Mroczne niebo - Danielle L Jensen - ebook

Mroczne niebo ebook

Danielle L Jensen

4,5

Opis

UCIEKINIERKA O TAJEMNICZEJ PRZESZŁOŚCI

Lidia jest uczoną. Pewnego dnia wtrąca się w sprawy najpotężniejszego mężczyzny w całym Imperium Celendoru, a książka doprowadza ją do upadku. Ratując życie, ucieka na zachód, na drugą stronę Bezkresnych Mórz. Tam zostaje uwikłana w wojnę, a obie strony konfliktu pragną wykorzystać jej nowo zdobyte moce.

DOWÓDCA W NIESŁAWIE

Killian to wybraniec boga wojny, ale kiedy Mudamorę atakuje kraina rządzona przez Zepsucie, dar go zawodzi. Okryty niesławą, zyskuje status obrońcy jedynej nadziei królestwa – księżniczki Malahi. Przez tę decyzję zostaje jednak uwikłany w sieć politycznych intryg, które poddadzą próbie jego przysięgę – i serce.

OBLĘŻONE KRÓLESTWO

Kiedy armie Zepsucia podbijają Mudamorę, Lidia i Killian zawiązują sojusz, by ocalić tych, których najbardziej kochają, niespodziewanie przynosi to jednak katastrofalne skutki. Cały świat znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie, o wiele poważniejszym, niż ktokolwiek sobie uświadamia.

------------

Doceniona przez krytyków powieść ze świata Mrocznych Wybrzeży

Sugestywna!
Sarah J. Maas

Wybitna!
„Kirkus Reviews”

Imponująca!
„Booklist”

Porywająca!
„School Library Journal”

Po drugiej stronie Bezkresnych Mórz gromadzą się mroczne siły...

Lojalność zostanie poddana w wątpliwość.
Serca zostaną złamane.
Prawda wyjdzie na jaw.

Poznajcie historię z Mrocznych Wybrzeży z punktu widzenia Lidii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 561

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
monan1982

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno nie miałam w rękach książki, która tak, by mnie porwała. Coś idealnego dla poszukiwaczy: przygód, fantastyki, miłośników historii (Rzymianie, imperia itp.), wątków miłości z przeszkodami. Czytając ma się wrażenie, że ogląda się widowiskowy film (działa silnie na wyobraźnię). Myślę, że odnajdą się tu miłośnicy ,,Gry o tron'!
00

Popularność




Danielle L. Jensen

Mroczne niebo

Przełożyła Anna Studniarek

WYDAWNICTWO Galeria Książki • Kraków 2020

Tytuł oryginału: Dark Skies

Copyright © 2020 by Danielle L. Jensen

All rights reserved

Map by Jennifer Hanover

Jacket art by Vault49

Copyright © for the Polish translation by Anna Studniarek, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2020

Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Redakcja językowa, korekta i skład / d2d.pl

Opracowanie wersji elektronicznej 

WydanieI

ISBN EPUB 978-83-66173-73-6

ISBN MOBI 978-83-66173-74-3

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Nickowi

Rozdział 1Killian

Killian posypał raport piaskiem, starając się nie rozmazać atramentu – i tak miał niezbyt ładny charakter pisma.

Choć to się nie liczyło.

Wiadomość brzmiała niemal identycznie z tą, którą wysłał w poprzednim tygodniu. I jeszcze tydzień wcześniej. Na murze spokój. Żadnych śladów derińskich zwiadowców. Żadnych dezercji. W kolejnych tygodniach spodziewał się podobnej monotonii, przerywanej jedynie – nie tak znów rzadko – grą w karty.

Zawsze musiał włożyć dużo wysiłku, żebynie napisać tego ostatniego.

Killian po raz pierwszy został samodzielnym dowódcą – i, na bogów, był na to najwyższy czas. Miał dziewiętnaście lat i właściwie od urodzenia szkolił się, by odziedziczyć dowództwo królewskiej armii, nie wspominając już o tym, że został naznaczony przez samego boga wojny. Narodził się, by prowadzić żołnierzy do boju, a jednak ilekroć nadarzała się okazja, ojciec znajdował jakiś powód, by wciąż kazać mu przyjmować rozkazy od kogoś innego.

Przez trzy lata tym kimś była arcydama Dareena Falorn. Dopiero kiedy odesłała Killiana z powrotem do stolicy z listem, w którym twierdziła, że bardziej gotów już nie będzie, ojciec ustąpił. Killian mógł przez prawie cały dzień marzyć o chwale, zanim przyszły wieści, że kapitan garnizonu na murze spadł ze szczytu tej właśnie budowli, której obroną miał się zajmować, co oznaczało, że zwolniło się jego stanowisko. Killian uznał to za ogromny pech.

Mur zamykający przełęcz między Derinem a Mudamorą przez wiele pokoleń widział co najwyżej potyczki i zdaniem Killiana (jak również wszystkich innych mieszkańców królestwa) tak miało pozostać. Co prawda, Derin i jego wyznający Siódmego mieszkańcy rzeczywiście byli problemem, ale – dzięki poszarpanym szczytom Gór Liratora i łasce Sześciorga – nie jego. Więcej konfliktów widział, kiedy strzegł wejścia do pałacowej wygódki.

Stopił laskę wosku nad świecą i właśnie rozsmarowywał go po zagiętej karcie kolejnego listu, kiedy znienacka zagrzmiał róg, zaskakując go.

– Niech cię Siódmy porwie – mruknął.

Spiorunował wzrokiem nierówną plamę wosku, a jego dobre wychowanie przez chwilę walczyło z lenistwem. To ostatnie zwyciężyło i Killian przycisnął sygnet do wosku, pozostawiając odcisk przedstawiający galopującego konia, herb rodu Calorianów – choć pozbawiony ogona.

Róg zagrzmiał powtórnie.

Jeden sygnał oznaczał, że na przełęczy dostrzeżonocoś. Ale dwa oznaczałykogoś.

Czasami widywano derińskich zwiadowców, ale nie o tej porze roku, kiedy śnieg sięgał ludziom ponad głowę. Bardziej prawdopodobne, że jeden z jego ludzi przemycił trunek na wartę i wyobraził sobie sylwetki w kłębiących się płatkach. Tak czy inaczej, Killian nie mógł tego zignorować.

Róg zagrzmiał ponownie.

Serce zabiło boleśnie w piersi Killiana. Złapał za miecz i pozostawiwszy płaszcz, pobiegł w stronę drzwi. Już biły dzwony, wzywając żołnierzy do broni.

Trzy sygnały mogły oznaczać tylko jedno – powód, dla którego wybudowano mur.

Garnizon, starożytny i surowy, wybudowano z bloków z szarego kamienia, z otworami strzelniczymi zamiast okien. Jedynym źródłem światła w wąskich korytarzach były kopcące świece, które rzucały roztańczone cienie na gołą podłogę, kiedy Killian zbiegał trzy kondygnacje w dół. Gdy znalazł się na zewnątrz, zimne powietrze uderzyło go w twarz.

Jego buty tonęły w mokrym śniegu pokrywającym dziedziniec. Słyszał dolatujący z góry brzęk cięciw i kroki żołnierzy, którzy wbiegali po wąskich schodach na szczyt muru. Przy bramie dostrzegł swoją przyjaciółkę porucznik Bercolę – jej głowa i ramiona wznosiły się ponad otaczającymi ją żołnierzami. Wszyscy wpatrywali się w to, co znajdowało się za zamkniętym dwiema bronami tunelem – jego otwór częściowo zasłaniało też wysokie drewniane rusztowanie, na którym zgromadzono materiały do remontu.

Bercola odwróciła się na dźwięk jego kroków i ponuro pokręciła głową.

– To chce z tobą rozmawiać.

„To”.

Killian przeszedł między żołnierzami i utkwił wzrok w znajdującej się za bramą kobiecie, która poruszała się na tle zaśnieżonych szczytów. Znajdowała się na tyle daleko, że bez trudu unikała strzał, a jej ruchy były nieludzko szybkie. Na jego widok wyciągnęła z kieszeni kawałek białego materiału i uniosła go w powietrze.

– Łucznicy stop. – Killian schował miecz do pochwy i przyjął lunetkę od Bercoli. – I uciszyć ten hałas.

– Ale kapitanie – sprzeciwił się jeden z jego ludzi. – Ona jest jednym z…

– Wiem, kim ona jest.

Naznaczona przez Siódmego boga, Zepsucie. Równie niebezpieczna, co tuzin uzbrojonych mężczyzn, i dwa razy sprytniejsza. Takich jak ona zabijało się z jak największej odległości, ale Killian nigdy wcześniej nie widział jednego z nich z bliska i był…ciekawy.

– Dzień dobry! – zawołał, ignorując okrzyki żołnierzy. – Zaproponowałbym ci coś do picia, ale obawiam się, że nie otrzymałem klucza do strażnicy!

– Czy to jedyne, co cię powstrzymuje, lordzie Calorianie?! – odkrzyknęła.

Killian zacisnął zęby. Jego dowództwo nie było tajemnicą, ale wciąż czuł niepokój, gdy jego imię wypowiadało jedno z zepsutych.

– Może również instynkt samozachowawczy.

Uniósł lunetkę i zobaczył, jak na twarzy kobiety pojawia się uśmiech. Była równie piękna co trujący kwiat – lepiej podziwiać z dużej odległości.

– I wzajemnie. Macie reputację, milordzie, a ja obawiam się, że przyjęcie tego trunku miałoby swoje konsekwencje.

Killian nie zasłużył na tę reputację, ale już dawno uświadomił sobie, że im bardziej zaprzeczał, tym bardziej ludzie byli skłonni uwierzyć w pogłoski.

– Większość nie użyłaby słowa „konsekwencje”. – Wyszedł spośród żołnierzy i podszedł bliżej. – Przywileje, przyjemności, rozkosze…

– Naznaczony przez bogów szaleniec – mruknął ktoś z tyłu, ale Killian zignorował tę uwagę.

Choć kobieta była niebezpieczna, znajdowała się w odległości co najmniej pięćdziesięciu kroków i po drugiej stronie muru grubego na dwanaście stóp – w jaki sposób rozmowa z nią miałaby mu zaszkodzić?

– Gdyby tylko pycha przekładała się na umiejętności – odparła i nieco odwróciła głowę, jakby czegoś nasłuchiwała.

Killian spojrzał na Bercolę, ale olbrzymka pokręciła głową. Poza tym nikogo na przełęczy.

– Możesz się tego dowiedzieć tylko w jeden sposób! – odkrzyknął.

Zepsuta wepchnęła białą tkaninę do kieszeni.

– Nie mamy na to czasu. Musicie mnie przepuścić. – Znów obejrzała się przez ramię i popatrzyła na przełęcz, a jej rakiety śnieżne zagłębiły się w puchu. – Oni nadchodzą. Nie ma czasu.

Wśród żołnierzy rozległy się niespokojne szepty, ale kiedy Killian spojrzał przez lunetkę, widział jedynie śnieg, skały i gdzieniegdzie drzewa.

– Pewnie uważasz mnie za wariata. – Killian oparł łokcie na grubych stalowych prętach. Miał już dość przekomarzanek. – Wiem, kim jesteś i na co cię stać. A jeśli mam być szczery, tych bram nie otwierano od dziesięcioleci. Nie mam pewności, czy w ogóle da się to zrobić. – Spojrzał na swoich ludzi. – Ktoś wie?

Żołnierze odpowiedzieli śmiechem, w którym jednak było słychać nutę zdenerwowania.

– Nie mam zamiaru skrzywdzić ciebie ani twoich ludzi. Wręcz przeciwnie, chcę wam pomóc. Chcę powstrzymaćją. Ale najpierw wy musicie mi pomóc. – Kobieta znów obejrzała się przez ramię i zrobiła dwa kroki w stronę bramy.

– Nie zbliżaj się! – krzyknął Killian. Wyczuwał, że łucznicy się wahają, a nie chciał, by wypuścili strzały.

– Proszę. – W jej głosie było coś więcej niż desperacja. Słyszał w nim strach, który sprawiał, że podchodziła coraz bliżej. – Rufina ma ze sobą dziesięć tysięcy żołnierzy, a to jedynie niewielka część jej zastępów.

„Kim, na przeklęte podziemia, jest Rufina?”

– Ani kroku dalej. – Serce waliło mu w piersiach, nieskończona ciemność jej oczu sprawiała, że miał ochotę wydobyć miecz. Albo uciekać. – Ostrzegałem cię.

– Znam jej plany. – Zepsuta szła teraz w ich kierunku, poruszała się płynnie jak drapieżnik. – Przepuśćcie mnie przez bramy, a pomogę wam ją zatrzymać.

– Czemu jedna z zepsutych miałaby chcieć pomócmnie?

– Bo jeśli ona zwycięży, nigdy nie uwolnię się od tego przekleństwa.

Znajdowała się w odległości zaledwie trzydziestu stóp. Instynkt podpowiadał Killianowi, że powinien ją wysłuchać, ale logika mówiła coś innego. Jego dłoń powędrowała do głowicy miecza.

– Nie ufam ci. Wiem, do czego jesteś zdolna.

Dwadzieścia stóp.

– Może i jestem potworem, ale nie kłamcą.

Piętnaście. Była zepsuta, a zepsutych zgodnie z rozkazami króla zabijano bez ostrzeżenia. Aleczuł, że to niewłaściwe.

– Stój.

Zbliżała się. A Killian miał rozkazy.

– Strzelać!

Zobaczył sześć strzał wystających z jej piersi, właściwie zanim jeszcze usłyszał brzęk cięciw. Na twarzy kobiety pojawiło się zaskoczenie, zatoczyła się do przodu, a każdemu jej krokowi towarzyszył kolejny strzał z łuku.

Spojrzała mu w oczy.

– Nie jestem kłamcą – szepnęła i padła twarzą na śnieg.

Nikt się nie odezwał. Ani słowem.

„Powinieneś był ją wysłuchać”.

Głos Killiana zabrzmiał chrapliwie, kiedy powiedział:

– Muszę się znaleźć po drugiej stronie muru.

„Popełniłeś błąd”.

– Ale panie, ona jest…

„Coś jest nie w porządku”.

– Martwa. – „Z mojej winy”. – A teraz otwórzcie przeklętą bramę.

Wpatrywali się w niego bez ruchu. Wszyscy byli weteranami. Większość brała udział w niezliczonych bitwach. Przeciwko Gendornowi i Anukastre. Niektórzy, równie śniadzi jak on, pewnie walczyli w wojnach z olbrzymami w czasach, kiedy Killian wciąż bawił się drewnianym mieczykiem. Ale ta kobieta, taistota krwawiąca na śniegu, przerażała ich.

– Przynieście mi linę.

„Coś się zbliżało”.

Rozdział 2Lidia

Lektyka kołysała się na boki, ruch ten w połączeniu z nieznośnym upałem sprawiał, że powieki Lidii opadały ciężko, a poduszka pod łokciem zachęcała, by złożyła na niej głowę. Dochodzące z zewnątrz głosy obywateli wypełniających ulice Celendrialu zmieniły się w monotonny szum, a jej umysł robił się coraz bardziej ospały.

Lidia poprawiła ułożenie książki, by światło wpadające przez zasłony oświetlało pismo, i czytała dalej, żałując, że nie siedzi teraz w swojej bibliotece z drzwiami wpuszczającymi chłodną bryzę znad morza.

Ale bardziej troszczyła się o samopoczucie ojca niż o swoje wygody, a gdyby zostawiła go samego, upierałby się, żeby przejść pieszo z ich domu do Kurii, bez względu na konsekwencje dla zdrowia.

Przeniosła na niego wzrok. Siedział naprzeciwko i trzymał w dłoni list, a kilka innych leżało rozrzuconych między nimi. Był na tyle rozproszony, że mogła się przyjrzeć jego twarzy.

W przeciwieństwie do niej senator Appiusz Waleriusz miał skórę o złocistym odcieniu, typowym dla Celendorczyków. Ale w ostatnich miesiącach stała się opuchnięta i zażółcona, a podczas śniadania Lidia dostrzegła, że pożółkły również białka jego szarych oczu.

„Schorzenie wątroby”, mówili medycy, wręczając jej butelki toników, którymi miała go poić.

„Stadium terminalne”, dodawali, kiedy sądzili, że nie może ich usłyszeć.

– Spokojnie – mruknął ojciec, nie odrywając wzroku od kartki. – Nic mi nie jest.

Jakby „spokój” był możliwy. Przybrany ojciec był jej jedyną rodziną i nawet gdyby łączyły ich więzy krwi, nie mogłaby kochać go bardziej.

Rozpaczliwie szukając czegoś, co odwróciłoby jej uwagę, ­Lidia uchyliła zasłonę i przez wąską szparę rozejrzała się po mieście. Kierowali się do serca Celendrialu, mężczyźni dźwigający lektykę trzymali się w cieniu akweduktu, który wznosił się wysoko nad nimi, a po obu bokach kroczyli strażnicy jej ojca. Kiedy przechodzili pod miejscem, w którym system rozdzielał się na dwie odnogi, tragarz najbliżej niej uniósł twarz do nieba, by złapać w usta wodę płynącą z pęknięcia w kamieniu.

Opuściwszy głowę, dostrzegł Lidię i szeroko otworzył oczy.

– Przepraszam.

Lidia uśmiechnęła się i machnęła ręką, chcąc złagodzić jego zawstydzenie. I własne.

– To cud, że akwedukty nie wyschły w tym upale. Byłoby nieszczęściem, gdybyśmy musieli polegać na Sawio.

– Tak, pani – odparł tragarz. Jednak zamiast znów skupić uwagę na ulicy, wpatrzył się w nią bezczelnie.

Próbowała zignorować to niepożądane zainteresowanie, bo wiedziała, że chodzi o jej wygląd. Czarne włosy, lekko skośne zielone oczy i skóra o barwie kości słoniowej wyraźnie świadczyły, żenie jest Celendorką, przez co jej prawa do tego tytułu były w najlepszym wypadku wątpliwe.

– Nie gap się na lepszych od siebie, durniu – warknął mężczyzna obok niego i kopnął go w kostkę.

Niezły wyczyn, jeśli wziąć pod uwagę ciężar, jaki dźwigali, ale Lidia udała, że nie zauważa tej wymiany zdań, i przeniosła wzrok na Wielką Bibliotekę.

Wewnątrz znajdował się największy zbiór literatury na Reath – dzieła z każdej prowincji, na każdy temat i w każdym języku, żywym i martwym. Lidia żyła i oddychała tym miejscem. Jej największym pragnieniem było dołączyć do szeregów uczonych prowadzących badania w tych uświęconych salach, by jej dni wypełniała woń pergaminu i atramentu, a w głębi serca marzyła, by jej dzieła uznano za godne dołączenia do zbiorów.

Nieważne, że przez całe życie odwiedziła je tylko trzy razy.

Oficjalnie kobietom nie zakazywano wizyt w bibliotece, ale bardzo je do nich zniechęcano, a pomysł, że jedna z nich mogłaby dostać pozwolenie na prowadzenie badań, pewnie sprawiłby, że kierujący instytucją albo oniemieliby z przerażenia, albo nie mogliby zapanować nad śmiechem z powodu absurdalności takiej wizji. Lidia i tak marzyła.

Lektyka skręciła za róg i w polu widzenia pojawił się potężny łuk wejścia na Forum. Uwagę dziewczyny przyciągnęła jednak nie błyszcząca złotem rzeźba smoka umieszczona na jego szczycie, lecz donośny męski śmiech.

Dwaj mężczyźni z wiadrami pełnymi mydlin próbowali zmyć graffiti ze ścian, a wszyscy przechodnie pokazywali palcami na malunek i śmiali się głośno. Odsunąwszy nieco bardziej zasłonę, Lidia poprawiła okulary na nosie i zmrużyła oczy w ostrym blasku słońca.

Prymitywny rysunek przedstawiał nagiego mężczyznę rzucającego niemowlęta płci męskiej w stronę morza włóczni, a rozbawienie przechodniów wzbudzał raczej ogromny fallus, którym twórca obdarzył postać, niż poważna tematyka całej sceny. Nie było zaskoczeniem, że graffiti przedstawiało senatora Lucjusza Kasjusza. Nawet gdyby na górze nie wypisano krzywymi literami jego imienia, Lidia i tak by się tego domyśliła.

– Przeklęci plebejusze i ich prymitywne rysunki – mruknął ojciec, znów sadowiąc się na poduszkach. – Co takiego chcesz upolować na rynku, czego nie mogłabyś kupić z dostawą do domu?

– Coś dla Teriany, tak sądzę.

– Ach tak? Miałaś od niej wieści?

Lidia bawiła się pierścionkiem na palcu i z uśmiechem myś­lała o przyjaciółce.

– Nie, ale zwykle dowiaduję się o jej przybyciu, dopiero kiedy Quincense zawinie do celendrialskiego portu.

– Taka jest cena przyjaźni z jednym z Maarinów. Udają się tam, dokąd poniosą ich wiatry… i perspektywa zysków.

Lektyka zatrzymała się przed schodami Kurii, co zakończyło ich rozmowę. Lidia przyjęła rękę Spuriusza, jednego ze strażników ojca, który pomógł jej wstać, a później odwróciła się, by zrobić to samo dla ojca.

– Już dobrze, moja droga. Pozwól, że ja pomogę.

Lidia dostała gęsiej skórki, a kiedy się odwróciła, ujrzała stojącego z tyłu senatora Lucjusza Kasjusza. Towarzyszyli mu dwaj służący, którzy osłaniali go przed słońcem.

Lucjusz był na oko po czterdziestce i miał niczym niewyróżniające się twarz i sylwetkę. Jego złocista skóra obwisała na policzkach, co jeszcze podkreślało słabo zarysowaną brodę. Był ubrany w taką samą białą togę jak jej ojciec, a jego ciemno­blond włosy lepiły się do szyi, która wydawała się tłusta, jakby masażysta nie wytarł go zbyt starannie po niedawnym zabiegu.

Wszystko to jednak schodziło na dalszy plan, bo największą uwagę zwracały jego oczy. A były to oczy, których nie dało się zapomnieć. Małe i głęboko osadzone, charakteryzowały się ogromną przebiegłością połączoną z całkowitym brakiem empatii, i kiedy Lidia czuła, że skupiają się na niej, miała ochotę się wzdrygnąć.

Lucjusz położył dłoń na plecach Lidii, by odsunąć ją z drogi, i pozostawił wilgotny ślad na jedwabiu jej sukni.

– Przyjacielu! Przyjacielu! – Wziął jej ojca za rękę. – Ten upał jest czystą udręką.

– Zaiste. – Ojciec wsparł się na drugim mężczyźnie, a służący z osłonami podeszli bliżej, by ochronić obu przed blaskiem. – Jeśli pogoda się nie zmieni, znów czeka nas susza.

Uwagę Lidii przyciągnął okrzyk przerażenia. Kiedy przenios­ła wzrok na schody Kurii, dostrzegła mydliny rozlewające się po marmurze oraz mężczyznę, który łajał swojego towarzysza za niezgrabność. Kolumnę obok nich również pomazano graffiti, a mimo wysiłków czyścicieli imię Lucjusza jedynie nieco zblakło.

– Paskudny incydent – powiedział ojciec. – Czy złapano sprawców?

– Jeszcze nie. Choć zamierzam poważnie porozmawiać z legatem Dwudziestego Siódmego. Pilnowanie porządku w naszym pięknym mieście to prestiż, ale wydaje się, że jego żołnierze traktują to jako szansę na odpoczynek.

Ojciec powoli pokiwał głową.

– Do pilnowania porządku w Celendrialu potrzebni są ludzie o pewnym określonym temperamencie. Potrzebny jest legion, który uczestniczył w walkach, jednak nie poniósł poważnych strat. Legion, który ma doświadczenie w kontaktach z pere­grinami. I z odpowiednią reputacją. Dwudziesty Siódmy się nadaje.

„W przeciwieństwie do dwóch innych legionów stacjonujących obecnie pod miastem”, pomyślała Lidia, choć to uzasadniałoby dotychczas niewyjaśnioną obecność Trzydziestego Siódmego i Czterdziestego Pierwszego.

– Waleriuszu, jak zawsze mądrze prawisz – odparł Lucjusz. – Być może pozwoliłem, by uczucia zaćmiły mi osąd. W głębi serca wiem, że to ciągłe szarganie mojego dobrego imienia przez peregrinów posłało moją zmarłą żonę przedwcześnie do grobu, więc widok tej nieuzasadnionej krytyki burzy mi krew. Sprawia, że pragnę coś zrobić. – Uniósł pięść, jakby mógł osobiście wyruszyć w pogoń za sprawcami, a Lidia musiała zagryźć policzek, żeby nie roześmiać się na tę myśl.

I wtedy rozległ się krzyk, który sprawił, że jej rozbawienie zniknęło.

– Złodzieje!

Przez Forum biegł w ich stronę wysoki mężczyzna. Jego blada, upstrzona piegami cera i charakterystycznie ostrzyżone rude włosy świadczyły, że pochodzi z Sibernu, choć strój nosił celendorski.

– Oddajcie mi syna, celendorskie psy! – Wyrwał nóż z pochwy u pasa i go uniósł. – Oddajcie go albo zabiję was obu!

– Chroń się, domino! – Spuriusz wepchnął Lidię do lektyki z taką siłą, że wypadła z drugiej strony i wylądowała na kolanach w kałuży mydlin.

Przerażona wyjrzała przez szparę między zasłonami i zobaczyła, że jej ojciec i Kasjusz stoją oparci plecami o lektykę, a Spuriusz wyjął broń, by zablokować napastnika.

Na widok emerytowanego legionisty Siberneńczyk zatrzymał się gwałtownie, ale spojrzenie miał oszalałe.

– Odłóż nóż. – Spuriusz mówił spokojnie i sam ostrożnie położył broń na ziemi. – Wciąż jeszcze możemy się rozstać w pokoju.

– W pokoju?! – wykrzyczał napastnik, po jego piegowatych policzkach spływały pot i łzy. – Wy, złotoskóre demony, nie znacie znaczenia tego słowa! Ukradliście mi synka! Ukradliście jego wolność i życie!

Mówił niewyraźnie, zduszonym głosem, ale Lidia rozumiała – jak każdy w Imperium. Jego dziecko zostało zabrane jako część dziesięciny do legionów. Trafiło do Campus Lescendor, w którym zostanie przekute w broń i wykorzystane do narzucania woli Senatu.

– To nie kradzież. – Głos Lucjusza brzmiał lodowato. – To prawo. Obowiązuje każdego. Sam oddałem drugiego syna i noszę swój smutek z honorem, nie beczę pośrodku Forum jak kobieta.

Spuriusz zacisnął zęby i uniósł dłoń, próbując uciszyć Lucjusza.

Ale było za późno.

– Ukradliście go! – Przepełniony żalem ojciec uniósł nóż. – A kiedy już wybijecie mu z żył wszystko, czym jest, poślecie go, żeby mordował swoich rodaków, demony!

Legioniści strzegący Forum biegli w ich stronę, ostrza gladiusów błyszczały w słońcu, miny mieli zacięte. Lidia zacisnęła zęby, nie chciała patrzeć, ale nie potrafiła odwrócić wzroku.

– Uspokój się, człowieku – powiedział Spuriusz i Lidia wiedziała, że widzi tamtych żołnierzy. Że ma tylko chwilę na rozładowanie sytuacji. – Wcale tak nie jest. Jeszcze możesz go zobaczyć, ale nie zobaczysz, jeśli spróbujesz urzeczywistnić ten nieprzemyślany plan.

– Już nie będzie moim synem!

Mężczyzna rzucił się do przodu, oczy miał błyszczące, skupione na Lucjuszu i ojcu Lidii. Krzyknęła.

I wtedy w powietrzu świsnęła klinga.

Lidia zacisnęła dłoń na ustach i patrzyła, jak głowa Siberneńczyka toczy się po kamieniach i zatrzymuje przy schodach do Kurii. Legionista, który zadał cios, zmarszczył czoło, po czym pochylił się, by wytrzeć broń o tunikę trupa.

– Przeklęci głupcy! – krzyknął do nich Kasjusz. – Kiedy wy spoczywaliście na laurach, my prawie zginęliśmy!

– Proszę o wybaczenie, senatorze – odparł jeden z nich, centurion, o czym świadczył jego pancerz. – Przybyliśmy, gdy tylko zobaczyliśmy jego broń.

– Oszczędźcie mi swoich usprawiedliwień! Dwudziesty Siódmy jestskończonyw Celendrialu… Nadeszła pora, byście zostali wysłani gdzieś, gdzie znów staniecie się bronią, którą uczyniło was szkolenie!

Lucjusz aż się zapluł, ale ojciec Lidii położył mu uspokajająco dłoń na ramieniu, po czym zwrócił się do żołnierza, który zamordował biedaka:

– Nie musiałeś go zabijać. Źle postąpiłeś.

– Proszę o wybaczenie, senatorze – odparł mężczyzna, ale Lidia nie usłyszała skruchy w jego głosie. Pewnie dobrze wiedział, że gdyby pozwolił, by dwóm senatorom stała się krzywda, kara byłaby znacznie poważniejsza niż kilka ostrych słów.

Lidia podniosła się na miękkich kolanach, złapała za bok lektyki, by odzyskać równowagę, i przeszła do przodu. Wokół zabitego zbierała się krew, jej strumyczki płynęły prostymi liniami między kamieniami bruku. Jeden z legionistów podniósł trupa za nogi i pociągnął go przez Forum, pozostawiając czerwone ślady na kamieniu, a inny złapał głowę za włosy i rzucił nią w towarzysza.

– O czymś zapomniałeś!

– Okażcie trochę przyzwoitości! – Słowa wyrwały się z jej ust i legioniści odwrócili się, by spojrzeć na nią chłodno.

– Proszę o wybaczenie, domino – powiedział w końcu centurion. – Zostanie wychłostany za to, że zwiększył wasze zdenerwowanie.

Lidia otworzyła szerzej oczy i była gotowa się sprzeciwić, ale ojciec złapał ją za ramiona i łagodnie popchnął do lektyki.

– To nie jest dobry dzień na zakupy, moja droga. Spuriusz odeskortuje cię do domu, a później powróci do mnie.

– Przemoc wśród peregrinów rośnie z każdym dniem. – Lucjusz ponuro pokręcił głową. – Cóż to się dzieje z naszym pięknym miastem, że praworządni obywatele i ci o łagodniejszym usposobieniu nie mogą wyjść z domów, by nie ryzykować zaczepki? To niedopuszczalne. Musimy być bardziej stanowczy.

– To kwestia do przedyskutowania – odparł jej ojciec, ale wtedy lektyka się podniosła i Lidia nie usłyszała dalszego ciągu rozmowy.

– Niepotrzebna tragedia. – Lidia podniosła wzrok na Spuriusza, który szedł na wyciągnięcie ręki i którego obecność ją uspokajała. – Dobrze sobie poradziłeś, próbując jej zapobiec.

– Nie dość dobrze.

– Czy Dwudziesty Siódmy jest winien przemocy?

Przed odejściem z legionów Spuriusz był centurionem i z pewnością miał swoje zdanie na ten temat.

– Czy Lucjusz ma rację, że chce ich zastąpić?

– Oni nie są przyczyną, domino. Jedynie skutkiem. – Twarz mężczyzny niczego nie zdradzała. – Ale Senat wie lepiej, co kryje przyszłość Celendrialu i jakiego legionu będzie potrzebować, by utrzymać spokój.

„Coś się dzieje – pomyślała Lidia, a później jej wzrok spoczął na graffiti przedstawiającym Lucjusza rzucającego niemowlęta na włócznie. – Albo już się wydarzyło”.

Rozdział 3Killian

Mur oddzielający Mudamorę od Derinu miał sześćdziesiąt stóp wysokości, ale Killian nie przejmował się perspektywą upadku. Bardziej niepokoiło go to przeklęte zimno.

Kiedy się opuszczał, wiatr uderzał go ze wszystkich stron i szarpał jego płaszcz, a palce z każdą mijającą sekundą drętwiały coraz bardziej. Bogowie, jakże marzył, by znaleźć się znów na południu. Albo choć na wybrzeżu, gdzie przynajmniej nie groziło mu, że rzeczywiście odmarzną mu jaja. Wszędzie, byle nie tutaj.

– To się nadal nie rusza! – krzyknęła z góry Bercola. – Opuścimy cię!

Buty Killiana zagłębiły się w śniegu należącym już nie do Mudamory, ale do wrogiego królestwa Derinu. Zakazana ziemia, a jednak na niej stanął.

Zdjął z pleców rakiety śnieżne, założył je i ruszył w stronę ciemnego kształtu na tle splamionego czerwienią śniegu.

„Oni nadchodzą”.

Nie poruszała się. Co nie było wielkim zaskoczeniem, bo w jej piersi tkwiło sześć strzał, a co najmniej tyle samo przebijało jej plecy, ale Killian i tak zawahał się kilka kroków od jej trupa i wydobył miecz. Wpatrywał się, szukając śladu ruchu.

Nic. A jednak nie podszedł bliżej.

Krążyły pogłoski, że naznaczeni przez boga wojny nie czuli strachu. Że Killian nie czuł strachu. Ale szum krwi w uszach i głośne dudnienie jego serca zadawały kłam tym plotkom. Killian znał strach. Po prostu przed nim nie uciekał.

Wiatr pochwycił jasne włosy zepsutej, ich pasma poruszały się w różnych kierunkach, a jej skóra była niemal równie blada jak śnieg, na którym spoczywała. Jedna ze strzał drasnęła jej policzek, tak że śliczną twarz szpeciła długa krwawa rana. Śliczną twarz naznaczoną przez Siódmego boga. Naznaczoną, by odbierać życie. Naznaczoną do zła.

A jednak powiedziała, że przybyła, by ich ostrzec.

Czując spojrzenie żołnierzy obserwujących go ze szczytu muru i przez podwójną bronę, Killian zrobił krok do przodu i wypatrywał oznak życia u zepsutej.

„To był błąd, że jej nie wysłuchałem”.

Odepchnął od siebie tę myśl, zrobił kolejny krok i właśnie miał trącić ją ostrzem, kiedy jego uwagę przyciągnęła rana na policzku.

Killian zamarł.

Głęboka bruzda znów zaczęła krwawić, a jej krawędzie powoli, niemal niezauważalnie, zbliżały się do siebie.

– A niech to – mruknął, a wtedy oczy zepsutej otworzyły się gwałtownie.

To, co powiedziała później, zatrzymało jego ostrze o włos od jej szyi.

– Oni nadchodzą – szepnęła. – Z tyłu.

– Rufina? – Jego głos brzmiał chrapliwie. – Kim ona jest?

– Jest królową. Należy doniego.

– Do niego?

– Zepsucia. – Rana na jej twarzy zmieniła się w wąską bliznę. – Nie chcę być taka. Próbuję z tym walczyć, ale to trudne. Porwał mnie, a teraz nie chce mnie wypuścić.

– Taka jest wada paktów z bogami.

Nie dało się ich nie dotrzymać. Zmienić zdania. Killian rozumiał to lepiej niż większość.

– Myślisz, że chciałam się taka stać? – W jej śmiechu zabrzmiały ból i gorycz. – On jest o wiele bardziej podstępny.

Wbite w nią strzały podnosiły się, uzdrawiające się ciało wypychało je na zewnątrz. Szepnęła:

– Jego oko spoczywa na mnie. Czuję to.

Killian podniósł głowę i szybko rozejrzał się po okolicy, ale widział jedynie śnieg i skały. Słyszał szum wiatru.

Gardłowe warczenie.

Znów spojrzał w dół i zobaczył, że oczy zepsutej stały się czarne, a dokoła tęczówek powstały krwawe płomienie. I wtedy go zaatakowała.

Błyskawiczny ruch, wyciągnięte białe ręce.

Killian był szybszy.

Jego klinga zadźwięczała, przecinając ciało i kości, i głowa zepsutej wylądowała z cichym łupnięciem na zakrwawionym śniegu. Kiedy dołączyła do niej reszta ciała, Killian odwrócił się i ruszył do bramy.

– Wyślijcie trzech jeźdźców na najszybszych koniach do garnizonów w Blackbriar, Haridzie i Tarnie – rozkazał. – Poinformujcie ich, że mur potrzebuje posiłków, bez opóźnień. Powiedzcie, że mają zabrać uzdrowicieli.

– Posiłków w jakim celu, panie? Ona nie żyje.

Killian znów odwrócił się w stronę łańcucha górskiego, gdzie płonąca kula zachodzącego słońca rzucała długie cienie na pustą przełęcz. Nic się nie poruszało, ale dostał gęsiej skórki, jakby ktoś go obserwował.

– Sądzę, że wkrótce się dowiemy.

Rozdział 4Lidia

Lidia pociągnęła z kieliszka łyk mocno rozwodnionego wina i przysłuchiwała się cicho grającym bardeeńskim muzykantkom, a jednocześnie próbowała uspokoić nerwy lekturą.

Za godzinę sześciu przyjaciół jej ojca wraz z rodzinami miało spaść na jej dom i służba wciąż kręciła się dookoła, upewniając się, że wszystko wygląda idealnie. Na każdej powierzchni stały wazony pełne kwiatów z ogrodów, mozaikową posadzkę wypolerowano na wysoki połysk, poduszki na kanapach starannie wytrzepano, a na marmurowych rzeźbach we wnękach nie pozostała nawet odrobina kurzu.

Teraz, gdy słońce już zachodziło, otwarto drzwi prowadzące do ogrodów, ale drzewa powstrzymywały morską bryzę i powietrze między kolumnami pozostało nieruchome. Lidia trzy razy sprawdziła, czy wszystko jest w porządku, choć tak naprawdę jej obowiązki miały się rozpocząć z chwilą przybycia gości i powitalnej wymiany ploteczek.

Przycisnęła dłonie do czerwono-złotej tapicerki, po czym wygładziła cienką jedwabną suknię, podziwiając jej wyrazisty zielony odcień. Miała wysoki stan i marszczony gorset, który powiększał jej piersi, a pojedyncze ramiączko zdobiła złota siateczka przeplatająca się z jedwabiem. Na stopy Lidia włożyła delikatne sandały sznurowane wokół łydek aż do kolan, nadgarstki i szyję otaczały szmaragdy, a na palcach błyszczały wąskie złote pierścionki. Prawą dłoń zdobił duży czarny diament, z którym rzadko się rozstawała.

Służące niemal w ostatniej chwili ufryzowały jej czarne włosy w loki. Tak dyktowała moda, jednak jej włosy się do tego nie nadawały. Skręt już zaczynał zanikać i wkrótce fryzura miała się znów wyprostować. Lidia z frustracją spojrzała na obwisły lok, ale nie miała czasu, by cokolwiek z tym zrobić.

Rozległ się stukot sandałów i do komnaty wkroczył ojciec Lidii, jedną rękę trzymał za plecami. Wyglądał zdrowiej niż wcześniej, już nie ociekał potem z bólu, który wywoływała jego choroba. Mimo to Lidia gestem wskazała służącemu, by włożył więcej wysiłku w poruszanie wachlarzem. Czerwone pióra wzbudzały podmuchy powietrza w komnacie.

– Ufam, że jubiler, którego przysłałem do domu, wyszedł z nieco mniejszą liczbą towarów. – Ojciec usiadł na kanapie obok niej, rękę wciąż trzymał za plecami. – Choć tyle mogłem zrobić po tym, co musiałaś dziś przeżyć.

Lidia zacisnęła zęby na wspomnienie tragedii na Forum.

– Obawiam się, że go rozczarowałam.

– Przysyłam ci najlepszego jubilera w Celendrialu, a ty nie potrafisz znaleźć w jego kuferku choć jednej ozdoby do włosów, która by ci się spodobała?

– Żadna nie była godna włosów Teriany. To musi być coś wyjątkowego.

Spodziewała się, że ojciec rzuci jakiś żart na temat jej rozpaczliwych wysiłków, by mieć więcej funduszy do dyspozycji, ale jedynie westchnął i wbił wzrok w podłogę.

– Może powinnaś zacząć spędzać więcej czasu z innymi przyjaciółkami.

Miał na myśli córki senatorów, choć minęło wiele lat, od kiedy Lidia myślała o nich jakoo przyjaciółkach. Kiedy wszystkie były małe, nikogo nie obchodziło jej wątpliwe pochodzenie. To się zmieniło, kiedy jejprzyjaciółki zaczęły zwracać większą uwagę na głęboko klasową naturę społeczności patrycjuszy, w której przyjaźń miała niewiele wspólnego z sympatią, a znacznie więcej z korzyściami, jakie mogła przynieść znajomość. A choć skojarzenie z nazwiskiem jej ojca miało ogromną wartość dla każdego w Imperium, niedoskonałe pochodzenie Lidii oznaczało, że musiała poślubić kogoś niżej postawionego. A żadna z jejprzyjaciółek nie widziała korzyści z podtrzymywania znajomości z przyszłą żoną zamożnego plebejusza, a tym bardziej ze starą panną.

– Wolę towarzystwo Teriany.

– Twoja sympatia do niej jest niestosowna.

Lidia wyprostowała się tak gwałtownie, że rozlała trochę wina.

– Jak to? Jest mojąprzyjaciółką.

– A ta przyjaźń sama w sobie jest niestosowna. Córki senatorów nie bratają się z niższymi klasami. To źle wygląda.

– Niższymi klasami? – Lidia wpatrzyła się w niego, przerażona takimi słowami z jego ust. – Mówisz, jakby była plebejuszką zamiatającą ulice. Jej matka jest kapitanem i właścicielką statku… jednego z najważniejszych statków Maarinów. – Nie wspominając o tym, że Teriana i członkowie jej rodziny byli zamożniejsi i lepiej wykształceni od połowy Senatu.

– Nie udawaj głupiej, Lidio. Dobrze wiesz, co mam na myśli.

– Nie udaję. – To było kłamstwo, bo wiedziała. Ale jeśli chciał wyrażać takie poglądy, nie zamierzała pozwolić mu na ukrywanie się za insynuacjami. – Wyjaśnij mi.

Ojciec zrobił gniewny gest w stronę muzykantek i służących, którzy pospiesznie opuścili komnatę, pozostawiając ich samych. Wtedy odwrócił się do niej.

– Jak sobie życzysz. Teriana nie jest patrycjuszką. I nie jest Celendorką.

Lidia wyprostowała się i popatrzyła na niego z góry.

– Ja. Też. Nie.

I żadne udawanie nie mogło tego zmienić. Nie, kiedy wszyscy przeklęci mieszkańcy Celendoruwiedzieli, że senator Waleriusz znalazł ją w objęciach zabitej matki tuż przed bramą tej właśnie willi. Wziął ją do siebie, a ponieważ miał taki, a nie inny charakter, znalazł jej dom, swój dom, adoptując ją.

Jego spojrzenie się zamgliło.

– To coś innego.

– W jaki sposób? – Lidia zatrzęsła się, ledwie panując nad złością. – W jaki sposób to coś innego?

– Ponieważ ja to zmieniam! Moje nazwisko! Moja władza! Moje wpływy! – krzyknął ojciec. – A kiedy umrę, utracisz to wszystko, o ile nie poślubisz kogoś, kto ci to zapewni. Bo możesz być pewna, że Wibiusz nie pozwoli ci zostać w tym domu.

Lidia wiedziała, że bratanek ojca jej nie znosi, choć nie pojmowała, dlaczego darzył ją tak ogromną nienawiścią. Bardzo się pilnowała, by nigdy nie nadepnąć mu na odcisk, a jednak przez ostatni rok wrogość Wibiusza stała się tak zajadła, że Lidia bała się zostać z nim sama.

– Zwykle nie mówisz w taki sposób, ojcze. Nie podoba mi się to.

Napięcie między nimi narastało i zniknęło dopiero wtedy, kiedy ojciec głęboko odetchnął, pokonany.

– Przepraszam, drogie dziecko. – Oparł łokcie na kolanach i schował twarz w dłoniach, a nieznany owoc, który wcześniej ukrywał za plecami, spoczął porzucony na poduszce. – To strach sprawia, że odzywam się do ciebie w nieodpowiedni sposób. Usiądź, proszę.

Lidia się nie poruszyła.

– Lidio, masz prawie osiemnaście lat i dawno powinnaś wyjść za mąż. Aby istniała jakakolwiek szansa, że mężczyzna z dobrego rodu weźmie cię za żonę, musisz perfekcyjnie odgrywać rolę młodej patrycjuszki, do czego pewnie powinienem cię przez ten cały czas przygotowywać. – Westchnął. – Tymczasem wychowałem cię w zgodzie ze swoimi przekonaniami i poglądami, których większość nie podziela. Stworzyłem dla ciebie świat, który nie może przetrwać, i ani przez sekundę nie pomyślałem, że kiedyś nadejdzie chwila, gdy będziesz musiała go opuścić. A jednak ta chwila patrzy mi teraz w twarz. Chwila, kiedy nie będę mógł cię dłużej chronić.

„Stan terminalny”. Prognozy medyków odbijały się echem w jej głowie. „Stan terminalny”.

– A jednak chcesz, żebym zerwała więzi z jedyną osobą na świecie poza tobą, dla której jestem ważna?

Ojciec milczał przez moment, jakby rozważał swoje słowa. W końcu się odezwał:

– Wiem, że Teriana jest dla ciebie jak siostra, ale musisz też wiedzieć, że jej matki nie zachwyca wasza przyjaźń. Jak myślisz, dlaczego Quincense jak zarazy unika najbogatszego portu na Reath? Maarinowie się izolują z powodów, których nie ujawniają, a jeśli dziewczyna tak wysoko postawiona jak Teriana postępuje inaczej, to źle świadczyo niej. Być może sama to sobie uświadomiła i dlatego nie odzywała się do ciebie od tak dawna.

Rzeczywiście, minęło sześć miesięcy, od kiedy widziała się z Terianą. Całe pół roku, a w tym czasie nie dostała nawet jednego listu. Czy to możliwe, że Teriana również uznała, iż nie warto zawracać sobie głowy Lidią?

– Mam na oku pewnych kandydatów, Lidio, ale pomogłoby mi, gdybyś włożyła trochę wysiłku w próby zwiększenia swojej atrakcyjności. Podtrzymuj kontakty z innymi młodymi patrycjuszkami, bo jeśli one będą traktować cię przychylnie, tak samo potraktują cię ich ojcowie, bracia i mężowie. Co zwiększy twoją wartość.

Wartość – jakby była towarem do użycia, a nie osobą mającą własne myśli, nadzieje i marzenia…

– Dlaczego nie możesz po prostu załatwić, żebym opuściła Celendrial? Wibiusz z pewnością ucieszy się, kiedy zejdę mu z oczu, i zostawi mnie w spokoju.

W komnacie zapanowała cisza, a przegrzane powietrze wydawało się jeszcze cięższe i bardziej duszące.

– Być może tak by zrobił – odpowiedział w końcu ojciec, wpatrując się w płytki. – Ale obawiam się, że popełniłem błąd, próbując zapewnić ci przyszłość.

– Jak to? – Słyszała to po raz pierwszy.

– Jakiś rok temu zacząłem dyskretnie badać możliwość zmiany celendorskiego prawa na twoją korzyść. Czy mogłyby pojawić się okoliczności, w których po mojej śmierci zostałabyś uwolniona od mojego nazwiska, aby odziedziczyć część majątku Waleriuszów. Rzecz jasna, nie większość, ale dość, by wygodnie żyć.

Lidia przycisnęła dłoń do piersi, bo nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali.

– Szybko stało się jasne, że to zbyt rewolucyjne, że nie ma szans, by to przepchnąć. Dlatego porzuciłem ten pomysł. Nie wiem jak, ale Wibiusz dowiedział się o moich zabiegach, podobnie jak niektórzy z jego towarzyszy. Uznali, że próbuję go wydziedziczyć na twoją korzyść. – Ojciec pokręcił głową. – Oczywiście, był wściekły, a choć powtarzałem, że moje działania nie miały takiego celu, wziął je sobie do serca. I obawiam się, że chociaż wcześniej mógłby pozwolić, byś w jakiś sposób pozostała częścią tego rodu, teraz da ci nauczkę, żeby zmniejszyć wstyd, jaki przeżył.

Nienawiść Wibiusza nabrała sensu. Bardzo możliwe, że próbując zapewnić jej przyszłość, ojciec ją zaprzepaścił.

– Małżeństwo jest twoją jedyną szansą, Lidio. Proszę, zrób, co możesz, by pomóc mi w znalezieniu dla ciebie jak najlepszej partii.

Była uwięziona.

Skinęła sztywno głową i wskazała na porzucony owoc. Musiała zmienić temat.

– Co to?

Ojciec przesunął zmęczoną dłonią po twarzy i podniósł czerwonozielony owal.

– Nazywają je mango. Pochodzą z Timii i źle znoszą transport, ale dzięki niedawno odkrytej ścieżce xenthierów trafiają do Celendrialu w ciągu jednego dnia, podobnie jak inne towary z Timii. – Podał jej owoc. – Sądziłem, że miałabyś ochotę go spróbować.

– Widzę, że mnie ubiegłeś, wuju.

Lidia gwałtownie odwróciła głowę i zobaczyła, jak do komnaty wchodzi Wibiusz, a za nim jego żona Ulpia. Mężczyzna trzymał w dłoni jeden z owoców, bawił się nim przez chwilę, po czym rzucił w stronę jednego z wchodzących właśnie służących, prawie trafiając biedaka w twarz.

– Po drodze wpadłem na Gajusza Domicjusza dźwigającego całą skrzynkę jak jakiś plebejski kupiec, a on powiedział mi, że odkryto xenthier i płyną nim towary. Przebywa tam jego ojciec, w ich posiadłościach w Timii, ale z pewnością o tym wiesz. – Wibiusz postukał dłonią w skroń, a jednocześnie gestem kazał Lidii się odsunąć. – Zawsze wszystko wiesz jako pierwszy, wuju.

Ojciec Lidii spojrzał na niego chłodno.

– Cieszę się, że wciąż mogę ci zaimponować, Wibiuszu.

Ścieżki xenthierów, zdolne w mgnieniu oka przenosić ludzi i zwierzęta na niezmierzone odległości, były szczegółowo badane, ale mało zrozumiane. Przecinające Imperium krystaliczne żyły biegły pod ziemią, na powierzchnię wyłaniały się jedynie rdzenie genesis i terminus. Wszystko, co dotknęło genesis, natychmiast przenosiło się do terminusa, ale podróż w odwrotną stronę była niemożliwa – kryształ prowadził w jednym kierunku. Wytyczono niezliczone szlaki, ale wciąż pozostało wiele rdzeni, których cel lub źródło pozostawały nieznane. Łowcy ścieżek często wyruszali przez nieoznaczone rdzenie genesis, bo jeśli powrócili do Imperium z dowodem, dokąd prowadziła ścieżka, Senat hojnie ich wynagradzał. Większości z tych, którzy odważyli się wyruszyć nieoznaczonymi szlakami, nie widziano nigdy więcej.

Lidia dołączyła do Ulpii na innej kanapie, uśmiechnęła się do dziewczyny, która miała pecha poślubić Wibiusza, i ucałowała ją w oba policzki. Później uniosła owoc.

– Miałabyś ochotę spróbować?

Ulpia rozpromieniła się, jej idealnie ufryzowane blond loki otaczały okrągłą twarz o złocistej karnacji.

– Oczywiście! Uwielbiam egzotyczne rzeczy.

Lidia wątpiła, by tak było, ale pozwoliła, żeby któryś ze służących wyjął owoc z jej dłoni. Jednym uchem słuchała trajkotania Ulpii, a drugim rozmowy ojca i Wibiusza. Powrót bardeeńskich muzykantek znacznie jej to utrudnił.

– Tam są pieniądze, wuju. – Wibiusz przyjął kielich wina i pociągnął głęboki łyk. – Teraz, gdy legiony nie blokują tak wielu ścieżek xenthierowych, możemy wykorzystać je do ich prawdziwego celu: handlu! Ścieżki, które kiedyś w mgnieniu oka przenosiły armie na odległość tysiąca mil, teraz przenoszą mango!

Lidia poczuła, że Ulpia dotyka bransoletki na jej nadgarstku, co odwróciło jej uwagę od rozmowy.

– Tak ci dobrze w zielonym! – powiedziała dziewczyna. – Ten odcień zawsze sprawia, że moja cera wydaje się ziemista, i wszystkie inne kobiety skarżą się na to samo. Masz ogromne szczęście.

Lidia zazgrzytała zębami na ten ukryty przytyk, ale się uśmiechnęła.

– Pochlebiasz mi. To nowy naszyjnik?

Pojawili się kolejni goście, senatorowie z rodzinami. Zaczęły się powitania i wymiana uprzejmości, policzki Lidii wkrótce lepiły się od pocałunków umalowanymi wargami. Mimo że służący gorączkowo machali wachlarzami, szybko zrobiło się nieznośnie gorąco, przez drzwi nie wpadał nawet podmuch bryzy. W powietrzu wisiała ciężka mieszanka zapachów perfum, potu i wina, którą pogarszały jeszcze wonie gotującego się jedzenia dolatujące korytarzem z kuchni. Wszystko to Lidia dobrze znała, ale tego wieczora było jej jeszcze bardziej duszno niż zwykle.

– Spróbuj, wuju. – Głos Wibiusza wzniósł się nad zgiełkiem. – To z winnicy Kasjusza. Radzi sobie tak dobrze, że wkrótce doprowadzi Atlian do ruiny.

Lidia przekręciła się na łokciu i zobaczyła, jak Wibiusz wpycha kielich w dłoń jej ojca. Podniosła się i szybko przeszła przez komnatę.

– Medycy zakazali wina.

Na twarzy Wibiusza pojawił się grymas.

– Jest dobrze rozwodnione, Lidio. Uspokój się.

– Powiedzieli, że nie wolno mu pić żadnych ilości wina. – Lidia zacisnęła palce, powstrzymując pragnienie, by wyrwać kielich z dłoni ojca.

– To prawda. – Ojciec odstawił kielich na bok. – Wygląda na to, że moje ostatnie dni mają być tak pozbawione przyjemności, że wkrótce sam zacznę błagać o koniec.

Wibiusz uniósł dłoń do piersi i zatoczył się na bok, jakby ktoś zadał mu potężny cios.

– Słyszycie go, przyjaciele? Czyż te słowa nie łamią serca? – Później uniósł kielich. – A ja mówię: rzuć wyzwanie bydlakom! Przyjemność aż do końca! – I wypił wino do dna przy aprobacie innych gości.

– Ojcze – wtrąciła Lidia, ale nikt jej nie słuchał.

– Medycy są tacy skąpi. – Senator Bazyliusz wzniósł oczy do nieba. – Gdyby im pozwolić, kazaliby nam jeść liście sałaty z suchym chlebem i popijać je wodą. Jaki sens żyć sto lat, jeśli oznaczałoby to życie w taki sposób?

– Racja! – wykrzyknęło kilku z mężczyzn, unosząc własne kielichy.

– Może Wibiusz choć raz powiedział coś rozsądnego. – Ojciec sięgnął po wino i uniósł je w toaście. – Przyjemność aż do końca!

Lidia zazgrzytała zębami, kiedy upił łyk, i wyciągnęła rękę po kielich, żeby nie wypił reszty, ale Wibiusz stanął jej na drodze.

– Przeklęta z ciebie kwoka, Lidio! – Zatrzepotał rękami i zagdakał jak wściekła kura.

Rozległ się śmiech.

– Przestań go zamęczać.

Ojciec machnął ręką na Wibiusza.

– Dość. Daj jej spokój. Ona to robi z miłości. W przeciwieństwie do ciebie.

Wszyscy się zaśmiali i nikomu wcale nie przeszkadzało, że taka była prawda.

– Lidia wie, że to wszystko żarty. – Wibiusz objął ją w pasie, boleśnie wbijając palce w jej ciało. – Prawda,kuzynko?

– Oczywiście – mruknęła. Wypełnił ją niepokój, kiedy ojciec pociągnął kolejny łyk. Ale co mogła zrobić poza wytrąceniem mu kielicha z dłoni?

– Wracaj do stadka, kurko. – Wibiusz poklepał ją po biodrze i posłał w stronę innych kobiet. – Tam możecie do siebie gdakać.

Był pijany i robił przedstawienie dla pozostałych gości, ale Lidię wciąż piekły policzki, kiedy się wycofała. Bezradność sprawiła, że wino kwaśniało jej w żołądku. Jak wyglądałoby życie z Wibiuszem, gdyby nie było ojca, który go powstrzymywał, kiedy posunął się za daleko? Jak źle by ją potraktował, karząc za zabiegi ojca?

Czy małżeństwo było lepszym rozwiązaniem?

– Lidio, czy to komedia?

Podniosła głowę i zobaczyła, że Ulpia trzyma w ręce jej książkę.

– Przepraszam?

– Czy to zabawne? Uwielbiam dobre komedie.

To był tekst językoznawczy.

– Obawiam się, że nie.

Ulpia zrobiła grymas przesadnego rozczarowania, podobnie jak inne otaczające ją młode kobiety.

– Masz jakieś komedie w tej bibliotece? Mogłabyś nam poczytać.

To byłaostatnia rzecz, na jaką Lidia miała ochotę. Już się rumieniła, serce biło jej za szybko, a żołądek podjeżdżał do gardła w mieszance upokorzenia, złości i cierpienia.

– Obawiam się, że nie mam nic stosownego.

– Z całą pewnością to będzie pierwsza rzecz, którą naprawię – powiedziała Ulpia.

Z ust reszty młodych kobiet popłynął śmiech. Śmiech, który Lidii wydawał się pogrzebaczami w uszach, bo to byłajej biblioteka. Jej i jej ojca. A Ulpia zamierzała ją wziąć. Zmienić. Wypełnić bzdurami, a później pewnie nigdy nie postawić stopy w środku. Przeobrazić w pomieszczenie odwiedzane jedynie przez służących walczących z kurzem i nikogo więcej.

Poczuła, że przepełnia ją wściekłość. Warknęła:

– Może powstrzymaj się ze snuciem planów na temat zmian w domu mojego ojca do chwili, aż rzeczywiście umrze.

Ulpia otworzyła szerzej oczy i przycisnęła dłoń do błyszczących warg.

– To był żart, Lidio. Naprawdę źle mnie oceniasz. Wibiusz i ja z całego serca życzymy wujowi, by pokonał chorobę.

– Z całą pewnością.

– Pokój, pokój – mruknęło kilka kobiet i Lidia osunęła się na poduszkę, pozwalając, by rozmowa biegła dalej bez jej udziału.

Zgiełk w komnacie wzmógł się jeszcze bardziej, między kanapami kołysały się tancerki odziane w tani jedwab i pióra, ich bose stopy poruszały się w rytm muzyki wygrywanej na piszczałkach przez Bardeenki. Lidia ledwie słyszała własne myśli, ale widziała, jak inne młode kobiety zebrały się w małe grupki i szeptały sobie do ucha, wymieniając ploteczki.

Wśród tej kakofonii usłyszała nagle:

– Dobrze się czujesz, Waleriuszu?

Odwróciła się i zobaczyła, jak jej ojciec zgina się wpół, łapiąc się z bólu za brzuch. Choć zerwała się, by go podtrzymać, jej palce jedynie musnęły tkaninę jego tuniki, bo ojciec osunął się na ziemię.

Rozdział 5Killian

Kiedy zaszło słońce, na przełęczy zabrzmiały pierwsze bębny.

Bum.

Bum.

Bum.

Nie było w nich żadnej melodii, jedynie miarowy znajomy rytm. Rytm maszerujących żołnierzy.

Na horyzoncie pojawiła się poświata, jakby słońce zawróciło i wschodziło jak ogień. Killian wiedział jednak, że to płomień innego rodzaju. Pochodnie. Całe tysiące zbliżające się z każdą mijającą sekundą.

Na murze gromadzili się żołnierze, wsparcie z Blackbriar i Haridu już dotarło, to z Tarnu miało przybyć w ciągu godziny. Wojownicy tłoczyli się obok dymiących piecyków, próbując się ogrzać w wyjącym wichrze, który w ciągu kilku minut zamrażał każdy kawałek odkrytej skóry, a ich ciężkie futrzane płaszcze sprawiały, że wyglądali bardziej jak zwierzęta niż jak ludzie.

Nie było żadnych rozmów. Przekomarzania się. Jedynie szepty i od czasu do czasu rozkazy Killiana, a w tle trzask drewna płonącego pod kadziami z wrzącą wodą.

„Dziesięć tysięcy ludzi”. Tak powiedziała zepsuta. Przeprowadzenie tak wielkiego zastępu przez góry było niemożliwe, a jednak nie dało się zaprzeczyć tej liczbie, kiedy wylali się przez przełęcz jak fala ciemności i ognia płynąca w stronę starożytnego muru.

Bum.

Bum.

Bum.

Killian uniósł lunetkę i rozejrzał się po nadchodzących wrogach. Ledwie dostrzegał ich twarze pod ciężkimi kapturami, widział za to stal w ich dłoniach oraz wznoszące się na drewnianych tyczkach czarne sztandary z płonącym czerwonym okręgiem.

„Znak Siódmego”.

– Niech Sześcioro ma nas w swojej opiece – szeptali jego ludzie, ale się nie wycofywali. Chronili dłonie przed zimnem aż do rozpoczęcia walki.

Bum.

Bum.

Bum.

Dobiegł ich dźwięk rogu, długi i żałobny, i wrogie zastępy zatrzymały się tuż poza zasięgiem łuczników.

– Łucznicy! – wykrzyknął Killian, dostrzegając poruszenie pośród szeregów wroga.

„Zepsuci”.

– Celujcie do tych, którzy poruszają się zbyt szybko. Nie chcemy ich między nami.

– Ich jest dziesięć tysięcy – mruknęła Bercola. – Mają przewagę dziesięciu do jednego.

– Mur działa na naszą korzyść – odparł.

Nawet liczące dziesięć tysięcy ludzi siły wroga nie mogły zwyciężyć. Armia Derinu nie miała machin oblężniczych i była wystawiona na lodowate podmuchy wiatru opadające ze szczytów gór.

A jednak Killian poczuł mrowienie, jakby po jego skórze pełzały pająki, i ciągle spoglądał przez ramię na dziedziniec poniżej. Fortecy bronił półokrągły mur kurtynowy, wysoki na trzydzieści stóp, a gruby na sześć, z bramą z wzmacnianego stalą dębowego drewna, zamykaną belką tak ciężką, że musiało ją podnosić dwóch mężczyzn. Stajnie i inne zabudowania były równie solidne jak forteca, krążyli wśród nich żołnierze przygotowujący obronę, a troje uzdrowicieli w białych szatach czekało w gotowości. Ale on przeniósł wzrok dalej, na pas otwartej przestrzeni u podnóża muru i rozciągające się za nim ciemne lasy. Na królestwo, którego bronili.

Znów zabrzmiał róg i Killian skupił się na wrogiej armii, która z ogłuszającym łoskotem uderzała bronią o tarcze.

Hałas gwałtownie ucichł.

Szeregi rozstąpiły się, a ścieżką między nimi ruszyła samotna postać niosąca sztandar Siódmego. Poruszała się z przerażającym wdziękiem jednego z zepsutych, a żołnierze kulili się ze strachu widocznego nawet z takiej odległości.

Uniósłszy lunetkę, Killian wpatrzył się w kobietę – dopasowany skórzany strój nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do płci istoty – skupiając wzrok na czarnej masce, która ukrywała jej twarz. „Rufina”, podpowiedział mu instynkt. Oddał lunetkę jednemu ze swoich ludzi, sięgnął po łuk i naciągnął cięciwę, nie spuszczając wzroku z wrogiej królowej. „Oni walczą ze strachu – szeptał mu głos w głowie. – Zabij ją, a będzie po wszystkim”.

Zmrużywszy oczy, przyglądał się, jak Rufina kroczy między szeregami żołnierzy. Blask pochodni oświetlał jej długie czarne włosy, unoszące się na podmuchach wiatru. „Będziesz miał tylko jedną szansę – ostrzegł samego siebie, celując w jej serce. – Tylko jedną szansę, by ją zaskoczyć. Jedną szansę, by ją zabić”.

Rufina zatrzymała się i wbiła sztandar głęboko w śnieg. Daleko poza zasięgiem większości ludzi.

Ale Killian nie był zwykłym człowiekiem.

Wystrzelił, a brzęk cięciwy zabrzmiał w ciszy wyjątkowo donośnie.

Śledzenie toru lotu strzały w ciemności było niemożliwe, więc jedynie czekał ze wstrzymanym oddechem, by zobaczyć, czy dobrze wycelował.

Nie dało się jednaknie zauważyć, kiedy Rufina nagle poruszyła ręką i zatrzymała jego strzałę o cale od swojej piersi. Uniosła strzałę i przyglądała jej się z przechyloną głową, emanując rozbawieniem widocznym nawet z takiej odległości. Jakby pocisk był zabawką.

Kilkoro z jego żołnierzy zrobiło na piersi znak Sześciorga, a Killian wystrzelił trzy kolejne strzały, jedną po drugiej, ale Rufina złapała je wszystkie w powietrzu. Jej ramiona drżały ze śmiechu, który podmuch wiatru poniósł aż do uszu Killiana. Uszu jego żołnierzy.

I wtedy krzyknęła:

– Tysiąc złotych monet dla tego, który przyniesie mi głowę Killiana Caloriana!

Szeregi żołnierzy poruszyły się wokół niej, a ona znowu się zaśmiała.

– Pięć tysięcy dla tego, kto przyprowadzi mi go żywego!

„Szlag”.

Serce Killiana biło jak szalone. Łup, łup. Łup, łup. Łup, łup. I wtedy poczuł, jak coś sięzmienia.

– Nadchodzą.

Rufina chwyciła sztandar i uniosła go w powietrze. Jej armia z głośnym rykiem ruszyła do natarcia, mijając swoją królową, potykając się i zataczając w śniegu, a ci, którzy upadli, ginęli pod rakietami śnieżnymi tysięcy podążających za nimi. Atramentowa fala płynąca po białym śniegu.

– Przygotować się! – ryknął Killian ponad zgiełkiem i przyglądał się natarciu. Czekał na właściwą chwilę. – Strzelać!

Rozległ się głośny brzęk cięciw i uderzenie serca później pierwsze szeregi wroga upadły, a ich krzyki wznosiły się na szczyt muru.

– Strzelać!

Salwa za salwą, aż wróg dotarł do muru i wyrzucił do góry kotwiczki, które zaczepiały się jak popadnie, o ciało i o kamień. Żołnierze krzyczeli, kiedy sznury ciągnęły ich w dół, wrogowie zaś zaczynali się wspinać po tych, które udało się zaczepić.

Mudamorczycy wyciągnęli ostrza i przecinali liny, dziesiątki wrogów spadały na szeregi zgromadzone poniżej, a inni ludzie Killiana wylewali im wrzątek na głowy.

Krzyki.

Krzyki.

Ale oni wciąż nadchodzili, łucznicy z dołu strzelali do góry i trafiali do celu. Killian uchylił się przed rozmazanym czarnym pociskiem i sam zabił łucznika, zaraz jednak odwrócił się i wpatrzył w ciemność za murami fortecy. „Nadchodzą od tyłu”.

– Przybyły posiłki z Tarnu! – zabrzmiał krzyk z dołu, a kilku jego ludzi pobiegło w stronę bramy.

„Z tyłu, czyli za nią?

A może za tobą?”

– Nie otwierajcie bramy! – Killian ruszył w stronę schodów, nie zwracając uwagi na świszczące obok strzały. – To podstęp! Nie otwierajcie tej przeklętej bramy!

Spóźnił się.

Jego żołnierze podnieśli ciężką belkę, a kiedy odstawili ją na bok, brama otworzyła się i do środka wkroczył mężczyzna w mundurze mudamorskiego oficera. Błyskawicznym ruchem złapał jednego z żołnierzy Killiana, chwycił go za gardło i uniósł jak tarczę.

– Zamknijcie bramę! – krzyknął Killian. Znajdował się w połowie schodów, zbyt daleko, żeby pomóc. – Zabijcie to!

Życie opuszczało twarz szarpiącego się żołnierza, kolejne lata gromadziły się, aż zepsuty trzymał w uścisku wysuszone ciało starego mężczyzny. Odrzucił je na bok z szalonym śmiechem.

Killian uniósł łuk i wystrzelił, grot przebił jedno z otoczonych płomieniem oczu zepsutego i stwór padł na ziemię. Wtedy Killian zeskoczył ze schodów, uderzył w rozmiękły śnieg na dziedzińcu i przekoziołkował.

– To wróg! Zamknąć przeklętą bramę!

Jego ludzie poruszali się, ale w ślimaczym tempie, a jedyny żołnierz w pobliżu bramy wpatrywał się przerażony w trupa towarzysza.

Zimne powietrze paliło twarz Killiana, który biegł i zbliżał się coraz bardziej.

„Nie zdążysz”.

Wyciągnął miecz w chwili, gdy brama otworzyła się do końca i do środka wpadli przebrani derińscy żołnierze, a wśród nich zepsuci.

Killian zderzył się z pierwszym, rozrąbał go na pół, po czym odwrócił się do kolejnego i dwa razy zablokował jego ciosy, zanim go przebił.

Stal i krew mieszały się w jedno, wokół rozlegały się krzyki i unosił dym – płonęły stajnie. Na dziedzińcu kłębili się ludzie i konie, Killian próbował zebrać swoich żołnierzy, ale na miejsce każdego zabitego wroga pojawiał się kolejny.

Zepsuci zatracili się w szaleństwie, większość pochylała się nad swoimi ofiarami i kradła ich życie, a na ich twarzach malowała się szalona ekstaza.

Ale nie wszyscy.

Troje otoczyło Killiana z mieczami w dłoniach, popychali go krok po kroku w stronę bliźniaczych bron, które jako jedyne powstrzymywały wrogą hordę za murami.

Killian czuł coraz większe zmęczenie, krew spływała mu po twarzy, zamarzała we włosach. Padał śnieg, kłębił się w podmuchach wiatru, gdy on sam wirował i blokował ciosy, próbując zabić zepsutych. Próbując ich ominąć.

Wyciągnął nóż i rzucił, trafił jednego w pierś, ale istota wyciągnęła ostrze i zaśmiała się, nawet nie poczuła bólu.

– Przegrałeś – syknęła w chwili, gdy Killian wypatroszył jednego z jej towarzyszy, a stwór wrzeszczał, próbując wepchnąć wnętrzności z powrotem do gojącej się rany.

– Nie przegrałem – wysyczał przez zęby.

Ale jego ludzie tak.

Umierali jeden po drugim. A jeśli utracą strażnicę, będzie po wszystkim.

– Wszystko się zmienia. – Zepsuty odskoczył, kiedy Killian się zamachnął. – Sześcioro słabnie. Naznaczeni słabną. – Zrobił nadnaturalnie szybki wypad i jego klinga prześlizgnęła się po żebrach Killiana, jedynie kolczuga ochroniła go przed rozrąbaniem na pół. – Ty słabniesz.

Ogień pochłaniał rusztowanie, które wznosiło się po wewnętrznej stronie muru, materiały budowlane spadały na ziemię, gdy podtrzymujące je drewno obracało się w popiół.

Killian zakaszlał, próbując złapać oddech, i wtedy usłyszał głośny trzask. Z nieba spadały kamienne bloki, jeden zmiażdżył czaszkę zepsutego. Killian zatoczył się i oparł o wewnętrzną bronę, tylko gzyms uchronił go przed podobnym losem.

Przetarł piekące oczy, zamrugał, żeby pozbyć się łez wywołanych przez dym – i zobaczył, jak ostatni żołnierze broniący strażnicy padają, a wrogowie dostają się do środka. Za jego ­plecami wewnętrzna brona zaczęła się unosić z grzechotem.

– Nie!

Przeskoczył nad płonącym drewnem i zatoczył się, gdy strzała przebiła jego kolczugę, wbijając się głęboko w prawy bark. Zignorował strumień gorącej krwi płynący po plecach i przerzuciwszy miecz do drugiej ręki, ruszył biegiem.

Jednym ciosem buta zmiażdżył uszkodzone drzwi do strażnicy. W słabym świetle derińscy żołnierze walczyli ze starożytnym kołowrotem zewnętrznej bramy. Zabił jednego i właśnie odwracał się do drugiego, kiedy został trafiony w bok, a od ciosu popękały mu żebra.

Zacisnąwszy zęby, przetoczył się i podniósł z trudem. Nigdzie nie widział swojego miecza.

– Szukasz tego, lordzie Calorianie? – W drzwiach stała zepsuta, w dłoni trzymała jego broń.

Rękami śliskimi od krwi zaczął szukać noża. Ale wszystkie zniknęły. Zgubiły się w walce.

– Mudamora upadnie – szepnęła zepsuta wśród dymu, jej oczy płonęły ogniem Siódmego boga. – Ale będzie zaledwie pierwsza.

– Mur nie jest królestwem. – Killian zakaszlał. – A jedna bitwa nie jest wojną.

I skoczył.

Ramieniem trafił zepsutą w brzuch i oboje wytoczyli się ze strażnicy. Czuł, jak jej dłonie szukają odsłoniętej skóry, więc przycisnął ją do ziemi, aż całe ciało rozbolało go z wysiłku.

Wiła się i szarpała, była silniejsza od niego, ale niewyszkolona. Tylko że jego ramię słabło, a żebra piekły.

Z warknięciem wyrwała rękę z jego uścisku, jej naga dłoń uderzyła go w policzek, oczy zapłonęły triumfalnie…

Dokładnie w chwili, kiedy zewnętrzna brona uniosła się do nieba.

Derińscy żołnierze wpadli przez otwór, przepychali się między sobą, by dotrzeć na drugą stronę. Przepłynęli nad Killianem jak fala, potykając się na rakietach śnieżnych, aż pozostało jedynie kłębowisko ciał i kończyn.

I wtedy ktoś złapał go za nadgarstek i wyciągnął spod sterty trupów. Killian podniósł wzrok i zobaczył nad sobą Bercolę, twarz olbrzymki pokrywały sadza i krew.

– Musimy się wycofać! – ryknęła. – Zostaliśmy pokonani!

Na murze nieliczni pozostali przy życiu żołnierze próbowali się ratować, ale pochłaniał ich ocean wrogów. Nie było ucieczki.

Bercola odciągnęła go, po drodze miażdżąc czaszki swoim kijem, ale Killian wyślizgnął się z jej uścisku. Złapał porzucony miecz i zaczął rąbać płonące rusztowanie. Raz za razem, jego ciało drżało z bólu, aż jedna z podpór konstrukcji popękała i się rozpadła.

Rusztowanie z rykiem płomieni i w chmurze popiołu spadło na bramę, zamykając otwór.

Ale nie na długo.

Na dziedzińcu były setki wrogów. Drugie tyle na murze. A co najmniej tuzin zepsutych polował na przyjaciół i wrogów.

– Wycofać się! – Killian miał tak wysuszone gardło, że z trudem wypowiedział te słowa, ale żołnierze w pobliżu go usłyszeli.

Powtórzyli jego rozkaz, niedobitki przedzierały się w dół schodów i zeskakiwały z muru.

Zebrali się wokół niego i Bercoli, przebili do bramy fortecy, a później do lasu, gdzie krążyły przerażone konie. Nad nimi rozlegały się dziwne wrzaski. I łopot skrzydeł.

Killian złapał najbliższego konia za grzywę i wskoczył na oklep na jego grzbiet. Towarzyszący mu tuzin żołnierzy zrobił to samo.

– Jedźcie – wychrypiał, wysyłając ich w różne strony, by ostrzegli bezbronne miasteczka.

– Killianie! – krzyknęła Bercola. – Ruszajmy!

Musiał wrócić. Musiał walczyć. Musiał to powstrzymać.

Ale olbrzymka stanęła między nim a fortecą.

– Powrót będzie samobójstwem, nawet dla ciebie. Nie po to strzegłam cię przez te wszystkie lata, żeby teraz zejść ci z drogi.

– Puść mnie!

Złapała za wodze jego konia.

– Na nic się nam nie przydasz, jeśli będziesz martwy.

„Żywy też na nic się im nie przydałeś”.

Killian potrząsnął głową, żeby rozjaśnić umysł, i wbił pięty w boki konia.

– Jedziemy do Mudaire.

A kiedy powróci, będzie miał ze sobą armię.

Jednak gdy uciekali w stronę lasu, nie mógł się powstrzymać przed spojrzeniem na fortecę. Na mur, który nigdy nie upadł.

Widział jedynie płomienie.

Rozdział 6Lidia

Lidia wpatrzyła się w kartki na biurku, ale słowa rozmywały się niezależnie od tego, jak bardzo próbowała się skupić.

Medyk przyszedł od razu i próbował dać ojcu coś na ból, ale on odprawił mężczyznę.

– To zaćmiewa mi umysł, a umysł jest jedynym, co mi pozostało. – Później wezwał Lidię. – Pożegnaj resztę gości. Przeproś ich w moim imieniu.

Wyszła, ale pozostała w korytarzu i nasłuchiwała.

– Sześć miesięcy, senatorze – powiedział medyk. – Może mniej. Lepiej, żebyście uporządkowali swoje sprawy.

Sześć miesięcy, a później go utraci. Sześć miesięcy i będzie sama. Po jej policzku spłynęła gorąca łza. Wytarła ją pełnym złości gestem i poprawiła okulary – zamierzała zatracić się w pracy, choć przez ostatnie dwie godziny to się nie udawało.

Zanurzywszy pióro w kałamarzu, napisała linijkę na temat kwestii zarazy wśród drobiu. I wtedy donośny głos sprawił, że aż podskoczyła.

– Źle napisałaś „kurczak”. A twoja znajomość gramatyki bardeeńskiego jest beznadziejna.

Lidia poczuła, że przepełnia ją fala oburzenia.

– To nie… – warknęła. I wtedy do niej dotarło. Przekręciła się na krześle i uśmiechnęła szeroko do ciemnoskórej dziewczyny, która stała za nią z rozbawieniem malującym się na twarzy. – Teriana!

Padły razem na ziemię, obejmowały się i wykrzykiwały, ­zupełnie ignorując zasady dobrego wychowania.

– Nie spodziewałam się ciebie – powiedziała w końcu Lidia, kiedy trochę się uspokoiły. Nie wspomniała o swojej obawie, że Teriana porzuciła ją na dobre.

– Nie ty jedna. – Teriana ściągnęła buty i odrzuciła je na bok, po czym usiadła ze skrzyżowanymi nogami. Na palcach jej stóp migotały pierścionki, a ozdoby na niezliczonych długich do pasa warkoczykach brzęczały i grzechotały, kiedy się poruszała. Dźwięk ten był równie uspokajający co piosenka. – Twój ojciec ma dziś nieciekawe towarzystwo.

Ojciec miał się położyć,a nie przyjmować gości.

– Ach tak?

– Jeden jest młody, upojony zarówno swoim słusznym oburzeniem, jak i dobrym winem twojego ojca. A ten drugi… – Teriana zmarszczyła czoło. – Starszy. Słabo zarysowana broda. Świńskie oczka. Wydawał się… – Urwała, a później wzruszyła ramionami. – Wydawał się nie pasować do twojego ojca.

Lidia zrobiła grymas, słowa Teriany wytrąciły ją z równowagi.

– Młodszy to bratanek mojego ojca Wibiusz. – Który miał opuścić dom razem z Ulpią.

– Aha.

Teriana zdjęła jeden z pierścieni Lidii, by przyjrzeć się bliżej klejnotowi. Była najśliczniejszą dziewczyną, jaką Lidia widziała w życiu, z tymi okrągłymi policzkami, wysokimi brwiami, szerokim uśmiechem i idealnie gładką czarną skórą. O pół głowy niższa od Lidii, doskonale łączyła mięśnie i krągłości, a jej dłonie o długich palcach były pokryte odciskami po latach ­pracy na statku. Ale to oczy Teriany najbardziej przyciągały uwagę.

Jak u wszystkich Maarinów, te oczy wyglądały jak okna na morze, ich tęczówki poruszały się i falowały. I podobnie jak morze zmieniały barwę w zależności od nastroju. Lidia widziała, jak w czasie jednej rozmowy zmieniały odcień od indygo, przez lazurowy i szmaragdowy, do grafitowego.

Oddając jej pierścień, Teriana spytała:

– A ten drugi mężczyzna?

Lidia obróciła pierścień na palcu. Raz. Drugi. Trzeci.

– Lucjusz Kasjusz.

Teriana uniosła brwi. Maarinowie dobrze orientowali się w celendorskiej polityce, a reputacja Lucjusza była ogólnie znana.

– Wybory – odparła Lidia w ramach wyjaśnienia, choć nie o to chodziło. Nic nie tłumaczyło, dlaczego jej ojciec zaprosił tego mężczyznę do swojego domu. – Chodźmy do ogrodu. Tu jest zimno.

Wziąwszy Terianę za rękę, wyszła z nią z biblioteki i poprowadziła na dół kręconymi schodami. Ich bose stopy nie wydawały żadnych dźwięków na płytkach. Ale kiedy wyszły za róg, znalazły się twarzą w twarz z jej ojcem i Wibiuszem.

Wibiusz posłał Terianie pogardliwe spojrzenie, po czym popatrzył na Lidię oczami zamglonymi od wina i niesmaku, jakby podczas swej wieczornej przechadzki napotkał dwa szczury. Lidia cofnęła się odruchowo.

Co było błędem.

Teriana sięgnęła po nóż i gdyby Lidia nie zacisnęła dłoni na nadgarstku przyjaciółki, ta z pewnością wbiłaby ostrze w brzuch Wibiusza.

Całe szczęście mężczyzna chyba tego nie zauważył, bo kołysząc się niepewnie, powiedział jedynie:

– Nie dość, że przynosisz nam wstyd, to jeszcze bratasz się z żeglarką. – Następnie odwrócił się do jej ojca. – Pobłażasz jej.

Ojciec wyprostował się, gniew sprawił, że jego choroba przestała być tak widoczna.

– I wciąż będę jej pobłażał, póki to w mojej mocy. – Posłał Lidii ostrzegawcze skinienie głową, a ona zaciągnęła Terianę za róg, żeby rozładować sytuację.

– Co za napuszony fiutek – warknęła Teriana, kiedy znalazły się na zewnątrz. – Lepiej niech na siebie uważa, bo mam ochotę odciąć mu…

Lidia uniosła dłoń – wiedziała, że Wibiusz wciąż może je słyszeć.

– Choć to urocza wizja, naprawdę musisz pohamować język w jego obecności.

Teriana patrzyła na nią, jakby jej nie poznawała.

– Nigdy nie byłaś bardzo delikatna.

– No tak… – Wyjaśnianie całej sytuacji ją przerosło i poczuła, że przepełnia ją zmęczenie. – On jest dziedzicem mojego ojca.

Na twarzy Teriany pojawiło się zrozumienie, jej oczy pociemniały i przybrały odcień wzburzonego morza.

– Będziesz jego własnością, kiedy odziedziczy spadek.

„Własność”. Była to prawda, ale Lidia nienawidziła tego przeklętego słowa, które sprawiało, że czuła się mniej niż człowiekiem.

– Da się to jakoś obejść? – spytała Teriana, choć przecież musiała znać odpowiedź.

– Gdybym wyszła za mąż.

Zapanowała cisza, która powiedziała Lidii, codokładnie jej przyjaciółka myśli o takim rozwiązaniu.

Teriana odezwała się jako pierwsza.

– Niewątpliwie wielu mężczyzn potykałoby się o własne nogi, byleby tylko związać się z twoją rodziną – powiedziała swobodnym tonem, któremu jednak zaprzeczały wzburzone fale w jej oczach.

– Możliwe, gdyby nie było powszechnie wiadome, że mój ojciec choruje. To byłby krótkotrwały związek.

– A ktoś, kto nie jest patrycjuszem? Zachęta finansowa mog­łaby…

– Dość, Teriano!

Lidia natychmiast pożałowała swojego ostrego tonu. Poza ojcem Teriana była jedyną osobą, która się nią przejmowała, a przecież nie mogła mieć żalu do przyjaciółki, że próbowała znaleźć rozwiązanie jej problemów. To nie wina Teriany, że żadne z tych rozwiązań się jej nie podobało.

Odetchnęła głęboko.

– Ta rozmowa sprawia, że czuję się jak klacz rozpłodowa. Porozmawiajmy o czymś innym. – Gestem wezwała służącą, która już czekała z przekąskami. – Opowiedz mi o swoich podróżach. Gdzie byliście? Co widzieliście? Jak się miewa twoja rodzina? Jak Przynęta?

Teriana poruszyła ustami, jakby zastanawiała się, czy nie naciskać dalej. W końcu jednak wzruszyła ramionami, padła na jedną z kanap i pociągnęła za sobą Lidię.

– Przynęta pewnie siedzi w kubryku Quincense i nad kielichem żali się Polinowi, że nie mógł pójść ze mną. Mogłabym przysiąc, że miał nadzieję, że moja mama nie pozwoli mi na te odwiedziny, bo wtedy mógłby cię zobaczyć pod pretekstem przemycenia mnie ze statku. Za jakąś godzinę będzie deklamował na cały port swoje smętne poezje na temat twojej ślicznej buźki.

Lidia zarumieniła się na myślo bardzo przystojnym marynarzu Teriany robiącym coś takiego. Podniosła kielich z tacy, bezskutecznie próbując ukryć tę reakcję.

– Wymyśliłaś to sobie. Przynęta nie zrobiłby czegoś takiego.

Teriana uśmiechnęła się złośliwie, podniosła drugi kielich i powąchała jego zawartość.

– Nigdy nie opowiadam niczego poza szczerą prawdą. A skoro o prawdziwych opowieściach mowa, jakiś miesiąc temu wpłynęliśmy do przystani w Madrasku tuż przed samym sztormem. Krople deszczu były tak wielkie, że można było się w nich utopić…

Lidia oparła głowę na ramieniu Teriany i dała się porwać opowieściom przyjaciółki o wzburzonym morzu, wybrykach załogi w różnych portach i dowcipach, które w wolnej chwili robiła z Przynętą. Opowieściom, które pozwalały jej zapomnieć o przerażeniu na widok ojca osuwającego się na ziemię i bezradności wobec tego, co miało nadejść.

Rozmawiały przez wiele godzin i dopiero gdy świt był już niebezpiecznie blisko, wczołgały się do łóżka Lidii i położyły twarzą w twarz pod prześcieradłem. Ale w ciemności strach Lidii znów się wzmógł, a Teriana, jakby wyczuwając jej nastrój, spytała:

– Jak bardzo źle jest z twoim ojcem?

Z oczu Lidii popłynęły bliźniacze łzy.

– Medycy mówią, że jego wątroba przestaje działać. – Słowa utknęły jej w gardle. – Dają mu sześć miesięcy, jeśli będzie miał szczęście.

– Tak mi przykro. – Teriana przytuliła ją do siebie. – To niesprawiedliwe. Źli ludzie nigdy nie odchodzą przed czasem; to wielka niesprawiedliwość.

Lidia otarła twarz prześcieradłem.

– To było tak, jakby jednego dnia czuł się dobrze, a następnego już nie, a ja wiem, że troska o mnie jeszcze pogarsza jego stan.

Teriana ścisnęła ją mocniej i zapadła cisza. W końcu spytała:

– Boisz się?

Pod prześcieradłem zrobiło się duszno i dopiero kiedy Teriana je odsunęła, Lidia odetchnęła głęboko i szepnęła:

– Tak. Sądzę, że dzień po śmierci mojego ojca Wibiusz sprzeda mnie temu, kto da najwięcej. A jeśli nikt nie zapłaci, każe mnie zabić.

– A gdybyś odeszła? A gdybyś uciekła?

Lidia stłumiła śmiech, bo wiele kobiet już tego próbowało. I zawsze zaciągano je z powrotem, okryte hańbą, a w końcu wydawano za potomka jakiegoś pomniejszego patrycjuszowskiego rodu gdzieś na prowincji. Gdzieś, gdzie zostawały zapomniane.

– Dokąd? Nie ma miejsca, nad którym Senat nie panuje. Żadnego, w którym nie odnalazłyby mnie jego legiony.

Usłyszała, jak Teriana nabiera powietrza, jakby chciała coś powiedzieć, ale później się zawahała. A wraz z jej wahaniem Lidia poczuła, że w jej piersi rodzi się coś, czego się nie spodziewała – nadzieja.

Nadzieja, która zapłonęła jasno, gdy Teriana wreszcie szepnęła:

– Jest.

Serce Lidii zabiło gwałtownie i przez chwilę nie potrafiła się odezwać.

– Gdzie? – wydyszała w końcu.

– Po drugiej stronie Bezkresnych Mórz.

– Co masz na myśli? Tam jest tylko woda.

– Jest cały inny świat.

Lidia westchnęła, bo wszystko, o czym mówiła Teriana, było jedynie mitem.

– Masz na myśli Mroczne Wybrzeża? Istnieją? – Poczuła, że przyjaciółka przyciska czoło do jej czoła. Poczuła w ciemności jej powolne skinienie głową.

– Jeśli uznasz, że chcesz odejść, albo jeśli kiedyś będziesz rozpaczliwie potrzebowała się ze mną skontaktować, tak to się robi…

Teriana odeszła o świcie, zostawiając Lidię samą w bramie rezydencji. Dziewczyna jedną dłonią opierała się o mur, żeby nie upaść. Było to konieczne, bo miała wrażenie, że cały świat został wytrącony z równowagi.

Istnienie Mrocznych Wybrzeży. Nieśmiertelni strażnicy statków. Bogowie, którym Maarinowie – i najwyraźniej całe narody po drugiej stronie świata – oddawali cześć. Maarinowie mieliby poważne problemy, gdyby Imperium kiedykolwiek się o tym dowiedziało, ale tym Lidia przejmowała się znacznie mniej niż wrażeniem, że nie zna swojej przyjaciółki aż tak dobrze, jak jej się wydawało.

Ruszyła powoli dróżką obok sadzawki ze złotymi rybkami, weszła do domu i przyjęła od służącej szklankę schłodzonej wody z cytryną, po czym wspięła się po schodach do biblioteki. Skierowała się w stronę biurka, przeciągając palcami po grzbietach starannie uporządkowanych tomów.

Usiadła i przez jakiś czas pracowała, ale ciągle błądziła myślami. Jej wzrok co chwila padał na globus Reath stojący w kącie biurka. W końcu odłożyła pióro, przyciągnęła globus do siebie i patrzyła, jak się obraca.

Jedna połowa przedstawiała Imperium w błękicie, zieleni, złocie i bieli, ale drugą pokrywał czarny lakier. Mroczne Wybrzeża. „Jak by to było – zastanawiała się – odsunąć zasłonę i zobaczyć, co leży za nią? Jak by to było uciec?”

I wtedy na obracającym się globusie spoczęła dłoń, zatrzymując go w taki sposób, że spojrzenie Lidii padało na Celendor.

– Lidio, podjęto decyzje, o których powinnaś wiedzieć.

Ton ojca sprawił, że przeszedł ją dreszcz i nie miała dość odwagi, by podnieść twarz i napotkać jego spojrzenie. Bo wiedziała.

Wiedziała.

– Kto to będzie? – Jej głos zadrżał i zacisnęła zęby, wściekła, że już traci panowanie nad sobą.