Może tym razem - Kasie West - ebook + książka

Może tym razem ebook

Kasie West

3,8

Opis

Jeden rok. Dziewięć zdarzeń. Dziewięć szans… na miłość. Sophie pracuje w lokalnej kwiaciarni, więc można ją spotkać na każdym wydarzeniu w jej małym rodzinnym mieście. Śluby. Pogrzeby. Grille. Imprezy sylwestrowe. Wymień jakąkolwiek okazję, a Sophie Evans na pewno tam nie zabraknie. Andrew Hart jest uczniem prestiżowej szkoły, oprócz tego to pewny siebie i pyskaty arogant. Jako syn nowego szefa kuchni w mieście nagle musi uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, w których bierze udział Sophie. Dziewczyna chce po prostu wykonać swoją pracę, a w międzyczasie dokończyć szkice, które mają zapewnić jej wstęp do wymarzonej szkoły architektonicznej. Ale na każdym kroku napotyka Andrew, który wchodzi jej w drogę i komplikuje życie. Pewnego dnia Sophie zaczyna się zastanawiać, czy wszystko, co jest w życiu piękne, musi być proste… Zachwycająca powieść mistrzyni komedii romantycznej, Kasie West, pokazuje, jak miłość może zakwitnąć w nieoczekiwanych miejscach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (124 oceny)
42
38
29
12
3
Sortuj według:
ksiazkolubpospolity

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka ma wszystko, czego potrzebuje idealna młodzieżówka. Kasie West naprawdę wie, co robi! Wciąga od pierwszej strony, jest lekka i wielokrotnie wywoła na twarzy uśmiech. Sophie Evans pracuje w kwiaciarni, która zajmuje się dekoracjami na większości przyjęć organizowanych w miasteczku w ciągu roku. Dziewczyna marzy o studiach w Nowym Jorku i zajmowaniu się projektowaniem ubrań. Na przyjęciu walentynkowym poznaje Andrew Harta, który mocno jej podpada, niszcząc stroik, który ona sama przygotowała. Chłopak jest synem sławnego kucharza, który przyjeżdża do miasteczka w ramach pracy. To sprawia, że wpadają na siebie na każdej imprezie, która wymaga zarówno kateringu, jak i dekoracji z kwiatów. Bohaterowie są ciekawi, nie brakuje im delikatnego pazura, który jest wyczuwalny najbardziej, gdy sobie dogryzają. Ich docinki brzmią zupełnie jak flirt, ale co pewnie nikogo nie zaskoczy, żadne z nich tego nie dostrzega. Są realistyczni, co oznacza, że nie brakuje im wad. To duży plus. Dalek...
00
Oszka84

Całkiem niezła

Przyjemna młodzieżówka poruszająca temat dostosowanota i wkraczania w dorosłość. Miły przerywnik i odstresowywacz. Klimat miasteczka i towarzyszenie bohaterom w imprezach okolicznościowych tworzy klimat. Do tego te kwiaty... Wyobraźnia pracuje. Polecam😃
00
MalgorzataKoziel

Całkiem niezła

Bardzo przyjemna lektura. Motyw kwiatów dodaje ciekawego urozmaicenia Projekty, które wychodzą spod ręki Soph, wydają się być bardzo unikatowe. Chciałabym, żeby w pozycjach, takich jak ta książka, od czasu do czasu te szkice były dołączone do druku.
00
emili22

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka dla młodzieży delikatna, zabawna ,poruszająca również trudne tematy…. Jestem na tak …uwielbiam książki tej autorki miło jest przeczytać od czasu do czasu cos tak delikatnego i romantycznego …. No i… tak zabawnego…moment z trumna jest najlepszy śmiałam się w głos …ale żeby wiedzieć o co chodzi trzeba przeczytać 😜
00
iCate0

Nie oderwiesz się od lektury

❤️❤️❤️
00

Popularność




Kolacja walentynkowa w domu spokojnej starości

TULIPAN

Tulipany to rośliny cebulowe. Chociaż kwitną wiosną, ktoś kiedyś wymyślił sobie: „Wiecie co, sprzedawajmy je na Walentynki”, a wszyscy najwyraźniej mu przyklasnęli. Nie mają jeszcze takiego wzięcia jak róże, jednak są od nich tańsze. I dlatego te kwiaty są tak pożądane przez domy opieki dla osób starszych.

Rozdział 1

W stołówce zapanowała rewia czerwieni i różu, jakby na tę okazję o wystrój zadbała sama Hello Kitty. Kwiaty, mój wkład w to przyjęcie, zajmowały na stołach centralne miejsce.

Zatoczyłam krąg wokół jednej z takich ozdób, próbując ustalić, co – poza owiniętym metalizowanym celofanem i upstrzonym różowymi serduszkami wazonem (który jak dla mnie powinien stamtąd zniknąć) – sprawia, że wygląda tak dziwnie. Ja postawiłabym na grube łodygi tulipanów, wzbogacone dla estetyki odrobiną zieleni, ale dekoracje nie zależały ode mnie. Na ten celofan zdecydowała się moja szefowa. Zupełnie jakby czerwone konfetti w kształcie serduszek, którym obsypane były obrusy, oraz przywiązane do krzeseł różowe i czerwone balonowe serca same nie załatwiały sprawy. Ale jak zawsze mawiała Caroline, gdy usiłowałam coś zasugerować: Słonko, przekonujesz przekonaną. Robimy to dla klientów.

Miała rację – klienci będą zachwyceni. A mnie, tak szczerze, za mało to obchodziło, bym miała się kłócić. Praca dla lokalnej florystki nigdy nie była moim marzeniem. Ale czego się nie robi dla pieniędzy, a ja będę ich potrzebowała, skoro zamarzyły mi się studia z projektowania mody w Nowym Jorku. A bardzo tego pragnęłam. Z całego serca.

– Tu cię mam. – Równowagę kompozycji burzył różowy tulipan. Wyciągnęłam go i zamieniłam miejscami ze znajdującym się obok tamtego czerwonym. – O wiele lepiej. – Patrząc na te kwiaty, zobaczyłam w myślach dziewczęta w jaskrawych letnich sukienkach, przemierzające pole tulipanów.

– Sophie – powiedziała Caroline, wchodząc do stołówki z kolejnym pękiem balonów – kwiaty wyglądają wspaniale.

Zamrugałam i dziewczęta w sukienkach znikły.

– Dziękuję.

Wszelkie Okazje były przede wszystkim kwiaciarnią. Ale w miasteczku tak małym jak nasze Caroline pełniła też rolę organizatora imprez. Ludzie zaglądali do sklepu po stroiki na stoły, a wychodzili z rozpisanym co do minuty programem wydarzenia. Caroline mawiała, że przekonałaby pszczoły do kupowania miodu.

– Byłaś ostatnio w furgonetce? – zapytała mnie teraz.

– Nie, od dawna do niej nie zaglądałam.

– Mogłabyś pójść zobaczyć, czy nie zostawiłam tam toreb z upominkami? Są w dwóch kartonach.

– Jasne. – Wytarłam dłonie w fartuch i zebrałam niewykorzystane materiały oraz wiadra, żeby je wynieść.

Na zewnątrz otworzyłam tył furgonetki i walnęłam wszystko do środka. Zdjęłam fartuch i upchnęłam go w skrzynce. Nigdzie nie widziałam toreb upominkowych, o których mówiła Caroline. Zobaczyłam za to swój plecak i wystający z niego szkicownik mody – stertę kartek, którą ledwie poskramiały związujące je rzemyki. Wyciągnęłam go wcześniej, bo naszło mnie natchnienie, ale Caroline zawołała mnie jeszcze w trakcie szkicowania.

Podniosłam go teraz i po rozwiązaniu rzemyków przekartkowałam rysunki, próbki materiałów i sprasowane liście, szukając projektu bluzki, nad którym pracowałam. I momentalnie się skrzywiłam. Gdzie miałabym się z tym pokazać? Był nakreślony pospiesznie i niechlujnie. Stale żałowałam, że nie mogę poświęcić szkicownikowi więcej czasu. Liczyłam na to, że jego zawartość pozwoli mi przekonać szkoły, że to właśnie mnie potrzebują. Zwłaszcza że nie miałam innego doświadczenia w kwestii projektowania mody.

– Sophie!

Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam Micah, moją najlepszą przyjaciółkę, wybiegającą właśnie z domu opieki. Uśmiechnęłam się, wsadziłam szkicownik do plecaka i zaczekałam na nią.

– Hej! Od kiedy tu jesteś?

– O rany, obcięłaś włosy!

Podniosłam rękę i pociągnęłam za ich końce. Dzień wcześniej skróciłam moje długie, ciemne włosy aż do brody i wciąż przyzwyczajałam się do nowej, postrzępionej fryzury.

– Zapowiadałam, że to zrobię.

– Wiem, ale ci nie wierzyłam.

Nie przypuszczała, że to zrobię?

– Nie podoba ci się?

– Co? Nie! Jest świetnie. Bardzo uwydatniło ci to oczy.

– Dzięki.

Micah miała na sobie mundurek cateringowej kelnerki – czarne spodnie i białą koszulę. Szarpnęła za kołnierzyk, który wyraźnie cisnął ją w szyję.

– Wiesz, jeśli dasz mi koszulę do małej przeróbki, będziesz się potem czuła milion razy lepiej. – Zebrałam materiał w fałdkę na wysokości talii. – Poza kołnierzykiem zajęłabym się też tym tutaj…

– Wiem, wiem. – Micah odtrąciła moje ręce. – Tata na pewno byłby zachwycony, że się czepiasz jego strojów służbowych. – Jej ojciec prowadził jedyną w miasteczku firmę cateringową. Micah wskazała burzę swoich czarnych loków, które niewątpliwie jeszcze niedawno spięte były na czubku głowy, a teraz rozsypywały się na wszystkie strony. – A skoro mowa o strojach służbowych, gumka do włosów mi pękła.

– Wyglądasz uroczo. Zostaw tak.

– Bo nie ma nic bardziej apetycznego niż włos w jedzeniu.

– Na pewno masz zapasową w swojej żelaznej rezerwie. – Tak właśnie nazywałam plastikowy kuferek z przegródkami, który Micah trzymała w bagażniku swojego samochodu. Jej żelazna rezerwa uwzględniała głównie wypadki związane z włosami, makijażem i ubraniem, ponieważ pojemnik nie był na tyle duży, by przechowywać w nim flary drogowe czy kołnierze ortopedyczne.

– Kpij sobie, ale ten kuferek niezliczoną ilość razy ratował ci tyłek – przypomniała.

– Święta prawda. – Podeszłyśmy do jej samochodu. Wyjęła go z bagażnika.

– Ciekawe, o jakim przeznaczeniu dla tych przegródek myśleli projektanci – zadumałam się. – Są na narzędzia? Śrubki i nakrętki?

– Na to, Sophie. Na to. – Micah z uśmiechem wyjęła gumkę do włosów. – Potrzebujesz czegoś?

Popatrzyłam na tę jej ofertę – na kolczyki, lakier do paznokci, patyczki higieniczne, plastry, błyszczyk do ust – wszystko w swojej przegródce. Idealny obraz tego, jak Micah chciałaby widzieć swoje życie. Każda rzecz na właściwym miejscu.

– Mam wszystko. – Ruchem głowy wskazałam furgonetkę. – Przyszłam po torby upominkowe.

– I to dlatego szkicowałaś?

– Nic nie szkicowałam! – Chrząknęłam. – Oglądałam wcześniejszy szkic.

– Mhm. – Moja przyjaciółka zatrzasnęła bagażnik i wróciłyśmy razem do furgonetki kwiaciarni. – Tak przy okazji, jak się udała wczorajsza randka z Kyle’em?

Na samo wspomnienie Kyle’a ścisnęło mnie w dołku.

– Niespecjalnie – przyznałam. – Gunnar schował się na tylnym siedzeniu samochodu Kyle’a i po pięciu minutach jazdy wyskoczył, żeby nas przestraszyć. – Spochmurniałam na myśl o kawałach mojego brata. – Kyle o mało nie rozwalił swojego nowiutkiego mustanga i przez resztę wieczoru o niczym innym nie mówił.

Micah aż się wzdrygnęła.

– Pierwsze randki zawsze wypadają dziwnie. Powinnaś dać mu drugą szansę.

– Nie wiem, czy on mi ją da. – Westchnęłam. – Przez mojego brata omal nie zniszczył sobie tego swojego cacka. Tak przynajmniej mówił… cały wieczór. – Ponownie przeszukałam tył furgonetki i w końcu wypatrzyłam kartony za fotelem pasażera.

– Ja dałabym ci jeszcze szansę – zauważyła Micah. – Poza tym, Gunnar jest uroczy.

To mi coś przypomniało. Wyciągnęłam z kieszeni komórkę i napisałam do brata:

„Odrobiłeś lekcje?”

„Tak. Chcesz zobaczyć pająka? Znalazłem go pod kredensem”.

„Fuj. Nie”.

– Czyli to już? – zapytała Micah.

– Słucham? – Odwróciłam się do niej. Wpatrywała się we mnie niecierpliwie.

– Odpuściłaś sobie Kyle’a po jednym wyjściu? To nie może się tak skończyć. Zrobiłam wam quiz na kompatybilność. Wyszło, że on to twoje dopełnienie.

Po tym, jak w zeszłym tygodniu Kyle zaprosił mnie na randkę, Micah namówiła mnie na rozwiązanie znalezionego w internecie quizu. Zaśmiewałyśmy się przy każdym pytaniu.

Przewróciłam oczami.

– Serio? Będziesz się na to powoływać jak na ewangelię?

– Jeśli będzie trzeba. – Według Micah z zasady nie dawałam chłopakom drugiej szansy. Tu się nie myliła. Ale z Kyle’em było inaczej. Bujałam się w nim już od paru miesięcy. Dlatego pomimo wysłuchiwania szczegółowych opisów tego, na co stać silnik V8 o mocy czterystu trzydziestu pięciu koni mechanicznych, gotowa byłam się z nią zgodzić, że pierwsze randki mogą odbiegać od normy.

– Zgoda, jeszcze jedna randka.

Uśmiechnęła się.

– Świetnie. On tu dzisiaj będzie?

– Wyobrażasz sobie jego kapelę na takiej imprezie? Staruszkowie wywołaliby zamieszki.

– Chodziło mi o to, czy nie przyjdzie odwiedzić babci. Ona nie mieszka teraz tu, w Willow Falls?

– A mieszka? Na zeszłorocznym przyjęciu jej nie było. Ale możliwe. Ja mogę ci tylko powiedzieć, kto tu nie mieszka: jego samochód. O jego bryce wiem wszystko.

– Zauważyłam. – Micah pociągnęła za gumkę do włosów, żeby się upewnić, że jej loki mocno trzymają się w koku. – Okej. Lepiej wracaj do pracy, słonko.

Cmoknęła powietrze koło mojego policzka, potem skierowała się w stronę budynku. Ja obeszłam furgonetkę i odsunęłam boczne drzwi.

– Aha! – Micah zawróciła i zrobiła parę kroków. – Później ci coś powiem! Naprawdę wielka sprawa.

– Czemu nie możesz powiedzieć…? – Nie zdążyłam jeszcze dokończyć pytania, a już była w środku, a drzwi się za nią zatrzaskiwały.

Wielka sprawa? Coś wystrzałowego czy samo dno? I czemu mi to zrobiła? Wiedziała, że po takiej informacji nie będę mogła spokojnie siedzieć.

Rozdział 2

Sięgnęłam po kartony z torbami upominkowymi Caroline. Nie miały jeszcze przydziału. Rewelacja. No to już wiem, czym będę się zajmować przez większość dzisiejszego wieczoru. Postawiłam pudła jedno na drugim i wniosłam je do środka.

Dotarłam już do połowy korytarza, gdy ktoś za mną zawołał:

– Przepraszam?

Odwróciłam się. Stał tam chłopak, mniej więcej w moim wieku, w dopasowanych dżinsach, pastelowej koszuli i świetnie na nim leżącej sportowej bluzie. Na jego niebrzydkiej buźce malował się uśmiech. Wyraźnie nie był stąd. Za wiele miał w sobie miasta.

Odpowiedziałam uprzejmym uśmiechem, licząc, że nie zajmie mi dużo czasu.

– Impreza zacznie się nie wcześniej niż za piętnaście minut – oznajmiłam. – Ale zapraszamy do holu. Rodziny już się tam zbierają.

Znałam całą tutejszą młodzież w wieku szkolnym (a także większość ich krewnych, żyjących bądź już nie), ten koleś więc musiał przyjechać do kogoś w gości. W myślach próbowałam przypasować mu kogoś z dziadków – Betty, Carla, Leo, a może…

– Nie jesteś stąd – stwierdził, jakby przytaczał moje myśli.

Poprawiłam położenie trzymanych kartonów. Nie były ciężkie, ale za to pękate.

– Słucham?

– Nie jesteś z Rockside – sprecyzował.

– Akurat jestem. Od urodzenia.

– Aha. No tak. Początkowo nie wyłapałem twojego południowego akcentu.

Wyprężyłam się, nawet dumna. Ciężko pracowałam nad maksymalnym stłumieniem akcentu, żeby na studiach nie rzucać się zbytnio w oczy.

Chłopak podszedł kilka kroków bliżej, a gdy wyciągnął schowaną za plecami rękę, okazało się, że ma w niej różowy tulipan.

– Piękny kwiat dla pięknej dziewczyny.

Zmarszczyłam brwi. On tak serio? Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować na tak bezczelnie romantyczny gest. O ile o coś takiego mu chodziło. A może o coś innego?

Spojrzałam na kartony w moich rękach, niezgrabnie oparłam je o biodro i sięgnęłam po kwiat. Ręka zamarła mi w połowie drogi do celu, bo zauważyłam owijający łodygę zielony kabelek, który podtrzymywał tulipan w pionie.

Zawahałam się.

– Skąd go wziąłeś?

Pytanie go zaskoczyło, uśmiech odrobinę przygasł, ale koleś wybrnął z tego słowami:

– Nieważne, skąd się wziął, ale do kogo trafia. – Wyciągnął rękę jeszcze dalej.

Postawiłam pudła na podłodze i wzięłam kwiat, żeby mu się przyjrzeć.

Oczywiście drucik owijał łodygę dokładnie w ten sam sposób, jak u reszty z przeszło setki tulipanów, które okręciłam tego ranka. Prawdę mówiąc, na pracy z tym kabelkiem upłynęły mi całe godziny.

– Wyjąłeś go z jednego z wazonów w stołówce? – zapytałam, wciąż w to nie wierząc.

Kiwnął głową.

– Tak, wyzwoliłem go z jego tandetnego więzienia. Od razu wydaje się szczęśliwszy.

Rozdziawiłam usta.

– Nie przejmuj się. Były ich tam setki. Nikt nie zauważy.

– Mam się nie przejmować? – Odwróciłam się i pomaszerowałam do stołówki.

– Czuję, że cię uraziłem – powiedział pan Domyślny, idąc za mną. Czy raczej pan Bufon? Może zresztą należało oba przydomki połączyć ze sobą, skoro tak do niego pasowały.

Stanęłam w drzwiach i przeskanowałam wzrokiem stroiki.

– Sugerujesz, że rozpoznasz miejsce, w którym znalazłem ten kwiat? – powiedział.

– Znalazłeś? Tak, powiem ci, dokładnie z której kompozycji ukradłeś tulipan, bo ostatnie osiem godzin upłynęło mi na ich układaniu.

Zakrztusił się.

– Ach. Użyłem słowa „tandetny”? Chodziło mi o… hm… strojny.

Przewróciłam oczami. Zobaczyłam, że zerka na mnie, jakby mnie oceniał. Miałam na sobie zieloną bluzkę z jedwabiu i spódnicę do kolan, w kwiaty. Moją kreację imprezową. Ale niezależnie od wydarzeń związanych z pracą lubiłam żywe kolory i klasyczny styl.

– I tak nie ty projektowałaś te stroiki – oświadczył – i dlatego nie rozumiem, co cię tak zmartwiło.

Skrzywiłam się.

– Tego akurat nie możesz wiedzieć.

Wzruszył ramionami, jakby był innego zdania, a potem odparł:

– Nadal nie wierzę, że potrafiłabyś wskazać bukiet, z którego go wziąłem.

– Potrafię.

– Bez liczenia kwiatów?

– Uzupełniasz tę naprędce stworzoną grę o nowe zasady?

– Tak! – przyznał z dumą. – Jeżeli ty nie zdołasz wzrokowo ustalić, w której wiązance brakuje kwiatka, nikt inny też się nie zorientuje, a ty będziesz musiała przyjąć mój podarek.

– Czy coś kradzionego w ogóle można nazwać podarkiem? – zapytałam i zaczęłam krążyć wokół stołów oraz między nimi.

– Umowa stoi?

Wnuk Leo niewątpliwie byłby irytujący. A może był wnukiem Johna? John słynął z tego, że wiecznie się czegoś domagał. Tyle że mogłabym przysiąc, iż wszystkie jego wnuczęta poznałam na zeszłorocznym grillu z okazji Czwartego Lipca.

– A jeśli ja wygram? – zapytałam.

Kącik jego ust uniósł się w półuśmiechu.

– W razie twojej wygranej będę ci winien tuzin kwiatów, za które zapłacę.

– Tuzin kwiatów, skomponowany przeze mnie.

– Tylko jeśli nie będzie folii.

Oczy zwęziły mi się w szparki.

– To się nazywa celofan. I nie, nie będzie.

– Coś czuję, że wyjdzie drogo.

Biorąc pod uwagę to, jak wygląda, miałam absolutną pewność, że go stać.

– A ja, że powinieneś zapłacić za tuziny skradzionych wcześniej kwiatów.

Nie zaprzeczył, wiedziałam więc, że trafiłam. Nie na mnie pierwszej usiłował zrobić wrażenie kwiatem zgarniętym bez zastanowienia. Przeszłam zatem od studiowania jego arogancji do ponownego przyglądania się bukietom. Niewiele było trzeba, bym wypatrzyła ten uszkodzony. Zepsuł całą kompozycję, kiedy wyciągnął kwiat z prawej strony. Westchnęłam, podeszłam do stołu, a niesiony przeze mnie tulipan znów zajął należne mu miejsce.

– Najbardziej lubię pomarańczowe kalie – oznajmiłam, wracając na korytarz.

– Widziałaś, jak go zabierałem? – zapytał chłopak, gdy go mijałam. – To stąd wiedziałaś?

– Nie, już ci powiedziałam. Skomponowałam każdy z nich. Rzucało się w oczy.

– Jestem pod wrażeniem.

– Nie musisz. A tak poważnie, nie kradnij już moich kwiatów. – Gdy odchodziłam, nadal stał w stołówce i się na mnie gapił.

Na korytarzu wyjęłam komórkę i napisałam do Micah: „Uwaga: po budynku krąży bufon. Kontakt na własne ryzyko!”.

Zza rogu wyjechał sznur wózków inwalidzkich i na moment przeciął mi drogę – to kilka opiekunek wiozło swoich podopiecznych w kierunku holu.

– Sophie – powiedział pan Washington, przejeżdżając obok. Opiekująca się nim Kayla natychmiast zatrzymała wózek. – Wydaje mi się, że moja żona też kiedyś miała taką spódniczkę.

– To wyrazy uznania, czy stwierdzenie faktu, panie W.? – zapytałam.

– Jak zawsze wyrazy uznania, panno Sophie. Wyglądasz oszałamiająco.

– Dziękuję.

– Umiałabyś zawiązać muchę? – Pokazał mi pasek jasnoczerwonej tkaniny.

– Umiałabym.

– Pomożesz starszemu panu z artretyzmem?

– Oczywiście. – Podeszłam i wsunęłam ten pasek pod kołnierzyk.

– Moja opiekunka nie miała pojęcia, jak to zrobić – stwierdził, jakby od wszystkich na tym świecie należało oczekiwać takich umiejętności.

– Przyznaję się bez bicia – potwierdziła Kayla. – A gdzie ty się tego nauczyłaś, Sophie? W tym miasteczku raczej trudno o okazje do noszenia strojów wieczorowych.

– Jako dziesięciolatka naoglądałam się trochę tutorialów na YouTubie i ćwiczyłam na lalce – wyjaśniłam, robiąc pętelkę. – Mamy ten mój nowy talent zbytnio nie zachwycił, bo żeby zrobić muszkę, pocięłam jedną ze swoich spódniczek.

– Zabawne. Zapomniałam, że interesujesz się modą – odparła Kayla. – Chcesz studiować projektowanie lub coś w tym stylu, prawda?

Tak to powiedziała, jakby chodziło o chwilową fascynację, a nie o coś, co było dla mnie wszystkim.

– Tak.

– Wystąpisz o moje stypendium? – zainteresował się pan Washington. – W tym roku jesteś w przedostatniej klasie, zgadza się?

Zaciągnęłam muchę i cofnęłam się o krok.

– Zgadza. Ale pan przecież nie zmienił zasad jego przyznawania, prawda? Wydawało mi się, że ubiegać się o nie mogą jedynie uczniowie chcący studiować w Alabamie. – Pan Washington nosił w sobie więcej miłości do tego stanu niż ktokolwiek inny ze znanych mi ludzi i już od przeszło dwudziestu lat kupował studentów tutejszym uczelniom.

– To prawda.

– Ja wybieram się na studia do Nowego Jorku.

Na pomarszczonym czole pana W. jeszcze przybyło zmarszczek.

– Ależ twoja mama mówiła mi, że nie możecie sobie na to pozwolić.,

– Oszczędzam. Trochę też pomoże mi tata.

Chyba wyczuł w moim głosie pewien opór, bo powiedział:

– To wspaniale, jednak o moje stypendium też nie zawadzi wystąpić. Plan rezerwowy to nic złego.

Plan rezerwowy… moja mama też często przywoływała to określenie. Z góry zakładała, że mój plan nie wypali.

Kiwnęłam głową.

– Zastanowię się nad tym. – Ale choćbym nie wiadomo jak długo wytężała myśli, nie zamierzałam nic w tym kierunku robić. Jeszcze półtora roku i moje marzenia się spełnią.

Rozdział 3

Kiedy wniosłam do stołówki kartony z torbami upominkowymi, pana Bufona nie było nigdzie w zasięgu wzroku. I dobrze. Zobaczyłam za to Caroline, mocującą się z głośnikami, które wcześniej ustawiła koło dwóch roślin doniczkowych.

– O, jak dobrze! – powiedziała, podchodząc do mnie. – Bałam się, że zostawiłam je w domu. – Zajrzała do górnego z niesionych przeze mnie pudeł. – Czyż nie są urocze? – Wyjęła celofanową torbę w czerwone serduszka. – Pasują jak ulał do stroików!

– Słodkie – przyznałam, starając się zabrzmieć szczerze.

– A teraz – poleciła – włóż do nich po dużej szczypcie różowej trawy i garści tych czekoladowych serc w folijkach. Będą idealnymi prezentami dla gości. Masz tam też wstążkę do zawiązywania torebek. – Rozejrzała się za czymś, a potem wzięła się pod boki. – Nie możesz ich tutaj pakować. To niezbyt profesjonalne. Sądzisz, że znajdziesz gdzieś miejsce na tę robotę?

– Na tyłach kuchni – stwierdziłam. – Pan Williams nie będzie miał nic przeciwko temu, że zajmę blat.

– Hmmm. Nie wiem, czy dzisiaj to wypali.

– Dlaczego nie?

Spojrzała na zegarek.

– Oho, już prawie pora. Na razie wsadź te kartony do składziku, potem się za nie zabierzesz. Teraz idź do holu i zobacz, czy zjechali już wszyscy goście. Jeśli tak, możesz ich wprowadzić.

– Okej. – Składzik znalazłam koło kuchni. Upchnęłam pudła pod dolną półką i skierowałam się do holu. Całe to wnętrze i pół korytarza zajmowały pochłonięte pogawędkami rodziny. Moja ciekawość wzięła górę i przeskanowałam wzrokiem całą tę grupę, licząc, że wreszcie powiążę z kimś pana Bufona. Nigdzie go jednak nie wypatrzyłam. Zobaczyłam za to Kyle’a, stojącego obok swojej babci. Jednak w tym roku przeniosła się tutaj.

Kyle przyszedł w krawacie, który już zdążył poluzować, poza tym miał na sobie dżinsy i koszulę. Zmierzwiona blond czupryna, jak zawsze, spadała mu na oczy. Uśmiechnął się, a ja odpowiedziałam mu tym samym, czując, że palą mnie policzki. Może jednak mój brat nie popsuł wszystkiego.

Któraś z opiekunek wydała z siebie donośny gwizd i zawołała:

– Spokój na sali!

Ponownie skupiłam się na całej grupie.

– Cieszę się, że dobrze się państwo bawią – oświadczyłam. – Jeśli wszyscy już dotarli, zapraszamy na główną część spotkania. Proszę za mną.

Poprowadziłam ten tłumek korytarzem, świadoma, że Kyle zapewne mnie obserwuje. Ja jednak byłam tu w pracy, a nie po to, by mnie coś rozpraszało.

W stołówce z głośników płynęła kojąca muzyka.

– Witajcie! – Caroline wprost promieniała.

Przytrzymałam drzwi napływającemu do środka tłumowi, miałam więc okazję słyszeć pierwsze ochy i achy. Caroline miała rację: ten pretensjonalny wystrój ich zachwycił.

Kyle wszedł jako jeden z ostatnich. Zaraz zatrzymał się tuż przy mnie.

– Nie wiedziałem, że tu będziesz – powiedział.

– To Wszelkie Okazje zapewniły kwiaty.

– No tak. To ma sens – przyznał.

– Nie prosili was, żebyście zagrali?

Kyle i ja nie tylko chodziliśmy do tej samej szkoły, ale też od zeszłego roku – to znaczy odkąd, spławiona przez Modyfikacje Minnie, czyli jedyną w naszym miasteczku firmę, w której naprawdę chciałam się zatrudnić, pracuję we Wszelkich Okazjach – zdarzyło nam się wspólnie uczestniczyć w kilku wydarzeniach.

– Myślisz, że moja kapela dobrze by w nich brzmiała? – Z szerokim uśmiechem wskazał ruchem głowy głośniki. Zespół Kyle’a grał głównie muzykę głośną i bliżej nieokreśloną, ale jakoś im się to sprawdzało.

– Babcia nie lubi twojej muzyki?

Parsknął śmiechem, którego brzmienie wymusiło na mnie uśmiech.

– No to narka, Evans. – Dosiadł się do swojej babci przy środkowym stole.

Już miałam zamknąć drzwi stołówki, gdy z kuchni wypadł mężczyzna w białej bluzie kucharza i z kwaśną miną. Mruknął coś pod nosem i z impetem przemaszerował przez salę, pchnął drzwi prowadzące na zewnątrz i zniknął za nimi. Wydał mi się z deczka znajomy, mimo to nie mogłam go z niczym skojarzyć. Czyżby pan Williams zaangażował asystenta? Nie sądziłam, że go na to stać. Zatrudniał już przecież do pomocy przy imprezach Lance’a Linga (chłopaka z naszej, czyli Micah i mojej, szkoły).

Tuż przy mnie nagle znalazła się Micah.

– Dokąd poszedł? – zapytała.

– Eee… – Ledwie wskazałam jej kierunek, pognała za zbiegłym szefem kuchni.

Znów się zabrałam do zamykania drzwi. Zawahałam się jednak, zerknęłam za siebie, a gdy zobaczyłam, że Caroline zabawia gości, ruszyłam za Micah.

Na zewnątrz udałam, że idę do furgonetki, ale prawie wcale nie kryłam, że nadstawiam uszu. Micah i mężczyzna w białej bluzie stali na chodniku.

– Jest zaszczycony, że pan przyjechał – mówiła Micah. – Każdy byłby. Przecież pan to Jett Hart.

Jett Hart? Omal nie westchnęłam z zaskoczenia i ponownie mu się przyjrzałam. Pewnie, że to on. Jett Hart, gospodarz lecącego kiedyś na kanale Food Network programu Gotuj z Hartem. Wyglądał na znacznie starszego, niż go zapamiętałam z czasów telewizyjnego pichcenia, ale w końcu od tamtej pory minęło z dziesięć lat. Gdzie się podziewał przez tę dekadę? Tutaj? U nas w Alabamie? Co robił na kolacji walentynkowej? Skąd Micah go zna? Głowę zalewało mi całe mnóstwo pytań i na żadne z nich nie znałam odpowiedzi.

– Właśnie tak. Każdy byłby – powtórzył Jett tonem osoby przekonanej o własnej wartości.

– Proszę tylko tam wrócić – zaapelowała Micah. – On posłucha. Ma po prostu swoje lata i przyzwyczajenia.

– Ktoś mający swoje lata i przyzwyczajenia raczej nie będzie chętny do słuchania.

– Będzie – obiecała.

Uświadomiłam sobie, że stoję jak słup soli i się gapię, więc ponowiłam swój spacer w stronę furgonetki.

Kiedy mijałam Micah, chwyciła mnie za rękę i przyciągnęła do siebie.

– Panie Hart, to jest Sophie Evans. Pana wielka fanka.

Minęła się z prawdą. Kiedy jego program zszedł z anteny, byłam w drugiej klasie podstawówki. W późniejszych latach widziałam kilka powtórek. Facet był despotyczny, wredny i arogancki, choć niewątpliwie utalentowany. Wiedziałam jednak, że Micah spodziewa się po mnie potwierdzenia, a ja ją zawsze wspierałam.

– Ogromna fanka – wypaliłam. – Pana podejście do dań z ryb jest inspirujące.

Micah strzeliła mnie łokciem w bok i odchrząknęła.

– Wydaje mi się, że minutnik przy przystawkach zaraz o sobie przypomni. Wracajmy, zanim mój tata je przypali.

Jej ojciec w życiu nie przypaliłby przystawek. Był świetnym kucharzem. Pewnie, że nie tak sławnym (ani teraz, ani przed dziesięciu laty), ale wszyscy uwielbiali jego kuchnię.

Jett prychnął, ale ruszył w stronę budynku.

Złapałam Micah za ramię, powstrzymując ją od ruszenia za nim.

– Co jest grane? Dlaczego twój tata miałby przypalić przystawki? Przyrządza je od lat.

– Bo to nie są przystawki mojego taty. Tylko Jetta.

– Przystawki przyrządził Jett? Zmieniliście menu kolacji walentynkowej w domu spokojnej starości? Powiedz, że nie robi czegoś ekstra bajeranckiego. Staruszkowie i tak już się ekscytują balonami w kształcie serc.

– Będzie dobrze – odparła. Umiałam poznać, kiedy zaczynała czuć się nieswojo, a jej starannie uporządkowane życie wchodziło w zakręt. To właśnie działo się teraz. – Wszystko się doszlifuje.

– Tak będzie. – Wprawdzie nadal nie wiedziałam, co jest grane, i nie mogłam być pewna, ile prawdy jest w tych słowach, wiedziałam jednak, że ich potrzebuje. – To część tej wielkiej nowiny, którą miałaś mi przekazać? – zapytałam.

– Tak – potwierdziła. – Później powiem ci więcej. Na razie muszę iść się wcielić w rozjemcę.

– Okej. Powodzenia. – Obdarzyłam ją najbardziej krzepiącym uśmiechem, na jaki było mnie stać.

Micah wbiegła do środka, a ja zostałam z mętlikiem w głowie. W Rockside w stanie Alabama, miasteczku, w którym nigdy nie działo się nic niezwykłego, pojawił się Jett Hart. Chciałam wierzyć, że wyjdzie z tego coś dobrego – że to zapowiedź rzeczy ekscytujących – ale nos podpowiadał mi, że może być wprost przeciwnie.

Rozdział 4

Musisz tu czuwać? Jako pogotowie kwiatowe? – zapytał pan Bufon, kiedy ponownie weszłam do stołówki. Stał obok wazy z ponczem, z telefonem w ręce, obserwując integrujący się tłumek.

Uzupełniłam stosik serwetek.

– Otrzymałam zgłoszenie, że grasuje tu złodziej kwiatów, toteż…

Skrzywił się ironicznie.

– Nudzisz się? – zapytałam.

– Jakżebym mógł? To przecież niewątpliwie najbardziej ekscytujące wydarzenie w całorocznym życiu tego miasteczka.

Zanim po raz kolejny zdążyłam dać wyraz swojemu oburzeniu, pojawiła się Micah z tacą jedzenia. Przystawki najwyraźniej się nie przypaliły.

– Szybko – szepnęła. – Zjedz jedną.

– Dlaczego? – spytałam, przypatrując się tacy. Leżały na niej kwadraciki zrobione z niewiadomej materii (chleba?), przykryte czerwono-białą masą i dopieszczone gałązkami zieleni.

– Bo nikt ich nie je. Na mój gust smakują dobrze, ale może się mylę.

Pan Bufon chwycił jedną i natychmiast ją pochłonął.

Ja nadal studiowałam te przystawki Jetta. Narastała we mnie złość na osobę przyprawiającą moją przyjaciółkę o taki stres.

– Wiedziałam, że testowanie nowego menu tutaj nie ma sensu – powiedziałam do Micah. – Ci ludzie po prostu chcą hot dogów w cieście lub tych niesamowitych kulek makaronowo-serowych, które robi twój tata. Nie mają ochoty na fikuśne bzdety jakiegoś przebrzmiałego kucharskiego celebryty.

– Hm… – zaczęła Micah.

– No co? – przerwałam, starając się podnieść ją na duchu. – Twój tata jest nieziemski. Niepotrzebna mu pomoc jakiejś dawnej sławy. Co w ogóle robi tu Jett Hart? Nie zniknął przecież bez powodu. Zgaduję, że jeśli nie chodziło o skrajną arogancję tudzież elementarny brak przyzwoitości w tym jego programie, to pewnie miało to wiele wspólnego z tym… czymś, co ma uchodzić za przystawkę. – Podniosłam jeden z tych skandalicznych kwadracików i go powąchałam. W sumie nie pachniał tak źle. Wsadziłam go do ust. Niemal rozpływał się w ustach, pobudzając wszystkie moje kubki smakowe.

Pan Bufon odchrząknął.

– Tak naprawdę to zniknął dlatego, że chciał wieść spokojniejsze życie z rodziną i pomagać małym przedsiębiorcom stanąć na nogi. Ale pewnie można by to uznać za przebrzmiałe. – Nieznacznie skinął głową. Odebrał od Micah tacę ze słowami: – Pozwól, że ja przez chwilę popróbuję. – I już go nie było.

Ja tylko stałam i próbowałam się nie zakrztusić tym, co miałam w ustach.

– Myślałam, że wiesz, kto to jest – syknęła Micah.

– Niby skąd miałabym wiedzieć? I nadal nie wiem, ale zgaduję, że to rodzina Jetta?

– Syn – oznajmiła. – Andrew Hart.

Oj.

– Ale ze mnie imbecyl.

– Tak jakby.

Walnęłam ją w ramię.

– To wszystko twoja wina. Czemu nie powiedziałaś mi o tym… cokolwiek to jest, bo wciąż jeszcze nie wiem… choćby wczoraj?

– Temu, że do wczorajszego wieczoru też nic nie wiedziałam! – oświadczyła Micah. – A nie chciałam psuć ci randki SMS-em.

Rozejrzałam się, czy Kyle jest w pobliżu, ale na szczęście nadal siedział przy stole z babcią, po drugiej stronie sali.

– Mój tata zgłosił się do tego programu Jetta Harta – wyjaśniała dalej Micah. – Jett patronuje małym przedsiębiorcom, którzy potem mogą działać pod jego szyldem.

– Sophie! – zawołała Caroline, machaniem wskazując mi miejsce, gdzie odwiązały się balony. – Jesteś mi potrzebna!

Ruszyłam ku niej, ale jeszcze obejrzałam się na Micah.

– Później opowiesz mi wszystko ze szczegółami – powiedziałam.

– Oczywiście. Teraz lepiej się dowiem, co Andrew robi, że te przystawki tak mu schodzą. Tacę ma już w połowie pustą.

– Andrew Hart – mruknęłam, wkurzona na samą myśl o nim. Całe szczęście, że po dzisiejszym dniu już nie będę musiała go oglądać.

– Rok? Jak to rok? – krzyknęłam.

– Ćśś. – Micah zgarniała do pojemnika na śmieci resztki z talerzy. Układała potem naczynia na tacach, na których powędrują do przemysłowej zmywarki. Ja, stojąc przy bocznym blacie, w końcu pakowałam torby upominkowe.

Obejrzałam się, ale byłyśmy w kuchni same. Pan Williams i Jett krążyli po stołówce, słuchając uwag. Przewidywałam, że będą to głównie skargi na to, że tata Micah nie zrobił swojego sławnego ziemniaczanego piure, tylko wmuszał we wszystkich rukolę skropioną octem balsamicznym.

– Na tym polega ten program – wyjaśniła spokojnie Micah. – To rok patronowania. Potem będziemy mieć prawo używać nazwiska Jetta w nazwie firmy.

– A ono w ogóle coś jeszcze znaczy? – Pilnowałam się, żeby nie mówić za głośno.

– Zdziwiłabyś się.

Sięgnęłam po wiązkę różowej trawy i ułożyłam ją w torbie.

– A co ma z tego Jett?

– Myślę, że jemu naprawdę zależy na wizerunku środowiska i wsparciu rozwoju drobnej przedsiębiorczości. – Micah wzruszyła ramionami. – No, i po roku będzie miał procent od naszego biznesu.

– Co takiego?

– Ćśś.

– Przepraszam. Po prostu zdawało mi się, że wspominałaś coś o walce o przetrwanie. Jak miałoby wam pomóc odpalanie Jettowi tego procentu?

– Obiecuje, że zwiększy nasze obroty o co najmniej trzydzieści procent, a my w zamian mamy mu dawać dziesięć.

– Czy on kiedykolwiek pracował z kimś z tak małego miasteczka? – zapytałam, nadal nieprzekonana. – Nie ma siły, żebyście tutaj zwiększyli obroty o trzydzieści procent. – Wrzuciłam garść czekoladowych serc do kolejnej torby.

– Chodzi o czar jego nazwiska – odparła Micah, sięgając po następny talerz. – Da nam rozpoznawalność, której potrzebujemy, by poszerzyć zasięg działalności o okolicę. Trzeba będzie trochę pojeździć, ale więcej zarobimy. Do tego Jett Hart to słynny biały szef kuchni. Dzięki jego nazwisku zauważą nas ludzie, którzy inaczej nigdy nie zamówiliby cateringu w firmie czarnych właścicieli.

– Okej – przyznałam pokornie. Sama mogłam wymienić kilka nazwisk, które miała na myśli, a przecież, choć przyjaźniłyśmy się od przedszkola, nie byłam świadoma wszystkiego, z czym musiała się mierzyć Micah. – Masz rację.

– Andrew zaś pomoże mojemu tacie zrobić stronę internetową.

Skrzywiłam się.

– Poważnie? A Andrew nie musi chodzić do szkoły? Ile on ma w ogóle lat?

– Siedemnaście. I nie musi, pracuje z tatą. Ma indywidualny tok nauczania.

– Skąd to wszystko wiesz?

Do talerza, który trzymała, przylepił się liść sałaty, zatrzęsła więc nim tak, że w końcu wpadł do śmietnika.

– Wieczorem, kiedy tata przyznał mi się, że wygrał, przeczytałam umowę od a do zet. A potem spędziłam godziny w internecie, zbierając wszelkie dostępne informacje od wcześniejszych uczestników programu.

Oczywiście, że tak. Micah, żeby w ogóle oswoić się jakoś z tą nowiną, musiała poznać każdy szczegół. I to prawdopodobnie dlatego jej tata nie pisnął nawet słówka, dopóki się nie dowiedział, jak sprawa się zakończy.

– I do jakiego wniosku doszłaś? – zapytałam. Nie potrafiłam jeszcze stwierdzić, czy w pełni akceptuje ten cały plan.

– Myślę, że to się może udać. Jett naprawę odmienił los innych firm.

– A u ciebie wszystko gra? – spytałam jeszcze, uważnie się jej przyglądając. – Wcześniej wydawałaś się zmartwiona.

– Jest dobrze. Po prostu stresowało mnie to, że Jett i tata się pokłócili.

– Tego nie łapię. Skoro twój tata sam się zgłosił do programu, to dlaczego broni się przed zmianami?

– Mam wrażenie, że sądził, iż Jett się tu pokaże i zaraz stwierdzi: „Łał, już jesteście wspaniali. Oto moje nazwisko i milion dolarów”.

– Serio?

– No, może niedokładnie, ale mniej więcej. – Odwróciła się do mnie. – Myślałam, że będziesz bardziej podjarana.

– Sorki, racja, ale przecież jestem. Nie byłam tylko pewna, czy ty też, stąd wahanie. Ale jest super. Mam nadzieję, że dobrze na tym wyjdziecie.

Micah machnęła talerzem.

– Nie o podjaranie naszym losem mi chodziło, ale dziękuję. Raczej o twoje szanse.

Zmarszczyłam brwi.

– Niby co miałoby mnie jarać w tym względzie?

– Wyobrażasz sobie, ile kontaktów musi mieć Jett Hart? – zapytała moja przyjaciółka z błyskiem w brązowych oczach. – Pracował w Hollywood, mieszkał w Londynie i w Nowym Jorku. W Nowym Jorku, Sophie! Ten facet może cię gdzieś wkręcić.

W głowie mi zawirowało. Jett Hart niewątpliwie miał kontakty w branży gastronomicznej, ale czy i w przemyśle modowym? Hmmm. Mógł gotować dla jakichś wielkich projektantów lub wydawców magazynów o modzie. Może mógłby załatwić mi praktykę lub przynajmniej jakieś dojście.

– O tym nie pomyślałam. Może i masz rację.

– Miło słyszeć – stwierdziła.

Złapałam za szpulę wstążki i nożyczki, a w głowie odtwarzałam wszystkie wydarzenia tego wieczoru.

– Jak myślisz, Andrew powie tacie, co o nim mówiłam?

Micah pokręciła głową.

– Wątpię. Może jest z niego rozpieszczony piękniś, ale nie wygląda na takiego, co leciałby do taty na skargę.

– No, teraz gadaj wszystko – kazałam jej. Minionej nocy Micah poświęciła na poszukiwania całe godziny, więc niewątpliwie odkryła też coś na temat Andrew. A skoro było mi pisane znosić tego chłopaka przez okrągły rok, wolałam dokładnie wiedzieć, z kim mam do czynienia.

Moja przyjaciółka odłożyła kolejny talerz na tacę i się wyprostowała.

– Za wiele ci nie powiem. W ciągu siedmiu ostatnich lat mieszkał z tatą w siedmiu różnych miejscowościach.

– Tym tłumaczy swój charakterek?

Otworzyły się drzwi i weszli przez nie Jett Hart oraz pan Williams, co położyło kres naszym ploteczkom.

– Sophie! – odezwał się ojciec Micah, wyciągając z kartonu postawionego na wyspie kuchennej jakieś miski do mieszania. – Cieszę się, że cię widzę.

– Też się cieszę.

Jett Hart podszedł do lodówki i zaczął wybierać składniki. Przyglądałam mu się sceptycznie. Czy Micah miała rację? Czy on mógłby być kluczem do przyszłości zarówno państwa Williamsów, jak i mojej? Moje serce zaczęło walić dwukrotnie szybciej, a mózg usilnie pracował nad czymś błyskotliwym i nadzwyczajnym, czym mogłabym błysnąć w jego obecności. Jett, z naręczem różnych produktów, zmierzał prosto do mnie. Zamarłam, z buzią na wpół rozdziawioną.

Zatrzymał się przy blacie, wciąż zasłanym częściami składowymi upominków.

– Co to takiego? – zapytał ostro.

– Prezenciki? – odparłam niezbyt fortunnie.

Karton bitej śmietany zaczął wyślizgiwać się spod jego pachy.

– Zabieraj to stąd – warknął.

Poderwałam się do działania. Zsunęłam z blatu gotowe torby, żeby zrobić mu miejsce, a następnie z pomocą Micah przeniosłam je do kartonów na podłodze.

– Nie mam całego dnia – warknął Jett i nogą usunął sobie z drogi jedno z moich pudeł.

Napięcie malujące się na twarzy Micah i myśl o mojej przyszłości powstrzymały mnie przed chlapnięciem jakiegoś niemiłego komentarza. Bo przecież miałam rok. Cały rok na przekonanie go do siebie.

Rozdział 5

Imprezy często upływały mi na gaszeniu minipożarów. Dzisiaj oznaczało to wsparcie pani White w uporaniu się z sosem, którym zalała sobie bluzkę, oraz zadbanie o to, by pan Langston nie zjadł konfetti, którym posypał sobie danie, myśląc, że to jakaś przyprawa.

Mój ulubiony etap kolacji walentynkowej rozpoczynał się jednak dopiero teraz.

Caroline, z mikrofonem w ręce, stanęła z przodu sali.

– Panie i panowie! – zagaiła. – Za chwilę podamy deser, ale najpierw odbędzie się licytacja kawalera do wzięcia. Przygotujcie, proszę, waszą willowfallsową walutę. Oto nadarza się okazja, by zdobyć na dziś partnera, z którym wspólnie zjecie słodkości lub może potańczycie.

Pomogłam kilku starszym panom utworzyć kolejkę obok Caroline, potem cofnęłam się, by śledzić początek licytacji. Dość szybko się zorientowałam, że panów do wzięcia będzie więcej niż zainteresowanych pań. Niektóre ubiegały się o więcej niż jednego wybrańca, co według mnie było zarówno zabawne, jak i fajne. Ale kiedy przed licytującymi stanął ostatni z panów, John Farnsworth, wiedziałam, że ciężko będzie go sprzedać. John słynął z marudzenia, a panie na widowni już pochłaniała rozmowa z nowymi partnerami, czyli panami, których w rzeczywistości przeważnie znały co najmniej od dekady. Taka była tradycja, a nasze miasteczko na punkcie tradycji miało hopla.

Złapałam się na tym, że podnoszę rękę do licytacji, mimo iż nie miałam tych pseudopieniędzy. Nikt mnie nie przebił, a Caroline posłała w moją stronę promienny uśmiech, gdy szłam na przód stołówki, odebrać mojego partnera. Uszczęśliwiony klient zapewnia firmie przyszłość, mawiała zawsze. Kątem oka wyłowiłam ironiczne spojrzenie Kyle’a z drugiej strony sali i odwróciłam wzrok.

– Panie Farnsworth – wzięłam go pod rękę i poprowadziłam od odległego stołu – jak mija panu wieczór?

– Pomijając brak piure i jakąś rybną pastę na krakersach?

– Tak, to możemy pominąć.

– Bywało lepiej.

– Ale też Jett Hart nigdy wcześniej nie przyjechał tu na imprezę – odparłam. W tej sali wszyscy po trzydziestce powinni wiedzieć, kim jest Jett Hart. A pan Farnsworth trzydzieści lat skończył bardzo dawno temu.

– Jett Hart? Chodzi o tego staruszka, który ględził o sałatce?

Skinęłam głową. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.

– To teraz już wszystko rozumiem! Nie sądzę, żeby starość mu służyła.

Byłam innego zdania. Jett Hart może i trochę wyglądał na zrzędę, ale przez te gęste włosy i klasyczną urodę łatwo było zrozumieć, czemu kiedyś zainteresowała się nim telewizja.

– Ale i tak go lubię – dodał w zadumie pan Farnsworth. – Lubiłem jego program. Nigdy nie brał się za żadne bzdety.

Ha! Może nazwisko Jetta rzeczywiście przysłuży się firmie pana Williamsa.

– Pana rodzina jest tu dzisiaj? – zapytałam swojego partnera, gdy zajmowaliśmy miejsca.

– Moja rodzinka nie raczy odwiedzać mnie nawet w normalne dni. Wyobrażasz sobie, że przylecieliby do Rockside na Walentynki?

– Współczuję.

– Nie prosiłem cię o współczucie.

– Zgadza się, wyraziłam je wyłącznie z własnej woli.

– Gdzie ten deser, który mi obiecano? – zapytał pan Farnsworth, rozglądając się wokoło.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się Andrew z dwoma najmniejszymi deserami, jakie zdarzyło mi się widzieć. Jakiś budyń czy też mus nałożono do kieliszków jak do wódki, a każdą porcję wieńczyła malina i kleks bitej śmietany.

– Co to ma być? – Pan Farnsworth wyraził na głos dokładnie to, co sobie pomyślałam. Pan Williams zwykle serwował solidne porcje placka z borówkami.

– To będzie najlepsza rzecz, jakiej państwo kiedykolwiek skosztowali – oświadczył Andrew.

– Śmiała obietnica – zauważyłam.

– Obstaję przy swoim. – Postawił przed nami po szklaneczce.

– Naparsteczek najpyszniejszej rzeczy, jaką kiedykolwiek skosztuję? – upewniłam się. Powinnam wyhamować. To w końcu syn Jetta Harta. Poza tym powiedziałam Micah, że skończę z tak negatywnym podejściem. Wystarczy, jeśli będę się tego trzymać.

Pan Farnsworth najwyraźniej docenił mój komentarz, bo zachichotał. Sięgnął po łyżeczkę i ostrożnie zjadł kęs, a potem mruknął, że to nie najgorsze. Jak na niego był to bardzo duży komplement.

Ja nie miałam zbytniej ochoty na ten deser. Zmuszona byłabym potem komplementować Andrew. Nie, nieprawda. Deser przyrządził tata Andrew, nie on sam. Skosztowałam. Czekolada była lekka i puszysta, i o odpowiednio wyważonym stopniu słodyczy. Idealnie kontrastowała z kwaskowatym smakiem maliny.

Kiwnęłam głową.

– Nie jestem pewna, czy to najlepsza rzecz, jakiej w życiu kosztowałam, ale niewątpliwie się tu sprawdzi, skoro motyw przewodni to… Jakiego słowa użyłeś? – Podniosłam wzrok na Andrew. – Tandeta?

Uniósł brew.

– A ja myślałem, że po tym, co wcześniej mówiłaś o moim ojcu, okażesz ciut więcej skruchy.

– Jakbyś ty przeprosił za swoje wcześniejsze słowa na temat moich dekoracji.

– Ja powiedziałem prawdę.

– Ja też. – Zagryzłam wargi, i to mocno. Uwaga była nie na miejscu. Andrew miał rację co do stroików. Były tandetne. Co we mnie wstąpiło?

Już otworzyłam usta, żeby przeprosić, kiedy powiedział:

– Po tym jak się ubierasz, jak się czeszesz i jak bardzo próbujesz ukryć akcent, aż nadto widać, że strasznie się starasz wyglądać na laskę z dużego miasta. To nie działa.

Zalała mnie złość, a zaraz za nią fala wstydu. Skąd wiedział, gdzie dokładnie dziabnąć? Czy w Nowym Jorku wszyscy się szybko zorientują, że jestem dziewczyną z prowincji? Policzki zaczęły mnie palić.

– Wściekasz się, bo dałam ci kosza, kiedy próbowałeś mnie poderwać w bardzo żałosny sposób – stwierdziłam, podnosząc się. – Nie pomyślałabym, że ktoś spławił cię po raz pierwszy, ale zupełnie nie umiesz przegrywać z wdziękiem, więc może jednak tak.

Andrew cofnął się o krok.

– Wdzięk? To właśnie prezentujesz z takim powodzeniem?

– Młody człowieku – odezwał się, ku memu zaskoczeniu, pan Farnsworth. – Oto oblicze kobiety chcącej, żebyś sobie poszedł. Przyjrzyj mu się uważnie, bo czuję, że widujesz takich wiele, ale nie wiesz, co oznaczają.

Nie byłam pewna, jaką minę miałam jeszcze przed chwilą, teraz jednak zbierało mi się na śmiech.

Andrew chyba odzyskał kontakt z jakąś odrobiną zdrowego rozsądku i uroczo uśmiechnął się do pana Farnswortha.

– Ma pan rację, wiele takich dzisiaj widziałem. – Lekko się ukłonił. – Dziękuję za tę życiową lekcję. – I po tych słowach już go nie było.

– Dziękuję – powiedziałam do mojego partnera i powoli usiadłam.

Pan Farnsworth poklepał mnie po dłoni.

– Zawsze stanę w obronie damy, ale i ty sama nader ślicznie dawałaś mu łupnia. Raczej nie potrzebowałaś mojej pomocy. Proszę jednak uważać, panno Evans. On wygląda na takiego, co w odwecie kąsa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki