Na przekór nocy - Brigid Kemmerer - ebook + audiobook

Na przekór nocy ebook i audiobook

Brigid Kemmerer

4,3

Opis

Rewelacyjna seria fantasy autorki A Curse So Dark and Lonely.

Królestwo, w którym panuje korupcja. Książę, który z całych sił próbuje je ocalić. Dziewczyna, która zrobi wszystko, by doprowadzić do upadku monarchii.
Królestwo Kandali jest na krawędzi katastrofy. Od czasu, gdy pustoszy je tajemnicza choroba, konflikty między sektorami tylko się pogłębiają. W pałacu rządzący twardą ręką król stara się utrzymać pozorny pokój.
Harristan po zamachu na jego rodziców jest zmuszony zasiąść na tronie. Swojemu młodszemu bratu, Corrickowi, powierza pełnienie okrutnej roli Najwyższego Sędziego Królewskiego. Brat króla bezlitośnie reaguje na wszelkie przejawy buntu. To jedyny sposób na utrzymanie względnego porządku w czasach, gdy choroba może uderzyć w każdego i wszędzie, a jedynego znanego lekarstwa – eliksiru z płatków Księżycowego Kwiatu – nie starcza dla wszystkich.
W lasach Dziczy młoda zielarka Tessa Cade nie może znieść widoku umierających wokół niej ludzi, na których cierpienie król jest ślepy. Każdej nocy, razem z najlepszym przyjacielem Wesem, narażając życie, kradnie płatki Księżycowego Kwiatu, by rozprowadzać eliksir wśród tych, którzy go najbardziej potrzebują.
Kiedy rozchodzą się pogłoski, że lek przestaje być skuteczny, pojawiają się wezwania do buntu. Szczególnie okrutny czyn Najwyższego Sędziego Królewskiego popycha Tessę do desperackiego kroku. Chcąc dokonać niemożliwego, zakrada się do pałacu. Jednak to, co tam zastaje, sprawia, że zastanawia się, czy nie lepiej byłoby zniszczyć Kandalę, niż próbować ją naprawić.
Opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 55 min

Lektor: Brigid Kemmerer

Oceny
4,3 (163 oceny)
82
49
25
7
0
Sortuj według:
AlicjaAmi

Całkiem niezła

Motyw pary rabujacej bogaczy żeby pomagać biednym całkiem ciekawy,tak jak i podwójne życie jednego z nich i związane z tym dylematy.Postać Tessy przesłodzona I naiwna,zero charakteru,tak jakby całe życie spędziła na królewskim dworze, a nie w ciężkich warunkach biednych dzielnic.Druga rzecz, która mnie szczególnie raziła,to funkcjonowanie całego dworu,tak bezmyślne i łagodne podejście w stosunku do poddanych przeczy wszelkiej logice.Jak dla mnie niespójna,słabo przemyślana historia,w sumie bajka.
10
Ruddaa

Z braku laku…

Makabra! Co za nuda!!!! a lektroka....istna tragedia!!!!!!
11
BarbarG

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna książka. Dobrze się czyta. Czekam na kolejną.
00
karkry

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka! Wciąga od pierwszych stron. Przypomina mi trochę Czerwona Królowa, pomimo wyraźnych różnic między tymi książkami, ale mają podobny vibe
00
Juliies20

Dobrze spędzony czas

Dobrze spędzony czas
00

Popularność




Tytuł oryginału

Defy the Night

Copyright © 2021 by Brigid Kemmerer

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo Nowe Strony

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Julia Deja

Korekta:

Magdalena Mieczkowska

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-116-0

Rozdział pierwszy

Tessa

Najtrudniejsza w tym wszystkim nie jest sama kradzież. Najtrudniejsza jest ucieczka. Gdy mam dobry dzień, wspięcie się na mur Sektora Królewskiego zajmuje mi dwie minuty, jednak dziś noc jest zimna i palce mi drętwieją. Za godzinę zacznie świtać, a reflektor wartownika prześlizguje się po wysokich kamiennych murach w równych odstępach czasu. Ukryta w ciemności, mocno ściskając pod pachą starą torbę zielarską mojego ojca, czekam na sposobność.

Słyszałam o elektryczności w kilku sektorach, w miejscach zamieszkałych przez najbogatszych, ale i tak zaskakuje mnie intensywność świateł patrolujących mur. Są jaśniejsze niż jakakolwiek świeca, jaśniejsze nawet niż stosy pogrzebowe, jakie rozpala się w miastach, by spalić zmarłych. Gdy pierwszy raz je zobaczyłam, byłam jak zahipnotyzowana. Wpatrywałam się w nie bezmyślnie, nie zdając sobie sprawy, że oznaczają one zagrożenie. Przez długi czas bezskutecznie próbowałam znaleźć jakąś prawidłowość w ich ruchu, aż w końcu powiedziałam o tym Westonowi. Chrząknął i stwierdził, że nie ma w tym żadnej reguły, po prostu znudzeni wartownicy kręcą reflektorem wkoło.

Przez ostatnią godzinę kręcą nim dość miarowo.

Rozprostowuję palce i próbuję sobie oszacować w głowie czas trzech minut, potem przygryzam wargę i zastanawiam się. Światło powraca na tę część muru nie rzadziej niż co dwie minuty.

Wes pewnie jest już w chacie i czeka na mnie. Potrafi pokonać mur w trzydzieści sekund. Dzięki swojemu wzrostowi może podskoczyć, zahaczyć swoją kotwicą o kolce na szczycie, zaprzeć się o niego nogami i wskoczyć na górę jak kot. Zazdroszczę mu, choć lubię też patrzeć, jak to robi. To naprawdę urzekający widok.

Oczywiście nigdy mu tego nie powiem. Musiałabym wysłuchiwać jego komentarzy do końca życia.

Urzekający, Tesso? To tylko mur. Nic takiego. A potem wszedłby na drzewo albo zrobił gwiazdę na dachu chaty, albo zaczął chodzić na rękach.

I musiałabym go walnąć, żeby nie zobaczył rumieńca wylewającego się spod mojej maski, bo tak, owszem, to wszystko jest równie urzekające.

Muszę przestać myśleć o Wesie. A te światła wartowników muszą przestać się obracać. Muszę zrobić swoje, bo stracimy kilka dni kuracji. Niektórzy ludzie nie mają tyle czasu. Niektórzy nie mają nawet kilku godzin.

Tyle że najpierw trzeba się stąd wydostać. Gdyby mnie złapano z torbą pełną płatków Księżycowego Kwiatu, król Harristan i jego brat, książę Corrick, przywiązaliby mnie w pałacowym ogrodzie, żeby ptaki wydziobały mi wszystkie wnętrzności.

Nagle światło zatrzymuje się z dala ode mnie, w zaułku, gdzie mur okrywa cień rzucany przez pagórek. To tamtędy zwykle próbują uciekać amatorzy.

Nie zamierzam zmarnować tej okazji. Wyskakuję z mojej kryjówki jak wystraszony królik, z kotwicą w dłoni gotową do rzutu. Nie potrafię jej zarzucić aż na kolce jak Wes, tylko do metalowych klamer znajdujących się w połowie wysokości. Kotwica leci ze świstem, ruszam jeszcze zanim lina się napnie. Buty skrobią o kamień, gdy wspinam się po murze, ślizgając się nieco na granicie. Chwytam za klamrę – jest niewielka, wystarczająca, by dać oparcie, kiedy odpinam kotwicę i zarzucam jeszcze raz, tym razem już na szczyt. Gdy zahacza o kolce, ruszam w górę.

Światło znów zaczyna się przesuwać.

Wciągam gwałtownie powietrze i zmuszam stopy, by niosły mnie szybciej, wyżej. Torba obija się o żebra przy każdym poślizgnięciu, ale po chwili znów idę w górę muru. Ręce pieką od liny. Światło omiata mur tuż obok, nagle oślepia mnie jego blask.

Już jestem po drugiej stronie, spuszczam się po linie do połowy wysokości, a potem spadam na leśną ściółkę jak worek kartofli. Pociągam za sznur i hak ląduje tuż obok mnie z lekkim brzękiem, zderzając się ze żwirem. Błoto i okruchy skał przylepiają się do mojej samodziałowej spódnicy, lecz nie mam odwagi nawet drgnąć, a co dopiero się otrzepywać. Serce podchodzi mi do gardła, wali jak oszalałe. Wstrzymuję oddech i czekam, spodziewając się, że wartownicy podniosą alarm.

Ale nie. Blask przesuwa się po krawędzi muru, a snop światła reflektora wędruje dalej.

Przełykam z trudem ślinę i podnoszę kotwicę. Na niebie widać sierp księżyca, jednak horyzont nabiera już purpurowej barwy – to znak, że zwlekałam zbyt długo i zostało mi niewiele czasu. Z wprawą przemykam przez las, stąpając bezgłośnie po sosnowych igłach. Zwykle w tym miejscu czuję już dym z pieca, bo Wes zawsze jest pierwszy w chacie. Mamy taki system: on nastawia kociołek i uciera płatki na eliksir, a ja odważam i porcjuję proszek, by dawka była odpowiednia. Potem on nalewa gotowy płyn do fiolek, ja pakuję je do naszych toreb i każde rusza na swój obchód.

Ale dziś nie czuję zapachu palonego drewna.

Kiedy docieram do chaty, Westona w niej nie ma.

Wracam myślami do momentu, kiedy światło zatrzymało się na murze. Serce znów podchodzi mi do gardła.

Wes nie jest głupi. Nie przechodziłby w zaułku. Zresztą wartownicy nie podnieśli alarmu.

Lecz nadal go tu nie ma, mimo że ja dotarłam później niż zwykle.

Rozpalam ogień i staram się nie martwić. Słyszę w głowie jego głos, który każe mi zachować spokój. Nie trać ducha, Tesso. To pierwsze słowa, jakie od niego usłyszałam tamtej nocy, gdy uratował mi życie. Od tamtej pory powtarzał je wiele razy.

Nic mu nie jest. Na pewno nic mu nie jest. Zdarza się, że w ogóle nie udaje nam się spotkać, wtedy jedno z nas czeka kwadrans w chacie, a potem rusza na obchód. Pani Solomon czasem zatrzymuje mnie dłużej przy warzeniu, odmierzaniu i odważaniu leków ziołowych, które, według jej zapewnień, mają pomóc jej klientom, co się rzadko zdarza. Czasem kowal, u którego pracuje Weston, potrzebuje go w kuźni wcześniej, ponieważ jakiś rozpuszczony panicz musi natychmiast dostać nowy miecz albo jego koń zgubił podkowę. To się już zdarzało.

Ale Wes był tu wcześniej. I zawsze wraca pierwszy.

Chata jest mała i po rozpaleniu ognia szybko się nagrzewa. Nie ma tu elektryczności, więc jest dość ciemno, na szczęście nie potrzebuję dużo światła. Staram się skupić na pracy, żeby się nie zamartwiać. Ucieram każdy płatek na proszek, potem dokładnie przesypuję co do okruszka na szalkę wagi. Nawet po wysuszeniu ich zapach jest bardzo intensywny. Bogacze słono płacą za każdy gram, a potem marnują go, pijąc eliksir trzy razy dziennie – nawet ci bez żadnych objawów choroby. Król nazywa to „środkami zapobiegawczymi”. Picie eliksiru tylko raz dziennie jest więcej niż wystarczające. Mam notatki, które to potwierdzają. Nawet Wes na początku rozprowadzał zbyt duże dawki, aż mu pokazałam, że mniejsze są równie skuteczne, a możemy w ten sposób pomóc większej liczbie potrzebujących. Mój ojciec nazwałby to marnotrawstwem. Marnotrawstwem dobrego leku, podczas gdy wielu umiera, bo nie stać ich na jego kupno.

Ale mój ojciec dostał karę śmierci za zdradę i przemyt, więc ja w ogóle tego nie nazywam. Po prostu robię, co mogę.

Patrzę w okno. Purpurowy horyzont rozjaśnia się, przybierając kolor bladego różu. Mój wzrok wędruje na drzwi, jakby to miało sprawić, że pojawi się w nich Wes.

Nie pojawia się. Czajnik gwiżdże. Odlewam maleńkie porcje wody i odmierzam po piętnaście gramów sproszkowanych płatków. Dodaję jeszcze po dwie krople olejku różanego na kaszel; odmierzam go niemal tak samo precyzyjnie jak płatki Księżycowego Kwiatu. Staram się nie kraść tego, co można zdobyć legalnie, jednak na olejek różany idzie prawie cała moja tygodniówka, więc nawet Wesowi nie pozwalam go używać samodzielnie.

Gdy proszek z płatków i olejek połączą się już z wodą, dorzucam odrobinę kurkumy, która pomaga obniżyć gorączkę, przez co lekarstwo jest bardziej skuteczne, a na koniec listek mięty i szczyptę cukru. Dorosłych zwykle nie trzeba przekonywać do przyjęcia lekarstwa, co innego dzieci. Nie można ryzykować, że z powodu smaku je wyplują i zmarnują.

W Sektorze Królewskim rozlega się dźwięk syren alarmowych i krzyki. Podskakuję tak gwałtownie, że przewracam czarkę. Złapali kogoś.

Wesa.

Powinnam tam pobiec i zobaczyć. Nie – raczej powinnam uciec i się ukryć.

Moje ciało odmawia jednego i drugiego, zastyga.

Nie trać ducha, Tesso.

Muszę się ruszyć. Muszę dokończyć pracę. Eliksir jest skuteczniejszy, kiedy do płatków Księżycowego Kwiatu doda się inne składniki, lecz trzeba go wypić w ciągu kilku godzin od przygotowania. Muszę ruszyć na obchód i roznieść lekarstwo, nawet jeśli będę musiała to zrobić sama.

Syreny nadal wyją. W oddali słychać krzyki. Obudzą pół sektora. Mój oddech zmienia się w rzężenie. Przed oczami mam postać księcia Corricka, wezwanego, by rozprawić się ze zdrajcą. Wartownicy nie są delikatni. Uśmiech Westona zmieni się w grymas bólu. Nawet tu będę słyszeć jego wrzask. Będą kaleczyć jego ciało maleńkimi nożami, najmniejszymi, jakie sobie można wyobrazić. Będą mu wkładać żarzące się węgle do ust. Rzucą go żywcem na pożarcie królewskim lwom. Będą przypalać po kolei ręce i nogi, aż straci przytomność z…

– Na Boga, Tesso, już w ogóle nie jestem ci potrzebny.

Z okrzykiem przerażenia przewracam kolejną czarkę. Jest. Stoi w drzwiach. Z błyskiem w błękitnych tęczówkach pod maską, z beztroskim uśmiechem na ustach.

Widząc bałagan, jakiego narobiłam, Weston przewraca oczami.

– Może jednak jestem. – Podchodzi do stołu i stawia czarkę. – Był w niej już proszek?

Nie wiem, czy chcę go przytulić, czy mu przyłożyć. Może jedno i drugie.

– Spóźniłeś się. Słyszałam syreny. Myślałam… myślałam, że cię złapali.

– Nie dziś. – Wyciąga ze swojej torby pakunki z płatkami, potem trzy jabłka i kawałek jeszcze ciepłego ciasta posypanego cukrem. – Proszę. Piekarz był zajęty utyskiwaniem na córkę, więc zwinąłem trochę jedzenia.

Spóźnił się, żeby przynieść mi śniadanie. I to jakie śniadanie. Trudno wyobrazić sobie coś smaczniejszego niż przysmaki z Sektora Królewskiego. Jabłka są nadziewane miodem, ciasto pieczone na prawdziwym maśle, przekładane śmietanką, posypane cukrem.

Otwieram usta. Zamykam. Marszczę brwi i odwracam się. Znów mam ściśnięte gardło, ale z zupełnie innego powodu.

– To bardzo miło z twojej strony, Weston.

– „To bardzo miło z twojej strony”? – obrusza się. – Chyba jesteśmy dziś nie w sosie.

– Muszę dokończyć eliksir.

– Ja dokończę. Ty zjedz.

– Zaraz zjem.

Nadal słychać wycie syren po drugiej stronie muru, ale teraz mogę się już nimi nie przejmować. To pewnie kolejny przemytnik. Jutro prawdopodobnie zobaczymy jego skórę wywieszoną przy bramie, kiedy król i jego brat skończą się znęcać nad jego ciałem.

– Jak chcesz.

Weston bierze jabłko i rozsiada na jedynym krześle, opierając nogi na stole. Ma kapelusz z szerokim rondem i maskę, która zakrywa twarz na wysokości oczu. Jednak teraz, w chacie, kapelusz odsunął w tył. Oświetla go tylko blask ognia z pieca. Nie jestem w stanie nawet stwierdzić, jakiego koloru ma włosy. Zwykle jest nieogolony. Gdy siedzi blisko świecy, jego delikatny zarost wydaje się rudobrązowy – w kolorze piegów, jakie widać na krawędziach maski. Skórę wokół oczu ma wysmarowaną węglem lub sadzą, przez co błękit tęczówek jest wyjątkowo jasny. Nigdy nie widziałam takich oczu. Ja mam orzechowozielone, a do tego brązowe włosy zaplecione w ciasny warkocz ukryty pod kapeluszem. Wes mówi zawsze, że w mojej masce i czarnej kurtce wyglądam jak kot. Kiedyś, w przypływie śmiałości i pewności siebie, powiedziałam mu, że powinien zobaczyć mnie bez przebrania, żeby wiedział, jak wygląda młoda kobieta, lecz natychmiast spoważniał.

– Nigdy – powiedział. – To zbyt niebezpieczne. Gdybyśmy wiedzieli, jak wygląda drugie, moglibyśmy zdradzić to na torturach. Nie zrobię ci tego. – Urwał. – I nie chcę, żebyś ty zrobiła to mnie.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że naprawdę wcale nie nazywa się Weston Lark. On pewnie myśli, że Tessa Cade też jest wymyślona, ale nie jest. Poznaliśmy się dwa lata temu, w chwili gdy na moich oczach zginęli moi rodzice, a ja byłam zbyt zrozpaczona, by wymyślić fałszywe nazwisko.

– Jesteś dziś milcząca – odzywa się Wes. Głośno gryzie jabłko. Mam ochotę wyrwać mu je z dłoni. – Coś się stało?

– Nie. – Wlewam gotowy eliksir do buteleczek. Zwykle on to robi. Potem znów nalewam wodę do czarek i zaczynam cały proces od nowa.

Za plecami słyszę, jak wstaje z krzesła. Podchodzi do mnie tak blisko, że czuję jego zapach. Pachnie lasem i cynamonem z piekarni – ale też czymś innym, cięższym, czymś, co nie pozwala mieć wątpliwości, że to Wes.

– Tesso.

Uśmiecham się z zadowoleniem, słysząc jęk, kiedy daję mu kuksańca w brzuch.

– A to za co? – mówi z wyrzutem.

– Za to, że przez ciebie się martwiłam.

– Przecież przyniosłem ci śniadanie.

Jego głos, głęboki i silny, słyszę tuż za plecami.

Ignoruję go.

Pochyla się tak blisko, że czuję jego oddech na odsłoniętym fragmencie szyi między włosami a wysokim kołnierzem kurtki. Przed moimi oczami pojawia się jabłko oplecione jego długimi palcami.

– To naprawdę pyszne śniadanie – kusi.

Biorę jabłko. Jest oprószone cukrem. Ciepłe w dotyku. Zastanawiam się, czy miód w środku też jest ciepły.

Wbrew sobie gryzę. Miód rzeczywiście jest ciepły.

– Nienawidzę cię – mamroczę z pełnymi ustami.

– To nawet lepiej. – Przesuwa mój kapelusz parę centymetrów do góry i uśmiecha się szeroko. – Jedz szybko – dodaje. – Robota czeka.

Rozdział drugi

Corrick

Godzinami wsłuchuję się w oddech mojego brata. Za każdym razem, gdy bierze wdech, słyszę nowy dźwięk – subtelne drżenie w płucach. W Dziczy nazywają to śmiertelnym rzężeniem, bo zwiastuje rychły koniec.

W jego komnatach nie chcę używać słowa „śmierć”. Nawet w myślach.

On nie ma gorączki. Nie ma powodów do obaw.

Sam siebie nie potrafię przekonać.

Przez otwarte okno wpadają promienie słońca, a ptaki wyśpiewują swoje trele wśród drzew. Harristan nie powinien już spać, ale nie chcę go budzić. Wszyscy za drzwiami jego komnat myślą, że od rana siedzimy nad papierami. Dwa razy posyłałem po jedzenie. Starczyłoby go dla kilkunastu ludzi, lecz większość stoi nietknięta. Nad pokrojonymi owocami zaczynają latać muchy, nad ciastem zaś krąży pszczoła.

Harristan lekko pokasłuje, a jego oddech staje się lżejszy. Może tylko coś drapało go w gardle. Nerwowy ucisk w mojej piersi słabnie. Przesuwam ręką po karku i odkrywam, że jest wilgotny.

Do komnaty wpada podmuch wiatru – delikatny, jednak na tyle silny, że rozrzuciłby papiery po stole, gdybym ich w porę nie przygwoździł lampą. Jeden z nas musi się zabrać do pracy. Robiłem notatki na marginesie prośby o fundusze od jednego z miast na wschodzie, wyszukując braki i nieścisłości w uzasadnieniu potrzeby budowy nowego mostu. Myślałem, że przeczytam ledwie parę stron, nim Harristan się obudzi, ale zdążyłem już dotrzeć do końca, więc musiało upłynąć sporo czasu.

Wyciągam mój kieszonkowy zegarek i patrzę na błyszczące diamenty zdobiące tarczę. Już południe. Jeśli Harristan nie pojawi się na spotkaniu z konsulami sektorów, rozejdą się plotki, których nie zdołam wyciszyć.

Jakby moje myśli go przywołały, mój brat porusza się i mruga oślepiony promieniami słońca. Spogląda na mnie spod zmarszczonych brwi, siada i przeciąga dłonią po twarzy.

– Jest późno. Dlaczego mnie nie obudziłeś?

Uważnie wsłuchuję się w jego głos, ale nie ma w nim chropowatości. Oddycha także bez trudu. Może mi się wydawało.

– Właśnie miałem to zrobić. – Idę do kredensu i biorę dzbanek. – Herbata wystygła.

Mimo to nalewam mu filiżankę i zanoszę razem z zakrzywioną fiolką eliksiru z Księżycowego Kwiatu, który jest ciemniejszy niż zwykle. W ubiegłym tygodniu, po tym, jak powrócił kaszel, pałacowy zielarz podwoił dawkę, więc może lek zaczyna działać.

Harristan odkorkowuje fiolkę i krzywiąc się, wypija zawartość.

– No już, już – mówię bez cienia współczucia.

Uśmiecha się. Robi to tylko, gdy jesteśmy sami. Poza tymi komnatami żaden z nas nie uśmiecha się zbyt często.

– Co robiłeś cały ranek?

– Analizowałem prośbę z Artis. Przygotowałem odmowę do podpisania.

Jego twarz przybiera poważny wyraz.

– Odmowę?

– Proszą o kwotę dwa razy większą niż koszt budowy nowego mostu. Dobrze się maskują, ale ktoś stał się chciwy.

– Nie jestem ci w ogóle potrzebny.

Mówi to lekkim tonem, jednak te słowa uderzają we mnie jak strzała. Kandala potrzebuje swojego króla. Ja potrzebuję mojego brata.

Odpycham troski i zakładam ręce na piersi.

– Musisz się ubrać i ogolić. Poślę po Geoffreya. Mówiłem, że jesteśmy zbyt zajęci, i prosiłem, żeby nam nie przeszkadzać. Quint już dwa razy prosił o widzenie z tobą, ale będzie musiał poczekać do kolacji, chyba że…

– Cory…

Jego głos jest cichy. Zamieram. Nazywa mnie tak jedynie na osobności. To przypomina mi dzieciństwo, które przeminęło. Przezwisko z czasów, kiedy byłem mały i niecierpliwy i chodziłem za nim krok w krok. Imię, które z czułością wymawiała nasza matka, którym zachęcał mnie do działania nasz ojciec w czasach, gdy wierzyliśmy, że wszyscy nas kochają. Zanim ktokolwiek usłyszał o gorączce czy Księżycowym Kwiecie, kiedy nikt nie spodziewał się zmian, jakie nastaną w naszym kraju. Kiedy wszyscy myśleli, że miną dekady, nim Harristan obejmie tron, i że będzie rządził stanowczą, a jednocześnie wrażliwą ręką, troszcząc się o swój lud jak jego poprzednik.

Tymczasem cztery lata temu rodzice zostali zamordowani przez zamachowca na naszych oczach. Strzały przebiły im gardła w sali tronowej. Groty wbiły się w oparcia tronu, przytrzymując opadające głowy w górze z zastygłym na twarzach grymasem oraz szeroko otwartymi, zaszklonymi oczami, gdy krztusili się własną krwią. Ten obraz nadal prześladuje mnie czasem w snach.

Harristan miał wtedy dziewiętnaście lat. Ja piętnaście. Strzała trafiła go w ramię, kiedy rzucił się, by mnie osłonić.

To ja powinienem był osłonić jego.

Wpatruję się w jego błękitne oczy, szukając w nich oznak choroby.

Ale ich nie znajduję.

– Co?

– Lekarstwo znów działa. – Jego głos jest cichy. – Nie musisz się bawić w pielęgniarkę.

Uśmiecham się z lekką złośliwością

– Krwawy Cory pielęgniarką? Nigdy.

Harriston wywraca oczami.

– Nikt nie nazywa cię Krwawym Corym.

– Nie prosto w twarz.

Kiedy stają przede mną, jestem dla nich „Waszą Wysokością” albo „księciem Corrickiem”, a czasem, gdy są szczególnie oficjalni, „Najwyższym Sędzią Królewskim”.

Za plecami nazywają mnie gorzej. Dużo gorzej. Harristana też.

Nie przejmujemy się tym. Naszych rodziców kochano i oni kochali swój lud. To skończyło się zdradą i śmiercią.

Strach sprawdza się lepiej.

Podchodzę do szafy. Wyjmuję zdobioną koronką koszulę i rzucam ją bratu.

– Nie chcesz pielęgniarki? To przestań się lenić. Masz kraj, którym trzeba rządzić.

***

Kiedy wchodzimy do komnaty, na kredensie już stoi obiad. Pieczony bażant ociekający miodem i sosem z jagód, ułożony na zielonych i korzeniowych warzywach. Kilka piór zmyślnie przymocowano do złoconego brzegu każdego półmiska błyszczącą kroplą skrystalizowanego miodu. Choć służba stoi w milczeniu pod ścianą, czekając, by zacząć podawać, ośmiu konsulów królewskich stoi przy oknie, prowadząc ożywioną rozmowę. Ja jestem dziewiątym, lecz nie interesują mnie konwersacje.

Konsulów było dziesięciu, jednak Barnard okazał się przywódcą spisku, w którym zginęli moi rodzice. Nas też by zabił. Po tym, jak Harristan ocalił mi życie, zobaczyłem Barnarda zamierzającego się na niego sztyletem.

Mój brat leżał na mnie. W uchu słyszałem jego oddech, pełen paniki i bólu. Wyciągnąłem strzałę z ramienia Harristana i wbiłem ją w szyję zamachowca.

Mrugam szybko, żeby odpędzić wspomnienie. Gdy wchodzimy do komnaty, konsulowie milkną. Każdy lekko skłania się przed moim bratem, po czym rusza do swojego krzesła, ale nikt nie usiądzie, zanim nie zrobi tego Harristan i nikt nie zacznie jeść, dopóki obaj nie weźmiemy pierwszego kęsa.

Stół ma trójkątny kształt: zwęża się w jednym punkcie jak grot strzały. Harristan siada na swoim krześle w końcu stołu, ja siadam na moim, po jego prawej stronie. Ośmiu konsulów także siada; jedno krzesło, bezpośrednio koło mnie, które zwykł zajmować konsul Barnard, pozostaje puste. Sektor Nabrzeża Kupców nie ma nowego konsula. Harristan nie spieszy się z jego powołaniem. Po tym, co zrobił Barnard, ludzie między sobą często nazywają je Nabrzeżem Zdrajców, choć nikt nie mówi tak w naszej obecności. Nikt nie chce przypominać królowi ani jego bratu o tych wydarzeniach.

Mojego brata szanują – i tak powinno być.

Mnie się boją. Nie przeszkadza mi to, a to przed nudnymi konwersacjami.

Każdą osobę obecną w tej komnacie znamy od urodzenia, niestety już od dawna nie panuje tu swobodna atmosfera, jakiej można by oczekiwać przy tak długiej znajomości. Widzieliśmy, do czego doprowadziły naszych rodziców poczucie zadowolenia i zaufanie. Wiemy, jak mogłoby to się skończyć dla nas. Gdy Harristan miał dziewiętnaście lat, z jeszcze krwawiącym ramieniem zwołał pierwsze posiedzenie w tej komnacie. Obaj byliśmy otumanieni bólem i szokiem, a mimo to poszedłem za nim i stanąłem u jego boku. Pamiętam, jak myślałem, że po śmierci rodziców konsulowie okażą nam wsparcie i współczucie. Pamiętam, jak myślałem, że razem będziemy ich opłakiwać.

Ale ledwo weszliśmy do komnaty, konsul Theadosia oświadczyła z drwiną, że Rada Królewska to nie miejsce dla dzieci. Mówiła o mnie, lecz jej ton wskazywał, że miała na myśli także Harristana.

– To dziecko – powiedział Harristan – jest moim bratem, waszym księciem.

Jego głos był jak grom. Nigdy nie słyszałem go takiego. Ten głos dał mi siłę, by stać tam, choć chciałem uciec i skryć się pod łóżkiem, udawać, że mój świat wcale nie został właśnie wywrócony do góry nogami.

– Corrick ocalił mi życie – ciągnął Harristan. – Życie waszego nowego króla. Naraził własne, kiedy żadne z was, także ty, Theadosio, nie kiwnęło palcem. Mianowałem go Najwyższym Sędzią Królewskim i będzie uczestniczył w każdym spotkaniu, w którym zechce.

Zamarłem, słysząc te słowa. Najwyższy Sędzia Królewski był najważniejszym doradcą króla, drugą najistotniejszą osobą w królestwie. Nasz ojciec wspomniał kiedyś, że cieszył się łaską ludu, bo Najwyższy Sędzia Królewski załatwiał za niego wszystkie… nieprzyjemne sprawy.

– Corrick będzie Najwyższym Sędzią Królewskim? Piętnastolatek? – zapytał ówczesny konsul o nazwisku Talec. Mówiąc to, udawał kaszel, by ukryć śmiech.

– Nie wyraziłem się jasno? – syknął Harristan.

– A o jakichże to sprawach będzie rozsądzał? Zabroni deserku? Zabroni się bawić w berka przestępcom w Kandali?

– Musimy być silni – oznajmiła Theadosia z pogardą w głosie. – Hańbisz pamięć swoich rodziców. To nie czas, by władcy Kandali stawali się przedmiotem drwin.

Hańbisz pamięć swoich rodziców. Te słowa zmieniły moje serce w lód. Nasi rodzice zginęli, bo Rada nie zdołała wykryć zdrajcy.

– Wygląda, jakby się miał zaraz rozpłakać – stwierdził Talec. – Myślisz, że z nim u boku zdołasz utrzymać tron?

To prawda, zbierało mi się na płacz. Ale po tych wszystkich słowach nie śmiałem okazać choćby cienia słabości. Moich rodziców zabił ktoś, komu ufali, nie mogliśmy pozwolić, by spotkało nas to samo.

– Nie będzie deserku i nie będzie berka – przemówiłem tonem równie nieustępliwym, jak przed chwilą Harristan. Czułem się, jakbym miał zagrać rolę, której nie miałem czasu się nauczyć. – Ty spędzisz trzydzieści dni przy żniwach. A ty będziesz pościć od południa do następnego ranka.

Przez moment panowała kompletna cisza, potem Theadosia i Talec zerwali się ze swoich miejsc.

– To niedorzeczne! – krzyczeli. – Nie masz prawa posłać nas w pole z robotnikami!

– Chcieliście wiedzieć, o czym będę rozsądzał – odparłem. – Tylko się uwijajcie. Słyszałem, że nadzorcy lubią używać bata.

Oczy Taleca płonęły gniewem.

– Jesteście dziećmi. Nie utrzymacie tronu.

– Straż – mruknąłem beznamiętnie.

Pamiętam, że nie byłem pewien, czy straże mnie posłuchają. Bałem się, że Rada może zechcieć nas obalić. To faktycznie mogłoby zhańbić pamięć naszych rodziców. Po tym, co zrobił Barnard, każda twarz wydawała się skrywać sekretny motyw, który doprowadzi do naszej śmierci.

A jednak straże podeszły i pochwyciły Taleca oraz Theadosię. Drzwi zatrzasnęły się za nimi, pozostawiając komnatę w kompletnej ciszy. Każda para oczu przy stole otwarta była szeroko i wpatrzona w mojego brata.

Harristan wskazał na krzesło po swojej prawej stronie, przed chwilą opuszczone przez Taleca.

– Książę Corricku, siadaj, proszę.

Usiadłem. Nikt więcej nie odważył się odezwać.

Harristan zasiada na tronie od czterech lat.

Dziś przyszliśmy później niż zwykle; jedzenie na pewno wystygnie, ale Harristanowi nie spieszy się do talerza. Kiedy mój ojciec prowadził te spotkania, panowała swobodna, wręcz radosna atmosfera. Za obecnych rządów tak nie jest.

Brat odwraca się do mnie.

– Masz odpowiedź dla Artis?

Kładę przed nim na stole skórzaną teczkę, a obok niej wieczne pióro. Harristan robi przedstawienie, jakoby czytał dokument, choć pewnie podpisałby wyrok na samego siebie, gdybym mu go podsunął. Brak mu cierpliwości do długich wywodów prawniczych. Zajmują go wielkie plany i szerokie spojrzenie. Od szczegółów jestem ja.

Składa podpis w teatralny sposób, odkłada pióro i podsuwa teczkę Jonasowi Beechingowi, starszemu mężczyźnie, którego obwód w pasie jest chyba równy wzrostowi. Jestem pewien, że nie może się doczekać posiłku, mimo to żwawo zagląda do dokumentów. Widzę po nim, że spodziewa się pozytywnej odpowiedzi. Niemal ślini się na myśl powrotu do Artis ze szkatułkami pełnymi złota.

Mina mu rzednie, gdy czyta odmowę, którą napisałem.

– Wasza Królewska Mość – zwraca się ostrożnie do Harristana. – Ten most skróciłby czas podróży z Artis do Sektora Królewskiego o trzy dni.

– I powinien kosztować o połowę mniej – odpowiadam.

– Ale… Moi inżynierowie miesiącami opracowywali ten projekt. – Spogląda na stół, potem znów na nas. – Na pewno nie sposób rozstrzygnąć tej kwestii w mniej niż dzień…

– Twoi inżynierowie się mylą – oświadczam.

– Może uda nam się znaleźć jakiś kompromis. Może… może doszło do jakiejś pomyłki w obliczeniach.

– Więc chcesz szukać kompromisu czy podejrzewasz pomyłkę? – pyta Harristan.

– Ja… – Jonas milknie z otwartymi ustami. Waha się. Jego ton robi się szorstki. – Jedno i drugie, Wasza Królewska Mość. – Zawiesza głos. – Gorączka zabrała wielu mieszkańców Artis.

Na wspomnienie choroby odruchowo chcę spojrzeć na Harristana. Chcę się upewnić, że nic mu nie jest. Że to rzężenie w jego oddechu z rana było tylko wytworem mojej wyobraźni.

Zbieram w sobie całą siłę i nie odwracam wzroku od Jonasa.

– Artis otrzymuje swój przydział płatków Księżycowego Kwiatu jak każdy inny sektor. Jeśli twoi obywatele potrzebują więcej, muszą je sobie kupić, tak jak inni.

– Wiem, wiem. – Jonas odchrząkuje. – Wydaje się, że ciepła pogoda powoduje szybsze rozprzestrzenianie się choroby wśród pracowników doków. Mamy problemy z ludźmi od załadunku i załogami statków. Most pozwoliłby nam się uniezależnić od drogi wodnej i odbudować część kontaktów handlowych, które utraciliśmy.

– Zatem należało poprosić o odpowiednią kwotę – stwierdzam.

– Artis nie zbuduje mostu bez zdrowych robotników – wtrąca Arella Cherry siedząca po przeciwnej stronie stołu. Objęła stanowisko po swoim ojcu, kiedy ten w ubiegłym roku postanowił wycofać się z racji podeszłego wieku. Jest z Sunkeep, sektora położonego daleko na południe, którego granicą od zachodu jest Płonąca Rzeka, a od południa i wschodu – ocean. Mieszkańcy jej sektora radzą sobie najlepiej z gorączką. Uważa się, że to gorący, wilgotny klimat Sunkeep sprawia, że są mniej podatni na chorobę. Jednak ten sam uciążliwy gorąc jest też przyczyną najsłabszego zaludnienia tego regionu Kandali. Arella ma delikatny głos, śniadą skórę i czarne włosy do pasa, zawsze spięte w kok z tyłu głowy. – Może w związku z prośbą należałoby uwzględnić kwestię przydziału leku.

– Każde miasto potrzebuje zdrowych robotników do pracy – oznajmia Harristan. – I dlatego każde miasto otrzymuje przydział leku dla swoich mieszkańców. Także twoje, Arello.

– Tak, Wasza Królewska Mość – odpowiada. – Dzięki temu mieszkańcy mojego sektora mają się dobrze. – Urywa. – Tyle że mieszkańcy mojego sektora nie próbują budować mostu przez Rzekę Królowej w morderczym letnim upale.

Jej głos jest cichy i pełen szacunku, ale pod tym łagodnym tonem i delikatnymi dłońmi kryje się serce twarde jak skała. Gdyby zdołała postawić na swoim, Harristan zająłby ziemie Allisandra i innych i z zapamiętaniem rozprowadzał płatki Księżycowego Kwiatu. Mielibyśmy też przy okazji wojnę domową na całego, bo inni konsulowie odmówiliby oddania części swoich terytoriów, jednak Arella nigdy nie dopuści do siebie tej strony medalu. Mimo to jest jedną z nielicznych osób przy tym stole, z którymi lubię rozmawiać.

Niestety ostatnia kobieta, która starała się mi przypodobać, próbowała także otruć mnie i Harristana przy kolacji. Nie była to pierwsza próba zamachu, choć zdecydowanie najbliższa powodzenia od czasu śmierci naszych rodziców.

Tak więc, jeśli o mnie chodzi, romans nie wchodzi w grę.

Allisander Sallister chrząka. Siedzi niemal naprzeciw mnie, ma bladą twarz i różowe plamy na policzkach, które wyglądają jak namalowane. Włosy i brwi ma gęste, brązowe, a do tego nosi kozią bródkę, którą jest najwyraźniej zachwycony, choć moim zdaniem wygląda idiotycznie. Jest tylko rok młodszy od Harristana. Przyjaźnili się w dzieciństwie. Kiedy byliśmy mali, mój brat miał niewielu towarzyszy, a spośród nich to Allisander miał dość cierpliwości, by przesiadywać w bibliotece, przesuwać pionki po szachownicy i słuchać nauczycieli czytających poezję.

Ale gdy byli nastolatkami, ojciec Allisandra, Nathaniel Sallister, poprosił o dodatkowe ziemie z sąsiedniego sektora, twierdząc, że jego pola przynoszą więcej plonów, więc przyniosłyby większe zyski i większe podatki dla Korony. Nasz ojciec, król, odmówił. Wtedy Allisander zwrócił się do Harristana, powołując się na ich przyjaźń, by wstawił się u niego za Sallisterami, lecz mimo to ojciec, człowiek uczciwy i sprawiedliwy, odmówił.

– Nie możemy zmuszać jednego sektora, by oddał ziemię innemu – zwrócił się do nas przy kolacji. – Ziemie podzielono według prawa i nie możemy niesprawiedliwie odbierać jednym, by dać drugim.

Zmusił Harristana, by osobiście odmówił Allisandrowi. Publicznie. Przy kolacji, w której uczestniczyli wszyscy konsulowie.

Z perspektywy czasu myślę, że ojciec chciał w ten sposób dać do zrozumienia, że uważa szukanie protekcji przez dzieci za nieuczciwe i że nie da się wciągnąć w takie gierki.

Niestety Allisander wziął to do siebie. Od tamtej pory rzadko bywał w pałacu. Zmieniło się to dopiero w ubiegłym roku, kiedy jego ciułający srebro ojciec ustąpił ze stanowiska. Harristan miał nadzieję, że Allisander będzie nowym głosem swojego sektora, kluczem do zwiększenia dostępności płatków Księżycowego Kwiatu.

W rzeczywistości okazał się gorszy niż ojciec. Za czasów Nathaniela Sallistera ceny Księżycowego Kwiatu były wysokie, lecz stabilne. Allisander nigdy nie przepuści okazji, żeby negocjować podwyżkę. Harristan nie dopuszcza myśli, że spór z czasów, gdy byli nastolatkami, ma coś wspólnego z nieustępliwością Allisandra w targach, ale ja nie mam co do tego wątpliwości.

Wiele czasu podczas tych spotkań spędzam na wymyślaniu sposobów, jak go zirytować.

– Nowy most i dodatkowy przydział leku dałby Artis niesprawiedliwą przewagę handlową – ocenia Allisander.

– Niesprawiedliwą przewagę! – oburza się Jonas. – Ty i Lissa kontrolujecie rynek Księżycowego Kwiatu i ty mnie oskarżasz o próbę uzyskania niesprawiedliwej przewagi?

Allisander układa dłonie w piramidkę i milczy.

Jonas się nie myli. Allisander Sallister reprezentuje Księżycowe Równiny, a Lissa Marpetta – Emberridge. To dwa sektory, w których rośnie Księżycowy Kwiat, jedyne znane lekarstwo na gorączkę, która nęka Kandalę.

A więc najbogatsze sektory. I najpotężniejsze.

To powód, dla którego wszystkie moje pomysły na zirytowanie Allisandra pozostają w mojej głowie. Mogę go nienawidzić, jednak potrzebuję mieć go po swojej stronie.

– Niezależnie od przewagi – mówię – twoje motywy zawarte w prośbie nie były uczciwe, Jonasie.

Allisander spogląda na mnie i skinieniem głowy wyraża swoje uznanie.

Odpowiadam mu tym samym, choć mam ochotę rzucić w niego piórem.

Roydan Pelham odchrząkuje przy drugim końcu stołu. Dobiega osiemdziesiątki. Ma wysuszoną skórę, która jakby nie mogła się zdecydować, czy ma być beżowa, czy ziemista. Należał do rady jeszcze w czasach, kiedy królem był mój dziadek. Większość pozostałych wydaje się go tolerować z uwagi na podeszły wiek, acz niezbyt chętnie. Robi wszystko po swojemu, a przy tym jest jedynym spośród konsulów, który wydawał się szczerze zatroskany o nas po zabójstwie naszych rodziców. Nikt nie hołubił Harristana ani mnie, ale gdyby ktoś miał, to tylko Roydan.

– Moi ludzie cierpią tak samo jak ludzie w Artis – mruczy cicho. – Jeśli przychylisz się do tej prośby, złożę taką samą.

– Ty nie masz rzeki, przez którą musisz się przeprawiać! – woła Jonas.

– Zaiste, nie – odpowiada Roydan. – Ale moi ludzie chorują tak samo.

Mój umysł chce się odciąć. To często podnoszony argument. Temat i tak by wypłynął, jeśli nie przy okazji prośby Artis, to przy innej. Na gorączkę nie ma lekarstwa. Nasz lud cierpi. Allisander i Lissa nie oddadzą władzy i kontroli, jaką dają im ich ziemie i zasoby – choć Harristan dałby wiele, by móc przejąć ich terytoria, inni konsulowie się na to nie zgodzą.

Mój brat pozwala im na kilka minut kłótni. Ma więcej cierpliwości ode mnie. A może jest tylko bardziej wypoczęty. Pozwoliłem mu spać do południa, podczas gdy sam wstałem jeszcze przed świtem.

Wreszcie poprawia się na krześle, bierze wdech i to wystarczy, żeby się pozamykali.

– Twoja prośba została oddalona – odzywa się Harristan do Jonasa. – Możesz złożyć następną przed kolejnym spotkaniem za miesiąc.

Jonas zaczerpuje powietrza, jakby miał zamiar się kłócić, jednak zerka na mnie i zamyka usta. Cierpliwość mojego brata też ma granice i nikt z zebranych nie chce ich poznać.

– Skoro twoi ludzie cierpią – mówi bez cienia lęku Arella – nie byłoby nic niestosownego w tym, by Korona pomogła im wyzdrowieć.

Harristan patrzy na nią ponad stołem.

– Za jaką cenę? Cała Kandala cierpi. Dostawy płatków Księżycowego Kwiatu nie są niewyczerpane. Jakiego dokonałabyś wyboru, Arello? Poświęciłabyś własne dawki? Dawki swojej rodziny?

Arella przełyka z trudem ślinę. Nie zrobiłaby tego. Nikt z nich by tego nie zrobił.

Myślę o porannym kaszlu Harristana, o jego gorączce sprzed miesiąca, i nawet nie mam im tego za złe.

Ja też bym tego nie zrobił.

– Pora coś zjeść – zauważa Harristan. Milczący służący ruszają spod ściany i zaczynają podawać jedzenie. Przez chwilę komnatę wypełnia tylko stukanie sztućców o porcelanę. Ale pomiędzy nimi słyszę cichy głos Jonasa szepczącego do Jaspera Golda, konsula Mosswell.

– Są bez serca – mamrocze.

Zamieram. Kątem oka widzę, że widelec Harristana także się zatrzymuje. Może to przypadek. Czekam, żeby się przekonać, czy zareaguje na te słowa.

Nie reaguje.

A ponieważ nie jestem bez serca, ja też nie reaguję.

Rozdział trzeci

Tessa

Kiedy mieliśmy dobry dzień, potrafiliśmy z Westonem dostarczyć nawet sto porcji eliksiru. Raz pomyślałam, że może powinniśmy roznosić eliksir oddzielnie, bo wtedy odwiedzilibyśmy dwa razy tyle rodzin, ale Wes upiera się, że zawsze jedno musi zostać na czatach. Zresztą, szczerze mówiąc, napełnione fiolki są tak ciężkie, że wątpię, czy byłabym w stanie sama udźwignąć zapas dla stu rodzin.

Są dni, kiedy to uczucie jest nie do zniesienia. Cierpią tysiące. Może nawet dziesiątki tysięcy. To, co robimy, to kropla w morzu – czasem docieramy za późno, czasem udaje nam się ukraść za mało albo choroba postępuje tak szybko, że lekarstwo nie zdąży zadziałać.

Najgorzej jest, kiedy za pierwszym razem ktoś ma tylko bóle mięśni, a gdy wracamy z następną dawką, już nie żyje.

Dziś zaczynamy nasz obchód dość szybko, bo z wczoraj został nam spory zapas utartych płatków, więc dziś nie musimy zaczynać od kradzieży. Nie przyznam się do tego Wesowi, lecz nadal jestem trochę roztrzęsiona po tym jego spóźnieniu. Dokuczałby mi do końca życia. Jak zwykle idziemy przez las, a on cicho pogwizduje. Pewnie myśli, że nie znam tej melodii – sprośnej tawernowej piosenki o marynarzu zabiegającym o wdzięki panny – jednak się myli. Mój ojciec stale śpiewał takie piosenki, kiedy rozcierał korzenie i odmierzał leki, ponieważ od nich moja mama się rumieniła i chichotała.

Wspomnienie moich rodziców nadal ściska mi gardło, dlatego je przeganiam i zaczynam kopać kamienie.

– Nie powinieneś gwizdać tej piosenki – mówię. – Jest wulgarna.

Spogląda na mnie i opuszcza rondo mojego kapelusza kilka centymetrów w dół.

– Miłość nigdy nie jest wulgarna, Tesso.

– Więc twoim zdaniem to jest piosenka o miłości?

– Jestem pewien, że dziewczyna czuje coś do marynarza. Inaczej nie zdejmowałaby bielizny, prawda?

Teraz moje policzki robią się czerwone. Całe szczęście jest ciemno, a moją twarz dodatkowo zakrywa maska. Nie mam zamiaru dać mu tej satysfakcji i zacząć chichotać.

– Jesteś niemożliwy.

– Przeciwnie. Jestem bardzo możliwy. – Wyciąga jabłko ze swojego plecaka i podaje mi. – Może małe śniadanko?

Mrugam zdziwiona. Nie mieliśmy czasu pójść dziś do Sektora Królewskiego. Nie podoba mi się myśl, że Wes był tam bez mojej wiedzy. Czasem zastanawiam się, co bym zrobiła, gdyby po prostu zniknął.

Nie powinnam się tak przywiązywać. Wiem, że nie powinnam. Ale od czasu egzekucji moich rodziców Wes jest jedyną stałą rzeczą w moim życiu. Myśl, że los mógłby mi odebrać i jego, jest niemal nie do zniesienia.

– Zachowałem z wczoraj – dodaje, jakby czytał mi w myślach.

– Aha.

Waham się. W brzuchu mi burczy, lecz wiem, że pracownicy kuźni nie mają zbyt wielu okazji do jedzenia i na pewno Wes też jest głodny.

– Dziękuję, lepiej sam zjedz.

Nie kłóci się ze mną, zamiast tego wbija zęby w jabłko. Chrupanie rozchodzi się echem w porannej ciszy.

– Na pewno? – drąży, wyciągając je w moją stronę. – Miód wystygł, ale nadal jest słodki.

Kiedy dalej się waham, bierze mnie za rękę i wciska w nią owoc.

– Na Boga, Tesso. Po prostu weź.

Czuję ciepło jego palców i staram się nie myśleć o tym, że przed chwilą tego jabłka dotykały jego usta. Obracam je, żeby ugryźć z drugiej strony.

Znów zaczyna gwizdać tę głupią pijacką piosenkę. Przewracam oczami i odgryzam kolejny kęs jabłka.

Granice między większością sektorów Kandali są otwarte, z wyjątkiem trzech: Sektora Królewskiego, gdzie mieszka król, jego brat i wszyscy możni, oraz Księżycowych Równin i Emberridge, gdzie rośnie Księżycowy Kwiat. Te sektory są mocno strzeżone i otoczone murem, szczycą się też najzdrowszą i najzamożniejszą ludnością. Sektor Królewski mieści się w środkowej części Kandali, otoczony jest pięcioma innymi sektorami. Mosswell, na północy, zajmuje się głównie hodowlą zwierząt i produkcją rolną. Artis, na wschodzie, słynie z handlu drewnem dzięki bliskości Rzeki Królowej. Kraina Smutku to rozległy sektor na zachodzie, w większości pustynny.

Na południe od Sektora Królewskiego leży Stalowe Miasto, które ze względu na liczne kopalnie żelaza jest stolicą kowali i operatorów maszyn. I wreszcie Nabrzeże Kupców – tętniące życiem centrum handlu ciągnące się kilometrami wzdłuż Ognistej Rzeki. Czasem nazywają je Nabrzeżem Zdrajców od czasu, gdy główny konsul tego sektora zabił króla i królową.

Tereny wokół Sektora Królewskiego są mocno zalesione, zarośnięte chaszczami, jeżynami i kolczastymi pnączami, przez które trudno się przedrzeć – idealne miejsce na naszą chatę, w której przyrządzamy lek. Tym bardziej, że jest położone z dala od głównej bramy do sektora, a nasz mały piec na drewno prawie nie dymi.

Za lasem znajduje się teren, gdzie zbiega się większość sektorów okalających Sektor Królewski niczym szprychy w kole. Ze względu na bliskość Sektora Królewskiego jest gęsto zaludniony, lecz też bardzo ubogi, pełen chorób i uzbrojonych strażników, szukających przemytników i wichrzycieli. Mój ojciec mawiał, że dworskie elity z drwiącym uśmieszkiem nazywają te rejony Dziczą, co uwłacza ludziom zmuszonym tam mieszkać i pracować. Ale ludzie przyjęli tę nazwę za własną i dziś, kiedy granice między sektorami się zacierają, a ludzi łączy wspólna tragedia, mieszkanie w Dziczy jest nawet powodem do dumy.

Zawsze zaczynamy od części Dziczy przylegającej do Stalowego Miasta, bo jest najbliżej naszej chaty i Wes chyba mniej niż ja martwi się, że może zostać złapany przez kogoś, kogo zna. Na zmianę trzymamy straż w kolejnych domach, bo nie da się po prostu zostawić leku i rozpłynąć w ciemnościach. Budzimy każdą osobę, pilnujemy, żeby wypiła eliksir do ostatniej kropelki, zabieramy fiolki i wychodzimy. „Nie zostawiaj żadnych dowodów”, powtarza Wes. Żadnych dowodów.

O tak wczesnej porze, jeszcze przed świtem, ulice są puste i ciche, jednak Wes teraz nie pogwizduje. Prześlizgujemy się od budynku do budynku pod osłoną mroku.

Gdy wchodzę na ganek kolejnego domu, słyszę dochodzący z wnętrza jęk. Stoję z ręką wyciągniętą w stronę drewnianych drzwi, wahając się, czy zapukać.

Weston wyłania się z ciemności i natychmiast jest przy mnie.

– Co się dzieje, Tesso?

Znów rozlega się jęk. Teraz Wes zamiera.

Mieszka tu Kendall z synem, Gillisem. Jej mąż zmarł dwa lata temu, ale ani ona, ani jej syn od tamtego czasu nie mieli żadnych objawów choroby. Czułam, że naprawdę im pomagamy. Gillis ma trzynaście lat i pracuje jako goniec w pobliskiej kuźni. Nie boi się ciężkiej pracy i zawsze szepcze, że kiedy tylko będzie dość duży, chce dołączyć do mnie i Wesa. Nie widzieliśmy go od tygodnia. Jego matka mówiła, że pracuje na poranną zmianę, a to znaczy, że omijają go kolejne dawki eliksiru, które przynosimy.

Wes lekko puka do drzwi i na chwilę zapada cisza. Potem z wnętrza dochodzi do nas urywany szloch.

Spoglądamy z Wesem na siebie. Przełykam z trudem ślinę.

Przyjaciel kładzie rękę na skoblu i otwiera drzwi. Kendall klęczy w ciemności na podłodze, a na kolanach trzyma owinięte kocami ciało. Podnosi głowę, gwałtownie nabierając powietrza.

To Gillis. Ja też robię wdech. Mój towarzysz kładzie palec na ustach i potrząsa głową. Nie jestem pewna, czy ten gest skierowany jest do niej, czy do mnie. Pewnie do nas obu.

– Tesso! – Kendall odzywa się mimo to, na wpół płacząc, na wpół krzycząc. – Wes. On umiera.

Umiera.

Więc nie umarł. Jeszcze nie.

Podchodzę do niej i padam obok na kolana. Gillis ma zamknięte oczy. Jego ciemne włosy są mokre od potu. To zwykle dobry znak, świadczący o przesileniu gorączki, ale mam wrażenie, że w tym przypadku to raczej skutek koców, którymi jest otulony. Nie wiem, jakim cudem nie słyszeliśmy jego oddechu zza drzwi. Śmiertelne rzężenie w jego piersi jest wyraźne.

Ból ściska mi serce.

– Może go pani posadzić? – pytam szeptem. – Mamy lek.

Tyle że jest już za późno. Widzę, że jest za późno. Jest nieprzytomny. Nie da rady wypić eliksiru. A nawet gdyby zdołał, raczej już mu nie pomoże.

Kendall kiwa pospiesznie głową. Wes patrzy na mnie. W jego oczach widnieje rezygnacja. Mimo to pomaga jej podnieść chłopca. Drobne ciało Gillisa opada bezwładnie, głowa zaś stacza się na ramię Wesa. Wyciągam z torby jedną z fiolek i odkorkowuję ją drżącymi palcami.

– Gillis? – przemawia cichym, łagodnym głosem Wes. – Gillis, otwórz oczy.

Wszyscy wstrzymujemy oddech. W nadziei na cud modlimy się i czekamy.

Na początku zarazy, gdy gorączka zaczęła zbierać pierwsze żniwo, wszyscy myśleli, że przenosi się przez bliski kontakt z chorym, zwłaszcza że na początku dotykała tylko mieszkańców Dziczy, dopiero później uderzyła także w możnych z Sektora Królewskiego. Bramy do niego były zamknięte przez długie tygodnie. Jednak mój ojciec prowadził rejestr zachorowań. Kiedy kolejne przypadki zaczęły pojawiać się bez żadnego schematu, nawet wśród tych, którzy się izolowali, szybko okazało się, że kontakt nie ma tu nic do rzeczy. Zachowałam notatki ojca – nie da się dostrzec żadnej prawidłowości w zachorowaniach. Choroba może zabrać jedno życie albo tuzin.

Może pozostawić nietkniętą całą rodzinę albo kilka ciał oczekujących na rozpalenie następnego stosu pogrzebowego.

Znów rozlega się szloch Kendall. Gdy już zaczynam tracić nadzieję, Gillis kaszle mocno, a potem mruga.

– Mamo? – mamrocze zachrypniętym głosem.

Kendall gwałtownie nabiera powietrza.

– Gillis! Och, Gillis! – Bierze jego twarz w dłonie. Chłopiec znowu powoli mruga.

– Ciii – mówi Wes. – Nocny patrol może nas usłyszeć. Tesso?

Biorę głęboki wdech: pierwszy, odkąd weszliśmy do środka.

– Proszę. – Wyciągam przed siebie fiolkę. – Gillis, musisz to wypić.

Jego kaszel jest mokry.

– Tak, panno Tesso.

Wes pomaga mu wypić eliksir, a ja w tym czasie pośpiesznie przeszukuję torbę, szukając między fiolkami buteleczki z żywicą z brzaskowca. Kilka kropel pomaga ocucić pijanego albo osobę z urazem głowy, jednak zauważyłam, że także przyspiesza działanie eliksiru z Księżycowego Kwiatu.

Kendall całuje go w czoło i policzki. Jej oddech drży, jak cała ona.

– Och, Gillis – szepcze z ustami przyciśniętymi do jego skroni.

Z trudem podnosi dłoń, żeby dotknąć jej twarzy. Wyjmuję zakraplacz z olejkiem z żywicą brzaskowca.

– Wypij jeszcze to – mruczę.

Rozchyla spierzchnięte wargi, a ja strząsam trzy krople olejku do jego ust. Przełyka.

– Ciii – powtarza Wes. Bierze rękę Gillisa i ściska ją delikatnie. – Ani się obejrzysz, a będziesz przemykał z nami, kryjąc się w cieniu. – Gillis mruga i uśmiecha się lekko. – Obiecaj mi to.

– Obiecuję.

Kendall znów całuje go w policzek, mamrocząc coś niewyraźnie, lecz miłość w jej głosie jest czysta i wyraźna. Kładę dłoń na jej ramieniu. Spogląda na mnie ze łzami w oczach.

Gillis kaszle mocno, potem próbuje wziąć wdech. Mięśnie szyi napinają się, kiedy walczy o powietrze. Wbija palce w ramię Wesa.

– Powoli – instruuje Wes, choć w jego głosie słyszę niepokój. – Spokojnie, Gillis. Oddychaj.

Chłopiec zaciska szczękę. Wygina kręgosłup w łuk i próbuje chwycić palcami coś niewidzialnego.

Potem bezwładnie opada na ramię Wesa.

Kendall zamiera. Ja także.

Wes się porusza. Kładzie chłopca na podłodze, odsuwając koce. Przykłada dwa palce do szyi Gillisa, potem pochyla się i przykłada ucho do jego ust.

Gillis się nie porusza.

Przyjaciel podnosi wzrok. Jego oczy są jak błękitne jeziora smutku.

– Nie! – Nagły okrzyk Kendall jest pełen gniewu, bólu i strachu, które odbijają się echem we mnie samej. – Nie!

Z oddali dobiega nas szczekanie psa.

A ona dalej krzyczy.

– To przez nich! Przez tego strasznego króla albo jego strasznego brata, przez wszystkich tych strasznych ludzi za murem. Nienawidzę ich! Nienawidzę! Nienawidzę…

Weston chwyta ją za ramię i zasłania jej usta dłonią. Mówi nerwowym szeptem:

– Kendall. Weź się w garść.

– Wes – upominam.

– To zdrada – odpowiada szorstko. – Jeśli usłyszy to nocny patrol, ciebie też zabiją.

– Nie obchodzi mnie to – oświadcza ze szlochem kobieta. Uwiesza się na Wesie. – Niech mnie zabiją. Niech zobaczą, co zrobili mojemu synkowi.

Biorę długi, drżący wdech.

– Kendall, tak mi przykro.

– Był tylko dzieckiem. – Wzdycha, wyglądając, jakby się na coś przygotowywała. Potem przeciąga dłonią po twarzy syna. – To ich wina, wiesz o tym. – Jej głos znów przepełnia gniew. – Siedzą sobie zdrowi, a resztę nas zostawiają na pewną śmierć.

Słyszeliśmy te słowa sto razy. I usłyszymy je jeszcze następne sto.

Dlatego to robimy. Bo ona ma rację.

Wes wyjmuje z torby fiolkę i wyciąga rękę przed siebie.

– Musisz wziąć swoją dawkę, Kendall.

Bierze fiolkę drżącą dłonią. Spodziewam się, że ją odkorkuje i wypije, ale ona ciska ją w ciemność. Gwałtownie nabieram powietrza.

Wes, szybki jak zawsze, chwyta ją w powietrzu, zanim poleci daleko.

– Nie pozwól, by rozpacz odebrała ci rozsądek.

Choć jego ton nie jest ostry, Kendall wzdryga się, a potem pada na ciało syna.

– Dajcie to komuś, kto chce żyć. Ja nie chcę.

Z wahaniem kładę dłoń na jej.

– Kendall – szepczę. – Kendall, bardzo ci współczuję.

Odwraca rękę i kładzie ją na wierzchu mojej.

– Ty wiesz, jak to jest – oznajmia. – Ty też kogoś straciłaś.

– Tak – potwierdzam.

Mojego ojca. Moją matkę. Nigdy nie wymażę z pamięci momentu ich śmierci. Łzy mimowolnie zaczynają napływać mi do oczu.

– Ktoś musi ich powstrzymać – ciągnie Kendall z drżącym oddechem. – Ktoś musi ich powstrzymać.

– Wiem – odpowiadam. – Na razie robimy, co możemy.

Potakuje głową, potem podnosi dłoń i całuje moje palce.

– Wypij lekarstwo – odzywa się łagodnym głosem Wes. – Gillis by tego chciał.

– Gillis już nie może nic chcieć. – Oddycha z trudem. – Idźcie już. Oboje. Nie marnujcie leku na mnie.

Już chcę zaprotestować, lecz jej twarz wykrzywia wściekłość.

– Idźcie! – krzyczy. – Idźcie już! Tylko mi o nim przypominacie. Idźcie!

Odskakuję w tył.

– Tesso – mruczy Wes. Łapie mnie za łokieć.

Nie chcę iść. Nie powinniśmy jej zostawiać w tym stanie – złamanej, bez nadziei, płaczącej nad ciałem syna.

Ale Wes ma rację.

– Powiadomimy Jareda Sextona – zwraca się do niej cicho. Ma na myśli cieślę mieszkającego kilka domów dalej. Jest wysoki i dobrze zbudowany. Zwykle to on przewozi ciała na stos pogrzebowy. – Zajrzę do ciebie jutro.

Nie odpowiada. Szlocha teraz z głową schowaną w dłoniach.

Wymykamy się w mrok. Potrafimy bezgłośnie poruszać się po ścieżkach. Weston jednak najwyraźniej coś dostrzegł lub usłyszał, bo szybko wciąga mnie w ciemność za rogiem następnego domu. Przyciska mnie plecami do ściany i pochyla się, blokując mi ruch.

– Co? – bąkam. Gwałtownie przenosi na mnie wzrok i niemal niewidocznie potrząsa głową.

Wpatruję się w mrok za nim. Światła jest niewiele, jednak teraz docierają do mnie ciężkie kroki nocnego patrolu. Wes miał rację. Musieli usłyszeć krzyki Kendall i przyszli sprawdzić, co się dzieje. W tym mroku jej nie widzę. Może nic nie zauważą i pójdą dalej.

Ale nie. Kobieta wybiega z domu.

– Zabiliście go! – krzyczy. W ręce ma kamień. Rzuca nim, a po chwili rozlega się krzyk mężczyzny. – Powiedzcie tym świniom, królowi i jego podłemu bratu, że będą się smażyć w piekle za swoje…

Wystrzał z kuszy. Strzała trafia w cel z odrażającym dźwiękiem. Głos Kendall milknie. Ciało opada na ziemię.

Wyrywa mi się cichy okrzyk rozpaczy. Czuję, jak Wes przyciśnięty do mnie zamiera.

Jeden ze strażników kopie ciało Kendall.

– Zostaw – mówi inny. – Znajdą ją. – Jeszcze inny spluwa na ziemię. A może na nią. – Nigdy się nie nauczą.

– Tesso. – Głos Westona jest jak świst w moim uchu. – Nie trać ducha, dziewczyno. Ciebie też zabiją.

Przyciska mnie do ściany swoim ciałem, a dłonią zakrywa usta. Nie zdaję sobie sprawy, że się z nim siłuję, dopóki nie przestaję. Spoglądam w jego oczy, mrugam, a jego obraz zachodzi mgłą.

– Wiem – szepcze.

Mój oddech jest drżący. Zaciskam powieki. Wes zabiera dłoń z moich ust.

Wtulam twarz w jego ramię i trzęsę się od płaczu jak dziecko.

Mija chwila. Czuję jego rękę na policzku, poniżej maski. Ociera kciukiem łzy spływające mi po twarzy.

– Wiem – powtarza. – Wiem.

W końcu łzy zaczynają płynąć wolniej i uświadamiam sobie, że upadłabym, gdyby Wes mnie nie przytrzymywał. Chcę tu zostać, otoczona jego opiekuńczymi ramionami, bo wszystko poza nimi jest zbyt okropne. Ta myśl wydaje się niewyobrażalnie samolubna wobec tego, co właśnie spotkało Kendall i Gillisa, ale nie mogę się jej pozbyć. Wes to ciepło, bezpieczeństwo i… przyjaźń.

Dokładnie w tym momencie się odsuwa, opuszczając rękę. Patrzy w dal; jego oczy wypatrują kłopotów.

– Powinniśmy pójść na zachód. Nocny patrol jest już nakręcony. Nie chcę ryzykować. Jeśli starczy nam czasu, wrócimy tu i załatwimy resztę.

Przełykam ślinę i próbuję jakoś pozbierać oraz uporządkować myśli.

– Tak. Jasne. – Pociągam nosem, żeby zatrzymać ostatnie łzy, i wycieram twarz. Teraz jestem pełna smutku, lecz wiem z doświadczenia, że z czasem smutek przerodzi się w gniew. – Nie powinniśmy… nie powinniśmy zrobić czegoś z jej ciałem?

– Nie – odpowiada Wes. Wyciąga dłoń, żeby poprawić mój kapelusz. – Mają rację. Ktoś znajdzie ciało.

– Weston!

– Ciii. – Przykłada palec do ust i potrząsa głową. – Nie jestem bezduszny. Po prostu już nic nie możemy dla niej zrobić, Tesso. – Poprawia swoją torbę, a fiolki grzechoczą. – Mamy obchód do skończenia.

– Masz rację. – Wzdycham. – Obchód.

Znów ruszamy w mrok, bezgłośnie podążając przez noc. Nie ma dziś żarcików Westona. Nie ma gwizdania. Powietrze jest ciężkie od wspomnienia wydarzeń, których właśnie byliśmy świadkami i które ze sobą niesiemy.

– Nienawidzę króla – szepczę. – I nienawidzę księcia. Nienawidzę tego, co zrobili. Nienawidzę tego, czym stała się Kandala.

Mój głos stał się tak cichy, że nie jestem pewna, czy mnie w ogóle słyszał. Ale po chwili Wes bierze mnie za rękę. Ściska ją nieco dłużej niż to konieczne – jedyny znak, że dotknęło go to równie mocno, jak mnie.

– Ja też – stwierdza.

Puszcza moją dłoń. Skinieniem głowy wskazuje na horyzont. Jakakolwiek oznaka słabości znika.

– Ranek już blisko. Musimy się pospieszyć.