Nastoletni troglodyci - Emmanuelle Pagano - ebook + książka

Nastoletni troglodyci ebook

Emmanuelle Pagano

0,0
34,06 zł

lub
Opis

Adèle jest kierowcą szkolnego busa. W czasie jazdy wspomina siebie jako nastolatkę, swoje źle dopasowane ciało, bolesne dorastanie. Bo Adèle jest dziewczyną, która urodziła się w ciele chłopca. Pewnego zimowego popołudnia Adèle i jej pasażerowie muszą się ratować przed burzą śnieżną. Schronienie znajdą w jaskini, na skraju jeziora powstałego w kraterze wulkanu...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 167




Idę po śladach mojego brata

aż do przystanku szkolnego busa.

(Lola, zima 2004–2005)

Czwartek, 1 września

(przerwa)

Jak zwykle bardzo szybko miałam dosyć imprezy i tego całego zgiełku. Oddaliłam się dyskretnie, poszłam wąską drogą w stronę wiatraków, potem ścieżką w prawo, w las. Zrobiłam siku na pachnącą ściółkę. Usiadłam na kamieniu, był płaski i chłodny, miał w sobie coś kojącego. Na plecach czułam dobiegające z daleka stłumione basy. Kiedy się pochylałam, lekko rozbolała mnie głowa, ale zrobiło mi się od tego naprawdę dobrze. Pogrzebałam w wilgotnej ziemi. Znalazłam pękniętego, trochę zepsutego żołędzia, włożyłam go do kieszeni i potarłam o siebie dłonie. Ale po co mi było w ogóle otrzepywać ręce, skoro po tym, jak wstałam, całą drogę czułam się dziwnie i tak mocno ściskałam tego zgniłego półżołędzia w spoconej dłoni, że i tak zamienił się w miazgę. Wiem, skąd to uczucie dziwności – stąd, że ta impreza miała już w sobie coś z rozpoczęcia roku szkolnego. Wciąż słyszałam echo strzałów do rzutków, nawet w głębi lasu, niesione ze zmiennym wiatrem. Na szyi siadały mi wielkie, nieprzyjemne, jaskrawozielone muchy, też przyniesione przez wiatr. Szłam coraz bardziej zirytowana. Na polanach czułam, jak duchota drąży mi policzki. W lesie przeciwnie, w cieniu, wciąż jeszcze zabarwionym na fioletowo przez morze orlików, miałam uporczywe wrażenie, że jest mi prawie zimno. Nie ma tu, na płaskowyżu, nic pośredniego, nie ma wiosny, są tylko odchyły. Jest ciepło, ale zaraz przestaje być ciepło, jest lato, ale zima. Zaczyna się szkoła.

Tak, to dziś, wiem doskonale, ale już dwa tygodnie temu, na imprezie z okazji Festiwalu Fiołków, już wtedy przez wiatr i całe to zamieszanie byłam myślami przy moich dzieciakach, choć wcale tego nie chciałam, nie, jeszcze nie.

Poczułam je dziś rano, jak co roku, wstałam dużo przed czasem, by pójść po busa na parking i spokojnie się przygotować, a potem jechać powoli, w ciemności mojej nocy, zanim zacznę je odbierać, kolejno, jedno po drugim, albo prawie, na samym początku ich pierwszego dnia szkoły.

W pobliżu jeziora jest pas zieleni, gdzie mogę zaparkować. Na brzegu jabłoń. Zgniłe jabłka leżące na ziemi pchają się pod koła, rozjechana breja klei się do opon. Wysiadam, podnoszę dwa, idealnie dojrzałe. Wstaje dzień, niewiele widać. Zbliża się pora, ale mam dość czasu, zdążę zjechać. Stąd, z mojego parkingu, nie widać wody, za to widać jezioro, widać wyraźnie, że drzewa stoją w zagłębieniu, że są zanurzone w pustce na środku. Wczesnym rankiem pustka wypełniona jest mgłą. To otwór po jeziorze, jezioro, przerwa, moje wytchnienie, moje morze, mój czas.

Często robię sobie przerwę między trasami, przed, po.

Tak naprawdę nie mamy teraz jesieni, choć jabłka zdają się to ignorować, mamy początek września, wczesny poranek, na początku roku szkolnego zawsze opadają liście, każdy to widzi, i buty mam wilgotne, przez ten świt, tu na parkingu, nad lasem obrastającym jezioro.

Wkrótce dzień będzie nadchodził z dużym opóźnieniem, moich młodziaków będę widywać tylko nocą.

Zbliżam się do tych drzew położonych niżej, do doliny krasowej, której przestrzeń wypełniają tylko rozproszone w powietrzu drobinki wody albo raczej nic. Idę ścieżką, po linii, którą sama wyznaczyłam, przechodząc tamtędy cierpliwie, albo i w jakimś zrywie, nerwowo, kierowana pragnieniem, by dotrzeć na miejsce bezzwłocznie, przedzierając się przez zarośla i sypiący śnieg. Nachylenie ścieżki jest ledwie wyczuwalne, jest pocięta pazurami gałęzi, czuć wilgotne zimno, zapach wody, czasem można usłyszeć odgłosy bobrów z daleka, takie same, jakie było słychać nad rzeką, kiedy byłem mały. Odgłosy tarcia, które cichną wraz z każdym kolejnym krokiem, umykają z pamięci.

Na końcu mojej ścieżki jest brzoza, płacząca, wysoka, stara i pokrzywiona, pod nią moja kryjówka, obła w kształcie, wąska, ale wygodna. Siadam, ale jezioro, całe szare, nawet czarne, plujące zimnem między korzenie, robi tyle hałasu, mimo mojego wewnętrznego spokoju, mimo naszych, mojej i jego, samotności.

To jezioro nigdy nie jest spokojne, to krater, głuchy dół, ślepa, szara dziura, głośna kipiel, licząca tysiące lat. Im mniej ono, ślepe, widzi, im mniej można w nim samym cokolwiek zobaczyć, tym więcej robi zamieszania, jamisty twór.

Drugie jezioro, to sztuczne, przy ostatnim gospodarstwie, na końcu, jest o wiele spokojniejsze.

Dźwięk wody słychać u podnóża mojej brzozy, nieprzerwanie, zawsze dochodzi do mnie szybciej, jeszcze zanim dojdę na miejsce. Prowadzi mnie; dzień dopiero się budzi. Głos ma niski i pełny, jakby wygasły wulkan wcale nie wygasł do końca.

Kiedy byłem małym chłopcem, lubiłem się bawić w umieranie, chciałem, żeby mnie opłakiwali. Opłakiwałem sam siebie, często przy jakimś drzewie, na dole lub na górze, jak dziś, tu, we wnętrzu płaczącej brzozy, pod osłoną jej drobnych gałązek.

Jem jabłko, siedzę w moim żeńskim drzewie, jego biodra są pełne wody. Mówię „żeńskie”, choć nigdy nie sprawdzałam. Nigdy nie wzięłam do ręki kwiatu brzozy, żeby zajrzeć do środka i sprawdzić, zresztą nie ja jedna, zastanawiam się, kogo też może obchodzić płeć drzew. Wydaje mi się, że brzoza, inaczej niż wierzba, ma dwie płcie, żeńskie kwiaty są wyżej, na górnych gałęziach. Patrzę w górę, ale nic nie widzę, to ani sezon na takie rzeczy, ani dobry moment. Widzę tylko opadające na mnie, jak deszcz, blade matowe konary, widzę tylko biel, prawie błękit, błękit zmatowiały, brudny, bagnisty. Jest jeszcze bardziej płacząca niż wierzba, bardziej powyginana, obwisła. Rozsuwam gałęzie, zasłaniają mi błoto pod nogami. Wdziera się na nas jakaś masywna siła, po chwili fale, głębokie. Jezioro pochłania całe światło, nie oddaje nic, żadnego spojrzenia, żadnej twarzy, ani jasności dnia, ani cienia obłoku. Rzucam ogryzkiem, ale go nie widzę, nie jestem nawet w stanie dojrzeć, gdzie spada. Moja brzoza jest błękitna, wszystkie drzewa wokół jeziora są błękitne. Ledwie odrobina pomarańczu, nawet jesienią, a to dlatego, że rządzą się tu i dominują iglaki, latem też nie ma zieleni, przez to siwe, prawie czarne bajoro, bajoro wulkanu pełne wodnej próżni. I żadnej jasności zimą, albo bardzo niewiele. Tu jest moja błękitna mroczna przestrzeń. Drzew nie obchodzą pory roku, ledwie zresztą wiąże je czas, no i – z biegiem kolejnych dziesiątek lat – woda. Moja brzoza, jak cała reszta, jest błękitna, posiniaczona, zimą – bezlistna – przechwytuje granat ze świerków, jest poza czasem, przybiera postać wody, łez, trochę się podnosi, a potem, już w gładkich delikatnych liściach, daje się otulić lazurowym mchem, jezioro już nie wylewa, moja brzoza tylko się w nim obmywa, w tym samym miejscu. A ja siedzę pod nią. Blisko. Moje wytchnienie.

Tu się zatrzymuję, bo jezioro jest mi potrzebne i potrzebny mi cień, żebym mogła sobie powspominać i poużalać się nad własną pamięcią jak starucha. Trzeba pamięć czyścić i wypełniać na nowo, każdego dnia.

Chowałem się, szukałem takich kryjówek, kiedy byłem małym chłopcem, musiałem jakoś poukładać myśli, mama wołała mnie głośno po imieniu, nie widziała mnie, choć była blisko, jej głos gęstniał, potem się oddalał, wracał, znów odchodził i w końcu zostawał już na tyle daleko, że mogłem oddać się rozmyślaniu.

To było wiele lat temu, w lesie, gdzieś za głosem mojej matki usłyszałem dźwięk dzwonka, tuż przy mojej kryjówce. Co ta krowa tu robi, zastanawiałem się, tak daleko od najbliższych pastwisk. Zacząłem się trochę rozglądać, odgarniać zarośla. Ale patrzyłem za wysoko. Nagle ją dojrzałem – leżąca, zwalista masa, wytarzana w mokrych, porwanych liściach. Patrząc na te liście wystające spod spodu, spod jej potężnego cielska, zalegającego w nabrzmiałej od wilgoci glebie, poczułem ból. To była najsmutniejsza krowa spośród wszystkich. Ale nie była to nasza krowa, ani nikogo innego, to nie była żadna z tych krów, które znałem, a znałem ich naprawdę dużo, dziesiątki. Była biała, brudna, cała zdrętwiała, zasapana. Porykiwała. Na mój widok chciała wstać, ale udało mi się ją uspokoić, położyłem rękę tuż obok bolącego miejsca. Nacisnąłem, gdzie trzeba. Na zewnątrz wystawały nogi cielaka, były zesztywniałe. Skóra rozdartego wora zwisała bezwładnie. Za późno. Zacząłem ciągnąć go za nogi, jak ogłuszony (głuchy na głos matki, który wciąż dał się słyszeć), z całej mocy, z siłą ośmio- czy dziewięcioletniego dzieciaka, sam już nie wiem, chciałem wydobyć z niej to martwe cielę. Było potężne, ciężkie, przerośnięte, z wielkim zadem, wystawowe. Ramiona miałem śliskie od krwi, błota i miazgi z rozmiękłych liści. Nie udało mi się go wyjąć. Chciałem gdzieś pobiec, żeby komuś powiedzieć, co się stało, ale nie, nie byłem pewien, czy dobrze z nią postąpiłem. Nikomu nic nie powiedziałem, znów usłyszałem moje imię w nawoływaniu matki, bałem się, że na mnie nakrzyczy. Nie od razu wróciłem do gospodarstwa, chciałem rozrzedzić emocje, miałem gęsią skórkę na całym ciele. Mogłem zakosić wspomagacz do wycieleń, ale nie wiedziałem, jak się tego używa i jak dam radę przenieść to ogromne coś, większe ode mnie, nie, to było niemożliwe. Zastanawiałem się, szedłem powoli.

Mama wyglądała na zniecierpliwioną, bo w lesie ubrudziłem ubranie. Uklękła przy mnie i mówiła nie, nie będę ci robić wymówek, lubię, kiedy się bawisz w lesie, ale uważaj, proszę, nie dam rady wysuszyć bielizny w tych warunkach.

Te warunki oznaczały w ustach matki mżawkę, mgłę, pogodę taką, jaka zawsze była tam, w naszym gospodarstwie, na końcu oznaczały wilgoć, deszcz, mgłę lub śnieg, a nawet deszcz, mgłę i śnieg, połączone w jedno przez wiatr, oznaczały mgłę całą ze śniegu, przez zawieję, ale oznaczały też cały ten czas potrzebny na pranie, sprzątanie i tak dalej. Ciągle powtarzała nawet nie wiecie, ile to zajmuje czasu, a już znowu jest pora dojenia, Axel, ojciec potrzebuje pomocy w stodole, a ty chodź tu, pomóż mi, proszę, z tym koszem.

Chwytałem za jeden uchwyt kosza, matka za drugi i szliśmy na strych.

Nikt nigdy nie wspominał o krowie, która przyszła się ocielić, i umrzeć, zgnić wśród leśnego robactwa, tu, u nas. Dobrze wiem, jak szybko taki wielki zdechlak zaczyna śmierdzieć, a jednak nikt nic nie powiedział. Ja też nie. A może sobie to wszystko wymyśliłem, żeby mieć usprawiedliwienie i się wytłumaczyć z brudnych ubrań i emocji – sam przed sobą.

Zastanawiam się, czy sztuczne jezioro, obecne w całym moim dzieciństwie, wyrzucało na powierzchnię te ciała, a raczej to, co z nich zostało. We mnie pozostało wspomnienie walki z krwią, z błotem, ze zwiędłymi liśćmi, którymi się potem, płacząc, wycierałem i którymi czyściłem nos.

Dużo płakałem, kiedy byłem mały, płakałem często i sam nie wiedziałem z jakiego powodu.

Rozpłakałam się też po operacji, kiedy pierwszą rzeczą, jaką poczułam, zaraz po przebudzeniu, był ból, wylewający się z mojej zupełnie nowej, jeszcze niezagojonej pochwy, ból tak silny, że wydawał się sięgać aż do brzucha mojej matki. Byłam oszołomiona, pod wpływem morfiny, głowę miałam pełną wspomnień, które przetaczały się bez ładu i składu. Na wyciągniętych ramionach trzymałam ciężkie cielsko martwego cielaka. Otwierałam oczy, zamykałam, a tam płód, leciutki, drobny, na moich małych rączkach chłopca przerażonego maleństwem, tym niedokończonym niemowlakiem, cieknącą krwią, wizją kałuży cieczy, która miała jeszcze wypłynąć, krzykiem ojca, który mówił puść to, naciskając z całej siły matce na miednicę, myśląc, że tak po prostu zatamuje krwotok. Matka odpuściła, była wycieńczona. Mieszkaliśmy za daleko od szpitala, mój brat chciał dzwonić po straż pożarną, ale matka powiedziała zostaw, przecież wiem, co robić, to nie pierwszy raz, zresztą za bardzo wieje.

Po morfinie, w bólu, który tak słabo łagodziła, miałam wizję – oba ciała, żywe, wielkie cielę i mój braciszek, mój mały fioletowy płodek, pływają w jeziorze. Cielak, ponieważ był za wielki, utonął. A koniuszek braciszka, siostrzyczki, kołysał się jakby niesiony jakimiś podwodnymi gestami nurków, w moim delirium zbliżałam do niego rękę, dotknęłam uniesionego ramienia, drobnej, zsiniałej na wierzchu nóżki, delikatnego kościstego barku przypominającego kawałek dryfującego drewna.

Nigdy nie będę miała dzieci, to zawsze powtarzał mi brat, jeśli to zrobisz, nigdy nie będziesz miała dzieci. I właśnie to zrobiłam, tak, zrobiłam, no i trudno, i dobrze, tym lepiej, bo nie będę musiała mieć dzieci, martwych dzieci.

Błękit wód i błękit drzew to nie ten sam błękit. Ale w cieniu jeziora nie sposób ich od siebie odróżnić.

(do szkoły)

Jadę w kierunku moich nastoletnich cieni przy drodze, pewnie trochę marzną w ten pierwszy poranek.

Tych dwóch, tam dalej, zabieram na początku. To niesamowici chłopcy, są przyjaciółmi, ale są osobno. Nigdy nie siadają obok siebie, ale zawsze są razem.

Pierwszy na trasie, ten, który wstaje najwcześniej, to najstarszy z rodziny – żyją na uboczu, pogodzeni z tym, co się mówi, obojętni na plotki, które o nich krążą. Matkę nazywają wiedźmą, bo zamiast zostawiać pokrzywę na obornik, jak inni starzy, ona dodaje ją do wszystkiego, do zupy, do naparów ziołowych, do wywarów, ale mówią tak o niej też dlatego, że ma książki w całym domu, wszędzie, nawet w kuchni. Jej najstarszy nazywa się Sylvain, ma gładką skórę (dzięki przeciwtrądzikowym okładom z pokrzyw), posępne, ziemiste spojrzenie. Potem jest jasna, przezroczysta Lise i malutki brat, Minuit, dwa i pół roku, tyci z tym swoim tornistrem, o złotych blond włosach i takiej samej skórze. Tak się wierci, że czasami się zastanawiamy, czy on w ogóle sypia (któregoś wieczoru Lise westchnęła, wiesz, naprawdę nie wiem, czy kiedykolwiek da się go jakoś wyłączyć).

Kiedy cztery lata temu dowiedziałam się, że w drodze wyjątku odstąpili od zasady i przyjmą dzieci w wieku poniżej pięciu lat, obawiałam się najgorszego. Maluchy, którym trzeba będzie wycierać nos, sadzać je, wyjmować foteliki. Zapinać pasy, wytrzeć gluty spod nosa i buzię, no nie płacz już, daj spokój, przestań. Jednak nic takiego, z czym kojarzą się tacy zasmarkańcy, się nie dzieje. Przez dłuższy czas miałam tylko prawie całkiem dużych, dopiero potem, po Wielkanocy zeszłego roku, doszli dwaj mali chłopcy. Ale oni nigdy nie sprawiali problemów.

Minuit zawsze jest z siostrą, trzyma ją tak mocno, że wydaje się, jakby on był jakąś naroślą na jej ciele, a ona od niego aż pulsowała. Kiedy wchodzą, złączeni ze sobą, potrącając się nawzajem, wyglądają jak jakiś dwugłowy potwór z czupryną o połyskujących pasmach w kolorze miedzi. Minuit przylega do biodra Lise, ona chwyta małą twarzyczkę i przyciska do brzucha macierzyńskim gestem młodej dziewczyny. Nie wiem, jak się na to mówi, gest starszej siostry, braterski, nie, to nie pasuje, bo jest prawie macierzyński, ale to jeszcze nie to. Zazdroszczę jej tych gestów, tych ich wspólnych póz, ciepłych, wciąż jeszcze zaślinionych ust wtulonych w jej sweter. Mój brat nigdy by mi na to nie pozwolił, mój braciszek mówi, że nigdy nie miał i nigdy nie będzie miał siostry.

Minuit zapewne trochę urósł od czerwca, Lise może będzie mogła siadać osobno, odczepiać go od siebie.

Minuit, malutki braciszek, złociutki (z długimi włosami i androgynicznym imieniem), choć nikt nie bierze go za dziewczynkę. To zdecydowanie mały chłopczyk, w całej swej krasie, z tym jego spojrzeniem urwisa, szybkimi ruchami, kanciastymi ramionkami. Po przerwie wielkanocnej był całkiem malutki, miał krótką grzywkę. Wyglądał zresztą jak lew, albo nie, raczej jak tyrg… (po kilku tygodniach już mniej wylękniony, ale wciąż przyczepiony do siostry). Oj, przepraszam, jak tygrys.

Drugi z maluchów to Hugues, ma prawie trzy lata, już w ubiegłym roku radził sobie tak, jakby był dużym chłopcem. To mały chłopak ze wsi, taki sam, jakim ja byłem, albo raczej jakim był mój brat, dzielny, mądry.

Za foteliki odpowiedzialni są młodzi – układają je na miejscach, zanim wysiądą przed szkołą. Jeśli trzeba, Sylvain im o tym przypomina, stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu głosem, foteliki maluchów, ej, głusi jesteście czy co, trzeba wyjąć foteliki.

Pewnego ranka mi powiedział mam jeszcze młodszych braci, oni mieszkają w Niemczech, i mam też starszych, ale to są moi nieprawdziwi bracia. Uśmiechnął się, mam tylko jedną siostrę, a ty, Adèle, jesteś czyjąś siostrą? I ukrył głowę w kapturze, nie czekając na odpowiedź, która zresztą i tak by z mojej strony nie padła.

Mieszka z matką i dwoma maluchami, za wzgórzem. Tę matkę to widziałam tylko raz, być może to wiedźma, a z pewnością dzikuska, która mówi dzień dobry tak, jakby to słowo kaleczyło jej spierzchnięte usta. Nie jest rozmowna. Też nie lubię za dużo gadać, ale nie jestem nieuprzejma. Twarz tamtej jakby coś mi mówiła, ale nie wiem co, przecież ona nigdy się nie odzywa.

Drugi chłopak na mojej trasie mieszka przed wzgórzem, wsiada dopiero, kiedy objadę je dookoła. To przez nich mam taką trasę, muszę objeżdżać wzgórze, a ponieważ stamtąd wypływa rzeka, nazywam ich ligerianami1, nawet moimi ligerianami. Powinnam ich raczej nazywać górnymi ligerianami, ale to zbyt skomplikowane, poza tym tylko ja ich tak nazywam, to moja sprawa.

Mój drugi ligerianin ma na imię jak jakiś kwiat, tak mi się wydaje, to chyba nazwa kwiatu, Niel, Nielle, sam często mnie poprawia, a Sylvain (inni powtarzają po Sylvainie, mówią jak on): Nielle des Blés2. Ta roślina jednak nie rośnie powyżej tysiąca metrów, to dlatego on jest taki mały, taki chud… Nielle nigdy nie odpowiada, wydaje się, jakby go to w ogóle nie ruszało.

Nielle i Sylvain, jak wielu miastowych, mają rodziców w stylu ekoświrów, gburów z zarośniętymi gębami, z których pozostali, bardziej lub mniej otwarcie, sobie kpią. Na spodniach mają czyste plamy.

Miastowi, taaa… ja tam nie wiem (Sylvain się czasem trochę denerwuje), ja tam zawsze byłem z wiochy, moja matka tak samo. Ale to nie było dokładnie tutaj, a jeśli nie tutaj, to znaczy – oni tak uważają – daleko. Każdy coś mówi na swoją obronę. Adèle, wiesz, to nie o tobie, ty już tu jesteś od dawna, ty to co innego, zresztą znasz tu wszystkich, nawet starych znasz, przez to się wydaje, że zawsze tu byłaś. Naprawdę, o kimkolwiek ze starych się nie wspomina, to ty go znasz, znasz nawet tych, co już nie żyją, może dlatego, że masz imię jak jakaś stara kobieta. Chłopcy, zanim wyrzucą z siebie swoje kpiny, próbują mnie pocieszyć, trochę mi przy tym ubliżając, a na koniec chichoczą. Często są właśnie tacy, trochę dwulicowi: tu uśmiech, nawet jakieś zwierzenia, kiedy są w pojedynkę, ale potem, już w grupie, zdarza im się powiedzieć o słowo za dużo. Ci, co powtarzają klasę, są ponurzy. Sylvainowi dostaje się za wygląd mądrali zadymiarza, zakapturzonego rozrabiaki. Że niby moja matka nie jest ze wsi, bo ma w domu trzy tysiące książek, a nie tylko trzy rolki papieru do podcierania dupy. Taaa… modlitewniki albo książki kucharskie, z przepisami, jak cię zamienić w ropuchę. Zresztą i tak już jesteś jak ropucha. Czasami na tym poprzestają, ale czasami wstają, zaczynają wymachiwać rękami i się kłócić. Ale nigdy Nielle. Kiedy tak się dzieje, wciskam hamulec i stajemy. Wiedzą, że muszą się uciszyć i usiąść, jeśli chcą jechać dalej.

Nigdy tego nie wykorzystali, żeby się spóźnić do szkoły.

Kiedy Sylvain wstaje, to potem wraca na miejsce i siada z dala od Nielle’a. Patrzą na siebie.

Mają bardzo bliski, intymny kontakt, w którym jednak łatwo o napięcia. Od czterech lat jest tak samo, od pierwszej klasy gimnazjum, od kiedy prawie jednocześnie ich rodziny wprowadziły się na płaskowyż. Trzymają się razem, ale są osobno, milczą razem, jakby byli w jakiejś zmowie, w którą nikt nie może zaingerować.

Nielle i Sylvain, moi ligerianie. Dwaj duzi chłopcy, obaj najstarsi z rodzeństwa, obaj z niepełnych rodzin (na początku huczało od plotek, ale wiedźma się nie dawała, a właściwie to tak – pozwoliła im gadać). Ojciec Nielle’a jest wdowcem – szacunek.

Nielle mówi dzień dobry, Adèle, witaj szkoło, idzie usiąść z dala od Sylvaina, po drodze nasuwa mu kaptur na głowę. Cieszę się, że wszystko jest po staremu.

Bus, wokół którego od dziesięciu lat toczy się moje życie, to niewielki van, drzwi przesuwne, napęd na cztery koła, dziewięć miejsc. To pierwszy rok, kiedy wszystkie miejsca mam zajęte. Ósemka dzieci i ósemka nastolatków, rano i wieczorem.

I jedna trasa – zimą czasem objazdy, okrężna droga z powodu zasp. Ze starszakami jeżdżę trochę inną trasą niż z maluchami. Wielu starszaków ma młodsze rodzeństwo, ale też są tacy, którzy są najmłodsi w rodzinie. Z kolei niektóre maluchy to pierwsze dzieci rodziców, ale nie ma szans, by zostały jedynakami, tu takich nie ma, nawet wśród rodzin przyjezdnych.

Kiedy byłem mały, była tylko jedna taka dziewczynka, ale ona była bardzo późnym dzieckiem, to dlatego. Brzydko pachniała.

Tych najmłodszych i najstarszych od rodzin przyjezdnych muszę zabierać z innych wiosek i gospodarstw. W zależności od tych ostatnich czy pierwszych z rodzeństwa za każdym razem zmienia mi się trasa.

Dziś nikt się nie kłóci. To normalne, dopiero co zaczyna się rok szkolny.

Joël jest