Najdłuższe czasy - Wolodymyr Rafiejenko - ebook

Najdłuższe czasy ebook

Wolodymyr Rafiejenko

4,0

Opis

Wołodymyr Rafiejenko w kunsztowny i nieszablonowy sposób podejmuje temat wojny, która nieodwracalnie zmieniła jego ojczysty region. Odkąd do alegorycznego miasta Z na wschodzie Ukrainy zawitało wojenne piekło, przestały tu obowiązywać prawa boskie i ludzkie. Ukraińcy z Donbasu mierzą się nie tylko z realiami rosyjskiej okupacji, lecz także zaburzeniami czasoprzestrzeni i zjawiskami paranormalnymi. Od trudnych wyborów, których muszą dokonać bohaterowie Najdłuższych czasów, zależeć będą nie tylko ich własne losy,  lecz także przyszłość całej Ukrainy i Rosji oraz Związku Radzieckiego, który co prawda upadł, ale nie do końca.
***

Piąty Rzym to coś więcej niż łaźnia. W mieście Z nie działają prawa fizyki. A mówiąc ściślej , działają inaczej, niż do tego przywykliśmy. Wysyłasz tu konia, a ten zmienia się w wiolonczelę . Czołg staje się grzechotką. Nieboszczyk melodią. Prawosławny czołgista Buriatem .

***

Żadnego innego Raju o prócz kraju swojego serca człowiek mieć nie może. I żadne inne Piekło też mu nie grozi. Możesz jeszcze za życia zasłużyć na Ukrainę wieczną i piękną, a możesz na wiekuiste prorosyjskie Z .

***

Uśmiechnie się, wysunie nos spod koca, a za oknem będzie padać śnieg. Błękitny promyk błyśnie w zamarzniętym oknie. Przed nim wielkie, ogromne życie, a wojny nie ma, nie było nigdy i już nigdy nie będzie.



-fragmenty książki


Wołodymyr Rafiejenko (ur. 1969) – ukraiński prozaik i poeta. Urodził się i wychował w Doniecku, gdzie studiował filologię rosyjską i kulturoznawstwo. Jego rosyjskojęzyczna proza porównywana jest do twórczości Nikołaja Gogola czy Wieniedikta Jerofiejewa. Latem 2014 roku opuścił rodzinny Donieck, obecnie mieszka w Kijowie. Za powieść Najdłuższe czasy został uhonorowany Nagrodą Wyszehradzką Partnerstwa Wschodniego. W roku 2019 opublikował swą pierwszą książkę po ukraińsku – Mondegrin. Pisni pro smert’i lubow.
*
*
*
Tłumaczka Anna Ursulenko – slawistka, adiunkt w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Autorka kilku przekładów literackich z języków ukraińskiego, rosyjskiego i czeskiego, przetłumaczyła między innymi fragment powieści Wołodymyra Rafiejenki Demon Kartezjusza („Odra” 2015, nr 7-8). W latach 2015-2017 współpracowała jako tłumacz z Międzynarodowym Festiwalem Literackim Miesiąc Spotkań Autorskich.
*
*
*
Tłumacz Marcin Gaczkowski – literaturoznawca, historyk, redaktor, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Wrocławskim. Tłumaczy z języków ukraińskiego i rosyjskiego na polski. Współtwórca portalu literackiego Rozstaje.art, członek Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność




Copyright by © Владимир Рафиеенко, 2020 Copyright by © Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2020 Copyright for the Polish translation by © Marcin Gaczkowski and Anna Ursulenko, 2020
Tytuł oryginału: Долгота дней. Городская баллада
Redakcja: Jerzy Z. Szeja
Korekta: Ilona Siwak
Skład: Dagmara Ślek-Paw, Jacek Pawłowicz
Okładka: Olga Zelenska
Redaktor prowadzący: Laurynas Vaičiūnas
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego we Wrocławiu ul. Zamkowa 2 55-330 Wojnowice
Wszystkie książki wydane przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu są do nabycia na stroniewww.kew.org.pl/ksiegarnia
ISBN: 978-83-7893-034-1
Konwersja:eLitera s.c.

Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną

przez wszystkie dni mego życia

i zamieszkam w domu Pańskim

po najdłuższe czasy.

Psalm 23,6[1*]

Zrywa się wiatr!... Spróbujmy żyć: tak trzeba!

Szarpie mą książką potężny dech nieba,

W pył idą fale progi skał szczerbiące!

Lećcie w dal kartki – powsiąkajcie w blaski!

Rozgońcie żagle – ptactwo żer tropiące!

Paul Valéry[2*]

...złego nie chce nikt.

Sokrates[3*]

CZĘŚĆ I

ŁAŹNIA

Po pierwszym – wzdrygniesz się,

Po drugim – skrzywisz się,

A po trzecim – w oczach lśni,

Dumą dumę w myślach goni.

Taras Szewczenko[4*]

...narodowość jest w coraz mniejszym stopniu

kwestią pochodzenia, a coraz bardziej domeną

wolnego wyboru.

Tomas Venclova[5*]

Sokrates Iwanowicz Gredis jest Litwinem, który nigdy nie był na Litwie. Łysawy, wysoki, krzepki, z przyjemnością myje podłogę, rozkłada cebrzyki, zbiera szczotką z półek dębowe i brzozowe liście. Wymiata z rogów długie wiązki piołunu, który uwolnił już swój aromat. Kładą go na półkach podczas dni kąpielowych ludzie, którzy wierzą w uzdrowicielską moc zapachów. Nie wiadomo, czy taka moc istnieje. Jednak w łaźni parowej, wypełnionej gorącą jak gwiazdy parą, zapach stepowego piołunu pomaga duszy złapać oddech.

Zawór jest otwarty do oporu. Biaława mgła syczy, pluje, szemrze i mlaska. Liza wie, że gdzieś tam, w głębi pod półkami, siedzi żarłoczna bestia Para. Żuje i żre zimną świeżą wodę, dostarczaną tutaj z najgłębszego wnętrza ziemi.

– Matki Ziemi – mówi łaziebny.

Dziewczyna nie ma pojęcia, dlaczego ziemia jest matką. Jej się wydaje, że raczej – ciotką. Ciotucha-poducha, stara ropucha. Kładzie się ją człowiekowi na twarz i ten umiera. Obraca się w proch i pył. Jedzą go robaki. Am, am.

W tym miejscu dobrze jest namalować kolorowymi kredkami obrazek. Mnóstwo różnobarwnych robaczków zżera stare, wstrętne i chore ciało, posiekane przez owady na tysiące nierównych kawałków. Ciało znika, zamienia się w parę. I leci, migocąc, stając się obłokiem, najprawdopodobniej Magellana. Ten obłok obserwują melancholijni nietrzeźwi astronomowie. Robią notatki i nagle zauważają, że przez niego w stronę Ziemi lecą olbrzymie dupy, i już nie ma ratunku dla nikogo. W tym miejscu należy odłożyć album i rozejrzeć się wokół.

Bestia o imieniu Para ryczy na całego. Gorąca, ciężka, parzy skórę. Wysusza wilgotne deski. Drzwi są otwarte na oścież, więc Liza nie boi się siedzieć obok ryczącej bestii.

– Już, wystarczy – mówi Sokrates, ociera z czoła pot. Cały mokry, czerwony, sparzony. – Chodź, zjemy obiad i napijemy się herbaty.

Siadają nie w klitce łaziebnego – wąskiej jak piórnik i wilgotnej – lecz w pomieszczeniu, gdzie w zwykłe dni klienci łaźni zostawiają majtki i skarpetki. Buty, kurtka moro, okulary, telefon w kieszonce zapiętej na guzik, dżinsy. Portfel. Prezerwatywy. Automat Kałasznikowa, dwa, może trzy granaty. W plecaku dwie flaszki wódki. W termosie herbata.

Rzędy szafek na ubrania pionowo wiszą na ścianie. Wygodne ławki, umywalki i lustra. Waga elektroniczna. Suszarki w uchwytach pod lustrami. Duży kwadratowy zegar nad framugą drzwi odmierza czas. W dystrybutorze lodowata woda.

Jest wczesna wiosna, więc długie prostokątne okna pod sufitem leniwie rozchylają płaskie usta. Sala powoli schnie po myciu, przenika do niej wiatr i zapach młodej jasnozielonej trawy. Jej źdźbła czule i wściekle przeszywają zbity dywan zleżałych brunatnych liści pod samymi murami budynku.

Przez otwarte na oścież podsufitowe okna do łaźni wlatują obłoki i ptaki, odgłosy bijącej dzień w dzień artylerii. Cienie nowych śmierci unoszą się do nieba, kreśląc na gęstych chmurach wilgotne modre smugi. Liza malowała je wczoraj, siedząc na kanapie zmarłej ciotki Karoliny, która, oczywiście, żadną jej ciotką nigdy nie była.

Obcą dla niej kobietę przed kilkoma miesiącami uśmierciły gigantyczne owady. Nieujarzmione, dzikie, przeklęte сaballeros. Swoimi pazurami na długich kończynach rozszarpały miękkie klimakteryczne ciało. Smutny smuteczek.

Kilka tygodni przed tym zajściem Liza przedstawiła całą scenę akwarelami na różowym miękkim papierze. Pomysł, by wręczyć obrazek ciotce podczas śniadania, pojawił się nad ranem. Odczuwając smutną, mroczną satysfakcję, dziewczyna w milczeniu położyła akwarelę na stole między cukiernicą i słoikiem mleka. I ze sztucznym uśmiechem na twarzy wyszła z kuchni. Wyprowadziła z komórki rower. Już po chwili pędziła w dół, hałasując pedałami i łańcuchem, furkocąc karuzelą szprych i wypełniając powietrze dźwiękiem dzwonka. Rodzina mieszkała na parterze, co ułatwiało odbywanie przejażdżek rowerowych po terenach okupowanych.

***

– Sokratesie! Popatrz – powiedziała Karolina trzęsącymi się wargami. – Popatrz, co namalowała ta wariatka!

– No co znowu?! – Gredis założył okulary i mrużąc oczy, przypatrywał się obrazkowi.

– Patrz! Patrz tu! – krzyczała ciotka. – Nie widzisz czy jak?! Przecież ona namalowała mnie! Mnie!

Sokrates nie mógł dostrzec zupełnie niczego oprócz wyrazistych, ale pozbawionych treści kolorowych plam i linii naniesionych akwarelami na miękką powierzchnię kartki. Farby rozpłynęły się trochę po brzegach. Ale całość wyglądała sympatycznie, choć trochę niepokojąco.

– Żarty sobie stroisz? – Gredis marszczył brwi, czując, jak ogarnia go śmiertelne znużenie, które od dobrego roku niezmiennie towarzyszyło ich rozmowom.

„Jej nieszczęsną głowę – myślał czasem – opętał ten sam koszmar, co i błogosławione miasto Z”

– Ty jesteś ślepy, przysięgam! – wrzasnęła Karolina, natychmiast brzydnąc i budząc politowanie. – Patrz tu! To jestem ja, a to potwory. I one mnie tną i sieką na kawałki!

– P-posłuchaj, widzimy tu kompozycję kolorowych, symetrycznie ułożonych plam. – Sokrates palcem wskazującym poprawił okulary na nosie. – Nie przeczę, dziewczyna ma wspaniale rozwiniętą wyobraźnię, wyczucie koloru, linii. Ale tysiąc razy ci mówiłem, że wszystkie jej rysunki są abstrakcyjne! Dlaczego, na B-boga, czepiasz się dziewczyny?

– Abstrakcyjne? – prychnęła Karolina. – Zwariowałeś?! Jak możesz tego nie widzieć! Patrz. Tutaj po obu stronach są potwory. A tutaj jestem ja. A dokładniej to, co ze mnie zostało. Tu moja głowa leży i patrzy na ciebie! Na ciebie patrzy! Na ciebie, stary idioto! I przestań się jąkać, przecież wiesz, że tego nie znoszę!

– Ponosi cię fantazja, Karolino! – powiedział Sokrates miękko, po czym wypił z gorzką przyjemnością pół filiżanki wczorajszej zimnej esencji scedzonej ze starego porcelanowego imbryka w kształcie słonia siedzącego na psie. I zapalił. – Przestań, na Boga. To wcale nie jest śmieszne...

– I mnie nie jest do śmiechu! Ani trochę! – Karolina wściekle pokręciła głową, ciężko westchnęła, jeszcze raz rzuciła okiem na rysunek, następnie zgniotła go i wrzuciła do kosza. – Mówisz zwykła dziewczyna? A zauważyłeś, że w jej życiu istnieją wyłącznie rower, ołówki i farby? A panna to już ile lat ma? Dwadzieścia, dwadzieścia pięć? – Kobieta zamilkła na chwilę i nerwowo poruszała ściągniętymi wargami. – Powiem ci szczerze, tak jak to czuję: ona jest potworem! Dlatego nie wiadomo ile ma lat. Raz ma dziesięć, a kiedy indziej osiemdziesiąt, i żółty piasek się sypie spod łóżka! Osiemdziesiąt! – powtórzyła z przerażeniem Karolina – I jeszcze te rysunki! Nie na darmo wasz chrześcijański Bóg mówił o ofierze. Myślę, że ona by się nadawała. Trzeba ją wrzucić do szybu kopalni „Dobry Szubin”[1], żeby powstrzymać bratobójstwo!

– Przestać p-pleść bzdury! – Sokrates ciężko westchnął i szarpnął głową.

Też nie lubił swojego jąkania, ale nie mógł go opanować, gdy się denerwował.

– Ale co niby przestań?! – Karolina nerwowo pstryknęła zapalniczką i zapaliła.

– Boga zostaw w spokoju! – odpowiedział na głębokim wydechu.

– I normalnej miesiączki nie miała do tej pory. Nie, no rozumiem, zaburzenia psychiczne. Rozumiem, tabletki. Ale już od wieków powinna interesować się facetami!

– I co z tego?! – Gredis uśmiechnął się niemrawo. – Dziewczyna ćwiczy wyobraźnię, rozwija się! Wszystko ma swój czas. Ja tam się cieszę, że po śmierci Anny nie zamknęła się w sobie. Rozmawia z nami, maluje. Pomaga mi w łaźni, zwróć uwagę. Dwie kondygnacje szoruje na błysk raz w tygodniu, to nie byle co! A obrazki? Co tam obrazki! Niech sobie maluje...

– One się spełniają! – zawołała Karolina, pąsowiejąc na twarzy.

– Przecież dobrze wiesz! Rok przed wypadkiem narysowała, jak samochód potrąca Annę. I potem dokładnie tak się stało!

– Bzdury! – Sokrates z oburzeniem pokręcił głową. – Oglądałem tamten szkic ołówkiem i nic podobnego nie zauważyłem! Dałabyś sobie spokój. Ostatnio nachodzą cię jakieś bałamutne idee. Straszne rzeczy wygadujesz...

– Wiedźmę sobie wzięła Anka z sierocińca! – przerwała mu Karolina, łapczywie się zaciągając. – Nic lepszego w tej Moskwie przez tyle lat nie znalazła! Kasę zarobić, męża znaleźć i rodzicom pomóc na starość? A gdzie tam! Zginęła jak idiotka, a my musimy z tym żyć! Mówiłam jej przecież, nie bierz obcego dziecka, psychicznie chorego, a w dodatku żydowskiego! Nie bierz małej Żydówy!

– Cicho, idiotko! – Sokrates zamachał rękoma. – Co ty wygadujesz?! Dziewczyna usłyszy!

Rzucił Jelizawiecie nikły uśmiech i przymknął lufcik. Ta stała obok roweru i pochyliwszy głowę, uważnie przypatrywała się oknom ich mieszkania.

– A niech! – fuknęła Karolina. – Niech wie, co o niej myślę!

Liza nie mogła słyszeć, co dokładnie ciotka mówi Sokratesowi. Ale nie dbała o to. Karolina była dla niej nikim. Po prostu obca, głupia baba, której śmierć można namalować i nie czuć przy tym nic oprócz ulgi. Wkrótce opuści tę powieść i nikt tu więcej o niej nie wspomni.

***

Równo trzy dni po tej scenie do Z dotarła pomoc humanitarna z Rosji. Na placu targowym czekano na nią w radosnym przeczuciu. Dwa białe tiry – posłańcy wszystkich burz, część konwoju, który przybył do miasta – wyglądały obiecująco. Pomimo gęstych chmur było mroźnie i jasno. Na budynku administracyjnym targowiska wiatr tarmosił plakat: „Enklawa Z to wolność i chleb!”.

Karolina wraz z innymi Z-babolami była na miejscu z samego rana. Około dwudziestu minut przed wydarzeniem stawili się dziennikarze rosyjskiej telewizji Life&Haj. Potem dwoma zarekwirowanymi jeepami nadciągnęli bojówkarze w sile ośmiu osób. Kozacy dońscy, jeszcze mocno wczorajsi, przybyli autobusem. Wysypali się z niego i zaczęli ćmić na stronie, a następnie ustawiać przy tirach przyozdobione stoliki. Rozkładało się na nich cukier i kasze, żeby potem rozdawać pod okiem kamer telewizyjnych. Kolejka tworzyła się samorzutnie. Obywatele Z mieli wygląd smętny i ożywiony zarazem.

Wasilij Girkawy – człowiek poważny, niskiego wzrostu, muskularny, ale w ostatnim czasie tracący wiarę w pomyślny bieg rzeczy – reprezentował na tym festynie urząd miasta oraz ministerstwo transportu i ochrony zdrowia republiki Z. Ponuro zerkając na dziennikarzy Life&Haj, palił obok swojego porysowanego grand cherokee. Z uszu sterczały mu malinowe japońskie słuchawki, a w głowie krążył głos nieboszczki Amy Winehouse.

Wreszcie światła zostały ustawione, kamery włączone. „Kierownik imprezy” – bystrzak Misza, który z tej okazji przyjechał aż z białokamiennej Moskwy – skinął głową Girkawemu. Ten stanął na pomoście, odchrząknął i zapodał na osiem minut czterdzieści siedem sekund przygotowane wcześniej przemówienie. Opary mrozu gęstniały. Słońce powoli wstawało nad placem. Wasilij skończył, zszedł na dół i bez większej ochoty znowu zapalił. Na niskim pomoście przed tirami stanęły ładne dzieci i zaczęły recytować wierszyki:

Mieszkańcom republiki odpuszczono grzechy,

Nowe szczęście – w nowe miechy,

Cukier i kasza już od rana,

Niech nam żyje Rosja kochana!

– Ja cię sunę, co za nieboska komedia! – Girkawy się skrzywił, patrząc na przedstawiciela Life&Haj trochę z dezaprobatą, trochę z ciekawością. – Ten poemat to wasza robota, rycerze pióra?

– Jeszcze czego! – Aleksiej Marszak wzruszył ramionami. Był dziennikarzem, jak wynikało z jego identyfikatora. Splunął na niedopałek; ten zasyczał i zgasł. – My z Miszą Gariewem fuszerki nie odstawiamy. Jesteśmy postmodernistami... Zaśmiał się zadowolony z siebie. – Hunwejbinami, co robią w reklamie. I dlatego, żebyś wiedział, specjalizujemy się wyłącznie w projektach społecznych na dużą skalę... – Zamilkł, z lekkim uśmiechem studiując barani wzrok Girkawego. – Jestem pewien, że to wasz nowy Związek Pisarzy klepie... Zresztą niesamowitych gości macie tam teraz.

– Poważnie? – Wasilij nie zupełnie nadążał za wywodem Marszaka, więc chwycił się zrozumiałej końcówki.

– A jakże! – odparł Aleksiej. – Wczoraj przypadkowo wpadłem na spotkanie poetyckie na bulwarze imienia poety Puszkina...

– No i co?

– No co! Po dwudziestu minutach normalnie ocipiałem, mówię ci.

– Kiepsko piszą? Bez czucia? – zesrożał Girkawy.

– Skądże znowu, z czuciem. – Marszak wzruszył ramionami. – Tylko strach ich słuchać. Nawet my sobie na takie brednie nie pozwalamy...

– No jasne. – Wasilij się sarkastycznie skrzywił i popatrzył na zegarek. – Przecież wy obiektywnie walicie z grubej rury. Taką macie robotę, raz, dwa i pozamiatane. A do naszego związku, zauważ, przyłączyli się młodzi pisarze naszej młodej republiki. Duchowy mięsień Z, pełni patosu, wyrażają, że tak powiem, wolę ludu.

– Właśnie. – Aleksiej pokręcił głową. – W tym cały pic, że wyrażają. To nawet mnie skołowało – dodał z niedowierzaniem. – A ja, wyobraź sobie, już nawet zapomniałem, co to wyrzuty sumienia.

– Dziwny jakiś z ciebie koleś! – powiedział Girkawy z dezaprobatą. – A wy, chłopaki, na pewno jesteście z Life&Haj?

– Jak nie, jak tak! – Marszak kiwnął głową, chciał coś jeszcze dodać, ale w tej chwili ogromne stare kolumny wystawione z busa na zewnątrz głośno i ochryple ryknęły dla podkręcenia atmosfery.

Najpierw „Wstawaj, strana ogromnaja”[2] i „Rascwietali jabłoni i gruszi”[3]. A gdy się rozdawanie rozpoczęło na dobre, Fale Amuru[4], Smuglanka[5], Ciemna noc[6] i Dzień zwycięstwa[7]. Powiało wojnami światowymi, rosyjskimi rewolucjami i Gułagiem.

Skacowany i przez to wyjątkowo wrażliwy Kola Weresajew, masażysta z łaźni, w której pracował Sokrates Iwanowicz, nie wytrzymał tej muzyki, zapłakał.

Stanął w kolejce po pomoc humanitarną z samego rana, ale po dziesięciu minutach katowania piosenką żołnierską i rewolucyjną machnął ręką, kupił w sklepiku naprzeciwko flaszkę czystej i powlókł się do domu na drugą stronę ulicy leczyć kaca. Prawdę mówiąc, aż tak bardzo tej pomocy nie potrzebował, czort z nią. Dzięki pracy w łaźni bieda mu nie doskwierała. Przyszedł tu tylko po to, żeby z kimś porozmawiać, pobyć, jak to się mówi, wśród ludzi. Do jego barłogu od wieków nikt nie zaglądał. A akurat wczoraj Sokrates dał wypłatę. Weresajew natychmiast skonsumował siedem po sto ulubionej substancji i dwa litry piwa. I naturalnie w ten przenikliwy niedzielny poranek dopadł go spleen. Suszyło go, serce biło nerwowo i płochliwie... A tu jeszcze ta muzyka, jak na złość...

Ludzie oblegli stoisko dystrybucji. Pomoc przywieziona pierwszym autem rozeszła się w sekundę. Kilkoro staruszków, wynędzniałych bez emerytur, płakało, drżącymi rękoma wkładając do toreb kasze. Dziękowali Rosji i osobiście jej Wspaniałemu Gospodarzowi. Operator kręcił wszystko jak leci. Aleksiej do krótkiego emocjonalnego wywiadu bez wahania wybrał z tłumu Karolinę, która najgłośniej krzyczała „Niech żyje Rosja!”, i załatwił sprawę szybko i fachowo. Spojrzał na zegarek, trącił łokieć Gariewa, skinął swoim ludziom. Grupa zdjęciowa migiem, po żołniersku załadowała się do nissana micry, który ruszył z kopyta i chwilę potem zniknął za rogiem starej szkoły.

W tym samym momencie bojówkarze otworzyli drugi samochód. I wtedy się zaczęło. Ledwie rozchyliły się drzwi pojazdu, ze środka wyskoczyły cztery stonki[8], każda dwa i pół razy większa od psa Baskerville’ów. Wystawiwszy do przodu muskularne śródtułowia, wymachując kindżałami bocznych obusiecznych nóg niczym szablami, owady mniej niż w pięć minut posiekały z piętnastu Bogu ducha winnych obywateli Z. Krew wymieszała się z jaglanką, kaszą gryczaną, ryżem i solą kamienną. Wasia Girkawy, wicemer miasta Z oraz minister transportu i ochrony zdrowia w jednej osobie, leżał pod jeepem, modlił się i myślał o tym, że po reporterach Life&Haj w chwili pojawienia się stonki wszelki ślad zaginął. Chłopaki, jak się zdaje, domyślały się, co przywiózł na przemarznięte targowisko biały moskiewski łabędź – humanitarno-prawosławny kamaz.

„Jeśli przeżyję, to ja już z tym Marszakiem pogadam!” – obiecał sobie Girkawy.

Tymczasem bojówkarze zaciekle i celnie strzelali do krwiożerczych bestii. Te po zmieleniu z rozpędu dwóch tuzinów skacowanych Kozaków dońskich i rozrzuceniu ich zwłok po placu targowym nagle się uspokoiły, zwolniły tempo, nieśpiesznie rozłożyły skrzydła i synchronicznie uniosły się do góry. Kto widział, jak operują amerykańskie szturmowce Harrier pionowego startu i lądowania, z pewnością doceniłby w tych niecodziennych przybyszach podobne piękno i grację.

Ludzie, zszokowani zajściem, stracili poczucie rzeczywistości. Ktoś krzyczał, ktoś płakał, jeszcze inny ktoś modlił się na kolanach. Ktoś wił się w agonii. Karabiny terkotały niczym cykady na Cykladach. Insekty wisiały nad targowiskiem jakieś dwadzieścia-trzydzieści sekund, jakby się zastanawiając, dokąd się udać w ten mroźny poranek. Potem przechyliły się synchronicznie i skierowały na południowy wschód, mieniąc się zastygłym sennym bursztynem w promieniach chłodnego styczniowego słońca. I wtedy, właśnie wtedy, niczym zwiastun spełnionej harmonii, nad zbroczoną jezdnią pojawiła się mglista figurka świętej pamięci Amy Winehouse. Cała na czarno szła boso po śniegu i śpiewała Back to Black.

Karolina Gredis, martwa jak samowar, patrzyła na nią swoją odciętą głową i myślała o tym, jak wiele ją w życiu ominęło. Ocalali mieszkańcy Z rozpierzchli się na wszystkie strony. Ci zaś, którzy zostali wprawdzie zabici, ale cudem zachowali nogi i głowy, z trudem wstawali, ściskali się i cieszyli z końca wojny, przyklejali uśmiechy na zakrwawione, zdeformowane twarze, wirowali w czarno-białym tańcu. Z nieba padały na nich snopy żółtego i niebieskiego światła

„Tańce patriotów – pomyślał Wasia Girkawy – ale co tu do licha robi Amy?”

Po czym stracił przytomność.

Weresajew przez jakiś czas obserwował to przedstawienie z drugiej strony alei, przypadkiem zająwszy idealne miejsce na widowni. Ale w pewnej chwili poczuł, że pod wpływem zgrozy i kaca może zemdleć. Przeżegnał się drżącą, spoconą dłonią, zaczerpnął z klombu garść pokrytego lodowym kożuchem śniegu i obdzierając usta do krwi, zaczął go gryźć i łapczywie połykać. Złapał więcej i zadrapując skórę, obtarł twarz i szyję. Zobaczywszy tańczących nieboszczyków, wychrypiał: „Panie, zmiłuj się nade mną!”. Po czym truchtem ruszył w stronę domu Gredisa, czując, jak rozpaczliwa trwoga ściska jego serce.

***

Tak w ogóle to Sokrates Gredis był profesorem doktorem habilitowanym, który do końca kwietnia zeszłego roku wykładał filozofię na uniwersytecie. Jednak jak tylko zaczęło się robić gorąco, wziął urlop i przebywał na nim aż do chwili, gdy do miasta wkroczyły kolumny uzbrojonych po zęby bojówkarzy. Większość z nich widziała Z po raz pierwszy w życiu. Twierdzili, że są obrońcami miasta, chociaż wszystko wokół niezbicie świadczyło o okupacji. I de facto niczym innym nie było.

Gredis przyjrzał się uważnie atmosferze panującej na wiecach pod budynkiem administracji obwodowej, poobserwował poczynania miejscowych władz i milicji i po upływie kilu dni złożył wymówienie. Pracować jako filozof pod rządami bandytów nie mógł i nie chciał. Ukrainę kochał, choć z pewną rezerwą. Zaś „ruskiego mira”[9], jak każdy inteligentny człowiek, a do tego syn osoby represjonowanej, poważnie się obawiał. Ponadto coś mu mówiło, że pensja filozofom w Z nie będzie już wypłacana z taką regularnością, jak wcześniej. A i w poważaniu będzie tu odtąd filozofia dość szczególnego typu.

Zresztą, Gredis zupełnie nie miałby gdzie się podziać, gdyby opuścił Z. Pieniędzy potrzebnych na przeprowadzkę nigdy nie uzbierał. Pewne oszczędności, ma się rozumieć, były. Jednak pod jego opieką pozostawała Liza, przedziwna, chorobliwa istota, spadek po zmarłej siostrze Annie.

Mniej więcej dziesięć lat przed śmiercią ta adoptowała dorosłą już wówczas dziewczynę z ośrodka dla dzieci specjalnej troski. A gdy po dwudziestu latach spędzonych w Moskwie postanowiła wrócić do ojczystego Z, zginęła. Dziwna, niedorzeczna historia. Samochód potrącił ją w Moskwie naprzeciwko byłego hotelu Inturist, gdy była w drodze na lotnisko. Zamienił w miazgę niewielką okrągłą głowę pokrytą rzadkimi blond włosami. Tego samego dnia do Sokratesa zadzwonił niejaki Marszak i przekazał tragiczną wieść. Gredis złapał się za pierś.

– Lecę pierwszym samolotem! – Serce krwawiło tak, jakby tam naprawdę była otwarta rana.

– Niech się pan nigdzie nie wybiera!

– Jak to? – zdziwił się Gredis.

– Nadarzyła się okazja i ciało już zostało wysłane do Z! – Aleksiej właśnie tak powiedział: „nadarzyła się okazja” i Sokratesowi z jakiegoś powodu włosy zjeżyły się na głowie. – W zamkniętej trumnie, ponieważ obrażenia są poważne, pan rozumie. A dziewczynę, waszą wnuczkę, Lizę – kontynuował Marszak – wysłaliśmy samolotem. Proszę czekać pod wieczór. Lot taki a taki, godzina lądowania według czasu moskiewskiego. To samodzielna panna, doleci. A pan ją tam odbierze. Zresztą sama powinna pamiętać drogę w razie czego. Przecież dość często odwiedzali was latem, prawda?

Gredis miał sporo pytań, ale łączność się urwała. Co więc miał począć? Wyszykował się i pojechał czekać na lot z Moskwy. Lotnisko jeszcze działało, chociaż wysłannicy „ruskiego mira” kilka razy próbowali je przejąć. Czekając na samolot, wypił butelkę whisky. Liza poznała go i chyba się ucieszyła. Trumna dotarła osobno w nocy. Na pogrzeb Anny dziewczyna nie poszła. Płakała i malowała. Malowała i płakała...

Liza Lizą, ale jego pani domu, Karolina, pod okupacją też wyraźnie podupadła na zdrowiu. Tak więc bez dwóch zdań w mieście działy się rzeczy okropne. Nie da się ukryć! Ale tutaj Sokrates przynajmniej miał własne mieszkanie. A dach na głową to być może jedyna rzecz, której potrzebuje filozof podczas wojny.

Gredis długo zmagał się z pytaniem, gdzie i jak ma dalej żyć, ale problem niespodziewanie rozwiązał się sam. Skontaktował się z nim Ilja Korniew, były doktorant Sokratesa Iwanowicza, który w swoim czasie porzucił karierę naukowca i został dobrze prosperującym biznesmenem. Obecnie zaś zamierzał wyjechać z miasta opanowanego przez rosyjskie inferno. Jedyny zakład, przynoszący póki co wymierne zyski, dwupiętrowa łaźnia Piąty Rzym, znajdowała się na rzadko ostrzeliwanych peryferiach miasta. Ilja potrzebował administratora. Gredis był zaś filozofem i człowiekiem godnym zaufania, a ponadto mieszkał jakieś dwie przecznice od łaźni. Sprawę należało załatwić szybko, tak też zrobili. Po przekazaniu w dwa dni pełnomocnictw, pieczątek, sejfów, kontaktów i niewielkiej ilości gotówki na początek, Korniew, przypieczętowując umowę, postawił butelkę ormiańskiego koniaku. Gdy wszystko, co dotyczyło interesów, zostało omówione, Gredis ruszył do domu. Odprowadzając go, już na przystanku autobusowym, Ilja wreszcie zdecydował się powiedzieć coś, co dręczyło go przez cały wieczór.

– Wiesz co, Sokratesie Iwanowiczu – powiedział Korniew z wymuszonym uśmiechem. W biurowym kompie w folderze Moje Dokumenty znajdziesz coś bardzo ważnego. Przeczytasz sam.

– Co takiego? – Sokrates uniósł brwi. – Chyba już i bez tego wiem, co i jak?

– Jak by to powiedzieć... – Korniew się zawahał, zaczerwienił. – Krótko mówiąc, Piąty Rzym, to coś więcej niż łaźnia, wiesz. W tym sensie oczywiście zachowałem się wobec ciebie nie fair. – Zaśmiał się urywanym śmiechem i wnet przestał. – Naprawdę mi przykro, wybacz. Jednak wygląda na to, że innego wyjścia nie było.

– Nic nie rozumiem! – Sokrates się uśmiechnął. – Co masz na myśli?

– Jak by to powiedzieć... – Korniew znowu się zawahał. – To miejsce, nasza łaźnia, to bardziej świątynia, rozumiesz? Przy czym oczywiście to żadna świątynia... – Zamilkł, zastanowił się i oznajmił: – A tak w ogóle nawet jej nie kupowałem...

– Jak to: nie kupowałeś? – Gredis nie mógł pojąć, o co właściwie chodzi, niepewnie się uśmiechnął. – Mój drogi, czyżbyś się upił jedną flaszką?

– Przekazali mi ją w ten sam sposób, jak ja teraz przekazuję tobie – zaczął szybko Korniew, oblizując suche usta. – Przekazali i jeszcze kasę na remont dali. Akurat wtedy ujawniły się wszystkie jej trzy poziomy. Krótko mówiąc, ofiarowuję ci tę łaźnię, Sokratesie Iwanowiczu. Przekazuję, że tak powiem, nieodpłatnie! Od tej pory możesz się uważać za jej pełnoprawnego właściciela.

– Czekaj, czekaj, nie tak szybko! – Sokrates w osłupieniu patrzył na swojego byłego studenta. – Chyba nie mówisz tego poważnie?! Zwariowałeś?

– Jeszcze nie! – Korniew zaśmiał się wymuszonym śmiechem. – W każdym razie jest teraz twoja! Masz tu teczkę. Nie chciałem ci wcześniej pokazywać. Sam wszystko zobaczysz. Formalnie oczywiście pozostaję współzałożycielem, ale to tylko tak... – Znowu się zaśmiał. – To bardziej dla kolesi z mafii. Żeby ci się nie naprzykrzali. A tak naprawdę jesteś teraz jej jednoosobowym właścicielem! Wszystkie niezbędne dokumenty są w tej niebieskiej teczce. Dopilnowałem wszelkich formalności, żadna gnida się nie przyczepi!

– Żarty sobie stroisz? – Gredis niepewnie się uśmiechnął.

– Czy wyglądam, jakbym żartował, Sokratesie Iwanowiczu? – Korniew pokręcił głową. – Nie rozumiesz tego teraz, ale wkrótce zrozumiesz. Piąty Rzym to nie tylko serce tej prowincji. To serce, wiesz, jeszcze wielu innych... – Sięgnął do kieszeni po papierosy. – Zresztą, nie znam się na tym. Najważniejsze, że teraz ty za nie odpowiadasz. – Ilja zapalił i gwałtownie wydmuchnął dym. – Nigdy nie byłem dobrym strażnikiem tego miejsca. To nie na moją głowę, odwagi za mało. I tak naprawdę do tej roboty choć odrobinę religijności trzeba mieć w sobie. – Zaśmiał się nieco sztucznie. – U mnie znowuż w rodzinie, jak na złość, sami ateiści. A dla ateisty posiadanie tej łaźni to prawdziwa męka. – Korniew rozłożył ręce. – Nie, no robiłem, co mogłem. Tym bardziej, że za dużo mnie to nie kosztowało. Czasy były pokojowe. Ale teraz wszystko się zmieniło. Piąty Rzym zachowuje się coraz bardziej tak, jak zostało to przepowiedziane.

– Gdzie przepowiedziane? – zapytał Gredis, chociaż chciał zapytać, przez kogo.

– W teczce, w teczce, Sokratesie Iwanowiczu. – Ilja z przekonaniem kiwnął głową. – Tam znajdziesz wszystko, co trzeba.

– To jakiś kawał? – zapytał Gredis.

– Kiedyś to się zdarzało nie tak często – zaszeptał Korniew gorąco – ale teraz wszystko się zmieniło! Koszmar jakiś! Pięć wypadków w ostatnim miesiącu. Myślę, że to dopiero początek. Nie dałbym rady.

– Jakie wypadki? – Sokrates potrząsnął głową. – O czym ty w ogóle mówisz?

– Dobra. – Korniew nagle się uspokoił. – Faktycznie, trochę się zapędziłem. Sam stopniowo wszystko zrozumiesz – zaczął wyjaśniać. – Nie ma co uprzedzać faktów. A jak coś będzie niejasne, to zaglądaj do tej wiązanej niebieskiej teczuszki. Tam po poprzednim właścicielu zostało co nieco. Na początek wystarczy, a dalej sam decyduj. Życie jest pełne niespodzianek. To nie prognoza pogody. No i poza tym jest jeszcze łączność telefoniczna! – Ostrożnie klepnął profesora w ramię. – A czego nie powiesz przez telefon, napiszesz w mailu. Ale uprzedzam, że nie zdołasz opuścić łaźni przed znalezieniem następcy. Jasne?

– Mówisz poważnie?!

– Jak najbardziej! – Korniew skinął głową. – Żelazna zasada. Nieboszczyków, co prawda, nie obejmuje.

– A jednak nadal nie rozumiem. – Sokrates pokręcił głową, uśmiechając się niepewnie. – Czy to jest coś w rodzaju odpowiedzialności za interes? Przed ludźmi z mafii i tak dalej?

– Wiesz co, Sokratesie Iwanowiczu – powiedział Korniew, któremu wyczerpały się właśnie zapasy szczerości w organizmie – a może bym tak zadzwonił po taksówkę? Chwila i jesteś w domu! O pieniądze się nie martw, stawiam!

– Nie kłopocz się!

Gredis odwzajemnił się uczniowi klepnięciem po ramieniu. W tym momencie przyjechał autobus. Uścisnęli się kurczowo. Korniew wepchnął profesora do środka. Odwrócił się i szybko odszedł, nie oglądając za siebie. Sokrates Iwanowicz zastanawiał się nad dziwnymi słowami Ilji przez pierwszą połowę drogi, potem zapadł w drzemkę. Ocknąwszy się przystanek przed domem, wyskoczył w chłodny półmrok, odczuwając ni to radość, ni to pewność, że wszystko się wypełnia właśnie tak, jak powinno się wypełniać.

***

Sokrates przejął obowiązki dyrektora, sprzątacza, specjalisty od witek, wełnianych czapek i rękawic. Wziął na swoje barki odpowiedzialność za piołun i echinaceę, za Parę i jej skutki. Na stanowisku masażysty zatrudnił swojego dawnego znajomego Kolę Weresajewa. Księgową i kasjerką została kulawa, ale przemiła trzydziestoletnia dziewczynka Sława Kotusiowa. Jej kuzyn bandyta, mafijna szycha, trzykrotny minister, zapewniał im teraz odpowiednią opiekę, co znacznie zwiększało szansę na przetrwanie całego przedsiębiorstwa – łaźni, ich żywicielki.

W ten sposób na całą firmę składały się trzy osoby. Stosunki z pracownikami kotłowni nawiązały się przyjazne, ale bez poufałości. Kto wie, komu można zaufać w takich czasach? Komu się powierzy najskrytsze myśli na terenach okupowanych?

Każdy roboczy poranek w Piątym Rzymie zaczynał się od nieskładnego, ale natchnionego wykonania ukraińskiego hymnu. Dyrektor, księgowa i masażysta stawali na piętrze przed oknami zwróconymi na północny wschód i śpiewali o tym, że ukraińska siła i chwała jeszcze nie umarły, chociaż, prawdę mówiąc, w Z od tych słów łzy momentalnie cisnęły się do oczu nawet Gredisowi. Wycierał je po kryjomu i potem za każdym razem wyrzucał sobie słabość. O tym performansie profesor nie mówił nawet swej prorosyjsko nastawionej żonie.

– I po cholerę my to robimy? – pytał Nikołaj za każdym razem, gdy pracownicy łaźni kończyli śpiew, a Sława Kotusiowa, również ocierająca drobne łezki rogiem bialutkiej chusteczki, schodziła, utykając, do swojego kantorka na parterze z przeźroczystym okienkiem, metalową kasą i wielkim sejfem.

– Jest to, Kola, żebyś wiedział, akt obywatelskiego nieposłuszeństwa – odpowiadał Sokrates. – Wyobraź sobie, że ta oto nieskomplikowana ballada, gdy wykonujemy ją w naszej łaźni, staje się prawdziwą bronią. I to bronią, Kola, groźną. Jeżeli chcesz wiedzieć, wnosimy bezustanny, zgubny astralny ferment w pracę mechanizmów rosyjskiego inferno!

– No coś ty?! – mówił Weresajew z niedowierzaniem, kiedyś inżynier chemik, a obecnie specjalista od masażu ludzkich ciał.

– Mówię, jak jest! – Sokrates kiwał głową. – Przecież nie tylko odtwarzamy hymn, czyli gatunek liryki religijnej, utwór o charakterze uroczystym, nadający opiewanym sprawom odpowiednio dostojną realizację poetycką, ale stwierdzamy ten fakt, że nie utraciliśmy, Kola, ani chwały, ani wolności[10], ani honoru, ani sumienia. Rozumiesz?

– Mniej więcej. – tamten potakiwał.

– Ukraina dla nas, znajdujących się w Z, to nie państwo, biedny młody kraj, rozszarpywany na strzępy zarówno przez rosyjskich, jak i miejscowych szakali. Ukraina w ogóle nie jest żadnym terytorium! Właśnie dlatego, Kola, nigdy nie zostanie pokonana przez ordy alkoholików, hurraidiotów, buriackich czołgistów[11] i moralnych zwyrodnialców. Ukraina to w istocie nasza niebiańska ojczyzna. Prawie jak życie po śmierci! Nadążasz?

– Jakoś z trudem! – przyznał się Nikołaj.

– Jak by ci to wytłumaczyć... – Gredis siadał na ławce i zapalał papierosa, obserwując, jak porwane przeciągami strugi dymu pokornie ulatują w górę. – Czy, dajmy na to, Kola, zastanawiałeś się kiedyś nad tym, gdzie trafisz, gdy twoje włochate serce przestanie bić? A przecież ten finisz, ta chwila nie jest wcale taka odległa!

– No to po co o tym myśleć? Na wszystko wola Boża. Profesorze, coś za bardzo górnie i lotnie gadasz! – Weresajew się krzywił. – A prościej się nie da?!

– A prościej, Kola, żadnego innego Raju oprócz kraju swojego serca człowiek mieć nie może. I żadne inne Piekło też mu nie grozi. Wyobraź sobie, że własnoręcznie wznosisz pięciogwiazdkowe apartamenty na wieki wieków. Z widokiem na pępek wszechświata. Możesz jeszcze za życia zasłużyć na Ukrainę wieczną i piękną, a możesz na wiekuiste prorosyjskie Z.

– Wiekuiste Z? – rozbawił się Weresajew. – To coś jak dożywotni ecych[12] nabijany gwoździami?

– Co takiego? – Gredis zmarszczył brwi.

– No w sensie śmierć po śmierci?!

– Właśnie, coś w tym rodzaju! – Sokrates się ożywił. – Zresztą prawdziwe życie też tylko po niej. Pewnie nie będzie nam dane ujrzeć niebiańskiej Ukrainy wcześniej. Jednak wykonywana przez nas ballada niejako umacnia jej istnienie tu i teraz, wybijając tym sposobem ontologiczny stołek spod nóg naszych oponentów.

– Kontrowersyjne podejście, ale podoba mi się! – zgadzał się Nikołaj po namyśle, żeby następnego poranka zadać te same pytania.

***

Styczniowy poranek, kiedy Karolina wyruszyła na powitanie konwoju humanitarnego, przebiegał wyjątkowo spokojnie. Łaźnia była zamknięta od kilku dni z powodu braku wody. Sokrates wiedział już, że Piąty Rzym nie zależy od miejskich wodociągów. Gdyby jednak otworzyć łaźnię teraz, to zapewne by ich wszystkich, pracowników Piątego Rzymu, zakatowano na śmierć w piwnicach kontrwywiadu. Skąd, zapytaliby uprzejmi rusofile, macie wodę w rurach, kiedy wszędzie jej brak? Skąd para, jeśli kotłownia nieczynna? I co by Sokrates im na to odparł? W odpowiednich organach i bez tego mnożyły się wątpliwości pod adresem Gredisa. Dlatego nie tracąc nadziei, że wszystko się jakoś ułoży, profesor czytał na nowo Wergiliusza i popijał prawie wrzącą kawę – jedyny produkt, którego domowe zapasy nigdy się nie kończyły.

Liza, która przez całą noc wymalowywała swoje kleksy, teraz spała. Kotka Gerda, siedząc na parapecie, obserwowała wyziębiony świat za oknem. Oderwawszy się na sekundę od tekstu, żeby ją pogłaskać, profesor nagle uświadomił sobie, że oboje z kotką zgłodnieli. Szykując naprędce śniadanie, cicho nucił:

– Rośnie ziemniak, kwitnie bób, a na polu stonka wróg. Stonka sunie, lecz wnet skona przez lwowskiego agronoma.

Rozległ się dzwonek do drzwi. Otworzył. W progu, dygocząc, pojękując i cicho zawodząc, stał Weresajew. Przyciskał do piersi flaszkę wódki, ale nie mógł niczego sensownie wytłumaczyć.

– Co ci jest, Kola?

Weresajew zaszlochał i przywarł trzęsącą się głową do piersi Sokratesa. Jak gdyby cyklop postanowił wyżalić się na piersi Odyseusza. Masażysta, pomimo nie najlepszej formy, był prawie dwukrotnie większy od profesora.

– Kiepsko to wygląda! – postawił diagnozę Gredis i wciągnął Kolę do mieszkania. – Żyjesz?

– Nie wiem! Nic nie wiem!

– I po co w takich ilościach spożywać, Nikołaju Nikołajewiczu?! Przecież wkrótce nie dasz rady wykonywać obowiązków! Sił zabraknie! – Profesor pokręcił głową.

– Jestem chemikiem! – odrzekł Weresajew twardo, podając profesorowi butelkę. – A chemik musi pić!

– Dobrze! – przytaknął Gredis. – Ale tylko po setce! Pamiętaj, że w każdej chwili może nadciągnąć moja połowica. A wtedy obaj będziemy mieli przechlapane.

Posadziwszy Weresajewa na krześle, profesor postawił na stole kieliszki, otworzył butelkę i nakładając jajka sadzone na talerze, machinalnie dośpiewał: – Do słoiczka zamknie, łapki poobrywa, główkę stonce urżnie, piosenkę zaśpiewa. Oj, zapłacze żona, oj, zapłaczą dzieci, gdy przeklęta stonka do domu nie wróci.

Kola wybałuszył oczy i niespodziewanie twardym głosem powiedział:

– Jak możesz? Po tym, co się stało! Jak możesz tak żartować?!

– Jak mianowicie?! – zdziwił się profesor.

– O stonce! – powiedział Nikołaj i zapłakał. – To był koszmar, Sokratesie Iwanowiczu! Pieprzony koszmar! Wszystkich pocięły, zabiły! Owady! Mój Boże! Nigdy, ale to nigdy nie myślałem, że dożyję czegoś takiego! Apokalipsa, normalnie! Przecież one, tak naprawdę, powinny ziemniaki wcinać. Ale jak tak, jak tak można?! O, psia mać, co za koszmar! Polej, profesorze, bo kijowe rzeczy się dzieją na świecie i coś mi mówi, że nie ma przed nimi ratunku!

– Czekaj, kto kogo pociął? – Sokrates się nachmurzył, chuchnął w kieliszki, polał wódkę. – Kto miałby wcinać, jakie ziemniaki? O czym ty mówisz, mój złociutki?

– Na targu! – powiedział Kola twardo, podniósł kieliszek, wlał jego zawartość wprost do gardła i postawił znowu przy talerzu profesora. – Polewaj!

– O nie, szanowny panie! – Profesor pokręcił głową. – Zjedz jajko, a potem opowiesz, co się stało! – Pochylił głowę i uważnie spojrzał w oczy Koli. – Czy tak naprawdę nic się nie stało... – Gredis przenikliwie błysnął szkiełkami okularów. – A cały problem tkwi w syndromie abstynencji, tylko i wyłącznie w nim?

Nikołaj Nikołajewicz zrobił straszne oczy, największym wysiłkiem woli podniósł się z krzesła, podszedł do pękatego telewizorka stojącego obok mikrofalówki i go włączył. Na ekranie zamigotały fragmenty okaleczonych ludzkich ciał. Lektor tymczasem mówił:

– ...W chwili, gdy zaczęto rozdawać pomoc humanitarną, rozległy się potężne wybuchy, które spowodowały śmierć niewinnych ludzi. Dwadzieścia osób nie żyje, dwanaście zostało rannych. Takie są tragiczne skutki ostrzału artyleryjskiego przeprowadzonego przez ukraińskie siły zbrojne...

Wtedy kamera prześlizgnęła się po fragmentach tułowia i głowie leżącej na ziemi Karoliny. Gredis nic więcej nie słyszał. Chociaż martwa twarz i rozczłonkowane zwłoki jego żony widniały na ekranie przez krótką chwilę, ten zdążył bardzo dokładnie przyjrzeć się każdemu szczegółowi. Profesor miał fotograficzną pamięć i wiedział, że do końca życia nie zapomni ni tej twarzy, ni tych oczu, ni ludzkich wnętrzności na mokrym od krwi śniegu.

– Co t-to?! – Sokrates w jednej chwili sczerniał, jak gdyby wypłowiał, bezsilnie opadł na krzesło. – Karolina! P-przeczuwałem to! – Otarł z czoła gęste krople potu. – Nie chciałem jej puścić. Mówisz, że ostrzał artyleryjski? To dziwne! Dlaczego nic nie słyszałem?! I skąd, powiedz mi, miałyby strzelać ukraińskie moździerze, skoro jesteśmy w samym centrum? Przecież to tuż obok, dwa kroki! A ja nic a nic nie słyszałem! Kompletnie! No tak, oczywiście. – Przygnębiony pokręcił głową i cicho zamamrotał, zdjął okulary i zaczął przecierać szkła, nie zauważając łez cieknących z jego ślepawych oczu. – Liza jeszcze spała. Ja czytałem. W ostatnim czasie, wiesz, zupełnie nic nie widzę i nie słyszę. Ech, starość nie radość...

– Żadnych moździerzy! – zawołał Weresajew, uderzając pięścią w stół. – Jeśli chodzi o inne przypadki, nie mówię, że nie! Nasza artyleria, psia mać, nie zna litości. Zabiliby choć jednego bojówkarza, swoją drogą. Co prawda jednego przypadkiem ranili, miesiąc temu na własne oczy widziałem. Ale teraz, Sokratesie, żadnych moździerzy, nic z tych rzeczy! – Uniósł się nieznacznie z krzesła, ale natychmiast usiadł. – To wszystko ściema, psia mać! Totalna prowokacja w stylu Agencji ISZTAR-TASS[13]! Prostytutki pieprzone! Wydarzyło się zupełnie coś innego!

– Co w takim razie, Kola, twoim zdaniem, się wydarzyło?! – Gredis ponuro zmarszczył czoło i w kącikach jego oczu znowu pojawiły się łzy. – Co się tam właściwie stało?

– Stonka! – Masażysta znowu uderzył pięścią w stół. – Stonka, psia mać!

– J-jaka stonka?! – Profesor skrzywił się z rozdrażnieniem. – Kola, jaka znowu stonka?

– Ziemniaczana! Żuk Kolorado! – Weresajew wstał z krzesła i z rozłożonymi rękoma zaczął krążyć po pokoju na lekko ugiętych nogach. – Cztery cholerne bestie! Wydostały się z białego kamaza jak czarno-żółta śmierć. Skrzydła: o takie! Nogi: o takie! Wyobraź se, każda poczwara wielkości cielęcia, tylko z tą róźnicą, że cielęta nie latają i ludzi na drobne kawałki nie rżną! Pomyśl tylko, boczne nogi jak te szable: krzywe i ostre. Jak nie wpadną na plac, jak nie zaczną krążyć i młócić! Mój Boże, Sokratesie Iwanowiczu! Mój Boże! – Kola chwycił się rękoma za głowę. – Stonka, psia mać! Stonka! Normalnie żywi ludzie byli, a po chwili już sam tylko farsz. I bez tego, jak wiesz, źle sypiam. W parku przy domu słowianofile, sukinsyny, strzelają po nocach! A teraz jeszcze to... Mój Boże, Sokratesie Iwanowiczu, mój Boże!

– Jesteś niezdrów, Kola! – powiedział Gredis zdecydowanie i zaczął wkładać sweter i kozaki. – Wygląda na to, że masz białą gorączkę, co jest smutne, ale niezbyt interesujące... – Profesor otarł łzy, z zaskoczeniem oglądając wilgoć na swoich palcach, pomasował skronie. – Dobrze, zostań tu na razie. Możesz się położyć. A ja n-naprawdę muszę iść. Karolina przyjęła swoją śmierć. Przecież trzeba coś zrobić?! – Zagubiony przystanął na środku kuchni z szalikiem w ręku. – Żeby jeszcze ktoś powiedział, co dokładnie? Gdzie mam jej teraz szukać? Chyba nie na targu? Tak się przecież nie da?! Nie mogę pójść i pozbierać do worka tego, co zostało po mojej miłości?! Przecież tam są kawałki zwłok pomieszane z ryżem. R-risotto jakieś, Boże wybacz!

– Na sto kawałków pocięły kobietę przeklęte owady! – potwierdził Nikołaj. – Idź oczywiście! Ale, myślę, że zwłoki, a raczej to, co z nich zostało, zabrali już do kostnicy. Weź dokumenty na wszelki wypadek. I jej, i swoje. Przyjdziesz, powiesz, że niby tak i tak, ładunek dwieście[14] chcę zabrać. I nie denerwuj się tam! Mnie już jest lepiej, tylko zrobię sobie herbaty i przy telewizorze siądę!

Kola dopił resztę wódki prosto z gwinta i z żalem postawił pustą butelkę przy nodze stołu...

Kropił zimowy deszcz ze śniegiem, gdy chowano Karolinę w zamkniętej, świeżo zrobionej lipowej trumnie, która kosztowała nieprzyzwoicie dużo pieniędzy. Poza nimi dwoma i Lizą przy grobie kręciła się czwórka trzeźwych, złych, zmęczonych kopidołów i podpity bezdomny, cierpliwie czekający opodal, aż profesor zostawi przy mogile przedwcześnie zmarłej żony zawczasu przygotowaną garść landrynek i ćwiartkę podłej wódki.

– Wojna, psia mać, najprawdziwsza wojna! – mówił Kola, otulając się w płaszcz.

– Wojna, Kola, co zrobisz – zgadzał się Sokrates – tylko dziwna jakaś.

– A to się zgadza! – Kola pokiwał głową. – Wczoraj na własne oczy widziałem, jak z południa sunęła ukropska[15] mgławica. Dokładnie tak, jak bojówkarze w knajpie opowiadali. Nagle na horyzoncie coś zielonego się pojawia i od razu cała okolica ląduje głęboko w de! De jest zielone, dzwoni i pachnie koperkiem. Pod jego wpływem żołnierz fiksuje do niepoczytalności. Dziwne, że to zjawisko pojawia się także na terenach kontrolowanych przez wojska rządowe. Czasami to tylko jakby ciągnie nad Z i idzie skrajem... Coś tu nie gra, nie? – Nikołaj z trwogą spojrzał w twarz Sokratesa. – Jak uważasz? Jeszcze słyszałem, że tutaj niedaleko jest niewielka opuszczona wioska akuratnie między Z i Łutuninem. Za Sowietów tam wzorcowe gospodarstwo hodowlane było. I wiesz co? – Nikołaj prychnął i pociągnął nosem. – Teraz w nim te insekty osiadły. Gniazdo tam mają. Łapią bojówkarzy po nocach i rozdzierają na kawałki. Kijowskie media piszą, że niby partyzanci. Jacy, do cholery, partyzanci?! – Nerwowo się zaśmiał. – Jak człowiek takiego partyzanta zobaczy, to po śmierci się jąkać będzie! – Pokręcił głową. – I co ciekawe, gdy bojówkarze przyjechali transporterem, żeby, jak to się mówi, zniszczyć gniazdo zarazy, jeden z tych żuków wskoczył im na pancerz i zaczął go szarpać jak pies sztukę mięsa. Zostały, ja pierdykam, same koła po transporterze opancerzonym. Wyobrażasz sobie coś takiego?

– Co ty wygadujesz, Kola?! – skrzywił się Sokrates.

– Sam jestem w szoku, Sokratesie Iwanowiczu! – Nikołaj zaczął machać rękoma. – Przecież one powinny polować na przedstawicieli drugiej z walczących stron. No jeśli się logicznie pomyśli, nie? A te, rozumiesz, bojówkarzy tną. I bądź tu mądry! Na drugą stronę przeszły żuki św. Jerzego czy jak? Czuje, kurna, Żuczek Mruczek, po czyjej stronie jest prawda! Widać nie z pomocą humanitarną wysłał go tutaj święty męczennik!

– Oddam cię na przymusowy odwyk! – obiecał ponuro profesor. – Rzuciłbyś picie, Weresajew! I nikomu nie rozpowiadaj, błagam, że na bazarze szalały owady, które przywędrowały z Rostowa białym kamazem. Zamkną cię przecież w wariatkowie i nawet wojna ci nie pomoże. A mogą też pod murem ustawić. Hipokratesi z nich, że ho, ho. Zrozum, w łaźni bez ciebie nie dam sobie rady. I zdrowie już nie to, i klientów, sam wiesz, jakich teraz mamy. Druga para rąk do pracy nigdy nie zawadzi.

– Powtarzam jeszcze raz. – Nikołaj z miną znawcy tematu splunął na bok. – W zajściu brały udział owady wielkości cielęcia. Poszatkowały mieszkańców niczym kapustę, uniosły się w powietrzu, trochę powisiały i poleciały nie wiadomo gdzie. Choć teraz, w sumie, wiadomo. A jak mi nie wierzysz, profesorze, możemy pojechać zobaczyć. Mój opel jest jeszcze na chodzie...

– On mówi prawdę – wtrąciła się Liza, patrząc z ukosa na profesora. – Żuki istnieją. Malowałam je, widziałeś sam!

– Malowałaś, fakt. – Sokrates skinął głową. – Lepiej byś, dziecko, Eden namalowała.

***

Wojna podeszła pod bramy Z, a wraz z nią zmieniło się życie miasta. Ostrzały niszczą obrzeża, giną cywile. Zimny strach, proszę ja was, człowieka ogarnia! Tak niby historia się powtarza, zatacza krąg. Spotkały się i zrymowały początek minionego stulecia i początek obecnego. Kręci się karuzela dziejów, mili współobywatele! Rozbrzmiewa melodia walca, skaczą gotowe się uśmiać konie, zebry, słonie, krokodyle. Operetka! Europejskie święta wojskowe! W Kijowie siedzą zdrajcy i złodzieje, w Moskwie – dyzmowaci idioci, szaleńcy i zbrodniarze wojenni. Im dalej, tym mniej chleba i nadziei. W niedzielę echo mknie w tę i we w tę po pustych ulicach miasta Z. Wiatr i słońce! Przejmująca pustka. I tylko pracownicy komunalni, niczym inspicjenci sceny, niezmordowanie łatają miasto – tę wciąż niszczoną dekorację do spektaklu, którego nie sposób zatrzymać.

Poszukiwania jedzenia i picia, brak pracy i poczucia bezpieczeństwa. Bojówki na ulicach miasta, rosyjskie media w głowach. Nie ma z kim porozmawiać. Z nikim zresztą lepiej nie rozmawiać. Dobrze jest radzić sobie na wojnie w pojedynkę. Ale w sprawdzonym towarzystwie jednak lepiej. Przynajmniej wiesz, że nie wydadzą cię za proukraińskie sympatie. Nie wyklną. Nie będą patrzeć wilkiem. Razem będziecie wróżyć z odgłosów porannych i wieczornych ostrzałów.

Niemiłosierne inferno urabia miasto na swoją modłę. I nie widać temu końca. Ale nie ma nic podlejszego niż przypadkowa śmierć. Zwłaszcza jeśli nawet nie myślałeś o tym, żeby walczyć, a po prostu, powiedzmy, postanowiłeś pójść do sklepu po chleb. A tu bęc – przyleciało do ciebie Bóg wie co i skąd, rozwalając część twojego i część sąsiedzkiego mieszkania. Siedzisz więc sobie na łóżku i patrzysz przez brakującą ścianę na zimową mżawkę ze śniegiem, i myślisz, że przynajmniej zostały ci w torbie chleb i flaszka wódki. Sąsiad miał gorzej. Znajdował się w mieszkaniu, kiedy ten upominek przywiało wiatrem. I już nie zobaczy kolejnego świtu, ogolił się dziś po raz ostatni. Zimno jak diabli, a ty siedzisz i zastanawiasz się, jak będzie wyglądało życie w tym mieście po wojnie. Jesteś święcie przekonany, że to „po wojnie” kiedyś musi nastąpić.

Siąpienie ze śniegiem – taki deseń ma ten luty. Palisz, melancholijnie obserwując pogodę, i myślisz: no jak to tak? dlaczego to cholerstwo przyleciało akurat do twojego domu? Zdajesz sobie sprawę, że dowódca obsługi wyrzutni artyleryjskiej, miły chłopak spod Czernihowa, osobiście do ciebie i twojego nieboszczyka sąsiada nic nie miał. Nie jesteście bojówkarzami. Sąsiad, ten przynajmniej w ochronie supermarketu pracował, a ty jesteś zwykłym ukraińskim masażystą i chemikiem, zatwardziałym prozaikiem. Chłopak, który skierował tutaj pocisk i przekreślił twoje stare życie, nie chciał was zabić. Ale od tej myśli jakoś nie jest ci o wiele lżej. Lżej, ale nie o wiele. A co dopiero sąsiadowi. Jemu po śmierci z pewnością ulżyło, ale czy był temu rad?

No i tak to widzisz jest. Krótko mówiąc, Weresajew zmarzł jak pies, podziwiając przez wyłom w ścianie pejzaż wojenny utrzymany w czarnych tonach. Opróżnił flaszkę z gwinta, zagryzł połową bochenka i przyszedł do Gredisa z manelami, które zmieściły się w walizce. Aż do samej nocy zwozili do mieszkania profesora rzeczy, które dało się wydobyć spod zawałów. A jak już wszystko pozwozili, to mogli nareszcie usiąść do stołu.

Płonęły świece, pachniało razowym chlebem, słoniną, smażoną cebulką. Mieszkanie profesora tonęło w lutowym gorzkawym dymie. Jelizawieta kręciła w ręku kieliszek wina, patrzyła w noc, przysłuchiwała się rozmowie. Dom kołysał się od wybuchów na wzburzonych falach wojny, Kotusiowa nakładała na talerze gorący ryż pachnący rodzynkami i kurczakiem.

– No idźcie – mówił pijany i zły Weresajew. – Spytajcie, jakie standardy obowiązują na świecie! Idźcie i spytajcie! Ludność cywilna powinna ginąć z winy obu walczących stron. Mówię wam, to jest warunek konieczny współczesnych działań wojennych. Inaczej być nie może. – Nikołaj omiatał smutnym spojrzeniem swoich rozmówców. – Sądzone mi jest umrzeć z ręki ukraińskich artylerzystów? No cóż, powiem ja na to, taki mój los! Szary ze mnie człowiek. Przeżyłem swoje życie niemądrze. A zginę pewnie też głupio. Ci chłopcy, których przyjście co dnia przyśpieszamy hymnami pochwalnymi, ukatrupią mnie, nawet nie podejrzewając, że był sobie na świecie taki jeden proukraińsko nastawiony chemik ludzkich dusz, co to lubił sobie golnąć, do piersi się ciepłej przytulić, a i przed czytaniem psalmów w łaźni się nie wzbraniał...

– Może byś, Kola, psalmami tak bardzo się nie chwalił – mruknął profesor, mimowolnie rozglądając się wokół.

– Jesteśmy u siebie w kuchni czy jak? – Kola uniósł brwi. – Tylko ty, tylko ja. A Sławka i Liza to są nasze dziewczyny, i tak o wszystkim wiedzą!

– Bardzo bym cię jednak prosił, Nikołaju! – powiedział Gredis surowo.

– Dobra. – Weresajew westchnął ustępliwie. – W porządku, dyrektorze. Ty mi lepiej co innego powiedz. Wytłumacz mi taką rzecz. Dlaczego w tym wszystkim, no wiesz, nasz prezydent nie wyjdzie na trybunę, nie złoży dłoni wokół swoich nadętych ust i nie zawoła na cały świat: jak się macie, moi drodzy? Jak się wam powodzi w tym waszym cholernym Z? Jak się masz, Nikołaju Nikołajewiczu Weresajewie? Jak się masz, Sokratesie Iwanowiczu Gredisie? Sławo, Lizo, co słychać, dziewczyny?! Że niby, trzymajcie się, nie dajcie się, jesteśmy z wami! – Otarłszy gorzką łzę, Kola nalał sobie i wypił. – Dzieci, kobiety, starcy i staruszki, trzymajcie się! Wy, faceci po czterdziestce, co nie macie dokąd wywieźć za dużych, niezaradnych rodzin, też nie upadajcie na duchu! I wy, ludzie handlu, którzy macie w Z biznes, domy, działki i długi, też nie wpadajcie w rozpacz. Pamiętamy o was! – Nikołaj ściągnął brwi i popatrzył Sokratesowi w oczy. – Co by mu, powiedz, szkodziło, gdyby powiedział to prosto ze srebrnego ekranu swoimi srebrnymi ustami? – Kola chwilę milczał, próbując zebrać myśl. – Nie, nie jestem dzieckiem! Żadne słowa nie wskrzeszą niewinnych ofiar. Nie odbudują zrujnowanych miast i ulic. Zniszczonego życia nie naprawią. Ale za to byśmy wszyscy, co tutaj mieszkamy, wiedzieli, że Ukraina nas nie zostawiła! Że walczy nie o terytoria, ale o ludzkie serca! Powiedz mi więc, profesorze, dlaczego jedyny gwarant konstytucji na ziemiach okupowanych nie mógłby tego zrobić?

– Nie wiem dlaczego – odpowiedział Sokrates ponuro.

– A może się nie orientuje, że tutaj też Ukraińcy mieszkają? Czekoladę[16], a jakże, lubią. Do pierogów wódkę piją. Piosenki śpiewają o tym, że ryczy i jęczy, czy to Dniepr szeroki[17], czy to czyjeś chore sumienie? Może się po prostu nie orientuje?

– Może i nie orientuje! – Profesor wzruszył ramionami. – Po co o tym mówić? Odpowiedzi na twoje pytania, Kola, i tak nie ma...

– A właśnie. – Weresajew nieoczekiwanie się uśmiechnął. – Panie i panowie, czy wiecie, że zacząłem pisać opowiadania o wojnie w mieście Z? Po wojnie z pewnością opublikuję!

– Ty i opowiadania?! – zdumiał się Gredis.

– Kto jak nie ja? – Nikołaj wzruszył ramionami.

– Może masz rację, że nikt więcej. – Profesor uśmiechnął się pod nosem.

– A więc – kontynuował Weresajew