Mroczna tajemnica Bieszczad - Paweł Ślusarczyk - ebook + książka

Mroczna tajemnica Bieszczad ebook

Paweł Ślusarczyk

3,1

Opis

Bieszczadzkie miasteczko w cieniu okrutnego morderstwa

W Bieszczady powraca zakapior Ryszard Gort, oskarżony piętnaście lat temu o zabójstwo, nigdy nieskazany, jednak przeklęty przez lokalną społeczność. Po jego przyjeździe w podobnych okolicznościach, co wcześniej, ginie młoda dziewczyna. Grupa studentów medycyny podczas pierwszej praktyki staje oko w oko z ową denatką. Jeden z nich, Wojtek, poznaje w pubie policjantkę Magdę, która prowadzi śledztwo w tej sprawie. Po pełnym wrażeń wieczorze rozpoczynają nieformalną współpracę. Czy przyszłemu lekarzowi i młodej funkcjonariuszce uda się rozwiązać mroczną zagadkę?

Mroczna tajemnica Bieszczad to kryminał, którego akcja rozgrywa się nad Soliną. Wątki detektywistyczne przeplatane są prozą poetycką, trzymającymi w napięciu scenami erotycznymi, a całość wzbogacona solidną dawką humoru.

www.pawelslusarczyk.eu

"Pewien gwar zasilił akustykę głównej ulicy. Dzieciaki ciągnęły rodziców w stronę budek z lodami, ze smażalni ryb turyści wynosili na tekturowych talerzach pierwsze sztuki bieszczadzkich pstrągów owiane feerią zapachów przyciągających uwagę, a następnie wzrok przechodniów. Pies szczekał. Siejący grozę artykuł o zwłokach w jeziorze nie znajdował widocznego odzwierciedlenia w zachowaniu turystów i mieszkańców. Pozory oczywiście mogły mylić. Nikt nie wiedział, czy pod kolejną łodzią nie leży przywiązana następna ofiara."

Pomysłowo napisany kryminał z nutą hipnotyzującego erotyzmu i dobrą dawką poczucia humoru. Literacki misz-masz w najlepszej odsłonie!

Beata Moskwa, thievingbooks.blogspot.com

Pasjonująca, pełna zawiłych intryg i nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieść o morderstwie, które wydarzyło się w samym sercu Bieszczad. Niebanalne kreacje bohaterów, magia najpiękniejszych polskich gór oraz zakończenie, którego nie sposób przewidzieć sprawią, że do ostatniej strony nie będziesz się w stanie od niej oderwać! Daj się ponieść wyobraźni autora i poznaj mroczne tajemnice Bieszczad...
Aneta Grabowska, zaczytana.com.pl


Malownicze Bieszczady skrywają w sobie wiele tajemnic, a każda próba ich rozwiązania rodzi tylko więcej pytań. Jeśli znajdziesz w sobie dość odwagi, poznasz kryminał pełen sekretów z przeszłości, ukrytych emocji i zaskakujących zwrotów akcji. Dla tej książki zarwiesz niejedną noc!

Dominika Róg-Górecka, przepisynawidelcu.blogspot.com


Wstrząsające zbrodnie, skomplikowane śledztwa, szokujące sekrety i sprawiedliwość po latach. Przygotuj się na inteligentną grę w kotka i myszkę zmierzającą do nieoczywistego finału.

Krystyna Meszka, cyrysia.blogspot.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,1 (29 ocen)
6
4
10
4
5

Popularność




— PROLOG

28 lipca 2015 | Szpital Powiatowy w Lesku

 

Gorące lipcowe powietrze, wakacyjny wrzask dzieci, latające po ulicach bańki mydlane, języki zatopione w lodach, a nawet miarowe bicie pogrzebowego dzwonu na pobliskim cmentarzu solidarnie zostały za zimną szpitalną szybą. Korytarz prowadzący do prosektorium znajdował się na poziomie minus jeden. Wypełniało go lekko wilgotne, chłodne powietrze pomieszane z ciszą i spoglądającym z każdej ściany strachem. Kroki idących studentów – praktykantów – próbowały dopasować się do tempa ich oddechów oraz coraz szybszego młotkowania mięśnia sercowego. Korytarz sam w sobie budził grozę i skutecznie odbierał pewność siebie nawet doświadczonemu personelowi szpitalnemu, a co dopiero osobom zagłębiającym się tutaj po raz pierwszy. Migocząca świetlówka potęgowała jeszcze bardziej uczucie bezradności i chęć usłyszenia komendy: w tył zwrot! Niestety zamiast wyimaginowanego rozkazu na drzwiach, przez które mieli przejść, ukazał się napis „Prosektorium nr 2”. Stanęli, czekając nie wiadomo na co. Choć chyba najbardziej na cud. Zamiast niego otwarły się drzwi. Kiedy Beata zobaczyła rękę proktologa, bezwarunkowo odskoczyła do tyłu, depcząc stopy kolegów.

– Nie spodziewaliście się tu nikogo żywego? – Doktor Janusz Buchalski powitał studentów z lekkim uśmiechem. – Wchodźcie.

W sali nie było żywej duszy ani, czego się bardziej obawiali, martwych obiektów, na których mieli eksperymentować i pogłębiać teoretyczną wiedzę nabytą podczas monotonnych zajęć na uczelni. Na środku stał duży metalowy stół, obok, na mniejszym leżały specjalistyczne narzędzia medyczne. Pod bocznymi ścianami ustawione były w trzech rzędach szuflady do przechowywania zwłok. Atmosfera delikatnie się ociepliła. Studenci, nie widząc niczego niepokojącego, powoli wyrównywali oddechy i nabierali pewności siebie. Doktor, mając wieloletnie doświadczenie z praktykantami w prosektorium, zanim przechodził do sedna, zabawiał ich luźną rozmową, a kiedy widział, że kolory twarzy, pozostawione przed szpitalnymi drzwiami, wracają na swoje miejsce, otwierał jedną z tajemniczych szuflad. Tak było i tym razem.

– O Boże! Co to… – próbowała kontynuować zdziwienie Beata, studentka trzeciego roku medycyny Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, jednak osunęła się bezwładnie na podłogę.

– Przestraszyło się dziecko – skomentował doktor Buchalski. – Podnieście ją i wyprowadźcie na chwilę na zewnątrz, żeby doszła do siebie.

– Bierz ją za nogi – zwrócił się drżącym głosem Wojtek do Jarka.

– Widzieliście tego trupa? Brrr! – wycedziła już na korytarzu Iwona.

– Wraca do siebie. Halo, halo! Jak się nazywasz? – pytał Beatę Jarek.

– Koczur.

– Będzie żyła, w przeciwieństwie do tego na stole.

– Wracamy na salę – zdecydował Wojtek.

– Daj mi parę minut – domagała się blada jak szpitalna ściana Beata. – Muszę na chwilę do toalety.

– Mieliśmy się uczyć leczyć, nie oglądać trupy i wąchać ten smród – narzekała Iwona.

– A ty myślisz, że lekarz patrzy tylko na czyściutkich pacjentów w wyprasowanych koszulach i wypisuje L-4?

– Tego nie powiedziałam, ale to, to jest już przegięcie.

– Zacisnąć zęby, nozdrza i wchodzimy – powiedział zdecydowanie Wojtek.

Kiedy weszli ponownie, w centralnym punkcie sali na stole leżały zwłoki kobiety, lat około trzydzieści. Padało na nie mocne światło. Skóra miała kolor sino-granatowy. Ciało w lekkim rozkładzie, z widocznymi śladami działania patologa. Nacięcia w kształcie litery Y, od obojczyków aż do jelit, zostały następnie zszyte solidną nicią chirurgiczną. Na sali ponownie panował chłód, przygnębiająca atmosfera bijąca od nieboszczyka przeszywała kości i żołądki studentów.

– To jest wasz króliczek doświadczalny – przerwał grobową ciszę Buchalski. – Na nim dokonacie pierwszych w życiu cięć chirurgicznych. Nie obawiajcie się. Jej już krzywdy nikt nie zrobi…

– À propos krzywdy – przerwał Jarek. – Co się stało tej kobiecie?

– Nie naszym zadaniem jest prowadzić śledztwo kryminalne. Od tego jest policja.

– Ale chyba możemy się dowiedzieć, jak zginęła ta… Właściwie jak jej na imię?

– Na tej sali, po sekcji zwłok, nikt już nie ma imienia, możecie ją nazywać, jak chcecie: Zośka, Maryśka, Kate, Margaret… A skoro bardziej was interesuje jej przeszłość, a nie to, co możemy jeszcze na niej zdziałać, to powiem wam, jak się tu znalazła. Otóż właściciel jednej z łodzi znalazł ją pod wodą, z głową owiniętą workiem foliowym.

– Kto ją tak urządził? – dopytywał Wojtek.

– Pewnie zazdrosny chłopak, może się puściła z turystami, tamten ich zobaczył i postanowił wziąć sprawę w swoje ręce – wtrącił się Jarek.

– Śledztwo trwa. Na razie stwierdziliśmy, że bezpośrednią przyczyną zgonu było uduszenie.

– To chłop musiał mieć siłę w rękach.

– Wcześniej została ogłuszona przez uderzenie tępym narzędziem w potylicę, następnie dopiero uduszona, a na koniec ktoś ją przywiózł nad Jezioro Solińskie i przywiązał linami pod jedną z łodzi. Laboratorium prowadzi jeszcze badania toksykologiczne na obecność narkotyków w organizmie.

– Długo przebywała w wodzie?

– Jakieś pięć do sześciu dni. Przy tak wysokich temperaturach, jak ostatnio, zaczęła się szybko rozkładać. Ale jeszcze się nam przysłuży.

– Kolego doktorze! – Do sali wpadł dyrektor szpitala. – Pannę Borkównę natychmiast zamknąć z powrotem do chłodni! Dzwonił właśnie komendant policji powiatowej, że przyjadą z wojewódzkiej czy nawet z wyższej robić dodatkowe badania. Żadnych eksperymentów, żadnych działań edukacyjnych! Rozumiemy się, kolego?

– Tak jest, oczywiście. Dzieciaki, wychodzimy! – krzyknął prowadzący do praktykantów.

Wyszli zadowoleni, że wracają do świata żywych. Przy okazji zauważyli, jak bardzo Buchalski bał się przełożonego. Na dźwięk każdego jego słowa robił się bledszy niż oni po wejściu do tej sali.

– Uff, całe szczęście. – Beata, która już całkiem doszła do siebie po porannym incydencie, uśmiechnęła się z ulgą. – Czekamy na następne morderstwo.

– Możemy pobawić się w detektywów. – Wojtek węszył szansę na własną przyszłość.

– Ja się tam już wolę bawić w doktora – odpowiedziała Iwona.

– Wieczorem możesz mnie dogłębnie zbadać, a potem ja będę doktorem i porównamy diagnozy – ucieszył się Jarek.

– Spadaj, zboku.

– Studenci, heh – skomentował Wojtek. – Pamiętacie, jak ta na stole się nazywała? Dyrektor mówił, jak wszedł.

– Borówka czy jakoś tak.

– Nie, mówił: Borkówna, czyli panna Borek – przypomniał sobie Wojtek.

– Doktorek mówił z kolei, że ona już nie ma nazwiska ani imienia.

– Ale będą biedaczkę jeszcze raz kroić, to musi mieć nazwisko. Zresztą to nie nasza sprawa. I całe, całe ogromne nasze szczęście.

— ROZDZIAŁ 1

30 lipca

 

– Nazwisko? – Aspirant Mirosław Kał rozpoczął przesłuchanie.

– Bogucki.

– Imię?

– Jarosław.

– Wiek?

– Pięćdziesiąt lat.

– Dobrze. Zawód wykonywany?

– Murarz.

– Proszę teraz opowiedzieć, jak dokładnie znalazł pan zwłoki Diany Borek, tylko nic nie przekręcać, jak na spowiedzi!

– Mówiłem wom już tyle razy. Ile sie bede powtarzał…

– Aż skończymy śledztwo, teraz jest to oficjalne przesłuchanie na komendzie. Jak pan widzi, rozmowa jest nagrywana i spiszemy z niej protokół, a pan go potwierdzi własnoręcznym podpisem.

– Robota stoi, szlag trafił, a ja tu.

– Do rzeczy, panie Bogucki! Im szybciej pan powie, jak było, tym szybciej pan stąd wyjdzie, chyba że będzie pan podejrzany. Na razie przesłuchujemy w charakterze świadka, ale jak nie będziesz pan współpracował, to może się to szybko zmienić! – Kał podniósł głos, a krew zaczęła mu szybciej napływać w okolice policzków.

– Tak jak już mówiłek, w niedziele posłem do swojej łajby i jak żek wchodził do niej, to znaczy jeszcze wcześniej, zoboczyłek, że ktoś tam był, liny…

– Panie Bogucki! – ryczał wyraźnie zdenerwowany Kał. – W którą niedzielę? O której godzinie? Mówże pan jak człowiek.

– Dajcież fajkę, bo jo już nic nie wiem.

Kał wyjął z kieszeni papierosy, poczęstował Boguckiego w nadziei, że tytoń odświeży mu pamięć, i sam też zapalił dla rozluźnienia atmosfery.

– Dobra, panie Bogucki. – Wypuścił dym. – Teraz opowiadaj pan.

– Chyba ino w niedziele, to bedzie w ostatnią niedziele…

– Czyli dwudziestego szóstego lipca dwa tysiące piętnastego roku – podpowiedział Kał.

– …tak, koło szóstyj rano poszłem do łajby. Stanołek na kei i patrzę, że na łajbie jakiś sukinsyn linki mi poplątał. Jakżek się zdenerwowoł, podbiegłem bliżej i zaczynam szarpać, coby to cholerstwo rozplątać. A tu powiązone z jednyj strony, z drugij strony, szlag trafił, tu ciągnę i nie idzie, od drugij idę i ciągnę, i zaś nie idzie. Usiadłek i myśle, że se fajkę zajaram, to się trocha uspokoję. Wyjąłem fajkę i chciałem zapalić, a tu zapalniczka nie działa. I tak se wtedy pomyślałem, że jak pieprznę tą zapalniczką, to jeszcze kogo zabiję. I wstałek z tą fajką w gębie i w tych nerwach wyjąłem kozik z kieszeni i z jednyj strony odciąłem linę, poszłem na drugą stronę i ciągnę. Ciągnę. I ni chu chu nie idzie. Fajka się nie pali, wkoło żywego ducha, coby po ogień iść. W końcu z tych nerw żech pociągnął linę, patrzę a tu idzie to ciało tej Borkowej.

– Skąd pan wiedział, że to była Diana Borek?

– No wtedy to ja nie wiedział. Nic ja nie wiedział. Dopiero przedwczoraj żeście mi powiedzieli, że to Borkowa.

– Czyli zobaczył pan denatkę w wodzie? Tak?

– No tak, mówiłek już wam tyle razy.

– I co pan potem zrobił?

– Zdenerwowałek się jeszcze bardziej. Wyleciałek po skarpie do góry. Jeszcze mnie prasło, portki rozdarłem, potem się stara bedzie na mnie darła, bo to ja w tych portach do kościoła chodzę, a ona w ogóle nie wiedzioła, że bede szedł na łajbę. A że niedziela była, to ja potem chciał z łajby do kościoła…

– Panie… Mów pan do rzeczy! Gdzieś pan poszedł po tym, jak znalazł pan zwłoki w jeziorku?

– He, toż mówię, że poszłem po skarpie, potem przez lasek już przebiegłem, coby szybciej było, patrzę, a tu akurat Bronchalowa idzie z psem na smyczy. To ja do niej w trymiga i pytam, czy ognia ma. A że nie miała, tom się jeszcze bardziej zdenerwował, ale patrzę, że turysta na ławce kima, pobiegłek do niego, budzę i pytam, czy ma ognia. Powiedział, że ma, ale nie dał, tom se sam mu z kieszeni wygrzebał.

– A co z denatką?

– No jak co, w zalewie została.

– A pan co w końcu zrobił?

– No jak: co? Wziołek ogień od turysty i se w końcu zajarałem. Jak sem zajarał, to se przypomniałem o tyj Borkowej, co to jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Borkowa. To tak mówię, coby w protokole, coście mówili, żeby to wszystko było dobrze. No to żem se przypomniał o tyj, tyj… denatce, jak to ją żeście nazwali, i myślę se, że powiem Bronchalowej, coby może co zadziałać. Ale patrzę i ni ma ani Bronchalowej, ani psa, ani nic, ino ten turysta śpi. I co robić, co robić, myślę se. I wtedy komórka mi zadzwoniła. Patrzę, stara dzwoni. I zaś se myślę, czy odbierać, bo mnie o portki opieprzy. Ale tak se myślę, że ona o portach nie wie, więc odebrałem, ona coś nawija, to jej przerwałek i mówię o Borkowej i Bronchalowej. I dopiero stara mi powiedziała, cobym na policję zadzwonił. To jo już myśle, że to dobre będzie. Rozłączyłem starą, dopaliłem fajkę i zadzwoniłem tu do wos. A potem to już żeście przyjechali, łajbę zajęli, mnie tu gonicie, robota stoi. Szlag trafił.

– A czemu pan, panie Bogucki, nie zadzwonił do nas wcześniej? Zaraz po znalezieniu zwłok?

– Panie, jakżem uwidział te Borkową, znaczy denatkę, i tak patrzyła na mnie, to ja już nic nie wiedział, ino mi się jarać chciało. Dajcież, panie, jeszcze jedna fajkę.

– Oj, panie Bogucki. – Kał podał papierosa przesłuchiwanemu. – Powiedz no pan: kiedy wcześniej był pan na swojej łodzi?

– W niedziele, tydzień wcześniej. Jo ino w niedziele mogę, jo pracuje, ni mam czasu. Jak syn z rodziną przyjedzie, to bede częściej pływał, a tak to ino w niedziele.

– A wie pan, od kiedy Borkowa leżała przywiązana pod łodzią?

– No nie wim…

– Prawdopodobnie od wtorku. Coście robili we wtorek?

– Panie, w polu robiłek razem ze starą, jak nie leje, to ja w polu.

– Żona potwierdzi pana zeznania?

– No, ino jej o portkach nie mówcie, bo jeszcze nie wie.

– Obawiam się, że żona będzie musiała się dowiedzieć o wszystkim. Panie Bogucki, na razie jest pan w kręgu podejrzanych o zabójstwo Diany Borek.

– Jakże ja? Gdzie byk u siebie pod łajbą chował denatkę?

– Popatrzcie na to zdjęcie zrobione w niedzielę dwudziestego szóstego lipca. Tu jest przystań. Proszę wskazać swoją łódź.

Bogucki pokazał.

– No widzicie, panie Bogucki. Wasza łódka stoi jako trzecia. Dlaczego morderca nie przywiązał zwłok do pierwszej albo drugiej łodzi, tylko akurat do waszej? Może to wy o szóstej rano w środę przywiązaliście denatkę do własnej łódki?

– Panie, we środę o szóstej to ja już w pole szedł.

– Dobrze, panie Bogucki. Na razie jesteście wolni. Ale proszę nie opuszczać miejsca zamieszkania. Możecie być tu jeszcze potrzebni.

– A gdzie ja bym miał opuszczać. Ino szkoda, żeście mi łajbę zajęli… Dajcie jeszcze fajkę.

Aspirant Kał dał kolejnego papierosa Boguckiemu, a ten wyszedł z posterunku i udał się do jeepa, który z niewiadomych przyczyn pomyślnie przeszedł badania techniczne, choć jego stan wizualny absolutnie tego nie potwierdzał.

– Uff… – odsapnął Kał. – Ciężki przypadek ten Bogucki, ale chyba niewinny. Trzeba by było być idiotą, żeby zwłoki ukrywać pod własną łodzią, a potem je niby znaleźć i jeszcze szukać ognia. Z drugiej strony Bogucki na normalnego nie wygląda. Ale nie po wyglądzie przecież będą lub nie będą go sądzić.

– I jak tam, kolego, przesłuchanie? – zapytała aspirantka Magdalena Krab, która właśnie weszła do biura.

– A dajże spokój, Madziu! Boguckiemu to fajki mózg wypaliły, o ile go kiedykolwiek miał. Chętnie ci go odstąpię na następnym przesłuchaniu, bo mam go już dość! Ciężki przypadek.

Jakby on był enklawą inteligencji, pomyślała Magda. Tylko laski mu w głowie i wiekopomne osiągnięcia na siłowni. Ale cóż, tatuś z poprzednim komendantem niejedną wódkę wypił, a obecny nie bardzo ma jak się go pozbyć.

— ROZDZIAŁ 2

3 czerwca

 

Pasażerowie autobusu odetchnęli z ulgą, kiedy wysiadł z niego osobnik w kapeluszu wyglądający na siedemdziesiąt–osiemdziesiąt lat, z ogromnym plecakiem i ze zdezelowaną gitarą. Woń wędrowca jeszcze przez wiele kilometrów nie mogła opuścić wnętrza państwowego środka lokomocji. Ów podróżnik to niejaki Ryszard Gort. W rzeczywistości miał tylko pięćdziesiąt pięć lat, ale długa posiwiała broda, rzadkie postrzępione włosy do ramion, poczerniałe resztki zębów oraz ubiór włóczęgi dodawały mu ze dwie dekady do życiorysu. Drżącą dłonią wyciągnął z kieszeni paczkę tanich papierosów i zapałki. Za trzecim podejściem udało mu się wykrzesać iskrę, która zapaliła siarkę, a następnie żagiew w jego ustach. Zaciągnął się głęboko, potem jeszcze raz. Chciał już gasić papierosa, aby schować go z powrotem do pudełka, ponieważ zwykł palić na raty ze względów ekonomicznych, jednak postanowił zaciągnąć się jeszcze raz. Wypuszczając dym, zakaszlał. Splunął na chodnik, palcem wskazującym, pożółkłym od tytoniu, zagasił papierosa, wsadził go do wymiętej paczki, rozejrzał się dookoła i poszedł przed siebie. Stawiał twarde, ciężkie kroki pomimo nikłej wagi. Po pół godzinie dotarł do swojego bieszczadzkiego domu.

Przeciętna buda dla psa wyglądała znacznie lepiej, a już na pewno dużo bezpieczniej, tyle że była mniejsza. Drewniana chałupka przypominała bardziej zaniedbaną stodołę niż dom mieszkalny. Powybijane szyby w oknach, częściowo zabitych deskami, dziurawy dach, rozlatujący się wychodek. W najlepszym stanie w całym gospodarstwie była studnia.

Gort stanął przed swoim dobytkiem, który, obawiając się linczu mieszkańców, opuścił prawie piętnaście lat temu. Popatrzył, pokiwał głową, położył plecak i gitarę na porośniętym wysoką brzydką trawą i wszechobecnym chwastem podwórku. Zdjął czapkę z głowy i przeżegnał się.

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Witaj, domu, mój domu.

Wyjął z plecaka duży klucz, po czym z trudem wepchał go do zamka w drzwiach. Próbował przekręcić, ale zardzewiały mechanizm ani drgnął. Zaczął szarpać w lewo i w prawo, przyciskał drzwi kolanem, ale trybiki nie dawały za wygraną. Wyjął go, popatrzył, jakby się zastanawiał, czy na pewno dobry klucz wkłada, i westchnął głęboko. Wszakże miał tylko ten jeden. Wepchał go z powrotem, jedną ręką kręcił, a drugą zwiniętą w pięść zaczął walić w drzwi w okolicach klamki. Drgnęło. Odsapnął, powtórzył czynność jeszcze trzy razy. Zaklął pod nosem, aż wreszcie zwyciężył w bitwie z drzwiami. Wszedł do środka. Na powitanie jego twarz zaatakowała pajęczyna pełna much, jednak pozbawiona właściciela. Gort od zawsze był odmieńcem przez sąsiadów uważanym za dziwaka. Starał się żyć w zgodzie z naturą, a przede wszystkim z samym sobą. Między innymi nie uznawał medycyny. Po skończeniu piętnastego roku życia w szpitalu bywał w sytuacjach absolutnie koniecznych. Nawet gdy złamał rękę, na SOR dotarł dopiero po tygodniu, dlatego też krzywo mu się zrosła. Nie miał oczywiście założonej kartoteki w żadnym ośrodku zdrowia. Nie przejmował się także słabnącym wzrokiem. Dawno już powinien nosić okulary, ale uznał, że nie są mu one konieczne do życia. Znajomych nie posiadał, więc nie miał komu patrzeć głęboko w oczy, a wdepnąć w mniejszą lub większą niespodziankę pozostawioną przez czworonoga na chodniku zdarza się każdemu. Oczywiście nie przejął się pajęczyną, którą powoli ściągnął z twarzy i wszedł oglądać to, co pozostało z jego dobytku po piętnastu latach banicji.

W sieni było wilgotno i ciemno, przez szpary w zabitym deskami oknie wpadały nikłe promienie światła. W misce, w której zwykł się myć w zimniejsze dni, kiedy nie mógł robić tego na zewnątrz, zebrała się woda poopadowa ściekająca ze strychu. Ubytki w dachu były widoczne i wymagały natychmiastowej interwencji. Ze stojącej w rogu szafy wyjął świecę, zapalił ją i postawił na stole. Zrobiło się nieco widniej. Zobaczył pleśń częściowo pokrywającą ściany sieni oraz rozciągnięte jak sieci rybackie pajęczyny. Przeszedł dalej, do izby pełniącej funkcję pokoju dziennego, sypialni i kuchni. Kiedy odsunął z okna kawałek szmaty udający zasłonę, w pomieszczeniu od razu pojaśniało. Próbował otworzyć okno, ale futryny były tak rozeschnięte, że po paru minutach siłowania się z nimi dał sobie spokój.

Popatrzył na piecyk – miał wrażenie, że stara angielka się do niego uśmiecha i prosi o rozpalenie. Udał się zatem do ostatniego pomieszczenia, które było składem wszystkich posiadanych przez Gorta rzeczy: od kosy przez wędkę i sieci rybackie po przedmioty bezużyteczne, których było tam najwięcej. Spośród tych rupieci wyciągnął lekko zardzewiałą siekierę. Wyszedł z chałupki z zamiarem narąbania drewna do rozpałki w piecu. Popatrzył na las rosnący zaraz za ruderą, następnie w drugą stronę i odłożył siekierkę. Do rąk wziął leżącą na trawie gitarę, poobijaną przez los, z twardymi metalowymi strunami, każdą z innego kompletu. Mimo wyglądu zbliżonego do właściciela oraz jego posiadłości gitara brzmiała głęboko i czysto. Jakby miała własną duszę. Duszę czystą i bezgrzeszną, zamieszkaną przez duchy Bieszczad. Jakby aniołowie machali swymi skrzydłami i pocierali o jej struny. Potrafiła opowiadać dźwiękiem przepiękne baśnie i straszne ludzkie dramaty. Nie było to byle pudło, które można kupić za sto pięćdziesiąt złotych w supermarkecie.

Gort usiadł na progu domu, położył ją na prawym kolanie, złapał C–dur i przejechał prawą ręką po strunach. Pomimo że nie była dawno strojona, nie fałszowała. Rysiek zaczął się rozkręcać, wykonując palcami prawej kończyny coraz szybsze ruchy, a lewą, choć niezbyt już płynnie, zmieniał chwyty. Lekki uśmiech zagościł na jego ustach. Odsapnął… W końcu zaśpiewał z pamięci Moje Bieszczady z repertuaru sąsiadów z Ustrzyk. Pomylił tekst kilka razy i jego gra pozostawiała trochę do życzenia, ale dla niego nie miało to teraz znaczenia. Dawno nie czuł się tak dobrze. U siebie.

Przez piętnaście lat tułał się po średnich miasteczkach i wsiach, wykonując różne proste fizyczne prace. Ostatnią z nich było pół etatu w tartaku, w którym mógł przy okazji mieszkać, ale musiał wstawać o świcie i nosić deski. Nienawidził tego. Ucieszył się z tej pracy dopiero, kiedy wywołała u niego chorobę kręgosłupa i z tego tytułu otrzymał siedemset czterdzieści cztery złote renty inwalidzkiej. Był bardzo zadowolony. Miał teraz na chleb, ser, jajka, a przede wszystkim nie musiał prosić nikogo o papierosy. Kiedy przestał pracować w tartaku, stracił także możliwość mieszkania tam i spania w łóżku z trocin koło hali maszyn. Schował wtedy drugą koszulę do plecaka, włożył zieloną kurtkę, kapelusz i powrócił do swojej posiadłości w Bieszczadach.

Po ostatnich akordach myśli napłynęły do głowy Ryśka. Zaczął sobie zdawać sprawę, ile roboty czeka go, zanim wyremontuje choć trochę chatę. Zastanawiał się, czy na pewno lepiej będzie mu tu, w jego samotni, bez prądu, z wychodkiem na zewnątrz, wodą w studni, czy korzystniej było zostać wśród ludzi. Szybko stwierdził jednak, że on i natura to jedno. Tu jest jego dom i jego przeznaczenie, z dala od kłótni, polityki nienawiści i innych dobrodziejstw dwudziestego pierwszego wieku.

Pewien niepokój jednak wzbudzała w nim niepewność, jak go przywitają dawni sąsiedzi czy też koledzy, niektórzy jeszcze ze szkoły. Przecież będzie musiał czasem opuszczać swoją głuszę, żeby nie umrzeć z głodu. Tytoń też nie rośnie na gałęziach. Bimber mógłby pędzić, jak kiedyś, tylko musiałby nabyć nowy sprzęt. No i oczywiście najgorsze dla człowieka związanego z naturą – urząd… Musi ich zawiadomić, że żyje, żeby otrzymać co miesiąc te niemal osiem stówek. Wiadomo, że do założenia konta bankowego nie zmusiliby go, chyba żeby zagrozili zaszyciem ust, aby nie mógł palić.

– Jak pies na smyczy, na krótkiej smyczy – mruknął półgłosem. – Wszechwładne ścierwa z pieczątkami i czystymi rękami.

— ROZDZIAŁ 3

5 lipca

 

Na wąskiej plaży nad Jeziorem Solińskim tłoczyły się ciała turystów wepchane w różnokolorowe stroje kąpielowe. Rodzice niechętnym wzrokiem śledzili roznegliżowane pociechy biegające pośród rozłożonych ręczników, przenośnych lodówek i leżaków. Kobiety w różnym wieku przyjmowały ciepło, licząc, że słońce nada ich skórze barwę porównywalną co najmniej z opalenizną zaabsorbowaną na plażach Morza Śródziemnego czy też Adriatyckiego. Przecież koleżanki z pracy nie będą im sprawdzać biletów lotniczych do Chorwacji czy słonecznej Italii.

Trzeba jednak przyznać, że słońce operowało dość mocno, wyciskając pot i niezadowolenie bardziej wrażliwych na wysokie temperatury plażowiczów. Jego zapędy przyjemnie chłodził wiatr atakujący z zachodu i od czasu do czasu gnający po niebie mniejsze lub większe chmury, okrywające rozgrzanych turystów zasłużonym cieniem. Owe chmury układały się w niepowtarzalne obrazy. Można było zaobserwować, jak ciemny smok goni dwa małe, białe, bezbronne baranki, po czym brutalnie je pożera, skupiając powstałą materię w nowy obraz. Wrażliwe osoby widziały na niebie kwiatki i uśmiechnięte dzieciaczki, pesymiści rozkoszowali się, obserwując trupie czaszki przebijane

śnieżnobiałym nożem. Bardziej swawolni plażowicze swoje fantazje napędzali lekko gazowanymi napojami.

Samo jezioro było głośne. Oddzielone od ciszy bieszczadzkich lasów, gór i połonin murem turystów, motorówek, krzykiem i płaczem dzieci, a także dymem grillowanej zwierzyny. Lekkie fale delikatnie kołysały łódkami i rowerkami wodnymi.

– Płyńmy na sam środek jeziora – sugerowała odważnie Jowita Mastowska. – Nie bój się, głupia, tu jest płytko, a poza tym mamy kamizelki ratunkowe. Czego się boisz?

– Kamizelki… A wiadomo, czy nie dziurawe? – wzbraniała się Wioletta Kowal. – Ten rowerek też się trzyma na słowo honoru. Nigdzie dalej nie płynę! Jak chcesz, to mnie zawieź na brzeg i płyń sobie pod samą tamę, a nawet dalej. Mnie w to nie mieszaj!

– Coś taka strachliwa? – kpiła Jowita. – W życiu trzeba poczuć trochę adrenaliny. Zresztą co ja pieprzę? Jak byłam we Włoszech dwa lata temu, to skakałam na bungee! To jest przeżycie. Albo ewentualnie rollercoaster. Świat staje na głowie. Serce wlatuje do żołądka, a jak się strawi, to wraca i bije jak młot pneumatyczny.

– Ja daję radę bez adrenaliny. I przestań trząść tym rowerem! Słyszysz?! – Na twarzy Wioletty zaczęły pojawiać się oznaki strachu i lekkiej paniki. – Aaaaa!!!

– Hahaha. Dobra, przestań już fiksować. I nie drzyj się, bo pomyślą, że jesteś wariatką. Patrz, patrz.

– Gdzie, co? – pytała lekko uspokojona Wioletta.

– Widzisz tego gówniarza, co stoi bez majtek i leje w naszym kierunku?

– Ciekawe, czy w domu też tak sika, gdzie popadnie, a kupę robi matce do łóżka.

– Bezstresowe wychowanie. Eeej! Ty, mały, przestań sikać do jeziora! I idź ubierz majtki, bo ryba wyskoczy i ci ptaszka odgryzie! – krzyczała na małego turystę Jowita.

– Miałby gnój nauczkę. Straż przybrzeżna powinna mandat starym wypisać na tysiąc zeta i może byłoby tu trochę czyściej.

– Mała szkodliwość czynu. Najwyżej upomnienie. Patrz, co nam gnojek pokazuje.

– Zawracaj! Nie mam ochoty oglądać małego ekshibicjonisty. Jeszcze nas o pedofilię oskarżą. Zobacz, jak tamci się migdalą.

– O… no… Eh! – Jowita próbowała pozbierać słowa w zdanie, choć powinna zacząć od poskładania liter w słowa.

– Co cię tak zatkało, koleżanko?

– A kopnij mnie w dupę, może się w końcu wysłowię.

– Chętnie, ale jak zejdziemy na ląd. Masz to u mnie jak w banku.

– Widzisz tę szmatę z tym ciachem? – spytała podminowana Jowita.

– Para jak para, co się tu podniecać?

– Laska przypomina mi trochę dziewczynę mojego brata. Zresztą miałaś wątpliwą przyjemność ją poznać u mnie na imieninach w lutym.

– Ja ją znałam jeszcze w szkole. Nic szczególnego.

– Patrz na tę! Stanika nie ubrała, albo szybko zdjęła w krzakach i teraz mu pokazuje przez koszulkę te niedorozwinięte poziomki. Ha ha.

– Jak stąd je widać, to mu pewnie zagotowało w gaciach – powiedziała Wioletta.

– Taaa… Chyba że jest ogrodnikiem, choć mógłby się pokusić choć o mirabelki.

– Coś ty taka cięta na tego lachona? Może zazdrosna?

– No daj spokój. Ciacho jak ciacho, ale jak się poziomkami zajmuje, to mózg musi mieć też tej wielkości.

Obie zaczęły chichotać. Przepłynęły kawałek rowerkiem, chlapiąc po sobie ciepłą wodą.

– No nie mogę! – Jowita wróciła do rozmowy. – Jak mnie ta laska wkurza!

– Dajże już spokój, wariatko. Masz jakąś obsesję. Może cię podniecają u kobiet męskie cycki?

– E, to nie to. Za bardzo mi przypomina Dianę. Nie trawię tej głupiej dziwki. Nie wiem, co Wojtek w niej widzi. Chłopak po studiach, dobrych studiach. Na agiehu zapieprzał pięć lat, teraz się ustawił w Krakowie, kasę trzepie.

– Chyba od ojca dostaje – przerwała Wioletta. – Stary biznesmen nie przymiera głodem.

– Ej! Mnie, ukochaną córeczkę, sponsoruje i pewnie się to nie zmieni. Mógł mnie nie rozpieszczać. Ale od Wojtka to się odpieprz! Już na studiach sam się utrzymywał. Zresztą z tatusiem nie żyje w zgodzie. No może w zgodzie to żyje, ale się nie kochają. Wojtek jest na swoim i mocno stoi na nogach. Tak jak ty byś teraz chciała. – Jowita zaczęła huśtać rowerkiem na lewo i prawo, chcąc się zemścić na koleżance za niefortunną opinię o swoim bracie.

– Przestań! Kurwa, zwariowałaś!? – krzyczała Wioletta, której zaczęło się kręcić w głowie.

– Ok! Ale nie mów nigdy więcej, że Wojtek cycka ojca! – powiedziała stanowczo Jowita. – Jak ja nienawidzę tej jego laleczki. Wieśniara zza sklepowej lady. Panna „dwadzieścia deka szynki, cztery bułki i masło poproszę”. I jeszcze ten jej sztuczny uśmiech. Blee! Chętnie bym jej wyprostowała te krzywe zęby. „Pięć piwek na krechę”. Jak to wygląda? Wojtek w garniturze za dwa tysiące, a ona w sklepowym fartuszku za dwadzieścia złotych.

– Nie przeliczaj wszystkiego na pieniądze! Ja też jestem dla ciebie paniusia „przyszłam dziecko odebrać”? To, że muszę robić miesiąc na garnitur twojego brata, czyni mnie gorszą, głupszą, pierdolniętą? No co, paniusiu tatusia?

– Już się tak nie irytuj, bo ci żyłka pęknie albo wypadniesz do wody.

Słowa o wodzie trochę przestraszyły Wiolettę, więc postanowiła stonować swoją krytykę i poczekać, aż stanie na twardym lądzie, woda bowiem nie była żywiołem, z którym chciałaby wejść w związek małżeński.

– Coś taka o nią zazdrosna?

– Dupa tam zazdrosna! Pomyśl, jak można pozwolić wejść tej wieśniarze do domu takiego, jak nasz. Przecież ona nawet nie wie, jak buty wytrzeć. Kiedyś w ogóle zostawiła swoje śmierdziele na schodach, żeby nam podłogi nie zapaskudzić. I zostały ślady jej spoconych małych stóp. Tak sobie myślę, że ona niby taka szara myszka, a na naszą fortunę ma oko. Jak już złapie Wojtka w te swoje kleszcze, to koniec. Nie chcę o tym nawet myśleć. Patrz, starzy niby jeszcze zdrowi, ale starzy, nie oszukujmy się. A majątek idzie na nas dwoje. Wojtek niby na chwilę obecną by się go zrzekł, czyli wszystko dla mnie. Przynajmniej tak myślę. A! To pozostaje między nami. Ok?

– A co, ty mnie z Lucynką pomyliłaś? Lucynką długi jęzor? – zdenerwowała się Wioletta.

– Wiola, wiesz, jak jest! Jak chcę puścić jakąś chamską plotkę, to pierwsze co lecę do Lusi i mówię jej, że jest jedyną, do której mam zaufanie, i żeby nikomu, ale to nikomu nie przekazywała. I jaki efekt? Radio i TV przy niej to zagaszone polana z ogniska. Powinna w radiotelegrafie robić.

– Ale ona jest nieświadoma tego, co robi. Nawija i nawija, byleby ktoś jej słuchał. Kiedyś, jeszcze w liceum, jej powiedziałam, że coś nam się ostatnio nie układa z Michałem. W szkole jej to powiedziałam. O dwudziestej dzwoni Michał i mówi, że jak go nie chcę, to on się narzucać nie będzie. Miesiąc przez nią płakałam, bo już na tłumaczenia było za późno. Michał był i jest nadal konkretnym człowiekiem, aczkolwiek jakoś się nie liczył z moją opinią, słuchał tych, co chciał, i tego, co chciał.

– Dobra, słuchaj, co ta zdzira kiedyś zrobiła. Przyszła do nas w takiej bluzce, że mi się od razu moja świętej pamięci babcia przypomniała. Kwiatuszki, sratuszki. Tak mnie rozbawiła, że śmiech mi mordę jak granat zaczął rozrywać, ale resztką sił się powstrzymałam i mówię szmacie: „zajebiście dziś wyglądasz”. A wiesz, co ona mi na to? Ty wiesz, co mi ta prostaczka, od lady oderwana na piętnaście minut, powiedziała? No. Ja już mało policzków zębami nie przegryzłam, żeby śmiech zatamować, a ona mi na te moje komplementy wypaliła: „i vis-à-vis”. Panna vis-à-vis.

– Ależ ty chamska jesteś. Pokaż dłonie, bo nie wiem, czy się mam bać. Może masz tam skorpionie kleszcze i mnie zaraz uszczypniesz.

– Mam piękne dłonie! – odpowiedziała Jowita, klepiąc mocno prawą ręką lewe udo Wioletty.

– Jak nie kąsasz, to bijesz, franco! Masz vis-à-vis. – Wioletta z uśmiechem na ustach oddała klepnięcie, pozostawiając czerwony ślad na udzie Jowity.

– Ała! A jakie światowe przeżycia opowiadała Diana, lejdi Dajana, ha ha!

– Lady D.

– Mogłaby się też poskładać jak księżna w tunelu. Wreszcie miałabym spokój. Najgorsze, że matka ją akceptuje. Ojciec też, ale to akurat na moją korzyść, bo Wojtek raczej lubi robić na przekór staremu. A ty wiesz, że ona prawdopodobnie jest jeszcze dziewicą?

– Pieprzysz…

– Nie, ani ja, ani Wojtek nie pieprzymy.

– To musi mieć kogoś w Krakowie, a tu może tylko się zgrywa przed rodzinką.

– Nigdy mu wprost nie powiedziałam, że nie trawię tej marnej suki, ale Wojtek nie jest idiotą i na pewno wcześniej czy później się zorientuje. Razem są ponad dwa lata. Wprawdzie widują się ze dwa razy na kwartał, teraz w lecie trochę częściej. Ale nawet na wakacje razem nigdy nie wyjechali, tylko Wojtek tu dwa tygodnie z nią spędził. Wcześniej w zimie był z kolegami tydzień na nartach w Alpach, a potem, też z nimi, dziesięć dni na Korsyce. Nie wiem sama, wstydzi się jej czy co. Chłopaki ją poznali, ale oni też jacyś dziwni. We trzech się trzymają: Wojtek, Hieronim i Jeremi. Hiero dziwny, ale ten Jeremi, och, sama nawet go próbowałam… Za dupcię złapałam, to mi mało w mordę nie odwinął. Ale chłopak ma dupcię.

– Może to pedały? – Wioletta próbowała wyciągnąć kwintesencję z faktów podanych przez koleżankę.

– Sama jesteś pedał! – Jowita złapała koleżankę za ramiona i z całej siły pchnęła ją tak, że ta wypadła z rowerka do wody. Przez chwilę machała zgrabnymi nogami nad taflą wody. W końcu wynurzyła głowę, wypluła z ust wodę i złapała się płozy rowerka.

– Pierdol się! – rzuciła w stronę Jowity – Ratunku!!!

Do krzyczącej Wioletty podpłynął pontonem Krzysztof, szaleńczo machając wiosłami. Oczywiście korzystniej byłoby dla niego i Wioli, gdyby systematycznie i miarowo napędzał swój środek lokomocji, a nie walił na oślep w taflę wody. Wioletta wtoczyła się jak pełna beczka piwa do pontonu, po czym bezpiecznie została odtransportowana na brzeg.

Twarz Jowity zaś nabrała piekielnych kolorów. Oskarżenie rodziny o homoseksualizm podniosło jej ciśnienie. Serce nie było z tego powodu zadowolone. Aorty i tętnice miały wrażenie, że są zatrudnione do pracy akordowej. Poczuła, jakby miniaturowi kowale w jej żyłach walili młotami w okolicach nadgarstków. Postanowiła ochłonąć. Wskoczyła do wody, zanurzając się po czubek głowy. Następnie wsiadła na rowerek i zawróciła do brzegu. W jej głowie pulsowały rozmaite przemyślenia. Zastanawiała ją teza Wioletty o orientacji brata. Po drugie uznała, że powinna przeprosić swoją najbliższą przyjaciółkę, i wreszcie po trzecie poczuła, jak strasznie nienawidzi Diany Borek.

— ROZDZIAŁ 4

31 lipca

 

– Dwudziestego drugiego lipca o godzinie dziewiątej piętnaście zgłosiła pani zaginięcie siostry, Diany Borek. Zgadza się? – pytała świadka aspirant Magdalena Krab.

– Tak, ale nie przyjęliście zgłoszenia, bo nie minęły przepisowe cholerne dwadzieścia cztery godziny. A siostra już nie żyła! – odpowiedziała pretensjonalnie Marta Borek.

– Spokojnie, kochanie – uspokajał Martę ojciec, Aleksander.

– Poszukiwania zaczęliśmy wieczorem…

– Tak! Jak po znajomościach dobiliśmy się do komendanta, to dopiero coś drgnęło. Skandal. Pójdę z tym do prasy! – odgrażała się sfrustrowana Marta.

– Uspokój się! Prasa już sama przyszła. Oni tylko czekają na tanie sensacje – stopował ojciec.

– Proszę państwa! Przesłuchanie ma charakter oficjalny, więc proszę, w miarę możliwości, opanować emocje. Jesteście przesłuchiwani w charakterze świadków.

– Może jeszcze nas oskarżycie o morderstwo?! Śmieszne…

– Marta! – Ojciec próbował tłumić emocje dwudziesto-pięciolatki.

– Proszę, aby pani opuściła salę. Muszę przesłuchać państwa osobno.

Marta gotująca się z emocji powstałych po śmierci siostry, kryjąc skumulowaną dawkę nienawiści do policji we własnej podświadomości, raptownie opuściła salę. Aspirant Krab czekała tylko, kiedy zatrzaśnie za sobą z impetem drzwi, jednak świadek opuściła salę po cichu. Usiadła na korytarzu. Ogień w oczach, który wyniosła ze spotkania z policjantką, powoli gasnął zalewany drobnymi łzami. Czemuś mnie zostawiła samą, pytała w myślach zmarłą Dianę. Mimo że nie żyły ze sobą jak najlepsze siostry, kochała ją i w chwili obecnej nie wyobrażała sobie przyszłości. Mieszkały przecież razem dwadzieścia pięć lat, to jest całe jej życie. Jako nastolatki często ze sobą konkurowały i skakały sobie do oczu. Po śmierci matki trochę się do siebie zbliżyły, aczkolwiek każdy, kto je znał, wątpił, że jedna za drugą jest w stanie skoczyć w ogień.

– Proszę powiedzieć: kiedy ostatnio widział pan córkę? – kontynuowała przesłuchanie aspirant Krab.

– We wtorek rano. Jak wychodziłem do pracy, to ona akurat wstawała. Było przed siódmą.

– Co pan robił w ten wtorek, to znaczy dwudziestego pierwszego lipca dwa tysiące piętnastego roku, po wyjściu z domu?

– Wsiadłem w samochód i pojechałem na budowę. Na Bieszczadzkiej budujemy teraz dom, wielka chałupa pod wynajem. Warszawiak dobrze płaci, to robimy od rana do wieczora. Koło drugiej zamawiamy jedzenie w styropianie, a potem dalej, i tak do szóstej, siódmej. Czasem w te najgorsze upały robimy przerwę i ciągniemy, jak popuści, do dziewiątej, dziesiątej. I tak codziennie.

– O której wyszedł pan z pracy dwudziestego pierwszego lipca?

– Skończyliśmy koło szóstej. Chłopaki ciągnęły mnie na piwo, ale ja autem, to odmówiłem. Mógłbym zostawić je tam i przyjść w środę na nogach, bo daleko nie mam, ale mi się nie chciało, zresztą lata już nie te, człowiek mniej może, szybciej się męczy, więc wsiadłem w samochód i pojechałem do domu.

– Córki nie było w domu?

– Nie. To znaczy ja jej nie widziałem. Wie pani, ona jest… to znaczy była dorosła, nie zaglądaliśmy sobie do pokojów, żeby sprawdzić, czy ktoś jest, czy nie. Zresztą byłem zmęczony, jak zawsze po robocie. Zjadłem coś, położyłem się przed telewizorem i usnąłem, myślę, że koło dziesiątej. Obudziłem się o szóstej rano, zjadłem śniadanie i na budowę. Córki nie widziałem. Żadnej córki. Dopiero jak byłem w robocie, zadzwoniła Marta i się mnie pytała, czy nie wiem, gdzie jest Diana, bo nie odbiera telefonu i nie wróciła na noc. Ja nic nie wiedziałem.

– Zaniepokoił się pan tą informacją?

– Nie. Komórka mogła się rozładować albo ją gdzieś zostawiła. Miała chłopaka, więc nie musiała nocować w domu. Zdarzało się już, że nie wracała na noc. Nie panikowałem. Wtedy jeszcze nie.

– A kiedy zaczął pan panikować?

– Jak Marta znów zadzwoniła, powiedziała, że była u jej chłopaka w domu, u Wojtka Mastowskiego na Spokojnej, i go tam nie zastała. Matka jej powiedziała, że Wojtek pojechał gdzieś z kolegami. A Marta zawiadomiła już policję. To mnie najbardziej zaniepokoiło. Rzuciłem robotę w cholerę, chłopaki klęły na mnie, ale im powiedziałem, żeby się… Złapałem za telefon i dzwoniłem, gdzie się dało, i pytałem, czy nie widzieli Diany.

– Gdzie pan dzwonił?

– Najpierw do córki. Komórka była wyłączona. Próbowałem kilkanaście razy, potem dzwoniłem do niej do sklepu. Okazało się, że dziś nie dotarła do pracy. Wtedy się już bardzo niepokoiłem. Dzwoniłem po jej znajomych, których numery miałem. Nic się nie dowiedziałem. Moje bilingi pewnie macie już w aktach. Potem wsiadłem w auto i pojechałem do domu po Martę. Szukaliśmy jej… Miałem nadzieję, aż do niedzieli. Nawet jak zadzwoniliście, to też miałem nadzieję, że to jednak nie ona. Nadzieja umiera ostatnia. Kto jej to mógł zrobić?

– Dobrze, proszę pana. Proszę jeszcze powiedzieć, jakie relacje występowały między panem a córką i między obiema pana córkami.

– Diana była dobrą dziewczyną, pracowitą. Zarabiała w sklepie, dokładała się i do domu, i do jedzenia. Marta za to jest bardziej rozpieszczona. Jak żyła świętej pamięci moja małżonka Oliwia, to Marta nie pracowała. Utrzymywaliśmy ją. Po śmierci żony ja się zbuntowałem i powiedziałem, że jest dorosła i koniec z tym wszystkim. Teraz pracuje, na razie sezonowo, ale może dostanie na stałe umowę kelnerki. A Diana… Taka skromna była i grzeczna. Wie pani, młodszą wychowywaliśmy, jak to się teraz ładnie mówi, bezstresowo, starszą – nie. Efekty procentowały. Ostatnio taka szczęśliwa chodziła, trochę z głową w chmurach, zakochana. Pierwszy raz w życiu zakochana i to w tym Wojtku. Chłopak po studiach, z własną firmą i to jeszcze w Krakowie. Nikt lepszy nie mógł się jej trafić. Ona z biednego domu, z rodziny robotniczej, sama po zawodówce, sprzedawczyni w spożywczym. Taka była szczęśliwa.

– A czy młodsza córka nie była zazdrosna o tego Wojtka?

– E, nie. Na pewno nie o niego. Dla niej on był za bardzo zniewieściały. O ile była zazdrosna, to że Diana była zakochana, na dodatek z wzajemnością, a ona nie miała nikogo. Znaczy miała wcześniej, ale im się nie udało.

– Córki często się kłóciły? Czy dochodziło do rękoczynów, bójek?

– Jak to siostry. Może lepiej byłoby powiedzieć: jak bracia. Jako nastolatki często wojowały, ciężko było nad nimi zapanować. Musiałem przebudować wtedy mieszkanie, żeby miały osobne pokoje. Marta kiedyś obcięła Dianie włosy podczas snu. Ale z kolei jak nieletnia Marta podpalała papierosy, to Diana ją kryła. Wtedy była już pełnoletnia i udawała, że to ona pali. Od razu się zorientowałem, że to Marta podpala. Na szczęście udało się jej, że teraz nie pali. To znaczy do niedzieli nie paliła.

– Proszę powiedzieć: czy kogoś pan podejrzewa?

– Nie jestem Piłatem. A przy okazji wierzę w uczciwość ludzi. Nie będę oskarżał nikogo ani sądził, nie będę też bronił. Wierzę, głęboko wierzę, że winny zostanie znaleziony i ukarany. Jeszcze dwa dni temu najchętniej sam bym mu wymierzył sprawiedliwość, ale dziś już nie, niech sądy zrobią swoje.

– Dziękuję panu.

– Dziękuję. – Aleksander Borek chwycił palcami nasadę nosa i pośpiesznie opuścił pokój przesłuchań. Spojrzał na młodszą córkę, która właśnie wstała z krzesła na korytarzu.

– Zapraszam teraz panią. Kiedy ostatni raz widziała pani siostrę?

– We wtorek koło piętnastej wróciła do domu. Zjadłyśmy razem naleśniki na obiad. Potem ona poszła do siebie. Mówiła, że wybiera się wieczorem do Wojtka. Była taka podekscytowana. Trochę jak nie ona. Szykowała się chyba z godzinę albo i dłużej. Ja wyszłam do koleżanki koło siódmej, ona jeszcze się malowała. Wtedy widziałam ją ostatni raz.

– Czy ojciec był już w domu, jak pani wychodziła?

– Tak. Nie widziałam go wprawdzie, ale słyszałam, jak się tłukł w kuchni.

– Jest pani pewna, że to był ojciec, a nie kto inny, na przykład domniemany morderca siostry?

– Tak, na pewno. Jak ojciec jest w kuchni, to słychać w całym domu. Zawsze mu coś spadnie albo się przypali. Tego dnia słyszałam, jak przeklinał keczup. Poza tym morderca przecież nie starałby się zwrócić na siebie uwagi.

– Zgadza się. Wróćmy do pani siostry. Wyszła z domu po godzinie dziewiętnastej, załóżmy, że o dziewiętnastej trzydzieści. Udała się, jak pani zeznała, do Wojtka, na ulicę…

– Na ulicę Spokojną.

– Ma pani jakieś wiadomości, czy tam na pewno dotarła?

– Wojtek mówił, że przyszła, ale się pokłócili i poszła z powrotem. Nie wie gdzie.

– Rozumiem, że po wizycie u chłopaka już pani nie widziała siostry?

– Nie.

– A czy pani kogoś podejrzewa, na przykład Wojciecha Mastowskiego?

– On jest… jest taki delikatny. Na ile go poznałam, to nie wyglądał na kogoś, kto potrafi drugiemu w mordę dać. Raczej przeprosi, że żyje, i pójdzie w drugą stronę. Ale wie pani, jak to się mówi: cicha woda…

– Tak, tak, oczywiście. Na razie nie wykluczamy nikogo. Jak się pokłócili, to mógł być motyw, choć młodzi się często kłócą i to nie powód, żeby kogoś zabijać. Proszę się zastanowić. Zakładając, że Diana wyszła od Wojtka żywa, to dokąd mogła się udać? Miała jakieś ulubione miejsca, lokale, może przystań żeglarską? A może bywała w miejscu, gdzie zostało odnalezione jej ciało?

– Polańczyk jest mały. Czasem ją widywałam w Zakapiorku, tam często w lecie mają miejsce jakieś występy. Czasem schodziła na sam dół Zdrojowej, nad jeziorko. A co do miejsca zbrodni, nigdy tam nie chodziłyśmy, nawet jako dzieci. Plaży tam prawie nie ma. Tak się zastanawiam, czy może poszła właśnie tam, żeby pobyć w samotności. Odreagować. Trudno mi powiedzieć, co czuła, nigdy nie zrywała z chłopakiem. Wojtek był jej pierwszym, poza tym z tego, co mówił, to się tylko kłócili, a nie zerwali.

– Czy siostra piła alkohol lub interesowały ją jakieś inne używki?