za oknem wysoką na pół stopy świeżą warstwę. Zebrała biały puch do miednicy i drżąc z zimna, wtarła go w twarz, szyję i dekolt. Resztą obmyła dłonie.

Następnie zmieniła koszulkę na nową, płócienną, i wsunęła ją w reformy. W tym momencie do jej sypialni weszła pokojówka z kawą oraz biszkoptami. I wczorajszą gazetą, którą Olesi udało się niepostrzeżenie zabrać, gdy tylko wiadomości zostały przeczytane przez majordoma i kamerdynera. Pokojówka już od kilku lat dostarczała jej prasę w absolutnej tajemnicy przed ojcem. Pan Odręga uważał bowiem, że wiadomości zawartych w „Gazecie Krakowskiej” umysł młodej, niezamężnej panny nie był w stanie ogarnąć. A poza tym do czego miały jej się przydać artykuły z wiadomościami z innych państw? Przecież tych informacji nie mogła wykorzystać do przyśpieszenia swojego zamążpójścia. Ona jednak pragnęła wiedzieć. Interesował ją wielki świat, gdzieś hen daleko poza granicami Krakowa, w którym spędziła całe życie i z rzadka tylko opuszczała.

Włożyła na siebie gorset i obróciła się tyłem do Olesi, która sprawnie zacisnęła jej sznurówki. Weszła w halkę, zawiązała tasiemki wokół pasa, a na końcu założyła suknię poranną. Podczas tych czynności popijała kawę z filiżanki i zagryzała biszkoptami. I nałożywszy na nos okulary, z ciekawością czytała znajdujące się w gazecie doniesienia. Sprawa o morderstwo, przyjęcia posłów… Kolej… Rozmarzyła się, przeczytawszy, że po wybudowaniu linii kolejowej z Paryża wiodącej aż do Lille, będzie można osiągnąć granicę z Belgią w zaledwie sześć godzin. Niesamowite!

Skinęła na Olesię, żeby podała jej oprawiony w czerwoną skórę atlas, leżący na honorowym miejscu na jej biureczku. Pokojówka przyniosła tomiszcze, marudząc pod nosem, że ogromnie ciężkie, a Natalia położyła księgę na kolanach i otwarła na interesującej ją stronie. Spojrzała i zdumiała się. Dwukrotnie przeliczyła odległości i wywnioskowała, że odległość z Lille do Paryża wynosi przynajmniej dwadzieścia pięć mil. Biorąc pod uwagę to, że najdłuższy odcinek drogi, który była w stanie przebyć w jeden dzień najnowsza kareta jej ojca, wynosił jakieś pięć mil, lokomotywa musiała pędzić z niewyobrażalną dla Natalii prędkością.

Podała Olesi atlas, sama czytała kolejne doniesienia o możliwej wojnie pomiędzy Francją a północną Ameryką[3], o Żydzie, który w Rikdale został członkiem sądu przysięgłych, a przysięgę składał nie na Biblię, lecz na Pantateuch[4]… W ich Krakowie nie do pomyślenia!

Odłożyła przeczytaną gazetę i poleciła pokojówce zanieść ją tam, skąd ją zabrała.

– Wzięłam z wychodka panienko… – Służąca zaczerwieniła się.

Natalia westchnęła. Tam zazwyczaj kończyły stare gazety. Ale przecież ona nie mogła ze świeczką i ukrytymi w dłoni okularami przekradać się wiecznie do wychodka, aby tam czytać!

Wygładziła falbany sukni i była gotowa do wyjścia. Jej spacer nie należał do dalekich, ale i tak uwielbiała ulice Krakowa o tej wczesnej godzinie. Przede wszystkim dlatego, że szansa natrafienia na kogoś znajomego praktycznie nie istniała. Nie żeby mieli w jakikolwiek sposób przy spotkaniu zwrócić na nią uwagę i wspomnieć o tym ojcu… Takie jak ona na ulicy stawały się niezauważalne. Włożyła na głowę ciepłą budkę, okryła się salopką[5] i gwizdnęła na Bestię. Poranki należały do niej.

Gdy wychyliła głowę z sypialni, odetchnęła z ulgą. Mieszkańcy o tej porze przebywali jeszcze w swoich pokojach, a na schodach spotkała jedynie nieliczne osoby ze służby. Olesia podążyła za swoją panią również okutana w grubą wełnianą pelerynę. Jeden z lokai umocował smycz wokół szyi Bestii i otworzył przed nimi frontowe drzwi. Nadal sypał śnieg, więc osłoniła głowę jeszcze kapturem salopki, dłonie chroniąc w futrzanej mufce. Szła powoli, przed nią lokaj usiłował na smyczy utrzymać Bestię, który podbiegał do miejsc wydzielających interesujące go zapachy. Nieszczęsny Jan miotał się po oblodzonym bruku, z trudem zachowując równowagę.

Czasami udawała się na swe poranne spacery sama, wówczas gdy wszyscy męscy służący oddawali się jakimś zajęciom. Nie martwiła się niepożądanym elementem, który na ulicy czy w zaułku mógłby zaczepiać samotną kobietę. Duże, wyszczerzone zęby Bestii zazwyczaj były wystarczającym ostrzeżeniem. A gdy z jego gardła wydobywał się warkot, który mógłby przerazić samego diabła, rzezimieszkom od razu przechodziła ochota na nawiązywanie bliskiej znajomości z zawartością jej pompadurki[6]. Pamiętała, jak kilka miesięcy wcześniej jakiś złodziejaszek wyrwał jej z dłoni sakiewkę z pieniędzmi. Nawet nie zdążył odbiec kilku kroków, gdy powalił go na ziemię Bestia, a potem usiadł mu na plecach, głośno warcząc tuż nad jego karkiem. Wtedy po raz pierwszy w swoim życiu widziała, żeby mężczyźnie ze strachu lały się łzy. Dziewczyna pouczyła nieszczęsnego złodzieja o niestosowności kradzieży, po czym puściła go wolno. Świadkowie musieli rozpuścić wici o dziewczynie spacerującej z bestią z piekła rodem, ponieważ nikt więcej nie odważył się jej zaczepiać. A ona spokojnie mogła się delektować wczesnymi przechadzkami, pozostawiając rodzinę w błogiej nieświadomości. Zwłaszcza ojca! Służba milczała jak zaklęta, uważając, że nie warto mieszać się w wewnętrzne sprawy państwa, a nikogo z socjety nie miała szansy spotkać o tak wczesnej porze.

Gdy jej nieliczny orszak przechodził obok zajazdu Staniszewskiego[7], Natalia zauważyła duże zbiegowisko. Wzrokiem wskazała Olesi, aby ta zorientowała się w sytuacji, tymczasem z uśmiechem obserwowała podrygi Bestii na śniegu. Pięknie to wyglądało – duży, czarny pies szalejący w chmurach białego puchu.

Po chwili służąca wróciła.

– Jakiś niemiecki gość, panno Natalio. Wystrzelił z pistoletu w swoim pokoju.

Natalia z wrażenia aż położyła dłoń na sercu.

– Zabity?

Olesia pokręciła głową.

– Skąd, panienko! Wystrzelił, bo chciał się napić wody, a uważał, że nasza służba nie dość szybko spełnia jego życzenia. Bezczelny Prusak! Kula utkwiła w zwierciadle, siedem lat nieszczęścia dla właściciela… Ci Niemcy się panoszą, jakby tu panami byli, a my w wolnym kraju przecież żyjemy!

– Złe czasy nastały. – Pokiwał ponuro głową lokaj, którego do pani doprowadził Bestia.

Natalia postanowiła nie komentować, tylko skierowała się w stronę rynku, na którym kupcy już zaczęli otwierać swoje sklepy i kramy.

Idąc, nie zauważyła, jak zza rogu wypadł jakiś wyrostek i wbiegł prosto na nią. Potrącił ją barkiem, a dziewczyna, szukając oparcia, obcasem trafiła na ukryty pod śniegiem lód i poślizgnęła się, po czym plecami uderzyła w ścianę kamienicy. Zabolało, i to mocno. Łaska Boska, że nie upadła. Wyrostka nie interesowało jej samopoczucie, nie zatrzymując, pognał przed siebie. Jan usiłował go złapać, ale łapserdak zręcznie mu się wywinął. Zza rogu wybiegli dwaj mężczyźni i zziajana kobieta, najwyraźniej goniąc obdartego ulicznika.

– Zło…dziej… – wyrzęziła zażywna jejmość i zatrzymawszy się obok Natalii, przez chwilę stękała ciężko, po czym znowu puściła się w pogoń. – Gonić… – dobiegło jeszcze uszu dziewczyny, nim zniknęła za rogiem.

Sama sytuacja nie była niczym dziwnym, drobne złodziejaszki zazwyczaj korzystały z okazji, gdy przekupka chociaż na chwilę odwróciła uwagę od swojego towaru. Albo sakiewki z pieniędzmi. Niestety, na skutek zderzenia z młodym ulicznikiem spadły jej się z nosa binokle i upadły gdzieś w nieodgarnięty jeszcze śnieg. Teraz dopiero miała kłopoty…

Przykucnęła i zaczęła przeszukiwać rozdeptaną breję, modląc się, żeby odnaleźć swoje binokle nienaruszone.

– Panienko?

Bestia widząc, że pani znalazła się na jego wysokości, uznał, że ma ochotę na zabawę. Ruszył entuzjastycznie w jej kierunku, a Jan wykręcił piruet na oblodzonym bruku i ledwo utrzymał się na nogach. Nie było szansy, by zatrzymał podekscytowanego psa. Natalia obawiała się, że jeśli szybko nie znajdzie zguby, zostanie ona zniszczona. Na dodatek potłuczone szkło mogło zranić jej niesfornego ulubieńca. Bestia wyhamował tuż przed nią i radośnie potraktował jej twarz jęzorem.

– Trzymaj Bestię z daleka – rzuciła do Jana, a w stronę Olesi: – a ty pomóż mi szukać!

Zgrabiałymi z zimna dłońmi w dalszym ciągu szperała po omacku. Jej binokle miały cienką, srebrną oprawkę, praktycznie niewidoczną w stopniałym częściowo śniegu.

– Madame? Czy coś się stało? Ktoś panią skrzywdził?

W zasięgu wzroku, przy jej brudnych dłoniach pojawiła się para ciemnobrązowych butów. O ile mogła ocenić, obuwie było bardzo dobrej jakości i lśniło, wyglancowane. Zaskoczona spojrzała w górę. Obok stanął mężczyzna i właśnie uchylił cylindra. Prawa dłoń w brązowej rękawiczce opierała się na lasce zwieńczonej kościaną główką.

Czego taki galant mógłby od niej chcieć? Spojrzała na swoje brudne ręce, upapraną zmarzniętym błotem mufkę i powalaną salopkę i poczuła wstyd, że prezentuje się tak niekorzystnie. Niechlujnie wręcz. Czy został jej przedstawiony i spotykała go wcześniej na salonach? Czy też należał do lepszego towarzystwa i nie obracali się w tych samych kręgach? Niestety nie umiała ocenić z tej odległości.

– Panience upadły na ziemię okulary – pośpieszyła z wyjaśnieniem nieproszona Olesia. – Jakiś łotrzyk prawie po panience przebiegł i wtedy…

– Olesiu, wystarczy! – Zbeształa służącą, wściekła na swoją niezgrabność i krótkowzroczność, która właśnie została odsłonięta przed nieznajomym.