Namaskaar, we love Bolly! - Nina Nirali - ebook

Namaskaar, we love Bolly! ebook

Nirali Nina

3,8

Opis

Antoine Aron jest architektem i samotnym ojcem. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych podejmuje pracę w Madrasie (obecnie Chennay, Tamilnad w Indiach). Niespełna roczny pobyt w Indiach oraz spotkanie z nauczycielką tańca Bharatnatyam, Prishą Raneshvar, ma wpływ na całe dalsze życie. Pomimo głębokiego uczucia, dwóch tak różnych światów nie udało się połączyć. Po wielu latach ich drogi krzyżują się ponownie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 142

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (5 ocen)
2
1
1
1
0

Popularność




Nina ‌Nirali

Namaskaar, we love Bolly!

© Nina ‌Nirali, 2017

Antoine Aron ‌jest architektem i samotnym ojcem. ‌Pod koniec ‌lat dziewięćdziesiątych ‌podejmuje pracę w Madrasie ‌(obecnie Chennay, ‌Tamilnad w Indiach). ‌Niespełna ‌roczny ‌pobyt w Indiach ‌oraz ‌spotkanie z nauczycielką ‌tańca Bharatnatyam, Prishą ‌Raneshvar, ma ‌wpływ na ich całe dalsze ‌życie. ‌Pomimo ‌głębokiego uczucia, ‌dwóch tak ‌różnych światów nie udało ‌się połączyć. Po wielu ‌latach ‌ich drogi ‌krzyżują ‌się ‌ponownie…

ISBN 978-83-8104-755-5

Książka powstała w inteligentnym ‌systemie ‌wydawniczym ‌Ridero

Opisana historia jest fikcją ‌literacką. ‌Wszelkie podobieństwo ‌do ‌osób ‌żywych lub umarłych ‌jest przypadkowe. IndiaEuroStory © ‌Wszelkie ‌prawa zastrzeżone.

Namaskaar, we ‌love ‌Bolly!

Dzień dobry, ‌(witajcie), Kochamy Bolly![1]

[1] tu — skrót ‌od słowa Bollywood.

Prolog

Paryski ‌peron stacji ‌metra, pomimo bardzo ‌wczesnej pory, ‌był ‌niemal po brzegi wypełniony ‌oczekującymi na ‌pociąg pasażerami. ‌Słońce świeciło jasnym ‌blaskiem. Mimo, iż pogoda ‌w ten ciepły, majowy ‌dzień ‌dopisywała, Valerie miała ‌wrażenie, że niemal ‌wszyscy otaczający ją tu ‌ludzie są przygnębieni i zaspani. ‌Prawie każdy z nich ‌wpatrzony ‌był w ekran ‌smartfona ‌i miał słuchawki na ‌uszach.

Valerie pomyślała widząc ‌to, że niezależnie od ‌właśnie rozpoczynającego się ‌pogodnego poranka, ‌na dworcu wieje ‌chłodem. Jej ‌usta ‌po chwili rozciągnęły się ‌w psotnym uśmiechu, ‌szturchnęła lekko ramię swojego ‌kolegi, Pierre’a i powiedziała.

— Pierre, ‌spójrz na nich. Są ‌niczym zombie. Słyszałeś, że ludzi ślęczących bez przerwy z głową w smartfononie nazywa się smombie? —

Słysząc to, Pierre roześmiał się. Chłopak lubił poczucie humoru swojej najlepszej przyjaciółki.

Valerie Aron od czterech lat studiowała z Pierre’em Sorel indologię i przez niemal cały ten czas dojeżdżała razem z nim na zajęcia. Pierre i Valerie byli dobrymi przyjaciółmi, których łączyła wspólna pasja i miłość do muzyki i kultury Indii. Razem uczęszczali też na zajęcia z klasycznego tańca indyjskiego.

— Pomyśl, gdyby teraz z głośników popłynęła solidna porcja naszej muzyki od razu by się obudzili. — zażartował Pierre. Oboje roześmiali się cicho na myśl o tym. Nie rozmawiali już więcej, ponieważ do stacji zbliżał się pociąg.

Scenie tej przyglądał się stojący nieopodal Rajkumar. Dwudziestopięcioletni Raj pochodził z New Delhi i studiował w Paryżu prawo. Od ponad pół roku dojeżdżał na swoje zajęcia tym samym pociągiem i od pierwszego dnia, kiedy zobaczył na peronie dziewczynę z niesamowicie długimi włosami, nie mógł oderwać od niej oczu.

Od pierwszego wejrzenia wydawała mu się niezwykła. Bardzo długie, ciemno blond włosy sięgały za pas. Czasem splatała je w ciasny warkocz lub spinała na czubku głowy, ale on uwielbiał ją taką jak teraz, z naturalnie opadającą na plecy kaskadą. Ilekroć ją widział, nie potrafił oderwać oczu od jej jasnej, zawsze uśmiechniętej twarzy. Nie potrafił dostrzec z tej odległości koloru jej oczu, lecz był pewien, że były jasne. Były za to idealnie podkreślone czarną kredką i falą czarnych rzęs oraz zaakcentowane idealnym, czarnym łukiem brwi. Dziewczyna była szczupła i ubierała się zupełnie zwyczajnie jednak to, co przykuwało uwagę, były dodatki jakie dobierała. Nie rozstawała się z szalami i kolorowymi bransoletkami. Gdyby miała ciemniejszą cerę i włosy, Rajkumar byłby przekonany, że dziewczyna też pochodzi z Indii. Mimo, iż podobała mu się od tak dawna, nie miał odwagi podejść do niej i porozmawiać z nią. Tymczasem do stacji podjechał pociąg, on musiał oderwać wzrok od niej i znaleźć miejsce w zatłoczonym wagonie kolei miejskiej. Był bardzo zły na siebie, gdyż nie potrafił przemóc swojej nieśmiałości i po prostu podejść do niej, poznać ją bliżej lub nawet zaprosić gdzieś.

Dzień mijał Valerie szybko. Wraz z Pierre’em siedziała w auli wykładowej. Ostatnie już tego dnia zajęcia z profesor Antonine Barthez, kulturoznawstwo dobiegały końca. Profesor Barthez siedziała za biurkiem na swoim podium, jak zwykle z surową twarzą. Pani profesor, mimo dojrzałego wieku i powierzchownej surowości, była uwielbiana przez studentów. Jej cięty dowcip i interesujące zajęcia cieszyły się powodzeniem na całym kierunku studiów. Tak i teraz pani profesor nie zawiodła swoich studentów. Patrząc na nich z kpiącym uśmiechem na twarzy zadawała zadanie semestralne.

— Jako że w planie dydaktycznym musimy zająć się i tym pasjonującym i inteligentnym tematem … — Studenci słysząc ironiczny ton głosu profesor roześmiali się ale zaraz umilkli, by ta mogła dokończyć.

— Dla państwa zadanie zaliczeniowe: Proszę ukazać popularną, indyjską muzykę filmową w niekomercyjny sposób. — Pani profesor wyrwał się krótki, kpiący śmiech. Zaraz potem odchrząknęła i dodała.

— Tylko proszę was, moi drodzy, oszczędźcie mi tych sucharów o miłości, smutku i rozstaniu. Chcę zobaczyć coś zupełnie nowego. Najlepiej w postaci krótkiego filmu. Wiecie, nie mam już tyle lat co wy i nie mam czasu na czytanie dziewięćdziesięciu sześciu wypracowań na kilka tysięcy słów. —

Po auli ponownie przeniósł się krótki śmiech. Pierre i Valerie spojrzeli zdziwieni na siebie i jak na komendę oboje wzruszyli ramionami, chcąc w ten sposób pokazać sobie wzajemnie brak wszelkich pomysłów. Zaraz potem, Pierre i Valerie mogli opuścić aulę wykładową i udać się w drogę powrotną do domu.

RozdziaŁ 1

Valerie zamknęła za sobą cicho drzwi wejściowe mieszkania. Rzuciła torbę z książkami na garderobę po czym zdjęła buty i szal.

Była tak bardzo głodna, że od razu udała się do kuchni. Mijając w przedpokoju wejście do otwartego teraz pokoju dziennego, dostrzegła postać ojca siedzącego na kanapie i czytającego gazetę.

— Hej Papa. — przywitała się krótko, od razu znikając w kuchni.

— Witaj Valerie. Zostawiłem ci kanapki z lunchu. Wiedziałem, że będziesz głodna. — ten odpowiedział jej przerywając swoją lekturę.

Valerie pochwyciła kanapkę w dłoń i przeszła jednocześnie jedząc ją do salonu. Podeszła do kanapy, przysiadła blisko ojca i pozwoliła zamknąć mu się czułych objęciach. Niezaprzeczalnie więź między ojcem a córką była bardzo głęboka i nierozerwalna.

Antoine złożył krótki pocałunek na czole dziewczyny i nie zwalniając uścisku, wsparł się o oparcie kanapy. Bezwiednie powiódł też wzrokiem na przeciwległą ścianę.

Na ścianie wisiał spory obraz przedstawiający uśmiechniętą twarz kobiety. Wygląd postaci z obrazu był tak orientalny, że wyróżniał się na tle wszystkiego, co znajdowało się w pomieszczeniu. Przykuwał sobą całą uwagę każdego, kto tylko znalazł się w salonie. Obraz był niemal wejściem do zupełnie innego świata.

Ciemne oczy kobiety z obrazu zdawały się promieniować wewnętrznym blaskiem oraz ciepłym uśmiechem. Podkreślone grubą, czarną linią wokoło, przypominały kształt idealnego migdała. Łuki jej czarnych brwi oddzielało bordowe bindi w kształcie kropli a nad nim błyszczała bogato zdobiona w złotym odcieniu tikka w kształcie półkola.[1] Nad głową spięta czerń jej włosów, również ozdobiona biżuterią, układała się w koronę. W uszach lśniły duże, złote kolczyki przypominające bogato zdobione dzwoneczki.[2]

Kobieta z obrazu, niczym malownicza nimfa czarowała każdego swoim cudownym uśmiechem doskonale pełnych, obrysowanych szkarłatem warg.

Valerie również odwróciła głowę w stronę obrazu i westchnęła ze smutkiem.

— To się u nas chyba nigdy nie zmieni, prawda papa? Zawsze będziemy za nią tęsknić i kochać ją. — Antoine pokiwał zamyślony w potwierdzeniu głową, lecz nic nie odpowiedział na pytanie zadane przez córkę. Po chwili, by zmienić bieg ich myśli i rozmowy, spojrzał na Valerie i zadał pytanie dotykające bieżących spraw.

— Co u ciebie skarbie? Jak studia? Wszystko dobrze? —

Valerie przełknęła ostatnie kęsy swojej kanapki zastanawiając się jednocześnie co odpowiedzieć.

— Ogólnie raczej dobrze. Mam trudne zadanie. Muszę pomyśleć jak je zrobić. —

Ojciec zachęcił córkę do wyjaśnień jednocześnie kładąc swoją dłoń na jej dłoni.

— Opowiedz, może nie wiem wiele o indologii, ale postaram się pomóc. —

Na te słowa Valerie roześmiała się.

— Och, papa. Wiesz wiele więcej niż ja, tylko się do tego nie przyznajesz. — przerwała po czym poważniejszym tonem zaczęła opowiadać o swoim zadaniu.

— Profesor Barthez zadała nam odnaleźć niekomercyjną rolę współczesnej muzyki indyjskiej. Tylko, że ta muzyka tato sama w sobie jest komercyjna. — Antoine zamyślił się chwilę, po czym na głos powiedział.

— Zgoda, ale jak każda muzyka, jest treścią życia wielu milionów ludzi, kochają przy niej, bawią się, płaczą, cierpią z powodu złamanych serc… — zamyślił się ojciec. Valerie natychmiast mu przerwała.

— Oczywiście, zgoda. Ale profesor zażyczyła sobie czegoś zupełnie nowego. Ja też chciałabym przedstawić tę muzykę w zupełnie inny sposób. — Antoine uśmiechnął się na te słowa i uścisnął jej dłoń w pocieszeniu.

— Jestem pewien, że moja tamilska księżniczka sobie poradzi. Valerie, posłuchaj co podpowiada ci serce. Poradzisz sobie zawsze i wszędzie, jestem tego pewien. —

Córka uścisnęła ojca serdecznie i zaczęła podnosić się z kanapy.

— Muszę się przygotować do wieczornego występu. Lata świętuje zaręczyny i poprosiła, bym dziś wieczór zatańczyła z tej okazji. — zawróciła wiedziona nagłym impulsem, przykucnęła przed Antoine’m i chwyciła go za dłonie.

— Proszę papa, przyjdź też. Chciałabym żebyś mnie dziś wspierał. Proszę! —

Antoine roześmiał się niepewnie.

— Valerie, wiesz jakie to dla mnie trudne. — zaoponował na głos.

— Wiem, za każdym razem gdy chodzimy na podobne imprezy, ty masz nadzieję, że ją tam spotkasz a ona się nie zjawia. Wiem o tym. Znam cię. Ale tym razem przyjdź dla mnie. Proszę, papa. — Antoine nie potrafił nigdy długo opierać się prośbom swojej córki. Widząc ją teraz tak przejętą również i w tej chwili, nie potrafił jej odmówić.

— Dobrze. Przyjdę. — Szcześliwa Valerie spontanicznie objęła ojca i pędząc zaraz potem do swojego pokoju odkrzyknęła.

— Bądź proszę o 19:00 w „Indie française”[3]. — Valerie zniknęła a oczy Antoine’a automatycznie powróciły do obrazu na ścianie, jaki oglądał od ponad osiemnastu lat.

Obraz był powiększoną wersją jedynego zdjęcia, jakie im po niej pozostało.

***

Antoine był cenionym architektem. Przed dwudziestu sześciu laty otrzymał intratne zlecenie w Londynie i w związku z tym na pewien czas musiał przenieść się do stolicy Wielkiej Brytanii.

W firmie, która zleciła mu wykonanie projektu dużego obiektu przemysłowego, poznał atrakcyjną Lisę. Bardzo prędko para nawiązała gorący romans. Antoine sądził, że łączyło ich głębsze uczucie.

To, jak bardzo się w tej kwestii mylił odkrył, gdy okazało się, że Lisa zaszła z nim w ciążę. Dziewczyna chciała za wszelką cenę usunąć owoc ich romansu. Antoine musiał walczyć z Lisą o to, by ta nie dokonywała aborcji i nie zabijała jego dziecka. W końcu ustalili, że Antoine zapłaci Lisie miesięczne odszkodowanie za każdy miesiąc ciąży. Kiedy nareszcie na świat przyszła jego córeczka, zapłacił Lisie za sądowe zrzeczenie się władzy rodzicielskiej nad ich dzieckiem, i ta zniknęła z ich życia na zawsze. Niebawem potem z radością wracał z niemowlęciem do Paryża.

Od dnia narodzin Valerie, Antoine samodzielnie opiekował się nią. Cała ta sytuacja była dla niego nie lada wyzwaniem, bowiem nie miał żadnej wiedzy na temat dzieci, a tym bardziej niemowląt.

Z wdzięcznością przyjmował każdą otrzymanę radę lub wskazówkę. Żałował w tej sytuacji najbardziej, że oboje jego rodzice już nie żyli, a jego córka będzie pozbawiona nie tylko matki, ale również kochających dziadków. Antoine starał się jak tylko mógł, aby jego dziecku niczego nie brakowało. Będąc już w Paryżu zatrudnił do pomocy opiekunki, jednak mimo to z bólem serca obserwował jak jego córeczka rośnie bez kobiecej miłości.

Tuż przed piątymi urodzinami Valerie, Antoine otrzymał zlecenie na wykonanie dużego projektu w Indiach. W tak długą i daleką podróż musiał zabrać swoją córkę ze sobą.

Gdy tylko oboje wysiedli z samolotu, zostali serdecznie przyjęci przez Rajesh’a Tivari, zleceniodawcę Antoine’a. Zarówno ojciec jak i córka od pierwszego spojrzenia byli oczarowani Indiami. Wszystko tu było tak zupełnie inne od tego, co oboje znali z Europy. Valerie od razu zauważyła, że Indie są „kolorowe i muzyczne”. Antoine po dzisiejszy dzień uśmiechał się na wspomnienie tego określenia, wypowiedzianego przez jego wówczas niespełna pięcioletnią córkę. Gratulował sobie też, że od początku uczył dziecka języka angielskiego. Dzięki temu Valerie nie miała żadnej bariery językowej i mogła swobodnie porozumiewać się z niemal każdym.

Rajesh Trivari zapewnił im mieszkanie u zaprzyjaźnionej rodziny, Vaidya.

Antoine i Valerie zostali otoczeni po raz pierwszy ciepłem domowego ogniska. Głową rodziny była seniorka, Grishma[4] mieszkająca pod jednym dachem z dwójką swoich synów i ich rodzinami. Antoine i Valerie byli zdumieni, jak bardzo inne zwyczaje panują w tym domu. Grishma była otoczona niespotykanym szacunkiem swoich obu synów oraz ich żon. Poranki wypełnione były krótką, śpiewaną modlitwą przy domowym ołtarzu, na którym ustawione były figurki Ramy[5], jego żony Sity i brata Laxmana, wykonane z brązu. Figurki te były co dzień ozdabiane świeżymi girlandami z białych margaretek. Zaraz po porannej modlitwie synowe Grishmy błogosławiły mężów i nakładały im tikę[6] na czoło.

Antoine z rozrzewieniem wspominał wydarzenie, kiedy to on pewnego poranka, z oddali patrzył na poranne rytuały rodziny gospodarzy. Seniorka z surową miną nakazała skinieniem głowy podejść Antoine’owi bliżej. Gdy to uczynił, Grishma nałożyła mu tikę na czoło i powiedziała w języku angielskim.

— Jesteś mądrym i dobrym człowiekiem Antoine, pracuj nad sobą nadal, jak do tej pory. —

Antoine ukłonił się przed Grishmą z wdzięcznością i dotknął jej stopy w geście oddania szacunku. Ta roześmiała się i nakazała mu wstać. Dotknęła jeszcze jego policzka, by okazać mu swą życzliwość. Antoine intuicyjnie czuł, jakie te wszystkie gesty miały znaczenie. Tego dnia stał się kimś więcej, niż tylko gościem dla rodziny Vaidya.

Valerie zaprzyjaźniła się z dwójką nieco starszych od niej wnucząt Grishmy. W domu rodziny Vaidya zawsze panował ciepły rozgardiasz. Głośnie rozmowy lub zabawne przekomarzania toczone były w tamilskim[7]lub przez wzgląd na gości, w angielskim. Po długim dniu pracy rodzina przesiadywała zwykle wspólnie do późnego wieczora. Głównym posiłkiem dnia była obfita kolacja, podawana około godziny dwudziestej. Zarówno Valerie jak i Antoine pokochali te wieczory oraz życzliwą im rodzinę Vaidya.

Pewnego dnia zupełnie przypadkiem, Valerie i Antoine natrafili na Prishę Raneshwar. Spotkanie to miało wpływ na życie całej ich trójki.

[1] Tradycyjna hinduska ozdoba do włosów w różnych kształtach, najczęściej koła, noszona na środku czoła lub z boku głowy.

[2] Jhumkas, kolczyki.

[3] Nazwa restauracji „Francuskie Indie”.

[4] Znaczenie imienia: ciepło.

[5] Lord Rama jest bogiem powszechnie czczonym przez Hindusów, znany jako ideał mężczyzny i bohater eposu „Ramayana”. Zawsze posiada łuk i strzałę, które symbolizują gotowość do niszczenia zła.

[6] Tilak to czerwony znak na czole wspólny wszystkim religiom hindu. Według wierzeń między brwiami znajduje się czakra, adźna tzw. trzecie oko poznania, domena mędrców, mistyków i nauczycieli. Ma przypominać człowiekowi o cząstce boskiej intuicji, jaką w sobie nosi.

[7] Język z grupy południowej. Posługuje się nim około 60 mln mieszkańców indyjskiego stanu Tamil Nadu. Stolicą Tamil Nadu jest Chennai (wcześniej Madras).

Rozdział 2

Dziewiętnaście lat wcześniej Indie, wówczas Madras (od 2000 roku Chennai/Tamilnad, Indie).

Antoine wraz z Valerie i Rajesh’em przemierzali właśnie centrum Madrasu. Towarzyszyli Rajesh’owi w drodze do inwestora, którego biuro mieściło się w centrum miasta. Tego dnia Valerie nie mogła zostać pod opieką synowych Grishmy i musiała towarzyszyć Antoine’owi w pracy. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że z uwagi na zaistniałą sytuację razem wybiorą się do centrum miasta. Antoine z córką będą mogli nieco pozwiedzać centrum oraz sklepy, a międzyczasie Rajesh będzie mógł pokazać wstępny projekt budowli inwestorowi.

Odprowadzili Rajesh’a pod nowoczesny biurowiec, biznesowe centrum, w którym mieściło się wiele firm, a sami udali się wzdłuż jednej z ciasnych, bardzo zatłoczonych ulic centrum miasta. Umówi się z Rajesh’em, że odnajdą się później na głównej ulicy handowej w centrum miasta, tuż przy kinie.

Antoine i Valerie z zachwytem przemierzali tłumne i głośne ulice. Rozentuzjazmowani mijali stragany, przy których przygotowywane były nieznane im potrawy, oraz oglądali wystawy sklepowe. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż w Paryżu, co oboje bardzo fascynowało. Część szyldów sklepowych było zapisanych oryginalnym, tamilskim pismem, dlatego nie zawsze wiedzieli dokąd wchodzą. Spodobała im się taka zabawa i zaczęli rozbawieni wchodzić do każdego niemal sklepu, by przekonać się, co jest w środku. Obejrzeli sklep z niezliczoną ilością przypraw, zaraz obok niego odnaleźli malutkie pomieszczenie służące za sklepik z biżuterią. Kolejna tablica z obco wyglądającym napisem okazała się niczym innym, jak szyldem sklepu z damską odzieżą. Mimo, iż ulica była bardzo zatłoczona i wąska, po obu jej stronach mieściły się stragany z żywnością wszelkiej maści. Kuszące zapachy przygotowywanych wokoło potraw unosiły się w powietrzu i mieszały ze sobą, tworząc niezwykły, nieznany im dotąd aromat. Mijali mnóstwo uśmiechających się do nich twarzy i mimo, iż po raz pierwszy znaleźli się w tak dużym tłumie, nie czuli z tego powodu dyskomfortu. Oboje, ojciec i córka odczuwali radość, że i dla nich znalazło się tu miejsce. Doszli do końca ciasnego, zatłoczonego bulwaru i trafili na kolejną, dużo szerszą ulicę. Nie przerywali swej zabawy w odgadywanie obcych napisów z szyldów. Teraz też spojrzeli na czarny szyld z czerwonymi malunkami liter tamilskich, znajdujący się ponad ich głowami.

— Sprawdzamy? — spytała mała roześmiana, trzymając ojca przez cały czas za rękę.

— Córuniu, nie wydaje mi się, żeby to był sklep. — zawahał się Antoine patrząc na brak okien wystawowych. Budynek był nieco bardziej surowy, niż inne otaczające go zabudowy.

— Chodźmy, papa. — pociągnęła ojca za rękę i wspólnie pchnęli drzwi wejściowe budynku.

Korytarz oświetlało słabe światło. Z lewej strony znajdowały się drzwi, na których wisiała tabliczka informacyjna w tamilskim i angielskim” changing room”[1]. Ściany w korytarzu były szare a na podłodze leżał gruby, wzorzysty dywan w tonacjach czerwieni, bieli i bordo. Już mieli wychodzić, gdy ich uwagę przykuła muzyka, która nagle rozbrzmiała z sali mieszczącej się w końcu korytarza.

Były to rytmiczne uderzenia bębna o niskim tonie i męski głos, formułujący niezrozumiałe wyrazy, wymawiane równocześnie z uderzeniami bębna. Wiedziony ciekawością Antoine ujął mocnej Valerie za rękę i wolnym krokiem razem udali się w kierunku, skąd dobiegała muzyka. Główna sala nie miała drzwi dlatego zaraz, gdy przeszli korytarz i podeszli bliżej, zobaczyli w głębi sali odwróconą tyłem do nich, kolorowo ubraną kobietę, która z wdziękiem poruszała się do słyszanego rytmu.

Kobieta miała długie, kruczoczarne włosy, sięgające do pasa. Włosy spięte były w warkocz, w który miała wplecioną na całej jego długości srebrną biżuterię. W tyłu głowy wpięty, pysznił się bielą kwiatowy łańcuch. Rękawy wzorzystej, fioletowej bluzki sięgały połowy jej ramion. Tuż za rękawami oraz na przegubach o kremowej skórze, połyskiwały złote, pięknie zdobione branzolety. Przód i tył bluzki przełożony był różową tkaniną, zdobioną złotymi wzorami, która sięgała bioder i była przytrzymywana w talii przez srebrny pas. Całości dopełniały różowe, lekko poszerzane w udach spodnie, których nogawki były połączone ciemnozieloną, plisowaną tkaniną.

Tancerka unosiła teraz wysoko nad głową wyprostowane i złożone niczym do modlitwy ręce. Wraz z uderzeniami bębna poruszały się kolejno nogi. Potem kobieta opuściła wciąż złożone ręce na wysokość piersi i obróciła ku nich swoją uśmiechniętą twarz. Nie dostrzegła ich jednak. Skupiona na muzyce kontynuowała swoje ćwiczenia. Odwróciła teraz przodem do nich całą swą postać a jej ręce, wciąż w modlitewnej pozycji, powróciły wysoko nad głowę. Jednocześnie wyprostowane dotąd nogi ugieła w kolanach. Pomalowane na czerwono pięty uniosły się kolejno i wraz z uderzeniem bębna szybko opadły na podłogę. Ręce z wciąż złożonymi dłońmi, zatoczyły idealne koło w powietrzu i zatrzymały z lewej strony tuż obok jej piersi. Tymczasem lewe kolano z wdziękiem uniosło się w górę i zawisło na moment w powietrzu. Wraz z uderzeniem bębna, przy wtórze męskiego śpiewu uniesiona w powietrzu noga wyprostowała się w kolanie. Kobieta pochylała się ku lewej stronie dopóty zgrabna, ozdobiona na czerwono stopa nie natrafiła na podłoże. Rytmy bębna przyśpieszyły, jak i przyśpieszyła ona. Dzwonki upięte do kostek dźwięczały teraz głośno, przy każdym jej ruchu. Bębny ucichły, kobieta zamarła w nieruchomej pozie. Męski głos zaczął śpiewać teraz wolno przy wtórze sitary. Po chwili bębny zagrały ponownie a kobieta czarowała ich dalej swoim tańcem. Teraz jej ręce wykonywały idealnie dopracowane ruchy w powietrzu, ułożenie samych dłoni zmieniało się wraz z każdym obrotem ciała kobiety oraz jednoczesnym, rytmicznym uginaniem się i prostowaniem jej nóg.

Ani Antoine, ani mała Valerie zachwyceni tancerką i jej niezwykłym tańcem, nie mogli nawet na chwilę oderwać od niej oczu.

Tymczasem muzyka ucichła i kobieta zakończyła swój taniec. Spojrzała w stronę wejścia, w którym dopiero teraz dostrzegła dwoje niezwykłych widzów. Na ich widok uśmiechnęła się przyjaźnie i przywitała się w języku angielskim.

— Dzień dobry. Czy mogę w czymś pomóc? — Podeszła do nich bliżej a przy każdym jej kroku dźwięczały przypięte do kostek dzwoneczki oraz biżuteria, którą miała na sobie.

Antoine spojrzawszy w jej głebokie, brązowe oczy obrysowane mocną czernią, poczuł suchość w gardle. Odchrząknął aby odzyskać moc nad głosem i odpowiedział.

— Bardzo przepraszamy. Zwiedzaliśmy miasto i sklepy. Weszliśmy tu przez pomyłkę i chcieliśmy wyjść, ale muzyka przywiodła nas do pani. Nie chcieliśmy przeszkadzać. — zakończył wpatrzony wciąż w dziewczynę, oniemiały z zachwytu Antoine. Velerie też dopiero teraz odzyskała głos i wyszeptała z pasją, pociągając ojca za poły marynarki.

— Ja chcę być jak ona. Też chciałabym tak tańczyć, tatusiu.-

Z twarzy kobiety nie znikał serdeczny uśmiech. Spojrzała błyszczącymi oczyma w zielone oczy Antoine’a a do Valerie zwróciła się pytająco dźwięcznym głosem.

— Jeśli twój tatuś mi pozwoli — po tych słowach przykucnęła przed Valerie, wyciągnęła do niej swoją dłoń i dokończyła.

— Mogłabym pokazać ci mój taniec. Chcesz? — Valerie uniosła wysoko głowę i spojrzała błagalnie na ojca. Ten tylko pokiwał głową w aprobacie.

Piękna indyjska nimfa ujęła jego córeczkę za dłoń i powiodła za sobą, przy wtórze dźwięczących dzwonków u jej stóp, na środek sali. Pochyliła się nieco ku dziecku, wciąż ciepło się uśmiechając, chwyciła obie ręce Valerie i wyprostowała w łokciach. Delikatnie przyłożyła swoje dłonie do dłoni dziewczynki i wyprostowała je, kierując ku górze. Uchwyciła delikatnie też małe kciuki i ugięła je.

— Twoja dłoń właśnie stała się flagą, Pataaka. — Objaśniła kobieta serdecznym głosem. Obeszła dookoła dziewczynkę i zapytała.

— Jak masz na imię, kochanie? —

— Valerie. — odpowiedziała mała dzielnie utrzymując wyprostowaną pozycję rąk i dłoni.

— Piękna flaga, Valerie. Masz talent. Ja jestem Prisha. To zaszczyt mieć taką wyjątkową uczennicę. — Twarz dziecka po tych słowach rozjaśnił uśmiech a Antoine poczuł pieczenie pod powiekami. Jego córka pierwszy raz w życiu chyba doświadczyła tyle troski i uwagi ze strony kobiety. Wiedział, że Prisha zdobyła serce jego dziecka już od pierwszej chwili.

Tymczasem Prisha kontynuowała lekcję. Znów dotknęła dłoni dziecka i delikatnie ugięła serdeczne palce Valerie.

— Teraz twoja flaga, Valerie ma trzy kolory. To tripataaka. — Mała uczennica wciąż dzielnie utrzymywała wysunięte przed sobą ręce.

— Doskonale, Valerie. — pochwaliła ją Prisha za wytrwałość po czym ponownie dotknęła dłoni dziecka i delikatnie ugięła dodatkowo najmniejszy palec dłoni.

— To jest ardhapataaka, połowa flagi. — Objaśniła Prisha i zaraz potem połączyła środkowy palec dziecka ze wskazującym oraz z kciukiem. Palce Valerie, mały i serdeczny unosiły się tylko nieznacznie.

— To jest otwarcie w bransoletce, Katakaamukha. Hmmmm… — Zamyśliła się Prisha na głos i zaraz potem odparła z tajemniczym uśmiechem.

— Już wiem, czego mi u ciebie brakuje, Valerie. Poczekaj tu proszę. — Zostawiła dziewczynkę na środku sali i odeszła do pomieszczenia obok, obwieszczając każdy swój ruch dzwięczeniem dzwoneczków. Valerie wciąż zawzięcie trzymała wyprostowane ręce, a dłonie w pozycji wskazanej przez Prishę. Antoine był dumny ze swojej córki jak nigdy dotąd. Sam w niemym zauroczeniu obserwował tę ich lekcję. Prisha zjawiła się na powrót przy dziewczynce. W dłoniach niosła pęk kolorowych bransolet w małym rozmiarze. Podzieliła je na dwie połowy i wsunęła dziewczynce na oba przeguby dłoni.

— Teraz wyglądasz znakomicie. — Pochwaliła Prisha Valerie z uśmiechem. W tej samej chwili w drzwiach pojawił się Rajesh, który ich szukał.

Prisha widząc to, chwyciła Valerie za ręce i opuściła je na dół. Przykucnęła przed dzieckiem wciąż ujmując jej dłonie swoimi i powiedziała serdecznie uśmiechając się doń.

— Przychodź do mnie zawsze, kiedy tylko zechcesz. Jeśli tatuś tylko mi pozwoli, nauczę cię mojego tańca. — Na te słowa Valerie objęła serdecznie Prishę i cicho wyszeptała szczęśliwa do ucha przyszłej nauczycielki.

— Dziękuję. Pozwoli mi. — ucałowała jeszcze Prishę w policzek na pożegnanie i podbiegła do ojca. Antoine ze wzruszeniem malującym się na twarzy wyszeptał bezgłośnie „dziękuję”, ujął córeczkę za rękę i wszyscy troje wyszli ze szkoły tańca.

Po drodze Valerie odezwała się do ojca.

— Prisha wyglądała jak księżniczka, widziałeś tatusiu? Miała kolczyk w nosie i takie duże kolczyki w uszach. — Antoine uśmiechnął się na wspomnienie kobiety i od razu na głos przyznał dziecku rację.

— A widziałeś tatusiu te łańcuszki w jej włosach i na głowie? Czy ja też mogłabym mieć takie? — Antoine wiedział, że Valerie będzie chciała wyglądać dokładnie jak Prisha. Wiedział też, że nauka tego tańca ją uszczęśliwi, a on pragnął aby jego córka była szczęśliwa.

— Tak Valerie. Kupimy wszystko, co będzie do tańca konieczne. — obiecał jej Antoine.

Sam Antoine był wciaż pod wrażeniem spotkanej przed chwilą młodej kobiety.

Rajesh wyczuwając ich zafascynowanie, roześmiał się i wyjaśnił.

— To była szkoła jednego z naszych klasycznych tańców. Prisha Raneshwar jest jedną z najlepszych tancerek w tym regionie, Valerie … — zwrócił się do dziecka.

— Prisha na pewno wkrótce zrobi z ciebie małą, tamilską, tańcząca księżniczkę. —

Antoine zaciekawiony spytał Rajesha.

— Jak nas znalazłeś? — na co Rajesh roześmiał się cicho.

— Antoine, para taka jak wasza nie przejdzie tu nawet w największym tłumie niezauważona. Wystarczyło zapytać kogokolwiek. — Słysząc to, Antoine również roześmiał się krótko.

Tego wieczoru Valerie przy kolacji z przejęciem opowiadała o ich przygodzie w szkole tańca.

Z dumą prezentowała każdemu członkowi rodziny Vaidya wszystkie ułożenia dłoni, jakich się nauczyła. Grishma widząc to oznajmiła jak zwykle surowym, nie znoszącym sprzeciwu tonem.

— Przeznaczenie was tam zawiodło, Antoine. Jeśli twoje dziecko w pięć minut nauczyło się Pataak, musi tam wrócić. —

Antoine pokiwał głową w potwierdzeniu. On też musiał koniecznie tam wrócić. Obraz pięknej tamilskiej wróżki nie znikał sprzed oczu jego wyobraźni. Jej ciepły uśmiech, życzliwość wobec jego córki i niego, wszystko to sprawiało, że myślał o niej bez ustanku.

[1] ang.: przebieralnia

Rozdział 3

Następnego dnia Valerie już od rana nie mówiła o niczym innym, jak o nowym stroju do tańca oraz lekcji z Prishą. Zaraz po pracy Antoine pojechał po córkę do domu państwa Vaidya. Zabrał ją na obiecane zakupy a potem udali się do szkoły tańca.

Prisha widząc ich w wejściu, uśmiechnęła się na powitanie i podeszła do Valerie. Wyciągnęła dłoń ku dziewczynce, wypowiadając w tej samej chwili słowa powitania na głos.

— Czekałam na ciebie, Valerie. Chodź, pokażę ci gdzie możesz się przebrać i przedstawię ci moje inne uczennice. — Gdy dziecko pochwyciło jej dłoń, Prisha spojrzała na Antoine’a i powiedziała.

— I ciebie witam. Jak mogę się do ciebie zwracać? — zapytała