Na / pół - Jasmin B. Frelih - ebook

Na / pół ebook

Jasmin B. Frelih

3,8

Opis

Bliżej nieokreślona przyszłość. Świat, jaki znamy, nie istnieje. Powszechny kryzys zwany „Wielką Kakofonią”, wywołany usterką w globalnej sieci komunikacyjnej, doprowadził do rozpadu dotychczasowego porządku – Europa stała się konserwatywną twierdzą, Ameryka upadła, a władzę nad nowym światem przejęła Japonia.

Trzy przeplatające się ze sobą historie. Evana, uzależnionego od narkotyków dyrektora teatru w Tokio. Krasa, głowy rodu, byłego ministra spraw zagranicznych, świętującego 50. urodziny w słoweńskiej części tego, co zostało po Europie. Zoi, anarchistycznej poetki, przygotowującej się do występu na brooklińskim festiwalu poetyckim, w którym ma wziąć udział grupa intelektualistów, artystów i szaleńców.

Jasmin B. Frelih – przedstawiciel młodej generacji słoweńskich pisarzy – wprowadza nas w świat rozdwojony, przepołowiony, bez punktu wspólnego, bez wspólnego języka.

Na/pół to powieść eksperyment, futurystyczna dystopia, gdzie przekraczane są nie tylko granice przeszłości i przyszłości, ale także granice samego tekstu.

Książka w 2016 r. została uhonorowana Nagrodą Literacką Unii Europejskiej.

 

Książka wydana w ramach projektu tłumaczeniowego “Literackie zbliżenia”, dofinansowanego przez Komisję Europejską w programie Kreatywna Europa Kultura.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 455

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




tytuł oryginału NA / POL

copyright © by Cankarjeva založba – Založništvo, d.o.o., Ljubljana 2013

copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Ezop sp. z o.o. 2020

copyright © for the Polish translation by Marlena Gruda 2020

projekt serii, okładki i stron tytułowych / Rafał Kucharczuk

redakcja / Dorota Koman

korekta / Elżbieta Cichy

skład i łamanie / Mariola Cichy

Wydawca:

Wydawnictwo Wyszukane

Imprint Wydawnictwa Ezop sp. z o.o.

01-829 Warszawa, al. Zjednoczenia 1/226

tel. 22 834 17 56, e-mail:redakcja@ezop.com.pl

www.ezop.com.pl

ISBN 978-83-65230-57-7

Warszawa 2020

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego www.ezop.com.pl

Ten projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej. Projekt lub publikacja odzwierciedlają jedynie stanowisko ich autora i Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za umieszczoną w nich zawartość merytoryczną.

Przekład wsparty finansowo przez Słoweńską Agencję Książki.

NUMQUAM MINUS SOLUM ESSE QUAM CUM SOLUS ESSET

Pałac naleśników

Pragnienie jest szczeliną. Między zębami Evana ugrzęzła nitka. Z kranu leciała gorąca woda. Ściana, przy której powinno stać lustro, była pusta. Na półce stały kremy w pojemnikach. Szczoteczka drgała. Para z umywalki unosiła się swobodnie. Jesteśmy sami i nikt nikogo nie zna. Szczelina się poszerza, dziura się powiększa. Na grzebieniu zostało kilka włosów. Mocz był gęsty i żółty. Woda miała posmak rur. Marmur był drogi i chłodny. Do bosych stóp przylepiał się kurz. Majtki były nasiąknięte kroplami potu. Wszystkie poranki są pełne wilgoci. Ciało utyskiwało, stawy chrzęszczały. Stawy są wadliwe. Sny od razu odeszły w zapomnienie. Wszędzie tylko zmarszczki i siwe włosy. Ponad osiemnaście tysięcy zgniłych poranków. Okien nie było. Powietrza też nie. Szczekający kaszel. Śluz.

Przemoc w kabinie prysznicowej, a potem, po negocjacjach z istnieniem, powolny rozejm. Ręcznik był świeży. Trująca chmura dezodorantu. Zakręcił kran. Dziś nie będzie się golił. Nagi w mieszkaniu. Nie miał ochoty. Nacisnął przycisk. Czekając na śniadanie, ubrał się. Nieważne. Gdy usiadł, poczuł ból kręgosłupa. Wstał, złączył ręce i wyciągnął się. Strzelało. W ścianie otworzyły się drzwiczki. Na tacy – jajka sadzone, plastry marynowanych suszonych pomidorów, kremowy serek kozi. Chrupiące bułeczki, puszyste w środku. Butelka wody ze stopionej góry lodowej. Jadł. Smak poprawił mu nastrój. Podszedł do drzwi, podniósł z podłogi gazetę. Kłamstwa i malwersacje. Czytał przy jedzeniu. Nie śmiej się, to jest smutne. Fikcja ideologiczna. Rzucił nią o ścianę. Litery zadrżały. Skórką bułki przedziurawił ostatnie żółtko. Obserwował, jak cieknie, i zrobiło mu się smutno. Denerwowały go okruszyny. Gdyby nie miał sprzątaczki, oszalałby. Nienawidził sprzątaczek, czuł się niekomfortowo, że ktoś zna go z tej strony. Nigdy jej nie widział. Tylko jej sterylny odcisk. Nasze losy są niezastąpione. Gdyby był sprzątaczką, powiesiłby się. Gdyby był kimkolwiek innym, powiesiłby się. Siebie było mu trochę szkoda. Tylko trochę.

Nacisnął przycisk, taca zniknęła. Wziął gazetę. Przekartkował. Nacisnął przycisk. Konsola wiedziała, czego chce. Dużo cukru, dużo mleka, czarne ziarna. Z filiżanki uchodziła para. Położył dłoń na klatce piersiowej. Cisza. Odłożył gazetę. Zapomniał o niej. Pod stołem leżała torba. Otworzył ją i sięgnął do środka. Foliowy pakunek. Wyciągnął i zamknął torbę. Telefon komórkowy się ładował. Przerwał połączenie. Złota myśl. Pisał. Zabrakło mi, obiad dziś? Skasował znak zapytania i postawił kropkę. Nigdy nie odniesie sukcesu, nie ingerując w świat. Co za cholerny dramat. Rzucił telefon na łóżko. Rozpakował pakunek. Czarny proszek. Miłość. Zgiął folię na środku i wsypał proszek do kawy, ostrożnie stukając palcami, wstrzymywał oddech, uważając, aby najmniejsza cząsteczka nie ulotniła się w nicość. Nie miał łyżeczki. Nigdy jej nie dają. Kręcił filiżanką, mieszał powietrze.

Przekręcił guzik. Okna stały się przejrzyste. Pięćdziesiąt procent. Widok był pospolity. Jeszcze jedno słońce. Zduszona kula (siedemdziesiąt procent) nabrzmiała na rogach jak woda w przepełnionej szklance (dziewięćdziesiąt), w końcu się rozlała. Otworzył drzwi balkonowe i zmrużył oczy przed skalpelami promieni. Z filiżanką w ręce wszedł w rozrzedzone powietrze. Niemal z zamkniętymi oczami usiadł w fotelu, położył nogi na barierkę. Sprawdził temperaturę ustami. Wypił duszkiem.

Pod zaciśniętymi powiekami zaskwierczały źrenice. Rtęć wlana do żył. Kości z litu, stalowe zęby. W mózgu spadające gwiazdy, wnętrzności jak lokomotywa. Przejrzał na oczy.

…chmurki… chmurki są jak puszyste przekwitłe kwiaty mleczu… lawina śniegu schodząca z nieba… chmurki, patrz, ta wygląda jak ćma, a ta jak miotła, a ta jak ogromny biały wieloryb, co pływa na brzuchu pośrodku bezkresnej równiny na nieboskłonie przypiętego oceanu… wieżowce Eda jak patyczaki z betonu, las cierniowy ze szkła i skał, kamieniste leszczyny, wulkaniczna rogożyna z bagien… przecięte nićmi jedwabnika, pajęczą siecią ulic, chodników, blaszanych świateł… małe parki jak sploty chwastów i kamieniołomu, zielone łatki, naszyte na wytarte dżinsy… linia, którą wykreślasz na dachach wieżowców, jest jak zamek; gdybyś go rozsunął, odizolowałbyś Ziemię od wszechświata… wiatr; suchy wiatr ryżowy… nawet horyzont namalowany jest z pamięci…

Drżał w ekstazie. Pogłaskał się po twarzy i gdy dotknął brody, zachichotał. Połaskotała go. Gładził się długimi ruchami, jakby rzeźbił się z gliny. Szyję, struny żył, sklepienie żebrowe, rozlane sadło na brzuchu. Włożył rękę do spodni i chwycił obwisły członek. Krew spłynęła z wątroby i kolan. Uniosło go.

/

U podnóża wieżowca kilku ludzi spojrzało w górę ze zdziwieniem. Poczuli na skórze kilka gęstych kropli, mimo że niebo nad nimi było bezchmurne. Wzruszyli ramionami i wrócili do swoich spraw.

Evan opadł na fotel, uniósł tyłek i wciągnął spodnie. W końcu się obudził. Dopóki nie uporał się ze wszystkimi porannymi zadaniami, był depresyjną łupiną, ledwo-człowiekiem z palącym pragnieniem końca. Później wszystko stało się dużo piękniejsze. Bardziej zgodne z rzeczywistością. Widok był cudowny. Wysoko nad Edem, tektoniczną konurbacją, wyrosłą z Tokio i okolicznych metropolii, w całkowicie bezchmurny dzień mógł zobaczyć ocean. Miał przestronne mieszkanie, gdzie spokojnie tworzył i za które płaciło Daimyo. Jako rezydujący reżyser mógł korzystać ze wszystkich dobrodziejstw miasta, nie mówiąc już o samym Edzie, którego dóbr nie wyczerpałby jeden człowiek. Nie oznaczało to jednak, że Evan się nie starał. Podczas swojego prawie rocznego pobytu w czasie wolnym od pracy nad spektaklami podążał szlakiem lokalnych przyjemności. Wspierał go w tym jego sponsor – tak mówiono tutaj na połączenie opiekunki, adwokata i agenta – Gordon Falstaff, wysoki, chciwy i przesadnie usłużny człowiek, towarzysz rozrób w knajpach, obcych mieszkaniach i na ulicach. Nigdy by nie pomyślał, że w takim wieku nawiąże nową przyjaźń, ale z Gordonem znaleźli wspólny język; we wszystkich kwestiach dotyczących człowieka Evan był od niego ciut lepszy, co zresztą Gordon wielokrotnie powtarzał.

Dźwięk przychodzącej wiadomości szybko przeniósł go w inny świat. Skoczył na łóżko jak zakochana nastolatka, sięgnął po telefon, położył się na plecach i czytał – przeczytaj gazetę, o trzeciej w MUD, G. Gazetę? Evan usiadł za stołem i rozłożył strony tak, że rogami zahaczały o jego ramiona. Niewiarygodna płachta. Bardzo mały druk. Nie wiedział, czego ma szukać, czuł się zagubiony. Projekt dekontaminacji bycia w tyle – ZGZLIAPPW żąda więcej pieniędzy – zarzuty korupcji w Suchej Rosji – Sade przed równikiem – AU i IA zwiększyły obroty – secesyjne tendencje wzrostowe Południowego Pacyfiku – humanistyczny renesans w kalifacie, odcinek 89 – arktyczna kolej transwersalna tuż przed otwarciem – nuda, nuda, nuda.

Zamknął gazetę i zaczął ją kartkować od ostatniej strony. Kaczki dziennikarskie, gryzmoły, slogany, kronika, kultura. Tydzień przed premierą; wywiad z Evanem Z. Rzucił okiem, aby zobaczyć, czy wydrukowano to, co napisał. Nie udzielał wywiadów na żywo; nie miał ochoty na obsceniczne starcia głodu wiedzy i zatajania. Dziennikarka wysłała mu pytania, mógł więc sam tak sformułować odpowiedzi, aby pokazano go w najlepszym świetle. Szczerość jest dla głupków. Wszystko jest spektaklem. A jeśli jakiś naiwniak będzie z tego powodu myślał, że naprawdę chodzą po świecie ludzie, którzy wierzą w „katarktyczny modus post-ideologicznej praktyki poświęconej sublimacji egzystencji jednostki z chronotopu teleo-symptomatycznego do emocjo-kauzalnego”, to tym gorzej dla niego. Gdy niezadowolona dziennikarka podała, że chciałaby, aby w swoich odpowiedziach odkrył przynajmniej cząstkę swojej osobowości, odparł, że powinna przyjść zobaczyć spektakl.

W lokalnych wiadomościach: seryjni mordercy – odejście Monogatari – nowe Daimyo: wzrost poczucia dumy polis – poprawki pięciolatki – za dużo obcych w szpitalach psychiatrycznych; narkotyki już tylko dla autochtonów. Hm. Taki był cel Gordona? Czyżby naprawdę myślał, że obchodzą go idiotyczne przepisy, które wymyślają? To dotyczy turystów i robotników, a nie artystów. Próbował zgadnąć, o ile wzrośnie cena. Przynajmniej pięćdziesiąt procent. Sakiewka Gordona jest dziurą bez dna. Przecież to nieprawda, a jednak: sklonowali neandertalczyka. Dopiero teraz? I pomyśleć, że jest tutaj już tysiące lat.

Był przyjemny koniec sierpnia. Czuć było nadchodzącą jesień. Wiatr, który jeszcze do niedawna był jak mokra, gorąca szmata, wił się w odcieniach chłodu. Mógł spokojnie oddychać, także przy otwartych drzwiach. Evan bawił się guzikami koszuli. Gazeta zsunęła się na podłogę. Podszedł do konsoli i zamówił lemoniadę. Lód, skruszony, cukier, nie za dużo. Pił przez słomkę, rozluźniony. Dumny z siebie. Spektakl był wystawiany, do prapremiery zostało jeszcze kilka prób. Najtrudniejsze sceny. Rozkosz. Tyle stresu na nic. Długo myślał, że mu się nie uda. Że nie może mu się udać. Że wszystko zmówiło się przeciwko jego wizji, że czas specjalnie biegł za szybko i że wszyscy paranoicy świata przyszli zobaczyć właśnie jego aktorów. Jego toniczne techniki. Żarówki się przepalały, a deski teatralne pękały jak drewno podczas orkanu. Lecz jemu się udało. Filling – przypowieść o rzeczach byłych.

Za szkielet posłużył mu tekst jakiegoś lokalnego autora, Yunichira Marukame, smutnego mięsożercy, który zmarnował młodość na siedzeniu przy komputerze, kochał się w swojej siostrze i w wieku dwudziestu pięciu lat miał za sobą trzy nieudane próby samobójcze. Dramat Yunichira był tak patetycznie groteskowy, że nie mógł mu się oprzeć. Kazirodcze trójkąty, gadające psy, wybuchy histerii i wdzięczne jednowierszówki („jeśli nie posprzątasz pokoju, zrobię ci lewatywę”, „muszę cię kochać, Yukio, bo nic innego do ciebie nie czuję”, „wszyscy postanowiliście mnie nękać, bo zazdrościcie mi mojej relacji z bogiem”) – wielka skarga kogoś, kto nigdy nie miał nic, co, jego zdaniem, warto było stracić. Narzekanie tego wiecznego nastolatka zestawił z kontrastującym z nim tekstem z minionego stulecia. Wzniosła dykcja Hitlera, narkotyczny bełkot Burroughsa i seksapil Nine Simone szły ramię w ramię z absurdalnym komizmem porad z czasopism dla kobiet i mężczyzn, zaleceniami na wypadek wojny jądrowej z amerykańskich lat sześćdziesiątych, okrutnymi refleksjami więźniów obozów koncentracyjnych, naszpikowanymi prostotą gier wideo („Jakże serce me biło, gdy biegł do mnie przez pola! Tak właśnie, potykasz się jak krowa. Jakby biegł na pomoc. Żeby biec, naciśnij shift. I kajałem się: dlaczego gdzieś głęboko zawsze trochę nim gardziłem? Twoje potwory schodzą na psy”). Oprawa muzyczna była eklektycznym kolażem popkultury, hymnów piłkarskich, klasyki Glassa i westchnień pornografii. Światło wywołałoby atak padaczki nawet u ślepego. Evan w podekscytowaniu czekał na zalew wzniosłych interpretacji, z których będzie mógł się pośmiać. Jedyną jego puentą było to, że nic, co dzieje się pod batutą człowieka, nie jest w stanie uniknąć kiczu.

/

Nienawidził dzwonka. Bezbarwnego, serowatego dźwięku. Nie było go można nie usłyszeć albo przespać. Dzwonił rzadko, bo Evan nie cierpiał odwiedzin. Nienawidził go dlatego, że ta nieadekwatność jakości znaczącego (pobudzający dzwonek) i znaczonego (natrętny gość) wydała mu się skrajnie myląca. Jakby chciano go zmusić (czy nawet wytresować jak psa Pawłowa), aby ucieszył się z czyjejś wizyty. Podszedł do konsoli i nacisnął przycisk.

Obraz był zbyt ostry. Jej twarz jakby do niej nie pasowała. Choć ludzkiemu oku wydawała się atrakcyjna, zwłaszcza gdy była okraszona pudrem, tuszem do rzęs i szminką, to w oku kamery przypominała bladawe średniowieczne płótno: popękane, żółknące, stare. Kosmetyki wyglądały na niej jak szorstkie pastele – mógł zobaczyć naniesione warstwy, ich grubość, butwiejące grudki tuszu jak więzienne kule na brwiach; podążał śladami pędzelka i jej zmarszczek, które powłoka pudru tylko spłyciła. Gdy się uśmiechnęła, musiał się powstrzymywać, aby nie odwrócić wzroku. W szczelinach między lśniąco białymi zębami widział resztki śniadania. Gdyby był estetą, zgorszyłby się, że takiej nieciekawej postaci powierzył główną rolę w swoim przedstawieniu. Wiedział jednak, że Oksana, rosyjska konkubina, niegdysiejsza wieśniaczka i przyszła supergwiazda, była odpowiednia do tej roli z więcej niż jednego powodu.

– Dzień dobry, Eeeeeevan. Weź mi, proszę, otwórz.

– Otwórz?

Aktywacja dźwiękowa. Zatrzeszczało i skalp rzadkich jasnych włosów zniknął z ekranu. Cholera. Nie chciał tracić energii na kobietę. Jakoś się jej pozbędzie. Taktowność jego pożegnania będzie zależała od tego, jak szybko wejdzie na górę. Potrzebuje chwili, żeby wymyślić uprzejmą wymówkę. Zaburzenia trawienne. Śmierć w rodzinie. Nikogo nie ma w domu. Denerwujesz mnie, nie mogę na ciebie patrzeć, odejdź. Nie mam czasu. A co robisz? Jestem zajęty… Nie mam czasu, po prostu. Nie mam ochoty na towarzystwo, jestem w depresji. Jestem goły. Super. Zachorowałem. Chcę być sam. To nie jest dobry moment. Pies mi umiera. Daj mi spokój. Zapukała.

Podszedł do drzwi i otworzył. Nie ściągnął łańcuszka. Odezwał się przez szparę:

– Yyy Oksana, akurat teraz nie jestem za bardzo…

– Eeeeevan, cześć!

Uderzyła w drzwi. Łańcuszek podskoczył i Evan cofnął się o krok. Jej zaskoczone spojrzenie przepełnione bólem rozśmieszyło go.

– Wszystko w porządku?

Przytaknęła. W jej oczach widać było łzy. Najprawdopodobniej na skutek uderzenia.

– Jestem całkiem… właśnie teraz, gdy myślałem… wiesz, hm, może przyjdziesz wieczorem; bo właśnie jestem… mogłabyś?

Przytaknęła zasmucona. Brew zmarszczyła się i łzy zniknęły.

– Przepraszam, ale naprawdę nie… weź, przyjdź wieczorem, o siódmej, zabiorę cię na kolację, OK?

Przeprosiny z obietnicą – najlepsze przeprosiny. Z goryczą zadarła nos i powiedziała OK. Chcąc czym prędzej pozbyć się uczucia poniżenia, obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku windy.

– Będę o siódmej, Eeeevan, jeśli mnie wystawisz, zachoruję na prapremierze.

– OK, do zobaczenia – zawołał.

Zamknął drzwi. Wyszło dosyć dobrze. Uśmiechnął się. Ależ uderzyła. Wiara wpędza człowieka w szczelinę, lecz niektóre drzwi są zamknięte. Uderzenie w nos niech będzie lekcją. Czasami za szparami nie ma nic. Tylko śmiech nieznajomego. Ostrożnie…

Stał pochylony, oparty o ścianę, z rękami na kolanach. Przetarł dłonią oczy. Na podłodze leżała brązowa koperta. Zdziwił się. Podniósł ją. Odwrócił. Była czysta. Wsunął palec w szczelinę i rozdarł.

W środku był bilet lotniczy, Edo – Šiv, 20.00 (8 p.m.), JPA771, miejsce przy oknie, dla niepalących, poniżej stu kilogramów, pojutrze. Evan nie wiedział, co ma o tym myśleć. Wpatrywał się w bilet i obracał go w dłoniach. Oksana go przyniosła? Zdjął łańcuszek, otworzył drzwi i spojrzał na korytarz. Dźwięk windy. Wszędzie pusto. Ciemniejsze odciski jej kroków unosiły się z białego dywanu jak niknąca ścieżka na cienkiej warstwie śniegu. Innych śladów nie było. Przesuwał po dłoni plastikowym kartonikiem. Zagadka. To nowość. Ludzie są tak prości, że gdy się ich nauczy i przyzwyczai się do nich, niespodzianki znikają. Wszyscy łakną oczywistości. Zwyczajności. Łakną kontaktu, mięsa i niekiedy odrobiny siły, ale nie za dużo, aby czasem nie rozrosła się w odpowiedzialność. Odpowiedzialności nikt nie łaknie. Skoro wszystko jest zdeterminowanym splotem flory mózgowej, trudno unieść ciężar własnych procesów – a co dopiero przejąć na siebie ogrom obcej chemii. Hormonalne spory neuronów wywołują poczucie winy, nerwowy węzeł gordyjski woła o łom – nie łam się. Spoglądamy w mózg z ciężką miopią. Gdyby obraz był bardziej wyrazisty, chyba byśmy się przestraszyli. Albo dopadłaby nas nuda. Niewymuszona niespodzianka jest mile widziana. Teraz Oksana zyskała w jego oczach na czysto ludzkim poziomie. Podobała mu się już jako postać – zraniona figura, która ma w sobie tyle odwagi (albo głupoty), by czuć, że ma prawo odnieść sukces, być sławną i bogatą, i jest gotowa coś zrobić, choć nie zależy to od jej własnych działań, a od obcych przypadków; ceną niepowodzenia jest nieszczęśliwe trwanie bez końca na krawędzi wstydu. Jeśli tak myślisz, to jest to straszny obraz. I jeśli tak myślisz, oznacza to tylko, że nie pomyślałeś inaczej. Jedni korzystają z okazji, inni rozpaczają, a jeszcze inni zaskakują biletem lotniczym, o którym wiadomo, że skończy w koszu na śmieci. Odłożył bilet na stół i wpatrywał się w niego z uśmiechem na ustach. Niejasne motywy, wspaniali ludzie.

/

Przyłożył dłoń do klatki piersiowej. Cisza. Lekkie ukłucie, chyba. Bilet na stole to nie byle co. Oznaczał niebezpieczeństwo. Możliwość odejścia. Przeczucie zmiany. Ingerencję w stan aktualny. Zniesmaczony rzucił na niego gazetę. Niech będą jednym. Dłużej już o nim nie myślał.

– Kocham cię – powiedział, naprawdę jej to powiedział, choć nie był do końca pewien, czy rzeczywiście tak myśli, był prawie pewien, że rzeczywiście tak czuje. A ona potem uwiesiła się na tych słowach i z czasem zaczęła być za ciężka. Ciężary jego tajemnic, których nie zdradzał nikomu, a ją obciążał nimi jak beztroski zakochany, nie pomagały. Uciekł z radością, choć ucieczka była paskudna, bolesna i w niezbyt dobrym guście. Takie rzeczy zostają z tobą najdłużej.

/

Robił brzuszki, pompki, boksował i biegał na bieżni, aż pot lał się strumieniami, aż w jego wnętrzu wszystko krzyczało, pękało, dźgało i wizja zawału serca stała się namacalna – nóż w piersi, zataczanie się, upadek na zieloną podłogę, sina skóra, kilka krzyków, ślina z ust i koniec, który po kilku godzinach zauważy z krzykiem sprzątaczka i zamiecie go pod dywan, a na pytania policjanta będzie odpowiadać ze wzruszeniem ramion.

Wziął zimny prysznic. Ubrał się. Był przygotowany na wyjście. W butach z krowiej skóry, mechanicznie wyblakłych spodniach i krwiście czerwonej koszuli, narzuconej na gołe ciało, wybiegł z mieszkania, do windy, przez recepcję, pozdrowił woźnego, wykonując nieznaczny ukłon głowy, i pognał na ulicę.

Szokujący widok ciał załamał go, a nadmiar świadomości spowodował, że na chwilę spokorniał. Z góry wszystko wydaje się dużo prostsze. A tutaj, na ziemi, każdy nosił w kieszeni groźbę, i jedyne, na co mógł liczyć, wychodząc na spacer, to była nadzieja, że wszyscy swoje pragnienia zachowają dla siebie. Na przestrzeni jednej ulicy ważyły się ludzkie losy. Kłótnie i pocałunki, tak oczywiste dla obserwatora, dla tych, którzy je przeżywali, stanowiły znaczeniową zagadkę. Gesty i spojrzenia łączyły się w sieć jakiegoś miejskiego savoir-vivre’u. Chodniki zalewał brud, spychany przez nich na ulicę, skąd wpadał do wody ściekającej bokami do kanalizacji. Ludzie jawnie linieli, a Evan był dumny, że w zasięgu jego wzroku nie znajdują się czerwone zakurzone strzępy włosów, zainfekowane krople śliny i kawałki tkanki rogowej. Gdyby dane mu było to wszystko zobaczyć, zwymiotowałby. Może właśnie wciągnął drobinkę kurzu. Może stał w chmurze bąka, wyciśniętego z tyłka podczas przekwitłego pocałunku. Gdyby było tak, jak on chce, odkażałby, odkażałby, odkażałby, wapnem, alkoholem…

Im więcej ludzi, tym trudniej o czystość. Ulice w Edzie nie były standardowe. Jedne charakteryzowały stalowe odcienie, jasne linie, a ludzie na nich patrzyli w dal. Na innych, pełnych szczelin między kostkami brukowymi, wypłukanych przez deszcz, gdzie korzenie pozostawionych drzew unosiły beton i budynki domów, świadcząc o porażkach architektów amatorów, dominowała surowość, a ludzie krzyczeli jeden przez drugiego. Z budek uchodził zapach parówek, a z sanitariów zapach acetonu. Różnice dyktowane były przez zarobki. Bogacze ingerowali w porządek rzeczywistości, podczas gdy biedni handlowali w chaosie. Nikt nie ma wyboru.

Ptaki, których nie przegoniły zmiany klimatyczne, zabili łowcy lotnisk albo chmury radioaktywne. Owady się rozmnożyły; żółte paski kleju zwisały z każdej latarni ulicznej, z każdego drzewa. Kłębiące się sześciany falowały na wietrze. Evan opędzał się od much. Słyszał historie o zapłodnionych larwach i bał się. Zabieg medyczny jest rutynowy i bezbolesny, ale świadomość brudu zostaje. Jakby włamali ci się do domu narkomani i przeszukiwali szuflady z bielizną. Nie można się do końca oczyścić.

Wiatr suszył pot, który zgromadził się w fałdach jego skóry. Dzień był nawet przyjemny. Widział kilka naprawdę pięknych twarzy, wstydliwe dziewczęta, skrywające się za okularami, freskami makijażu, pod kapeluszami i potarganymi włosami. Jego wzroku nie przyciągały nogi, tyłki, piersi. Łowił tylko twarze. Szerokie nosy, wąskie usta, niskie czoła, wysokie kości policzkowe. Piękno. Idylli nie burzyły nawet gruchające wołania sprzedawców gazet, torebek, zegarków. Miejska podstawa życia tłumu. Ze sterty śmieci unosił się smród. Wejścia do stacji metra, ciemne czeluści schodów zwracały zgniłe powietrze. Asfalt gotował się na małym ogniu, oddawał nieświeże ciepło. Powiew wiatru zabrał wszystko na drugą stronę, zostawiając za sobą molekuły obiadów, róż i strachu z innych rejonów. Na skórach suszyły się tatuaże, szczerzyły się zęby w uśmiechu bez głosu. Wczesnym popołudniem miasto pogodnie umierało.

Evan był już trochę głodny. Do MUD-u mógł dotrzeć pieszo. To dobrze, bo taksówkarz czasami okazywał się seryjnym mordercą, a w komunikacji publicznej ciała ocierały się o siebie jak adidasy w pralce. Poobijane ramiona, mroczne spojrzenia, malkontenci, szalejący dostawcy pizzy i histeryczne prostytutki, które pałętając się pod nogami, powodowały, że piesza wędrówka stawała się arcytrudnym doświadczeniem. Ale było przynajmniej bezpiecznie. Znacznie mniej dotykania. Na skrzyżowaniu rowerzysta wpadł pod tramwaj. Ludzie w samochodach nerwowo trąbili i uderzali rękami o kierownice. Helikopter ratunkowy dotarł szybko, lecz było już za późno. Rowerzysta umarł, ukryty za zardzewiałymi rowerami. Zmyli krew wodą z rur. Zanim wznowiono ruch uliczny, Evan mógł przejść przez ulicę, nie musiał wchodzić na przejście naziemne, na którym na schodach mamy z chorowitymi synami na rękach prosiły o datek. Czasami łapały za spodnie.

/

Szybko dorosła, przy nim. Wkrótce po tym, jak się poznali, zaprosił ją do swojego życia z fizycznej konieczności. Była tak młoda, tak jędrna, tak wąska. Jej brzuch był jak błona bębenkowa, jej pośladki jak zamarznięte masło w przezroczystym balonie. Nie było trudno, musiał tylko okazać zainteresowanie. Musiał się zbliżyć. Być tam. Mówić najpierw ogólnie, a potem do niej. Podejść jeszcze bliżej. Dotknąć jej. Szepnąć do ucha, koncentrując się tylko na niej. Nie było trudno. Ciała reagują na pokusy, a więzi, dopóki są pielęgnowane, zacieśniają się samoistnie. Potem ciała się obnażają i dążą do jedności.

Początkowo jej osobowość wydawała mu się bezkształtna, bez polotu i z łatami pustki w miejscach, w których człowiek spodziewałby się jakiegoś podobieństwa. Połączyło ich tylko jedno, lecz potem widział, jak zaskakująco szybko rzeźbi z niej człowieka. Puste dziury stawały się artystycznymi mozaikami charakteru, a brak polotu przekształcił się w doliny odczuć, szczyty wymagań. Wkrótce oprócz ciągłego pożądania domagała się jeszcze całej reszty. I widocznie sobie zasłużyła. Kochali się.

/

W restauracji MUD jeden ze znanych niegdyś seryjnych morderców Michiko Kan poćwiartował prezesa nieistniejącego już banku Seasia. To wydarzenie upamiętnia złota plakietka nad drzwiami wejściowymi i dłoń bankiera w szklance z formaliną na stole, przy którym przyjmowani są goście. Właściciel restauracji kupił dłoń od Tatov-Grobov inc., rosyjskiego dystrybutora, poddał ją badaniom DNA i uzyskał certyfikat. Cena nie została podana do wiadomości publicznej, najwyraźniej wydawała się bardzo wysoka. Biografowie twierdzą, że było to trzecie morderstwo Michika Kana (wcześniej zamordował sąsiada i teściową, przy czym nie ma pewności, kto z nich stał się pierwszą ofiarą), które dało mu miejsce na liście morderców-supergwiazd. W drodze do sławy dopuścił się serii zniesławiających morderstw w całym kraju i pobił rekord seppuku, czego jeszcze nikomu nie udało się uczynić. Mimo że purytańscy specjaliści nie wliczają samobójstwa, Michiko z dwustu czterdziestoma dziewięcioma morderstwami znajduje się na szczycie rankingu, razem z Saunado Elis, perską morderczynią, która przed laty siała postrach w Japonii i której śmierć nie jest jeszcze potwierdzona, choć wielce prawdopodobna.

Monografię o seryjnych mordercach Evan czytał w samolocie. Gdy pierwszy raz ujrzał w szklance pomarszczoną dłoń, parsknął śmiechem. MUD stworzył wokół niej całą otoczkę. Czarny marmur odcisnął piętno powagi na obrzędzie żywienia, ewentualnie lekką świadomość przemijania i wydzierania przyjemności ze szponów śmierci. Gdyby nie zbierali się w nich sami wpływowi ludzie, pewnie by tu nie bywał. Bo jeśli chodzi o umieranie, miał mieszane uczucia. Niestety, w okolicy nie było innego miejsca, dokąd mógłby pójść, aby czuć się bardziej dowartościowany. Poza tym mieli tu najlepsze naleśniki. Wszedł do chłodnego, nieco wilgotnego pokoju przyjęć, który swoją zjawiskowością przypominał grobowiec. Wypatrzył w nim parę żelaznych źrenic wentylatorów. Koszula odkleiła mu się od skóry. Przykrył dłonią włosy. Trofea na stole wprawiły go w rozbawienie. Również hostessa za stołem się roześmiała.

– Dzień dobry, witamy, panie Z.

– Cześć.

Nigdy jej nie widział, tymczasem ona go znała. Choć wiedział, że przy wejściu promienie magnetyczne sprawdziły zawartość jego portfela, wyrysowały jego profil, przeczesały wszystkie jego dane za pomocą algorytmu d1Za.ir i rozkazały hostessie, jak ma się zachowywać, aby było mu jak najprzyjemniej, wolał myśleć, że rozpoznała go także jako reżysera. W tym tkwił problem tworzenia miejsc dla elity – na ulicy nie wzbudzałeś respektu.

– Sponsor już czeka na pana za stołem, proszę.

Świece w rozstawionych przy ścianach czaszkach rzucały złowieszcze cienie. Półmrok przeszywany żółtym światłem tańczył po postaciach gości pochylonych nad teoriami spiskowymi i z mgiełek dymu wijącego się z cygar układał niewyraźne rysunkowe skecze. Szept i cichy śmiech. Syk skóry. Evan ściągnął barki. Swoim wejściem w czerwonej koszuli wniósł do pomieszczenia zapach krwi, dlatego obracały się za nim węszące nozdrza. Rzucały mu się w oczy błyski z ramek okularów i złotych zębów między mamroczącymi ustami. Był spięty.

Gordon uśmiechnął się do niego z daleka. Podniósł nieśmiało rękę na niby-powitanie, po czym spojrzał w bok, aby nie utrzymywać kontaktu wzrokowego, gdy Evan będzie nadchodził. Te puste przestrzenie między ludźmi są zawsze trochę niewygodne.

– Ma pan ochotę na coś ekstra? – zapytała hostessa, gdy usiadł.

– Niech mnie pani zaskoczy – odrzekł i uniósł lewy kącik ust. Był przekonany, że dzięki temu wyda się absolutnie dostępny. Odeszła z lekkim ukłonem.

Szczyt okrągłej twarzy Gordona pokrywała łata łysiny, nad którą unosił się jak pióro kurczaka kędzior jasnych włosów. Zwykle kędzior ten zmuszany był leżeć wraz z pozostałymi na ciemieniu, ale teraz z nieznanego powodu mógł postawić na swoim. Przeszkadzał Evanowi. Mógł poślinić dłoń i skręcić go w cienką nić – może potem opadłby, a może najlepiej byłoby od razu go obciąć…

– A więc dlaczego musiałem dzisiaj przekartkować całą gazetę?

– Uf, Evan, ty to jesteś – odrzekł Gordon, wzdychając, odchylił się, poklepał się po brzuchu i skrzyżował ręce – tak po prostu, bez przywitania, bez cześć Gordon, co u ciebie, czy wszystko u ciebie w porządku, Gordon, tylko tak prosto z mostu, dlaczego to i to, jakbyś rozmawiał z listonoszem, a nie z przyjacielem…

Evan opierał się łokciami na stole, trzymając ręce równolegle, jedna obok drugiej. Parsknął i odwrócił głowę w prawo. Tam starzec delikatnie głaskał młodą kobietę. Jego palce były ozdobione drogimi kamieniami.

– Przepraszam, Gordon. Co u ciebie?

– Ach, w porządku – wbił wzrok w swoje paznokcie – u mnie w porządku, a u ciebie, Evan?

– Też w porządku, nigdy nie było lepiej. A więc?

– A więc co? – zapytał Gordon, składając usta w ciup, w bladoróżowe o.

– Masz coś dla mnie?

Gordon naraz spoważniał i odchylił się, wciąż ze skrzyżowanymi rękami. Wyglądał, jakby lada chwila miał się przewrócić. Tak bardzo przybliżył się do Evana, że ten stracił z pola widzenia kędzior i mógł wreszcie skoncentrować się na oczach Gordona, niebieskich pod bladymi brwiami, głęboko osadzonych w czaszce.

– Jest kryzys, Evan! – szepnął oschle. – To, co się teraz dzieje, to kryzys, i to totalny. Wiedzą o wszystkim! Wszystko zwietrzą! W każdym razie jest ciężko, i jeśli mnie złapią…

Evan znowu parsknął, ale spojrzał w lewo. Przy drzwiach obrotowych do kuchni stał długowłosy brunet z brodą i patrzył przed siebie, w ścianę.

– Powiedz mi tylko, ile to będzie kosztowało.

– Za dużo! Myślę, że od pięciu do dziesięciu lat w kiciu, bez udogodnień!

Chciwi ludzie szastają tylko skargami.

– Proszę, Gordon, oszczędź mi tego. Podaj cenę.

Kelner w czerni postawił na stole kieliszki i do kieliszka Gordona nalał białego, a do kieliszka Evana czerwonego wina. Podziękowali, rzucając mu spojrzenie.

Chwycili za nóżki, wznieśli chaotycznie toast i przechylili kieliszki. Podenerwowany Gordon rozejrzał się, przygryzł wargę, udając, że czyhają na jego życie. Evan znowu dostrzegł, jak delikatnie potrząsa kędziorem.

– Powiem tak – wykonał ruch palcami wokół ust i splótł dłonie w mięsistą kulkę – nagle muszę dać dwa razy więcej za połowę mniej, bo jestem obcokrajowcem, tak samo jak ty, Evan, jesteśmy w takiej samej sytuacji, dlatego nie mam innego wyjścia i muszę ci powiedzieć to samo.

Evan zaśmiał się głośno, przyciągając tym groźne spojrzenia ze wszystkich stron. Zdał sobie sprawę, że przesadził i przeprosił wzrokiem pustkę.

– Dwa razy więcej – powiedział rozważnie, jakby chciał się przekonać, czy dobrze usłyszał – za połowę mniej.

Gordon przytaknął, jednocześnie wzruszając ramionami, jakby chciał powiedzieć „co zrobić”. Kobieta po prawej rozczuliła się pod uściskiem palców w klejnotach, długowłosy brunet po lewej wyciągnął telefon z kieszeni i wściekle machał nim w powietrzu. Kelner przyniósł dania – przed Evanem postawił talerz z dwoma naleśnikami, przed Gordonem półkrwisty stek.

– Z matematyką zawsze było mi trochę nie po drodze – powiedział Evan. Wbił widelec w naleśnika i przeciągnął go na róg talerza. Zostawił za sobą czekoladowy ślad. – To znaczy, że jeśli wcześniej za jeden woreczek było dziesięć asyjów – przeciągnął nożem wzdłuż naleśnika, nie dotykając go – teraz za pół woreczka jest dwadzieścia asyjów – przeciął go na środku i rozdzielił połówki – a jeśli za pół woreczka jest dwadzieścia – poprowadził nożem wzdłuż połówki – wtedy za cały woreczek jest czterdzieści asyjów – złączył połówki i skrzywił się.

– Czyli cztery razy drożej – powiedział Gordon trochę ciszej, jakby mu było z tego powodu niezręcznie, i wbił nóż w stek, aż po brzegach wyciekła krew. Evan nabił połówkę naleśnika na widelec, uniósł go na wysokość ust, otworzył je i włożył całość do środka.

/

Patelnia skwierczała niewygodnymi pytaniami. Krople oleju wylatywały w powietrze i małymi kropelkami spadały na skórę, starając się ją spalić – gdyby były choć trochę większe, rzeczywiście mogłyby wyrządzić niemałą szkodę.

– Co byś powiedział na dziecko?

Wbiła jajka do miski. Evan siedział na balkonie i udawał, że nie słyszał pytania. Wpatrywał się w kogoś z sąsiedniego wieżowca – było za daleko, nie widział nawet, czy to mężczyzna, czy kobieta, potrzebowałby okularów, ale okularów się bał, bo postarzały człowieka – co na ulicy, daleko na dole, na zmianę niósł, ciągnął i pchał do śmietników duży karton, którego każdy ruch powodował głośny stukot. Najprawdopodobniej były w nim puste butelki po winie, rozbite szyby albo probówki.

– Ale nie chcę rodzić.

Wsypała mąkę do miski.

– Moglibyśmy adoptować.

Dodała odrobinę soli i potrząsnęła patelnią. Olej skwierczał uciążliwie. Osoba przy śmietniku zatrzymała się, aby odpocząć.

– Albo ukraść.

Wymieszała masę miotełką.

– Co myślisz, Evan, ukradłbyś dla mnie jedno dziecko?

Przytulona para minęła odpoczywającego człowieka. Wymienili między sobą może kilka słów.

– Poszłabym do supermarketu i obserwowałabym rodziny. Mogłabym to robić kilka tygodni, potem wiedziałabym już, które kwalifikują się do porwania, ha. Wiedziałabym, które mamy nienawidzą swoich dzieci, bo je denerwują, którzy ojcowie najchętniej uciekliby do Australii, które dzieci nie mają szansy opuścić swojej rodziny choć trochę normalnie. Gdy długo obserwujesz, zauważasz takie rzeczy. Czasami wiesz od razu. Ale co, jeśli wszyscy byliby tacy? Wszyscy zrozpaczeni jeden z drugim, rodziny zepsutych dzieci. My też bylibyśmy tacy?

Okna zapalały się i gasły. Nie było ideałów, nawet za cenę wielkiego trudu. Osoba usiadła na kartonie i zapaliła papierosa.

– Gdyby wszystkie były potencjalnie naszymi dziećmi, musiałabym obniżyć kryteria. Patrzyłabym tylko, w których wózkach jest wyłącznie lukrowane gówienko i którzy przynajmniej próbują żyć zdrowo, to znaczy dbają o zdrowie fizyczne. Kogo przynajmniej trochę obchodzą ich dzieci. To od razu widać. Jeśli w wózku jest kilo ziemniaków, tani kawałek mięsa i trochę zgniłych kalarep, to oznacza, że w tej rodzinie rządzi kryzys egzystencjalny albo brak wyobraźni, w każdym razie coś, co jest dla dzieci złe. My potrafilibyśmy zatroszczyć się o nie lepiej.

Przechyliła miskę nad patelnią. Strumień masy rozlał się w wymierzony krąg.

– Albo zaadoptowalibyśmy maluszka z Afryki, widzisz, byłoby kapitalnie.

Pod wpływem wysokiej temperatury uniosły się krawędzie. Człowiek zgasił papierosa i przygotował się do konfrontacji. Chwycił za karton od spodu.

– Myślisz, że dziwnie by na niego patrzyli w szkole? Jesteśmy już na tyle postępowi, że nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, zwykły człowiek, prawda?

Chwyciła patelnię za rączkę i energicznie przewróciła zawartość, która powoli stawała się najprawdziwszym naleśnikiem. Człowiek z ogromnym trudem – co było widać – dość raptownie podniósł karton prawie do krawędzi, po czym znieruchomiał, nie mógł wyżej, a nie chciał odpuścić, bo następnym razem nie dałby rady. Ludzie przechodzący obok starali się nie patrzeć.

– Byłby kimś szczególnym, nasz maluszek z Afryki, nauczylibyśmy go tylko, jak nie czuć się gorszym, i potem wszystko byłoby w porządku. Według mnie, wszystko będzie zależało od nas, prawda? Byłby interesujący dla dziewczyn, byłby szczęśliwy, jestem pewna.

Evan nagle wstał i oparł się o balustradę.

– No żeż kurwa – przeklął cicho, po czym krzyknął na cały głos – czy ktoś mu pomoże?

/

– OK – powiedział Evan z pełnymi ustami. Dałby i dziesięć razy więcej, nie ma problemu, dzięki Daimyo żyje za darmo i do tego ma solidną płacę. Nawet gdyby chciał, gdyby trwonił pieniądze na ciągłe orgie, narkotyki, alkohol i jedzenie, trudno byłoby mu zbankrutować. To jednak nie oznaczało, że ma potraktować Gordona z obojętnością. Ta wada charakteru – chciwość – to jedna z paskudniejszych rzeczy u człowieka. Wszechświat wyczarował kompletną maszynę, złożoną z organów, nerwów, płuc i serca, a on tym ciągłym targowaniem się o kilka zawszonych procent wysłał ją w próżnię. Przełknął z trudem. – Ale potrzebuję dzisiaj.

– To niemożliwe – natychmiast odmówił Gordon, zamknął oczy i cmoknął. Spodziewał się reakcji, a gdy było cicho, przestraszył się, że dzieje się coś niedobrego i czym prędzej je otworzył. Evan wpatrywał się w niego nieruchomym wzrokiem. – Myślę, że bardzo trudno byłoby coś ustalić tak szybko, to wymaga czasu, żadna transakcja, żaden biznes nie przebiega błyskawicznie, przecież wiesz, zwłaszcza jeśli nie wszystko jest, powiedzmy, do końca legalne.

– Na dzisiaj mam, ale jutro jest próba i nie wiem, czy wytrzymam bez. Oczywiście wytrzymałbym, bez problemu, ale nie chcę. Bo wszyscy wiedzą, co mają robić, ale ciągle nie słuchają, ciągle tracą czas na głupie pytania, ciągle… Przecież to cię nie interesuje, prawda? Zwyczajnie potrzebuję czegoś małego, żebym był bardziej wyrozumiały. Czy da się coś zrobić? Proszę, nie mów, że nie.

Gordon żuł stek i ze współczuciem przytakiwał. Gdy Evan uniósł brwi i spojrzał pytająco, po trzech szybkich kęsach z trudem przełknął. Położył rękę na klatce piersiowej i ułatwił drogę kulce mięsa łykiem wina.

– Wiesz co, oczywiście, mam jeszcze w domu coś małego, chyba, jeśli dobrze pamiętam, co prawda trzymałem to na czarną godzinę, ale ja i tak teraz nie potrzebuję, wiesz, zacząłem medytować i to bardzo, bardzo pomaga, może byś… Może poszedłbyś ze mną? Teraz po obiedzie. Post-joga, kambryczna, deuteryczna, joga tłumu, nie wiem co jeszcze, wszystko to nowe kierunki, wszystkie z północy, tutaj w mieście wszyscy szaleją na ich punkcie.

Evan cenił skrajności. Kiedyś ćwiczył, aż z nosa polała mu się krew. Gardził medytacją. Lecz gdy jest się w potrzebie, szczerość nie jest na miejscu.

– Wiesz, nie bardzo, jestem już umówiony.

– A z kim?

Nigdy nie był pewny, czy ta nieznośna ciekawość Gordona to jego wada czy typowa rola sponsora.

– Z… Oksaną.

– Aktorką?

Przytaknął.

– Ach, Evan, ty psie.

– Nie, to nie tak.

– Aha. – Gordon zamrugał. Kędzior przechylił się na prawą stronę.

– Dobrze, wierz, w co chcesz. A dlaczego nie wziąłeś z sobą?

– Czego?

– MAku.

Gordon położył palec na ustach.

– Nie wymieniaj nazwy, proszę, tutaj nawet światła słuchają.

Umieszczone wysoko na suficie światła leniwie się tliły i nie miały uszu. Starzec i kobieta wyszli. Długowłosy znalazł się nagle bardzo blisko ich stołu. Wpatrzony w przestrzeń za głową Gordona, jakby kędzior go hipnotyzował. Evan nadal próbował być spolegliwy.

– Dobrze, przepraszam, ale wciąż…

– Co?

Gordon niepotrzebnie udawał, że nie wie, o co chodzi. Evan zacisnął zęby.

– Dlaczego nie wziąłeś go ze sobą, przecież napisałem ci, że jestem bez.

– Bo teraz jest zakaz, wiesz, co by ze mną zrobili, gdyby… nawet boję się myśleć. Wyrzuciliby mnie, nieodwołanie, a potem do domu, to ostania rzecz, którą bym teraz… aż mi ciarki przechodzą po plecach… do domu.

Dom. Prosty rzeczownik, który Evan czuł gdzieś w okolicy jabłka Adama. Chłodny. Kłujący. Dom jest miejscem, z którego nie mogą cię odesłać, chyba. A co, jeśli ich poprosisz? Jeśli wybłagasz, żeby cię jednak wypuścili, dokądś, dokądkolwiek?

/

Mieszkali w jednopiętrowym domu z kamienia na wybrzeżu Morza Śródziemnego. W szeregowcu, rzut beretem od miasta, z mamą, ojcem, siostrą. Piąte piętro, wieżowiec, dość dobra dzielnica, nie było powodów do narzekań. Mieszkał w miasteczku akademickim, razem z biedakami i szaleńcami, z niewyżytymi ogierami i babami. Na obcej ziemi – jeśli nazywa się ją obcą tylko dlatego, że nie była domem, choć wszystko było znane, mniej więcej takie samo jak wszędzie. Mieszkał w drodze, prawie sam. I z ludźmi, i czasami zakochany. Mieszkał, można powiedzieć. Mieszkał w Edzie, wysoko, najwyżej jak dotąd. Nigdy

/

– Powiem tak, zgłoś się do mnie wieczorem, po, ekhm, odwiedzinach, ja idę na medytację i widzimy się u mnie, koło siódmej, OK? Ty nadstawiasz karku, ja będę spał spokojnie. Jeśli cię złapią, wprawdzie będę miał przechlapane, bo powinienem cię strzec przed, ekhm, podejmowaniem niewłaściwych kroków, ale w porządku, załatwimy to w konsulacie, przecież są wyrozumiali dla obcokrajowców, zwłaszcza zaproszonych obcokrajowców. Chyba że potraktują cię jak wzór do naśladowania dla pozostałych. Wątpię.

Evan się uśmiechnął. Nie powinien być dla nikogo wzorem. Nie wyobrażał sobie, że ktoś mógłby chcieć naśladować jego los. Z zewnątrz nie wydawał się taki mizerny, przynajmniej na pierwszy rzut oka, co było dobre, w końcu ważne, jak widzą cię inni, lecz gdyby wiedzieli, gdyby naprawdę wiedzieli, nikt nie poszedłby w jego ślady. Gordon go rozśmieszył. Godzina, dokładna, dobra zapowiedź. Dobrze, gdy rzeczy stają się jasne. Spojrzał na zegarek. Kilka minut po czwartej.

– Dobrze, super, załatwione. O siódmej u ciebie. Wezmę taksówkę.

– Przecież nie jest tak źle – śmiał się pod nosem Gordon – zwykle tylko straszą, związki zawodowe transportu publicznego, ekolodzy, motłoch, żeby ich jeszcze więcej wciskało się do autobusów i pociągów. Istnieje większe prawdopodobieństwo, że zadusisz się pod czyjąś pachą, niż że w tłumie spotkasz seryjnego mordercę. Człowiek musiałby mieć wielkiego pecha.

Evan nie miał pecha. Naleśniki zniknęły. Gordon nie dokończył kotleta. Skrzyżowawszy widelec i nóż, z zadowoleniem gładził się po brzuchu. Także kędzior się nasycił, bo nie unosił się. Rozdwoił się i spoczął na łysinie.

– Deser? – zapytał Gordon.

– Po naleśnikach? Co niby miałbym zamówić? Kulki mięsne?

Gordon się zaśmiał.

– Tak, oczywiście. W porządku, to nic. Idziemy?

Opróżnili szklanki i wstali jednocześnie. Nogi krzeseł bezgłośnie się odsunęły. Zmierzyli się wzrokiem. Gordon był wyższy i chudy w ramionach, lecz brzuch nieprzyzwoicie wyłaził mu ze spodni. Evan rzuciłby się z wieżowca, gdyby znalazł się nagle w takim ciele. Nie zazdrościł mu niczego. Może jego obojętności. Pewnie nie było łatwo, z taką okropną sylwetką, całe życie.

Odeszli. Evan obejrzał się za siebie, z przyzwyczajenia, żeby sprawdzić, czy przypadkiem o czymś nie zapomniał, i ujrzał kelnerów szybko sprzątających stolik, jak mrówki obierające kość. Za nim szedł długowłosy, chociaż, wydawało się, że to przypadek.

Hostessa pożegnała ich serdecznie. Szybko liznął ją wyobraźnią. Chciałby się trochę potrudzić, lecz czas uciekał i nie miał już zbyt wiele energii. Żądze są ryzykowne. Z wiekiem stawał się coraz ostrożniejszy. Lubił mieć kontrolę, całkowitą kontrolę. Gdy pomyślisz, czym może się skończyć kryzys pożądania, to szybko przechodzi. Dzieci, choroby weneryczne, obrażone i szalone kobiety to tylko niektóre z rzeczy, które mogą cię dotknąć. Najgorsze jest nagłe znudzenie i poczucie, że poddajesz się ślepej namiętności, że obniżyłeś poziom. W każdym razie z nią mógł świntuszyć w myślach.

/

Jej żarłoczny wzrok. Jej skóra jest śmietaną? Udaje? Wszystko jej jedno? Może kłamie. Zawsze, i znowu, wątpliwości. Jak ma zaufać? Lecz nie jej, jej nigdy tak naprawdę nie zaufał, bo nie miał powodu, żeby ufać, ani potrzeby. Jeśli przywiązała się do niego, to dobrze, i jeśli w pewnej chwili, bez zastanowienia odejdzie, niech odchodzi… Sobie. Jak zaufać sobie, skoro za każdym razem budzisz się w innej skórze?

/

Podali sobie ręce. Uścisk Gordona był miękki i mokry, lecz zagarnął całą dłoń i spojrzał w oczy. Niemal kokieteryjnie. Evan uśmiechnął się do niego.

– O siódmej.

– O siódmej.

Gordon zniknął w tłumie, a Evan stał spokojnie. Miał kilka godzin. Może powinien jeszcze raz przekartkować skrypt, choć znał go już na pamięć i po każdym czytaniu wydawał mu się bardziej wszawy. Nie było już czasu na poprawki. Aktorzy zabiliby go. Przecież wszyscy go zachwalali – kim jest, że jego sąd miałby znaczyć więcej?

Ktoś złapał go za ramię i odwrócił w swoją stronę. Gdy spojrzeli sobie w oczy, Evan przestraszył się. Długowłosy z MUD-u śmiał się, lecz na twarzy rysowała się groźba. Evan strząsnął z ramienia jego rękę.

– Co jest?

– Ten łysy pedał cię okradnie.

Cofnął się odruchowo, rozejrzał na prawo i lewo, jakby spodziewał się skądś pomocy.

– Chwila, poczekaj. Powiedziałem, że cię okradnie. Słyszałem. Czterdzieści?! Kurwa, daj mi czterdzieści, a będziesz się kąpał w mAku.

– Nie wiem, co pan słyszał, nie mam pojęcia, o czym pan mówi.

Długowłosy brunet pokazał zęby w uśmiechu, przycisnął brodę do klatki piersiowej i spojrzał na niego spode łba.

– Nie masz pojęcia, co?

Evan wzruszył ramionami i zmusił się do uśmiechu.

– Nieporozumienie.

– Nieporozumienie – niechętnie powtórzył długowłosy. Chwycił swój warkocz zwisający z przodu i przerzucił go na plecy. Na jego twarzy odmalowała się drwina. – Dobrze, dobrze.

Evan nie wiedział, co ma powiedzieć – patrzył bezmyślnie, próbując zachować spokój. Obok jego głowy przeleciał gołąb. Długowłosy wyciągnął z kieszeni białą wizytówkę i podsunął mu ją pod nos.

– W razie gdybyś kiedyś był bardziej skory do porozumienia.

Evan wziął ją ostrożnie, zrobił krok w tył i przyjrzał się.

Lefkas Saito – handlarz, numer. Na odwrocie nabazgrany był ręcznie adres, a w prawym dolnym rogu małymi literami napisane „habeas cor?”.

Gdy uniósł wzrok, Lefkasa już nie było. Rozejrzał się wokoło. Skłócone ze sobą psy ujadały, ciągnąc za smycze właścicieli. Student mówił dziewczynie, co myśli na temat aborcji, rozczłonkowane części, sprawiedliwość – etyka – konieczność. Śmiech ludzi rozmawiających przez telefony komórkowe. Nawoływania sprzedawcy parówek. Chmura na chwilę zakryła słońce, cień spoczął na przechodniach, po czym rozproszył się w wietrze. Uchylone spojrzenia, wplecione w spacer okularów słonecznych. Wieżowce kołysały się w rytm kroków. Evan nie wiedział, dokąd iść.

/

Wszedł bardzo cicho, ściągnął buty i słuchał przez przymknięte drzwi, jak płacze do telefonu.

– …wiem. Przecież wiem. Ale, mamo… Mamo, posłuchaj mnie, wiem, że długo nie… Mamo, wiem… Wiem… Tak, mamo, posłu… Mamo, wysłuchasz mnie, teraz jak do ciebie dzwonię, czy lepiej, żebyśmy znowu rok nie rozmawiały…? W porządku. Proszę, posłuchaj, tylko posłuchaj.

Podsłuchiwanie było bezczelne.

– Okłamałam go. Nie wiem, nie wiem dlaczego. Co? Przecież to nieważne. Tylko posłuchaj. Wpadłam po uszy w to przeklęte kłamstwo i nie wiem, jak z niego wyjść. Co? Proszę, no weź, proszę, posłuchaj. Chciałabym z tego wyjść, ale nie tak, żeby przyznać się do winy albo wpaść w jeszcze większe kłamstwo, możesz to zrozumieć? Nieważne co. Nie, nie to, nie ma żadnego innego faceta, mamo, nie zrobiłam tego. Nie chcę… Mamo, nie chcę. Ciężko mi. Czy okłamałaś kiedyś tatę? Nie, nie chcę wiedzieć. Proszę, mamo. Proszę. Co mam zrobić…? Nie chcę. Nie. Nie mogę. Odejdzie. Niczego. Przecież będzie miał rację. Mamo, proszę. Możemy się spotkać? Tak. OK. Tak. OK, mamo. Przepraszam.

Łzy są mieszanką hormonów, które normalizują wstrząs uczuciowy. Jeśli czyjeś spijesz, zobaczysz przez chwilę jego wewnętrzne oblicze. Chlipała i smarkała, potem uderzyła pięścią w podłogę. Evan założył buty i wyszedł. Dopóki dziecko było jego

/

Włożył wizytówkę do kieszeni i ruszył przed siebie. Chłonął energię miasta i postanowił, że się nie zatrzyma. Na plecach czuł pot. Miał nadzieję, że nie widać kropel. Unikał odbić w wystawach sklepowych. Wiedział, jak wygląda, trzy czwarte życia oglądał się w lustrach, a teraz przestał. Z łazienki w mieszkaniu musieli je wynieść. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnie człowiek o poranku, jest spojrzenie na postarzałą, zmierzwioną twarz kogoś, komu nie można powiedzieć, żeby zniknął. Powiódł palcem wokół ust i popatrzył na niego. Brązowy odcień. Mógł mu ktoś powiedzieć. Czekoladowy klown. Jeszcze raz przesunął, mocno. Przejechał językiem po zębach i potarł oczy, następnie położył rękę na włosach i przycisnął. Wiatr rozwiał jego starania. Zostaw, powiedział sam do siebie. Wszystko jedno. Nikt na ciebie nie patrzy. To smutne, ale daje wolność. Wszyscy jesteśmy sami i tak naprawdę nikt nikogo nie widzi.

Pozwoli sobie na masaż. Tyle o związkach. Teraz nie było mu już niezręcznie wejść do środka i żądać dotyku. Staruszka stanęła przed drzwiami, z otwartymi ustami i językiem poruszającym się w prawo i lewo. Minął ją i wszedł do długiego, pustego korytarza. Na podłodze leżał wytarty dywan, kiedyś chyba zielony, a teraz w kolorze zakurzonej szarości, natomiast ściany, świeżo pomalowane, były puste i poszatkowane drzwiami.

Wszedł przez pierwsze i znalazł się w jakiejś świątyni. Z rzędów ławek miejscami wystawały głowy. W przejrzystym półmroku wzrok docierał do ołtarza, kamiennego stołu, na którym tliła się tylko jedna świeca. Chciał odejść, gdy wraz z miedzianym dźwiękiem dzwonka do stołu podszedł otyły mężczyzna w czerwonym fraku, wyciągnął ręce przed siebie i na cały głos krzyknął:

– Wszyscy jesteśmy karaluchami w królestwie gnozy!

To wystarczyło. Nie postarał się nawet cicho zamknąć drzwi. Zadudniło w korytarzu i głos dniówkowego ucichł. Evan był wychowany na katolika, na studiach uważał się za nietzscheanistę, a teraz nie wierzył już ani w nic, ani w przypadek. Fakt, że istniał, to była jeszcze jedna idea, wstrętna, niedopracowana, niezrealizowana. Wydął policzki i uderzył je dłońmi. Tyle o istnieniu.

Wpadł na niego szkaradny, zezowaty człowiek –

– Ty też się zgubiłeś? Heh he, he. Tutaj o, w tych to drzwiach, wymasują na pana, ha, na pana. Szczęśliwy koniec, jeśli chcecie, może być też szczęśliwy początek. Hah ha, ha. Ja jestem pusty, teraz, całkiem pusty. Ha. – I uciekł na ulicę. Evan stracił ochotę na masaż, ale nie chciał wyjść od razu za nim, czuł do niego wstręt. Szczęśliwy koniec wymagałby czegoś więcej niż kobiece palce, a na szczęśliwy początek było już dawno za późno. Wszystko razem było puste. Zerknął na zewnątrz. Ruszył.

Mijane wystawy mieniły się jak programy w telewizji, w nocy, późno. Nieciekawe klocki rozpaczy. Klik-krok. Następna. Lalki, martwe lalki, wpatrujące się w pustą dal. Naczynia piasku, kurzu, talerze przypraw. Obłudne doznania śmiechu, szczęścia i radości, ukryte za liczbami. Jedwabne chusty, rozciągnięte jak śluzowate ślady ślimaków, techno gwoździe, nity, kombinerki… klik.

W szparę między blokami wciśnięto park. Kilka ławek, ścieżka, parę nadmiernie przystrzyżonych żywopłotów, nic szczególnego. Jedna ławka była pusta. Evan spoczął na niej, kładąc dłoń na czole, skrył się przed słońcem i zamknął oczy.

/

Zgotowało mu sen. Gdy się obudził, nie wiedział, gdzie jest. Stał nad nim stary mężczyzna z aparatem słuchowym i olbrzymimi okularami.

– Park się zamyka. Będzie trzeba wstać.

– Która godzina?

– Sami narkomani przychodzą wieczorem, wszystko obsrywają, a ja muszę potem sprzątać.

– W porządku. Ma pan może zegarek?

– Mam. Ktoś umarł, właśnie na tej ławce, na której pan śpi, ostatnio, musiałem dzwonić, potem mnie przesłuchiwali. Nie mam czasu na przesłuchania. Nic nie wiem. Nigdy niczego nie wiedziałem.

Evan wstał i nierównym krokiem ruszył w kierunku ulicy.

– A dziękuję?

Spojrzał na niego, starca w zielonym kombinezonie, z grabiami w rękach.

– Wyciągnij kopyta.

Starzec złapał się za piersi, zachwiał się i usiadł. Grabie upadły. Evan znieruchomiał.

– Jest siódma – powiedział poważnie starzec.

– Dziękuję.

– Już w porządku, przynajmniej coś wiem, przynajmniej tyle, która jest…

Evan był już na ulicy, zatrzymywał taksówkę. Wsiadł do pierwszej, która stanęła. Nie bał się. Przecież nie miał pecha. Nigdy nie miał niczego. Prowadziła kobieta, co go zaskoczyło. Trudno mu było powiedzieć, na ile lat wygląda, miała siwe loki wokół czoła i włożone za kołnierz bluzki. Przywitali się.

– Dokąd? – zapytała.

Musiał pomyśleć. Dał jej adres.

– Ile? – zapytał.

– Niedaleko. Trzy.

– Aha. Miałem na myśli, ile czasu będziemy jechać, trochę mi się spieszy.

– Dziesięć minut, piętnaście, jeśli będziemy stać na czerwonym.

– Dobrze.

Chodniki zlały się z tłumem. Uciszył myśli. Patrzył.

– Skąd pan jest? – zapytała.

Znudzony, spojrzał na nią w lusterku wstecznym. Na jej twarzy widniało coś przypominającego szczęście. Nie miał czelności zapytać.

– Z Europy.

– Daleko.

– Tak. A pani?

– Zewsząd, znikąd, wie pan. Wszystko ulatuje z pamięci.

– Zapomniała pani, skąd pochodzi?

– Wszystko jedno. Nie wiem, chyba… Urodziłam się gdzieś obok Indii, tak myślę. Dzieciństwo na statku. Co mam powiedzieć. Obywatelka oceanu.

– Ładnie.

– Naprawdę?

– A czemu nie?

– Na morzu ciężko zapuścić korzenie.

– Chciałaby pani? Ja z trudem je wyrywałem.

– I teraz jest lepiej?

– Nie.

– No, widzi pan.

Zamilkł.

– A co pan robi w Edzie?

Ma nadzieję, że czym prędzej będzie koniec, bez śladu.

– Jestem reżyserem. W teatrze.

– Brawo!

– Przecież nie wie pani, czy jestem dobry.

– Jeśli pan jest tutaj, to znaczy, że musi pan być dobry.

– Gdyby pani tylko wiedziała.

– Ach, wątpi pan w siebie? To jest zdrowe. Lepsze niż ślepa pewność siebie, prawda?

Nie odpowiedział. Dźwięk syreny ambulansu wypełnił powietrze. Otworzył usta i oparł czoło o szybę. Przy każdej dziurze wzdrygał się, ale nie odsunął głowy. Dygotanie czaszki budziło go z mdłej rozpaczy. Przed snem chętnie wypiłby jeszcze jedną torebkę mAku. Miał nadzieję, że Gordon będzie miał ich więcej.

– Jesteśmy na miejscu.

Zakręciła na podniesioną platformę. Gordon żył w luksusowym domu, który dzielił z jeszcze pięcioma sponsorami. Drzwi taksówki otworzył mu portier. Evan wyszukał w kieszeni drobne i zapłacił jej. Pięć.

– Dziękuję.

Mrugnęła do niego zachęcająco. Uśmiechnął się. Nawet taksówkarzom było go żal. Odszedł, zanim zdążyła wydać mu resztę.

Portier był wysokim mężczyzną, krótko ostrzyżonym, z zębami niczym rząd płytek domina z pustymi polami.

– Jest pan podopiecznym? – zapytał go w drodze do drzwi.

Evan przytaknął.

– Czyim, jeśli mogę zapytać?

– Gordona.

Portier się zatrzymał.

– Nie wiem, jak to panu powiedzieć, ale pana Falstaffa niedawno aresztowali.

– Co? – Evanowi zamarło serce.

– Niech pan się nie martwi, najprawdopodobniej to nic takiego, pewnie pomyłka.

– Nieporozumienie – powiedział Evan.

– Tak, tak, zapewne.

Stali przed drzwiami wejściowymi. Evan zerkał do środka.

– A więc nie ma go tutaj?

– Zabrali go na posterunek.

– A dlaczego go aresztowali? Wie pan?

Portier przybliżył się do niego.

– Narkotyki, tak mówią. Moim zdaniem to głupota. Dzisiaj ich zakazali i już zastraszają…

– Może chcą zrobić z niego wzór do naśladowania dla innych.

Portier uniósł brwi.

– O tym nie pomyślałem.

Evan uśmiechnął się, jakby był znawcą. Słońce skryło się za szczytami wieżowców, zajął je mrok. Portier złożył ręce i próbował uprzejmie, mową ciała, dać mu do zrozumienia, żeby sobie poszedł. Skoro nie było Gordona, nie miał powodu, żeby tu być. Ale miał go. Miał cholernie dobry powód. Przyszedł z dokładnie określonym zamiarem – w każdym razie nie po to, aby znowu wpatrywać się w jego nieujarzmioną pół-łysinę. Przyszedł po to, co mu obiecano, i nie obchodziło go, czy Gordon znalazł się w areszcie czy w więzieniu, czy gdziekolwiek indziej. Lekko stukał piętą w podłogę.

– Mogę jeszcze w czymś pomóc? – zapytał portier.

– Czy Gordon zostawił coś dla mnie?

Portier zastanowił się i pokręcił głową.

– Nic.

– Jest pan pewien?

Jeszcze raz uniósł głowę, jakby szukał odpowiedzi na latarni ulicznej, i znowu pokręcił głową.

– Może zostawił to u kogoś innego…

– Proszę pana, cały dzień tutaj jestem. Byłem tu, kiedy wrócił do domu, poszedł do mieszkania i zaraz potem wtargnęli policjanci.

– Byli w jego mieszkaniu?

Portier zezłościł się.

– Tak, byli. Gdybym mógł jeszcze w czymś pomóc, inaczej…

– Nie, przecież rozumiem, tylko obiecał mi, i koniecznie tego potrzebuję – ugryzł się w język. Konieczność nie jest zabroniona, ale kiedy mówi się o narkotykach, wydaje się niesmaczna. Uznał nawet, że nie warto zaprzeczać. Portier wyprostował się i zmarszczył.

– Niczego nie zostawił dla pana. Proszę, jeśli to wszystko…

Evan nerwowo potrząsnął głową i odwrócił się, żeby odejść. Portier się rozluźnił, wówczas Evan skoczył w kierunku drzwi i uderzył w nie. Były zamknięte. Bezmyślnie spojrzał na portiera, który zaśmiał się, wyjął z kieszeni kartę i pomachał nią.

– To nie przejdzie. A teraz proszę, żeby pan odszedł.

Evan wymamrotał pokorne „przepraszam”, schował głowę między ramiona i odmaszerował. Rzucił jeszcze w stronę portiera kilka groźnych spojrzeń, zastanawiając się, jak go czymś zająć i zabrać mu tę kartę, i czaił się za gazonami, sprawdzając, którędy mógłby się wspiąć, otworzyć okno, wślizgnąć się do środka i wszystko przeszukać… Na chodniku przyznał się do porażki. Kopnął w puszkę, która poleciała wysoko, odbiła się od plandeki zaparkowanej ciężarówki i spadła na ziemię.

/

Taksówkarza przywitał słowami „nie jestem w nastroju do rozmowy, niech mnie pan zawiezie do domu” i taksówkarz wypełnił polecenie. Podczas jazdy w milczeniu podsycał nerwowość. Gdy dotarli na miejsce, zwymiotował ją na chodnik. Naleśniki. Czekoladowy śluz spłynął do kanału. Wytarł usta i słaniając się, wszedł do środka, gdzie natychmiast napadł go recepcjonista.

– Panie Z.!

Evan nie spojrzał na niego, machnął tylko ręką, próbując czym prędzej dojść do windy. Natręctwo nieznajomych totalnie wyprowadzało go z równowagi. Chciał tylko poczucia bezpieczeństwa w swoim pokoju, chciał być zamknięty na klucz, sam. Recepcjonista się nie poddawał.

– Panie Z.! Ma pan gościa.

Specjalnie go nie słuchał. Doczłapał do windy, gdzie w równomiernych odstępach czasu naciskał na guzik. Drzwi się otworzyły i już stał jedną nogą w środku, gdy ją usłyszał.

– Eeeeeevan.

Szepnęła mu do prawego ucha, lecz gdy się odwrócił, nikogo tam nie było. Jej śmiech dochodził teraz z drugiej strony. Chwyciła go za ramię i delikatnie przyciągnęła do siebie. Gdy mu się przyjrzała, jej uśmiech zamarł.

– Mój Eeeevan, jak ty wyglądasz?

Drzwi zaczęły się zamykać. W międzyczasie wyciągnął rękę. Uderzyły, bardzo lekko, zanim znów się rozsunęły.

– Miałem zły dzień, Oksana.

– Widać. Co się stało?

– Nic.

– Nic jest złe? – Jej oczy były niewinnie rozszerzone, ciekawskie, odrobinę głupie, głębokie jak krowie.

– Nic jest złe.

– Lepsze niż złe jest nic?

Uśmiechnął się zmęczony.

– Muszę iść pod prysznic, Oksana… Byliśmy… Byliśmy umówieni? Która jest godzina? Jestem spóźniony, prawda? O siódmej? Przepraszam.

– Byłam zła – powiedziała. Przytaknął.

– Przepraszam.

Jej dłoń podążyła w kierunku jego policzka. Chciał się odsunąć, ale nie udało mu się. Z zamkniętymi oczami poddał się jej dotykowi. Weszła do windy i pociągnęła go za sobą. Spodziewał się pocałunku, lecz gdy otworzył oczy, patrzyła w ziemię. Podszedł do niej i palcami podniósł jej brodę. Odsunęła się. Nie zdziwił się. Było mu wszystko jedno. Czerwone numery rosły. Winda unosiła się, wydając cichy metaliczny dźwięk.

– Umyjesz się – powiedziała.

Przejechał palcem wokół ust. Znowu czekolada. Pokręcił głową.

– Tak.

/

Miała na sobie białą wieczorową suknię, odkryte szpilki i łańcuszki na kostkach. Była piękna. Dekolt był głęboki, lecz w granicach dobrego smaku. Pieprzyk na szyi próbowała zatuszować pudrem. Czego się wstydziła? Był w kształcie półksiężyca. Jej dłonie nie były dłońmi damy, zdradzały to, co robiła kiedyś. Popękane poduszeczki, echa odcisków. Jej ręce gryzły ziemię. Obracały siano, biły krowy, mocno, wyrzucały gnój. I teraz trzymały jego.

Weszli do mieszkania. Evan zapalił światło i poprosił ją, aby usiadła. Nie skrzyżowała nóg. Białe, gładkie, chude z plamami mięsa w niektórych miejscach. Pod lewym kolanem miała bliznę, ledwie widoczną. Nigdy mu nie powiedziała skąd. Od klęczenia przed nieznanym bóstwem, przed surowym ojcem, przed okrutnym kochankiem… Albo było to zadrapanie duszy, wyrażone w miejscu, które skrywasz, oddając cześć. Kolana lekko się stykały. Wzrok nie sięgał między nie.

Rzucił koszulę na łóżko. Gdy rozpiął pas, spadły spodnie. Ściągnął buty i uwolnił kostki ze sterty szmat. Do łazienki szedł w samych majtkach. Czuł na karku jej spojrzenie. Wysuszona przez wiek skóra obsiana była piegami jak kroplami atramentu na wygarbowanym pergaminie. Bruzdy mięśni. Zmarszczek nie dało się już wygładzić.

Gdy oblała go woda, zauważył, że się trzęsie. Chłód złagodził złość. Stary i bezsilny wobec kurczowych żądań ciała. Odczuwał już w życiu brak, lecz zawsze potrafił go pokonać; siłą dostać to, czego potrzebował, albo uciszyć pragnienie. Teraz było inaczej. Był pewien, że zasługuje na to. Gdy pozbawiono go satysfakcji z powodu papierkowych pierdółek, potem już całe życie wpadał w pułapki. Nigdy nie będzie nasycony. Spisek świata zmienił każde oczekiwanie w wyzysk spokoju.

Przyłączyła się do niego. Była naga. Strumień wody przykleił jej włosy do głowy. Trzymał ręce przy sobie. Gdy podeszła bliżej, poczuł jej włosy łonowe.

– Jedziesz? – zapytała.

– Dokąd? – Jego głos był słaby.

– Widziałam na stole.

Milczał.

– Nie jedź.

Dotknęła ustami jego ramienia.

– Nigdzie nie jadę. – Nie wiedział już, kiedy mówi prawdę. Mówił kiedyś?

Zeszli niżej. Grzbietem dłoni potarł jej sutek. Odsunęła się. Gdy wzięła go w usta, nie wiedział, czy pamięta, czy to jest ona, czy nie ona, nie wiedział, czego chce i co powinien zrobić, co w ogóle jeszcze może, rozdarty był między tym, co było, i tym, co jeszcze musiało przyjść, powoli skupiony na pulsującym wrzeniu w pachwinach, pobudzony, uniesiony, przy języku, powoli, między palcami, ze śliną, szeptem, wargi, jeszcze