Mroczny układ - Dawid Waszak - ebook + książka

Mroczny układ ebook

Dawid Waszak

3,3

Opis

Każdy miewa w swoim życiu momenty, które trwają wiecznie. Sekundy ciągną się godzinami. Doświadczamy wtedy najgorszych uczuć, jakie można sobie wyobrazić. Pragniemy, aby minęły w mgnieniu oka, ale mózg nie pozwala nam zapomnieć o żadnym szczególe. Najgorsze chwile Kacpra Zborowskiego zaczęły się, kiedy miał sześć lat i trafił do domu dziecka. Choć dziś jest dorosły i wyrwał się z tamtego piekła, wspomnienie koszmaru wraca regularnie. Do Jarocina, swojego rodzinnego miasta, przyjeżdża z nadzieją na odzyskanie dawnej harmonii, a tymczasem wpada w szambo pełne dziwnych tajemnic, intryg i niebezpiecznych ludzi. Kacper nie tylko musi udowodnić, że znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, ale również rozwikłać zagadkę z przeszłości związaną ze zniknięciem jego ojca.

"Mroczne, niepokojące, ale przede wszystkim piekielnie wciągające. Po prostu nie można się oderwać od czytania!" - Alek Rogoziński

Jest niepokojąco, jest tajemniczo i jest finał, który wbija w fotel. Uwielbiam takie klimatyczne książki.
Wioleta Sadowska, subiektywnieoksiazkach.pl

Dawid Waszak stworzył kolejny thriller psychologiczny trzymający w napięciu do ostatniej strony!
Anna Sikorska, annasikorska.blogspot.com

Dawid Waszak delikatnie ujął moją dłoń, a potem szarpnął z całej siły, zabierając mnie do świata, w którym nadal jestem, nawet po zamknięciu książki.
Izabela Milik

Dawid Waszak – urodzony w 1989 roku mieszkaniec Jarocina. Autor powieści: „Narodziny zła” ,„O Tym, który już raz umarł” i „Czerwień Obłędu”. Ta ostatnia zainaugurowała cykl „Jarocin”, w którym autor opisuje mroczne strony swojego rodzinnego miasta. „Mroczny układ” to druga część tej serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG

Po kilku latach wreszcie wracam do domu.

Z niedowierzaniem popatrzyłem na znak informujący, że mijam granicę.

Wysiadłem z ekskluzywnego intercity, który przywiózł mnie z Hollern-Twielenfleth do samego Poznania. Tam miałem przesiadkę do lokalnego pociągu, pamiętającego jeszcze okres PRL-owski. Najwyraźniej czas go nie rozpieszczał. Powolnie rozsuwające się drzwi wpuściły mnie do wagonu, w którym uderzył mnie metaliczny smród. Usiadłem na pierwszym wolnym miejscu. Ekoskóra, którą obszyto fotele, była popękana. Pociąg ruszył, szarpiąc kilkakrotnie. Poczułem niepokój, chyba przez hałas, jaki temu towarzyszył.

Aby uwolnić umysł od wizji katastrofy, jaka mogła mnie czekać, musiałem znaleźć jakieś zajęcie. Przysunąłem się do okna i wyciągnąłem rękę do jego ramy. Łuszcząca się farba powoli pożerała wszystko, co stanęło jej na drodze. Powoli, bo został jeszcze tylko mały fragment, gdzie listwa trzymała się całkiem dobrze. Na górnym lewym rogu.

Wcisnąłem się nerwowo w fotel i skubałem starą, popękaną farbę. Nie miałem do kogo otworzyć gęby, bo przedział był pusty. Nie miałem, ale to dobrze. Chciałem zostać sam na sam ze swoimi myślami. Zdzierałem więc kawałek po kawałku, licząc na to, że dzięki temu trochę zabiję czas. Dźwięk pękającej skorupki farby uspokajał mnie. Chciałem zostać sam i wrócić myślami do przeszłości, której tak się obawiałem. Odłamywałem po kawałku farbę i ściskałem płaty w palcach. Czułem delikatny ból, kiedy ostre krawędzie wbijały mi się w skórę, ale nie przestawałem. Pocierałem, aż pokruszył się ostatni, najmniejszy kawałek, po czym sięgałem po kolejny.

Bałem się, że będzie mi trudno. Po tylu latach nieobecności Jarocin – moje rodzinne miasto – stał się obcy. Nikt tam na mnie nie czekał. Mimo to postanowiłem wrócić – tylko po to, by stawić czoło swojemu dzieciństwu.

Stukot kół pociągu wydawał się coraz głośniejszy. Jakby coś siedziało mi w głowie i waliło młotem. Uderzało głośniej, kiedy pociąg przyśpieszał, a przy każdej stacji zanikało, ale w zamian pojawiał się pisk.

Nie chciałem jednak teraz myśleć o tym, co może mnie tu czekać, wolałem skupiać się na skubaniu farby.

– Może jak ją zeskrobię, konserwatorzy tego złomu postanowią go przemalować? Moja praca nie poszłaby na marne – pomyślałem.

Z amoku wyrwał mnie kolejny drażniący pisk towarzyszący hamowaniu. Spojrzałem przez okno. Tablica przy dworcu informowała, że jestem już w Jarocinie. Chwyciłem sportową torbę wielkości dużego plecaka i wyszedłem z nadzieją, że niedługo zapomnę, czym jechałem.

Moje miasto wyglądało inaczej, niż je zapamiętałem. Czy moje wspomnienia przez tyle lat zniekształciły rzeczywistość, czy to miasto się zmieniło?

Dworzec był wyremontowany. Bardziej przypominał te mijane w Niemczech niż w Polsce. Gdybym był maszynistą, czułbym się jak kierowca malucha na zjeździe sportowych samochodów. Peron, mury dworca, kładka wiodąca do miasta – dworzec był przebudowany na miarę dwudziestego pierwszego wieku. Zabytkowy budynek dumnie reprezentował Jarocin, stał się wizytówką prężnie rozwijającego się miasta.

Przetarłem zaspaną gębę. Zarzuciłem torbę na ramię i poszedłem do stacyjnej toalety. Przeczesałem włosy na tył, odsłaniając czoło. Spojrzałem w lustro. Twarz zmęczona, nie spałem całą drogę. Nie mogłem zasnąć. Dwudniowy gęsty zarost nieznacznie osłaniał mocno zarysowaną szczękę.

Przyda mi się trochę snu – pomyślałem.

Przetarłem policzki, patrząc sobie w oczy. Jeszcze dwa dni temu wyglądały dobrze, a teraz do piwnego koloru doszedł jeszcze czerwony. Popękane naczynka na białkach robiły się coraz większe. Długie rzęsy zasłaniały częściowo ten widok. Tak, widać było zmęczenie, choć miewałem gorsze dni, kiedy pracowałem w Niemczech i wypływaliśmy na ryby kutrem. Wyprawy były długie i uciążliwe. Nie wracaliśmy na brzeg, kiedy się ściemniało. Warunkiem powrotu był pełen kuter ryb.

Lustro wisiało nisko, bo moje metr osiemdziesiąt cztery wystarczyły, aby schylić się, by móc zobaczyć odbicie. Podwinąłem rękawy koszuli i rzuciłem okiem na swoją sylwetkę. Nie ćwiczyłem już trzy miesiące, ale trzymałem formę. Odkręciłem zimną wodę. Poczułem orzeźwienie, kiedy obmyłem policzki.

I co dalej? – zadałem sobie pytanie.

Mój brzuch jakby na nie czekał. Od razu zaczął domagać się jedzenia. Wyszedłem.

Taksówki stały tam, gdzie przed moim wyjazdem, czyli na jedynej drodze, którą można było się wydostać. Po wyjściu z dworca wystarczyło iść prosto przed siebie. Kilku taksówkarzy stało w grupie, rozmawiając ze sobą. Kiedy zauważyli, że zmierzam w ich kierunku, ten, którego samochód stał pierwszy w kolejce, podszedł do mnie.

– Dzień dobry. – Ukłonił się nisko. – Potrzebuje pan transportu?

– Tak, coś by się przydało – odpowiedziałem.

Przetarł wąsa i udał się na tył samochodu.

– Włóż pan swój bagaż tutaj – powiedział, pokazując ręką na bagażnik mercedesa. – Po co się pan będzie z tym cisnął w środku?

Poszedłem za nim. Wyglądał na wygadanego człowieka, co nie przypadło mi do gustu. Nie miałem ochoty wdawać się w dyskusję z nieznanym typkiem, który pewnie będzie wypytywał o moje życie.

– Albo wie pan co, ja to włożę, a pan niech se usiądzie.

Kiedy zamknąłem drzwi, kierowca był już w środku.

– Gdzie jedziemy? – zapytał przyjacielskim tonem, poprawiając rozpiętą koszulę w niebieską kratę.

– Jestem głodny. Jest tu jakaś restauracja?

– O tej godzinie? Hmm… Restauracje zawsze otwierają o dwunastej. Nie ma pan wielkiego wyboru. Od dziewiątej mamy tu tylko jedną, ale jedzenie dobre.

– Niech będzie.

– To jest blisko, zaraz będziemy na miejscu. Z daleka pan przyjechał?

Nic nie odpowiedziałem. Patrzyłem przed siebie z nadzieją, że taksówkarz wkrótce zamilknie. On jednak się nie poddawał. Cały czas słyszałem jego głos w tle. Facet należał do tych ludzi, którzy muszą gadać.

 

Restauracja rzeczywiście nie znajdowała się daleko. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce.

O tej godzinie lokal świecił pustkami. Usiadłem przy pierwszym lepszym stoliku i rozejrzałem się dookoła. Było schludnie, ale bez szaleństw.

– Dzień dobry – przywitała mnie kelnerka ciepłym głosem.

– Dzień dobry. Co poleci mi pani na śniadanie?

– O tej godzinie jajecznicę na smalcu z kiełbaską i serem – powiedziała, nie przestając się uśmiechać.

Kokietuje mnie? – pomyślałem. Urzekła mnie swoją urodą. Wyglądała jak typowa dziewczyna z sąsiedztwa. Daleko jej było do tych sztucznych kobiet, które bardziej straszą, niż mogą się podobać. Patrzyła niewinnie w moim kierunku, zwijając usta w ciup. Na chwilę zapomniałem języka w gębie. Patrzyłem na nią w milczeniu.

– Więc może być jajecznica? – przerwała ciszę.

– Tak, tak. Poproszę kawę i zdam się na pani gust. Niech będzie jajecznica.

– Kawa z ekspresu?

– Tak, poproszę.

Kelnerka kiwnęła głową na znak, że przyjęła zamówienie. Przycisnęła menu do klatki piersiowej, jakby to było coś więcej niż tylko karta, i odwróciła się w stronę baru.

– Jeszcze jedno… – Podniosłem głos. – Macie może aktualną gazetę?

– Tak, za chwilkę podam – odparła uprzejmie.

Ukradkiem spojrzałem na jej tyłek, gdy oddalała się w stronę baru, i wtedy przestałem zastanawiać się, czy warto było wrócić. Było warto, choćby tylko dla takiej kobiety jak ona.

– Jak ja tęskniłem za Polską – wymamrotałem, wpatrując się w jej krągłości.

Była zdecydowanie w moim typie. Miała na sobie zwykłą bokserkę, która opinała jej biust tak, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Na pewno niejeden mężczyzna miał ten sam problem. Nie wiedziałem, czy patrzyć na jej piersi, czy na oczy. Jej wyraz twarzy mówił, że doskonale zdaje sobie sprawę, że nie przyglądam się tylko jej oczom. Chociaż mówił też, że nie ma mi tego za złe. Pewnie dlatego, że była już do tego przyzwyczajona.

Zniknęła. Poszła do kuchni, ale część jej została przy mnie. Przymknąłem oczy i degustowałem to, co dla mnie zostawiła. Kwiatowy zapach perfum idealnie do niej pasował. Wisiał nade mną, jakby zostawiła go specjalnie, abym przez tę chwilę przypadkiem o niej nie zapomniał.

Popatrzyłem tępo na swój stolik. Jej zapach powoli się ulatniał, a ja wróciłem do swoich myśli.

Po co w ogóle przyjechałem do Polski? Wystarczyło mi kiedyś odwagi, żeby się stąd wyrwać i jako nastolatek zacząć życie w nowym miejscu. Znaleźć pracę, mieszkanie, nauczyć się języka. Nie bałem się. Nie miałem zamiaru się poddać, nie mogłem sobie pozwolić na porażkę. Nie ja. Jeśli byłem gotowy zacząć nowe życie, to dlaczego było mi tak trudno zdecydować się na powrót? Może przez to, co się wtedy stało? Zatem dlaczego wróciłem do małego miasta, do życia bez żadnych perspektyw? Może powinienem był zostać tam, skąd właśnie wróciłem?

Kelnerka, na którą czekałem, była dla mnie równie bliska, co rodzice. Stukałem palcami o blat stołu i spoglądałem na przemian to w okno, to na bar. Siedziałem sam i śpiewałem pod nosem to, co najlepiej pamiętałem z dzieciństwa. Jedyną piosenkę, która utkwiła we mnie na całe życie, a zarazem jedyną piosenkę, której nie chciałem znać:

 

Idzie nocka, ciemność zła,

Oczy zamknij, idź już spać.

Nie uciekaj, kładź się już…

 

– Proszę – usłyszałem głos kelnerki. – Pańska kawa i gazeta. Jajecznicę podam za chwilkę.

– Dziękuję… Amando – odpowiedziałem, spojrzawszy wbrew sobie ponownie na jej piersi, a potem na plakietkę przypiętą tuż obok.

Amanda stanęła delikatnie na palcach, udając zawstydzenie niczym mała, bezbronna dziewczynka, po czym wypięła biust jeszcze bardziej, jakby liczyła na solidny napiwek. Przegarnęła faliste brązowe włosy na bok i czekała, aż coś z siebie wyduszę.

– Faceci muszą cię tu męczyć – chlapnąłem bez zastanowienia, po czym miałem ochotę uderzyć się w czoło.

Boże, co ja powiedziałem?! Pierwsza rozmowa i coś takiego. Przecież jej tu nie gwałcą.

– To znaczy…

– Jestem Amanda Sopniewska – weszła mi w słowo, wyciągając do mnie rękę. – Miło mi.

– Mnie również. Przepraszam, chodziło mi o…

– A pan? – zapytała, przerywając mój bełkot.

– Kacper Zborowski.

– To ja może pójdę po jajecznicę – powiedziała zarumieniona.

– Mhm. – Kiwnąłem głową.

Spojrzałem jeszcze raz na jej pośladki w czarnej miniówce. Chciałem je zapamiętać na dłużej.

Pacanie, co ty mówisz? – dziwiłem się sobie. Po latach spędzonych za granicą odzwyczaiłem się od widoku pięknych Polek.

Przesunąłem kawę na narożnik stołu i otworzyłem gazetę na ogłoszeniach z nieruchomościami. Amanda zerkała na mnie co chwilę, kiedy czekała na moje danie. Skąd wiedziałem? Bo ja robiłem to samo. Sięgnęła zza baru po gotową już jajecznicę z kiełbasą, którą usmażyła druga kelnerka. Kątem oka zauważyłem, jak szepcze coś do koleżanki. Obie zachichotały.

Tak, mężczyźni z pewnością nie dają jej spokoju – pomyślałem zażenowany, tłumacząc sobie, dlaczego szepczą coś, patrząc w moim kierunku.

Amanda chwyciła pewnie talerz ze śniadaniem i ruszyła w moją stronę, kręcąc biodrami, jakby tańczyła salsę.

– Jajecznica dla pana.

– Dziękuję. – Spojrzałem jej tym razem prosto w oczy.

– Szuka pan czegoś? Może pomogę?

***

Było ciepło. Siedziałem na ławce przy rynku i czekałem na Amandę. To było już nasze czwarte spotkanie. Miałem na sobie niebieskie dżinsy firmy Lee, szarą koszulkę i skórzaną kurtkę. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Słońce opiekało moją niedawno ogoloną twarz. Założyłem okulary przeciwsłoneczne Ray-Bana i rozsiadłem się wygodniej. Wszystko układało się lepiej, niż oczekiwałem jeszcze kilka dni wcześniej, kiedy wracałem do Jarocina. Nie spodziewałem się, że uda mi się tak szybko kogoś znaleźć. Najwidoczniej miałem zbyt niskie mniemanie o sobie.

Założyłem nogę na nogę i machnięciem głowy przerzuciłem na bok opadające na oczy włosy. Splotłem palce i zacząłem wspominać nasze ostatnie spotkanie i jego zakończenie. Ostatnie i przedostatnie, przedprzedostatnie również. Kiedy spotkanie dobiegało końca i rozstawaliśmy się na rynku. Kiedy ją pocałowałem, a ona… Ona odwzajemniała pocałunek.

Już wiedziałem, dlaczego wróciłem do rodzinnego miasta. Wróciłem, żeby poznać Amandę.

Wyciągnąłem telefon i zerknąłem na godzinę. Zostało jeszcze kilka minut. Ciszę na rynku przerwało gruchanie gołębi karmionych przez dziecko. Chłopiec wyciągał z papierowej torebki drobne kawałki chleba i wyrzucał na kostkę brukową. Klika piór opadło na ziemię, kiedy ptaki zaczęły walczyć o pokarm. Zbliżały się do dziecka, oczekując kolejnych kąsków.

– „Idzie nocka, ciemność zła…” – zacząłem szeptać piosenkę z moich koszmarów.

– Cześć – wyszeptała kobieta za moimi plecami.

To była Amanda. Przyszła punktualnie.

– Hej – odpowiedziałem, odwracając się w jej kierunku.

Kiedy to zrobiłem, pocałowała mnie. Zaciągnąłem się powietrzem, poczułem zapach kwiatów, ten sam co wtedy, w restauracji. Zdążyłem już pokochać tę woń. Kiedy odsunęła ode mnie usta, wstałem. Podszedłem do niej i musnąłem jej delikatny policzek. Zbliżyłem usta do jej ucha.

– Gotowa na magiczne popołudnie? – wyszeptałem.

Kiwnęła głową twierdząco.

– Co powiesz na lody i spacer w parku? Wystarczająco magicznie?

– Hmm… Czy wystarczająco? To się okaże. Jestem gotowa to sprawdzić. – Uśmiechnęła się kokieteryjnie.

***

Wyszedłem z domu w dresie, jak to zwykłem robić codziennie od czasu powrotu. Zamknąłem drzwi na klucz i ruszyłem w stronę parku. Biegałem od zawsze, lubiłem to robić. Ćwiczyłem od poniedziałku do piątku od siódmej rano. Zazwyczaj udawałem się do parku, od którego dzieliło mnie jakieś pięćset metrów. Tam robiłem pięć kilometrów. Zawsze trenowałem rano, ale nie tego dnia. Dzień wcześniej zadzwoniła do mnie Amanda i zaproponowała, żebyśmy pobiegali razem. Spotykaliśmy się coraz częściej. Staraliśmy się czerpać przyjemność z każdej chwili spędzanej wspólnie. Oczywiście na tyle, na ile pozwalał nam czas. Umówiła się ze mną w środku parku o dziewiętnastej, w miejscu, gdzie zwykle robiła rozgrzewkę.

Początkowo rozciągała się przy wejściu do parku, tuż obok stawu, ale zaczęli ją irytować faceci, którzy przychodzili popatrzeć sobie na kobiety uprawiające jogging. Wtedy zdecydowała się wbiegać w tereny rzadziej uczęszczane przez spacerujących. Kiedy zadzwoniła do mnie, żeby się umówić, powiedziała, gdzie będzie na mnie czekać. Przypomniała mi się chwila, gdy ją poznałem w restauracji, i mój żenujący tekst. „Faceci muszą cię tu męczyć” – no cóż, widocznie trafiłem w sedno i mężczyźni rzeczywiście nie dawali jej spokoju.

Zarzuciłem na siebie bluzę i wyszedłem z domu. Moja wyobraźnia zaczęła intensywnie pracować. Od dziecka miałem bujną fantazję. Mówili mi to rodzice, opiekunowie, a nawet dyrektorka sierocińca. Wyobrażałem sobie, jak Amanda wygląda w legginsach. A potem… bez. Bardzo mnie to podniecało.

Przebiegłem przez całe osiedle i skręciłem w prawo, na główną ulicę w mieście. Wystarczyło tędy przebiec prosto kilkadziesiąt metrów i docierało się do sporego parku po lewej stronie.

Mimo że miasto nie było duże, znajdowały się tutaj trzy parki, a dokładniej dwa i ogromny skwer. Ja biegałem w największym. Wyglądał na stworzony dla amatorów joggingu i rowerzystów. Od rana zawsze spotykało się tam sporo ludzi, dlatego spodziewałem się, że wieczorem będzie ich jeszcze więcej.

Przemknąłem między spacerującymi mieszkańcami w głąb parku. Kierowałem się, zgodnie ze wskazówkami Amandy, na południe. Gdy pokonałem ostatnie sześćset metrów, zauważyłem ją.

***

Stałem nad Amandą z kamiennym wyrazem twarzy. Nie byłem w stanie się ruszyć. Nie czułem żadnych emocji. Może szok. Tak, na pewno. To był szok.

Leżała na boku z głową pod ławką, skulona niczym małe dziecko śpiące bezpiecznie w łóżku. Pod drugą z kolei ławką. Przy niej przygotowywała się niedawno do biegu. O niej mówiła mi jeszcze piętnaście minut temu przez telefon. Jeszcze chwilę temu z nią rozmawiałem, a teraz patrzyłem z przerażeniem na jej zakrwawione ciało.

Ktoś ją zabił.

Nie widziałem sprawcy. Zauważyłem ją z oddali, gdy już leżała. Ktoś musiał to zrobić niedawno. Plama krwi stawała się coraz większa. Ostrze, którym ktoś skradł jej życie, leżało pod moimi nogami. Mały nóż kuchenny, który można było kupić w każdym sklepie.

Schyliłem się, żeby go podnieść. Kilka centymetrów przed jego chwyceniem odezwał się mój zdrowy rozsądek. Zdałem sobie sprawę, że kiedy go dotknę, cała wina spadnie na mnie. Przetarłem twarz, żeby zebrać myśli i zastanowić się, co zrobić dalej. Żołądek wywrócił mi się na drugą stronę, kiedy poczułem unoszącą się w powietrzu śmierć. Starałem się nie zwymiotować. Dotknąłem jeszcze ciepłej dłoni dziewczyny. Woń kwiatów, która zawsze jej towarzyszyła, powoli zanikała. Zbliżyłem do niej twarz. Czułem jej perfumy, ale mało wyraziście, jakby zapach umarł z nią, a resztki jeszcze się nad nią unosiły. Dotknąłem jej policzka jak wtedy, na ostatnim spotkaniu. Jej skóra była chłodna, nieprzyjemna. Jakby tkanka zamieniła się w sztuczne tworzywo. Zaciągnąłem się powietrzem, ale to, co poczułem, nie pachniało jak kwiaty. Może to było moje wyobrażenie, ale czułem zaduch.

Zaczęło mnie mdlić, dlatego odwróciłem się do niej plecami. Starałem się nie zwymiotować. Udało się, mdłości ustąpiły. Chciałem coś zrobić, ale nie byłem w stanie. Nigdy wcześniej nie widziałem martwej kobiety. Kiedy nie uczestniczy się w czymś takim, łatwo powiedzieć, jak powinien postąpić człowiek, ale kiedy pierwszy raz jest się na miejscu zbrodni, to już nie wydaje się takie proste.

– Tylko spokojnie – wyszeptałem, schylając się nad ciałem Amandy.

Ręce mi się trzęsły, a mimo ciepła opuszki palców mrowiły jakby od zimna. Działałem jak w amoku. Odsunąłem ostrożnie nóż stopą, jakbym bał się, że może również mnie odebrać życie. Przełknąłem gulę, która stanęła mi w gardle. Przeszkadzała mi w oddychaniu. Starałem się ją przełknąć, ale to nie było takie proste. Dopiero za drugim razem prześlizgnęła się z oporem przez gardło.

Trzymałem ręce nad twarzą Amandy, czekając, aż przestaną żyć własnym życiem i wreszcie zaczną mnie słuchać.

– Muszę sprawdzić jej puls… Muszę – szeptałem.

Wyciągnąłem ją spod ławki, a raczej pociągnąłem do siebie. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale nie byłem całkiem przytomny. Nie wiem, co mną kierowało. Złapałem ją za ręce i położyłem na plecy. Leżała wtedy jak w kostnicy.

Musiałem sprawdzić jej puls, ale bałem się. Tak cholernie się bałem. Żołądek ponownie dał o sobie znać, ręce zaś trochę się uspokoiły. Przyłożyłem dwa palce do jej podbródka, zjechałem nimi trochę niżej, migdały, gardło. Nie wiedziałem, gdzie szukać. Nie byłem w stanie się uspokoić. Dotykałem każdego skrawka chłodnej szyi. Szukałem po omacku, jednak nie byłem w stanie go znaleźć.

Rozejrzałem się dookoła, aby sprawdzić, czy ktoś mnie obserwuje. Było pusto, morderca musiał już uciec. To nie był gwałt, Amanda miała na sobie ubranie. A może to miał być gwałt? Może morderca nie spodziewał się mnie tutaj? Chodziło o pieniądze? W parku roiło się od bezdomnych, którzy prosili o kilka groszy, ale nigdy nie przypuszczałbym, że któryś z nich mógłby posunąć się do morderstwa.

Nie miałem wyjścia, musiałem zadzwonić na policję, chociaż zdawałem sobie sprawę, że stanę się głównym podejrzanym.

Może to film? – pomyślałem. – Film, w którym nikt nie chciałby brać udziału? Co powinienem zrobić?

W głowie miałem mętlik.

– Pomocy – wyszeptałem.

Nikt nie usłyszał. Nikogo nie było w pobliżu. Nie mogłem z siebie wydusić niczego sensownego. Jakieś zdanie… Tylko jedynie pojedyncze słowa, które zamiast pomóc wyjść z tej sytuacji, wprawiały mnie w jeszcze większą nerwowość.

Mam winę wypisaną na twarzy – denerwowałem się.

Wiedziałem, że jeśli policja mnie tutaj zastanie, będę głównym podejrzanym. Musiałem uciec. Dłonie ponownie odmawiały mi posłuszeństwa. Trząsłem się, moja żuchwa zrobiła się sztywna. Mrowiły mi tylko usta. Czułem, jak trzęsą mi się gardło, żołądek. Odwróciłem się ponownie. Tym razem zwymiotowałem, po czym wróciła mi świadomość. To znaczy tak mi się wydawało. Gdybym uciekł, dla policji byłoby wszystko jasne. Koleżanka Amandy doskonale wiedziała, z kim dzisiaj dziewczyna miała się spotkać.

Klęcząc na ziemi, wyciągnąłem z kieszeni telefon komórkowy. Wybrałem numer dziewięć dziewięć siedem i nacisnąłem zieloną słuchawkę. Głośniczek telefonu powinien od razu poinformować mnie jednym krótkim piknięciem o tym, że zaraz się połączę. Powinien, ale tego nie zrobił. Przycisnąłem mocniej telefon do ucha, nasłuchując piknięcia. Cisza. Przerażająca cisza ciągnąca się godzinami. To znaczy tak mi się wydawało. Zamiast piknięcia słyszałem bicie własnego serca. Jedno uderzenie, drugie, trzecie.

Pik… – odezwała się słuchawka.

Dotknąłem jeszcze raz Amandę. Policzek, usta, szyja – chłodne ciało było sztywne. Zbliżyłem dłoń do jej klatki piersiowej. Dotknąłem każdą z ran. Odłożyłem telefon i zacząłem tamować rany, które krwawiły coraz słabiej, ale nie z mojego powodu. Większość krwi zdążyła już wypłynąć.

Muszę zatamować krwawienie – pomyślałem.

Po którymś cięciu z kolei musiała paść, a napastnik – uciec. Kiedy upadała na ziemię, musiała żyć. Tak, jestem tego pewien. Leżała na ziemi półprzytomna, zwinęła się w kulkę i czekała na kogoś. Kogokolwiek, kto mógłby jej pomóc. Nie doczekała się.

To nie może być prawda – wmawiałem sobie.

Byłem świadomy tego, co się wydarzyło, ale miałem nadzieję, że jeśli mocno tego zapragnę, cofnę czas i ją ocalę. Zacisnąłem pięści i poczułem, jak buzuje we mnie krew. Ostatni raz czułem się tak w dzieciństwie, kiedy traciłem moich najbliższych. Siedziałem wtedy przy mamie i zachowywałem się tak samo. Walczyłem z tym, chociaż nie byłem w stanie już niczego zrobić.

– To musi być żart! – wykrzyczałem łamliwym głosem. – Nie, to nie może być prawda! To musi być żart – powtórzyłem już ciszej, robiąc przerwę jedynie na skromny wdech powietrza i kołysząc się w przód i tył.

 

Kiedy człowiek mierzy się z czymś takim, boi się później z kimś związać. Nie chce przeżywać tego ponownie, choć teoretycznie staje się silniejszy. Jednak ja nie stałem się przez to twardszym mężczyzną. Byłem delikatniejszy, niż można by było się spodziewać. Wtedy, w parku, stałem się ponownie kimś, kim nie chciałem się stać już nigdy. Bezsilnym człowiekiem… słabym…

 

Klęczałem przed ciałem niczym małe dziecko. Płakałem. W którymś momencie zerknąłem na telefon leżący we krwi. Jeszcze nie było żadnego połączenia. Dziwne, bo wydawało mi się, że siedzę już tam godzinę. Rzuciłem okiem na jej klatkę piersiową. Nadal się nie ruszała.

To już koniec. Wiem o tym. Już jestem tego świadomy.

Starałem nie patrzeć w jej otwarte oczy. Nie byłem w stanie. Jej nieobecne spojrzenie wprawiało mnie w jeszcze większy strach. Plama krwi obok ciała była jedynym punktem, na którym się skupiłem. Nie byłem kochliwy i nie znałem jej zbyt długo, ale znaczyła dla mnie wiele. Tylko ją w tym mieście znałem. Pragnąłem jej. Była jedyną osobą, która po moim przyjeździe zwróciła na mnie uwagę. Jedyną osobą, przez którą chciałem być zauważony.

Widok każdego cięcia na jej ciele sprawiał, że czułem się słabiej. Mimo to podniosłem nieznacznie wzrok w nadziei, że zauważę, jak jej klatka piersiowa się unosi. Czułem, że zaczynam tracić nad sobą kontrolę, ale musiałem się upewnić. Wymacałem palcami pięć cięć na jej brzuchu. Nie miałem ochoty się poddać. Chciałem, ale nie wiedziałem jak. Łzy spływały mi po policzkach, a każda spadała na jej ciało i mieszała się z krwią.

Nie poddam się.

Zacząłem uciskać jej klatkę piersiową z nadzieją, że serce zaraz zacznie bić.

– Raz, dwa, trzy, cztery… – Byłem pewien, że wykrwawiła się całkowicie, ale podczas ucisku z jej ran wydobywało się coraz więcej krwi. Coś mówiło mi, żebym dał sobie już spokój, ale nie przestawałem. – Pięć, sześć…

Wtedy usłyszałem szum wydobywający się z telefonu komórkowego. Chwyciłem go bezradnie.

– Halo, halo! Jest tam ktoś? Halo!

– H… ha… halo… – wydusiłem z siebie.

Zauważyłem krew na dłoniach, kiedy przykładałem aparat do ucha. Poczułem obrzydzenie, więc odrzuciłem telefon na ziemię i spojrzałem na swoje ręce. Niegdyś blade, teraz zmieniły kolor na burgund. Pod paznokciami miałem jej naskórek i piasek, na którym leżała. Dotarło do mnie, jak to się skończy.

Wytarłem ręce w spodnie. Oparłem się o ławkę i zacząłem rozważać ucieczkę. Słyszałem coraz głośniejszy pisk w uszach – taki, który towarzyszy osobie mającej stracić przytomność. Czułem, że robi mi się słabo. Nogi zaczęły mi mrowieć, ale może przez to, że cały czas klęczałem. Ręce zrobiły się ciężkie.

Za chwilę zemdleję – pomyślałem, po czym, przypominając sobie, że ktoś jest po drugiej stronie słuchawki, zerknąłem na telefon.

– Morderstwo w parku! – zdołałem wykrzyczeć.

1.

Nienawidziłem bezczynności, ale nie miałem wyjścia. Leżałem na kanapie w salonie, patrząc w sufit. Nie biegałem już od kilku miesięcy, więc byłem zmuszony znaleźć inny sposób na zebranie myśli. Nie był on taki dobry jak jogging, ale nie pozostało mi nic innego – zostałem niewolnikiem swoich czterech ścian. Wpatrywałem się więc w każdą nierówność nieobecnym spojrzeniem – takim samym jak Amanda, kiedy ją znalazłem.

Dawniej nie wyobrażałem sobie takiego marnowania czasu. Bieganie powodowało, że czułem się wolny. Kocham świeże powietrze, naturę. Obecnie jednak przeszkadzała mi w tym bransoletka na kostce. Po kilku tygodniach nawet przywykłem do takiego życia. Polubiłem albo starałem się sam siebie oszukiwać tylko po to, aby sekundy szybciej zamieniały się w minuty, minuty w godziny, a godziny w tygodnie.

Kupiłem wprawdzie dom – musiałem wyremontować i umeblować wszystkie pokoje, ocieplić go z zewnątrz, wstawić bramę, ale straciłem na to ochotę.

Miałem też plan: po powrocie do Jarocina normalnie żyć w swoich czterech ścianach zamiast wypływać na miesięczne połowy. Marzyłem też o tym, aby się ustatkować i może… Ale po co, jeśli za chwilę mogę zostać skazany? Ta wizja odbierała mi ochotę na wszystko.

Jak długo już z nikim nie rozmawiałem? Nie lubiłem kontaktów z ludźmi, ale po dłuższym czasie zaczęło mi brakować kogoś, do kogo mogę otworzyć usta.

Często wspominałem moją młodość. A właściwie dzieciństwo. Jak wyglądało moje życie i co straciłem. Odtwarzałem sobie w myślach dzień, w którym jechałem do sierocińca. Przypominałem sobie, jak wyglądały moje pierwsze godziny w Domu Dziecka imienia Ojca Sergiusza. Będę je pamiętał do końca życia. Takie rzeczy zapamięta każde dziecko. Byłem pewien, że sierociniec, w którym się znalazłem, nie wpłynął na mnie pozytywnie. W psychice każdego dziecka wywołałby on uraz. Tak, byłem tego pewien. Starałem się o tym zapomnieć, ale nie potrafiłem.

Ten strach… Ta ogromna niepewność… Jakie będzie moje życie? Nie wiedziałem niczego i właśnie ta świadomość przyprawiała mnie o ciarki na plecach. Moje ciało drżało. Czułem się jak szczeniak, który już po kilku dniach życia zostaje odebrany suczce i wywieziony w zupełnie nowe miejsce. W miejsce, gdzie nie będzie już tak jak dawniej. Do zapyziałej budy, którą musi nazywać domem. Domem chroniącym go jedynie przed deszczem.

Niepewny, bezradny, przestraszony. Czułem się jak pies, który skomleniem prosi, aby go zabrać. Wiedziałem, że sobie tam nie poradzę. To miejsce nie było dla mnie. Byłem jeszcze dzieckiem, jedynakiem mieszkającym w dużym domu, i nagle wszystko miało się zmienić. Całe życie. Gdyby ktoś spojrzał wówczas w moje oczy, wiedziałby, przez co przechodziłem. Może dlatego miałem spuszczoną głowę, aby nikt nie zerknął mi w oczy? Udawałem – ja, ale i kobieta, która szukała dla mnie sierocińca – że wszystko jest w porządku.

 

Siedziałem na kanapie samochodu i patrzyłem na poszycia fotela przede mną. Miejsce obok kierowcy było puste. Dlaczego? Mimo że byłem sześciolatkiem, doskonale wiedziałem dlaczego. Po mojej prawej stronie siedziała kobieta z pomocy społecznej. Tak bardzo zależało jej na tym, żebym miał dobre dzieciństwo i jak najlepszy start. Siedziała przy mnie, bo tego nauczyli ją na studiach. Robiła to, co powinna. Rutynowe działania. Musiała być blisko mnie i obserwować moje zachowanie. Podtrzymać mnie na duchu, pokazać, że mam w niej wsparcie.

Tak naprawdę to gówno prawda. Miałem ją w dupie. Coś mi mówiło, że nie robi tego ze współczucia czy dobroci serca, tylko dlatego, że tego wymaga od niej jej praca. Nie patrzyłem na nią. Zamiast tego nadal przyglądałem się poszyciu fotela. Grubej dratwie, która przebiła za pomocą igły skórę. Przyglądałem się każdemu wyjściu nitki z materiału, a głównie krzywemu zaszyciu narożnika fotela.

Czułem, że na mnie zerka, ale udawałem, że tego nie widzę. Gdyby wiedziała, że zauważyłem, odezwałaby się. Chociaż w sumie nie wiem, miałem już mętlik w głowie. Faktycznie chodziło jej o moje dobro? Czy po prostu wykonywała swoje nudne, rutynowe obowiązki?

Nienawidziłem jej. Gdyby nie mieszała się w nie swoje sprawy, nadal mieszkałbym w swoim domu. Nie musiałbym mieć rodziców. Doskonale dałbym sobie radę sam. Najważniejsze, że zostałbym w domu, w którym mieszkałem od zawsze.

Tymczasem ona spoglądała na mnie z uśmiechem, jakby była dumna, że załatwiła mi lepsze miejsce.

– Teraz zaczniesz nowe życie – powiedziała z uśmiechem, łapiąc mnie za dłoń. – Znajdziesz tutaj wielu przyjaciół. Będzie ci tu dobrze, zobaczysz…

Podniosłem głowę i spojrzałem jej w oczy. Zebrałem się wreszcie na odwagę i to zrobiłem. Wtedy przez myśl przeszło mi wyrzucenie jej z samochodu i powiedzenie kierowcy, żeby odwiózł mnie do domu. Miałem na to straszną ochotę. Jednak tylko spuściłem wzrok i patrzyłem w podłogę. Wyszarpnąłem dłoń z jej uścisku i schowałem między nogami.

– Nie potrzebuję nikogo – wyszeptałem, licząc, że mnie nie usłyszała.

Dotarło do mnie, że już nic nie będzie takie jak dawniej. Chciało mi się płakać, ale starałem się wziąć w garść. Gdybym się rozkleił, kobieta z pomocy społecznej zaczęłaby mnie pocieszać, a mnie odrzucał ton jej głosu. To, że znalazłem się w tym samochodzie, zwaliłem na nią, bo kogo innego to była wina?

 

Droga, którą pokonaliśmy z mojego domu do sierocińca, chociaż nie znajdował się daleko od Jarocina, wydawała się wiecznością. Nie pamiętam, o której godzinie znalazłem się na miejscu. Pamiętam jedynie, że dzieci stamtąd bawiły się na zewnątrz. Ich krzyki i piski przypomniały mi przedszkole, do którego chodziłem na moim dawnym osiedlu.

Zerknąłem przez boczną szybę. Kilkoro dzieci stało przy dróżce prowadzącej do głównego wejścia i patrzyło, jak ciemny samochód przejeżdża obok nich i kieruje się w stronę małego ronda z aniołkiem na środku. Przyglądali się mi. Ja również patrzyłem na ich smutne miny. Sprawiały, że to miejsce wydawało mi się jeszcze bardziej przerażające.

 

Każdy miewa w swoim życiu chwile, które jego zdaniem trwają wiecznie. Sekundy ciągnące się godzinami. Doświadczamy wtedy najgorszych uczuć, jakie można sobie wyobrazić. Pragniemy, aby minęły w mgnieniu oka, ale mózg nie pozwala nam zapomnieć o żadnym szczególe. Takie chwile towarzyszą nam, kiedy uświadamiamy sobie, że tracimy osobę, która była dla nas miłością życia. Czasem kiedy tracimy pracę. Każdy jest skazany na takie chwile. Jednych możemy nazwać szczęściarzami, ponieważ już je przeżyli i mogą być spokojni, inni natomiast mogą się ich spodziewać i dopiero kiedy ich doświadczą, zrozumieją. Mój najgorszy dzień nadszedł właśnie wtedy. Kiedy miałem sześć lat. Miałem nadzieję, że to był właśnie ten dzień i nic gorszego mnie nie spotka.

 

Patrzyłem w oczy każdemu dziecku stojącemu przy kamiennej dróżce. Inne bawiły się gdzieś dalej beztrosko. Może już dawno się pogodziły z tym, gdzie się znalazły. Reszta miała wyraz twarzy, jakby mi współczuła, wiedząc, w co się wpakowałem.

Zacisnąłem zęby, żeby powstrzymać płacz. Udało mi się to z trudem.

Objechaliśmy rondo i stanęliśmy przy głównym wejściu. Kobieta siedząca obok starała się coś mi powiedzieć. Wysiadłem bez słowa, dając jej do zrozumienia, żeby dała sobie spokój, jednak podbiegła do mnie i chwyciła za rękę.

– Pójdziemy do środka – powiedziała z uśmiechem. – Poznasz panią dyrektor. Opowie ci o wszystkim. Zobaczysz, spodoba ci się tutaj. Jest dużo dzieci, plac zabaw, wycieczki…

Weszliśmy do środka. Hol wydał mi się ogromny niczym w pałacu. Odgłos szpilek kobiety z pomocy społecznej rozniósł się po całym pomieszczeniu.

– Chodź tędy – powiedziała, schylając się do mnie i pokazując palcem na stare, drewniane drzwi.

Weszliśmy do biura pani T. Przy biurku siedziała wysoka kobieta z kokiem na głowie. Podniosła głowę i zerknęła na mnie, podnosząc jedną brew.

– Kacper, jak mniemam. – Uśmiechnęła się.

Wydała mi się sympatyczna. Razem z kobietą z pomocy społecznej zaczęły załatwiać bez zbędnych słów sprawy papierkowe. Kiedy kobieta z MOPS-u podpisała wszystkie dokumenty, zaczęła opowiadać o sytuacji, w jakiej się znalazłem.

Próbowałem nie słuchać jej i myśleć o czymś innym, żeby nie wybuchnąć płaczem. O czymkolwiek. Chciałem pokazać, że jestem twardy, żeby nikt nie musiał użalać się nade mną, rozglądałem się więc po biurze w poszukiwaniu tematu zastępczego. Moją uwagę przyciągnęły poręcze przymocowane do ściany po prawej stronie. Patrzyłem na nie przez dłuższy czas, zastanawiając się, po co w ogóle tutaj są.

– To są poręcze do ćwiczeń – odezwała się pani T., podążając za moim wzrokiem. – Dzieci, które mają problemy zdrowotne, przychodzą do mnie, a ja staram się im pomóc. Jeśli chcesz, to pokażę ci, co trzeba przy nich robić.

Uśmiechnąłem się i spuściłem głowę.

– Jak ci się tu podoba? – zapytała. – Na pewno chcesz, żebym cię oprowadziła.

– Tak – powiedziałem nieśmiało.

– Żeby załatwić resztę spraw, zapraszam do prokurenta. Ja oprowadzę Kacpra. Na pewno jest ciekawy nowego miejsca – wydusiła przez nos, podpisując ostatnią kartkę.

– Oczywiście. Dziękuję pani.

Kobieta z pomocy społecznej wstała i podała rękę dyrektorce. Zachowywały się jak stare koleżanki, które widzą się kilka razy w tygodniu. Kobieta odwróciła się w moją stronę i uszczypnęła delikatnie mój policzek.

– Uśmiechnij się, zaczynasz lepsze życie – powiedziała, jakby mi zazdrościła. – Będzie ci tutaj wspaniale.

Wyszła.

Zostałem w biurze sam na sam z dyrektorką. Jej wyraz twarzy momentalnie się zmienił. Podchodziła do mnie uważne, z nieobecnym spojrzeniem. Jej uśmiech od razu zniknął, kiedy drzwi biura zatrzasnęła kobieta, która jeszcze przed chwilą tak bardzo martwiła się o moje nowe życie. Dyrektorka patrzyła w moje oczy, stawiając powoli kroki. Ręce miała założone za plecami.

– No… Słyszałeś panią, chłopcze… Zaczynasz lepsze życie. – Uśmiechnęła się ponownie. Tak jak przed wyjściem kobiety z pomocy społecznej.

 

Z panią z MOPS-u rozmawiałem wówczas po raz ostatni. Po tygodniu przyjechała znowu. Widziałem ją, kiedy bawiliśmy się na dworze. Chciałem do niej podejść. Pomachałem jej, ale mnie nie zauważyła. Później widywałem ją, kiedy przychodziła z kolejnymi dziećmi, ale nigdy więcej się do mnie nie odezwała. Wtedy utwierdziłem się w przekonaniu, że to jest tylko jej praca i nic poza tym.

2.

– Zrobiłeś to, prawda? – zapytała, patrząc na mnie trochę ze strachem, trochę z ciekawością.

Stała jakieś trzy kroki ode mnie i zastanawiała się, czy podejść bliżej, czy raczej nie ryzykować i przygotować się na ucieczkę. Nie wiem, czy przyszła tu pierwszy raz, czy była już kilkakrotnie. Nie zwracałem na to uwagi. Po tym, jak zostałem oskarżony, kręciło się tutaj sporo ludzi. Jarocin to małe miasto, więc jeśli ktoś wyjdzie przed szereg (zwłaszcza jeśli chodzi o morderstwo), jest na celowniku każdego. Po jakimś czasie i kilku zaczepkach jarocinian przestałem patrzeć na kogokolwiek. Musiałem się tego nauczyć. Nauczyć jeszcze większego dystansu do innych niż przed śmiercią Amandy.

– Zrobiłeś to, prawda? – powtórzyła, patrząc mi w oczy z zafascynowaniem i licząc, że zdoła coś ze mnie wydusić.

 

Nie musiałbym widywać tych, których bardziej interesuje życie kogoś innego niż swoje. Ludzi, którzy są tak wścibscy, że byliby w stanie zrobić wszystko, żeby dowiedzieć się czegokolwiek o drugiej osobie. Oczywiście czegoś złego, dzięki czemu złudnie poczują, że są lepsi od innych, że ich życie wcale nie jest takie złe. Nie musiałbym patrzeć im w oczy, nie musiałbym się wstydzić, gdyby nie cyfrowy świat…

Dawniej pewnie byłoby tak, że wylądowałbym w więzieniu, czekając spokojnie na proces. Nie musiałbym się martwić, czy ktoś wykona na mnie lincz, nie słuchałbym obelg. Siedziałbym spokojnie w celi, odliczając kolejne dni do rozprawy. Z dala od spojrzeń i obaw o swoje życie. Zamiast tego założyli mi tę pieprzoną bransoletkę dla więźniów, dzięki której byłem skazany na swój dom. Może dla innych byłoby to wspaniałe rozwiązanie – zamiast wilgotnej celi ciepły dom i telewizor. Ale nie dla mnie. Nie w tej sytuacji, kiedy byłem na razie tylko oskarżonym i nie musiałem czekać na rozprawę w więzieniu.

Początkowo miałem nadzieję, że będę mógł swobodnie przemierzać miasto w oczekiwaniu, aż sprawiedliwości stanie się zadość i zostanę wreszcie uniewinniony, jednak życie to nie bajka. Prokurator miał wobec mnie inne plany.

– Jako że oskarżony dokonał rzeczy makabrycznych, niemożliwe jest, aby do dnia wyroku mógł przebywać na wolności – powiedział twardo i stanowczo, patrząc groźnie w moje oczy, a następnie błagalnie i niewinnie na twarz sędziego.

To zdanie wypowiedział tak lekko, że uderzyło mnie niczym prawy sierpowy na ringu. Po nim słyszałem jedynie przeraźliwy pisk w uszach… Poczułem się znokautowany. Nie wiedziałem, co było dalej. Obudziłem się na korytarzowej ławce. Cucił mnie jeden z policjantów. Ten sam, który mnie tak dotkliwie pobił tego dnia, kiedy zatrzymano mnie w parku. Patrzył z pogardą, kiedy siedziałem na ławce, i czekał, aż spróbuję uciec. Liczył na to. Wtedy miałby pretekst, żeby znowu mnie pobić.

Podbiegł do mnie i mimo że usiłowałem wszystko wyjaśnić, uznał, że jestem mordercą. W protokole z tego dnia napisał jedynie to, co wydarzyło się ich zdaniem, czyli że stawiałem opór.

Nie dałem mu tej satysfakcji. Nawet nie myślałem o tym, żeby uciec wtedy z sądu. Byłem niewinny, jestem niewinny, nie widziałem sensu, żeby uciekać.

Usiadłem na ławce przed salą rozpraw i wziąłem głęboki wdech.

 

– Hej! Jesteś tam? To ty, prawda? – zapytała zniecierpliwiona już kobieta.

Dlaczego nie siedzę w tym pieprzonym areszcie?

Otworzyłem usta i oblizałem je delikatnie.

Często słyszałem te pytania i doprowadzały mnie one do szału, ale tylko na początku. Z czasem coraz rzadziej się odzywałem. Nie chciało mi się tłumaczyć z moich rzekomych występków. Brunetka nie dawała mi spokoju. Budziła we mnie sprzeczne emocje. Raz sprawiała wrażenie osoby niezrównoważonej, po chwili zaś – osoby zainteresowanej prawdą i tylko prawdą, a nie nagonką na moją osobę. Tego dnia zrobiłem wyjątek. Postanowiłem się odezwać, ale ostrożnie.

Może jest kolejną hieną szukającą tematu do artykułu?

Była niezbyt szczupła, ubrana na czarno. Miała krótkie włosy i delikatne kolczyki z kryształami Swarovskiego. Na małym, zgrabnym nosie odbiły się jej noski od okularów. Okrągła twarz stwarzała wrażenie sympatycznej kobiety, ale zachowanie mówiło co innego.

Brunetka miała w sobie coś dziwnego.

Co o niej myśleć?

Z pewnością była około trzydziestki, może miała trzydzieści pięć lat, ale nie zachowywała się poważnie. Była ciekawska jak nastolatka. Tak, od razu można było to zauważyć. Stała przede mną i czekała, aż wyduszę z siebie cokolwiek. Choćby jedno słowo. Nie wiem, dlaczego zależało jej na poznaniu prawdy. Zapytała jednak nie z obrzydzeniem i pogardą jak inni, ale z wyraźnym współczuciem i czystym zainteresowaniem.

Jednak gdy zaprzeczyłem, zmieniła nastawienie. Jakby tylko czekała, aż przyznam się do winy, opowiem jej wszystko i zacznę żałować albo okażę dumę ze swojego występku. Grymas na jej twarzy zmienił się na typowy, jaki widywałem u każdej innej osoby.

– Zrobiłem co? – zapytałem dla pewności.

– Jak to: co? Pytasz się, jakby nie było to nic wielkiego. Zrobiłeś to, o czym wszyscy trąbią od czterech miesięcy. To twoja sprawka, prawda?

– Nie. Jestem niewinny, wrobili mnie… Byłem tylko…

– Phhh! – parsknęła mi w twarz, przerywając moje usprawiedliwienie. – Nie słyszałam jeszcze nigdy o oskarżonym, który jest niewinny. Wszyscy mówią to samo, to już się robi powoli śmieszne. Miałeś na tyle odwagi, żeby zabić Amandę i resztę kobiet, miej teraz odwagę, żeby się przyznać! I tak w tym mieście jesteś już stracony.

– Skoro jesteś pewna mojej winy, to po co mnie zatrzymujesz? Po cholerę pytasz i marnujesz mój i swój czas? – Podniosłem głos.

Brunetka postąpiła krok do tyłu, jednak na jej twarzy ponownie odbiło się zaciekawienie.

– Słynny Kacper Zborowski… – ciągnęła zaczepnie, czekając na moją reakcję. Rozejrzałem się dookoła, sprawdzając, czy ktoś sobie nie robi żartów lub nie nagrywa, jak się zachowam. Na wszelki wypadek ugryzłem się w język.

– Ja tracę twój czas? A co masz ciekawego do roboty? Powinieneś mi dziękować, że przyszłam porozmawiać. Gdyby nie ja, nie miałbyś do kogo dzisiaj otworzyć ust. Siedzisz sam w tej swojej ruderze i na pewno modlisz się, żeby się do kogoś odezwać.

Nie odpowiedziałem. Miała rację. Od domu mogłem oddalić się tylko na pięćset metrów. Akurat aby pójść do najbliższego sklepu. Osiedle, na którym mieszkałem, było małe. Za małe, żeby zrobić zakupy w supermarkecie. Nic się na nim nie działo. Mieszkały tam średnio zamożne rodziny i ja – mężczyzna niemający nikogo i niczego prócz starego domu, w którym było jeszcze dużo pracy. Stałem zakłopotany, patrząc na brunetkę i zastanawiając się, na co liczy. Zachowywała się, jakby cała ta sytuacja ją podniecała. Jakby miała już do czynienia z mordercami. Każda normalna kobieta bałaby się do mnie podejść, ale nie ona.

– Nie zawracaj mi dupy – odpowiedziałem, starając się ją spławić.

– Wszyscy o tobie mówią, wszyscy zachodzą w głowę, czy to zrobiłeś. Można powiedzieć, że jesteś celebrytą – powiedziała nieco szyderczo, chyba po to, żeby mnie wkurzyć. Żebym zatrzymał się na chwilę i poświęcił jej jeszcze trochę czasu.

Zignorowałem ją i postanowiłem pójść dalej.

– Czekaj! – krzyknęła, łapiąc mnie za ramię.

– Czego jeszcze chcesz!? Ja niczego nie zrobiłem, jestem niewinny! Jeśli mi nie wierzysz, to już twój problem!

– I tak wszyscy mieszkańcy Jarocina liczą na to, że pójdziesz siedzieć – powiedziała donośnym głosem, robiąc sobie krótką przerwę na przeżucie gumy. – Wszyscy są pewni, że dostaniesz dożywocie, a tam z nikim normalnym nie porozmawiasz! Może teraz masz ostatnią szansę?

– Dobrze, w takim razie o czym chcesz rozmawiać?

– Chcę wiedzieć, czy to zrobiłeś. Chcę prawdy.

– Do cholery, przyszłaś tutaj tylko po to, żeby mnie denerwować?! Jeśli myślisz, że zagadując mnie, wyciągniesz jakieś informacje, to jesteś w błędzie. Sporo osób próbowało i wszyscy tylko tracili czas. Jesteś dziennikarką? Jesteś, prawda?!

– Nie, nie jestem. Chciałam zobaczyć, jak wygląda prawdziwy psychopata. Wyobrażałam sobie ciebie zupełnie inaczej…

– Uważaj, co mówisz! – wyrzuciłem z siebie donośnym głosem. Zacisnąłem zęby, żeby nie wybuchnąć. Poczułem, jak na czole napina mi się żyła. Miałem wrażenie, że za chwilę puszczą mi nerwy. – Nie jestem psychopatą!

– Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć… Nie chcę się kłócić.

– Nie to chciałaś powiedzieć? A co? Po co przyszłaś?

– Chciałam cię poznać. Po człowieku można poznać, czy jest zły, czy po prostu wpakował się w niezłe szambo. Ty należysz do tej drugiej grupy – wymruczała, próbując dotknąć mojej klatki piersiowej. Tym razem z wścibskiej kobiety zmieniła się w kokietkę. Zrobiłem krok do tyłu. – Zawsze myślałam, że ktoś taki jak ty będzie wyglądał paskudnie. A ty… Ty dajesz radę. Jesteś naprawdę przystojny. Musisz sporo ćwiczyć.

– Jaja sobie robisz?

– Mówił ci już ktoś, że jesteś seksowny? Że masz ładne oczy? – Uśmiechnęła się zalotnie.

– Jeśli podnieca cię niebezpieczeństwo, to źle szukasz. Zastanów się, co w ogóle mówisz! Najpierw oskarżasz mnie o morderstwo i nazywasz psycholem, a potem mówisz, że miałem po prostu pecha. Masz nierówno pod sufitem.

Zrzuciłem jej rękę z ramienia i ruszyłem przed siebie. Brunetka nie powiedziała już nic. Zatrzymałem się jakieś trzy metry przed drzwiami spożywczaka i odwróciłem się w jej stronę, aby upewnić się, że odeszła. Stała cały czas w tym samym miejscu i patrzyła na mnie hipnotyzująco.

Sprawiała wrażenie bardzo mrocznej kobiety, związanej z psychopatami, przykrymi historiami, tragediami. W czasie rozmowy wydawało mi się najpierw, że szuka mocnych wrażeń, ale jej wygląd temu przeczył. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w okolicy, na pewno bym ją zapamiętał, była bardzo charakterystyczna. Zachowywała się niezwykle pewnie. Wydawało mi się, że rozmowa z niebezpiecznymi ludźmi była dla niej normalką. Z pewnością nie przyszła bezinteresownie. Może chodziło jej o rozprawę? Prokurator był kawałem gnojka, więc mógł zlecić śledzenie mnie.

Nasze spojrzenia się spotkały i patrzeliśmy na siebie przez kilka sekund. Była lepsza, po kilku sekundach odwróciłem wzrok i sięgnąłem do klamki drzwi sklepu. Wchodząc, spłoszyłem sprzedawczynię czytającą gazetkę o serialach.

Sklep był mało uczęszczany. Jakieś sześćset metrów dalej znajdował się supermarket, więc niemal każdy wolał przejść kilkadziesiąt kroków dalej i kupić coś „świeższego” i tańszego. Niestety, dla mnie było to za daleko. Musiałem pamiętać o bransoletce.

– Dz… dz… Dzień dobry – przywitała się nerwowo starsza, siwa kobieta w dużym, niebieskim fartuchu.

Przychodziłem tutaj codziennie, widywałem ją codziennie, a ona nadal się mnie bała. Byłem dla niej miły, starałem się jej nie straszyć. Była aż nadto sparaliżowana przerażeniem. Z nią również nie rozmawiałem. To znaczy nie chciałem, aby się mnie obawiała, dlatego za każdym razem starałem się rzucić jakiś żart, aby kobieta chociaż trochę się uspokoiła. Rozumiałem jej dziwne zachowanie. Tłumaczyłem, że może czuć się bezpiecznie, jednak nie dawało to rezultatu. Bała się mnie coraz bardziej.