Opis

„Msza z miasto Arras” to opowieść o szaleństwie, o potrzebie buntu, o ocaleniu rozsądku i wiary, o hańbie i godności, idei i życiu, strachu i męstwie, o doświadczeniu w tym sensie, w jakim się powiada, że Bóg czy los kogoś doświadczył.

Wiosną roku 1458 miasto Arras nawiedzone zostało klęską zarazy i głodu. W ciągu miesiąca  niemal piąta część obywateli straciła życie.

W październiku roku 1461 z niewyjaśnionych przyczyn nastąpiło słynne ,,Vauderie d’Arras”. Były to okrutne prześladowania Żydów i czarownic, procesy o urojone herezje, a także wybuch łupiestwa i zbrodni. Po trzech tygodniach przyszło uspokojenie. W jakiś czas potem Dawid, biskup Utrechtu, bastard księcia burgundzkiego Filipa Dobrego – unieważnił wszystkie procesy o czary i pobłogosławił Arras. Te właśnie wydarzenia stanowią kanwę niniejszej opowieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: zespół

© by Elżbieta Borowiecka

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0479-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Wiosną roku 1458 miasto Arras nawiedzone zostało klęską zarazy i głodu. W ciągu miesiąca niemal piąta część obywateli straciła życie.

W październiku roku 1461 z niewyjaśnionych przyczyn nastąpiło słynne „Vauderie d’Arras”. Były to okrutne prześladowania Żydów i czarownic, procesy o urojone herezje, a także wybuch łupiestwa i zbrodni. Po trzech tygodniach przyszło uspokojenie.

W jakiś czas potem Dawid, biskup Utrechtu, bastard księcia burgundzkiego Filipa Dobrego unieważnił wszystkie procesy o czary i pobłogosławił Arras.

Te właśnie wydarzenia stanowią kanwę niniejszej opowieści.

A.S.

Owego wieczoru przyszedł do mnie i powiedział, że nie kocham naszego miasta. Już od progu wykrzykiwał namiętne oskarżenia. Przyjąłem go z szacunkiem, jaki winniśmy naszym nauczycielom. Powiodłem w głąb domu i wskazałem wygodne miejsce, sądząc, że spokój otoczenia i trunek, którym go zamyśliłem ugościć, ostudzą gniew… Nie chciał jednak siadać. W chwiejnym blasku lampy widziałem jego twarz, bardzo spuchniętą. Nigdy go dotąd nie oglądałem w stanie takiej gwałtowności i przysiągłbym, że jest chory, lecz to, co mówił, świadczyło o przytomności umysłu. Oskarżył mnie, że chciałem poprzedniej nocy opuścić miasto, o czym mu sekretnie doniesiono. Zrazu miałem ochotę wyśmiać te zarzuty. Lecz przecie go znałem. Skoro przyszedł do mnie, widać miał dowody w ręku… Poprzedniego wieczoru zamyśliłem wyjazd do Dawida. Przygotowałem się do drogi z zachowaniem wszelkiej tajemnicy. Przed północą wyszedłem z domu, wysławszy uprzednio człowieka z osiodłanym koniem ku bramie Świętego Idziego. Zastałem go w miejscu umówionym. Drżał z zimna i lęku. Noc była chłodna, wiał porywisty wiatr, roztrącając liście spadłe z drzew. Z największym zdumieniem dostrzegłem, że brama była szeroko otwarta, a most nieodwiedziony. Strażnicy grali w kości nieopodal. Zajęci grą zdawali się nie zwracać najmniejszej uwagi na przejście. Wietrzyłem pułapkę. Mijał czas pełen osobliwej grozy. Koń niecierpliwie uderzał kopytem w ziemię. Wzeszedł księżyc, ogromny i biały jak kula śniegowa. Nagle usłyszałem kroki, a po chwili dojrzałem mnicha od cystersów, który jawnie zbliżał się do bramy miejskiej. Jeden ze strażników uniósł głowę, spojrzał bez ciekawości na przechodnia i wrócił do gry. Mnich minął bramę, wlazł na most. Jego kostur uderzał głucho w ciemności. Odszedł z miasta, przez nikogo niezatrzymywany. Odczekałem kilka chwil, a potem wróciłem do domu, polecając odprowadzić wierzchowca do stajen.

W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Miasto spłatało mi raz jeszcze diabelskiego figla… Odchodzić stąd przy szeroko rozwartych bramach byłoby niegodziwością! A przecież intencje miałem zacne. Zdecydowałem na koniec powiadomić Dawida o wszystkim, co się działo w Arras. Przekonany o szaleństwie, w jakie popadło miasto, pragnąłem oszczędzić mu dalszych cierpień i sprowadzić człowieka, którego mądrość i zdrowy rozsądek natychmiast położyłyby kres powszechnym diabelstwom. Zdawało mi się przecie, że spotka się to z oporem obywateli. Wszyscy wiedzieli, że potępiałem decyzje Rady. Wydawało się, że Rada nie poprzestanie na usunięciu mnie ze swego grona, lecz podejmie surowsze środki. Przez kilka poprzednich nocy nie zmrużyłem oka. Aresztowania odbywały się zwykle po zachodzie słońca. Z zapadnięciem mroku modliłem się żarliwie, aby los oszczędził mi cierpień. Kiedym tak trwał w gorzkim oczekiwaniu, wróciłem do zbawiennej myśli, która nurtowała przecież Arras. Sprowadzenie do miasta Dawida byłoby ocaleniem dla całej rzeszy obywateli, którzy popadli w szaleństwo. Zdawałem sobie oczywiście sprawę z ryzyka tego przedsięwzięcia, byłem jednak gotowy na wszystko. Liczyłem się z możliwością pojmania w czasie ucieczki, dlatego też wybrałem najlepszego konia i wtajemniczyłem człowieka zaufanego. Lecz oto zastałem bramy kusząco otwarte, a strażników przychylnie obojętnych.

Sądząc, że pragnąłem męczeństwa i cofnąłem się wobec łatwości, jesteście w błędzie. Zniewoliła mnie barbarzyńska wiara Rady w moją lojalność! Jeśli przedtem mogłem jeszcze wątpić w szaleństwo miasta, to po owej nocnej wyprawie do bramy Świętego Idziego nie miałem już żadnych złudzeń.

Kiedy pod wieczór zjawił się w moim domu Albert, wiedziałem doskonale, że tylko w jego umyśle zrodzić się mógł plan tak chytry, jak otwarcie na ścieżaj bram miejskich.

Nie było w Arras mądrzejszego i bardziej dostojnego człowieka. Wychowałem się w jego cieniu lub raczej w jego blasku. Umysł tego świętego starca rozświetlał ścieżki mojego życia. Przybyłem do Arras jako człowiek bardzo młody, nie ukończywszy jeszcze szkół, bez znajomości pisma, bez żadnej ogłady. Oddano mnie pod jego opiekę, kiedym miał lat dwadzieścia i w gruncie rzeczy niczego, poza tępym klepaniem pacierzy, nie potrafiłem czynić samodzielnie. Zajął się mną serdecznie, otaczając nie tylko opieką, ale uczuciem tkliwego przywiązania, jakie mężczyźni dorośli i doświadczeni zwykli przelewać czasem na młokosów, w których widzą przedłużenie swoich życiowych ambicji. Klnę się na Boga żywego, że widział we mnie swojego następcę!

Po prawdzie, nie miałem nigdy podobnych skłonności. Gandawa uczyniła mnie cokolwiek kapryśnym i choć w miarę jak lata płynęły, obrazy przeszłości zacierały się w mojej pamięci, to przecie pozostała we mnie ochota do swawoli i niezależności. W Gandawie ludzie biorą rzeczywistość dość lekko. Należąc do tamtejszej bogatej młodzieży, oddawałem się nieraz zabawom mało przystojnym. Nie stroniłem ani od uciech miłosnych, ani od dobrego stołu, ani nawet od rozrywek, które umysłom surowym wydawać się mogą bluźnierstwem. Nie o to jednak idzie. Pobyt w Gandawie dał mi pewność, że choć może w istocie nie jestem panem swego losu, winienem przecież zawsze czynić starania, by nim być! Chastell, który był mi wtenczas mentorem i cieszył się względami księcia, zwykł mawiać, iż nie istnieje nic bardziej zdrożnego jak przekonanie, jakoby człowiek nie był wolny. Chastell mawiał, najczęściej przy suto zastawionym stole, iż zwątpienie w wolność nakazuje myśleć tyłkiem zamiast głową. „Tyłek – powiadał Chastell – zdaje się być wówczas ze szkła. Człowiek o niczym innym nie myśli, jak tylko o ochronie swojego siedzenia, które jest kruche i arcydelikatne. Tymczasem – dodawał zwykle – dobry Bóg dał nam tyłki, aby w nie kopano!”… Rubaszność tego poglądu wcale nie oznaczała płytkości. Pośród przepysznych uczt, w towarzystwie ładnych kobiet i dowcipnych panów, dojrzewałem do przekonania, że jestem godzien tego, by myśleć po swojemu i na swoją miarę.

Opuszczałem więc Gandawę jako młodzieniec wprawdzie, ale nie bez chełpliwej pewności, że jestem na tyle roztropny, by chadzać własnymi ścieżkami. Lecz prawdę rzekłszy, kiedy ujrzałem się samotnym, bez towarzystwa moich biesiadników i przyjaciół, bez Chastella i jego możnej opieki, popadłem rychło w zwątpienie. Pierwsze tygodnie w Arras spędziłem na modlitwach, postach i pokorze. W czasie rozmowy z Albertem, niebawem po przybyciu do Arras, przeżyłem głęboki wstrząs. Zadał mi pytanie, z pozoru proste, które jednak nigdy przedtem nie przychodziło mi do głowy. „Gdzież pewność i skąd się ona w tobie bierze, że bardziej godzi się ufać własnemu umysłowi niźli objawieniu? Wierzysz w Boga?” Odparłem żarliwie i z całą mocą, że wierzę w Boga. Zapytał wtenczas, czy wierzę w diabła. Odparłem, że wierzę w diabła. Zapytał więc, czy wierzę, że Bóg i diabeł walczą o moją duszę. Odparłem, że i w to wierzę gorąco. Zapytał, wciąż tonem miękkim i jakby radosnym, czy wierzę, iż zarówno Bóg, jak diabeł wpływają na moje myśli. Odrzekłem, że tak jest bez wątpienia. „A zatem – rzekł – postęp twojego umysłu stanowi coś, co zdaje się być nieustanną walką. Łaska niebieska zmaga się w tobie z podszeptami piekła. Gdzież odnajdujesz potwierdzenie, że twoja chroma myśl, spętana tysiącem zależności, wpływów, gustów, lubieżnych zachceń, obaw i kaprysów, może być bardziej jasna i skuteczniejsza w poznawaniu zamiarów Boga niźli nauka Kościoła?… Żyjemy w okrutnych czasach, drogi Janie. Ludzie nie chcą już być zacnymi chrześcijanami, biorą przykład z rozwiązłych książąt i głupich biskupów, oddają się cudacznym zboczeniom, poszukują boskiej obecności w życiu codziennym i starają się wyśledzić zamysły Boga, aby wyjść im naprzeciw. Lecz Bóg sobie nie życzy, by ludzie tak gorliwie zabiegali o zbawienie. To oczywiste, że każdy pragnie wiecznej szczęśliwości, ale niechże odda swój los w ręce Pana naszego Jezusa Chrystusa i niechże go nie zastępuje… Janie, zaufaj mi! Strawiłem życie wśród ksiąg i rozpraw najmądrzejszych autorów. Jest to śmiechu warte! Gardzę tymi wszystkimi uzurpatorami, którzy pragnęliby – ufając rozumowi – ocalić Kościół święty. Najpotężniejszą siłą Kościoła są sakramenty, one bowiem stanowią wąską kładkę, po której Bóg zbliża się ku nam nad przepaściami życia. Dochowując wierności sakramentom, dochowujesz wierności Bogu. On jest wtedy z tobą, a ty jesteś z Nim. Jeśli ci dał umysł, to nie po to, abyś sięgał ku niebiosom, lecz wiedział, jak się poruszać po ziemi”.

Zapytałem wtenczas, gdzie mieści się dusza, a on dotknął mojej piersi i odrzekł, że tam jest dusza, oddech Boga, siła, dzięki której poruszam się, czuję spiekotę i chłód, śpię, jem, mówię i myślę. Spytałem, czy również dzięki tej sile pożądam kobiety, na co odrzekł, że tak jest bez wątpienia, bo Bóg nie domaga się wcale udręczeń, jest wspaniałomyślny i kocha mnie, a zatem stworzył kobietę, bym mógł jej pragnąć i ją posiadać. „Tylko głupcy sądzą – rzekł gniewnie – że kobieta jest naczyniem szatana. Ma ona duszę nieśmiertelną i powabne ciało. Gdyby stworzył ją szatan, byłaby ropuchą…”

Wtenczas ośmieliłem się go spytać, czy dusza, której uderzenia odczuwam w piersi, dana jest także wszystkiemu stworzeniu. Odrzekł, że nie wydaje mu się błędem sądzić, iż pies, kot, krowa, a nawet osioł obdarzone zostały przez Boga czymś w rodzaju świętej iskry, która dozwala im istnieć, cierpieć i radować się. Odczułem w tym jawną herezję i powiedziałem, że jego słowa nie wydają mi się zgodne z naukami Kościoła. Uśmiechnął się łagodnie. „Mój Janie – rzekł. – Nie wszystko, czego Bóg pragnie, zostało zapisane w księgach, i nie wszystko, co Bóg zamyślił, jest wiadome człowiekowi, choćby należał do książąt Kościoła. Wystaw sobie na przykład, że twoje wierzchowce i stada, pasące się na łąkach Brabancji, też mają jakieś zwierzęce niebo. Cóż w tym złego i jakaż to obraza nauk chrześcijańskich? Święty Franciszek powiadał o koniu: »brat mój, koń«, a o pająku: »brat mój, pająk«. Czyż nie można mniemać, że Stwórca w swej nieopisanej łaskawości i dobroci zsyła różne losy na konie, krowy, kozy i skowronki, by je doświadczyć w radości i cierpieniu?! To tylko jest pewne, że człowieka stworzył Bóg na swój obraz i podobieństwo, a także dał mu umysł, co uczyniło z nas najbardziej nieszczęśliwe istoty pod słońcem. Wymagania boskie wobec człowieka są tysiąckroć większe niżeli wobec szczura, ale to wcale nie znaczy, by szczur miał po wsze czasy zostać potępiony. Modląc się za siebie i za mnie, winieneś cząstkę swych strzelistych uczuć oddać na rzecz zwierząt, drzew i gwiazd, aby i one znalazły się w rejestrze niebieskim”.

Mówił długo i tak zacnie, że łzy płynęły mi po twarzy, a moje serce przepełnione było wdzięcznością i szacunkiem. Nie znaczy to jednak, abym bez wahań i wątpliwości przyjmował jego nauki. Głowę miałem wprawdzie pustą, ale w kościach nosiłem jeszcze gandawskie swawole, co skłaniało mnie do pewnej przekory. Gadaliśmy wtedy całą noc, aż słońce wyjrzało spoza wzgórz i rozjaśniło zaułki miasta. Pytałem go o równość ludzi wobec Boga, ale także wobec egzystencji ziemskiej. „Czemże gorszy jest pasterz twoich trzód od ciebie? – odrzekł Albert. – To pewne, że gorszy jest urodzeniem. Przyszedłeś na świat w dobrej rodzinie, powołanej przez niebiosa, aby świeciła przykładem cnót i sprawiedliwości. Ludzie prości mają prosty żywot. Niepodobna od nich oczekiwać czynów, które są twoim przeznaczeniem. Lecz nie oznacza to nic innego, jak tylko większe ciężary. Nie po to masz stada tłustych krów i dobre konie, abyś żył w plugastwie, ale po to, abyś był wystawiony na bardziej bolesne próby. Kiedy Pan chce doświadczyć żebraka – zsyła na niego zarazę. Kiedy chce ciebie doświadczyć – także zsyła zarazę. Wystaw sobie cierpienie żebraka, skulonego u wrót świątyni, którego ciało pokryte jest wrzodami, i wystaw sobie cierpienie bogacza, konającego w rozkładzie i zaduchu wspaniałych komnat, pośród służby, dostojnych opiekunów i pięknych nałożnic. Jeśli ci dano wysokie urodzenie, to tylko po to, abyś spadł z wysoka. Z wyroku boskiego tak się dzieje, że cała dogodność i subtelność twojej egzystencji służyć ma tym cięższej i smutniejszej śmierci. Bowiem rozstawać się z nędzą nie jest trudno”.

Prawdę rzekłszy, miałem ochotę wykpić tę naukę, bom nie gustował w podobnych zawijasach słownych. Mierził mnie u Alberta kunsztowny rytuał myślenia, a także jego gadatliwość wywodząca się z dawnych czasów, kiedy ludzie o niczym innym poza Panem Bogiem i Jego świętymi rozmawiać nie potrafili. Ach, wierzyłem gorliwie i byłem pobożnym chrześcijaninem, ale nie chciałem trawić całego życia na tropieniu zamysłów bożych i zabiegach, aby Mu się spodobać. Co Bóg pragnął ze mną uczynić – było Jego sprawą. Sądziłem, że moją sprawą jest żyć w zgodzie z taką naturą, jaką zostałem obdarzony. Jeśli chcecie, uważajcie mnie za trutnia! Bo, doprawdy, tylko jednego pragnąłem nade wszystko – wolności! Jeśli Bóg stawał mi na drodze – wymijałem Go. Mam nadzieję, że w swej nieopisanej dobroci – wybaczył mi wspaniałomyślnie…

Wolność… W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen. Znaczy to być tym, kim nas niebiosa stworzyły. Jest to więc wolność głupoty i mądrości, swawoli i cierpienia, szczęścia i nieszczęścia. Przy całym szacunku, jaki żywiłem dla Alberta, zawsze uważałem, że siedzi w nim kawał tępego klechy. Ach, jakże on pragnął walczyć o zbawienie dusz… Nawet nad chrabąszczami się pochylał, ożywiony swoim posłannictwem. Właśnie to posłannictwo uważałem za rodzaj niewoli. Jeśli on czuł się dobrze w skórze proroka i nauczyciela – zapewne był wolny. Ale gdy usiłował tę skórę na mój kark naciągać – stawał się tyranem.

Razu jednego zlecił mi dysputę nad komentarzem do czcigodnego Jana Gersona. Była to robota na trzy niedziele z okładem. Czas wiosenny, miasto skąpane w promieniach słońca. U progu roku zjechał do Arras książę Filip, a z nim barwny i wesoły dwór. Jak wiecie, kręciło się tam wtedy mnóstwo Anglików, bo choć książę wystawił ich do wiatru, pozostali przecie w jego dobrach, hulając i pijąc za burgundzkie pieniądze. Anglicy są zawsze tam, gdzie się dobrze dzieje… Gdy nastała odwilż, Filip odjechał ku Brukselli, ale w Arras zatrzymali się różni ludzie, żarłoki, gaduły, rozpustnicy, a także trochę łatwych kobiet. Nie dziwiłem się temu. Filip starzał się brzydko, coraz gwałtowniej klepał pacierze, niechętnym okiem spoglądał na tę krzykliwą i lubieżną hałastrę, więc część dworu uznała roztropnie, że lepiej pozostać w Arras, pod łaskawą i odległą przecie władzą Dawida. Bastardzi królewscy łagodniej odnoszą się do grzechów niżeli ich szlachetnie urodzeni ojcowie. Tak więc Arras wypełniał owej wiosny hałaśliwy tłumek Burgundów i Anglików, chętnych do kielicha. Była tam dziewka angielska, wielce w miłości sprawna. Miałem dwadzieścia kilka lat i śniłem po nocach kobietę. Rzuciłem w kąt komentarze Gersona. Włóczyłem się po łąkach z ową dziewką i miałem się dobrze. Pewnego dnia Albert napadł mnie i zbił po twarzy. Cierpiałem strasznie z bólu i upokorzenia. Kiedym wydobrzał, dziewki już w Arras nie było, zaś Albert wziął mnie na badanie. „Gdzież pewność – powiedziałem wtedy hardo – że jest rzeczą godziwszą wielbić Boga dysputą o dziele mistrza Gersona niżeli lędźwiami?! Mówiłeś mi o miłości, Albercie. Stokroć bardziej kocham brzuch kobiety niż księgi starych pryków z Sorbony. Gersonowi na nic moje glosy! Rozpadł się w proch i w najlepszym razie ujrzymy go w dolinie Jozafata za pięć tysięcy lat… Co się zaś tyczy tej dziewczyny angielskiej, tośmy we dwoje na łąkach podmiejskich smakowali szczęście. I gdzie pewność, że to się nie podoba Bogu?” – „Bluźnisz” – krzyknął Albert.

Taki właśnie był zawsze. Kiedy nauczał, mądrość i wyrozumiałość wyciekała z niego jak woda ze źródła. Ale niechby kto spróbował żyć zgodnie z przykazaniami jego nauki – natychmiast groził piekłem… Pielęgnował w sobie czystą ideę, wedle której między Bogiem a człowiekiem istnieje cudowna harmonia, lecz mierziło go jej urzeczywistnienie.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz