Na skrzydłach jak Nick Vujicic - Małgorzata Stegenka - ebook + książka

Na skrzydłach jak Nick Vujicic ebook

Małgorzata Stegenka

5,0
25,00 zł

lub
Opis

Na skrzydłach jak Nick Vujicic” to opowieść o człowieku niezwykłym. Chociaż urodził się bez rąk i nóg, odnalazł w sobie siłę, której zazdroszczą mu zdrowi ludzie. Uprawia sporty, prowadzi dwie firmy, występuje w filmach i teledyskach, pisze książki i ze swoim przesłaniem motywacyjnym − pełnym nadziei, radości i humoru − podróżuje po świecie. Ludzie wypełniają stadiony, aby posłuchać tego mówcy motywacyjnego i pastora. Mimo sławy Vujicic pozostaje człowiekiem bardzo skromnym. W swojej hierarchii wartości stawia życie rodzinne ponad karierę zawodową i nie mierzy sukcesu w kategoriach materialnych.
Ta biografia składa się z trzech części. Pierwsza opisuje drogę życiową mówcy bez kończyn, druga analizuje jego charakter, ostatnia zaś przybliża jego przesłanie do różnych grup społecznych i wiekowych. W książce można znaleźć wiele niepublikowanych nigdzie informacji o Nicku Vujcicu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 293

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Małgorzata

Stegenka

NA SKRZYDŁACH JAK

NICK VUJICIC

Strona redakcyjna

Projekt okładki

Meri Karapetyan

Zdjęcie na okładce

Dave Kotlinsky/FilmMagic/Getty Images, Ipolani Kahele, Danuta Kaluga

Redakcja

Agnieszka Pawlikowska, Anna Mazur

Korekta

Agnieszka Pawlikowska, Katarzyna Pawlik

Uporządkowanie bibliografii

Joanna Pilsyk

Skład i łamanie

Sławomir Drachal

© Copyright by Małgorzata Stegenka

2015

ISBN 978-83-942071-2-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

Napisałeś książkę i chcesz ją wydać? Zapraszamy do serwisu Rozpisani.pl. Znajdziesz tu szeroki zakres usług wydawniczych, dzięki którym Twoja książka trafi do księgarń. Pomożemy Ci dotrzeć do czytelników na całym świecie!

Kontakt

www.rozpisani.plinfo@rozpisani.pl

Publikacja elektroniczna

Tomasz Fiałkowski

(...) ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły: biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą. (Iz 40,31)

Portret Nicka wykonany przez artystę bez dłoni, Mariusza Kędzierskiego

Od autorki

W świecie pełnym iluzji i chaosu, bombardowani tysiącem propozycji w stylu „pomóż sam sobie”, „myśl pozytywnie”, czy „bądź piękny”, poszukujemy recepty na szczęście.

Nie dowierzamy nauczycielom sukcesu, którzy nie potrafią odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania — te o sens cierpienia, życia i umierania, lub teoretykom, którzy nie żyją według nauczanych zasad — ich wskazania, choćby i najmądrzejsze, są puste, ponieważ nie znajdują odzwierciedlenia w życiu. Za to chętnie słuchamy praktyków — oni sami przeżyli to, co głoszą. Wzmocnieni trudnymi doświadczeniami, zyskali wewnętrzną radość i spokój. Drzemie w nich nieprawdopodobna siła, która nie pozwala im się poddawać nawet w najtrudniejszych okolicznościach. Ta siła najbardziej nas fascynuje. Pytamy o jej źródło, bowiem pragniemy jej dla siebie.

W tej książce opowiem o wyjątkowym człowieku. Jego nazwisko mówi wielu osobom bardzo dużo, innym, którzy jeszcze o nim nie słyszeli, zupełnie nic. Nick Vujicic, chociaż urodził się bez rąk i nóg, frunie niczym na skrzydłach. Wyjątkowo pokorny, pełen wdzięku i humoru, z niebywałą determinacją pokonuje przeszkody, zdawałoby się nie do pokonania, i inspiruje miliony ludzi na całym świecie, zdrowych i chorych, bogatych i biednych, młodych i dojrzałych — by w swoim życiu postępowali podobnie.

Podziękowania

Książka ta nie powstałaby gdyby nie pewne wyjątkowo ważne dla mnie osoby:

Mąż Bogusław

Moje dzieci: Ala, Kinga, Zosia, Karol

Mój tata Bogusław

Moi przyjaciele: Ela Siemieniuk (która namówiła mnie do pisania), ojciec pustelnik, Agnieszka i Maciek Białeccy, Dana Kaluga, Marcin Godwod, Justyna Stasieńko, Ania i Mirek Kapitan, Ania Borowska, Kasia Bednarska.

Moi współpracownicy: dyrektor Artur Krasowski, inni nauczyciele (zwłaszcza Anna Uggla, Małgorzata Szymczak oraz Monika Kozicka) i pracownicy szkoły

Agnieszka Kozioł i Michasia Szostakiewicz (pierwsze recenzentki)

Piotr Kwiatkowski i Marek Krasoń

Agnieszka Pawlikowska i Katarzyna Pawlik

Joanna Pilsyk

Mariusz Kędzierski

Bartosz Frankow (sponsor okładki)

Darek Baranowski autor strony internetowej

Angela Greniuk z Niepełnosprawni.pl

Anna Grabka

Łukasz Milewski

Kaitee Lusk

pastor Ben Prangnell

Michael Jozis

ksiądz Jacek Siepsiak

Magdalena Łukasiuk

Ipolani Kahele

Sławomir Drachal

Witosław Rusinek, autor zdjęć, firma Shootit

Zespół Rozpisani.pl

Wszystkim im serdecznie dziękuję za okazane mi wsparcie.

Dziękuję także wszystkim innym, niewymienionym z nazwiska, zwłaszcza moim znajomym, uczniom, rodzicom uczniów oraz dziesięciu mniej lub bardziej zainteresowanym wydawnictwom, z którymi prowadziłam rozmowy przez dwa lata za towarzyszenie mi w tej przygodzie.

Niełatwe początki

Pierwsze miesiące z kalekim dzieckiem były wyjątkowo trudne dla państwa Vujiciców. Na szczęście udało im się pokonać depresję i obdarzyć syna miłością. Mały Nickie nie miał świadomości, że różni się od innych. Był szczęśliwy i niczego mu nie brakowało.

Noworodek bez rąk i nóg

Czwartego grudnia 1982 roku w szpitalu miejskim w Melbourne, w Australii, przyszedł na świat Nicholas James Vujicic — chłopiec niepodobny do innych noworodków.

Dorosły Vujicic zna przebieg wydarzeń tego dnia od rodziców[*]: „Ojciec pamięta, że w czasie porodu trzymał głowę nisko przy głowie mojej mamy. Gdy zauważył mój bark, zbladł. Miał nadzieję, że ona mnie nie zobaczy, bo nie miałem prawej ręki. Tata był tym wszystkim tak bardzo przerażony, że opuścił salę porodową. Nie wierzył w to, co widział na własne oczy”.

Kalectwo chłopca wywołało poruszenie i konsternację personelu medycznego, które próbowano ukryć pod maską pozornego spokoju. Matka dziecka, Duszka Vujicic, intuicyjnie przeczuwała, że cisza na sali nie zapowiada niczego dobrego.

„(Lekarze) trzymali mnie nisko, aby matka mnie nie widziała. Ona zapytała: «Co się dzieje?». Pielęgniarki rozpłakały się, a ona dalej pytała o to, co się stało. «Fokomelia» odpowiedział lekarz, co znaczy, że dziecko urodziło się bez kończyn z niewyjaśnionych przyczyn medycznych. Matka wiedziała, co to znaczy, i poprosiła, by mnie jej pokazano. Lekarz położył mnie więc obok niej. Na mój widok zawołała: «Zabierzcie go! Nie jestem w stanie na niego patrzeć!»”[1].

Tymczasem ojciec chłopca, Borys Vujicic, nawet w najczarniejszych myślach nie spodziewał się całej tragicznej prawdy. Gdy lekarz pediatra wyszedł na zewnątrz, by z nim porozmawiać, pan Vujicic sam powiedział mu, że już wie o tym, iż jego syn urodził się bez ręki. — Nie, pana syn nie ma ani jednej ręki i ani jednej nogi”[2] — usłyszał w odpowiedzi.

Na oddziale noworodków Borys zamarł na widok syna. Malec miał tylko dwie małe stopy, które wyrastały mu bezpośrednio z pośladków. Jedna z nich była mikroskopijna, druga — choć większa — była zdeformowana: składała się tylko z dwóch palców, na dokładkę nienaturalnie wykrzywionych.

Wcześniej nic nie zapowiadało kalectwa małego Nicholasa. Ciąża przebiegała prawidłowo. Duszka Vujicic, z zawodu położna, dokładała wszelkich sił i starań, by jej dziecko urodziło się zdrowe. Prowadziła unormowany tryb życia, zdrowo się odżywiała, unikała wszelkich używek czy zbędnych leków, chodziła regularnie na wizyty do najlepszych lekarzy w Melbourne i poddawała się cyklicznym testom.

Trzykrotne badania ultrasonograficzne nie stwierdziły żadnych deformacji płodu, nawet w dwudziestym i trzydziestym drugim tygodniu ciąży. Dzięki nim lekarze trafnie określili płeć dziecka. Jedyne, co ich trochę zdziwiło, to jego dosyć nietypowe ułożenie. O braku którejkolwiek z kończyn nikt nie pomyślał nawet przez moment, zwłaszcza, że żaden z przodków w tej serbskiej rodzinie nie cierpiał z powodu chorób dziedzicznych czy niepełnosprawności.

Gdy w pierwszych dniach życia noworodek bez kończyn poddawany był dziesiątkom badań medycznych, zdruzgotani rodzice zastanawiali się, co z nim zrobić. Nie czuli się na siłach, by podjąć się opieki nad nim, rozpatrywali adopcję. Brali też pod uwagę możliwość oddania dziecka na wychowanie dziadkom. Dziadkowie Nicka, zarówno ze strony matki, jak i ojca, byli nawet gotowi przyjąć chłopca pod swój dach. Jednak po początkowym szoku Borys i jego żona postanowili sami zająć się synem. Nie dziwi jednak, że podjęli tę decyzję bez większego entuzjazmu. W głębi serca mieli żal do Boga za to, że spotkał ich taki los. Borys spodziewał się nawet szybkiej śmierci kalekiego dziecka.

Czas żałoby

Duszka, osłabiona po porodzie i pogrążona w depresji, nie potrafiła czule opiekować się niemowlęciem. Wszystkie prace wykonywane przy dziecku były dla niej ogromnym wysiłkiem i sprawiały ból. Borys pierwszy brał syna na ręce, pielęgnował go: przewijał, kąpał i karmił.

W swoich codziennych zmaganiach rodzice czuli się bardzo samotni. Nie otrzymywali kart pocztowych z gratulacjami. Nie dostawali kwiatów ani prezentów. Telefon milczał. Rodzina i sąsiedzi trzymali się na dystans, bowiem nie wiedzieli, jak zareagować. Przyjaciele i znajomi z Apostolskiego Kościoła Chrześcijańskiego, w którym Borys od pół roku pełnił funkcję pastora pogrążeni byli w żałobie. Jak w jednym ze swoich wystąpień powiedział Nick „wszyscy z nich płakali, bowiem czuli się, jakby ktoś umarł, a nie się narodził. Nie mogli też uwierzyć w to, że Bóg do tego dopuścił”[3].

Borys i Duszka, przybici cierpieniem, nie potrafili skupić się na dniu dzisiejszym. Zamiast tego wybiegali w przyszłość. Nurtowały ich liczne pytania o los syna: Czy Nick będzie kiedyś mógł samodzielnie jeść? Czy będzie chodził do szkoły? Kto się nim zaopiekuje, jeśli nam coś się przydarzy? Czy, gdy dorośnie, będzie mógł żyć samodzielnie? Niestety snute przez nich wizje przyszłości nie zawierały nawet cienia nadziei: rodzice przypuszczali, że Nick przez całe życie będzie przykuty do łóżka i że będzie wymagał nieustannej pomocy innych.

Początkowe tygodnie, a nawet miesiące Nicka w domu pełne były goryczy. Matka i ojciec znajdowali się na krawędzi wytrzymałości psychicznej i za wszelką cenę próbowali wyprzeć stres ze swojej świadomości. „Wydawało mi się, że śnię. Miałam nadzieję, że za chwilę obudzę się i koszmar minie”[4] — wspomina pani Vujicic.

Zdesperowani rodzice Nicka szukali jakiegokolwiek ratunku. Mieli nadzieję, że znajdą go u lekarzy. Chodzili zatem od jednego profesora do drugiego. Jeśli nie można było uleczyć syna za pomocą narzędzi, jakie oferowała medycyna, to przynajmniej chcieli się dowiedzieć, jak ulżyć jego nieszczęściu. Zadawali specjalistom dziesiątki trudnych pytań — na większość z nich nie dostawali żadnej odpowiedzi. Lekarze nie dawali najmniejszej szansy na udaną przyszłość dziecka. Mówili, że nigdy nie będzie chodzić, że się nie usamodzielni.

W swoich bolesnych doświadczeniach Vujicicowie nie mogli liczyć na wsparcie innej rodziny w podobnej sytuacji. Jeśli nawet jakieś małżeństwa na świecie przeżywały podobne dramaty, dzieliły ich tysiące kilometrów. Nie było też żadnych fachowych publikacji czy poradników, z których mogliby skorzystać.

Ogromne huśtawki nastrojów matki i ojca Nicka trwały kilka miesięcy Ten całkowicie nieświadomy niczego chłopczyk, pozbawiony rąk i nóg, był jednak ich upragnionym i wyczekiwanym dzieckiem. Reagował na ich obecność, uśmiechał się do nich, wymawiał pierwsze sylaby. Z dnia na dzień coraz mniej ich przerażał. Rodzice coraz bardziej akceptowali go takim, jakim jest i powoli zaczynali się cieszyć z jego obecności.

Coraz mniej mieli żalu do Boga. Dochodzili do przekonania, że skoro On ofiarował im niepełnosprawne dziecko, to powinien też dać potrzebną siłę, aby je wychowali. Siła ta była im wyjątkowo potrzebna, bowiem państwo Vujicic mieli znacznie więcej obowiązków niż rodzice zdrowego malucha. To, co dla każdego innego dziecka stanowiło po prostu kolejny etap rozwoju, dla ich syna urastało do wielkości Mount Everestu.

Malec, jak każdy inny

Matka Nicka zdawała sobie sprawę, jak ważne jest, by jej syn wyrobił sobie mięśnie klatki piersiowej i brzucha. W tym celu turlała go po podłodze po całym domu. Gdy Nick opanował tę sztukę, uczył się wstawać. Robił to za pomocą głowy, którą opierał o ścianę lub o stabilne meble i tym sposobem kawałek po kawałku wznosił się do góry (co ciekawe, jego tak mocno eksploatowane czoło stało się z czasem grube niczym podeszwa stopy). Mając dwa i pół roku potrafił już utrzymać się w pozycji prostej.

Kilkuletni Nickie był bardzo ruchliwy. Zeskakiwał z kanapy na podłogę, przemieszczał się nie tylko po całym domu, ale także po ogrodzie. Matka i ojciec musieli mieć oczy dookoła głowy — cały czas, z wyjątkiem chwil, gdy ich syn spał, zwłaszcza że chłopczyk narażony był na częste kontuzje. Upadki z łóżka, fotela czy schodów kończyły się dla niego boleśnie, nie miał przecież rąk, by się nimi podeprzeć.

Chłopiec instynktownie posługiwał się lewą stopą, która rekompensowała mu brakujące części ciała. Jedyne dwa jej palce były złączone, lekarze i rodzice zauważyli więc potrzebę rozdzielenia ich, aby stopa mogła przejmować pewne funkcje dłoni. I chociaż zoperowane palce funkcjonowały trochę inaczej, niż pierwotnie zakładali to lekarze (były na przykład zbyt słabe, by utrzymać długopis), to z biegiem czasu Nick nauczył się wykonywać nimi zupełnie nowe czynności. Dzięki usprawnionej stopie mógł chociażby samodzielnie obsługiwać specjalnie przystosowany dla niego elektroniczny wózek inwalidzki wyposażony w joysticka. Zaczął też chwytać w palce różne przedmioty.

Mądrość matki Nicka podpowiadała jej, aby nie litować się przesadnie nad synem, nie wyręczać go we wszystkim, aby mógł być jak najbardziej sprawny, na miarę swoich możliwości. Od najmłodszych lat wymagała więc od niego, aby nie tylko sam się poruszał czy próbował się podnieść, ale także, by sięgał po przedmioty na półce, korzystając z podnóżka, i wykonywał inne proste czynności. Nick złościł się na nią. Czasem szukał ratunku u ojca, lecz ten także mu nie pobłażał, więc nie mógł liczyć na taryfę ulgową z jego strony. Dzięki temu Nick z czasem potrafił na przykład samodzielnie zdejmować książki z półki, co czynił za pomocą zębów. W wieku sześciu lat nauczył się zaś pływać i to zaledwie po dwóch lekcjach.

Jako dziecko Nicholas nie zawsze rozumiał intencje rodziców, lecz teraz często podkreśla, że matka i ojciec wymagając okazywali mu swoją miłość:

„Rodzice szalenie mnie kochali i mówili: «Musisz próbować. Spróbuj tego. Spróbuj też tamtego». Ja myślałem: «Mamo, tato, zwariowaliście! Przecież ja nie mam rąk i nóg! W jaki sposób mógłbym kiedykolwiek zrobić to czy tamto?». Lecz rodzice zachęcali mnie i mnie kochali”[5].

Lekarze namawiali rodziców Nicka, by posłali go do grupy dla niepełnosprawnych dzieci. Zabawa i kontakt z nimi miały pomóc w jego rozwoju fizycznym i intelektualnym. Matka widziała jednak jego ogromną potrzebę kontaktów z pełnosprawnymi rówieśnikami. Pragnęła, by jak najwięcej przebywał i rozmawiał z nimi, bowiem nie chciała zamknąć syna w kręgu dzieci specjalnej troski. W związku z tym Nick nie był przez swoich rodziców izolowany od świata zewnętrznego. Szczęśliwie otaczała go bardzo liczna grupa kuzynów i kuzynek (matka i ojciec chłopca pochodzili z rodzin wielodzietnych), z którymi bardzo często spędzał czas. Dzięki ich bezwarunkowej akceptacji nie robił problemu z tego, że nie ma kończyn. I chociaż jako dziecko nigdy nie spotkał kogoś podobnego, nie czuł się odmienny.

„Nie miałem pojęcia, że moje ciało odbiega od normy. Myślałem, że ludzie tak bardzo mi się przyglądają, ponieważ jestem uroczy”[6] — wspomina po latach.

Jak każdy maluch Nickie miał swój dziecięcy świat, w którym nie było lęków ani kompleksów. Często bawił się zabawkami — zwłaszcza samochodzikami. Był także małym odkrywcą. Ulubionym miejscem jego zabaw była plaża, gdzie przebywał godzinami. Chętnie chodził też z rodzicami na ryby.

Odpowiednia szkoła

Gdy Nick podrósł, rodzice zastanawiali się nad wyborem odpowiedniej dla niego szkoły. Nie było to łatwe — najprościej byłoby go oddać do szkoły specjalnej, lecz tam uczęszczały głównie dzieci upośledzone umysłowo. Problem polegał na tym, że dzieci takie jak on, rodzące się raz na milion przypadków lub rzadziej, nie uczęszczały do ogólnodostępnych placówek. Mimo starań rodziców nie chciano przyjąć go do miejscowej podstawówki.

Matka wierzyła jednak w jego ogromny potencjał i nie dawała za wygraną. Żartobliwie mówiła, że „brak kilku części” u jej syna nie jest przecież wystarczającym powodem, aby nie mógł on zasiąść w normalnej ławce. Spotykała się wielokrotnie z osobami odpowiedzialnymi za edukację i w końcu wywalczyła Nickowi przyjęcie do rejonowej szkoły K-4 Keilor Downs Primary, w której to zobowiązano się dostosować sprzęty i zapewnić chłopcu wspomaganie w nauce. Tak więc dzięki jej sile i determinacji zmieniono przepisy i regulaminy, a jej syn został przyjęty do zwykłej australijskiej szkoły w czasie, gdy w kraju dopiero podejmowana była debata nad tym, czy dzieci niepełnosprawne powinny chodzić do oddzielnych szkół, czy nie.

Na lekcji Nick nie używał zwykłego długopisu, tak jak inni uczniowie. Posługiwał się specjalną bransoletką zakończoną długopisem lub ołówkiem, którą nakładano mu na stopę. Bez większego problemu pisał także swoimi dwoma palcami na klawiaturze komputera, z którego chętnie korzystał. W tym celu, zamiast siedzieć jak inni na krześle, siedział na wózku inwalidzkim z regulowaną wysokością. W zadaniach, które sprawiały chłopcu trudności, pomagał mu specjalnie przydzielony nauczyciel asystent.

Pierwszoklasiści dosyć dobrze przyjęli kolegę bez rąk i nóg. Pomagali mu nosić tornister, podawali przybory szkolne, razem z nim wykonywali pewne zadania, wspólnie się bawili.

Pewnego razu sześcioletni Nick zadziwił swoich rodziców, pokazując im swoją kolekcję zdobytych w szkole szklanych kulek. Jego matka w tamtym czasie opowiedziała o tym tak:

„Syn wygrał trochę szklanych kulek. Zdziwiona dopytywałam go, jak udaje mu się rywalizować z innymi dziećmi, odpowiedział, że celuje stopą. Zatrzymuje kulkę, w którą uderzy. Zebrał naprawdę dużo tych kulek”[7].

W kolejnych latach szkolnych Nicolas radził sobie najlepiej, jak tylko mógł. Gdy nie był w stanie pokonać swoich ograniczeń, zajmował się czymś innym niż pozostali uczniowie. W czasie, gdy dzieci biegały po boisku szkolnym, on grał w szachy lub monopol. Jako siedmiolatek jeździł też na leżąco na deskorolce. Chociaż nie dorównywał innym w zajęciach ruchowych, intelektualnie nie pozostawał w tyle. Był nawet jednym z najlepszych matematyków w klasie.

Dziecięce rozterki i udręki

Niepełnosprawne dziecko w szkole budziło sporo zainteresowania, co miało dla niego dobre, ale i złe strony. Negatywne komentarze, jakie Nick słyszał od rówieśników na swój temat, były przyczyną jego narastającej depresji.

Pomoc ludzi dobrej woli

Przyjęcie Nicka do zwykłej szkoły przykuło uwagę urzędników i mediów. Niepełnosprawnego chłopca odwiedził w szkole nawet wysoko postawiony przedstawiciel władz stanowych, który w trakcie spotkania nazwał go „inicjatorem integracji”.

Dziewiętnastego czerwca 1989 roku w The Age ukazał się artykuł o Nicku zatytułowany „Integration lets disabled boy blossom”. Cytowano w nim wypowiedzi pani Vujicic na temat pobytu jej syna w szkole i na przykładzie Nicka propagowano ideę integracji — Nick był bowiem jednym z trzech i pół tysiąca niepełnosprawnych dzieci, które w tym czasie uczęszczały do szkół w stanie Wiktoria.

Dzięki dalszemu nagłośnieniu historii Nicka w mediach do rodziny Vujiciców zaczęły napływać listy i pieniądze. Rodzice chłopca bez kończyn mogli kupić dla niego specjalne, bardzo drogie protezy rąk (sprowadzone z Kanady), które miały być ostatnią deską ratunku. Okazało się jednak, że gdy sześcioletniemu chłopczykowi zakładano urządzenie, trudno było mu utrzymać równowagę i korzystać z niego. Każda sztuczna ręka ważyła bowiem aż trzy kilogramy, i — aby pisać długopisem — chłopiec musiał obracać całym ciałem. Nick był zatem mniej mobilny niż poprzednio. Rodzice nie zmuszali syna do noszenia „sztucznych rąk”, które nie przypadły mu zbytnio do gustu. Cieszyli się, że radził sobie na swój sposób, i to całkiem dobrze.

Instytucje charytatywne przychodziły z dalszą pomocą, która tak bardzo była potrzebna rodzinie Vujiciców. Matka nie pracowała, gdyż poświęciła się opiece nad niepełnosprawnym synem, a w kolejnych latach urodziła dwoje następnych dzieci: w 1985 roku — Aarona, a w 1989 roku — Michelle. Jedynym żywicielem rodziny był ojciec, zaś koszty utrzymania rodziny i leczenia Nicka były niemałe. Z pomocą przyszła organizacja charytatywna Lions Club, zbierając fundusze na zakup profesjonalnego, specjalnie zaprojektowanego dla Nicka, wózka inwalidzkiego i na dalsze leczenie. Z części kwoty opłacono wizytę w specjalistycznej klinice w Toronto, gdzie Nickowi zaproponowano wysokiej klasy elektroniczną protezę rąk.

Po raz kolejny Nick zaskoczył lekarzy. Po wnikliwej obserwacji uznano, że proteza jest mu niepotrzebna, gdyż znacznie lepiej radzi sobie bez niej. Chłopiec z ogromną determinacją i na swój sposób rozwijał sprawność ruchową. Jego jedyne dwa palce stopy, broda, usta podejmowały funkcje rąk i nóg.

Oprócz fachowej pomocy medycznej rodzice Nicka szukali także wyjaśnienia przyczyn kalectwa swego syna — nie tylko w Australii, ale we wspomnianej już wcześniej Kanadzie, a także w USA. Lekarze nie byli zgodni i przedstawiali różne teorie. Nigdy nie osiągnęli w tej kwestii konsensusu, a fakt, że rodzeństwo Nicka urodziło się w pełni zdrowe, podważał hipotezę o przyczynach genetycznych choroby.

Negatywne zainteresowanie

Nicholas nieustannie wzbudzał zainteresowanie otoczenia — na ulicy, ale przede wszystkim w szkole. Niestety, negatywnych reakcji było więcej. Wszyscy się za nim oglądali. Trudno mu było tego nie zauważyć. Najczęściej pytali: Co ci się stało? Dlaczego nie masz rąk i nóg?, na co Nick odpowiadał z zażenowaniem: — Nie wiem.

W domu zadawał te znienawidzone pytania rodzicom. W odpowiedzi słyszał enigmatyczne: „Tylko Bóg jeden wie, dlaczego nie masz rąk i nóg”.

Większość wolnego czasu Nick spędzał z dorosłymi i ze starszymi kuzynami, a nie ze swoimi rówieśnikami z klasy. W szkole zaś chętniej rozmawiał z nauczycielami niż z innymi uczniami. Koledzy go bowiem odtrącali. Nie wiedzieli, jak na niego reagować, czy odzywać się, czy nie i co w ogóle mówić, za to doskonale wiedzieli, jak mu dokuczać. Nieraz wyzywali kalekiego chłopca, wytykali go palcami, zadawali ordynarne pytania. Wydawało im się to bardzo zabawne.

Jeden dzień chłopiec bez rąk i nóg zapamiętał szczególnie przez to, że usłyszał wyjątkowo wiele złośliwości i docinków. Gdy wyjeżdżał ze szkoły zobaczyła go pewna dziewczynka i zawołała po imieniu. Nick spodziewał się kolejnego bolesnego komentarza, a otrzymał komplement: „Chciałam ci tylko powiedzieć, że ładnie dzisiaj wyglądasz”[8]. Te słowa zapamiętał na całe życie. Niestety, w tamtych czasach bardzo rzadko zdarzało się mu słyszeć tak ciepłe uwagi na swój temat.

Nickie często wracał do domu zapłakany. Matka, płacząc z nim, obejmowała go i przytulała. Mówiła mu, że jest „szczególny”. Jednak Nick nie chciał wyróżniać się swoim kalectwem — pragnął być po prostu normalny, jak inni.

Chłopczyk tak bardzo nie lubił szkoły, że nawet gdy był zdrowy, prosił rodziców, aby od czasu do czasu pozwolili mu zostać w domu, a oni niekiedy się na to zgadzali, widząc na jego twarzy ból.

Swoje zmagania ze smutkiem dorosły Nicholas wspomina tak:

„Pamiętam, że gdy miałem sześć lat, pewnego dnia spotkało mnie wiele nieprzyjemności w szkole. Tego wieczoru złe głosy odbijały się echem w moim umyśle. Wstałem z łóżka i zerknąłem w lustro. Powiedziałem sam do siebie: «No dobrze, Nick, co masz w sobie dobrego? Czy jest w tobie coś atrakcyjnego?». Tak bardzo pragnąłem zobaczyć w sobie coś pozytywnego, na czym mógłbym się oprzeć. Przecież musi być we mnie coś dobrego! Wtedy dostrzegłem swoje oczy i pomyślałem: «Hej, są naprawdę ładne!»”[9].

Rozterki ośmiolatka

Ośmioletni Nick często modlił się dla siebie o cud, bo wierzył w słowa z Pisma Świętego: „Proście, a otrzymacie”. Był pewien, że Stwórca całego świata z łatwością może przywrócić mu ręce i nogi. Nawet trzymał w szafie parę butów, tak na wszelki wypadek, gdyby Wszechmogący go wysłuchał. Niestety Bóg nie dawał cudu, o jakim chłopiec marzył.

Może nie byłem zbyt dobry? — zastanawiał się i jeszcze żarliwiej prosił o ręce i nogi. Obiecywał Bogu, że jeśli Ten odpowie na jego modlitwę, to wystąpi w telewizji i będzie tłumom opowiadał o uzdrowieniu, tak aby ludzie się nawrócili. Oczekiwał, że po takich „negocjacjach” z wszechmocnym Bogiem obudzi się nazajutrz z chociażby jedną nogą czy ręką. I każdego ranka otwierał oczy z ogromną nadzieją, która chwilę potem momentalnie gasła.

Jeśli już nie mógł dostać cudu, chłopczyk marzył przynajmniej o tym, by spotkać kogoś bez rąk i nóg. Miał nadzieję, że jest gdzieś ktoś taki jak on, może trochę starszy, i że prowadzi normalne, szczęśliwe życie. Szukał dowodu na to, że człowiek bez kończyn może być spełniony. To marzenie Nicka także się nie urzeczywistniło.

Pozbawiony rąk i nóg chłopczyk musiał nieustannie zdawać się na pomoc rodziców i młodszego o trzy lata brata Aarona. Sam nie mógł przecież nawet zjeść posiłku. Kilkuletni brat przejmował za niego lwią część codziennych obowiązków. Odciążał w ten sposób rodziców, którzy byli zaangażowani w opiekę nad najmłodszym dzieckiem — malutką Michelle.

Aaron asystował Nickowi każdego dnia — czasem ze spokojem i cierpliwością, ale nie zawsze. Nick nieustannie go o coś prosił, przywoływał, odrywał od zajęć i zabaw. Pewnego razu zbytnio się naprzykrzał. Młodszy brat zagroził, że zamknie go w szafie. Nick się przestraszył, potraktował groźbę poważnie.

Problemy w szkole, zależność we wszystkim od innych boleśnie przygnębiały niepełnosprawnego chłopca, który coraz częściej zmagał się z pesymistycznymi myślami. Już jako kilkulatek napomknął matce o samobójstwie:

„Mama opowiedziała mi kiedyś, że gdy miałem osiem lat podszedłem do niej zapłakany mówiąc, że chcę się zabić. Spytała dlaczego, na co odpowiedziałem: «Kto się mną zaopiekuje, gdy ty i tata umrzecie?» «Bóg!» odpowiedziała”[10].

Chociaż Nick doświadczał miłości rodziców, nie czuł, by Bóg jakoś szczególnie go kochał. Nie zawsze miał siłę, by odgonić od siebie czarne myśli, które go prześladowały, a którymi coraz bardziej się nakręcał.

Próba samobójcza

Dziesięcioletni Nickie zaplanował i podjął próbę samobójczą.

„Skoro Bóg nie zabiera mojego bólu, a moje życie pozbawione jest sensu... Jeśli żyję tylko po to, by doświadczać odrzucenia i samotności... Jestem ciężarem dla wszystkich i nie ma dla mnie przyszłości... Powinienem więc skończyć z tym teraz”[11].

Tego popołudnia poprosił rodziców, aby przygotowali mu kąpiel, bo chce się zrelaksować po szkole. Oni, zupełnie nieświadomi jego prawdziwych intencji, spełnili prośbę i włożyli go do wody, po czym zamknęli drzwi od łazienki i odeszli. Tymczasem Nicholas obrócił się i zanurzył twarz w wodzie. Powietrza w płucach starczyło mu na jakiś czas. Po chwili wynurzył się na powierzchnię, ale podjął kolejną próbę. Za trzecim razem najpierw wypuścił powietrze z płuc i powoli odliczał w myślach. Czas nagle jakby się zatrzymał. Nick nie znajdował się w wannie u siebie w domu, lecz w trumnie na własnym pogrzebie, który obserwował jako świadek. Widział swoje martwe ciało i, co było znacznie bardziej bolesne, stojących nad nim zrozpaczonych rodziców i brata. Miał świadomość, że szukali teraz w sobie winy za to, co się z nim stało. „Co zrobiliśmy nie tak?” — zdawały się mówić ich twarze. Nick obrócił się szybko do góry i złapał głęboki oddech. Nie potrafił aż tak bardzo zranić swoich najbliższych.

„Powstrzymała mnie świadomość miłości matki i ojca. Bardzo ich kochałem, oni mnie też”[12] — wspomina.

Jednak wewnętrzny ból go nie opuścił. Tego samego dnia wieczorem powiedział bratu, że gdy będzie pełnoletni, to popełni samobójstwo. Na szczęście Aaron opowiedział o tym tacie, a ten ukoił udręczone serce swojego najstarszego dziecka pełną zrozumienia i ciepła rozmową. Ani brat, ani rodzice nie mieli jednak świadomości tego, co tak naprawdę tamtego dnia działo się w duszy Nicholasa. O próbie samobójczej opowiedział im dopiero jako dorosły mężczyzna.

Nick nigdy więcej nie pomyślał o odebraniu sobie życia, chociaż jego droga do odnalezienia wewnętrznego spokoju trwała jeszcze kilka lat. Na szczęście wsparcie, jakie znajdował w najbliższych było ukojeniem dla jego zbolałego serca. Wspomina:

„Pewnej nocy byłem bardzo przygnębiony. Ojciec przyszedł do mnie i powiedział: «Nick, wiedz, że bardzo cię kocham. Bóg też ciebie kocha i gdy mnie już kiedyś nie będzie, On będzie twoim Ojcem»”[13].

Przeprowadzki

Dużym stresem dla młodego chłopaka były przeprowadzki — w wyniku pierwszej z nich w 1993 roku rodzina Vujiciców przeniosła się z Melbourne daleko na północ, do Brisbane, gdzie Nicholas zaczął uczęszczać do szkoły Mel VIC — 4-7 MacGregor State Primary School w stanie Queensland. Nick cierpiał na alergię i klimat Brisbane miał służyć jego zdrowiu. Niestety, w nowej szkole ponownie spotkał się ze starymi problemami, które musiał rozwiązywać od samego początku.

W 1994 roku Nick wyjechał ze swoimi najbliższymi na drugi koniec świata — do Agoura Hills w Kalifornii, gdzie mieszkał ich wujek Batta Vujicic.

Rodzice Nicka planowali zostać w USA na stałe. Mieli nadzieję na lepszy dostęp do nowoczesnych technik medycznych, które mogłyby ulżyć kalectwu ich syna. Jednakże ich plany związane ze stałym pobytem zostały pokrzyżowane ze względu na nieprzewidziane trudności. Z jednej pensji ojca ciężko było urządzić życie od początku. Mieli zbyt niskie dochody, by dostać kredyt. Mieszkali więc u wujka Batty wraz z jego żoną i szóstką dzieci. Niełatwo też było im uzyskać ubezpieczenie zdrowotne dla syna na wózku, co nie dawało dobrych perspektyw.

Pobyt w USA był także wyjątkowo trudny dla samego Nicka. Nie dość, że adaptacja do innego systemu edukacyjnego sprawiała problemy, to jeszcze amerykańscy uczniowie dokuczali chłopcu, który tak bardzo się od nich różnił. Nick, jako jedyny w szkole, poruszał się na wózku i jako jedyny mówił z australijskim akcentem.

Kaleki i odtrącony chłopiec często uciekał do pracowni muzycznej, aby schować się przed wścibskim wzrokiem innych. Może między innymi dlatego dobrze zapamiętał go pan Kagan, nauczyciel muzyki. Już wtedy widział w nim ogromny potencjał:

„Nick był promiennym, ładnym dzieckiem. Już jako szóstoklasista był inspirujący i miał iskrę w oku. (...) Ojciec zrobił mu pasek, który Nick miał przymocowany do dolnej części ciała, aby utrzymać pałeczkę perkusyjną. Chłopiec podnosił swój tors na wysokość bębna i dzwonków i uderzał pałeczką”[14].

Po czterech miesiącach pobytu w USA państwo Vujicic podjęli decyzję o powrocie do Brisbane. Nick z ulgą wrócił do swojej dawnej szkoły w Australii, w której czuł się zdecydowanie lepiej niż w szkole kalifornijskiej. Podstawówka w Brisbane miała udogodnienia dla niepełnosprawnych. Nick korzystał też z pomocy nauczycieli asystentów. Dzieci, chociaż wiele z nich mu dokuczało, były do niego przyzwyczajone.

Ofiara agresji szkolnej

Byli jednak i tacy, którzy potrafili zamienić jego życie w koszmar.

„Słyszałem okrutne wyzwiska setki razy. Nie sądziłem, że były śmieszne, chociaż wielu tak uważało. Mimo że na zewnątrz robiłem dobrą minę do złej gry, w środku wołałem o ratunek”[15] — wspomina Nick.

Zarówno w szkole, jak i w domu Nicholas udawał, że nie ma żadnych problemów. Aaron i mała Michelle nie mieli świadomości, że ich brat jest źle traktowany przez inne dzieci. Nick nie mówił im o agresji szkolnej, bo miał dosyć okazywanego mu na każdym kroku współczucia.

Trzynastoletni człowiek bez rąk i nóg stał się obiektem okrutnych ataków siedemnastolatka, który przez kilka tygodni wołał za nim, że Nick pozbawiony jest nie tylko rąk i nóg, ale także atrybutów męskości.

Vujicic, mocno tym poniżony, zupełnie nie wiedział, jak się bronić, zatem unikał swego agresora. Łobuz nadal się nad nim pastwił, a żaden z uczniów nie stawał po stronie prześladowanego chłopca.

Po jakimś czasie Vujicic nie wytrzymał i po raz pierwszy stanął we własnej obronie. Otwarcie powiedział agresywnemu nastolatkowi, aby ten mu nie dokuczał, „gdyż go to boli i niszczy”[16]. O dziwo, napastnik przyjął argumentację, a nawet przeprosił Nicka za swoje zachowanie.

Z czasem kilkunastoletni Vujicic nauczył się nie udawać, że jest mu dobrze z tym, gdy inni mu dokuczają, i do wyrażania podobnej dezaprobaty dziś namawia młodych ludzi.

Tym, którzy padają ofiarą przemocy szkolnej tłumaczy też, by nigdy nie zamykali się w sobie ze swoim problemem:

„Nie mówiłem rodzicom, gdy mi dokuczano, bo nie chciałem ich martwić. Myślałem, że poradzę sobie sam. Myliłem się jednak. Powinienem był im od początku mówić o wszystkim”[17].

Chociaż dziś Nick nigdy nie nawołuje do agresji, w młodości zdarzyło mu się wziąć udział w walce. Słowami: „Zakładam się, że nie umiesz się bić” został sprowokowany przez starszego ucznia ze swojej szkoły. Pragnął udowodnić, że nie jest gorszy i podjął wyzwanie. Przeciwnik pchnął go mocno kilka razy, na co Nicholas walnął go z całej siły głową rozbijając mu nos.

Wcale jednak nie czuł się dobrze z tym, że pokonał w pełni zdrowego rywala — przecież zranił go boleśnie i poniżył. Zawstydzony opowiedział o tym zajściu rodzicom. Bał się, że zostanie ukarany (Vujicicowie od czasu do czasu dyscyplinowali swoje dzieci paskiem), lecz oni mu nie uwierzyli — wydawało im się to zbyt nieprawdopodobne.

Dziś Vujicic zaangażowany jest w kampanie zwalczające agresję szkolną. Chce uchronić jak najwięcej młodych ludzi na całym świecie, pełnosprawnych i niepełnosprawnych przed przemocą, jakiej sam doświadczał i uczulić wielu, aby nie ulegali złej modzie na agresję i na odpowiadanie złem na zło. Tematyce tej poświęcił w całości jedną ze swoich książek (Stand Strong).

Droga do prawdy

Kilkunastoletni Nick zaczął poszukiwać sensu życia. Dwa szczególne przełomy, których doświadczył, przemieniły go całkowicie. Stał się dzięki nim nie tylko samodzielny, ale także wewnętrznie spełniony i wolny.

Popularny chłopiec

Rodzice zachęcali nastoletniego Nicka, aby rozmawiał z innymi dziećmi. Tłumaczyli mu, że tylko w ten sposób jego koledzy przekonają się, że jest tak samo wartościowy jak oni. Idąc za ich radą, Nick chętniej niż w przeszłości nawiązywał kontakty z rówieśnikami i zgłaszał się na lekcjach. Coraz odważniej się wypowiadał i czytał swoje prace. Powoli zaczął sobie uświadamiać, że ma dar przekazu. Dzięki takiemu zaangażowaniu zyskał całe rzesze przyjaciół — zarówno wśród chłopców, jak i dziewcząt. Wielu się z nim kolegowało i bawiło z nim, a na pewno nie było nikogo, kto nie wiedziałby, który to Nick Vujicic. Ciekawe, że gdy Aaron zaczął chodzić do szkoły, dzieciaki mówiły o nim „brat Nicka”.

Nominowany przez swoją klasę i namówiony przez nauczycielkę Nick, uczeń klasy siódmej szkoły MacGregor State School, zebrał w sobie odwagę, aby kandydować na przewodniczącego samorządu szkolnego. Nie dość, że był pierwszym niepełnosprawnym kandydatem na to stanowisko, to na dodatek ogromną liczbą głosów pokonał potężnego rywala — jednego z najlepszych sportowców w szkole — a artykuły o jego zwycięstwie zatytułowane „On Beating the Odds” i „Captain Couregous” znalazły się nawet w lokalnej prasie. W nowej roli Nicholas angażował się w pomoc innym uczniom — organizował między innymi szkolne zawody, dostosowując je dla dzieci niepełnosprawnych (nie był jedynym dzieckiem na wózku w swojej szkole).

Funkcję w samorządzie szkolnym Nick pełnił zresztą dwukrotnie — po raz drugi w liceum Runcorn High, gdzie wybrano go na wiceprzewodniczącego. Organizował nawet akcje charytatywne — zbierał pieniądze na cele dobroczynne dla lokalnych fundacji.

Pierwsza inspiracja

Duszka Vujicic wielokrotnie opowiadała synowi o innych osobach niepełnosprawnych. Zapoznawała go z historiami ludzi, którzy mimo zewnętrznych barier, żyli aktywnie. Człowiekiem, który wywarł szczególny wpływ na Nicka, był Phil Toth — bohater jednego z artykułów w gazecie. W wieku dwudziestu dwóch lat zachorował na nieuleczalną chorobę: stwardnienie zanikowe boczne. Mimo że jego ciało stopniowo obumierało, nie załamywał się. Chociaż nie mógł posługiwać się rękoma, pisał na komputerze korzystając z technologii laserowej i w ten sposób motywował innych.

Postawa Phila wywarła na trzynastoletnim chłopcu bez kończyn ogromne wrażenie. Nick uświadomił sobie, że on też może budować swoją niezależność i dlatego zaczął podejmować nowe starania, a rodzina wspierała go najlepiej jak umiała.

Rodzice opracowali mu sposób na samodzielne korzystanie z prysznica i mycie głowy. Gałki baterii ojciec zastąpił uchwytami, które Nick mógł przesuwać barkami. Mama wpadła na pomysł, by zaadaptować szpitalny pojemnik na mydło i szampon. Nick pompował go stopą, stojąc w wannie i tym sposobem mógł samodzielnie brać prysznic oraz myć głowę. Na ścianie w łazience ojciec zainstalował uchwyt, w którym zamocował elektryczną szczoteczkę do zębów. Chłopiec najpierw przyciskiem włączał szczoteczkę, a następnie, przesuwając się do przodu i do tyłu, mył zęby.

Nick pragnął również samodzielnie się ubierać. Matka uszyła mu spodnie na rzepy, w które mógł bez pomocy innych się wsuwać. Wybierała mu też koszule, w których nie trzeba było zapinać guzików, tak aby mógł samodzielnie je założyć. Najpierw zarzucał je sobie na głowę, a następnie się w nie wślizgiwał.

Ogromną pomocą okazały się też wszelkie nowe wynalazki, takie jak piloty zdalnego sterowania, telefony komórkowe, klawiatura komputerowa, którymi Nick posługiwał się przy pomocy stopy. Opracowywał też proste sposoby na jeszcze inne codzienne czynności. Nosem wyłączał domowy alarm, a kijem do golfa trzymanym na ramieniu pod brodą gasił i zapalał światło w pokoju oraz otwierał okna. Potrafił także zamknąć i otworzyć dom kluczem.

Nastoletni Nick bardzo pragnął udowodnić sobie i wszystkim innym, jak bardzo potrafi być niezależny. Co tylko mógł, wykonywał sam. Między trzynastym a dziewiętnastym rokiem życia zrobił pod tym względem ogromne postępy. I choć na poranne czynności, takie jak mycie zębów, czesanie, korzystanie z toalety, prysznic i ubieranie, poświęcał mniej więcej godzinę, był dumny z siebie, że nie potrzebuje pomocy.

Nick, podobnie jak jego brat i siostra, uczestniczył także w pracach domowych, które wyznaczyli mu rodzice: ścielił łóżko, sprzątał pokój, korzystał z odkurzacza. Raz w tygodniu miał także obowiązek poodkurzać cały dom, za co dostawał dwa dolary.

Niezwykle samodzielny młody człowiek bez rąk i nóg nie był jednak wcale taki idealny. Miał wadę, którą mocno ukrywał przed swoimi najbliższymi — przeklinał w towarzystwie swoich kolegów, bo nie chciał odstawać od grupy. Zadziwiające, że, zanim trafił do szkoły średniej, nie słyszał przekleństw. W jego domu słowa niecenzuralne nie padały nigdy, a rodzice Nicka dbali o to, by do ich dzieci nie docierały żadne złe treści, także poprzez media (w radio dzieci słuchały tylko chrześcijańskich stacji). Na szczęście Nick zdał sobie w końcu sprawę ze swojego wewnętrznego rozdarcia i podjął walkę ze złym nawykiem. Z czasem uwolnił się od przeklinania, choć było to bardzo trudne.

Ryba bez ogona

Mimo że młody Vujicic robił ogromne postępy, wciąż wracało do niego zasadnicze pytanie: „Dlaczego? Dlaczego jestem inny niż wszyscy pozostali? Dlaczego, Boże, nie dałeś mi rąk ani nóg?”[18]. Nick bardzo chciał znać medyczną przyczynę swojego kalectwa lub przynajmniej usłyszeć odpowiedź duchową od Boga. Sądził, że wtedy łatwiej byłoby mu znosić trudy życia bez kończyn. Matka uspokajała go, mówiąc, że pomimo kalectwa jest cennym człowiekiem i że jego życie ma sens.

Nick miewał różne dni: lepsze i gorsze. Czasem odnajdywał w sobie zapał, a kiedy indziej go gubił. Powoli zaczynał cieszyć się z tego, co ma, a zwłaszcza ze swojej zabawnej i zwinnej stópki, która była mu niezwykle przydatna, jednak huśtawki nastrojów go nie opuszczały. W dobre dni humorem i aktywnością ruchową zyskiwał uznanie kolegów i koleżanek z klasy i szkoły, natomiast w gorsze — zwłaszcza gdy mu dokuczano — izolował się, chowając się w pustej klasie albo w zaroślach na terenie szkoły.

Vujicic chodził co niedziela do kościoła oraz do szkółki niedzielnej, gdzie czytał Biblię. Wielokrotnie słyszał tam, że Bóg jest Miłością i że ma plan życia dla każdego człowieka, ale dla niego były to tylko nic nieznaczące słowa, nawet, gdy padały z ust jego własnego ojca pastora.

Pewnego razu Nick zatrzymał się na dłużej nad fragmentem z biblijnej księgi Jeremiasza: „Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was — wyrocznia Pana — zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie”(Jer 29,11)[*]