Na południe od nigdzie - Charles Bukowski - ebook + książka

Na południe od nigdzie ebook

Charles Bukowski

4,2

Opis

Na południe od nigdzie to zbiór dwudziestu siedmiu opowiadań. Ich podtytuł - Zapiski żywcem pogrzebanego - nie tylko oddaje fascynację autora Dostojewskim; mówi także o mrocznych obszarach ludzkich namiętności, o dojmującej samotności, balansującej niekiedy na granicy obłędu.

Bukowski okazuje się prawdziwym wirtuozem małych form. Potrafi na kilku stronach zarysować fabułę, która innym starczyłaby na opasłą powieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 269

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (16 ocen)
6
7
3
0
0

Popularność




CHARLES BUKOWSKI

NA POŁUDNIE OD NIGDZIE

ZAPISKI ŻYWCEM POGRZEBANEGO

Przełożył Lesław Ludwig

Noir sur Blanc

Projekt okładki: Tomasz Lec

Redakcja: Anna Brzezińska

Tytuł oryginału: South of No North

Copyright © 1973 Charles Bukowski

For the Polish edition

Copyright © 2011, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-357-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

Ty, twoje piwo i to, jaki jesteś wspaniały

Jack wszedł do domu i sięgnął po paczkę papierosów nad kominkiem. Anna leżała na kanapie, czytając „Cosmopolitan”. Jack zapalił i usiadł na krześle. Było dziesięć minut do północy.

– Charley zakazał ci palić – powiedziała Anna, odrywając wzrok od magazynu.

– Zasłużyłem sobie na papierosa. Ciężko się napracowałem.

– Wygrałeś?

– Niejednogłośnie, ale wygrałem. Benson był twardy, walczył ostro i odważnie. Charley twierdzi, że następny jest Parvinelli. Pokonamy go i mamy mistrzostwo w kieszeni.

Wstał, poszedł do kuchni i wrócił z butelką piwa.

– Charley kazał ograniczyć ci piwo – Anna odłożyła magazyn.

– „Charley kazał to, Charley kazał tamto…” Mam tego dosyć. Wygrałem walkę. Wygrałem kolejnych szesnaście walk, mam prawo do piwa i papierosa.

– Musisz zachować formę.

– To bez znaczenia. Mogę rozłożyć ich wszystkich.

– Och, jesteś bezkonkurencyjny. Ciągle słyszę, gdy się urżniesz, jaki to jesteś niezrównany. Rzygać mi się chce.

– Bo jestem bezkonkurencyjny. Szesnaście zwycięstw pod rząd, w tym piętnaście przez nokaut. Kto jest ode mnie lepszy?

Anna nie odpowiedziała. Z butelką piwa w ręce i papierosem w ustach Jack ruszył w stronę łazienki.

– Nawet nie pocałowałeś mnie na powitanie. Pierwsze, co zrobiłeś, to poszedłeś po piwo. Rzeczywiście, nie masz sobie równych. Jesteś niezrównanym piwoszem.

Jack nie odpowiedział. Pięć minut później stanął w drzwiach łazienki, ze spodniami i gatkami plączącymi mu się niezgrabnie wokół kostek.

– Jezu Chryste, Anno, nie potrafisz nawet zadbać o to, żeby była tu rolka papieru?

– Przepraszam.

Podeszła do szafy i podała mu papier. Jack dokończył to, co miał dokończyć, i wyszedł z łazienki. Niespiesznie dopił piwo i wyjął z lodówki kolejne.

– Dane ci jest żyć z najlepszym bokserem wagi lekkociężkiej na świecie, a ty potrafisz jedynie narzekać. Wiele dziewczyn chciałoby mnie mieć, a ty tylko siedzisz i trujesz mi na okrągło.

– Wiem, że jesteś dobry, Jack, może nawet najlepszy, ale nie masz pojęcia, jakie to nudne: siedzieć tu i słuchać, jak powtarzasz w kółko, że nie masz sobie równych.

– Ach, nudzi cię to, tak?

– Tak, do jasnej cholery, tak. Ty, twoje piwo i to, jaki jesteś wspaniały.

– Wymień lepszego boksera wagi lekkociężkiej. Nie przychodzisz nawet na moje walki.

– Są jeszcze inne rzeczy poza boksem, Jack.

– Na przykład co? Leżenie na dupie i czytanie „Cosmopolitan”?

– Lubię rozwijać swój umysł.

– Powinnaś. Wiele jest tu jeszcze do zrobienia.

– Powtarzam ci, że są jeszcze inne rzeczy poza boksem.

– Jakie? Wymień choć kilka.

– Och, sztuka, muzyka, malarstwo, i tak dalej.

– Jesteś dobra w którejś z tych dziedzin?

– Nie, ale potrafię je docenić.

– Kurwa, co do mnie, to wolę być najlepszy w tym, czym się naprawdę zajmuję.

– Dobry, lepszy, najlepszy… Boże, nie potrafisz podziwiać ludzi za to, kim są?

– Za to, kim są? A kimże to tak naprawdę są w przeważającej większości? Matołami, pijawkami, bajerantami, donosicielami, alfonsami, sługusami…

– Na wszystkich patrzysz z góry. Żaden z twoich znajomych nie jest dostatecznie dobry. Jesteś taki cholernie wspaniały!

– Święta prawda, skarbie.

Poszedł do kuchni i wrócił z następnym piwem.

– Ty i to twoje obrzydliwe piwsko!

– To moje dobre prawo. Skoro je sprzedają, to je kupuję.

– Charley powiedział…

– Pierdolę Charleya!

– Jesteś taki cholernie niezrównany!

– Święta prawda. Pattie przynajmniej była tego świadoma. Otwarcie to przyznawała. Była ze mnie dumna. Wiedziała, że porządnie się napracowałem. A ty nic, tylko marudzisz.

– To dlaczego nie wrócisz do Pattie? Co tu robisz ze mną?

– Właśnie się nad tym zastanawiam.

– Przecież nie braliśmy ślubu, mogę odejść w każdej chwili.

– To już jakiś plus. Kurwa, przychodzę tutaj kompletnie zjebany po dziesięciu rundach na ringu, a ty nawet nie jesteś zadowolona, że podjąłem tę walkę. Potrafisz tylko zrzędzić.

– Posłuchaj, Jack, są jeszcze inne rzeczy poza boksem. Kiedy cię poznałam, podziwiałam cię za to, kim jesteś.

– Byłem bokserem. I nie ma innych rzeczy poza boksem. Tym właśnie jestem – bokserem. To moje życie. I jestem w tym dobry. Ale widzę, że ty zawsze wolisz drugorzędnych zawodników… Takich jak Toby Jorgenson.

– Toby jest bardzo zabawny. Ma poczucie humoru, prawdziwe poczucie humoru. Lubię go.

– Dziewięć porażek, pięć remisów i jedna wygrana. Mogę mu dołożyć nawet pijany w sztok.

– Bóg jeden wie, że dostatecznie często jesteś zalany w sztok. Jak myślisz, jak czuję się na przyjęciach, kiedy leżysz nieprzytomny na podłodze albo snujesz się po pokoju, mówiąc każdemu: JESTEM WSPANIAŁY, JESTEM WSPANIAŁY, JESTEM WSPANIAŁY! Nie sądzisz, że czuję się wówczas jak ostatnia kretynka?

– Może jesteś kretynką. Skoro tak bardzo lubisz Toby’ego, czemu do niego nie pójdziesz?

– Och, w końcu powiedziałam tylko, że go lubię. Uważam, że jest zabawny, co nie znaczy, że chcę z nim iść do łóżka.

– Chodzisz do łóżka ze mną i twierdzisz, że jestem nudny. Nie mam pojęcia, czego ty właściwie, do cholery, chcesz.

Anna nie odpowiedziała. Jack wstał, podszedł do kanapy i uniósł jej głowę. Pocałował ją w usta. Wrócił na swoje miejsce. Usiadł.

– Posłuchaj, opowiem ci o tej walce z Bensonem. Nawet ty byłabyś ze mnie dumna. Posyła mnie na deski w pierwszej rundzie, takim krótkim, niesygnalizowanym z prawej. Podnoszę się i do końca rundy trzymam go na dystans. W drugiej znowu ląduję na deskach. Ledwo udaje mi się wstać na „osiem”. Znów opędzam się od niego jak mogę. Podczas następnych rund próbuję odzyskać sprężystość nóg. W szóstej, siódmej i ósmej rundzie mam przewagę, posyłam go na deski w dziewiątej i jeszcze dwa razy w dziesiątej. Według mnie werdykt powinien być jednomyślny, a nie jakąś różnicą głosów… Chociaż w końcu to i tak czterdzieści pięć kawałków, kapujesz, dziecinko? Czterdzieści pięć tysięcy. Jestem wspaniały, nie zaprzeczysz, że jestem wspaniały, prawda?

Anna milczała.

– Dalej, powiedz, że jestem wspaniały.

– W porządku, jesteś wspaniały.

– No, już lepiej.

Jack podszedł do niej i znowu ją pocałował.

– Czuję się świetnie. Boks to prawdziwa sztuka, słowo daję. Trzeba mieć odwagę, by zostać wielkim artystą i to samo dotyczy wielkich bokserów.

– W porządku, Jack.

– „W porządku, Jack”, tylko na to cię stać? Pattie umiała być szczęśliwa, kiedy wygrywałem. Oboje świętowaliśmy przez cały wieczór. Nie potrafisz uczestniczyć w mojej radości, gdy mi się powiedzie? Do diabła, czy kochasz mnie, czy jakichś nieudaczników, półgłówków? Wydaje mi się, że byłabyś bardziej szczęśliwa, gdybym wrócił pokonany.

– Chcę, żebyś wygrywał, Jack. Chodzi tylko o to, że tak bardzo podkreślasz swoje sukcesy…

– Do licha, to moja praca, moje życie. Rozpiera mnie duma, że jestem najlepszy. To tak jak latanie, lot prosto w niebo, pojedynek ze słońcem.

– A co masz zamiar robić, kiedy już nie będziesz mógł boksować?

– Do diabła, będziemy mieli dość forsy, by robić wszystko, co się nam spodoba.

– Tyle tylko, że pewnie nie uda się nam zgodnie żyć.

– Może nauczę się czytać „Cosmopolitan”, rozwijać swój umysł.

– Ooo, jest tu mnóstwo miejsca na rozwój.

– Pierdol się.

– Co?

– Pierdol się.

– Zapomniałam już, jak to się robi.

– Niektórzy faceci lubią pieprzyć zrzędliwe baby, ja nie.

– A co, Pattie nie zrzędziła?

– Wszystkie baby zrzędzą, ale ty jesteś mistrzynią.

– Skoro tak, czemu nie wrócisz do Pattie?

– W tym rzecz. Jest tu miejsce tylko dla jednej dziwki.

– Dziwki?

– Dziwki.

Anna wstała, podeszła do szafy, wyciągnęła walizkę i zaczęła pakować swoje ubrania. Jack poszedł do kuchni i wyjął kolejne piwo. Anna płakała ze złości. Jack usiadł z butelką piwa i zdrowo pociągnął. Marzyła mu się whisky, butelka whisky. I dobre cygaro.

– Mogę przyjść po resztę rzeczy, kiedy ciebie nie będzie.

– Nie zawracaj sobie tym głowy. Odeślę ci je.

Zatrzymała się w drzwiach.

– Cóż, to chyba wszystko – powiedziała.

– Sądzę, że tak – odparł Jack.

Zamknęła za sobą drzwi i już jej nie było. Zawsze wygląda to tak samo. Jack dokończył piwo i podszedł do telefonu. Wykręcił numer Pattie. Podniosła słuchawkę.

– Pattie?

– Och, Jack, jak się masz?

– Wygrałem dziś ważną walkę, choć werdykt nie był jednogłośny. Muszę teraz tylko pokonać Parvinellego, żeby zdobyć mistrzostwo.

– Dowalisz im obu, Jack. Wiem, że stać cię na to.

– Co robisz dziś wieczorem, Pattie?

– Jest pierwsza w nocy, Jack. Piłeś?

– Trochę. Oblewam zwycięstwo.

– A co z Anną?

– Rozstaliśmy się. Wiesz, że mogę robić to jednocześnie tylko z jedną kobietą.

– Jack…

– Co?

– Jestem z facetem.

– Z facetem?

– To Toby Jorgenson. Jest w sypialni…

– Och, przepraszam.

– Mnie też jest przykro, Jack, kochałam cię… Może nawet nadal cię kocham.

– Och, kurwa, wy, laleczki, rzeczywiście nadużywacie tego słowa…

– Przykro mi, Jack.

– Nie ma sprawy.

Odłożył słuchawkę i sięgnął do szafy po płaszcz. Włożył go i zjechał windą do samochodu. Pognał ulicą Normandie z prędkością 65 mil na godzinę i zatrzymał się przy sklepie monopolowym na bulwarze Hollywood. Wysiadł i wszedł do środka. Kupił sześć butelek piwa Michelob i opakowanie Alka Seltzer. Przy kasie poprosił jeszcze sprzedawcę o butelkę Jacka Danielsa. Gdy ten wystukiwał należność, do Jacka podszedł pijaczyna z dwoma kartonami piwa Coor. Sześć sztuk w każdym kartonie.

– Hej, stary! – powiedział pijaczek. – To ty? Jack Backenweld, ten bokser?

– Zgadza się.

– Rany, oglądałem dzisiejszą walkę, Jack, twardy z ciebie facet. Jesteś naprawdę wspaniały!

– Dzięki, stary – rzucił mu Jack. Wziął torbę z zakupami i wrócił do samochodu. Siedział przez chwilę bez ruchu, później odkręcił flaszkę Danielsa i wypił spory łyk. Następnie zawrócił i popędził bulwarem na zachód. Skręcił w lewo, w Normandie, gdy dostrzegł nieźle zbudowaną nastolatkę halsującą chodnikiem. Zatrzymał samochód, wyciągnął z torby whisky i pokazał dziewczynie.

– Podwieźć cię?

Zaskoczyło go, że wsiadła do wozu bez oporów.

– Pomogę to panu wypić, ale żadnych dodatkowych atrakcji.

– Do licha, zgoda – powiedział Jack.

Ruszył z prędkością trzydziestu pięciu mil na godzinę, jak przystało na szanującego się obywatela i trzeciego boksera wagi lekkociężkiej na świecie. Przez chwilę korciło go, by powiedzieć jej, kim jest, ale rozmyślił się, wyciągnął rękę i ścisnął ją za kolano.

– Ma pan papierosa? – zapytała.

Poczęstował ją i wcisnął samochodową zapalniczkę. Po chwili rozżarzyła się i mógł podać dziewczynie ogień.