Mów mi Katastrofa! - Magdalena Wala - ebook + książka

Mów mi Katastrofa! ebook

Magdalena Wala

4,2

Opis

Aldona ma niejeden talent, ale największym z nich jest wpadanie w tarapaty i przyciąganie niezwykłych zdarzeń, a przy tym... przystojnych mężczyzn. W wyniku zaskakującego splotu wydarzeń na jej drodze staje Kamil, i to nie raz! Mężczyzna pojawia się w najmniej spodziewanych momentach, w różnych zakątkach kraju i jakby nie przypadkiem. W dodatku jak na złość spotkaniom towarzyszą kompromitujące dla dziewczyny okoliczności. Kim jest tajemniczy przystojniak? Czy zakochana po uszy Aldona nie pomyli się, tym razem z wyborem obiektu swoich uczuć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (92 oceny)
43
30
15
3
0

Popularność




Copyright © Magdalena Wala, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie, 2017

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Dawid Wiktorski

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Fotografia na okładce: www.shutterstock.com/deandrobot

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN978-83-7976-643-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Ciału pedagogicznemu

Gimnazjum nr 3 w Mysłowicach.

Za wszystko!

1

Upiornie lało.

Aldona po raz kolejny przeklęła miejscowego czarusia, który zachęcał ją do przejażdżki po okolicy, powołując się na wbudowany w kolano barometr. Teraz marzyła, żeby wyszedł na chwilę z domu, potknął się i złamał nogę dokładnie w tym miejscu, które pokazuje cudowną pogodę. W kolanie. I żeby nie zrastało się dość długo, czyli aż do śmierci.

Spojrzała w niebo. Żadnej nadziei na poprawę pogody. Słońce było szczelnie zasnute ciemnymi chmurzyskami, z których lały się strugi deszczu. I nic nie zapowiadało rychłej poprawy sytuacji.

Zdesperowana ruszyła przed siebie. W końcu, do cholery, musiała gdzieś dojść. Obojętnie dokąd, byle tylko nie lało jej na głowę, i by tylko mogła napić się gorącej herbaty. O piwie nie wspominając. A wszystko przez zdezelowane auto z wypożyczalni prowadzonej przez „pogodynkę”, które ośmieliło się zepsuć pośrodku pustkowia. Jechała drogą, zakaszlało kilka razy i stanęło. Zupełnie bez powodu. Gdyby tak zapomniała zatankować… Ale zrobiła mu dobrze, lejąc do baku dziewięćdziesiątkę ósemkę Nie doceniło i się zepsuło. Bez krzty odpowiedzialności – myślała, mozolnie pnąc się na niewielkie wzniesienie. Przez godzinę czekała na rycerza w lśniącej zbroi. Z nowoczesnym rumakiem w postaci samochodu, najlepiej z napędem na cztery koła. Ani jednego, wszyscy na urlopie, daleko od dziewic w opresji. No, prawie dziewic – dodała uczciwie. Chciała zadzwonić do pensjonatu, ale jej komórka również postanowiła pójść na urlop. Tu mogła winić jedynie siebie, bo gdy zobaczyła czarny ekran, przypomniała sobie, że dzień wcześniej telefon wołał o jedzenie. Zmobilizowała się, spakowała do torby najważniejsze rzeczy i ruszyła z odsieczą samej sobie. W końcu była kobietą nowoczesną. Teraz tę nowoczesność miała ochotę wsadzić sobie głęboko gdzieś.

Zwłaszcza że, gdy już kompletnie straciła orientację w terenie, lunęło. I ten stan trwał nieprzerwanie od – spojrzała na zegarek – dwóch godzin. Na szczęście przezornie zapakowała kurtkę przeciwdeszczową.

Kurtka nie zdała egzaminu, podobnie jak mapa. Przemokła.

Ergo – obecnie była zła, przemoczona, spragniona, głodna i… brudna, dodała do listy, lądując na pośladkach pośrodku błotnistej kałuży. Nowe jeansy poszły się… Na dodatek w tej chwili służyły jako płozy w zjeździe na łeb, na szyję w dół pagórka. Brakowałoby tylko urwiska – pomyślała. W tym samym momencie poczuła, że wylatuje w powietrze, po chwili kończąc ślizg. Tylko wystający głaz – skonstatowała, po czym rozcierając piekące siedzenie, na wpół przytomna rozejrzała się po okolicy.

– Ocalona! – wrzasnęła, bo po ustąpieniu sprzed oczu wszystkich gwiazd w galaktyce, zauważyła majaczące w dolince pomiędzy wzniesieniami ruiny. Zmaltretowana, poczuła nowy przypływ energii i dziarskim krokiem ruszyła w stronę ósmego cudu świata, modląc się, aby ów nie okazał się mirażem.

Po kolejnych kilkunastu minutach marszu w deszczu, który tymczasem zamienił się w grad, dotarła do sterczącej wieżyczki. A właściwie jej resztek, które kształtem przypominały fallus. Doszła do wniosku, że nie jest z nią jeszcze tak źle, skoro miewa skojarzenia. Uszczęśliwiona stwierdziła nieobecność jakichkolwiek drzwi lub płotu broniącego wejścia, więc radośnie wtoczyła się do środka.

Czy tego dnia miała pecha? Ależ tak! Miała pecha. Miała takiego pecha jak z tego litewskiego Pcimia do Pszczyny, a może i dalej. Poza murami nie zachował się jakikolwiek fragment stropu, nie wspominając o dachu. Grad dalej walił w jej udręczoną głowę. Na dodatek złośliwie stawał się coraz intensywniejszy.

– Czy ktoś mi pomoże?! – zawołała w niebiosa.

Niebiosa uparcie milczały, w odpowiedzi zwiększając tylko natężenie gradu. I na dodatek zaczęło się robić ciemno, bynajmniej nie z powodu burzy, ale nadciągającego zmierzchu.

Szlag!

I w momencie, gdy, odpowiednio skomentowawszy sytuację marszem pogrzebowym, miała położyć się na kilku ocalałych cegłach w charakterze zwłok, zobaczyła Anioła Pańskiego. A właściwie ocalenie w postaci otworu w murze. Nie zamierzała dyskutować z przeznaczeniem i weszła w dziurę.

Spadła ze schodów.

Okej. Nic sobie nie zrobiła, czuła tylko rwanie w potłuczonym wcześniej pośladku. Ważne, że była pod dachem i nic nie lało jej się na głowę. Piwnica czy loch. Wsio rawno. Darowanej piwnicy nie patrzy się w zęby. Mogła tu rozłożyć obóz, ściągnąć mokre ubrania i, co najważniejsze, przeczekać deszcz. Zaopatrzenie w gorący napój w postaci herbatki miała w termosie. Kalorie w formie batonika również. Powiodła latarką po pomieszczeniu. Małe, ale dla moich potrzeb wystarczy – stwierdziła w duchu, ściągając przemoczoną kurtkę, a następnie sweter. Gdy została w samym staniku, gdzieś w oddali zagrzmiało. Dziękowała Bogu, że nie znajdowała się na zewnątrz. Do kupki mokrych ciuchów dołączył biustonosz. W momencie, gdy zaczęła grzebać w torbie w poszukiwaniu czegoś suchego i ciepłego odezwał się głos:

– A robiło się tak interesująco…

Wrzasnęła.

Dlaczego to zawsze mnie się przytrafia?! – pomyślała, błyskawicznie wyciągając z torby suchy polar i owijając się nim. Gdy już znalazła piwnicę, to przecież nie mogła być pusta. Musiała mieć lokatora.

– Zboczonego lokatora na dodatek – wymamrotała pod nosem.

– Zdrowego jedynie… – Usłyszała pomruk.

Tylko ona miała tyle szczęścia, żeby na środku pustkowia napotkać ruiny z obcym facetem. Na dodatek podczas pogody jak z horroru.

– Teraz jeszcze powinien wyciągnąć jakieś narzędzie mordu i wyekspediować mnie w przyśpieszonym tempie na tamten świat – mruczała do siebie.

Lekki śmieszek.

Świecąc latarką usiłowała zlokalizować Pana Perwersa i gdy się jej udało, zamarła. Z kilku względów.

Facet był wysoki. Mógł mieć ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Pięknie zbudowany – stwierdziła, przemykając światłem po ładnie ukształtowanych łydkach, mocnych udach, płaskim brzuchu i torsie. Dół jego osoby odziany był w obcisłe, niepozostawiające niczego wyobraźni jeansy. Nagą górę wycierał ręcznikiem, co znaczyło, że i dla niego deszcz nie miał litości.

Apetyczny zboczeniec – uznała i skierowała światło latarki na twarz. Gdyby nie jego wcześniejsza odzywka, uznałaby, że wpadł do niej archanioł Gabriel. Mokre, dość długie blond włosy, teraz ciasno przylegające do czaszki, koloru oczu nie dostrzegała, na dodatek zmrużył je pod wypływem światła. Mocno zarysowany, kanciasty podbródek, męska twarz, ale nie jakoś wybitnie przystojna. Na ustach błąkał się lekki uśmieszek. O ziemskim pochodzeniu gościa wybitnie świadczył lekko skrzywiony nos. Pewnie złamany w jakiejś bójce – wywnioskowała szybko. Lub po oberwaniu pięścią od nagabywanej kobiety. Mocniej zacisnęła polar. Facet był podwójnie niebezpieczny. Ale przynajmniej jak zginie, to ostatni widok będzie miała estetyczny. Mogła przecież trafić na starego, trzęsącego się i śliniącego dziada.

Wielkolud zmarszczył brwi.

Miała nadzieję, że nie ruszy dokonać ponurego dzieła. Nie zdążyła się napatrzeć. Zwłaszcza że latarka na raz wydobywała z mroku szczegóły tylko jednej części jego anatomii. Wolałaby ujrzeć jego całokształt raz a dobrze.A potem umrę szczęśliwa – dalej prowadziła wewnętrzny monolog.

– Zaraz tam umrze… zawsze uważałem, że kobiety mają skłonność do przesady.

Głos równie doskonały jak cała reszta… Ale ale! Czyżby ze stresu zaczęła głośno myśleć? Tego jeszcze brakowało, gdyby usłyszał, jak go komplementuje…

– I nie jestem zboczeńcem – odezwał się – tylko koneserem pięknych pań. A ponieważ ustawiłaś się w resztkach światła, a potem dopiero rozpoczęłaś peep show, uznałem, że męska publiczność ci nie przeszkadza. Możesz kontynuować.

Powiesił sobie ręcznik na ramionach i usiadł na kupie kamieni, sygnalizując, że nigdzie się nie wybiera.

Cudownie. Może powinna teraz wstać i wykonać pełen striptiz? Niedoczekanie! Popatrzyła na niego podejrzliwie, znów kierując latarkę na jego twarz. Tylko się uśmiechnął i zamrugał pod wpływem blasku.

Zaczęła się gorączkowo zastanawiać, w jaki sposób się ubrać, nie wypuszczając z dłoni źródła światła. I nie prezentując swoich wdzięków. Przystojny, nieprzystojny – jednak obcy facet. Obcy facet, który nie spuszczał z niej oka. Miała wrażenie, że nie przeszkadza mu półmrok, a jego wzrok przenika ją na wylot. Wyłączenie światła nie wchodziło w grę.

– Odwróć się! – zażądała.

Czasem najprostsze rozwiązania okazują się najbardziej skuteczne.

Facet jedynie się uśmiechnął.

– Natychmiast? – zaryzykowała raz jeszcze, nie licząc na sukces.

Prychnął i oparł się wygodniej. Z opcji dżentelmena nici. Boże! Widzisz to i nie grzmisz?!

W odpowiedzi zagrzmiało. Czyżby była dla niej nadzieja? Szkoda tylko, że piorun nie może go trafić w tą zakutą pałę!

A może po prostu nie rozumie po polsku? Ale nie, przecież twierdził, że nie jest zboczeńcem w jej ojczystym języku. Może jest niepełnosprawny intelektualnie?

– Czuję się nie bardzo komfortowo w mokrych jeansach. – Może uczucia opiekuńcze poskutkują?

– To je ściągnij – padła szybka propozycja.

Cóż, nie było to możliwe bez wypuszczenia z dłoni latarki, wsunięcia rąk w rękawy i zbudowania wokół własnej osoby czegoś na kształt namiotu. Na dodatek teraz poczuła, jak bielizna lepi jej się do czterech liter.

Pora negocjacji minęła. Do dzieła. Już ona mu pokaże! Złapała latarkę i poły polaru jedną ręką, a drugą zaczęła po omacku szukać rękawa. Nie spuszczając z oka obcego, gotowa była w każdej chwili zareagować na jego najdrobniejszy ruch.

– To, co wyrabiam, skręcając tułów, można określić jedynie jako „wyginam śmiało ciało” – mruknęła pod nosem.

– Raczej nieśmiało.

Kopnęła się mentalnie. Musi przestać głośno myśleć.

Eureka!

Trafiła w rękaw, szybko przełożyła latarkę do oswobodzonej ręki i błyskawicznie dokończyła ubierać polar, zapinając go pod szyję.

Teraz spodnie. Włożyła na siebie długą spódnicę i, walcząc z nią, zaczęła przygotowywać się do ściągnięcia mokrych jeansów. Oczywiście spódnica nie współpracowała i złośliwie zrolowała się w okolicach pasa.

Facet tylko się przyglądał, a ona zamarła z palcami na guziku spodni.

A jeśli on tylko na to czeka? Może chce sobie ułatwić zadanie? W końcu wiadomo, że ściąganie mokrych spodni nie należy do łatwych zadań. Zwłaszcza opiętych mokrych spodni. Opiętych, mokrych spodni na wierzgającej i wyrywającej się ofierze. On tylko chce sobie ułatwić zadanie! Ona ściągnie, co trzeba, a on huzia na nią. Ze spódnicą poradzi sobie o niebo szybciej. Zwłaszcza z luźną!

Ewentualny gwałciciel wzniósł oczy do nieba. Czyżby zaczął się modlić?

Raczej bezpieczne mokre spodnie czy sucha spódnica typu „bierz mnie, nie będę stawiać oporu”? Trudny wybór.

Co prawda nie wyglądał na oszalałego z żądzy i szykującego do jej zniewolenia. Utkwiła wzrok w jego podbrzuszu. Olbrzymich wzniesień nie było, zwłaszcza w dość mocnym świetle. Zdawszy sobie poniewczasie sprawę, który punkt jego ciała jest najdokładniej oświetlony, szybko skierowała latarkę na twarz mężczyzny. Krztusił się ze śmiechu.

Cholernie krępujące, pomyślała, czerwieniąc się jak burak.

– Zawsze wolałem różowolice dziołszki – oświadczył, wstając. – I ktoś wcześniej wypominał mi podglądactwo… – Pokręcił głową z ubolewaniem.

Aldona zamarła i zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Przyganiał kocioł garnkowi…

– Mógłbyś zostać tam gdzie jesteś i obrócić się? Proszę – zaapelowała zawstydzona.

Wyciągnął rękę i po chwili podniósł zza kupy kamieni sporą latarkę. Oświetlając pomieszczenie, ruszył w stronę plamy atramentowych ciemności. Musiał znajdować się tam korytarz wiodący do pomieszczenia obok. Nic dziwnego, że go nie zauważyła, jeśli to w nim czaił się drągal.

– Niestety powiedziała słowo-klucz – westchnął. – Jak skończysz się przebierać, przyjdź do piwnicy obok. Rozpalę tam ogień. Tu za chwilę będzie kolejny potop. Solennie obiecuję nie rzucić się na ciebie. Słowo! –Uśmiechnął się, podnosząc dłoń z wyprostowanymi dwoma palcami, po czym znikł w ciemnościach.

Aldona rozejrzała się po pomieszczeniu. Faktycznie ze schodów ciurkiem ciekła woda. Gdy odwróciła się od kamiennych stopni, nie pozostał nawet ślad obcego. Była w piwnicy sama. Błyskawicznie zsunęła mokre jeansy wraz z bielizną i odwróciła się w poszukiwaniu suchych, za późno zorientowawszy się, że świeci gołym tyłkiem prosto w ciemny korytarz. Wstała i chciała podejść do plecaka, lecz niespodziewanie znalazła się w pozycji horyzontalnej. W ciszy rozległ się huk spadających kamieni. Padając, naruszyła kilka. Przez chwilę leżała i analizowała, jak do tego doszło. No tak, zapomniała o spodniach i bieliźnie zrolowanych w okolicy kostek. Klnąc pod nosem na męskie szowinistyczne świnie, roztarła bolący łokieć, szarpnęła spódnicę, która łaskawie przykryła jej pośladki, ostatecznie pozbyła się problematycznej garderoby i wpakowała ją do torby. Zajmie się ich wysuszeniem, gdy uda się jej szczęśliwie wrócić do pensjonatu.

– O ile to kiedykolwiek nastąpi – stwierdziła, słysząc bębnienie deszczu.

Gdy była zajęta wkładaniem suchej bielizny, usłyszała szelest. Znów pojawił się cholerny zbok!

Podglądacz zmarszczył brwi i wymownie spojrzał na jej majtki wsunięte do połowy ud. Mocne światło z latarki Perwersa dokładnie oświetlało jej nieruchomą postać.

Natychmiast odzyskała wolę działania. Jednym ruchem dokończyła dzieła i opuściła spódnicę.

– Powinnaś podziękować, zamiast wpatrywać się morderczym wzrokiem – oświadczył. – Usłyszałem rumor i pobiegłem ci na ratunek. Niczym jakiś Galahad.

Podziękować? Krew w niej zawrzała. Podziękować!?

– W końcu musiałem się zdrowo namęczyć, co przy tej pogodzie jest niezbyt przyjemne…

Jeszcze nieprzyjemnie mu było. Najpierw nieproszony pożera ją wzrokiem, a potem jeszcze narzeka! O draniu!

Uśmiechnęła się zabójczo.

– Oczywiście, że są panu potrzebne dokładne podziękowania za to wszystko, co pan zrobił przez ostatnie pół godziny!

– Pięć minut – sprecyzował, patrząc na podświetlaną tarczę zegarka.

Uśmiechnęła się raz jeszcze i umieściła pięść w środku jego twarzy. Nos niestety okazał się twardy. Lecz nie dość – pomyślała z satysfakcją, gdy facet złapał się za brutalnie potraktowaną część ciała i spojrzał na nią z wyrzutem.

Po raz kolejny Dawid pokonał Goliata.

– Chcesz jeszcze jakieś podziękowania, babuciu[1] jeden?! – wrzasnęła.

[1] Świnia w gwarze śląskiej, używanej w okolicach Pszczyny.

2

Kamil spojrzał na śliczną Furię i pokręcił głową. Żadne podziękowania od tej wariatki nie były mu potrzebne. Tylko lekarz dla niego. I kaftan bezpieczeństwa dla niej!

Była najwyraźniej jak wszystkie inne kobiety. Totalnie nieprzewidywalna i niegodna zaufania.

Ale…

Przyjrzał się jej jeszcze raz, ale przemoczona drobina o twarzy anioła i nastawieniu nastroszonej walkirii nie znikała. Czyli nie była jedynie snem, o czym dobitnie świadczył jego rwący bólem nos. Wzdychając ciężko, postanowił wyjaśnić wszystkie wątpliwości na jej korzyść i podjął ostatnią próbę racjonalnych wyjaśnień.

– Rozpaliłem ogień, żebyś mogła się ogrzać. Zauważyłem, że trzęsiesz się z zimna – stwierdził z wyrzutem, po czym wskazał na ciemny korytarz.

Spojrzała we wskazanym kierunku i faktycznie – korytarz nie przypominał już wnętrza peleryny Drakuli. Coś migotało w centrum, rozświetlając nieprzeniknioną wcześniej ciemność.

Szał w niej wygasł i znów poczuła zażenowanie. W tych okolicznościach jego słowa miały zupełnie inny wydźwięk. A ona być może znów pochopnie wyciągnęła fałszywe wnioski. Jeśli faktycznie był nieszkodliwy, to miała nadzieję, że nie uszkodziła go za bardzo. Na wszelki wypadek nie będzie podawać swoich danych. Nie chciała, żeby znalazł ją prawnik z pozwem o odszkodowanie za straty moralne i fizyczne.

Może nie będzie źle, bo nieznajomy dość szybko przestał macać uszkodzone miejsce, mrugnął do niej i podążył w stronę migoczącego ognia.

Zmieniła ubranie, ale robiło się jej coraz bardziej zimno. Obcy miał rację, zaczynała się trząść. Wybór miała prosty. Albo tu zamarznie, kiedy skończy się ciepła herbata, albo pójdzie się ogrzać do pomieszczenia obok. Nie zważając na towarzystwo.

Chciała komfortu! Pragnęła komfortu! Żądała go!

Zebrała wszystkie rzeczy i ruszyła w stronę blasku. Gdy weszła w wąski korytarz, jej latarka zgasła. No ładnie! Teraz jest już całkowicie zdana na łaskę obcego. Na szczęście źródło światła i ciepła było coraz bliżej.I jedzenia – skonstatowała, gdy do jej nozdrzy dotarł zapach pieczonego mięsa. Wielkolud ma zapasy prawdziwego jedzenia!

Ze szczerym zamiarem wyżebrania dla siebie porcji przyśpieszyła kroku. I przekonała się na własnej skórze o prawdziwości powiedzenia „gdzie się człowiek śpieszy, tam się diabeł cieszy”, bo potknęła się na pierwszym wystającym kamieniu i wylądowała na czworakach. Plus taki, że dłonie zamortyzowały upadek i nie zdołała rozbić sobie głowy. Minus – spódnica nie była tak wytrzymała jak spodnie i obtarła sobie dotkliwie kolano. Podsumowując – zebrała pokaźną kolekcję sińców i innych bolesnych obrażeń. Nie była może nigdy miss zgrabności, ale też nie uważała się za totalną łamagę. A dzień jeszcze się nie skończył. W następnej sali czekała przystojna niewiadoma.

Słysząc kolejny rumor, zmaterializował się w korytarzu, zasłaniając sobą światło. Widziała tylko jego górującą nad nią sylwetkę. Wzdychając ciężko, pomógł jej przyjąć pionową postawę. Tylko nie musiał przy tym tak stękać. Był dość duży, żeby podnieść ją bez wysiłku. A ona nie była gruba, tylko miała krągłości. To nie jej wina, że szczupłe sylwetki dostały się w genetycznej loterii jej siostrom. A jej chichoczący los przyznał niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu i figurę klepsydry.

Gdy znów stanęła pewnie na nogach, odsunęła jego dłonie.

– Poczułbym się pewniej, gdybym mógł służyć ci ramieniem, panno Wypadek. Ale w tej ciasnocie to niemożliwe, więc uważaj, byś sobie nie rozbiła czegoś cennego – rozległ się jego głos.

– Mam na imię Aldona, a na nazwisko zdecydowanie nie Wypadek – poinformowała sucho.

Po chwili się mentalnie kopnęła. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o zachowanie anonimowości. Że też rodzice musieli jej dać tak dziwnie na imię. W tej sytuacji wolałaby pospolitą Asię, Kasię czy Marysię.

– Dobrze, panno Niewypadek. Kamil jestem.

Prawie widziała, jak się z niej śmieje.

– Aldona – oznajmiła z naciskiem. – Możesz też mówić Aga.

– Aldona – powiedział, przeciągając sylaby. – Odpowiednio do kraju i okoliczności. Nie masz przypadkiem na drugie imię Anna? – podsumował.

– I odojcowskiego Giedyminówna[2]? Nie – ucięła. – Mój ojciec nie wierzy w drugie imiona.

– I tak ładnie – zawyrokował, po czym odwrócił się i ruszył do ogniska.

Złapała za pasek jego spodni. Niczego tym razem nie zamierzała zostawić przypadkowi, a on świetnie nada się jako amortyzacja. Szkoda, że podczas rozpalania ogniska dalej nie zdążył ubrać koszuli. Byłaby mniej skrępowana, łapiąc za nią. Spodnie… mogły być odebrane wieloznacznie. No, ale raz kozie śmierć.

Widocznie odebrał jej gest jako dowód skrajnej rozpaczy, a nie desperacką próbę uwiedzenia, bo dostosował swoje tempo do jej ostrożnego stąpania. I może dzięki temu dotarła do wysoko sklepionej piwnicy wolna od kolejnych obrażeń.

Jej umysł historyka natychmiast zarejestrował, że pomieszczenie, w którym się znalazła, miało ceglane ściany z krzyżowym sklepieniem opartym na filarach. W innych okolicznościach byłaby zachwycona, ale teraz interesowało ją tylko ognisko płonące w pobliżu wyjścia.

Wyciągnęła ręce nad ogniem i westchnęła, czując miłe ciepło. Dopiero teraz do niej dotarło, jak bardzo była przemarznięta.

Kamil zabrał się za wkładanie koszuli, która wyglądała na ciepłą flanelę. Na nią wciągnął polar.

– Hałasy z zewnątrz trochę mi przeszkadzały podczas wieczornej toalety – wytłumaczył.

Faktycznie zauważyła po drugiej stronie ogniska karimatę, małą kuchenkę spirytusową, metalowy kubek i maszynkę do golenia. Dalej stał dość duży plecak.

Skończyła oglądać jego dobytek i skoncentrowała się na pobieraniu ciepła z trzeszczących płomieni. Kamil, widząc jej niezgrabne ruchy i niechęć do oderwania się od ognia, podszedł do plecaka, chwilę w nim pogrzebał i wyciągnął mały rulon, który następnie rozwinął w śpiwór.

– Wskakuj – zaprosił, rzucając go na matę.

Nie trzeba jej było powtarzać dwa razy. Praktycznie biegiem dopadła śpiwora i raz dwa zakopała się w nim. Szybko też poczuła miłe ciepło. A wraz z poczuciem komfortu włączyły się jej funkcje wyższe mózgu. Na przykład takie jak myślenie.

– W torbie mam termos z herbatą. Poczęstuj się –zaproponowała, po cichu licząc na udział w piekącym się nad ogniskiem kurczaku.

Kamil natychmiast wstał, podszedł do jej torby i zaczął w niej grzebać. Oczywiście musiał mieć problemy z lokalizacją dość dużego, metalowego przedmiotu, bo pierwsze co wyciągnął, nie było bynajmniej termosem z ciepłą zawartością, a jej koronkowymi tangami. Tymi czystymi na szczęście.

Chrząknęła.

Natychmiast schował majtki i wyciągnął termos.

– Ładne były – usprawiedliwił się, widząc jej pełen wyrzutu wzrok.

Poczuła się trochę udobruchana, że nie skomentował ich rozmiaru.

Nalał im po kubku herbaty i usiadł na macie obok Aldony.

– Mam przenośną kuchenkę, ale zagrzanie wody trochę by trwało.

Chwilę myszkował w swoim plecaku, po czym wyciągnął małą apteczkę.

– Lepiej zdezynfekować. Nie wiadomo, jakie paskudztwo może się dostać do rany.

Aldona niechętnie wygrzebała się z ciepłego śpiwora. Miał rację. Nie chciała ryzykować zapalenia niewielkiej ranki lub – co gorsza – tężca. Usunęła resztki brudu wacikami ze swojej kosmetyczki, którą podał jej mężczyzna. Przemyła skaleczenia wodą mineralną, a następnie odkaziła Rivanolem.

– Widzę, że jesteś świetnie przygotowany do warunków polowych. Nie jesteś chyba bezdomny?

Parsknął śmiechem w odpowiedzi na jej pytanie.

– Nie… Jestem takim samym turystą jak ty.

– Skąd ta konkluzja? – zainteresowała się.

– A stąd, że oboje mówimy po polsku, przebywając w jakiś litewskich ruinach. Możesz być albo rdzenna, ale mówisz bez akcentu, albo studentką z wymiany, albo turystką. Wybrałem najbardziej logiczną wersję, mylę się?

Pokręciła głową. Wcześniej wydawało jej się oczywiste, że używali tego samego języka. A rzeczywiście w tych okolicznościach było to niezwykłe.

– Niby tak, ale nie wyjaśnia to stopnia twojego przygotowania do przetrwania na tym zadupiu.

– Nie takim znowu zadupiu. Znajdujemy się niedaleko Jużyntów.

– Zepsuł mi się samochód, gdy jechałam do Rakiszek. Moja komórka jest martwa, wiec nawet nie miałam jak zadzwonić po pomoc. Szłam, żeby znaleźć jakąś wieś, gdzie funkcjonują jakiekolwiek zdobycze cywilizacji.

– Zatrzymałaś się u Olgerda w Rakiszkach?

Odłożyła apteczkę i przyjrzała mu się badawczo. Popijał herbatę z kubka z błogą miną. Skąd wiedział? Medium czy co?

Jej zaokrąglone ze zdziwienia oczy odebrał jako potwierdzenie swojej koncepcji.

– Też padłem ofiarą jego prognozy pogody. Zapewniał, że będzie idealna na pieszą wędrówkę. Najbardziej tak lubię podróżować: pieszo z plecakiem, lub autostopem, by szybciej dotrzeć do interesujących miejsc. Co do Olgerda, to wspominał mi, gdy wychodziłem, że zatrzymała się u niego atrakcyjna Polka. Wnioskuję, że to ty.

Poczuła się mile podłechtana. Rozluźniła się. Poza tym, jeśli zatrzymał się w pensjonacie, to będzie wiedziała przeciwko komu skierować demony zemsty, gdyby zrobił jej krzywdę. No, chyba że krzywda będzie ostateczna. W takim wypadku możliwość poznania jego danych osobowych jej nie uratuje. Nikt nie mógł wiedzieć, gdzie spędziła noc, i przede wszystkim z kim. Aczkolwiek nie przypuszczała, że stanie jej się coś złego. W końcu facet, który oddaje obcej kobiecie swój śpiwór, nie może mieć wobec niej morderczych zamiarów. Zwłaszcza że ów drogocenny sprzęt turystyczny mógłby nie przeżyć samego procesu mordowania broniącej się dziko ofiary.

Nieświadomy kierunku, w którym wędrowały jej myśli, Kamil podał jej powerbank, który Aldona z okrzykiem ulgi podłączyła do swojego telefonu. Gdy zaświecił się ekran, odetchnęła z ulgą. Znalazła się krok bliżej cywilizacji. Mężczyzna przez chwilę obserwował jej zachwyconą twarz, po czym przyjrzał się uważnie kurczakowi, a następnie ściągnął go z ognia i poporcjował.

Kamil zdecydowanie nie przypomina socjopaty ani maniakalnego mordercy – pomyślała, wcinając gorące mięso, które zostało zaserwowane na papierowym talerzu. Kurczak lekko parzył w palce, ale w smaku przypominał ambrozję. Niebo w gębie – myślała, oblizując palce z tłuszczu. Obok mężczyzna rozprawiał się ze swoją porcją. Negatywne pierwsze wrażenie mogła zwalić na beznadziejność pewnych cech pojawiających się u wszystkich samców. W tym tej zachęcającej do korzystania z każdej nadarzającej się okazji, by pooglądać trochę golizny.

– Skąd wiedziałeś, że będzie potrzebny zapas drewna?

Wzruszył ramionami.

– Dojrzałem te ruiny, gdy zaczęło się chmurzyć. Zdecydowałem nie tracić czasu na szukanie noclegu u dobrych ludzi w Jużyntach, ale zanocować tutaj. Lubię takie średniowieczne klimaty. Znalazłem tę piwnicę, zgromadziłem drewno. Część jest mokra, bo zbierana już w czasie ulewy. Zazwyczaj lubię nocować pod gołym niebem, ale nie w czasie oberwania chmury. Dziś tak planowałem, zachęcony prognozą pogody, i muszę powiedzieć, że jestem zadowolony ze wszystkich okoliczności. – Mrugnął do niej szelmowsko.

Faceci!

I w tym momencie ją olśniło. Usiadła zaniepokojona.

– Przecież my nie jesteśmy pod gołym niebem, a w piwnicy. Możemy zatruć się tym dymem, zwłaszcza gdy dołożysz mokre drewno. Natychmiast zgaś ten ogień!

Kamil, w odpowiedzi na jej rozkaz, zaczął ryczeć ze śmiechu.

– I teraz o tym pomyślałaś? Kiedy siedzimy tu już ponad godzinę, grzejąc się przy ognisku?

– Niepotrzebnie wysilasz się na sarkazm.

– Nie wysilam się, tylko wytykam błędy w rozumowaniu. Pojawiłem się tutaj, jak jeszcze było jasno. Nad nami jest wąski otwór okienny, w zasadzie jest ich kilka, więc pomieszczenie ma dobrą wentylację. Nie ma szansy, byśmy się udusili z powodu nadmiaru dymu.

Och. Faktycznie. Do tej pory już powinna kaszleć z powodu podrażnienia dymem, a nic takiego się nie działo.

Zadowolona, rozgrzana i najedzona poczuła senność. Chyba nic takiego się nie stanie, jeśli się trochę zdrzemnie. Może w tym czasie przestanie padać… Poza tym na pewno poczuje, jeśli Kamil zacznie coś kombinować.

Nie poczuła.

Obudziła się w środku nocy. Zesztywniała, kiedy poczuła za sobą czyjeś gorące ciało. Zamierzała zacząć wrzeszczeć, gdy nagle przypomniała sobie wszystkie okoliczności. Wielkolud pochrapujący w jej szyję to pewnie Kamil. Oboje leżeli na karimacie przykryci jego śpiworem, ona z głową na jego ramieniu. Drugie opatulało ją dokładnie w pasie. W tych niesprzyjających warunkach było jej zaskakująco wygodnie, zaś Kamil był lepszy niż farelka. Uspokojona zamknęła oczy i po chwili znów zasnęła.

Mężczyzna obudził się przed świtem. Długo przypatrywał się oświetlonej przez promienie wstającego słońca twarzy Aldony. Uśmiechnął się i wyciągnął z plecaka kartkę papieru.

Aldona obudziła się na dźwięk męskich głosów. Jeden z nich był jej znany, ale nie należał do towarzysza niedoli z zeszłej nocy. Otworzyła oczy w chwili, gdy pan Pogodynka wszedł do jej tymczasowej sypialni i, widząc ją, załamał ręce. Rozejrzała się dookoła. Kamila i jego plecaka nie było. Musiał już ruszyć w swoją wędrówkę. Szkoda, że nie zdążyli się pożegnać.

Rozpoczęła konwersację na migi i łamanym angielskim z Olgerdem. Kamil zadzwonił w nocy, informując o problemach z samochodem i o miejscu jej pobytu. Po znalezieniu porzuconego auta i po tym, jak nie pokazała się wieczorem, Olgerd chciał zawiadomić policję, wojsko i służby specjalne o zaginięciu turystki, ale postanowił zaczekać do rana. Bo przecież jest dorosła i nie byłaby zadowolona, gdyby ktoś przerwał jej jakieś nocne rozrywki.

Zła jak osa o posądzenie jej o uprawianie turystyki seksualnej, postanowiła wrócić do pensjonatu, umyć się, zjeść śniadanie i zastanowić się nad powrotem do domu. Na razie dość miała Litwy i gdyby nie spotkanie z Kamilem, weekend majowy w okolicy Rakiszek uznałaby za niezbyt udany. Może po drodze zahaczy o Kiejdany, bo Wilno oglądała wcześniej.

Poprosiła mężczyznę o chwilę prywatności, żeby mogła się ogarnąć. Kamil zostawił jej matę i śpiwór. Zostawi je u Olgerda i poprosi, żeby ów skontaktował się z właścicielem.

Gdy strzepywała śpiwór, by go zwinąć i włożyć do pokrowca, zauważyła zgiętą kartkę papieru. Zaciekawiona podniosła ją i rozłożyła.

Wciągnęła głośno powietrze. Na kartce uwieczniona została śpiąca dziewczyna. Rzęsy leżały na policzkach, tworząc delikatne cienie, a jeden z ciemnych loków zwijał się na jej zarumienionym policzku. Usta były wygięte w półuśmiechu, jakby śniła coś wspaniałego. Delikatna, śliczna dziewczyna. Ona, a jednocześnie jakby nie ona. Czy właśnie tak widział ją Kamil?

Portret zatytułowany był „Zaufanie”.

[2] Aldona Anna – córka litewskiego wielkiego księcia Giedymina i królowa Polski. Pierwsza żona Kazimierza Wielkiego.

3

Gdy wysiadła z busa w swej rodzinnej wsi, zastanawiała się, co też zastanie w domu. Tęskniła za rodzeństwem i rodzicami, ale jej domu bynajmniej nie można było nazwać oazą spokoju. Gdy tylko zbliżyła się do płotu, już słyszała dobiegający ze środka rumor. Była ciekawa, jakaż nowa katastrofa się wydarzyła.

Nie traciła czasu na zawiadomienie dzwonkiem o swoim przybyciu i od razu wyciągnęła klucze. Gdy rozległ się pierwszy zgrzyt w zamku, w oknie przy schodach zmaterializował się pies. W pysku trzymał but ojca oraz czapkę z daszkiem brata. Obecnie w stanie totalnego omamlania. Będzie się nadawała jedynie do prania. A tyle razy powtarzała Danielowi, żeby nie zostawiał swoich cennych rzeczy tam, gdzie mógłby je dorwać Muffin. W tym samym momencie ogon sierściucha zasygnalizował, że jest teraz najszczęśliwszym psem na świecie, bo pani wróciła tam, gdzie jej miejsce. Do swojego ukochanego psa. I do całej reszty stada Muffina. Dokładnie w tej kolejności.

– Muffin, siad – rozkazała, widząc, że pies rozpędza się, by przywitać się z nią w najbardziej odpowiedni według niego sposób. Z łapami na jej barkach i jęzorem na twarzy. Przy okazji mogłaby oberwać butem ojca. Z miłości, oczywiście.

Pies ledwo wyhamował, po czym przyjął pozycję siedzącą, nie wypuszczając z pyska zdobytych łupów, a ogonem zmiatając jakiś niewidoczny gołym okiem kurz. Wierne oczy patrzyły z całkowitym oddaniem.

– Dobry pies – pochwaliła. – A teraz oddaj. Zostaw!

Muffin zastanawiał się przez chwilę, wiedząc, że jeśli puści zdobycz, zostanie mu ona odebrana. A przecież świetnie nadawała się do przeżucia.

– Zostaw – powtórzyła.

Wlepił w nią badawczy wzrok, zastanawiając się, czy pani aby na pewno mówi poważnie. Aldona spojrzała surowo na psa. W końcu pochylił łeb i wypuścił z pyska zagrabione przedmioty.

– Dobry pies. – Poklepała go, po czym zaczęła ściągać kurtkę.

Muffin obszedł ją dwa razy i cały czas machał ogonem, zostawiając przy okazji jasną sierść na jej ubraniach, po czym zabrał się za pożeranie chrupek z miski. Co prawda nowe zabawki zostały mu odebrane i schowane w szafie, ale w pysku z tej radosnej okazji musiało się coś znaleźć. Ostatecznie mogły to być chrupki.

Aldona tymczasem zmieniła buty na kapcie, strzepnęła kudły swojego sierściucha i podążyła tam, skąd dochodził jazgot – do pokoju dziennego.

Weszła i natychmiast miała ochotę uciec – rodzinka w komplecie, tylko brata brakowało. Testosteron w zdecydowanie damskim towarzystwie reprezentował jedynie ojciec. Musiało się wydarzyć coś poważniejszego niż zwyczajne ubytki w rodzinnej porcelanie, skoro babcia – seniorka rodu, zajmująca najważniejsze miejsce na fotelu, zwołała to zgromadzenie. Tylko ciotek i kuzynek brakowało, wiec chyba nikt nie umarł. Policzyła szybko siedzące na kanapie siostry – ich liczba też się zgadzała. Każda w innym typie urody: elegancka i posągowa Olga, wiotka i wysoka Paulina oraz chłopczyca Ewa. Fakt, że akurat w tym momencie Paulina wyglądała nieciekawie, cała zapłakana. W takich chwilach Aldona nie żałowała, że wybrała studia we Wrocławiu, gdzie mogła uczyć się w spokoju i z dala od kochającej, ale ekspresyjnej rodzinki. Za nią otworzyły się drzwi i do pokoju wbiegł Muffin. Położył się koło stołu w nadziei na jakieś smaczne kąski, które ewentualnie mogłyby spaść.

– Chyba nikt nie umarł ani śmiertelnie nie zachorował? – zagaiła, widząc wlepiony w siebie wzrok zgromadzonych. – I też się cieszę, że was widzę.

– Wręcz przeciwnie – odezwała się mama, po tym jak cmoknęła na powitanie swoją ostatnią latorośl. – Rodzina nam się powiększy!

– Mamo, znowu? – jęknęła.

Uważała, że gdy ojciec po czterech córkach doczekał się nareszcie syna, na wszelki wypadek zakończył misję zaludniania Ziemi. Chyba w obawie, że znów będą pojawiać się kolejne kobiety. No, ale nie byłaby tym faktem zdziwiona, bo mama bardziej wyglądała na ich starszą siostrę niż rodzicielkę.

– Co znaczy „znowu”?! – obruszyła się matka. – Ale tym razem nie o mnie mowa, ale o twojej siostrze.

Musiało chodzić o najstarszą z nich, Olgę. Jako jedyna ze wszystkich sióstr miała faceta na stałe. A właściwie już narzeczonego. Dziwne jedynie, że postarała się o dziecko zanim Krystian założył jej obrączkę. Była pod tym względem tak świętoszkowata, że Aldona mogła się założyć, że Olga czeka ze skonsumowaniem swojego związku na noc poślubną. I żal jej było przyszłego szwagra, ponieważ ten najprawdopodobniej chodził ze związanym na supełek.

– Gratulacje, siostra! – Podeszła do Olgi i ją uściskała. – To kiedy nastąpi radosne wydarzenie? I czy zdążysz ze ślubem?

Od strony babci doszedł kolejny jęk.

– Podajcie mi kropelki! – zażądała seniorka. – Ty też się spodziewasz?

Nikt się nie ruszył. Babcia żądała lekarstwa na serce w każdej sytuacji, kiedy chciała zasygnalizować, jak bardzo jest niezadowolona z postępowania swojej rodziny. Ojciec widocznie zbladł i wlepił wzrok w brzuch Olgi.

– No co ty! – Olga odepchnęła Aldonę. – Przecież jeszcze nie wyszłam za mąż.

Nie Olga? Czyli nasza małolata – doszła do kolejnego wniosku Aldona i spojrzała na Ewkę. Ta odpowiedziała jej złośliwym uśmieszkiem.

– Pudło, siostra.

W takim razie pozostawało niemożliwe. Rodzinny geniusz, przyszła perła nauki, obecnie zaryczana Paulina. Już bardziej mogłaby pokazać palcem na siebie. To ostatecznie ona była na tyle nieodpowiedzialna, że nocowała z obcym facetem w ruinach. Za granicą. Wlepiła pełen niedowierzania wzrok w szlochającą siostrę i usiadła ciężko na wolnym fotelu.

– To pewne? Bo w dzisiejszych czasach nie dochodzi do wizyt archaniołów i niepokalanych poczęć. A to przecież Paulina, na litość boską. Przed samą maturą! Faceci, z którymi ona ma styczność, funkcjonują pod postacią nazwisk na okładkach jej podręczników.

– Widocznie nie tylko. – Zachichotała Ewka i dmuchnęła w zbyt długą grzywkę, która jak zwykle opadała jej do oczu.

– A Marcel? – zasugerowała Olga.

Od strony pociągającej nosem siostry dobiegło pogardliwe prychnięcie, a Aldona z Ewką wymieniły spojrzenia pełne politowania. Marcel! Tyczkowaty kolega z równoległej klasy wiecznie przesiadujący u ich miłosiernej siostry na korepetycjach z matematyki i wbijający w nią wzrok oddanego szczeniaka. Gdyby miały go zaszufladkować, zdecydowanie nie podchodził pod kategorię mężczyzna. Według Aldony Paulina, przebywając z nim, ćwiczyła się w spełnianiu dobrych uczynków.

Ojciec chrząknął.

– To nie jest powód do radości! – ochrzaniła ją natychmiast matka.

– Z nieprawego łoża! – lamentowała babcia. – Jak ja się ludziom na oczy pokażę? I te plotki… Moje kropelki…

– Jako podpora lokalnej społeczności plotkar i przewodnicząca koła gospodyń wiejskich, na pewno sobie babcia świetnie poradzi – kontynuowała Ewka. – Wystarczy, że babcia spojrzy na nie wzrokiem bazyliszka. O! Dokładnie tak jak teraz na mnie. Au! – Zakończyła, gdy poczuła łokieć Olgi wbity w bok.

– Aldona, przynieś krople babci – poleciła mama.

Muffin podniósł łeb, uważnie obserwując, czy przypadkiem dyskusja nie przeniosła się do kuchni. Niestety nie, doszedł do wniosku i zapadł w kolejną drzemkę.

Aldona poszła do pokoju babci, w którym na środku stolika tkwił bicz boży w postaci jej lekarstwa. Niemożliwy do przeoczenia. W zasadzie był to jedyny drobiazg stojący gdzieś na widoku. Babcia w odróżnieniu od innych staruszek nie miała predylekcji do chomikowania rozmaitych drobiazgów i bibelotów i zagracania nimi swojej przestrzeni życiowej. Jedyny wyjątek w tym surowym wnętrzu stanowił staroświecki portret jej ileś tam razy prababki z przychówkiem, który jednak w dziwaczny sposób pasował do całokształtu pokoju. Niestety za każdym razem, kiedy na niego spoglądała, miała wrażenie, że sportretowana kobieta ją obserwuje i świetnie się przy tym bawi, sądząc po uśmieszku błąkającym się na jej ustach. Wstrząsnął nią dreszcz.

Teraz na dodatek dorobiła się własnego portretu, choć w czasie jego malowania pozostawała nieświadoma tego faktu.

Wróciła do saloniku, wręczyła babci krople, a następnie podeszła do Pauliny i przytuliła płaczącą siostrę.

– Nie becz. Co prawda szkoda, że nie przyznałaś się, że masz kogoś na poważnie. Podszkoliłabym cię w antykoncepcji.

– Nie jestem pewien, czy chcę tego słuchać – mruknął z tyłu ojciec.

– Ale jak się mleko rozlało, to trudno – kontynuowała Aldona. – Powiedz mi tylko, kochana, skoro wykluczyłyśmy Marcela, kim jest przyszły tatuś?

Paulina zadrżała, czując na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych. Włączając znów czujnego psa.

– No właśnie, Paulinko. Powiedz mamie, kim jest ten drań, który zrobił ci dziecko, żeby tatuś mógł go wykastrować. Ma odpowiednie narzędzia i wprawę.

Fakt, ojciec jako weterynarz kastracją zajmował się zawodowo. To, że nie przeprowadzał jej do tej pory na ludziach, dla mamy było nieistotnym szczegółem. Zawsze musiał być ten pierwszy raz. Aczkolwiek patrząc na jego minę, przejawiał symptomy szczerego sprzeciwu wobec faktu kastracji jakiegokolwiek ludzkiego samca. Wiadomo, solidarność plemników i tak dalej. I fakt, że doczekał się jedynego syna, po czterech wcześniejszych próbach, które go teraz otaczały.

– Ale dopiero po ślubie – zawyrokowała babcia.

Stała obecność teściowej była kolejnym przyczynkiem do nieszczęścia ojca. Po śmierci męża babcia stwierdziła, że czuje się samotna, więc przeprowadziła się do jedynej córki, argumentując, że osoby chore na serce i zagrożone wylewem nie powinny mieszkać same. Osobiście Aldona była przekonana, że babcia jest niezniszczalna i to one szybciej zejdą na wylew, ale seniorka rodu nie dała się przekonać. W ramach łapówki przekazała swój dom ojcu na klinikę, po czym powiększyła domowy babiniec do sześciu sztuk.

Wtedy pan domu doszedł do wniosku, że jego rodzinie potrzebny jest pies, który odrobinę zrównoważy dominację estrogenów w domostwie. Oczywiście nie żadna suczka, ale pies – samiec. Tak w domu Aldony pojawił się ostatni członek jej dużej rodziny – Muffin. Teraz rodzina znowu miała się powiększyć. Aldona mogła się założyć, że pierwsza będzie wnuczka. I