Na ostrzu noża. Ruchomy Chaos - Patrick Ness - ebook + audiobook

Na ostrzu noża. Ruchomy Chaos ebook i audiobook

Patrick Ness

3,8

Opis

Pierwszy tom bestsellerowej trylogii Patricka Nessa. Na podstawie książki został nakręcony film z Daisy Ridley i Tomem Hollandem w rolach głównych, który wejdzie na ekrany kin w marcu 2021 roku.

Niezwykła podróż do świata, w którym nie ma kobiet, a wszystkie żywe stworzenia słyszą swoje myśli w niemilknącym strumieniu dźwięków, słów i obrazów zwanym Szumem.

Tood Hewitt jest jedynym chłopcem w osadzie pełnej mężczyzn. Odkąd osadnicy zostali zarażeni Szumem, Todd słyszy wszystko, co mężczyźni myślą, a oni słyszą wszystko, co myśli on. Za miesiąc ma stać się mężczyzną, ale wśród otaczającej go kakofonii orientuje się, że mieszkańcy osady coś przed nim ukrywają – coś tak strasznego, że Todd zmuszony jest uciec.

Ścigani przez wrogo nastawionych osadników, natrafia na dziwną, milczącą dziewczynę. Kim ona jest? I dlaczego nie została zabita przez chorobę, tak jak wszystkie inne kobiety w Nowym Świecie? W trakcie wspólnej podróży Todd będzie musiał oduczyć się wszystkiego, co zna, by zrozumieć, kim naprawdę jest.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 509

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 48 min

Lektor: Patrick Ness

Popularność




Patrick Ness Na ostrzu noża. Ruchomy chaos

Tytuł oryginału: The Knife of Never Letting Go

Copyright © 2008 Patrick Ness Published by arrangement with Michelle Kass Associates Ltd., London. Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Hałas, 2020 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021All rights reserved

Cover art and photographs ®, ™ & © 2021 Lions Gate Entertainment Inc.All Rights Reserved.

Korekta Jolanta Kusiak-Kościelska, Katarzyna Marcisz

Wydanie I w tej edycji ISBN

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

CZĘŚĆ 1

1. Dziura w Szumie

1 Dziura w Szumie

PIERWSZE, CO ODKRYWASZ, jak twój pies się nauczy mówić, to że psy nie mają za wiele do powiedzenia. O niczym.

— Chce mi się kupę, Todd.

— Zamknij pysk, Manczi.

— Kupę. Kupę, Todd.

— Powiedziałem, zamknij pysk.

Idziemy przez zarośnięte chwastami pola na południowy wschód od osady, te, co to opadają ku rzece i dalej, ku bagnom. Ben mnie wysłał, żebym mu narwał trochę bagiennych jabłek, i kazał mi zabrać Mancziego, choć wszyscy wiemy, że Cillian kupił go tylko po to, żeby się podlizać burmistrzowi Prentissowi i dlatego, bach, na urodziny w zeszłym roku dostałem psa, chociaż nigdy nie mówiłem, że chcę psa. Mówiłem, że najbardziej to chcę, żeby Cillian wreszcie naprawił turbocykl, żebym nie musiał się tłuc na piechotę w każdy przeklęty kąt w tej głupiej dziurze, ale nie, wszystkiego najlepszego, Todd, masz tu szczeniaczka, Todd, i chociaż go nie chcesz, chociaż nigdy o niego nie prosiłeś, zgadnij, kto musi go karmić i tresować, i kąpać, i wyprowadzać, i słuchać, jak paple, teraz, kiedy jest już wystarczająco duży, by zarazek gadania działał na jego japę. Zgadnij, kto?

— Kupa. — Manczi szczeka cicho do siebie. — Kupa, kupa, kupa.

— Po prostu zrób tę durną kupę i przestań o niej mleć ozorem.

Zrywam łodygę trawy rosnącej obok ścieżki i zamierzam się na niego. Nie trafiam, nie mam zamiaru go trafić, ale on tylko wydaje swój krótki szczekający śmiech i biegnie dalej. Idę za nim, uderzając trawy rosnące po obu stronach łodygą, którą trzymam w ręku, mrużąc oczy od słońca, próbując o niczym nie myśleć.

Tak naprawdę nie potrzebujemy tych jabłek z bagien. Ben może je kupić w sklepie pana Phelpsa, jeśli naprawdę chce. Wiadomo też, że pójście na bagna, żeby zerwać parę jabłek, to nie robota dla mężczyzny, bo mężczyźnie nigdy nie wolno się tak obijać. No cóż, ja oficjalnie stanę się mężczyzną dopiero za trzydzieści dni. Przeżyłem dwanaście lat, liczących po trzynaście długich miesięcy i do tego jeszcze dwanaście miesięcy, i to wszystko oznacza, że od wielkich urodzin dzieli mnie jeszcze cały miesiąc. Tworzą się plany, trwają przygotowania, będzie niezłe przyjęcie, jak sądzę, choć zaczynam wyłapywać związane z nim dziwne obrazy, całe ciemne i jednocześnie zbyt jaskrawe, ale w każdym razie stanę się mężczyzną, a zrywanie jabłek na bagnach to nie robota dla mężczyzny, ani nawet dla prawie mężczyzny.

Ale Ben wie, że może mnie poprosić, żebym tam poszedł, i wie, że powiem: dobrze, pójdę, bo bagna to jedyne miejsce w pobliżu Prentisstown, gdzie możesz zyskać chwilę wytchnienia od całego tego Szumu, co się wylewa z ludzi, całego zgiełku i jazgotu, co nigdy nie cichnie, nawet kiedy śpią, mężczyźni i te myśli, o których sami nie wiedzą, że je mają, nawet kiedy wszyscy je słyszą. Mężczyźni i ich Szum. Nie wiem, jak oni to robią, że są w stanie wytrzymać jedni z drugimi. Mężczyźni robią wokół siebie mnóstwo Szumu.

— Wiewiórka! — woła Manczi i już leci, zbaczając ze ścieżki, nie dbając o moje krzyki, więc ja też muszę za nim pobiec przez (rozglądam się, żeby mieć pewność, że jestem sam) cholerne pola, bo Cilliana szlag trafi, jeśli Manczi wpakuje się w jakąś cholerną wężową dziurę, i oczywiście to będzie moja cholerna wina, nawet jeśli ja w ogóle nie chciałem dostać tego cholernego psa, do jasnej cholery.

— Manczi! Wracaj tu!

— Wiewiórka!

Przedzieram się przez trawę. Pędrakulki przylepiają mi się do podeszew. Gdy próbuję się ich pozbyć, jedna się rozwala, zostawiając na bucie zieloną smugę, której — jak wiem z doświadczenia — już się nie wywabi.

— Manczi! — wściekam się.

— Wiewiórka! Wiewiórka! Wiewiórka!

Ujada wokół drzewa, a wiewiórka biega tam i z powrotem po pniu, drażniąc się z nim. No chodź, młyniecki psie — mówi jej Szum. — Chodź złap, chodź złap. Młyniec, młyniec, młyniec.

— Wiewiórka, Todd! Wiewiórka!

Kuźwa, ale durne te zwierzaki.

Łapię Mancziego za obrożę i daję mu solidnego klapsa w tylne łapy.

— Au, Todd? Au? — Walę go znowu. I znowu. — Au? Todd?

— Chodź — mówię, a mój własny rozwścieczony Szum huczy tak głośno, że ledwo słyszę własne myśli, czego zaraz pożałuję, poczekajcie tylko.

Młyniecki chłopak, młyniecki chłopak — myśli o mnie wiewiórka. Chodź złap, młyniecki chłopaku.

— Ty też się odwal — odpowiadam, ale nie mówię „odwal”, tylko deczko mniej grzecznie.

I naprawdę, naprawdę powinienem był się jeszcze raz rozejrzeć.

Bo znikąd zjawia się Aaron, znienacka podrywa się z trawy, podrywa się i wali mnie z liścia w twarz, rozcinając mi wargę swoim wielkim pierścieniem, a potem zaciska dłoń w pięść i wymierza drugi cios na odlew, trafiając w kość policzkową, ale przynajmniej nie w nos, bo już upadam w trawę, próbując uciec przed jego sierpowym, i puszczam obrożę Mancziego, a on pędzi z powrotem ku wiewiórce, szczekając jak najęty, zdrajca jeden, i ląduję na czworakach w trawie, zasyfiając sobie pędrakulkami całe ciuchy.

I zostaję tak, na ziemi, dysząc.

Aaron staje nade mną, jego Szum zasypuje mnie fragmentami Biblii i jego następnego kazania i pojedynczych myśli: Język, młody Toddzie i znalezienie ofiary, i święty wybiera swą drogę i Bóg słyszy, a do tego ta powódź obrazów, która jest w każdym Szumie, znajomych rzeczy oraz przelotnych migawek…

Co? Co u diaska?

Ale głośny kawałek jego kazania zagłusza to coś, a ja spoglądam w górę, w jego oczy i nagle nie chcę wiedzieć. Czuję już smak krwi z wargi, którą mi rozciął swoim pierścieniem i nie chcę wiedzieć. On nigdy tu nie przychodzi, mężczyźni nigdy tego nie robią, mają swoje powody, jak to mężczyźni, tylko ja i mój pies tu bywamy, ale teraz on tu jest i nie chcę, nie chcę, nie chcę wiedzieć dlaczego.

Aaron uśmiecha się zza tej swojej brody, patrząc w dół, uśmiecha się, patrząc na mnie, leżącego w trawie.

Uśmiechnięta pięść.

— Język, młody Toddzie — mówi — wiąże nas jak więźniów na łańcuchu. Czy niczego się nie nauczyłeś w kościele, chłopcze? — A potem mówi to, co najczęściej powtarza z ambony. — Jeśli jeden z nas upada, wszyscy upadamy.

„Tak, Aaronie” — myślę.

— Ustami, Todd.

— Tak, Aaronie — mówię.

— A cholery? — nie odpuszcza. — A kuźwy? Nie myśl, że ich też nie słyszałem. Twój Szum cię zdradza. Zdradza nas wszystkich.

„Nie do końca” — myślę, ale równocześnie odpowiadam:

— Przepraszam, Aaronie.

Nachyla się nade mną, zbliżając wargi do mojej twarzy, i czuję zapach oddechu wydobywającego się z jego ust, czuję ten smród, jak ciężar, jakby to były palce sięgające ku mnie.

— Bóg słyszy — szepcze. — Bóg słyszy.

I znów podnosi rękę, uchylam się odruchowo, on parska śmiechem, a potem już go nie ma, tak po prostu. Odchodzi z powrotem w kierunku osady, zabierając swój Szum ze sobą.

Cały się trzęsę od napięcia po tym, jak mnie walnął, trzęsę się przez to, że jestem tak nakręcony i zaskoczony, i wściekły, i tak bardzo nienawidzę tej osady oraz mieszkających w niej mężczyzn, że mija dłuższa chwila, nim jestem w stanie wstać i znowu złapać mojego psa. „Co on tu, do kuźwy nędzy, robił?” — myślę i jestem tak wkurzony, wciąż tak nabuzowany złością i nienawiścią (i strachem, tak, strachem, zamknijcie się), że nawet się nie odwracam, żeby sprawdzić, czy Aaron usłyszał mój Szum. Nie odwracam się. Nie odwracam się.

A potem jednak się odwracam i idę po mojego psa.

— Aaron, Todd? Aaron?

— Nie powtarzaj więcej tego imienia, Manczi.

— Krwawisz, Todd. Todd? Todd? Todd? Krwawisz?

— Wiem. Zamknij się.

— Młyniec — mówi, jakby to nic nie znaczyło. Łeb ma pusty jak niebo.

Wymierzam mu klapsa w tyłek.

— Tego też nie powtarzaj.

— Au? Todd?

Idziemy dalej, trzymając się w bezpiecznej odległości od rzeki, którą mamy po lewej. Rzeka płynie w dół przez serię kanionów na wschód od osady; bierze swój początek daleko na północy, za naszą farmą, mija osadę i rozlewa się szerzej, tworząc podmokły obszar, który przechodzi w bagniska. Lepiej trzymać się z dala od rzeki, a zwłaszcza od tego podmokłego odcinka przed linią bagiennych drzew, bo żyją tam kroksy, wystarczająco duże, żeby załatwić prawie mężczyznę i jego psa. Płetwy na ich grzbietach wyglądają zupełnie jak trzciny, a jeśli podejdziesz za blisko, WUUM! — wylatują z wody, rzucają się na ciebie z wyciągniętymi szponami i kłapiącą paszczą, i w zasadzie nie masz już wtedy szans.

Omijamy podmokły odcinek i staram się chłonąć przybliżającą się ciszę bagien. Nie ma tu już nic ciekawego do oglądania tak naprawdę, i to dlatego mężczyźni tu nie przychodzą. A także przez zapach. Nie udaję, że go nie ma, ale też wcale nie śmierdzi tu tak strasznie, jak powiadają mężczyźni. Czują smród swoich wspomnień, nie ten zapach, który teraz tu jest; czują zapach tego, co było kiedyś. Wszystkich martwych stworzeń. Szpakusy i ludzie mieli odmienne zdanie na temat grzebania zwłok. Szpakusy po prostu wykorzystywały bagno, wrzucały swoich zmarłych do wody, pozwalając im zatonąć, i nie było żadnego problemu, pewnie dlatego, że ich ciała dobrze się do tego nadawały. Tak powiada Ben. Woda, muł i szpakusowa skóra dobrze się ze sobą łączyły, zwłoki nie zatruwały bagna, tylko je użyźniały, tak jak mężczyźni użyźniają ziemię.

A potem nagle, rzecz jasna, było o wiele więcej szpakusów do pogrzebania niż normalnie, zbyt wiele, żeby mogło ich połknąć nawet tak wielkie bagno jak to, mimo że jest naprawdę pioruńsko wielkie. I nie było już żadnych żywych szpakusów, co nie? Tylko sterty szpakusowych trupów, gromadzące się w bagnisku, gnijące i cuchnące, i musiało minąć mnóstwo czasu, nim bagna stały się z powrotem bagnami, a nie paskudnym syfem pełnym much i smrodu, i kto wie, jakich zarazków, które tamci zachowali specjalnie dla nas.

Urodziłem się w tamtym czasie, w całym tamtym syfie, gdy bagna były przepełnione, cmentarz był przepełniony, a w osadzie zostało za mało ludzi, no więc nic nie pamiętam, nie pamiętam świata bez Szumu. Mój tatko zachorował i zmarł, zanim się urodziłem, a potem oczywiście zmarła też mama, jakżeby inaczej. Ben i Cillian mnie przygarnęli, wychowali mnie. Ben powiada, że moja mama była ostatnią z kobiet, ale wszyscy to mówią o wszystkich mamach. Może i Ben nie kłamie, on sądzi, że to prawda, ale kto wie?

Tak czy owak jestem najmłodszy z całej osady. Kiedyś wychodziłem rzucać kamieniami w polne wrony razem z Regiem Oliverem (starszym o siedem miesięcy i osiem dni), Liamem Smithem (starszym o cztery miesiące i dwadzieścia dziewięć dni) i Sebem Mundym, który był najmłodszy po mnie, starszy o trzy miesiące i jeden dzień, ale teraz już nawet on się do mnie nie odzywa, po tym jak stał się mężczyzną.

Chłopcy nigdy tego nie robią, gdy już skończą trzynaście lat.

Tak to już jest w Prentisstown. Chłopcy stają się mężczyznami, którzy chodzą na swoje spotkania tylko–dla–mężczyzn, żeby tam gadać piorun wie o czym. Chłopcy zdecydowanie nie mają tam wstępu, a jeśli jesteś ostatnim chłopcem w osadzie, musisz po prostu czekać, całkiem sam.

No, ty i pies, którego nie chcesz.

Ale mniejsza o to; przed nami już bagna i włazimy tam, trzymając się ścieżek, które prowadzą nas wokół miejsc, gdzie stoi najwięcej wody, okrążając wielkie, cebulaste drzewa, co wyrastają z trzęsawiska i pną się w górę, w górę, a ich gałęzie tworzą iglasty okap wiele metrów wyżej. Powietrze jest tu parne, panuje mrok i duchota, ale nie jest to przerażający rodzaj parności, mroku i duchoty. Wszystko tu tętni życiem, mnóstwem życia, totalnie ignorującego osadę — ptaki i zielone węże, i żaby, i kiwity, i oba gatunki wiewiórek, i (przysięgam wam) jeden czy dwa kassory, i oczywiście trzeba uważać na czerwone węże, ale choć jest ciemnawo, to przez szczeliny między gałęziami sączy się światło i jeśli chcecie znać moje zdanie, a nie musicie chcieć, dla mnie bagna są jak jeden wielki, wygodny, prawie pozbawiony Szumu pokój. Mroczny, ale pełen życia. Pełen życia, ale przyjazny. Przyjazny, ale nienachalnie.

Manczi zadziera łapę praktycznie na każdym kroku, aż chyba zaczyna mu już brakować siuśków, po czym kieruje się w krzaki, gaworząc cicho do siebie. Pewnie szuka miejsca, gdzie będzie mógł załatwić grubszą potrzebę.

Ale bagnu to nie przeszkadza. Bo i czemu? Wszystko to jest po prostu życie, które wciąż się powtarza, wraca po własnych śladach, zatacza kręgi i zjada samo siebie, żeby ponownie wyrosnąć. Znaczy się, nie żeby tu nie było Szumu. Jasne, że jest, nie da się uciec od Szumu, nie ma sposobu, żeby się od niego uwolnić, ale tu jest ciszej niż w osadzie. Tutejsze głośno to inne głośno, bo bagienne głośno to tylko ciekawość, różne stwory próbują dociec, coś ty za jeden i czy stanowisz zagrożenie. Osada zaś wie o tobie wszystko i chce się dowiedzieć więcej, i chce ci dowalić tym, co już wie, i jak w tym wszystkim zachować choćby kawalątek siebie?

Ale Szum bagien, Szum bagien to tylko małe, zaaferowane ptasie myśli trzepoczące w małych ptasich móżdżkach. Gdzie jedzenie? Gdzie gniazdo? Gdzie będzie bezpiecznie? I woskowe wiewiórki, to wszystko małe łobuzy — jak cię zobaczą, to cię zaczepiają, a jak cię nie widzą, to dokuczają sobie nawzajem, i rdzawe wiewiórki, które są jak głupkowate dzieciaki. I czasem pojawiają się jeszcze bagienne lisy przyczajone wśród liści — można podsłuchać, jak naśladują Szum wiewiórek, na które polują, a jeszcze rzadziej trafiają się maruki, co śpiewają swe dziwne marucze pieśni, a raz to przysięgam, że widziałem kassora uciekającego na dwóch długich nogach, ale Ben powiada, że to niemożliwe, że wszystkie kassory dawno zniknęły z bagien.

Nie wiem. Wierzę sobie.

Manczi wyłazi z krzaków i siada obok mnie, bo zatrzymałem się pośrodku ścieżki. Ogląda się, żeby zobaczyć, na co patrzę, po czym zagaduje:

— Fajna kupa, Todd.

— Wierzę ci na słowo, Manczi.

Lepiej, żebym na następne urodziny nie dostał następnego durnego psa. W tym roku chcę dostać myśliwski nóż, taki jak ten, który Ben nosi przy pasku. To jest porządny prezent dla mężczyzny.

— Kupa — mówi cicho Manczi.

Idziemy dalej. Główna kępa jabłoni rośnie nieco głębiej, trzeba przejść kilka ścieżek i przeleźć przez zwaloną kłodę, przy której Manczi zawsze potrzebuje pomocy. Gdy docieramy w to miejsce, łapię go za brzuch, podnoszę i stawiam na górze. Choć wie, co robię, i tak kopie łapami, jak spadający pająk, robiąc zamieszanie, nie wiadomo o co.

— Nie ruszaj się, głupku!

— Postaw, postaw, postaw! — skowyczy, próbując się złapać powietrza.

— Durny pies.

Stawiam go na szczycie kłody i sam włażę. Obaj zeskakujemy po drugiej stronie. Manczi szczeka przy tym: — Skok! — a potem odbiega, nadal szczekając: — Skok!

Za tą kłodą tak naprawdę zaczyna się mrok bagien i pierwszą rzeczą, jaką się tam widzi, są stare budynki Szpakli, wychylające się z cieni. Wyglądają jak topiące się kleksy lodów karmelowych, tyle że są wielkości chat. Nikt nie wie ani nie pamięta, do czego miały służyć, ale Ben zgaduje — zgadywanie jest tak jakby jego specjalnością — że miały coś wspólnego z grzebaniem zmarłych. Może nawet było tu coś w stylu kościoła, choć szpakusy nie wyznawały niczego, co osadnikom z Prentisstown kojarzyłoby się z jakąkolwiek religią.

Omijam je z daleka i wchodzę w mały zagajnik dzikich jabłoni. Jabłka są dojrzałe, niemal czarne, prawie jadalne, jak powiedziałby Cillian. Zrywam jedno z pnia i odgryzam kawałek. Sok cieknie mi po brodzie.

— Todd?

— Co, Manczi? — Wyciągam plastikowy worek, który przyniosłem tu, złożony, w tylnej kieszeni, i zaczynam go napełniać jabłkami.

— Todd? — szczeka znowu i tym razem łapię, że coś tu nie gra. Odwracam się, a on stoi pyskiem do szpakusowych chałup i całą sierść wzdłuż grzbietu ma zjeżoną, a uszami strzyże jak nie wiem co.

Prostuję się.

— Co tam jest, piesku?

Teraz warczy, odsłaniając zęby. Znów czuję, jak narasta we mnie napięcie.

— Czy to kroks? — pytam.

— Cicho, Todd — warczy Manczi.

— Ale co tam jest?

— Jest cicho, Todd. — Wydaje ciche szczeknięcie, prawdziwe szczeknięcie, prawdziwe psie szczeknięcie, które znaczy tylko „Hau!” i napięcie w moim ciele jeszcze się nasila, jakby z mojej skóry miały się zaraz sypnąć iskry. — Słuchaj — warczy.

No więc słucham. I słucham.

Potem przekrzywiam głowę i nasłuchuję dalej.

W Szumie jest dziura.

A to niemożliwe.

Jest dziwna jak piorun, kryje się gdzieś tam wśród drzew, gdzie nie sposób sięgnąć wzrokiem. Miejsce, gdzie — jak mówią mi uszy i umysł — nie ma Szumu. Jest jak kształt, którego nie widzisz, widzisz tylko jego zarys, tam, gdzie styka się ze wszystkim, co go otacza. Jak woda mająca kształt szklanki, ale bez szklanki. To dziura i wszystko, co w nią wpada, przestaje być Szumem, przestaje być czymkolwiek, po prostu znika. To nie cisza bagien, która nigdy nie jest tak naprawdę ciszą, po prostu zawiera mniej Szumu. Ale to jest kształt, kształt niczego, dziura, gdzie urywa się wszelki Szum.

Co jest niemożliwe.

W tym świecie nie ma niczego prócz Szumu, niczego prócz nieprzerwanych myśli mężczyzn i stworzeń, które cię atakują i atakują, i atakują, odkąd szpakusy rozpyliły zarazek Szumu w czasie wojny, ten zarazek, który zabił połowę mężczyzn i wszystkie kobiety co do jednej, nie wyłączając mojej mamy; zarazek, który doprowadził resztę mężczyzn do szaleństwa, który oznaczał koniec wszystkich Szpakli, kiedy szaleństwo mężczyzn sięgnęło po broń.

— Todd? — Manczi ma cykora, poznaję to z jego tonu. — Co to, Todd? Co to, Todd?

— Czujesz coś?

— Czuję tylko cicho, Todd — szczeka, a potem zaczyna szczekać głośniej: — Cicho! Cicho!

A potem, gdzieś tam za szpakusowymi budynkami, cisza zaczyna się ruszać.

Napięcie w mojej krwi skacze tak, że prawie się przewracam. Manczi biega wokół mnie, skowycząc, szczekając i szczekając, przez co mam dwa razy większego stracha, więc znów daję mu klapsa w tyłek („Au, Todd?”), żeby się uspokoić.

— Nie ma czegoś takiego jak dziury — mówię. — Nie ma czegoś takiego jak nic. Więc coś tam musi być, co nie?

— Coś, Todd — szczeka Manczi.

— Słyszałeś, dokąd poszło?

— Jest cicho, Todd.

— Wiesz, co mam na myśli.

Manczi węszy, po czym robi krok, potem drugi, i rusza w stronę szpakusowych chałup. Czyli chyba szukamy tego czegoś. Zaczynam powoli podchodzić w stronę największego kleksa roztopionych lodów. Trzymam się poza zasięgiem czegokolwiek, co mogłoby wyglądać z małego otworu drzwiowego, przypominającego pogięty trójkąt. Manczi obwąchuje framugę, ale nie warczy, więc biorę głęboki oddech i zaglądam do środka.

Wewnątrz jest pusto. Sufit wznosi się aż do punktu położonego na tyle wysoko nad moją głową, że zmieściłby się tam jeszcze drugi ja. Zamiast podłogi jest ubita ziemia, teraz porastają ją bagienne rośliny, pnącza i takie tam, ale nic więcej tu nie ma. Znaczy się, żadnego prawdziwego nic, żadnej dziury, i nie sposób poznać, co się tu kryło wcześniej.

To głupie, ale muszę to powiedzieć.

Zastanawiam się, czy Szpakle wróciły. Ale to niemożliwe.

Ale dziura w Szumie też jest niemożliwa. Czyli coś niemożliwego musi być prawdą.

Słyszę, jak Manczi znów węszy na zewnątrz, więc wyłażę i idę do drugiego kleksa lodów. Ten ma na zewnętrznej ścianie napis, jedyne zapisane słowa w szpakusowym języku, jakie ktokolwiek kiedykolwiek widział. Jedyne słowa, jakie kiedykolwiek uznali za stosowne zapisać, jak przypuszczam. Litery to szpakusowe litery, ale Ben mówi, że czyta się je jako „es’Paqili” czy jakoś tak. Es’Paqili, Szpakle, „szpakusy”, jeśli chcesz wypluć to słowo, jak robią to wszyscy, odkąd stało się to, co się stało. To znaczy „Lud”.

W drugim lodzie też nic nie ma. Wychodzę z powrotem na bagnisko i znów nasłuchuję. Pochylam głowę i nasłuchuję, i wytężam te części mózgu, co są od słyszenia i nimi też nasłuchuję, nasłuchuję i nasłuchuję.

Nasłuchuję.

— Cicho! Cicho! — szczeka Manczi jak szalony, dwa razy, po czym rzuca się biegiem w stronę ostatniego kleksa lodów. Ruszam za nim i też biegnę, napięcie narasta w mojej krwi, bo to tam, tam jest ta dziura w Szumie.

Słyszę ją.

No dobra, nie słyszę jej, w tym właśnie sęk, ale gdy biegnę w jej stronę, ta pustka dotyka mojej piersi i jej bezruch mnie ciągnie, i jest w niej tyle ciszy, nie, nie ciszy, milczenia, tyle niewiarygodnego milczenia, że zaczynam się czuć naprawdę rozdarty, jakbym miał zaraz stracić najcenniejszą rzecz, jaka istnieje. To milczenie jest jak śmierć, biegnę i łzy mi ciekną z oczu, coś mnie ściska za gardło, nikt nie widzi, ale i tak mi z tym źle, i moje oczy zaczynają płakać, zaczynają płakać, zaczynają, do kuźwy nędzy, płakać i zatrzymuję się na minutę, pochylam się i Chryste pieprzony, nic mi nie mówcie, ale marnuję całą durną minutę, całą śmierdzącą, durną minutę, stojąc tam pochylony, a przez ten czas, oczywiście, dziura się oddala, już zdążyła się oddalić, zniknęła.

Manczi nie może się zdecydować, czy pogonić za nią, czy wrócić do mnie, ale w końcu wraca do mnie.

— Płaczesz, Todd?

— Zamknij się — mówię i wymierzam mu kopniaka. Nie trafiam i tak właśnie miało być.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki