Molly - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
BESTSELLER

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Zapnijcie pasy. Agnieszka Lingas-Łoniewska zafunduje wam emocjonalną przejażdżkę, jakiej jeszcze nie znacie!

Powiedzieć, że Molly – Melania Tarczyńska – przeszła w życiu piekło, to nie powiedzieć nic. Osierocona przez matkę, została zupełnie sama, gdy jej ojciec wylądował w więzieniu za finansowe defraudacje. Latami tułała się po domach dziecka i rodzinach zastępczych.

Teraz, gdy jest dorosła, chce się już tylko bawić. Niszczyć ludzi i świat. Imprezy, adrenalina, pedał gazu pod nogą, szalona jazda prosto w noc.

Przy swoim boku ma Robsona – najlepszego kumpla jeszcze z bidula, najbliższą osobę na ziemi. Kiedyś była w nim zakochana, ale choć ją wtedy zdradził – jej rana w sercu się zabliźniła, a ich przyjaźń przetrwała.

Jest pewna, że niczego więcej jej w życiu nie trzeba. Do czasu, gdy w klubie spotyka Wiktora Tuli, którego pamięta z dzieciństwa.

Syn dawnego wspólnika jej ojca dziś jest spadkobiercą rodzinnej fortuny, statecznym panem prezesem. Spokojnym i opanowanym… dopóki ona nie pojawia się w jego życiu.

Molly wnosi w jego poukładane życie nieznane emocje i szaleństwo. Wiktor daje jej poczucie bezpieczeństwa, którego nigdy nie zaznała. Jednak po wszystkim, co przeszła, tak bardzo boi się mu zaufać.

Pochodzą z dwóch różnych światów. Drobna złodziejka i szanowany biznesmen. Trudno o bardziej elektryzujące połączenie. Nic dziwnego, że wszyscy próbują stanąć im na drodze.

Wiktor jest pewien – w walce o swoją Molly stawi czoła choćby i całemu światu. Tylko czy ona mu zaufa? Tym bardziej że pomiędzy nimi są jeszcze niewyjaśnione tajemnice z przeszłości…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2454 oceny)
1623
514
236
66
15
Sortuj według:
Sylwus7

Z braku laku…

Nie bardzo rozumiem skąd te zachwyty, nie dobrnełam do połowy. Proste słownictwo pusta bohaterka powielone schematy, nic specjalnego.
31
zaczarowana-ksiazka

Nie oderwiesz się od lektury

Agnieszka Lingas-Łoniewska już nie jeden raz zaskakiwała nas pomysłowością, stylem i niebanalnymi fabułami powieści. Każda jedna książka różniła się od poprzednich a każdy dopracowany szczegół przyciągał wielu czytelników. Dziś chcę wam przedstawić najnowszą publikację, czyli „Molly”. Jest inna nisz wszystkie do tej pory a dlaczego? Przekonajcie się sami. Poznajemy Melanię kobietę, która ma żal do całego świata za to, co wydarzyło się w jej dzieciństwie. Jako dziecko straciła matkę a jej ojciec robiąc interesy po czasie trafia do wiezienia. W wieku sześciu lat zamieszkuje w domu dziecka, lecz tam poznaje Roberta dwa lata starszego chłopca, który broni ją przed innymi. Lata mijają a Molly i Robson staja się nierozłączni i łączy ich nierozerwalna więź. O ukończeniu pełnoletniości zamieszkują razem w mieszkaniu po babci Roberta. Od rana pracują, lecz wieczory spędzają na imprezach w Fantomie i dodatkowych robótkach ;) na jednej z takich imprez Molly poznaje Wiktora, (którego z początku n...
11
Wojtalia

Dobrze spędzony czas

Nie jest to może zrywająca książka. Ale napewno pokazująca jakie może być życie nastolatki. Jak trudna bywa rzeczywistość. I jak mało wiemy
00
ZosiaiAntosia

Nie oderwiesz się od lektury

Oj Molly, Molly. Tak dobra książka, że długo zastanawiałam się czy jest sens ją komentować. Bo słowa czasem są po prostu zbędne, ale jednak... Dlaczego? Ano dlatego, że wzbudziła we mnie bardzo dużo różnych, skrajnych emocji. Wywarła na mnie bardzo duże wrażenie, długo jeszcze o niej myślałam, po jej ukończeniu. Były momenty, w których brakowało tchu i zatracał się człowiek w pochłanianiu kolejnych stron, ale były również takie momenty, w których miałam ochotę po prostu rzucić książką w kąt ze złości na autorkę, za to jak traktuje czytelnika. Od uśmiechu po łzy i nadzieję. No ale nie bez kozery Pani Agnieszka nazywana jest dilerka emocji. A ta książka jest na to dowodem. Bardzo mocna pozycja.
00
f5400bb2-20e0-4739-9ba7-6f6a9daf7792

Nie oderwiesz się od lektury

Książka super,nie mogłam się oderwać 😊
00

Popularność




Od autorki

Wiecie, że wszystko zaczyna się od pierwszego kroku.

U mnie zaczęło się od kawałka Molly PRO8L3M-u. Zobaczyłam szaloną dziewczynę z kiepską przeszłością i porządnego faceta z nieciekawą tajemnicą. Te dwa obrazy wystarczyły, aby powstała w mojej głowie historia Molly, dziewczyny, którą pokochałam od pierwszej chwili, a która robiła wszystko, aby nie dało się jej kochać. Lecz stało się inaczej, a Wiktor chyba najlepiej wie dlaczego.

Jestem ciekawa, jak Wy przyjmiecie tak inną bohaterkę i która postać wzbudzi w Was najwięcej ciepłych uczuć.

Melania?

Wiktor?

Robson?

Podzielcie się ze mną swoimi wrażeniami, czekam na Wasze maile:

agnieszka@lingasloniewska.pl

Do zobaczenia!

I zapnijcie pasy!

Lepiej zniszczyć własną młodość, niż nic z nią nie zrobić.

Georges Courteline

Molly – (nazwa potoczna) 3,4-metylenodioksymetamfetamina (MDMA, ecstasy, XTC) – organiczny związek chemiczny, drugorzędowa amina strukturalnie podobna do metamfetaminy. Półsyntetyczna substancja psychoaktywna wykazująca działanie empatogenne, euforyczne i psychodeliczne.

PROLOG

A przecież miało być całkiem inaczej.

On wciąż tam był i na mnie czekał, a ja, wbrew wszystkiemu, nie dałam się własnym demonom. Nie dałam się zniszczyć, chociaż sama pracowałam nad tym usilnie.

A jednak stało się inaczej.

Dzięki niemu.

Dzięki sobie.

Dzięki niej.

Miałam komu dziękować.

Tak bardzo czekałam na ten dzień.

Aż tu…

Los wziął sprawy w swoje wredne ręce.

I zajął się mną tak, jak na to zasługiwałam.

Głupia Molly.

Dałaś ciała, więc teraz musisz ponieść konsekwencje!

Rozdział 1

Nasz życiorys ma przerwę

Gram DMT do jointa

Tace chyba są srebrne

Żyrandole ze złota

Hajsy lecą przez serwer

Ona na Bahama ma konta

Ja mam wózek z tylnym napędem

Ona wciska gaz, to M piątka.

PRO8L3M, Molly

– Ale o co ci chodzi?

– Mała, jeśli chcesz dostać tę robotę, to twoja spódniczka chyba lekko za krótka jest.

– Kochanie, ja tam będę siedzieć na telefonie. Znaczy, nikt mnie oglądał nie będzie. – Poprawiałam dżinsową spódnicę, do której długości przyczepił się mój przyjaciel.

– Wszyscy faceci będą się gapić. Zamiast załatwiać sprawy biednych petentów, będą zaśliniać biurka.

– Uspokój się. To moja pierwsza praca na etacie. Nie psuj zabawy. – Wydęłam usta i pomalowałam je różowym błyszczykiem.

– Właśnie, co ci odbiło z tą pracą?

– Ej, mam dwadzieścia jeden lat. Najwyższa pora.

– No, trochę mnie zdziwiłaś, fakt.

– Poza tym to nic takiego. Pogadam z klientami przez telefon, załatwię reklamację niezadowolonych ze zbyt dużego rachunku, a wieczorami będziemy mogli robić to, w czym jesteśmy najlepsi.

Robson podszedł do mnie. Zadarłam głowę, bo przy moim wzroście metr pięćdziesiąt pięć wszyscy wyglądali jak wielkoludy. A mój przyjaciel mierzył nieco ponad metr osiemdziesiąt. W domu zawsze chodził ubrany w rozciągnięte T-shirty z napisami typu: „Mam cycki, mam władzę”, „Dzisiaj melanż, jutro blamaż” albo „Widziałem cię nago!”. Kochałam go za te koszulki. Oczywiście nie tylko za nie, ale się przysłużyły, nie ma co czarować. Robert był świetnie zbudowany, ćwiczył, pływał i generalnie dbał o swoją całkiem apetyczną muskulaturę. Kiedy szedł na miasto, uwielbiał wkładać obcisłe dżinsy, koszulki podkreślające jego ładne ciało, a do tego marynarki i wysokie buty. Wyglądał zadziornie i seksownie. Nieraz miałam okazję się przekonać, jak reagowały na niego dziewczyny w klubie. A on wykorzystywał to z wrodzoną bezczelnością. Poza tym był artystą, pięknie malował i kilka razy udało mu się sprzedać swoje prace w jednej z wrocławskich galerii. Wierzyłam, że wszystko jeszcze przed nim, czekałam na rozwój jego kariery artystycznej równie mocno, co on sam.

– Idziemy dzisiaj do Fantomu.

– No rejczel, bejbe. A ty nie masz czasem randki? – Spojrzałam na kumpla.

– Nie, Alicja dzisiaj pracuje. Dlatego chcę iść do klubu.

– Liczysz, że ci się trafi?

Robson wykrzywił swoje idealnie wykrojone usta i przejechał dłonią po blond włosach. Sprawiał wrażenie, jakby go coś zabolało. Czasami widziałam taki jego wzrok, gdy coś działo się nie po jego myśli albo gdy w klubie upatrzył sobie jakąś ofiarę, a potem okazywało się, że laska jest z facetem lub śmierdzi fajkami. Od razu wiedziałam, że coś się zmieniło, że mojemu przyjacielowi popsuł się nastrój. Przecież znałam go doskonale i odgadywałam jego stany chyba lepiej niż on sam.

– Powiem ci, że chyba spróbuję z Alicją.

– Chcesz być wiernym Julkiem na balkonie? – parsknęłam. – Ale jaja.

– Spróbuję.

– No, łatwo nie będzie, pięknisiu. – Walnęłam go lekko pięścią w ramię.

– Robimy dzisiaj kogoś? – Nie zwrócił na to specjalnie uwagi, wciąż nieco zamyślony. Oj, Alicja zawróciła mu w głowie. I dobrze!

– Może jakieś auto? Pojeździłabym.

– Good idea!

– To do wieczora! O dwudziestej pierwszej pod Fanto!

– Baaaaj!

– A teraz idę do pracy.

– Ha, ha, ha, jestem ciekaw, jak długo wytrzymasz.

– Wal się, Robson!

Fakt faktem, praca na etacie była nudna i bez żadnej przyszłości. Ale płacili za mnie składki i, w sumie, siedzenie na infolinii znanej sieci komórkowej nie musiało mnie kosztować wiele trudu. Przeszłam przez dwie rozmowy, potrafiłam się sprzedać, miałam gadane i dobrze wyglądałam. Cierpiałam katusze, kiedy musiałam włożyć ciemne spodnie i jasną bluzkę, spiąć włosy i nie żuć gumy podczas rozmowy. Byłam uzależniona od gum do żucia, butów na platformach i szybkiej jazdy samochodem. A że własnego nie posiadałam… wprawiłam się w pożyczaniu środków lokomocji, gdzie i kiedy tylko mi się chciało. Robson był za to genialnym kieszonkowcem. Poznaliśmy się jako dzieci, kiedy już dawno przestaliśmy tak naprawdę być dziećmi. Robert był starszy ode mnie o dwa lata, w spadku po babci dostał niewielkie mieszkanie, w którym teraz razem mieszkaliśmy. Matka oddała go do bidula, jak był malutkim dzieckiem. Ojca nigdy nie poznał. Babcia była zbyt stara i chora, aby się nim zająć. Dlatego trafił do sierocińca. A tam już byłam ja. Moja historia była jeszcze bardziej popaprana. Wcześnie straciłam matkę, a mój stary… No cóż, może i próbował być ojcem, ale nieszczególnie mu to wychodziło. Teraz siedział w pudle, a ja… nie chcę o tym mówić. W każdym razie od tamtej pory byliśmy z Robsonem nierozłączni. Potem, z pomocą jednej babki z opieki społecznej, która bardzo nas lubiła, trafiliśmy razem do pierwszej rodziny zastępczej. Tam było gorzej niż źle. Wojskowy dryl, kary i gaszenie światła z całkowitym zaciemnieniem. Gdyby nie Robson, nie wiem, jak dałabym radę tam wytrzymać. W drugim domu było o wiele lepiej i jakoś przetrwaliśmy. Łączyły nas beznadziejne dzieciństwo, wspólne dorastanie w rodzinach zastępczych, w których różne rzeczy się działy, i potem wspólne zamieszkanie. A także wiele pojebanych akcji, dzięki którym zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej. I wciąż cudem unikaliśmy jakichkolwiek konsekwencji. Co było prawdziwym darem losu, bo już tyle przypałów zaliczyliśmy, że chyba jakaś siła wyższa nad nami czuwała. Może uznała, że skoro wychowaliśmy się bez wzorców, to i tak nieźle sobie radzimy. Oboje byliśmy świetnymi złodziejami. Kradliśmy wszędzie. W spożywczakach, ciuchlandach, na stacjach benzynowych (choć tam niechętnie), w galeriach handlowych, drogeriach, księgarniach. Oboje lubiliśmy czytać książki, ale nie było nas na nie stać. Zapisaliśmy się do biblioteki, ale trudno było o nowości. Często zdarzały się też takie sytuacje:

– Neuromancera bym wzięła.

Bibliotekara spojrzała na mnie jak na wariatkę.

– Dziecko – powiedziała łagodnym głosem. – To jedna z TYCH książek. Ludzie je pożyczają i nie oddają.

– Kradną z biblioteki?

Postanowiłam to naprawić. Okazja trafiła się kilka dni później, gdy wynieśliśmy z empiku wznowienie nie tylko Neuromancera, ale i pozostałych dwóch tomów Gibsona. A po przeczytaniu oddaliśmy je do biblioteki. To samo zrobiliśmy z Rokiem 1984 i Folwarkiem zwierzęcym Orwella, Uległością Houellebecqa czy Ojcem chrzestnym Puzo. Zawsze po zajumaniu i przeczytaniu książki zanosiliśmy ją do biblioteki jako darowiznę. Żeby nie było, że okradamy autorów. No, tak nie do końca, ale myślę, że w jakiś sposób to im rekompensowaliśmy. W ogóle byliśmy takimi robin hoodami naszych czasów. Kradliśmy, przykładowo, karmę dla zwierząt i dawaliśmy ją bezdomnym kotom. Albo psu sąsiadki, której się nie przelewało. Wiedzieliśmy, jak to jest klepać biedę, więc mieliśmy zawsze coś dla ubogiej sąsiadki czy bezdomnego kota.

Kiedyś natrafiłam pod Kauflandem na zbiórkę na rzecz fundacji prozwierzęcej. Ludzie wrzucali saszetki z karmą, jakieś chrupki, niewiele tam tego było. Pieprzeni egoiści! Więc pojechaliśmy z Robsonem do marketu obok i tam zebraliśmy sporo daniny, nie tylko jedzenie, ale i koce, prześcieradła, środki czystości, bo przecież to wszystko było potrzebne, aby utrzymać taką fundację. Mistrzostwem było zajumanie mopa, którego Robson schował pod czapkę, a uchwyt po prostu wyniosłam, odkleiwszy z niego wszystkie kody kreskowe. Bo przecież dziewczyny muszą czymś myć kociarnię i psiarnię. Mój kumpel powiedział wtedy, że on ze mną już więcej na taką akcję nie pójdzie, bo rozumie – kraść książki czy płyty, czy nawet żarcie, ale miotłę?! Śmialiśmy się potem jak wariaci. Za to zwierzakom pomogliśmy!

Ale najbardziej lubiłam „pożyczać” samochody. Zawsze można było coś znaleźć w schowkach lub pod siedzeniami albo gdzieś z tyłu. Batoniki, napoje, płyty CD, książki, gazety, ciuchy, zakupy, prezerwatywy. W sumie było to trochę jak wyjście do supermarketu. Otwierać fury nauczył mnie mój ekschłopak, który teraz prowadził klub, handlował samochodami i robił wiele nie do końca legalnych rzeczy. Poznałam go, gdy miałam piętnaście lat. Chodziliśmy przez dwa lata, potem ze mną zerwał, bo laska, z którą spotykał się niejako przy okazji, zaciążyła. Baron, bo taką miał ksywkę, nie był zbytnio szczęśliwy, ale poczuwał się do ojcostwa i usłyszałam tylko: „Sorry, Molly, no dałem dupy po całości”.

Na mój gust to chyba jakoś odwrotnie się odbyło, ale nie wnikałam. Nie przeżyłam tego szczególnie, z Baronem dobrze się bawiłam, nauczył mnie wielu cennych rzeczy i w sumie nadal utrzymywaliśmy kontakt. Bo Baron czasami też handlował kradzionymi samochodami, więc jak „pożyczyłam” jakąś lepszą furę, to dawałam znać mojemu byłemu, a on przejmował fant, gdy ja już się najeździłam. Oczywiście odpalał mi za to kasę.

A dlaczego musiałam jeździć? Robson nazywał to „adrenalinowym hajem”. A ja? Wiedziałam, dlaczego to robię. Tylko ja wiedziałam.

Ten wieczór zaczął się zupełnie standardowo. Zjedliśmy pizzę, wypiliśmy po piwie kupionym w żabce i ruszyliśmy do klubu. Tutaj często balowali chłopcy od Barona, więc czułam się jak u siebie. Poza tym wszyscy znali mnie i Robsona. Sami swoi, można powiedzieć. Ale gdy wtedy tam weszłam, zobaczyłam jakieś towarzystwo białych kołnierzyków, usadowione w jednej z większych lóż. Bawili się głośno, rzucali niewybrednymi żartami i zaczepiali kelnerki.

– Kadra zarządzająca się bawi. – Robson mrugnął i uśmiechnął się do Agaty, barmanki, która miała do niego słabość i zawsze częstowała go darmowymi drinkami.

– Ta, białe kołnierzyki, a słoma z butów – mruknęłam.

– A ty jak zawsze wszystkich do jednego wora.

– Taka już jestem i za to mnie kochasz. Wbijam na parkiet.

– Leć, mała. Zaraz do ciebie przyjdę.

Kiedy mijałam lożę z panami menadżerami, zobaczyłam jego. Miał ciemne oczy, niemal czarne włosy, był szeroki w ramionach i chyba wysoki, co trudno stwierdzić, bo siedział, ale nawet na siedząco był wyższy niż jego koledzy. Gdy mijałam ich stolik, jego sąsiad akurat o czymś perorował i ten z ciemnymi oczami tylko kiwał głową, ale nie spuszczał ze mnie wzroku. Uśmiechnęłam się kącikiem ust i weszłam na parkiet.

Jasne, koleś. Popatrz sobie. Nie lubię białych koszul, głupich żartów i grzecznych chłoptasiów, którzy nie umieją się bawić. Ten gość jednak przyciągnął moją uwagę, sama nie wiedziałam dlaczego. Kiedy ruszałam się w rytm dudniącej muzyki, wyobraziłam sobie, że podchodzi do mnie, faktycznie jest wysoki, jeszcze wyższy od Robsona, wyczuwam korzenny zapach jego perfum. Zaciągam się tym zapachem, on to widzi i mówi coś bezczelnego. Wówczas okazuje się, że wcale nie jest nudnym białym kołnierzykiem i może nawet mamy ze sobą coś wspólnego. Widzę jego oczy, pełne zainteresowania, dostrzegam nawet kilka siwych włosów na skroniach, co dodaje mu charakteru. Pochyla się, czuję jego duże dłonie na biodrach. Przyciąga mnie do siebie w mało delikatny sposób, a ja zamiast się wkurzyć, wtulam się w jego twarde ciało. O tak, twarde i duże. Zapewne wszystko ma właśnie takie… Parsknęłam głośno. Chichotałam jak wariatka. Serio, Molly? Walnęłaś się w głowę? Uniosłam dłonie i skupiłam się na muzyce, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego akurat ten facet wywołał u mnie takie dziwne myśli.

Tańczyłam, zamykając się na to, co mnie otaczało. Uwielbiałam tłum, dym, dudniący bit i rytm, który czułam każdą komórką ciała. Było mi z tym dobrze, byłam na swoim miejscu. Tylko ja, muzyka i mój świat. Bez ludzi. Bez przeszłości. Bez przyszłości. Tylko ja tu i teraz.

Nagle zorientowałam się, że ktoś tańczy bardzo blisko mnie. No tak, jak zwykle. Jeśli nie było w pobliżu mnie Robsona, to zawsze jakiś amator się do mnie przystawiał. Odwróciłam się i miałam zamiar warknąć coś odpychającego. Ale zamiast tego… spojrzałam w jego karmelowe oczy. Bo one nie były ciemne, tylko właśnie karmelowe. I znajome.

Nie chciałem iść na tę imprezę, ale mój wspólnik i przyjaciel Jacek bardzo naciskał. Podpisaliśmy właśnie umowę na nową budowę, dlatego uznał, że zasłużyliśmy na świętowanie. To było nasze piąte wspólne zlecenie, piąte osiedle we Wrocławiu, które miała budować nasza firma deweloperska. No i teraz piliśmy, oblewając ten niewątpliwy sukces.

Jacek zrobił rezerwację w Fantomie. Nie chciałem bawić się właśnie tutaj, ale Jacek o tym nie wiedział. Był dobrym przyjacielem, choć przy tym moim całkowitym przeciwieństwem. Ja byłem spokojny, poukładany, racjonalny. On – szalony, niecierpliwy, lubiący ryzyko. Jak ogień i woda. A jednak świetnie się dogadywaliśmy i teraz trochę żałowałem, że mu nie powiedziałem, że nie chcę świętować w tym klubie. Z wielu względów. Potrzebowałem jeszcze czasu. Ale teraz… wszystko wydawało mi się jak najbardziej na miejscu. Bo gdy już myślałem, że ten wieczór będzie naprawdę beznadziejny, spojrzałem w stronę baru i zobaczyłem ją. Siedziała na wysokim stołku i śmiała się z czegoś, co powiedział jej towarzysz. Była ubrana w krótką spódniczkę i bluzkę odsłaniającą brzuch. Miała długie i zgrabne nogi, jasne włosy, sięgające ramion, i kpiący uśmiech. Była niesamowicie zgrabna, szczupła, ale nie chuda, widziałem jej całkiem przyjemny biust, napierający na obcisłą bluzeczkę. Kiedy zeskoczyła z wysokiego stołka, nadal była niższa od swojego kumpla, mogła mieć najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu. Mały, nieznośny skrzat. Właśnie tak o niej pomyślałem. Jej uroda i świetna figura sprawiły, że moje myśli poszybowały w całkiem innym kierunku. Kiedy poszła na parkiet, zdecydowałem się w jednej chwili.

– Zaraz wracam – rzuciłem do Jacka, łapiąc jego zdziwione spojrzenie. Nie byłem typem faceta, który gdy tylko usłyszy bit, leci tańczyć.

Gdy podszedłem do niej na parkiecie, spięła się, wyczuwając moją obecność za plecami. Odwróciła się gwałtownie, jakby chciała mnie uderzyć albo krzyknąć, i zamarła. Patrzyła na mnie przez chwilę, kołysząc się lekko, aż wreszcie uśmiechnęła się kącikiem ust. Ten uśmiech doskonale znałem. I pamiętałem.

– Kleisz się do mnie? – Przysunęła się, stanęła na palcach w swoich niewiarygodnie wysokich platformach i krzyknęła mi do ucha.

Zmieszałem się.

– Ależ… nie chciałem, znaczy… – Zająknąłem się. Zupełnie mnie zaskoczyła.

A wtedy zaśmiała się głośno, przywarła do mnie całym ciałem i objęła. Zaczęła się kołysać, mimo że muzyka była klubowa i ostro dawała czadu.

– Zluzuj, kolego. Możemy się razem pobawić, nie wyglądasz na psychola.

Podjąłem tę grę, chociaż nie byłem przyzwyczajony do takich zachowań. Objąłem ją w pasie i zacząłem wraz z nią lekko się kołysać. Niezupełnie w takt muzyki.

– Masz imprę firmową? – spytała i poczułem jej miętowo-alkoholowy oddech. Nie wiem czemu, ale bardzo to na mnie podziałało.

– Coś w tym stylu.

– Biały kołnierzyk, co? – Odchyliła się i patrzyła na mnie. Po chwili ścisnęła moje ramiona. Miałem na sobie błękitną koszulę, z podwiniętymi do łokci rękawami i materiałowe spodnie. Nie zdążyłem się przebrać, prosto z biura przyjechaliśmy do klubu.

– Na to… – Nie dopowiedziałem, bo nieoczekiwanie wyszarpnęła mi koszulę ze spodni i spojrzała na mój brzuch. – Co ty robisz…?!

– O ja pierdzielę! Ale masz kaloryfer! Nietypowy z ciebie kołnierzyk! Już cię lubię.

Poprawiłem się i spojrzałem na nią, kręcąc głową.

– Zawsze rozbierasz obcych mężczyzn na parkiecie?

Wzruszyła ramionami i potrząsnęła przecząco głową.

– Nie. Tylko niektórych.

– Jak masz na imię? – spytałem, chociaż wcale nie musiałem.

– A ty?

– Ja byłem pierwszy.

– Ostatni będą pierwszymi.

Skrzywiłem się. Była irytująca. Ale zabawna. Taka, jaką pamiętałem. Szkoda, że ona nie pamiętała mnie.

– Wiktor.

Drgnęła, ale za chwilę znowu wyginała się w tańcu. Przypominała Umę Thurman w tej kultowej scenie tańca z Pulp Fiction. Tak samo jak ona wyluzowana i swobodna. Wolna. Kompletna odmiana dla mnie. Uśmiechnąłem się.

– O, pan sztywniak się uśmiecha. Ho ho, widzę, że ortodonta to twój przyjaciel. Molly jestem – rzuciła na jednym wydechu i ruszyła w stronę baru.

– Co? Jak? Zaczekaj!

Nawet się nie obejrzała. Podeszła do baru, gdzie stał ten wysoki chłopak, i pokazała barmanowi dwa palce. Po chwili miała już w dłoni drinka.

– A więc masz na imię Molly – powiedziałem, nie spuszczając z niej wzroku.

– Aha, panie poważny. – Siedziała teraz oparta łokciem o bar, z głową leciutko pochyloną w moją stronę.

– Kto to? – Wysoki chłopak uwiesił się na jej ramionach i patrzył na mnie z zainteresowaniem.

– Biały kołnierzyk – powiedziała, kładąc mu głowę na ramieniu. Cały czas patrzyła jednak na mnie.

– Siema, Robson jestem. – Chłopak podał mi rękę.

– Wiktor. Cześć. – Oddałem blondynowi uścisk. Znowu zwróciłem się do dziewczyny: – Może porozmawiamy?

– A może się zabawimy! – Molly ruszyła w stronę loży, w której siedzieli moi kumple. Ten cały Robson szedł tuż za nią. – Przedstawisz nas kolegom? – Miałem wrażenie, że rzuca mi wyzwanie.

– Jasne – mruknąłem. Spojrzałem na swoje towarzystwo. – Hej, słuchajcie, to jest Molly i Robson, to Jacek, Andrzej, Marcin, Piotr i Eryk. – Po kolei przedstawiałem kumpli i wspólnika. Ci uśmiechali się durnowato i kolejno wstawali, jakby byli w szkole, a nauczycielka sprawdzała obecność.

– Super. Widzę, że się bawicie na smutno. Może trochę fanu? Może zawołam koleżanki? – Molly napiła się piwa, które stało przed Jackiem, i oblizała usta.

– No jasne!

– Oczywiście!

– Bardzo chętnie!

No tak, moi koledzy musieliby być ślepi, żeby zareagować inaczej.

Molly kiwnęła na cztery dziewczyny siedzące przy barze i po chwili w naszej loży zrobiło się ciasno i głośno. Ona sama podeszła do mnie i wzięła mnie za rękę.

– Siadamy? – Wcisnęła się obok Jacka i pociągnęła mnie za sobą. Jej kumpel usiadł po drugiej stronie stołu, reszta dziewczyn usadowiła się pomiędzy moimi kolegami. Zaraz pojawiła się kelnerka i zaczęły się zamówienia. Towarzystwo się rozkręcało, padały niewysublimowane żarty, głośny śmiech świdrował uszy. Molly siedziała obok mnie, piła drinka i wyglądała na zadowoloną. Spojrzałem na nią z boku i pochyliłem się. Poczułem jej zapach, lekki, delikatny, nie jak z tych duszących perfum, którymi czasami spryskiwały się kobiety.

– Lubisz robić zamieszanie, co?

– Nie, panie rozważny. – Pokręciła głową. A ja, jak nienormalny, wciągnąłem tę woń. Pachniała jak słońce, jak morze. Jak wolność. Idealnie. Przełknąłem ślinę.

– A jak to nazwiesz?

– Jestem społeczniczką.

Była fascynująca. Mruknąłem coś pytająco, a ona się zaśmiała.

– Lubię, kiedy ludzie dobrze się czują. Poza tym co to za impra samych facetów? Nuda. – Uśmiechnęła się nagle, spojrzała na mnie z zaciekawieniem i ukłuła mnie palcem w ramię.

– Kurde, gościu, ale bicek.

– Bicek? – Zmrużyłem oczy. – Co to za język?

– Normalny, wszyscy tak mówią – odparła szybko. – No to jak z tobą jest?

– Czy ty ze mną flirtujesz?

– Nie, coś ty? – Zamrugała nieco teatralnie. – Jedynie omawiamy problemy trzeciego świata.

– No tak, w tym celu tu przyszłaś. – Pokiwałem głową poważnie.

– No nie? – Zrobiła jakiś grymas, kiwnęła głową i przewróciła oczami.

Zaraz potem Robson podniósł się i pożegnał.

– Ja spadam, zdzwonimy się, siema, sis.

– Pa pa! – Molly pomachała mu dłonią. Potem utkwiła wzrok we mnie. – Chcesz się zabawić?

– Co masz na myśli?

– Nie to, co ty.

– A skąd wiesz… – zacząłem, ale Molly już wstawała i wyciągała do mnie rękę.

– Spadamy, Wiko. – Patrzyła na mnie, żując gumę.

– Wiko? – parsknąłem.

– Wóz albo przewóz, dawaj. – Zrobiła dużego balona, który pękł, osiadając na jej pełnych ustach.

Byłem podniecony. I kompletnie rozstrojony.

Zdecydowałem się w jednej chwili. Ująłem jej rękę i kiedy poczułem ciepło jej drobnej dłoni, przez całe moje ciało przeleciał jakiś dziwny prąd.

Patrzyłem jedynie na falujące włosy w kolorze łanu zboża i króciutką dżinsową spódniczkę, odsłaniającą zgrabne nogi. Nie wiedziałem zupełnie, co się dzieje, to miało kompletnie inaczej wyglądać. No ale to była Molly. Melania Tarczyńska. Dziewczyna, która jako pięciolatka niszczyła moje budowle z klocków Lego. Ja miałem lat dwanaście i serdecznie jej nienawidziłem. A potem… stało się to, co się stało.

Gdy Molly pozna prawdę na ten temat, znienawidzi mnie. Więc postanowiłem robić to, co ona – żyć chwilą.

Rozdział 2

Your head is humming and it won’t go, in case you don’t know,

The piper’s calling you to join him,

Dear lady, can you hear the wind blow, and did you know

Your stairway lies on the whispering wind.

Led Zeppelin, Stairway to Heaven

Wybiegliśmy z klubu, trzymając się za ręce. Śmiałam się w głos, wiedziałam doskonale, że mój przyjaciel okradł co najmniej dwóch z tych sztywniaków. Będziemy mieli co jeść w tym tygodniu. A poza tym było naprawdę zabawnie. Spojrzałam na swojego towarzysza. Był rozbawiony, ale raz po raz wgapiał się we mnie tymi karmelowymi oczami i wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć. Ale po chwili rezygnował.

– Za dużo główkujesz – powiedziałam spokojnie, ciągnąc go w stronę parkingu.

– A ty szalejesz. Zawsze tak robisz?

– Nie lubię nudy. Chodź, przejedziemy się.

Rozejrzałam się i mój wzrok padł na ciemnozielonego mustanga z 1969 roku.

– O ja pierdolę – szepnęłam z zachwytem.

– Co?

– Będzie nasz. – Wyjęłam z torebki płaską długą blaszkę.

– Co ty mówisz? – Wiktor spojrzał na mnie zdumiony.

– Spoko, znam się na tym. – Włożyłam stalową taśmę pomiędzy lukę w drzwiach i leciutko pociągnęłam. Mustang nie miał elektroniki, więc sprawa była banalna, a zabawa przednia. Podważyłam zapadkę zamka i po chwili drzwi były otwarte. Wsiadłam do środka i otworzyłam drzwi od strony pasażera. – Wbijaj!

Wiktor patrzył na mnie przez chwilę, ale już po niecałych trzydziestu sekundach siedział obok mnie.

– Zapnij pasy. – Pomajstrowałam przy zapłonie i kiedy do moich uszu dotarł dźwięk starej amerykańskiej V-ósemki, miałam wrażenie, że ktoś mnie pieści z niezwykłą delikatnością. Zerknęłam na Wiktora. Hmmm, czemu nie. Wrzuciłam wsteczny, a potem jedynkę i wyjechałam na ulicę.

– Wiesz, że właśnie ukradłaś samochód? – Wiktor zapiął pas i widziałam kątem oka, że bacznie mi się przypatrywał.

– Pożyczyłam. Przejedziemy się i oddamy.

– Gdzie się tego nauczyłaś?

– Tu i tam. Uff, dobrze, że to manual. Nie lubię automatycznych skrzyni biegów, są bezosobowe. – Z lubością wrzuciłam trójkę, a potem czwórkę. Jechaliśmy w stronę Jagodna, stamtąd chciałam wyskoczyć na wschodnią obwodnicę. Tam ten wóz pokaże, co potrafi!

– Ale… – Wiktor chciał coś powiedzieć, weszłam jednak ostro w zakręt, auto zarzuciło tyłem i prawie okręciło się o sto osiemdziesiąt stopni. Wyrównałam i z piskiem opon wyprowadziłam je na prostą.

– Trochę muzyki! – krzyknęłam i włączyłam stary odtwarzacz z zamontowaną empetrójką. – Zobaczymy, czego słucha kierowca tego cacka.

Kiedy rozległ się kawałek Led Zeppelin Stairway to Heaven, pokiwałam głową z uznaniem.

– No, no, gościu zna się na rzeczy. Aczkolwiek ja wolę rap lub hip-hop. A ty, Wiko? – Zerknęłam na swojego pasażera. Trzymał się uchwytu nad drzwiami i wpatrywał w drogę. – Ej, spoko, jedziemy tylko sto sześćdziesiąt.

– Jak złapie nas policja, to nas zamkną.

– Oj, ależ ty jesteś spięty. Wyluzuj i daj się porwać. – Sięgnęłam do jego twarzy i pogłaskałam go po policzku. Nie uchylił się przed moim dotykiem. Co tu dużo mówić. Podobał mi się. I pociągał mnie. A poza tym… zamierzałam go złamać. Lubiłam takich porządnych chłopców. Którzy, koniec końców, wcale nie okazywali się tacy poukładani, jak się na początku wydawali.

– Wygląda na to, że dałem ci się porwać.

– Noo, byłeś strasznie łatwy.

Usłyszałam parsknięcie i spojrzałam na niego. Śmiał się i kręcił głową.

– No i o wiele lepiej, bejbe. Skręcimy sobie tutaj. – Nacisnęłam na hamulec, auto zapiszczało, zarzuciło tyłem i na pełnej francy wjechałam na polną drogę niedaleko zjazdu na Świętą Katarzynę.

– Co ty robisz?

– Party pod gwiazdami. Nie bój się, nie skrzywdzę cię.

– Yhm, w filmach zawsze tak mówią. A potem koleś traci głowę – odparł, ale nie wydawał się już taki spięty.

– No, umiesz się jednak wyluzować. Good! A jak stracisz głowę, to będzie całkiem niezła zabawa. – Zaśmiałam się.

Kiedy wjechaliśmy na ubitą drogę, autem zatrzęsło i musiałam znacznie zwolnić. Twarde zawieszenie mustanga nie lubiło takiego podłoża. To był idealny samochód na autostrady, tam nieźle zapieprzał. Ale nie w takich okolicznościach przyrody. W końcu zatrzymałam się i pogłośniłam muzykę.

– Wysiadamy!

Kiedy znalazłam się na zewnątrz, spojrzałam w górę, na rozgwieżdżone niebo. Było ciepło, cudowna czerwcowa noc. Zbliżała się pełnia, więc było całkiem jasno. Dzięki temu doskonale widziałam wpatrzonego we mnie Wiktora. Pachniało jakimiś trawami, bo niedaleko znajdowały się pola uprawne. To mi przywiodło na myśl dzieciństwo i wyjazd z rodzicami na wieś do jakiejś dalekiej rodziny, z którą w sumie nie utrzymywaliśmy kontaktów. Zdjęłam buty i rzuciłam obok samochodu, a potem rozłożyłam ręce i zaczęłam kręcić się w kółko.

W końcu zatrzymałam się i spojrzałam na Wiktora, który stał oparty o samochód, skrzyżował ramiona na piersi i wpatrywał się we mnie z poważną miną.

– Co ty robisz? – spytał, mrużąc brwi.

– Wiruję wraz z ziemią. Pokręć się i spójrz na gwiazdy. One mnie gonią… – Patrzyłam w górę, lekko się zataczając. Podbiegłam do Wiktora i wpadłam na niego z wielkim impetem. Złapał mnie za ręce i zatrzymał.

– Dlaczego to robisz? – spytał cicho.

– Bo mogę! – Wzruszyłam ramionami. – Dawaj, panie marudny. Pewnie nie robisz takich rzeczy w swojej wielkiej, przynoszącej krocie firmie. Czy po stronie aktywów możesz wpisać: żyłem aktywnie i dawałem do pieca?

– To nie zawsze tak działa. – Pokręcił głową, ale nadal trzymał mnie za ramiona.

– Ale może. Nikt nam nie zabroni. – Zaśmiałam się. – Sami decydujemy o sobie. Kiedyś ktoś decydował za mnie, obiecałam sobie, że nigdy już do tego nie dopuszczę. I robię teraz to, na co mam ochotę.

– Nie możesz robić czegoś wbrew obowiązującym normom.

– A kto te normy ustalił? A dlaczego moja norma ma być gorsza, skoro jest moja?

Zmarszczył brwi. Widziałam, jak błyszczą mu oczy. Był wkurzony, ale i podniecony. Czułam to. Czułam go.

– Jesteś anarchistką.

Zaśmiałam się. Przysunęłam się do niego i objęłam za szyję. Jego dłonie zjechały na moją talię. Trzymał mnie lekko, ale nie puścił. Jego ciało było napięte i twarde. Zacisnęłam dłonie na jego ramionach, czułam mocne bicepsy i ciepło skóry, przenikające przez cienki materiał eleganckiej koszuli. Pachniał pięknie, co w połączeniu z aromatami ekscytującej czerwcowej nocy składało się na niepowtarzalny i bardzo podniecający zapach. Mogłabym go wdychać i wdychać. I tak właśnie zrobiłam. Wzięłam głęboki wdech, czując gorąco rozlewające się po całym ciele. I spojrzałam mu prosto w oczy.

– Jestem Molly. I tworzę swój własny świat – szepnęłam i zaczęłam go całować.

Kiedy dotknęła ustami moich ust, zupełnie wytrąciła mnie z równowagi. Była ciepła, pachniała pięknie, a jej drobne ciało napierało na mnie i zdałem sobie sprawę, że na pewno poczuła, jak bardzo byłem podniecony. W tamtej chwili nie myślałem o niczym innym jak tylko o tym, że ta śliczna, szalona dziewczyna przytulała się do mnie i całowała tak, jak nigdy nie robiła tego żadna kobieta. Złapałem ją w pasie, odwróciłem i oparłem o samochód. Jedną rękę wsunąłem w jej gęste włosy, drugą objąłem w pasie i zacząłem z pasją oddawać pocałunek. Nasze języki dotykały się, ona jęczała, a ja ocierałem się o nią, czując, że jestem twardy, jak napalony nastolatek podczas pierwszego miziania z dziewczyną. Molly wyszarpnęła ponownie koszulę z moich spodni, a jej drobne, chłodne dłonie rozpoczęły wędrówkę po moich nagich plecach, aby po chwili przenieść się na przód. Błyskawicznie rozpięła pasek moich spodni i wsunęła dłoń w bieliznę. Jęknąłem. Jej palce zacisnęły się na moim twardym penisie. Miałem kompletną watę zamiast mózgu. Pierwszy raz w życiu kobieta doprowadziła mnie do takiego stanu.

– Molly, nie możesz… – powiedziałem cicho, kiedy zaczęła ruszać ręką w górę i w dół.

– Ale jesteś twardy i wielki. Czy to specjalnie dla mnie? – szepnęła w moją szyję, czułem jej ciepły oddech na skórze i zupełnie straciłem kontrolę. – Taki grzeczny pan kołnierzyk, a takie ciacho pod tym idealnie wyprasowanym ubrankiem.

– Molly, nie rób…

– Jak? – spytała, a jej ciepły oddech pieścił skórę mojej twarzy. – Tak? – Zaczęła ruszać dłonią jeszcze szybciej. Poczułem jej język na skórze mojej szyi.

– Jezu… – jęknąłem głośno i odrzuciłem głowę do tyłu.

– Właśnie tak, Wiktor. Otwórz oczy i spójrz w te cholerne gwiazdy.

Zacisnąłem dłonie na jej ramionach, patrzyłem na rozgwieżdżone niebo, czując, że za chwilę dam się porwać szaleństwu. Wówczas Molly złapała moją dłoń i zaczęła ssać moje dwa palce.

– Kurwa! – warknąłem i spojrzałem w jej błyszczące oczy. Ona się uśmiechnęła, a ja wtedy kompletnie odleciałem. Szczytowałem w jej dłoni, gdy ona zapamiętale ssała moje palce. Ja… Miałem sporo kobiet w życiu, ale nigdy nie robiłem czegoś tak szalonego. I nigdy nie byłem tak podjarany jak teraz. A przecież ona nawet nie zdjęła ubrania.

Molly wyjęła dłoń z moich spodni i sięgnęła do torby po chusteczki. Jedną dała mnie, drugą wytarła swoją rękę. Cały czas na mnie patrzyła. Jakby się nad czymś zastanawiała. W końcu zaśmiała się cicho.

– Zaskoczyłeś mnie. Ślicznie przeklinasz, gdy dochodzisz.

Doprowadziłem się do porządku, sięgnąłem do schowka w samochodzie i podałem jej wodę. Sam też otworzyłem drugą butelkę.

– O, fajnie, że tam zajrzałeś. Zawsze coś można zjeść i się napić.

– Nie robię takich rzeczy – odparłem cicho, gdy opróżniłem całą butelkę.

– Nie jesz, nie pijesz, nie szczytujesz? Nie kłam, Wiko.

– Nie robię takich rzeczy z nowo poznanymi kobietami.

– Ja też nie.

Spojrzałem na nią ostro. Wybuchnęła śmiechem.

– Dobra, żarcik. Ale nie chodzę do łóżka z nieznajomymi facetami.

– Nie jestem nieznajomy.

– To propozycja? – Uniosła brew.

– Obietnica.

– Yhm, zobaczymy. Dobra, spadamy, zawiozę cię do domu, a potem odstawię samochód.

– Gdzie chcesz zostawić auto?

– Blisko klubu, może gość jeszcze nie skminił, że miała miejsce nieznaczna pożyczka.

– Nieznaczna… – parsknąłem.

– Dawaj, lecimy z powrotem.

Podałem jej adres, pod który ma mnie zawieźć. Mieszkałem w apartamentowcu na Klecinie. Instruowałem ją, jak do mnie dojechać. Kompletnie nie pojmowałem, co się właśnie wydarzyło. Ale wiedziałem, że to się tak nie skończy. Ona chyba nie zdawała sobie z tego sprawy.

– Podjedź na ten parking. – Wskazałem miejsce, gdzie zwykle parkowałem.

– Spadaj, Wiko, muszę oddać samochód.

– Nie, Molly. – Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się lekko. – To ty spadaj.

Zmrużyła oczy i patrzyła na mnie wkurzona, ale i zdumiona.

– Powaliło cię?

Pochyliłem się i dotknąłem palcami jej włosów. Patrząc w jej oczy, dostrzegłem błysk, który pozwolił mi zrozumieć, że Molly nie do końca jest taką ostrą babką, za jaką chce uchodzić. Widziałem w jej spojrzeniu tęsknotę i czułość. Pewnie nawet nie była tego świadoma.

– Nie, słodka Molly. Koniec przejażdżki. Ukradłaś mój samochód. To mój mustang, pięknotko. Więc teraz ty spadaj.

Rozdział 3

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Od autorki
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20

Text copyright © by Agnieszka Lingas-Łoniewska, 2020

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2020

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Agnieszka Szmatoła/Słowne Babki

Korekta: Monika Paduch, Lena Marciniak-Cąkała/Słowne Babki

Projekt okładki: Anita Modry

Zdjęcie na okładce: Hamza Kulenović/Stocksy

ISBN 978-83-8053-819-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek