Mój przyjaciel to zły chłopak - Agata Bieńko - ebook + książka
BESTSELLER

Mój przyjaciel to zły chłopak ebook

Bieńko Agata

4,2

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Niektóre dziewczyny oczekują, że mężczyzna zapewni im poczucie bezpieczeństwa. Ale są też takie, które wolą niegrzecznych chłopców…

Dziewiętnastoletnia Laura zaczyna pierwszą pracę, ma chłopaka i kochającą rodzinę. Sądzi, że jest szczęśliwa. Przynajmniej dopóki do Polski nie wraca jej przyjaciel z dzieciństwa – Marcel, w którym była kiedyś zakochana. Nagle rozbudzone dawne uczucia szybko wywracają życie dziewczyny do góry nogami.

Od ostatniego spotkania Laury i Marcela minęły cztery lata. Nieśmiały chłopiec zniknął bezpowrotnie, a na jego miejscu pojawił się zadziorny motocyklista, który, choć ma pewne niedobre skłonności, jest szalenie pociągający. Laura wciąż nie rozumie, dlaczego chłopak zerwał z nią kontakt rok po wyjeździe. Zaczynają docierać do niej także niepokojące informacje o przestępczej przeszłości Marcela. Czy to możliwe, że jej przyjaciel jest złym chłopakiem? Dokąd zaprowadzą Laurę próby odkrycia prawdy? I czy romans z bad boyem może mieć szczęśliwy finał?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 533

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (179 ocen)
98
43
21
15
2
Sortuj według:
AleksandraK258

Z braku laku…

Mam dość mieszane uczucia. Pomysł na historię autorka miała ale na tym chyba się kończą plusy. Bohaterowie infantylni, kręcą się wokół siebie jak smród w gaciach. Poza tym Laura chodzi jak dziecko we mgle, nic nie rozumie co się wokół niej dzieje, na wszystko się rumieni... Zdarzały się momenty, które bawiły ale ogólnie zachowania nawet tych "najbardziej doroslych" były mega dziecinne. Styl pisania autorki również pozostawia wiele do życzenia. Czułam się jakbym czytała pamiętnik nastolatki.
31
Didi97

Z braku laku…

Nie zachwyca mnie ta książka, główna bohaterka niby dorosła a zachowuje się jak dziecko i ciagle zastanawia się co powiedzą rodzice. Historia tez jakaś taka nierealna trochę. Styl pisania tez mnie nie powalił. Ogólnie romansidło dla nastolatek.
10
frixi

Z braku laku…

Przemęczy lam tą książkę, koniec książki już czytałam po łebkach bo tak się wlekła. Nie polecam.
10
EdytaSzklarczyk

Całkiem niezła

Sam wątek bardzo ciekawy, ale bohaterka bardzo infantylna. Dużo błędów językowych i stylistycznych. Za bardzo rozciągnięta, za dużo opisów a za mało akcji, dialogów
00
aleksandras1995

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa książka
00

Popularność




Cztery lata wcześniej

Po kolejnym gorącym dniu Wrocław z zachwytem powitał kojący letni wieczór. Miasto budziło się do życia okrzykami młodych wesołych ludzi, którzy ukradkiem wymykali się ze swoich domów. Połowa nieświadomych rodziców ciągle oglądała telewizję, nie podejrzewając nawet, że gdzieś za pobliskim murkiem ich pociechy właśnie prowadzą niezwykle bujne życie towarzyskie.

W parkowej alejce na ławce siedziało dwoje młodych ludzi, trzymając się za ręce i żywo rozmawiając. Około piętnastoletnia dziewczyna położyła głowę na ramieniu swojego towarzysza i ukradkiem zerkała na jego przystojną twarz. On zdawał się tego nie zauważyć, zapatrzony przed siebie i uśmiechnięty, ale tak naprawdę każdy jej gest wywoływał w nim dziwną euforię, której sam do końca nie rozumiał, i właściwie nie wiedział, co z tym zrobić.

– Marcel… a będziesz o mnie pamiętał? – zaczęła niepewnie, starając się nie myśleć o smutku, który z uporem chciał wycisnąć z jej oczu łzy. On zerknął na chwilę w jej duże, niebieskie tęczówki.

– Nigdy o tobie nie zapomnę, Lili – powiedział z większą czułością, niż zamierzał. Jednak nie był tak dobry w zatajaniu swoich uczuć, jak myślał.

– Kiedy przestaniesz tak do mnie mówić? – Zachmurzyła się.

Pomyślał, że uwielbia obserwować te jej humorki, ale zaraz odgonił tę myśl z surowym postanowieniem, że nie będzie miękki.

– Nigdy, przecież sama chciałaś – zaśmiał się głośno.

– Ale to było dawno! – oburzyła się i śmiało szturchnęła go w bok.

Złapał się za żebra, udając ból, którego tak naprawdę nie poczuł. Chciał dać jej satysfakcję – lubił, kiedy sądziła, że jest silna.

– Laura, to tylko cztery lata. Skończę studia i wrócę. Przecież mamy internet, będziemy w kontakcie. – Wierzył w to, co mówił. To wszystko wydawało mu się takie proste.

– Nie rozumiem, dlaczego nie możesz studiować w Polsce. – Miała tylko jednego prawdziwego przyjaciela, a on teraz wyjeżdżał. Znowu będzie sama, zdana na łaskę koleżanek, które nie rozumiały jej tak, jak powinny.

– Lili, to szybko zleci, nie masz się czym martwić.

Ujął w dłoń jej falujące kosmyki i począł zawijać je sobie palce. Przymknęła powieki, bo uwielbiała, gdy dotykał jej włosów. Siedzieli w ciszy przez moment, wsłuchani w odgłosy miasta i gwar ludzi spacerujących po parkowych alejkach.

Chłopak poczuł dziwny niepokój. Nie myślał o tym wcześniej tak intensywnie, ale w końcu to cztery lata nieobecności. Przez ten czas będzie widywał ją tylko w święta? Chyba że jeszcze w wakacje… Nie miał złudzeń, że latem będzie pracował, żeby odciążyć rodziców, a tu, w Polsce, nie zarobi tak wiele jak tam. Teraz spędzają razem każdą wolną chwilę i musiał przyznać sam przed sobą, że to najpiękniejsze momenty w jego życiu. Czyżby… ona znaczyła coś więcej? Właśnie uświadomił sobie, że od jakiegoś czasu nie zwraca uwagi na żadne dziewczyny, a przecież… Przecież do tej pory to było jego drugie życie.

Niepostrzeżenie zerknął na nią i zaraz odwrócił wzrok. Jej łagodny profil wzbudził w nim dziwną miękkość. Gęste brązowe włosy, ciemne rzęsy, prosty, zgrabny nosek i te usta… Coraz częściej myślał o tym, żeby ją pocałować. Ściągnąć z niej ubranie, dotykać nóg, wbić się w miękkie wargi i zatopić w… Cholera, ona jest nieletnia! Zganił sam siebie. A do tego jej ojciec… chybaby go powiesił. Lepiej być przyjacielem. Chociaż… może ona… Pomyślał, że ona byłaby jedyną, która mogłaby go zatrzymać tu, na miejscu.

– Laura?

– Co? – mruknęła na wpół zasmucona, na wpół rozgniewana obecnym stanem rzeczy. Resztkami sił próbowała bronić się przed okrutną rozpaczą, którą coraz mocniej czuła.

– A ty chciałabyś? – zaciął się, nie potrafiąc ułożyć poprawnego stylistycznie zdania, jak na dziewiętnastolatka przystało.

– Co? – Popatrzyła na niego pięknymi, okrągłymi oczami.

– A tak sobie pomyślałem… – Nonszalancko oparł się o ławkę, tak jakby wcale a wcale nie obchodziło go to, co powodowało skurcze strachu w jego żołądku. – Podam ci trzy warianty, wybierz jeden.

– No słucham. – Z zainteresowaniem odwróciła głowę w jego stronę. Pomyślał, że to w ogóle nie ułatwia mu tego, o czym chciałby mówić.

– Pierwszy to taki, że zrywamy znajomość. – Zobaczył, że już wzbiera w niej oburzenie, więc powstrzymał ją gestem, żeby przed czasem nie zrobiła mu awantury. – Drugi to, że jesteśmy przyjaciółmi.

Nic nie rozumiała, przecież byli przyjaciółmi. Zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem Marcel nie najadł się jakichś dziwnych tabletek.

– A trzeci to, że próbujemy być razem – wydyszał, zmęczony intensywnością myślenia. Miał to za sobą. Nie wiedział, czy go zrozumiała, ale dał jej wybór. W duchu zaczął się modlić, żeby zdecydowała się na trzecią z przedstawionych jej opcji. Był niemal pewien, że tego właśnie chciał.

Przymknęła powieki, zastanawiając się nad tym, co jej powiedział. Serce w jej piersi zaczęło mocniej bić. Wiedziała, że to nie jakieś kalambury, jakaś gra, tylko poważna sprawa, skoro jej przyjaciel zaczął unikać jej wzroku. Ale zaraz, czy kiedykolwiek o tym nie myślała, że ona i Marcel? Do dupy z tą przyjaźnią. Mimo że jej pierwszą miłością był Michał z czwartej ce, szybko zawiodła się na nim i stwierdziła, że ten związek nie ma sensu, bo on wolał kolegów i piłkę nożną. Zresztą, miała wtedy dziesięć lat i nie nosiła nawet biustonosza. Nie to co teraz. Tak naprawdę chciała tego. Gorąco tego chciała i marzyła o tym przed snem, żeby Marcel pewnego razu wyznał jej miłość i powiedział, że nie jest tylko jego przyjaciółką. Ale dlaczego zadaje te pytania!? Przecież do tej pory go to nie obchodziło! Może boi się, że ona go kocha, i wtedy… i wtedy… Może jak wyjedzie, to się przestanie odzywać? Przecież tyle razy naśmiewał się z niej, że jest małolatą! I umawiał się z tą rudą dziewczyną z liceum, taką piękną, wysoką i zgrabną. On na pewno chce przyjaźni, a to tylko taki test, żeby wybadać, czy ona przypadkiem się w nim nie kocha. Ze wszystkiego na świecie najbardziej pragnęła go nie stracić, choćby miała płakać w poduszkę i złorzeczyć na cały świat.

– Dwa – powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszał.

Poczuł takie rozczarowanie, że przez chwilę drżał mu podbródek, ale szybko doprowadził się do porządku. A jednak. Ona nie myśli o nim w ten sposób. Trudno, zniesie to z godnością. Odjedzie i spróbuje zamienić to uczucie w przyjaźń, tak jak ona chce. Bo przecież jej szczęście jest dla niego najważniejsze.

– Marcel, coś się stało? – Spojrzała na niego uważnie, bo w świetle parkowej lampy wydał jej się dziwnie mroczny.

– Nic. – Jego radosny ton i mocny uścisk dłoni uspokoiły ją.

– Dwa może być? – zapytała trochę niepewnie. – A ty?

Poczuł potrzebę wyznania jej prawdy, jednak strach zawładnął jego ciałem. Nie zrobi jej tego, nie przed wyjazdem. W przeciwnym razie może powiedziałby jej, że on wcale nie dwa, tylko trzy. Trzy, to pewne jak to, że Ziemia jest okrągła.

– Może być.

Dostrzegła jego lekki uśmiech i odetchnęła. Czyli jednak dobrze zrobiła. A była już o krok od zniszczenia przyjaźni. Dobrze, że miała taką doskonałą intuicję.

– Zróbmy sobie zdjęcie. – Sięgnęła do kieszeni i wyjęła telefon.

Zgodził się ochoczo i przysunął bliżej. Mocno zaciągnął się zapachem jej słodkich perfum i uśmiechnął do aparatu. Flesz rozświetlił ich twarze, ale dziewczyna zażądała więcej. Chciała mieć go chociaż na fotkach w telefonie, skoro już dzisiaj mieli się rozstać. Wykorzystując sytuację, przepełniony dziwną śmiałością, przed kolejnym błyskiem pocałował ją w policzek, a ona zaskoczona tym gestem, uśmiechnęła się radośnie. Zdjęcie wyszło idealnie.

– Chyba musimy już wracać, bo zaraz zacznie do mnie dzwonić – westchnęła ciężko i z niechęcią podniosła się z ławki.

– Twój ojciec powinien trochę wrzucić na luz. – Marcel także się podniósł i ruszyli w kierunku przystanku.

– I tak pozwala mi na więcej, kiedy wie, że jestem z tobą.

Uśmiechnęła się nieznacznie, ale od razu to dostrzegł. Poczuł ciepło na sercu i kolejny raz zaczął się zastanawiać, co tak naprawdę się z nim dzieje. Delikatnie ujął ją za dłoń, a ona spojrzała prosto mu w oczy. Jego ciepło rozeszło się po jej ręce jak jakiś niewidzialny impuls i znalazło swoje ujście dopiero w mocnym uścisku brzucha. Pomyślała, że te wszystkie motyle, o których czytała, to prawda. Ciekawe, jak to jest przy całowaniu?

Całą drogę robili dobrą minę do złej gry, zastanawiając się każde w swojej głowie, jak by to było, gdyby to była trójka, a nie ta nieszczęsna dwójka.

Wysiadając z autobusu, znowu złapała go za rękę, nie mogąc się oprzeć uczuciom, które temu towarzyszyły. W końcu to ostatni dzień, a oni znają się od dziecka. Nawet przyjaciele czasami robią takie czułe rzeczy. To nic nie znaczy, chociaż ona tak strasznie chciałaby, żeby jednak coś znaczyło.

Drzwi otworzył im postawny poważny mężczyzna, ale na widok chłopaka od razu się uśmiechnął.

– Witaj, Marcel. – Uścisnął jego dłoń tak mocno, że ten przez chwilę zastanawiał się, czy nie połamał mu palców. – Dziękuję, że przyprowadziłeś ją całą i zdrową.

Chłopak się zmieszał. Całe szczęście, że to, co krąży mu po głowie, nigdy nie wyjdzie na światło dzienne. Sprawa była o tyle trudna, że jego rodzice i rodzice Laury byli długoletnimi przyjaciółmi. Mimo że jej ojciec był dla niego jak troskliwy wujek, czuł przed nim respekt. Wolał mu nie podpaść, bo doskonale wiedział, że na karku nie będzie miał dwójki, a całą czwórkę dorosłych.

– To ja dziękuję, że tak mi ufasz.

– Nigdy mnie nie zawiodłeś. – Piotr Piaskowski, poważny prezes Wild Speed, spojrzał uważnym okiem na chłopaka, którego traktował jak syna. Czyżby ten miał coś nas sumieniu? Nie, nie on. To dobry dzieciak.

– Może napijesz się ze mną whisky? – zaproponował, bo od jakiegoś czasu doskwierał mu brak towarzystwa.

– Nie, dzięki. Muszę wracać i przygotować się do lotu, a mama pewnie będzie mnie obwąchiwać, jak przyjdę. – Uśmiechnął się niepewnie. Jego matka miała nos lepszy niż policyjny owczarek niemiecki. – Powiem tacie, żeby wpadł.

Wiedząc, że wujek nie należy do takich, których łatwo przekonać, czym prędzej pożegnał się z dziewczyną i jej ojcem, odwrócił na pięcie i zniknął za zakrętem.

– Do łóżka. – Mężczyzna ponaglił córkę. Ta teatralne przewróciła oczami i ruszyła schodami na górę. Pokręcił głową, myśląc, że zachowuje się identycznie jak jej matka.

Połykając łzy, Laura włączyła radio, bo nie potrafiła funkcjonować w tym pomieszczeniu bez muzyki. Rzuciła się na łóżko. Od razu wyjęła telefon i wystukała krótką wiadomość do Marcela. Nie wyobrażała sobie, żeby ich pożegnanie miało tak wyglądać. Chłopak odpisał za chwilę, wywołując jej szeroki uśmiech. Podbiegła do okna i otworzyła je szeroko. Przyjemny chłód letniej nocy wtargnął do środka razem ze zgrają komarów. Pospiesznie zgasiła światło.

Marcel podszedł do ściany budynku i spojrzał w górę. Czekała na niego. Mocno chwycił się małych wypukłości, które niepostrzeżenie umieścili tam rok wcześniej. Po kilku chwilach już był u niej w pokoju.

Entuzjastycznie chwyciła go za rękę i położyła się z nim na łóżku. Z całych sił wtuliła się w jego szczupłe ciało, a on przygarnął ją do siebie i zatopił nos w jej długich włosach. Smutna radiowa piosenka wywołała w nich niekontrolowane skurcze żalu i sprawiła, że oboje zamknęli powieki, wsłuchując się w jej słowa.

You’re setting off, it’s time to go, the engine’s running

My mind’s lost, we always knew this day was coming

And now it’s more frightening than it’s ever going to be

We grow apart, I watch you on the red horizon

Your lion’s heart, will protect you under stormy skies

And I will always be listening for your laughter and your tears

And as soon as I can hold you once again

I won’t let go of you, I swear

Zaczęła płakać. Nie pozwalając sobie na głośne wyrażanie żalu, wtuliła nos i usta w jego koszulkę. On objął ją obiema rękami, otulił rozpiętą bluzą i kołysząc w ramionach, z całych sił próbował zatamować ten potok płynący po jej policzkach. Było to o tyle trudne, że sam ledwo powstrzymywał łzy. Kiedy spod powieki wypłynęła jedna z nich, wiedział, że nigdy nie pozwoli nawet na jeden dzień bez Laury. Choćby miała być tylko w jego głowie. Będzie zawsze.

1

Sos, skarpeta i Lola

No już, już. Uspokój się, kobieto! Dziewczyno… Nie, kobieto jest lepiej, w końcu jesteś już dorosła. Do tego nie potrzeba wiele. Wystarczy ci trochę odwagi i stanowczości. Na pewno się zgodzą. Mama zawsze trzyma twoją stronę, a tata ostatnio ma dobry humor. Uda ci się, tylko w to uwierz.

Wychodzę z pokoju i jeszcze zerkam na swoje odbicie w lustrze w korytarzu. Robię poważną minę i prostuję się. Będzie dobrze, przecież już na pierwszy rzut oka widać, że jestem dorosła, poważna i wiem, czego chcę.

W drodze do kuchni odkrywam, że drżą mi nogi. Nie mogę myśleć o niepowodzeniu. Ta misja musi skończyć się sukcesem. Spoglądam na mamę, która z uśmiechem miesza sos. Jej spięte brązowe włosy wydają się być takie miękkie. Jak zawsze stoi wyluzowana, w luźnych dżinsach i cienkim sweterku, niedbale zarzuconym na ramiona. Wydaje się zamyślona, ale chyba nad czymś przyjemnym, bo się uśmiecha. Ona zawsze jest taka zrelaksowana, dopóki któreś z nas jej nie rozjuszy. Chyba tym razem to będę ja. Moja odwaga odlatuje jak bociany na zimę. Nie wiem, od czego mam zacząć, to jest najgorsze.

– Laura, co się dzieje? – mówi znad tego garnka, nawet na mnie nie patrząc.

O rety, jak ona mnie dobrze zna. Biorę mocny, uspokajający wdech.

– Chciałam z wami porozmawiać. – Głos mi drży. Przecież to nie terroryści, tylko twoi rodzice. Dziewczyno, uspokój się w końcu!

– Z nami? Ale przecież taty tu nie ma.

Jak na zawołanie do kuchni wpada mój ojciec. Kręci się, jakby czegoś szukał.

– Widziałaś moją skarpetkę? – Wyciąga do niej rękę z czymś czarno-białym.

Mama patrzy na niego tak, że jedyne, co mogę zrobić, to zakryć usta dłonią, żeby nie parsknąć śmiechem.

– Tak, gotuję na niej zupę. – Widzę, jak zagryza wargę, próbując zachować powagę.

Przez chwilę ojciec wygląda, jakby w to wierzył, ale zaraz na jego twarzy maluje się ulga. Jego żona kręci głową i wraca do mieszania sosu.

– Laura chce z nami porozmawiać.

– O czym? – Tym razem to on patrzy na mnie badawczo. Siada naprzeciwko, przy dużym dębowym stole i splata ze sobą palce dłoni. Nie myślę o tym, jak bardzo to trudne, tylko po prostu biorę wdech i…

– Chcę wyjechać do pracy za granicę.

Obserwuję, niczym w zwolnionym tempie, jak jego brwi podjeżdżają do góry, żeby potem się zmarszczyć.

– Wykluczone – ucina.

– Ale, tato! – Nie powstrzymuję swojego wybuchu i walę dłonią w blat stołu. Wiedziałam, że tak będzie!

Ojciec się lekko dziwi, ale zawzięty wyraz jego twarzy oznacza, że nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Jak zawsze.

– Jestem pełnoletnia i sama powinnam decydować o swoim życiu! – wykrzykuję pierwsze argumenty.

– Piotr… – Mama kładzie dłoń na jego ramieniu, ale zagapia się na coś za oknem i sos z łyżki ląduje mu na koszuli. Otwiera szeroko oczy i zaciska usta, próbując się nie roześmiać.

– Czy ty myślisz, że ja wyglądam z tym jak autorytet? – Ojciec patrzy na plamę i na nią.

– Na pewno bardziej słodko. – Całuje go w czubek nosa.

Heeej, tu jestem! Mam ochotę pomachać do nich, żeby w końcu zwrócili na mnie uwagę.

– Laura ma rację, nie możesz całe życie jej pilnować. – Mama wraca do tematu.

– Jesteś niepoważna. – Ojciec wstaje z krzesła i przeczesuje ręką włosy. Zawsze tak robi, kiedy się zdenerwuje i nie wie, jakie kroki ma podjąć.

– Mam ją wypuścić za granicę?! Samą!?

– Ma dziewiętnaście lat. Wielu ludzi w jej wieku wyjeżdża, żeby zarobić. To nic złego, że chce mieć swoje pieniądze.

– Alicjo, niespełna dziewiętnaście lat! – Widzę, że traci cierpliwość. – Ty chyba siebie nie słyszysz! Ją za granicę.

– Piotr! – Moja obrończyni już wrzeszczy na niego. – A co jest nie tak w niej, że chcesz ją więzić?! Przestań traktować ją jak nieodpowiedzialną smarkulę!

– Właśnie! – dodaję, zgadzając się z nią w stu procentach, ale zaraz kulę się w sobie pod jego rozwścieczonym spojrzeniem.

– Przecież ona jest jeszcze za młoda, nic nie…

O nie… Wyłączam się. Ble, ble, ble… Ona jest nieodpowiedzialna, nic nie wie o życiu… Rodzice już wydzierają się na siebie, kłócąc się o to, kto ma rację. Pięknie… Wywołałam trzęsienie ziemi w domu jednorodzinnym na obrzeżach Wrocławia.

Widzę w progu dziadka, ojca taty. Idzie powoli, podpierając się na lasce, i cieszy się z czegoś. Czuję szturchnięcie, usiadł obok mnie. Uśmiecha się, pokazując głębokie zmarszczki.

– Co? W jak rozwód? – Śmieje się cicho. – Przyszedłem pooglądać, bo… – Poprawia się na krześle. – To lepsze niż telenowele w telewizji.

Patrzę na niego przez chwilę, a w końcu też słabo się uśmiecham. Nie wiem, czy to dobrze, że tu przyszedł. Często doprowadza go do szału.

– Tata? A tata tu po co? – O wilku mowa. Dostrzegł dziadka.

– Postanowiłem popatrzeć, jak się miotasz przy kuchennym stole.

Widzę, że mój tatuś się wkurza. Nie… Wkurza to mało powiedziane. Zaraz nas powiesi.

– Ojciec stąd wyjdzie – mówi stanowczo.

– Co mówiłeś? – Dziadek udaje, że nie słyszy. Wiem, że udaje, bo kiedyś mi to powiedział. – Firma bankrutuje?

Otóż jest tak, że mój tata przejął firmę po swoim ojcu. Wydaje mi się, że odczuwa presję, by ta działalność prosperowała równie dobrze, co za dawnych czasów. Dziadek go sprawdza. Podważa jego autorytet i często wątpi w kroki, które ojciec podejmuje. Prawie się przy tym zabijają.

Tata, zaciskając usta, bardzo powoli przenosi wzrok na mamę.

– Powiedz mi, do cholery, czyj to był pomysł, żeby on z nami zamieszkał – warczy, trzęsąc się ze złości. Mama odwraca się w kierunku sosu, ale zauważam, że na twarzy ma szeroki uśmiech. – Posłuchaj mnie, córeczko. – Tata przenosi na mnie swoją uwagę, mówiąc już dużo bardziej miękko, co zadziwia mnie do tego stopnia, że zamieniam się w słup soli. Domyślam się, że zużywa całą swoją energię, by się uspokoić. – Nie mam nic przeciwko temu, żebyś zarabiała własne pieniądze, ale tutaj, we Wrocławiu. Jest tyle barów, sklepów i firm reklamowych, że spokojnie możesz znaleźć sobie pracę na lato.

– Ale…

– Obiecałem ci, że opłacę studia i mieszkanie. Tak będzie. Jedyne, o czym musisz myśleć, to nauka.

Ale przecież są jeszcze kosmetyki, ciuchy i imprezy – nie powiem tego głośno, bo mnie zastrzeli. Patrzy na moją minę i chyba wydaje się rozumieć. Zna mnie lepiej, niżbym chciała.

– Może tata ma rację? – wtrąca mama. – Na całą resztę. – Macha lekceważąco ręką. – Wystarczy ci polska pensja. A jeśli chcesz zarobić więcej, to pozostaje jeszcze nasza firma.

– Nie, dziękuję. – Zakładam ręce na piersi i kręcę głową. Niedoczekanie, żebym tam pracowała. Razem z nim i wujkiem Sebastianem. Gorszego więzienia już być nie mogło.

Dzwonek do drzwi zwiastuje, że o wilku mowa. Dagmara i Sebastian, przyjaciele moich rodziców, wchodzą do naszego domu jak do siebie. Są właściwie jak rodzina. Mają trzech synów – Błażeja, który mieszka w Warszawie, Kubę i Marcela, który wyjechał. Ten ostatni to dla mnie trudny temat i nawet myśl o nim wywołuje dziwny skręt w brzuchu. Chociaż… tak dawno o niego nie pytałam…

– Ciociu, co u Marcela? – rzucam obojętnie. Spodziewam się standardowej odpowiedzi, którą słyszałam już setki razy, zanim stwierdziłam, że moje pytania są bez sensu – ciągle za granicą, nie wspomina nic o powrocie. Mój rzekomy przyjaciel wyjechał cztery lata temu, obiecując mi trwały kontakt. Tymczasem po dwóch latach przestał przyjeżdżać na święta i w ogóle przestał się odzywać. Ograniczył telefony i kontaktował się tylko ze swoimi rodzicami. Nie mogę zrozumieć dlaczego i to strasznie boli, mimo że minęło tyle czasu.

Widzę, jak Dagmara kręci się na krześle i patrzy niepewnie na mamę. Mrużę oczy, próbując wybadać jej minę. Sebastian trzyma ją za rękę. Czuję dziwny ścisk i serce dudniące w piersi.

Coś się stało.

– Marcel wraca za tydzień – odpowiada cicho, a mój brzuch wywraca się do góry nogami, słysząc te rewelacje.

Zamykam usta dłonią, żeby powstrzymać wydobywający się z nich pisk. Mój brat Mateusz, który właśnie wszedł do pokoju, patrzy na mnie z kwaśną miną, a ojciec kręci głową.

– No to teraz się zacznie – komentuje z trwogą.

– Przynajmniej widać, komu odbiło – szepcze mi Mat prosto do ucha. Szturcham go w bok, a on zgina się wpół.

Cieszę się tak bardzo, że nie obchodzą mnie ich dziwne miny i komentarze. Marcel wraca. W końcu wraca! Może kiedy się spotkamy, wyjaśni mi wszystko?! Musi mi wyjaśnić.

Przepraszam wszystkich i wychodzę z kuchni. Nie słuchając nawoływań do powrotu, biegnę do swojego pokoju i grzebię w szafie. Wyciągam jego bluzę. Tę bluzę, którą mokrą od moich łez zostawił mi przed wyjazdem. Wkładam ją i rzucam się na łóżko. Szkoda, że już nim nie pachnie. Pachniałaby, gdyby mama jej kiedyś nie wyprała. Pamiętam swoją złość z tego powodu. Ale to już nieważne, Marcel wraca. Mój Marcel. W końcu go zobaczę. Nie potrafię teraz myśleć o niczym innym.

Słyszę mój telefon, więc wyciągam go z kieszeni i nie patrząc na wyświetlacz, odbieram.

– Cześć, kochanie.

I wtedy przypominam sobie o Konradzie. Moim chłopaku.

2

Chaos w sercu

Kilka dni później, podczas których nie dzieje się nic niezwykłego, dostaję zaproszenie na pizzę do Kuby, brata Marcela, i jego narzeczonej – Adriany. Od razu się zgadzam. Uwielbiam ich odwiedzać.

Kiedy proszę mamę o kluczę do auta, dociera do mnie, że czyta książkę. Przyglądam się jej uważnie, bo robi to tylko wtedy, kiedy coś jest nie tak i usiłuje nie myśleć o problemach. Pytam, co się stało, ale zbywa mnie machnięciem ręki, nie odrywając nawet oczu od lektury. Może po prostu miała ochotę się oderwać? Co miałoby się stać? Jak dla mnie wszystko funkcjonuje jak do tej pory. Czekam na przyjazd Marcela, ale przestałam cieszyć się z tego jak dzika i wróciłam do codzienności.

Mieszkanie Kuby znam tak dobrze jak mój dom. Idę do kuchni za zapachem. Ada wyjmuje naczynia ze zmywarki, proponuję, że jej pomogę, ale stanowczo odmawia. Opieram się o blat i znowu pogrążam w swoich myślach. Zaczynam zastanawiać się nad tym, dlaczego ostatnio unikam Konrada. Boję się, że powód jest jeden. Pewien czarnowłosy, przystojny i troskliwy osobnik niebawem odbierze swoją walizkę z taśmy bagażowej na lotnisku.

– Coś cię dręczy, młoda? – Ada zamyka piekarnik, patrząc na mnie z uśmiechem. Nie wiem, co mam jej odpowiedzieć, wzruszam ramionami. – Przejmujesz się Marcelem, co?

– Trochę – dukam niepewnie. – Nie wiem, dlaczego nie odzywał się przez taki długi czas.

– Będzie z nami mieszkał. – Puszcza mi oczko.

– Dlaczego? Nie, z rodzicami?

– Pytał Kubę o mieszkanie, więc ten po prostu się zgodził. Tu jest dużo miejsca, wystarczy też dla niego. – Podchodzi do mnie i opiera się o blat obok. Zaplata ręce na piersiach. – Tylko nie mów nikomu, że ci mówiłam, okej?

Kiwam twierdząco głową i już czuję wypieki na policzkach. Ona coś wie i zaraz mi powie. Na nią zawsze mogę liczyć. Mimo że jest starsza o sześć lat, to chyba moja najlepsza koleżanka.

– Z tego, co wiem, Marcel ma jakieś problemy – kontynuuje cicho. Wyostrza to moją uwagę.

– Jakie?

– Nie wiem. – Przez chwilę zagryza dolną wargę. – Ale podobno bardzo się zmienił.

– Co? – wyrywa mi się. Jestem pewna, że zawód mam wymalowany na twarzy. – Ale jak? Na gorsze? – Przytakuje, patrząc na mnie ze smutkiem. – Może im się wydaje, przecież on był taki… – Chcę powiedzieć „słodki”, ale oczywiście nie mówię, a zamiast tego jeszcze bardziej się rumienię.

– Może siła miłości go uleczy. – Szturcha mnie w bok, śmiejąc się.

– Przestań. – Ojejku, powiedziałam jej kiedyś, że Marcel dużo dla mnie znaczy. Za każdym razem, kiedy się odezwał, odpisywałam mu natychmiast, a potem przez tydzień wyłam w poduszkę, bo znów zapadała grobowa cisza.

– Ostatnio rozmawialiśmy z Kubą, że ten twój Konrad jest bardzo podobny do Marcela. – Adrianna wyciąga blachę z pizzą i zerka na mnie przez chwilę. Znowu się czerwienię, chociaż nie wiem, czy w ogóle zdążyłam przestać. Te okropne rumieńce. Że też muszą być takie niekontrolowane…

– W jakim sensie?

– Wygląd. – Patrzy na mnie wymownie. – Porównywaliśmy zdjęcia.

– Nie wierzę. Nie macie swojego życia?

– Twoje jest bardzo ciekawe. – Pokazuje mi język. – A ogólnie jak z tym Konradem? Dogadujecie się?

Kiwam potakująco głową, jednak milczę, nie chcąc rozwijać tematu.

Ada zabiera swoje kulinarne dzieło, a ja talerze i idziemy do salonu. Stawiamy to na małym stoliku i wołamy Kubę. Rozkoszujemy się jedzeniem, przez chwilę nic nie mówiąc. Słyszę sygnał wiadomości, więc wyciągam telefon.

„Może dzisiaj znajdziesz dla mnie trochę czasu, słońce?” Chyba przyciągnęłam swojego chłopaka myślami.

Przecież już mu nie odmówię. Robiłam to w niedzielę, w poniedziałek i we wtorek, w końcu się na mnie wkurzy. Odpisuję, by przyjechał do Kuby.

Konrad mnie kocha. Wiem, bo powtarza mi to siedem dni w tygodniu. Poza tym jest przystojny i kulturalny. Starszy o dwa lata. Studiuje medycynę, ma rodziców dentystów. Nieba by mi przychylił i nie ma praktycznie żadnych wad. No, może kilka, ale naprawdę mało istotnych. Uśmiecham się na myśl, że mimo wszystko mój tata i tak go nie lubi, no, ale dla niego raczej nikt nie byłby idealny…

– W końcu cię widzę. – Konrad ledwo przychodzi, wtula nos w moją szyję i leciutko ją całuje.

Kończę jeść, wycieram dłonie w serwetkę i przytulam się do niego. Obejmuje mnie jedną ręką, a drugą kładzie na moich nogach.

– Laura, to jedziesz z nami po Marcela? – Kuba włącza telewizor, nawet na mnie nie patrząc.

Spinam się, bo uświadamiam sobie, że nie wspominałam o tym swojemu chłopakowi.

– Po jakiego Marcela? – pyta cicho Konrad, mocniej ściskając moją dłoń.

Oho. On nie jest typem zazdrośnika. Wielokrotnie zadziwiał mnie swoją wyrozumiałością, jednak jest jeden temat, który nawet w nim wyzwala negatywne emocje. To mój były przyjaciel. Kiedy znalazł pod moją poduszką nasze wspólne zdjęcie z Marcelem, musiałam mu opowiedzieć, kim dla mnie jest. Oczywiście oszczędziłam mu opowieści o tych wszystkich uczuciach, które buzują we mnie, ilekroć o nim myślę, ale i tak sporo się dowiedział.

– Po Marcela, brata Kuby – mówię niepewnie. Moje oczy na chwile spotykają się z oczami Ady. Czy mi się wydaje, czy dostrzegam u nich błysk rozbawienia?

– To jedziesz? – Kuba nawet na mnie nie patrzy, a mógłby. Mógłby zauważyć, że drugi raz w historii mojego związku mój facet jest zazdrosny.

– Nie wiem – odpowiadam sztywno, chociaż wszystko we mnie krzyczy „tak, tak, tak”! Chcę ominąć ten temat.

Słysząc to, Jakub w końcu na mnie spogląda i unosi ze zdziwieniem brwi. Dostrzega nasze grobowe miny i uśmiecha się pod nosem. Siedzimy jeszcze chwilę, ale widzę, że Konrad jest jakiś nie w sosie, więc decyduję, że pora się zmywać. Na zewnątrz zauważam, że zaparkował pod blokiem. Jego czarne, błyszczące bmw z daleka przyciąga wzrok.

– Ten Marcel wraca? – Łapie mnie za rękę przed wejściem do samochodu.

– Tak. – Potwierdzam, patrząc w jego ciemne oczy. Ma czarne krótkie włosy, brązowe tęczówki, a nad nimi grube, proste brwi. Może faktycznie jest trochę podobny do Marcela? Uroda Konrada z pewnością jest dużo bardziej łagodna – owalny kształt szczęki, delikatne rysy twarzy, długie rzęsy. Jest szczupły, z lekkim zarysem mięśni. Podoba mi się, w końcu sama do niego zagadałam na domówce, u jednej z moich koleżanek. Można powiedzieć, że go zdobyłam, chociaż zarzekał się później, że i tak miał zamiar do mnie podejść.

– I co? – pyta ostrożnie.

Chyba pierwszy raz widzę go takiego dziwnie niepewnego.

– Nic. – Wzruszam ramionami.

– Będziecie się spotykać?

– Na pewno… – Na myśl o tym, chce mi się uśmiechnąć, ale powstrzymuję się. – …od czasu do czasu. Jesteś zazdrosny?

Może chociaż raz przyzna, że jest.

– Nie. – Uśmiecha się.

Otwiera mi drzwi do samochodu, więc wsiadam. A co, jeśli odkryłabym przed nim swoje prawdziwe pragnienia? Na pewno by się wściekł. Laura, skończ myśleć o człowieku, który zupełnie cię olał. Do jasnej cholery, kobieto! Ogarnij się. Konrad to facet ideał.

Przyglądam się mu, gdy odpala samochód. Proponuję, żebyśmy pojechali do mnie. Ale czy przypadkiem Ada nie miała racji? Może właśnie dlatego z nim jestem, bo nie chciałam już dłużej czekać na Marcela… Ta brutalna prawda sprawia, że robi mi się bardzo smutno.

Czy mogłabym być aż taka podła?

Konrad wydaje się nie zauważać mojego przygnębienia. W moim pokoju oboje rzucamy się na łóżko, a ja przytulam się do zagłębienia jego ramienia.

– W sobotę za tydzień jest impreza u Patryka – przypomina.

Patryk to jego najlepszy przyjaciel. Lekko kiwam głową. Średnio co dwa tygodnie jest u niego impreza, nic nowego.

– Pójdziemy?

– Jeśli chcesz. – Staram się, żeby nie wyczuł mojej niechęci. Nie lubię takich imprez z ważniakami, uważającymi się za bogaczy, ale chodzę na nie dla Konrada, bo to jego znajomi.

– Cieszę się, że cię mam – mówi jak zawsze tak prosto i szczerze. Obejmuje mnie mocniej.

Kładę głowę na jego ramieniu, wzdychając cicho. Delikatnie całuję go w gładki policzek. Zawsze ogolony, uważa, że tak jest idealnie i elegancko, a ja lubię facetów z klasą. Lubię? No tak, chyba lubię. Skoro on tak uważa…

Czuję, jak ręce Konrada wędrują wzdłuż moich nóg, w górę i zatrzymują się na moich udach. Patrzy na swoje dłonie uważnie i z takim erotycznym błyskiem w oku. Po chwili jedna z nich już jest pod moją koszulką.

– Co ty na to? – pyta niskim głosem.

– Nie, kotek. Wszyscy są w domu. – Biorę jego rękę i odkładam mu na kolano.

Nie mam ochoty na seks. Jestem rozkojarzona i non stop myślę o czymś, o czym nie powinnam. A raczej o kimś… Jak mam się skupić? Nie mówię, że Konrad mnie nie pociąga, wszystko ma na swoim miejscu. Potrafi mnie rozgrzać i dać spełnienie. W końcu to z nim miałam swój pierwszy raz.

Z czasem doszłam do wniosku, że seks jest trochę przereklamowany. Tak naprawdę nigdy nie przeżyłam tych wszystkich dreszczy, motyli w brzuchu, otumanienia drugą osobą, o których tyle piszą w książkach. Coś mi mówi, że to tylko bujda. Ciekawe, czy wszyscy tak mają? Ciekawe, jaki jest on…

Znowu? Cholerny Marcel! Mam nadzieję, że kiedy go zobaczę, ten idealny obrazek, który sobie namalowałam w głowie, rozleci się w pył i wrócę do normalności!

– Skarbie, szybki numerek, nikt nas nie usłyszy – mruczy mi na ucho Konrad i kontynuuje swoje pieszczoty.

– Proszę cię, nie chcę, żeby ktoś się domyślił. Co innego, kiedy nikogo nie ma w domu. – Udaje mi się być stanowczą.

Widzę w jego oczach zawód i gdy wydaje mi się, że odpuścił, jednym ruchem kładzie się na łóżko i wciąga mnie na siebie. Obraca nami tak, że teraz leżę pod nim.

– Tak dawno się kochaliśmy… – Brzmi to jak w jakimś starym, niezbyt dobrym małżeństwie.

– Mam się zmuszać? – Patrzę na niego wymownie. Może chciałam łagodniej, ale wyrwało mi się. Skoro mówię „nie”, chciałabym, żeby dokładnie tak samo to odczytywał.

W tym momencie drzwi do mojego pokoju się otwierają, a Konrad szybko odsuwa się na bok. To dziadek z ojcem. Przewracam oczami i zanim zdążę się oburzyć, dziadek oświadcza:

– Mówiłem ci, że niezłe z niego ziółko!

– Co robicie? – Ojciec robi krok do środka i wkłada ręce do kieszeni spodni. Udając luzaka, rozgląda się po pokoju.

Jestem bordowa, ale nie wiem, czy kolor moich policzków ma coś wspólnego z uczuciami innymi niż wściekłość.

– Leżymy! – krzyczę, wstając. Nawet nie patrzę na minę mojego chłopaka. Coś podobnego, żeby nie mieć nawet krzty prywatności w swoim własnym pokoju. – A nawet jakbym uprawiała seks, to jestem pełnoletnia! 

Brwi tatusia podjeżdżają do góry. Jest zdziwiony moim wybuchem. Patrzy ostrożnie na dziadka i znowu na mnie.

– W tym wieku? – duka.

Już zapomniał, jak rozmawiali ze mną o antykoncepcji? Dziadek się śmieje.

– Ty w tym wieku byłeś jak kombajn. Młóciłeś każdą koleżankę z klasy.

Ledwo powstrzymuję się od wybuchu radości, mocno zaciskając wargi. Dziadek jest niezawodny. Tata otwiera szeroko usta, patrząc na niego, po czym powoli je zamyka. Powtarza tę czynność może ze trzy razy.

– Ojciec może by się zajął warcabami. – Rusza do wyjścia. – Zabezpieczaj się – mruczy niewyraźnie do mnie, a potem obaj wychodzą i zamykają za sobą drzwi.

Szczerzę się wesoło, bo poprawili mi nastrój, ale kiedy patrzę na Konrada, mój uśmiech gwałtownie blednie.

– Mówiłem ci kiedyś, że twoja rodzina to dom wariatów? – mówi chłopak z wyrzutem. – Kto normalny wpieprza się tak bez pukania?

– Nie obrażaj ich. – Siadam na brzegu łóżka. Zachowanie mojego ojca rozbawiło mnie, ale chyba tylko mnie. Pewnie założyli się z dziadkiem o to, czy wyprawiam coś z Konradem. Często robią podobne rzeczy, gdy nudzą się wieczorami. – Wiesz, jestem bardzo zmęczona – wyznaję, będąc przekonana, że wyczuje aluzję i zostawi mnie samą. Chciałabym zamknąć się w swoim pokoju jedynie ze swoimi myślami.

Wzdycha ciężko, ale na szczęście wstaje i rusza do wyjścia. Na odchodne rzuca, że mnie kocha, na co odpowiadam mu tym samym, zmuszając się do uśmiechu. Ledwo zamykają się za nim drzwi, kładę się na plecach i opuszczam powieki, zastanawiając się, jak uspokoić ten chaos w mojej głowie.

3

Ujrzałem cię i wiedziałem, że to nie będzie tak proste, jak myślałem

Słyszę zza ściany krzyki Mata i Tobiasza. Moich dwóch młodszych braci. Ten pierwszy ma szesnaście lat i jest skórą zdjętą z ojca, a drugi dziesięć i cechuje go wyjątkowa upierdliwość. Wychylam się z pokoju i widzę, jak starszy miota się po korytarzu. No dokładnie – Piotr w stanie bezradności. Dostrzegam idącą w tym kierunku mamę, więc szybko chowam się u siebie. Nie chcę znaleźć się w środku awantury. Nie dzisiaj, kiedy przyjeżdża Marcel.

Rozbieram się do bielizny, otwieram szafę i zastanawiam się, co na siebie włożyć. Pogoda nie zachwyca. Jak na koniec czerwca jest stanowczo zbyt zimno i zbyt wietrznie. Sukienka odpada, spodenki też. Wyjmuję swoje ukochane czarne, obcisłe dżinsy i czarny top z dekoltem. Do tego szpilki w tym samym kolorze, na które tata mówi „szczudła”. Mam po mamie dość zgrabne nogi, a w tych butach prezentują się najlepiej. Rozpuszczam włosy i przeczesuję je palcami. Gęste brązowe fale sięgają mi za łopatki. Nakładam lekki makijaż, przeglądam się w lustrze ostatni raz i schodzę na dół.

Kuba gwiżdże na mój widok, a Ada posyła mi rozbawione spojrzenie.

– Ciekawe, dla kogo się tak wystroiłaś. – Jakub kpi sobie ze mnie.

Przewracam oczami i idę do wyjścia, po drodze zabierając z wieszaka cienką skórzaną kurtkę.

– Uważaj, bo w tych butach zabijesz się na progu! – krzyczy za mną tata. Zajęty jest czymś w kuchni. Gdyby miał czas, pewnie znowu rzucałby docinkami. Czasami zachowuje się tak, jakby chciał mnie zamknąć w klatce, najlepiej w najgorszym dresie. Żeby przypadkiem żaden chłopak na mnie nie spojrzał.

W samochodzie wiercę się, jakby atakowało mnie stado mrówek. Droga jest dla mnie wiecznością. Co chwilę przychodzą esemesy od Konrada, który pyta o spotkanie i nie rozumie, dlaczego dzisiaj nic z tego. Nie usłyszałam żadnych przeprosin za wczoraj, bo według niego nic się nie stało, a nachalne namawianie mnie na seks i obrażanie mojej rodziny to przecież nic takiego.

Kuba dogadał się z Marcelem, że będzie czekał na parkingu, więc tam też się zatrzymuję.

Od razu wysiadam, nie zwracając uwagi na to, że wiatr miota moimi włosami. Rozglądam się dookoła i mrużę oczy. Opieram swoje zdenerwowane ciało o samochód. Wyciągam z kieszeni mentosy, które zawsze noszę przy sobie. Wkładam jednego do buzi. To zawsze mnie uspokaja.

Wiatr tańczy tango z moimi włosami, ale nie przejmuję się tym. Stoję prosto, choć ze zdenerwowania pocą mi się dłonie i są przy tym niezwykle zimne. Każda myśl o Marcelu to jeden skurcz moich biednych wnętrzności. Ada wysiada, dołącza do mnie. Mocniej otula się swetrem i wykrzywia twarz w grymasie.

– To zbrodnia, żeby w czerwcu było tak zimno – gdera.

Kiwam potakująco głową, bo nie potrafię wykrztusić z siebie ani słowa. Obserwuję, jak Kuba przytula swoją narzeczoną. Wyciąga do mnie rękę, zapraszając do wspólnego przytulasa, ale odmawiam. Tak jest dobrze. Ignoruję wibracje w swojej kieszeni, bo wiem, że to Konrad. Jeśli się nie odzywam, zawsze dzwoni.

Kiedy już od niezliczonej liczby wyssanych cukierków boli mnie podniebienie, a wiatr potargał mi włosy tak brutalnie, że zapewne przy następnym czesaniu wypadnie mi połowa z nich, dostrzegam wychodzącą zza samochodów znajomą postać. Kuba też widzi brata, bo macha i krzyczy na niego po imieniu. Marcel zatrzymuje się na chwilę. Nie potrafię dostrzec jego wyrazu twarzy, bo jest za daleko, ale chyba wszystko jest w porządku, bo kolejny krok stawia już w naszym kierunku.

Obserwuję, jak idzie swobodne i pewnie. Ma na sobie czarne spodnie i szarą bluzę z zarzuconym na głowę kapturem, spod którego wystają szarpane powiewami kosmyki ciemnych włosów. Na ramieniu ma torbę wielkości mojego biurka, ale porusza się tak, jakby nie była dla niego żadnym ciężarem.

Nie mogę wytrzymać. Nie wierzę, że w końcu go widzę. Patrzę na uśmiechy moich towarzyszy i zanim rozum zdołał powstrzymać nogi, te już niosą moje ciało do niego. Kilka pierwszych kroków na wysokich obcasach jest trudnych, więc ściągam szpilki i biorę je w dłonie. Biegnę ile sił i nie patrząc nawet, czy tego chce, czy nie, rzucam mu się w objęcia. Oddycham z ulgą, kiedy czuję jego dłoń na moich plecach i słyszę cichy śmiech. Ten dźwięk wywołuje w mojej głowie istną rewolucję. Przyjemny, męski zapach wpada mi do nosa. Jest inny niż ten, który pamiętam: ciężki, drzewny…

– Jak miło, że ktoś cieszy się z tego, że mnie widzi – słyszę jego niski, gardłowy pomruk i nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje z moim ciałem. To chyba przez to szczęście.

Odrywam się w końcu od niego i patrzę mu w oczy. Są czarne jak noc. Zmienił się i to widać od razu. Wydoroślał. Kaptur zsunął mu się z głowy, roztrzepane włosy sterczą na wszystkie strony. Oczy wpatrują się we mnie przenikliwie z wyrazem, do którego nie potrafię przypisać żadnej z emocji, a usta pozostają w półuśmiechu. Do tego ma kilkudniowy zarost, który tak dodaje mu uroku, że zwala mnie to niemal z nóg.

– Nic ci się nie stało w stópki? – pyta ciepło i zerka na moje nogi.

– Nie. – Moja odpowiedź jest raczej krótkim wydechem. Wkładam buty.

– Zmieniłaś się – stwierdza, mierząc mnie wzrokiem od góry do dołu.

– Ty też – szepczę.

Bierze w dłoń moje włosy. Leciutko się uśmiecha, przyglądając się im dłuższą chwilę. Nagle poważnieje, a jego usta zaciskają się w wąską linię. Teraz po prostu mnie mija i zmierza dalej, do swojego brata. Stoję oniemiała, bo nagle czuję się tak, jakbym w sekundę stała się niewidzialna. Ale z drugiej strony co ma robić? Rzucić się na mnie i całować? Laura, jaka ty jesteś głupia. Coś ty sobie myślała?

Ruszam za nim, otwieram drzwi auta. Wyczuwam czyjeś spojrzenie i patrzę w tym kierunku. Adrianna zerka na mnie z troską, ale udaję, że mnie to nie obchodzi. Czuję się przygnębiona, chociaż sama nie wiem dlaczego. Za dużo oczekiwałam, jak zawsze. Dlaczego niby miałoby to wyglądać inaczej?

Marcel wsiada po drugiej stronie. Nie dzieli nas nic, ale siedzimy w dwóch kątach tylnej kanapy. Wpatruję się w szybę. Nie wiem, czy on też, ale nie sprawdzam. Wielka gula tkwi w moim gardle. Jego zapach drażni mój nos i czuję, że zaraz się rozpłaczę. Czekam na jakiś jego ruch, na rozmowę, nawet o pogodzie, ale nie odzywa się. Ja sama nie mówię nawet słowa, w obawie przed odrzuceniem. Czasami wydaje mi się, że spogląda na mnie, ale nie wiem, czy nie oszukuję samej siebie.

– Konrad będzie na obiedzie? – Ada przerywa ciszę.

Odrywam wzrok od okna. Teraz już czuję na sobie spojrzenie tych czarnych, świdrujących oczu i na chwilę patrzę prosto w nie. Sama odwracam wzrok, nie czekając, aż on to zrobi.

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo mnie wczoraj zdenerwował – mówię zgodnie z prawdą. Nie zapraszałam go, po części dlatego, że nie chcę, żeby spotkał Marcela, a po części za te jego mądrości.

– Ten facet ma z tobą przerąbane – wtrąca się Jakub. Śmieje się pod nosem.

Dojeżdżamy do mojego domu, w którym nasi rodzice przygotowali uroczysty obiad, i wsiadamy z samochodu. Lola – ukochany owczarek australijski mojej mamy, wita nas głośnym szczekaniem i zaraz obwąchuje Marcela. Przez chwilę boję się, że go ugryzie, ale ten głaszcze ją po głowie i drapie za uchem, kupując tym całą psią miłość.

Wchodzę do domu za Kubą i Adą. Jestem pogrążona w swoich depresyjnych myślach, pomieszanych z nowymi uczuciami, których chyba do końca jeszcze nie potrafię zdefiniować. Czuję na biodrze czyjąś dłoń, na co zaraz odskakuję jak oparzona.

– Masz kogoś? – Marcel pyta cicho. Szuka mojego spojrzenia. Patrząc na niego, nie dostrzegam nic prócz zadowolenia.

– Tak – odpowiadam krótko. Szybko dochodzi do mnie, że on dalej trzyma rękę na moim ciele i to zaczyna palić mnie żywym ogniem. Patrzę na nią, a potem gwałtownym ruchem odsuwam się od niego.

Ruszam do kuchni na lekko drżących nogach. Mijam rodziców witających się z Marcelem i podchodzę do stołu, który aż ugina się pod ciężarem jedzenia. Lokalizuję Mata i wciskam się obok niego. Swoją kurtkę zawieszam na oparciu krzesła.

– I jak? – Korzystając z tego, że nikogo oprócz nas nie ma w kuchni, Mat nadziewa smażoną pierś z kurczaka na widelec i wkłada ją sobie niemal w całości do ust.

– Czasami się zastanawiam, jakim cudem jesteś taki chudy. – Patrzę krytycznie na to, jak wsuwa.

– Nie zmieniaj tematu – mówi z pełnymi ustami. – Będzie coś z tego?

– Z czego?

Pokazuje na coś widelcem, a ja podążam wzrokiem w tym kierunku i trafiam na Marcela. Robię się bordowa i spuszczam spojrzenie gdzieś na czubek swoich butów, a Mat chichocze pod nosem. Wredny gówniarz.

Okazuje się, że mój były przyjaciel wybrał sobie miejsce naprzeciwko mnie. Kiedy nie patrzy, a mnie mija zażenowanie, pozwalam sobie przyjrzeć mu się dokładniej. Jest bardzo przystojny i dobrze zbudowany… Szeroki w ramionach, ma też wyraźnie wyrzeźbione bicepsy. Rysy twarzy przestały być łagodne, a gęsty, choć krótki zarost nadaje mu męską szorstkość. Z zachwytem obserwuję, kiedy rozmawiając ze swoją matką, palcami lekko przeczesuje włosy, jeszcze bardziej je plącząc. Zmienił się, wydoroślał i jest taki… poważny. Wygląda, jakby buntował się przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Odkrywam, że mnie pociąga. Spada to na mnie niespodziewanie i strasznie intensywnie. Szybko sprowadzam swoje myśli na właściwe tory, czyli na Konrada. To on powinien być ośrodkiem mojego zainteresowania i to jemu powinnam wysyłać te wszystkie stęsknione spojrzenia. Teoretycznie. Bo praktycznie to w mojej głowie i w moim sercu trwa rewolucja.

Wszyscy żywo dyskutują o życiu za granicą, pracy i rozmaitych rzeczach. Moi rodzice zaczynają podpytywać Marcela i włączać go do rozmowy. Kiedy tylko mogę, zerkam na niego oczarowana. Rozkoszuję się jego przystojnym całokształtem, a im dłużej to robię, tym bardziej wpadam jak ta śliwka w kompot.

– To co teraz? – dopytuje mama, uśmiechając się przy tym leciutko.

– Poszukam pracy. – Wydaje mi się, że Marcel jest trochę spięty. – I zacznę żyć… normalnie.

To „normalnie” wypowiada tak gorzko, że marszczę brwi z lekkim zaskoczeniem.

– Proponuję ci naszą firmę. – Ojciec znowu wyjeżdża z tą robotą. Najchętniej zatrudniłby tam całą naszą rodzinę, wszystkich znajomych i jeszcze Lolę jako sekretarkę. To co, że się do tego nie nadaje? Najważniejsze, żeby wszystkich mieć pod kontrolą.

– Dzięki, Piotr, ale jakoś sobie poradzę – odpowiada Marcel, ciągle szorstko.

– Nie rozumiem, dlaczego odmawiasz. – Sebastian, który siedzi obok mnie, wydaje się zdenerwowany. – Nikt nie każe ci spędzać tam całego życia. Na początek to ci pomoże.

– Dam sobie radę. – Marcel powtarza tonem podobnym do tonu swojego ojca. Widzę, jak mocno zaciska palce na widelcu.

– Ja jednak uważam, że powinieneś zacząć naprawiać to, co spieprzyłeś. Wykorzystaj fakt, że rodzina chce ci pomóc.

– Sebastian! – upomina go Dagmara. – Miałeś być spokojny.

– Jestem spokojny. Myślałem, że mój syn wydoroślał, ale widzę, że to ciągle gówniarz…

Marcel gwałtownie wstaje od stołu, aż dzwonią talerze. Po chwili jego plecy znikają za progiem. Aż zawieszam się ze zdziwienia. Mama z tatą jakoś dziwnie wolno przeżuwają obiad. Patrzę na Mata. On też jest zaskoczony i nawet przerwał jedzenie. O co chodzi?

Siedzimy tak drętwo kilka minut. Nie mogę wytrzymać. Pod pretekstem wyjścia do łazienki opuszczam kuchnię. Postanawiam go odnaleźć.

Nie muszę długo szukać, stoi na tarasie. Dłonie zaciska na balustradzie, rozpięta bluza powiewa mu na boki, a włosy szaleją w podmuchach wiatru.

Podchodzę cicho i jakoś tak spontanicznie kładę mu rękę na ramieniu, wyczuwając napięte mięśnie. Drga lekko, ale nie odwraca się.

– Wracaj do stołu, Lauro – mówi przed siebie.

– Skąd wiedziałeś, że to ja? – Staję równo z nim i spoglądam na jego profil. Uśmiecha się, kręcąc głową.

– Zawsze rozpoznam, że to ty – rzuca ze smutkiem.

Nie wiem, czy naprawdę jest tak, jak mówi, ale niech mu będzie.

– O co poszło? 

– O marnotrawnego syna – słyszę w tym głosie czystą gorycz.

– Dlaczego się tak nazywasz?

– Bo tak jest.

– Marcel, nie rozumiem…

– Tym lepiej dla ciebie – przerywa mi, w końcu ostro patrząc mi w oczy. – Wracaj do stołu.

Niedoczekanie, żeby on mi rozkazywał. Trochę zbija mnie z tropu, bo nigdy w ten sposób do mnie nie mówił, ale nie daję się i zaplatam ręce na piersiach.

– Chcę z tobą pogadać, tak jak dawniej.

– Nic nie jest takie jak dawniej. – Odwraca się do mnie i łapie za ramiona, ściska mocno. Jego dłonie rozgrzewają mi skórę i dopiero teraz dochodzi do mnie, że stoję w samej koszulce. Wcale nie jest mi zimno, zapomniałam o tym przy nim.

– Masz na myśli to, że nie będziemy tak blisko jak kiedyś? – Zbiera mi się na płacz. – Nie będziemy się przyjaźnić?

Jego desperackie spojrzenie zmienia się na tak czułe, że aż mój żołądek robi salto. Wstrzymuję oddech, kiedy zbliża swoją twarz do mojej.

– Och, teraz jestem złym gościem, od którego takie dziewczyny jak ty powinny się trzymać z daleka – mówi spokojnie, ale jakby z lekką kpiną.

– Takie jak ja, czyli jakie? – Odważnie unoszę podbródek. – Młodsze? Grzeczne? Tak, Marcel?

Odchyla się lekko i leniwie taksuje mnie wzrokiem. Pod tym spojrzeniem temperatura mojego ciała osiąga temperaturę wrzenia.

– Mówiłem ci, że ślicznie dziś wyglądasz? – pyta z zuchwałym uśmieszkiem.

Moje serce bije ze zdwojoną siłą. Zanim cokolwiek zdążę odpowiedzieć, jednym susem przeskakuje balustradę, zarzuca kaptur na głowę i odchodzi w stronę furtki.

– Dokąd idziesz?! – wydzieram się za nim, ale on tylko wyciąga do mnie rękę w geście, którego nie rozumiem, i znika za zakrętem.

Teraz czuję, że mi zimno. Z mieszanym uczuciami wracam do domu. Co on opowiada? Złym gościem? Marcel? Chyba go popieprzyło, jeśli myśli, że będę go unikać, bo tak chce. I jeszcze ten komplement – nie wiem, co chciał przez to osiągnąć. Mówił prawdę czy tylko się zgrywał? Drepczę w stronę kuchni, cały czas zastanawiając się nad jego słowami. Poszedł do domu? Kuba dał mu klucze? No i w dodatku jak ja teraz mam oznajmić wszystkim, że tak po prostu sobie poszedł?

4

Tajemnice

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Agnieszka Nowak

Redakcja: Ida Świerkocka

Korekta: Katarzyna Kusojć

Projekt okładki: Marta Lisowska

Zdjęcie na okładce: © Vasyl / Stock.Adobe.com

Copyright © 2022 by Agata Bieńko

Copyright © 2022, Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2022

ISBN 978-83-67335-55-3

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek