Moc pozytywnego myślenia - Norman Vincent Peale - ebook

Moc pozytywnego myślenia ebook

Norman Vincent Peale

4,4

Opis

Pisząc tę książkę, Norman V. Peale miał jasno wytyczony cel – pragnął pomóc ludziom odnaleźć sens życia. Sprawić, by dane im było spędzić je wygodnie i szczęśliwie. Peale radzi, jak przestać się zamartwiać, co robić, by ludzie nas po prostu lubili i szanowali, jak uwierzyć w sens swego działania i dopuszczać do siebie wyłącznie dobre myśli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu:

The po­wer of po­si­ti­ve thin­king

Prze­kład:

Mar­ta Umiń­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny:

Ma­rek Za­dwor­ny

Re­dak­cja:

Mi­chał Ka­ba­ta

Pol­ski prze­kład cy­ta­tów bi­blij­nych:

Bi­blia Ty­siąc­le­cia, Pal­lo­ti­num, Po­znań-War­sza­wa 1980

Co­py­ri­ght © 1952-1956 by Pren­ti­ce Hall, Inc.

© Co­py­ri­ght Po­lish edi­don by Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA Ltd. War­sza­wa 1993, 2010, 2011, 2012

Wszel­kie pra­wa, włącz­nie z pra­wem do re­pro­duk­cji tek­stów w ca­ło­ści lub w czę­ści, w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strze­żo­ne.

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Kró­lo­wej Al­do­ny 6/2a, 03-928 War­sza­wa

tel./fax 022 628 08 38, 616 00 67

wy­daw­nic­two@stu­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-62304-02-8

Skład i ła­ma­nie: www.an­ter.waw.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książ­kę tę po­świę­cam moim bra­ciom:Dr. med. Ro­ber­to­wi Pe­aleiWie­leb­ne­mu Le­onar­do­wi De­la­ney Pe­ale,któ­rzy sku­tecz­nie nie­śli po­mocro­dza­jo­wi ludz­kie­mu

NOR­MAN VIN­CENT PE­ALE

Czło­wiek, któ­ry po­mógł mi­lio­nom

osią­gnąć suk­ces i szczę­ście

SIŁA PO­ZY­TYW­NE­GO MY­ŚLE­NIA

Książ­ka, któ­ra wska­że ci, jak uczy­nić swo­je ży­cie uda­nym

Nie­od­par­ty, żywy do­wód, że wia­ra w sie­bie może czy­nić cuda

W tym sław­nym be­st­sel­le­rze Nor­man Vin­cent Pe­ale udo­wad­nia po­tę­gę wia­ry w dzia­ła­niu.

Po­przez au­ten­tycz­ne do­świad­cze­nia lu­dzi, dla któ­rych był prze­wod­ni­kiem, dr Pe­ale uka­zu­je, w jaki spo­sób wła­ści­we na­sta­wie­nie psy­chicz­ne może od­mie­nić two­je ży­cie i przy­nieść suk­ces na wszyst­kich po­lach.

„Oto pi­sarz, któ­ry uchwy­cił du­cha wy­obraź­ni Ame­ry­ki i stał się być może naj­sze­rzej czy­ta­nym au­to­rem krze­pią­cych ksią­żek dla ca­łe­go po­ko­le­nia.”

DR DA­NIEL A. PO­LING

re­dak­tor The Chri­stian He­rald

Przedmowa

Do wy­da­nia Faw­cett Crest

Pi­sząc tę książ­kę, nie przy­pusz­cza­łem, że zo­sta­nie sprze­da­na w po­nad dwóch mi­lio­nach eg­zem­pla­rzy róż­nych wy­dań w twar­dej opra­wie i że pew­ne­go dnia przy­cią­gnie dal­sze rze­sze czy­tel­ni­ków ta­kim oto wy­da­niem w mięk­kich okład­kach. Jed­nak, mó­wiąc szcze­rze, cie­szy mnie nie licz­ba sprze­da­nych eg­zem­pla­rzy, lecz wiel­ka rze­sza osób, któ­rym mogę dzię­ki temu za­pro­po­no­wać pro­stą i prak­tycz­ną fi­lo­zo­fię ży­cio­wą.

Za­sad, wy­ło­żo­nych w tej książ­ce, na­uczy­łem się na wła­snej skó­rze, trud­ną me­to­dą prób i błę­dów, w trak­cie mo­ich oso­bi­stych po­szu­ki­wań spo­so­bu na ży­cie. Zna­la­złem w nich od­po­wiedź na wła­sne pro­ble­my, a pro­szę mi wie­rzyć, że by­łem naj­trud­niej­szą oso­bą, z jaką przy­szło mi pra­co­wać. Książ­ka sta­no­wi pró­bę po­dzie­le­nia się moim du­cho­wym do­świad­cze­niem, uzna­łem bo­wiem, że sko­ro po­mo­gło mnie, to może tak­że po­móc in­nym.

For­mu­łu­jąc tę pro­stą fi­lo­zo­fię ży­cio­wą, zna­la­złem od­po­wie­dzi na swo­je py­ta­nia w na­ukach Je­zu­sa Chry­stu­sa. Moja rola ogra­ni­czy­ła się do opo­wie­dze­nia o tych praw­dach w for­mie zro­zu­mia­łej dla współ­cze­sne­go czło­wie­ka. Dro­ga ży­cio­wa, któ­rej świa­dec­twem jest ta książ­ka, jest wspa­nia­ła. Nie jest ła­twa; prze­ciw­nie, czę­sto bywa trud­na, ale za to peł­na ra­do­ści, na­dziei i zwy­cię­stwa.

Pa­mię­tam do­brze dzień, w któ­rym za­sia­dłem do pi­sa­nia tej książ­ki. Wie­dzia­łem, że do­bre wy­ko­na­nie ta­kiej pra­cy wy­ma­ga więk­szych zdol­no­ści niż moje, po­trze­bo­wa­łem więc po­mo­cy, któ­rą tyl­ko Bóg mógł mi dać. Moja żona i ja mamy sta­ły zwy­czaj pro­sić Go o współ­udział we wszyst­kich na­szych pro­ble­mach i po­czy­na­niach. Mo­dli­li­śmy się więc z wiel­kim za­an­ga­żo­wa­niem, pro­sząc Go o prze­wod­nic­two i skła­da­jąc to przed­się­wzię­cie w Jego ręce. Gdy rę­ko­pis był przy­go­to­wa­ny do zło­że­nia w wy­daw­nic­twie, po­mo­dli­li­śmy się zno­wu, ofia­ro­wu­jąc Bogu skoń­czo­ne dzie­ło. Pro­si­li­śmy tyl­ko, by po­mo­gło lu­dziom pro­wa­dzić bar­dziej uda­ne ży­cie. Gdy pierw­sza książ­ka z owych dwóch mi­lio­nów ze­szła z pra­sy, był to dla nas ko­lej­ny waż­ny du­cho­wy mo­ment. Po­dzię­ko­wa­li­śmy Bogu za po­moc i jesz­cze raz ofia­ro­wa­li­śmy Mu książ­kę.

Książ­ka ta zo­sta­ła na­pi­sa­na dla zwy­kłych lu­dzi, do któ­rych i ja nie­wąt­pli­wie na­le­żę. Uro­dzi­łem się i wy­cho­wa­łem w skrom­nych wa­run­kach na Środ­ko­wym Za­cho­dzie w głę­bo­ko re­li­gij­nej, chrze­ści­jań­skiej ro­dzi­nie. Zwy­kli miesz­kań­cy tej zie­mi to moi po­bra­tym­cy, któ­rych znam i ko­cham, i w któ­rych wie­rzę ca­łym ser­cem. Gdy któ­ryś z nich po­zwa­la Bogu po­kie­ro­wać swo­im ży­ciem, po­tę­ga i chwa­ła ob­ja­wia­ją się w nim z za­dzi­wia­ją­cą mocą.

Książ­ka ta zo­sta­ła na­pi­sa­na z głę­bo­ką tro­ską wy­wo­ła­ną cier­pie­niem, wal­ką i trud­no­ścia­mi wła­ści­wy­mi ludz­kiej eg­zy­sten­cji. Uczy pie­lę­gno­wać spo­kój du­cha, nie jako spo­sób uciecz­ki od ży­cia w osło­nę bier­no­ści, lecz jako cen­trum mocy, z któ­re­go pro­mie­niu­je ener­gia po­trzeb­na do war­to­ścio­we­go ży­cia oso­bi­ste­go i spo­łecz­ne­go. Uczy po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia, nie jako środ­ka do zdo­by­cia sła­wy, bo­gac­twa czy wła­dzy, lecz jako prak­tycz­ne­go spo­so­bu za­sto­so­wa­nia wia­ry do prze­zwy­cię­ża­nia po­ra­żek i osią­ga­nia cen­nych, twór­czych war­to­ści. Uczy ży­cia trud­ne­go i zdy­scy­pli­no­wa­ne­go, lecz przy­no­szą­ce­go wiel­ką ra­dość czło­wie­ko­wi, któ­ry od­nie­sie zwy­cię­stwo nad sa­mym sobą i nad prze­ciw­no­ścia­mi tego świa­ta.

Wszyst­kim, któ­rzy pi­sa­li do mnie o ra­do­snym zwy­cię­stwie, ja­kie osią­gnę­li sto­su­jąc przed­sta­wio­ne w tej książ­ce tech­ni­ki, a ta­kie tym, któ­rzy to do­świad­cze­nie mają jesz­cze przed sobą, chciał­bym po­wie­dzieć, jak bar­dzo się cie­szę ze wszyst­kie­go, co ich spo­ty­ka dzię­ki ży­ciu we­dług dy­na­micz­nych re­guł du­cho­wych.

Na za­koń­cze­nie pra­gnę wy­ra­zić wdzięcz­ność moim wy­daw­com za nie­usta­ją­ce wspar­cie, współ­dzia­ła­nie i przy­jaźń. Nig­dy nie pra­co­wa­łem z ludź­mi tak wspa­nia­ły­mi jak moi przy­ja­cie­le z Pren­ti­ce-Hall. Z przy­jem­no­ścią roz­po­czy­nam też współ­pra­cę z wy­daw­nic­twem Faw­cett. Oby Bóg ze­chciał nadal po­słu­gi­wać się tą książ­ką dla nie­sie­nia lu­dziom po­mo­cy.

Nor­man Vin­cent Pe­ale

Wstęp

Co ta książ­ka może zro­bić dla cie­bie

Książ­ka ta zo­sta­ła na­pi­sa­na po to, by za­pro­po­no­wać ci tech­ni­ki i opi­sać przy­kła­dy, któ­re do­wo­dzą, że ni­cze­mu nie mu­sisz się dać po­ko­nać, że mo­żesz osią­gnąć spo­kój umy­słu, lep­sze zdro­wie i nie­usta­ją­cy na­pływ ener­gii; krót­ko mó­wiąc, że two­je ży­cie może być peł­ne ra­do­ści i sa­tys­fak­cji. Nie mam co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści, wi­dzia­łem bo­wiem, jak rze­sze lu­dzi uczy­ły się sto­so­wać i sto­so­wa­ły sys­tem pro­stych re­guł po­stę­po­wa­nia, któ­ry wniósł w ich ży­cie wspo­mnia­ne wy­żej ko­rzy­ści. Te za­pew­nie­nia, jak­kol­wiek mogą się wy­dać dzi­wacz­ne i na­zbyt śmia­łe, opar­te są na praw­dzi­wych ob­ser­wa­cjach ludz­kie­go do­świad­cze­nia.

Zbyt wie­lu lu­dzi daje się zdo­mi­no­wać co­dzien­nym pro­ble­mom. Idą przez ży­cie sza­mo­cząc się i ję­cząc, z uczu­ciem zmę­czo­ne­go obu­rze­nia na to, co wy­da­je się im zło­śli­wo­ścią losu. W ży­ciu zda­rza­ją się cięż­kie chwi­le, lecz ist­nie­je też duch i me­to­da, któ­re po­zwa­la­ją je kon­tro­lo­wać, a na­wet pa­no­wać nad nimi. Szko­da, że lu­dzie dają się po­ko­nać pro­ble­mom, tro­skom i trud­no­ściom swo­jej eg­zy­sten­cji; jest to zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne.

Mó­wiąc tak, nie lek­ce­wa­żę ani nie umniej­szam trud­no­ści i tra­ge­dii, ja­kie nas spo­ty­ka­ją; sprze­ci­wiam się jed­nak ich do­mi­na­cji. Mo­żesz po­zwo­lić prze­ciw­no­ściom za­pa­no­wać nad swo­im umy­słem do ta­kie­go stop­nia, że sta­ną się naj­waż­niej­szą rze­czą, pod­sta­wo­wym czyn­ni­kiem two­je­go sty­lu my­śle­nia. Je­śli jed­nak na­uczysz się usu­wać je z umy­słu, nie zga­dza­jąc się być ich du­cho­wym nie­wol­ni­kiem i po­zwa­la­jąc, by prąd du­cho­wej mocy prze­pły­wał przez two­je my­śli, to mo­żesz wznieść się po­nad prze­ciw­no­ści, któ­re w prze­ciw­nym ra­zie mo­gły­by cię po­ko­nać. Dzię­ki me­to­dom, ja­kie opi­szę, po pro­stu nie po­zwo­lisz kło­po­tom znisz­czyć two­je­go szczę­ścia. Mo­żesz zo­stać po­ko­na­ny tyl­ko wte­dy, kie­dy sam tego chcesz; ta książ­ka uczy, jak tego nie chcieć.

Cel tej książ­ki jest pro­sty i bez­po­śred­ni. Nie ma ona wy­gó­ro­wa­nych aspi­ra­cji li­te­rac­kich ani też nie za­mie­rza do­wo­dzić mo­jej uczo­no­ści. Jest to po pro­stu prak­tycz­ny pod­ręcz­nik pra­cy nad sobą. Je­dy­nym jego ce­lem jest po­móc czy­tel­ni­ko­wi osią­gnąć szczę­śli­we, da­ją­ce sa­tys­fak­cję, war­to­ścio­we ży­cie. Wie­rzę zde­cy­do­wa­nie i z en­tu­zja­zmem w pew­ne spraw­dzo­ne, sku­tecz­ne za­sa­dy, któ­rych sto­so­wa­nie po­zwa­la na ży­cie zwy­cię­skie. Moim za­mie­rze­niem jest przed­sta­wić je tu­taj w lo­gicz­ny, pro­sty, zro­zu­mia­ły spo­sób aby czy­tel­nik, któ­ry czu­je, że cze­goś mu brak, mógł zbu­do­wać so­bie, z Bożą po­mo­cą, ży­cie ta­kie, ja­kie­go głę­bo­ko pra­gnie.

Je­śli prze­czy­tasz tę książ­kę z za­sta­no­wie­niem, uważ­nie przy­swa­ja­jąc so­bie za­war­te w niej na­uki, i bę­dziesz szcze­rze i wy­trwa­le sto­so­wać przed­sta­wio­ne za­sa­dy i re­gu­ły, mo­żesz do­świad­czyć na so­bie sa­mym za­dzi­wia­ją­cej zmia­ny na lep­sze. Uży­wa­jąc opi­sa­nych tu tech­nik mo­żesz zmo­dy­fi­ko­wać lub cał­kiem zmie­nić sy­tu­ację, w ja­kiej się obec­nie znaj­du­jesz, dzię­ki temu, że przej­miesz nad nią kon­tro­lę, za­miast nadal być w jej wła­dzy. Po­pra­wią się two­je sto­sun­ki z in­ny­mi ludź­mi. Sta­niesz się oso­bą po­pu­lar­niej­szą, bar­dziej sza­no­wa­ną i lu­bia­ną. Po opa­no­wa­niu tych za­sad, bę­dziesz się cie­szył no­wym, wspa­nia­łym uczu­ciem po­myśl­no­ści. Mo­żesz stać się zdrow­szy niż kie­dy­kol­wiek by­łeś i czer­pać nową, in­ten­syw­ną przy­jem­ność z ży­cia. Sta­niesz się uży­tecz­niej­szym czło­wie­kiem i zwięk­szy się twój wpływ na wszyst­ko wo­kół cie­bie.

Skąd mam pew­ność, że sto­so­wa­nie tych za­sad da ta­kie skut­ki? Od­po­wiedź jest pro­sta: przez wie­le lat w ko­ście­le Mar­ble Col­le­gia­te w No­wym Jor­ku uczy­li­śmy sys­te­mu twór­cze­go ży­cia, opar­te­go na tech­ni­kach du­cho­wych, uważ­nie ob­ser­wu­jąc jego dzia­ła­nie w ży­cia se­tek lu­dzi. To, co pi­szę, to nic zbiór spe­ku­la­cji i zu­chwa­łych twier­dzeń; te za­sa­dy dzia­ła­ły tak sku­tecz­nie i przez tak dłu­gi czas, że moż­na je już zde­cy­do­wa­nie uznać za udo­ku­men­to­wa­ną, da­ją­cą się udo­wod­nić praw­dę. Opi­sa­ny sys­tem sta­no­wi do­sko­na­ły i za­dzi­wia­ją­cy spo­sób na uda­ne ży­cie.

W mo­ich pu­bli­ka­cjach, wśród któ­rych jest kil­ka ksią­żek, w mo­jej co­ty­go­dnio­wej ru­bry­ce w nie­mal stu ga­ze­tach, w moim ogól­no­kra­jo­wym pro­gra­mie ra­dio­wym re­ali­zo­wa­nym od po­nad sie­dem­na­stu lat, w na­szym cza­so­pi­śmie „Gu­ide­po­sts” i we wszyst­kich pre­lek­cjach wy­gła­sza­nych prze­ze mnie w dzie­siąt­kach miast przed­sta­wiam nie­ustan­nie te same na­uko­we, choć pro­ste za­sa­dy osią­ga­nia po­myśl­no­ści, zdro­wia i szczę­ścia. Set­ki lu­dzi czy­ta­ły lub słu­cha­ły o nich i wpro­wa­dza­ły je w ży­cie, a sku­tek był za­wsze ten sam: nowe ży­cie, nowa siła, więk­sza sku­tecz­ność, wię­cej szczę­ścia.

Po­nie­waż wie­le osób pro­si­ło o przed­sta­wie­nie tych za­sad w for­mie książ­ki, aby ła­twiej mo­gły być po­zna­wa­ne i prak­ty­ko­wa­ne, pu­bli­ku­ję za­tem ten nowy tom, za­ty­tu­ło­wa­ny Moc po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia. Nie mu­szę wy­ja­śniać, że za­war­te w nim fun­da­men­tal­ne za­sa­dy nie są moim wy­na­laz­kiem, lecz zo­sta­ły nam dane przez naj­więk­sze­go Na­uczy­cie­la, jaki kie­dy­kol­wiek żył i żyje nadal. Ta książ­ka uczy sto­so­wa­ne­go chrze­ści­jań­stwa: pro­ste­go, a za­ra­zem na­uko­we­go sys­te­mu prak­tycz­nych tech­nik do­bre­go ży­cia, któ­re rze­czy­wi­ście skut­ku­ją.

1Uwierz w siebie

Uwierz w sie­bie! Uwierz w swo­je moż­li­wo­ści! Bez skrom­nej, lecz roz­sąd­nej uf­no­ści we wła­sne siły nie mo­żesz od­nieść suk­ce­su ani być szczę­śli­wy. Na­to­miast ze zde­cy­do­wa­ną wia­rą w sie­bie może ci się to udać. Po­czu­cie wła­snej niż­szo­ści i nie­zdat­no­ści prze­szka­dza w speł­nie­niu two­ich na­dziei, zaś wia­ra w sie­bie pro­wa­dzi do sa­mo­re­ali­za­cji i suk­ce­su. Ta­kie na­sta­wie­nie jest bar­dzo waż­ne, a ta książ­ka po­mo­że ci uwie­rzyć w sie­bie i uru­cho­mić ukry­te w to­bie siły.

Przy­kra jest świa­do­mość, że tak wie­lu nie­szczę­śni­ków jest krę­po­wa­nych i drę­czo­nych przez cho­ro­bę zwa­ną po­wszech­nie kom­plek­sem niż­szo­ści. Ale ty nie mu­sisz na nią cier­pieć. Po­dej­mu­jąc od­po­wied­nie kro­ki, mo­żesz ją prze­zwy­cię­żyć. Mo­żesz roz­wi­nąć w so­bie twór­czą wia­rę w sie­bie: wia­rę, któ­ra jest uza­sad­nio­na.

Pew­ne­go razu, gdy wła­śnie koń­czy­łem pre­lek­cję dla gru­py przed­się­bior­ców w miej­skiej sali ze­brań i sta­łem jesz­cze na po­dium, po­zdra­wia­jąc obec­nych, pod­szedł do mnie ja­kiś czło­wiek i z nie­zwy­kłym prze­ję­ciem za­py­tał: „Czy mógł­bym z pa­nem po­roz­ma­wiać o spra­wie, któ­ra jest dla mnie naj­wyż­szej, roz­pacz­li­wej wagi?”

Po­pro­si­łem go, by po­cze­kał, aż inni wyj­dą, po czym we­szli­śmy za ku­li­sy i usie­dli­śmy.

– Przy­je­cha­łem do tego mia­sta, aby za­ła­twić naj­waż­niej­szą spra­wę w moim ży­ciu. Je­śli mi się po­wie­dzie, ozna­cza to dla mnie wszyst­ko. Je­śli nie, je­stem skoń­czo­ny.

Za­chę­ci­łem go, by się tro­chę od­prę­żył, mó­wiąc, że nic nie jest aż tak osta­tecz­ne. Je­śli mu się uda, to świet­nie; je­śli nie, cóż, ju­tro jest za­wsze nowy dzień.

– Brak mi wia­ry w sie­bie – po­wie­dział stra­pio­nym gło­sem. – Czu­ję się strasz­nie nie­pew­nie. Po pro­stu nie wie­rzę, że mi się uda. Je­stem znie­chę­co­ny i przy­gnę­bio­ny. Wła­ści­wie – jęk­nął – je­stem pra­wie prze­gra­ny. Mam czter­dzie­ści lat. Dla­cze­go przez całe ży­cie drę­czy mnie po­czu­cie niż­szo­ści, nie­pew­ność, zwąt­pie­nie w sie­bie? Słu­cha­łem dzi­siaj pana wy­kła­du, w któ­rym mó­wił pan o sile po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia, i chciał­bym za­py­tać, jak mogę zy­skać choć tro­chę wia­ry w sie­bie.

– Trze­ba zro­bić dwie rze­czy – od­po­wie­dzia­łem. – Po pierw­sze, od­kryć, dla­cze­go ma pan po­czu­cie wła­snej nie­mo­cy. To wy­ma­ga ana­li­zy i musi tro­chę po­trwać. Do scho­rzeń na­sze­go ży­cia emo­cjo­nal­ne­go mu­si­my pod­cho­dzić tak jak le­karz, któ­ry bada źró­dło fi­zycz­nych do­le­gli­wo­ści. Nie da się tego zro­bić na­tych­miast, na pew­no nie w trak­cie dzi­siej­szej krót­kiej roz­mo­wy, a osta­tecz­ne roz­wią­za­nie tego pro­ble­mu może wy­ma­gać le­cze­nia. Ale żeby po­móc panu w tej kon­kret­nej sy­tu­acji, dam panu re­cep­tę, któ­ra po­skut­ku­je, je­śli za­sto­su­je się pan do niej.

Pro­po­nu­ję, żeby idąc dziś wie­czo­rem uli­cą po­wta­rzał pan pew­ne sło­wa, któ­re panu po­dam. Pro­szę je też po­wtó­rzyć kil­ka­krot­nie po po­ło­że­niu się do łóż­ka. Kie­dy się pan ju­tro obu­dzi, pro­szę je wy­po­wie­dzieć trzy­krot­nie przed wsta­niem. W dro­dze na to waż­ne spo­tka­nie pro­szę je po­wtó­rzyć jesz­cze trzy razy. Niech pan to robi z wia­rą, a otrzy­ma pan wy­star­cza­ją­cą siłę i zdol­ność, by po­ra­dzić so­bie z tą spra­wą. Póź­niej, je­śli bę­dzie pan chciał, zaj­mie­my się ana­li­zą pań­skie­go za­sad­ni­cze­go pro­ble­mu, ale co­kol­wiek z niej wy­nik­nie, for­mu­ła, któ­rą te­raz za­mie­rzam panu po­dać, bę­dzie waż­nym czyn­ni­kiem osta­tecz­ne­go wy­le­cze­nia.

Oto sen­ten­cja, któ­rą mu po­le­ci­łem: „Wszyst­ko mogę w Chry­stu­sie, któ­ry mnie umac­nia.” (List św. Paw­ła do Fi­li­pian 4,13) Nie znał tych słów, więc za­pi­sa­łem mu je na kart­ce i po­pro­si­łem, by je trzy­krot­nie gło­śno od­czy­tał.

– Te­raz pro­szę się za­sto­so­wać do mo­jej re­cep­ty, a je­stem pe­wien, że wszyst­ko pój­dzie do­brze.

Pod­niósł się, chwi­lę stał w za­my­śle­niu, po czym po­wie­dział wy­raź­nie wzru­szo­ny: „Do­brze, pa­nie dok­to­rze. Do­brze.”

Pa­trzy­łem, jak się pro­stu­je i od­cho­dzi w noc. Wy­da­wał się ża­ło­sną po­sta­cią, jed­nak spo­sób, w jaki się trzy­mał, świad­czył, że wia­ra za­czę­ła już dzia­łać w jego umy­śle. Po pew­nym cza­sie do­niósł mi, że ta pro­sta for­mu­ła „spra­wi­ła cuda” i do­dał: „Wy­da­je się nie­wia­ry­god­ne, że kil­ka słów z Bi­blii może tyle zdzia­łać”.

Póź­niej ten czło­wiek pod­dał się ba­da­niom przy­czyn, któ­re wy­wo­ła­ły u nie­go po­czu­cie niż­szo­ści. Zo­sta­ły one usu­nię­te dzię­ki na­uko­wym po­ra­dom i dzię­ki jego wie­rze. Na­uczył się wie­rzyć; otrzy­mał pew­ne szcze­gó­ło­we in­struk­cje (są one po­da­ne w dal­szej czę­ści tego roz­dzia­łu). Stop­nio­wo zdo­był moc­ną, sta­łą, roz­sąd­ną wia­rę w sie­bie. Nig­dy nie prze­stał zdu­mie­wać się, że wszyst­ko pły­nie te­raz ku nie­mu za­miast od nie­go. Jego oso­bo­wość na­bra­ła cech po­zy­tyw­nych w miej­sce ne­ga­tyw­nych, tak, że nie od­stra­sza już suk­ce­su, lecz prze­ciw­nie, przy­cią­ga go do sie­bie. Ma te­raz au­ten­tycz­ną uf­ność we wła­sne siły.

Ist­nie­ją róż­ne przy­czy­ny po­czu­cia niż­szo­ści, a nie­ma­ło z nich ma swo­je ko­rze­nie w dzie­ciń­stwie.

Pe­wien czło­wiek zaj­mu­ją­cy kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko za­się­gał mo­jej po­ra­dy w spra­wie mło­de­go pra­cow­ni­ka w swo­jej fir­mie, któ­re­go chciał awan­so­wać. „Tyl­ko – tłu­ma­czył – nie moż­na mu ufać, je­śli cho­dzi o waż­ne, taj­ne in­for­ma­cje; a szko­da, bo in­a­czej zro­bił­bym go moim asy­sten­tem do spraw za­rzą­dza­nia. Ma wszel­kie po­trzeb­ne kwa­li­fi­ka­cje, tyl­ko za dużo mówi i czę­sto, nie­chcą­cy, wy­ja­wia spra­wy waż­nej i taj­nej na­tu­ry.”

Po prze­pro­wa­dze­niu ana­li­zy stwier­dzi­łem, że ów mło­dy czło­wiek „za dużo mó­wił” na sku­tek po­czu­cia niż­szo­ści. Szu­ka­jąc re­kom­pen­sa­ty, ule­gał po­ku­sie chwa­le­nia się po­sia­da­ny­mi przez sie­bie in­for­ma­cja­mi.

Ob­ra­cał się w to­wa­rzy­stwie lu­dzi ra­czej za­moż­nych, któ­rzy wszy­scy ukoń­czy­li stu­dia i na­le­że­li do eks­klu­zyw­nych kor­po­ra­cji stu­denc­kich. On sam wy­cho­wał się w bie­dzie, nig­dy nie stu­dio­wał ani nie na­le­żał do kor­po­ra­cji. Czuł się z tego po­wo­du gor­szy od swych zna­jo­mych pod wzglę­dem wy­kształ­ce­nia i po­zy­cji spo­łecz­nej. Aby pod­nieść swój pre­stiż wśród nich i zwięk­szyć po­czu­cie wła­snej war­to­ści, zna­lazł w pod­świa­do­mo­ści, któ­ra za­wsze usi­łu­je stwa­rzać me­cha­ni­zmy kom­pen­sa­cyj­ne, spo­sób na umoc­nie­nie swo­je­go ego.

Był w Fir­mie oso­bą za­ufa­ną i to­wa­rzy­szył swo­je­mu zwierzch­ni­ko­wi na kon­fe­ren­cjach, pod­czas któ­rych spo­ty­kał wy­bit­ne oso­by i słu­chał waż­nych, po­uf­nych roz­mów. Z uzy­ska­nych tam in­for­ma­cji, po­wta­rzał aku­rat tyle, żeby wzbu­dzić po­dziw i za­zdrość zna­jo­mych. Po­zwa­la­ło mu to zwięk­szyć po­czu­cie wła­snej war­to­ści i za­spo­ka­ja­ło jego pra­gnie­nie zdo­by­cia uzna­nia.

Gdy jego pra­co­daw­ca zro­zu­miał przy­czy­ny tej ce­chu jego oso­bo­wo­ści, bę­dąc czło­wie­kiem do­brym i współ­czu­ją­cym, wy­ja­śnił mło­de­mu pod­wład­ne­mu, ja­kie szan­se otwie­ra­ją się przed nim ze wzglę­du na jego zdol­no­ści. Wy­tłu­ma­czył mu też, w jaki spo­sób jego po­czu­cie niż­szo­ści spra­wia, że nie moż­na na nim po­le­gać w po­uf­nych spra­wach. Ta sa­mo­wie­dza, wraz ze szcze­rym prak­ty­ko­wa­niem tech­nik wia­ry i mo­dli­twy, uczy­ni­ła go oso­bą cen­ną dla fir­my. Wy­zwo­li­ły się jego praw­dzi­we moż­li­wo­ści.

Spo­sób, w jaki wie­lu mło­dych lu­dzi na­ba­wia się kom­plek­su niż­szo­ści, mogę zi­lu­stro­wać ta­kim oto oso­bi­stym przy­kła­dem. Jako mały chło­piec by­łem ża­ło­śnie chu­dy. Mia­łem dużo ener­gii, na­le­ża­łem do dru­ży­ny lek­ko­atle­tycz­nej, by­łem zdro­wy i od­por­ny, ale chu­dy. Do­skwie­ra­ło mi to; nie chcia­łem być chu­dy. Chcia­łem być gru­by. Wo­ła­li na mnie „chu­dzie­lec”, a ja nie chcia­łem być „chu­dziel­cem”; chcia­łem, żeby mnie prze­zy­wa­li „gru­bas”. Pra­gną­łem być twar­dy i gru­by. Ro­bi­łem wszyst­ko, żeby utyć. Pi­łem tran, po­chła­nia­łem ol­brzy­mie ilo­ści kok­taj­li mlecz­nych, zja­da­łem ty­sią­ce por­cji lo­dów cze­ko­la­do­wych z bitą śmie­ta­ną i orze­cha­mi, nie­zli­czo­ne cia­sta i ciast­ka, ale nie dzia­ła­ło to na mnie w naj­mniej­szym stop­niu. Da­lej by­łem chu­dy i no­ca­mi le­ża­łem nie śpiąc i za­drę­cza­jąc się tym. Upo­rczy­wie sta­ra­łem się przy­brać na wa­dze aż do wie­ku ja­kichś trzy­dzie­stu lat, kie­dy na­gle uty­łem tak, że ubra­nia pę­ka­ty w szwach. Wte­dy za­czą­łem się mar­twić, że je­stem taki gru­by, i w koń­cu mu­sia­łem z rów­nym wy­sił­kiem zrzu­cić czter­dzie­ści fun­tów, żeby wró­cić do przy­zwo­itych roz­mia­rów.

Po­nad­to (żeby za­koń­czyć tę sa­mo­ana­li­zę, któ­rą po­da­ję tu tyl­ko dla­te­go, że może po­móc in­nym w zro­zu­mie­niu, jak dzia­ła ta cho­ro­ba) by­łem sy­nem du­chow­ne­go, o czym mi nie­ustan­nie przy­po­mi­na­no. Wszy­scy inni mo­gli ro­bić, co chcie­li, ale je­śli ja do­pu­ści­łem się naj­mniej­sze­go prze­wi­nie­nia, sły­sza­łem: „Prze­cież je­steś sy­nem pa­sto­ra!” Nie chcia­łem więc być sy­nem pa­sto­ra, bo sy­no­wie pa­sto­rów po­win­ni być grzecz­ni i ma­zga­jo­wa­ci. Ja chcia­łem być zna­ny jako twar­dy fa­cet. Może dla­te­go wła­śnie uwa­ża się, że sy­no­wie pa­sto­rów by­wa­ją trud­ni, po­nie­waż bun­tu­ją się prze­ciw­ko przy­mu­so­wi by­cia przez cały czas sztan­da­rem Ko­ścio­ła.

Po­przy­sią­głem so­bie, że jed­ne­go nig­dy nie zro­bię: nie zo­sta­nę pa­sto­rem.

Po­cho­dzi­łem też z ro­dzi­ny, któ­rej wszy­scy nie­mal człon­ko­wie mie­li zwy­czaj wy­stę­po­wać pu­blicz­nie, prze­ma­wiać, a to była ostat­nia rzecz, na jaką mia­łem ocho­tę. Czę­sto przy­mu­sza­no i mnie, bym wstał i prze­mó­wił pu­blicz­nie, cze­go się śmier­tel­nie ba­łem. Było to wie­le lat temu, lecz wciąż jesz­cze, kie­dy wcho­dzę na po­dium, po­wra­ca nie­raz tam­ten skurcz stra­chu. Mu­sia­łem uży­wać wszyst­kich zna­nych środ­ków, żeby wy­ro­bić w so­bie uf­ność w siły, w ja­kie wy­po­sa­żył mnie do­bry Bóg.

Roz­wią­za­nie tego pro­ble­mu zna­la­złem w pro­stych tech­ni­kach wia­ry, któ­rych na­ucza Bi­blia. Za­sa­dy te są na­uko­we i lo­gicz­ne, i mogą ule­czyć każ­de­go z bólu, jaki spra­wia po­czu­cie niż­szo­ści. Ich uży­cie po­zwa­la cier­pią­ce­mu od­na­leźć i wy­zwo­lić siły ha­mo­wa­ne przez po­czu­cie wła­sne­go nie­udacz­nic­twa.

Oto nie­któ­re ze źró­deł kom­plek­su niż­szo­ści, któ­re blo­ku­ją siłę we­wnątrz na­szej psy­chi­ki. Może to być prze­moc emo­cjo­nal­na sto­so­wa­na wo­bec nas w dzie­ciń­stwie albo sku­tek ta­kich, a nie in­nych wa­run­ków, albo coś, co sami so­bie uczy­ni­li­śmy. Ta cho­ro­ba po­cho­dzi z mgli­stej prze­szło­ści, ukry­tej w mrocz­nych za­ka­mar­kach na­szych oso­bo­wo­ści.

Może mia­łeś star­sze­go bra­ta, któ­ry był świet­nym uczniem. W szko­le do­sta­wał same piąt­ki, a ty tyl­ko tróje, i wciąż mu­sia­łeś o tym słu­chać. Uwie­rzy­łeś więc, że nig­dy nie od­nie­siesz w ży­ciu ta­kie­go suk­ce­su jak on. On miał piąt­ki, a ty trój­ki, więc uzna­łeś, że je­steś ska­za­ny na do­sta­wa­nie tró­jek przez całe ży­cie. Naj­wy­raź­niej nig­dy nie uświa­do­mi­łeś so­bie, jak wie­lu lu­dzi, któ­rzy nie mie­li do­brych stop­ni w szko­le, poza szko­łą oka­za­ło się naj­wy­bit­niej­szy­mi. Fakt, że ktoś ma piąt­ki na stu­diach, nie czy­ni go naj­więk­szym czło­wie­kiem w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, bo jego piąt­ki mogą się skoń­czyć wraz ze zro­bie­niem dy­plo­mu, a ktoś inny, kto miał w szko­le trój­ki, może póź­niej za­cząć zbie­rać praw­dzi­we piąt­ki w praw­dzi­wym ży­ciu.

Naj­więk­szy se­kret po­zby­cia się kom­plek­su niż­szo­ści (co jest inną na­zwą głę­bo­kie­go zwąt­pie­nia w sie­bie) po­le­ga na wy­peł­nie­niu swo­je­go umy­słu aż po brze­gi wia­rą. Obudź w so­bie po­tęż­ną wia­rę w Boga, a da ci to skrom­ną, lecz so­lid­ną, re­al­ną wia­rę w sie­bie.

Do osią­gnię­cia dy­na­micz­nej wia­ry do­cho­dzi się przez mo­dli­twę, dużo mo­dli­twy, przez czy­ta­nie i wchła­nia­nie Bi­blii oraz przez prak­ty­ko­wa­nie za­war­tych w niej tech­nik wia­ry. W in­nym roz­dzia­le zaj­mę się kon­kret­ny­mi for­mu­ła­mi mo­dli­twy, ale tu chcę tyl­ko wska­zać, że mo­dli­twa, któ­ra wy­ra­bia wia­rę po­trzeb­ną do po­zby­cia się po­czu­cia niż­szo­ści, ma okre­ślo­ny cha­rak­ter. Mo­dli­twa po­bież­na, po­wierz­chow­na, dla za­cho­wa­nia po­zo­rów, nie ma wy­star­cza­ją­cej mocy.

Pew­ną wspa­nia­łą Mu­rzyn­kę, ku­char­kę w domu mo­ich przy­ja­ciół w Tek­sa­sie, za­py­ta­no, jak uda­je się jej tak do­sko­na­le pa­no­wać nad prze­ciw­no­ścia­mi. Od­po­wie­dzia­ła, że na zwy­kłe kło­po­ty wy­star­czą zwy­kłe mo­dli­twy, ale „kie­dy przy­cho­dzi wiel­ki kło­pot, trze­ba się mo­dlić głę­bo­ką mo­dli­twą”.

Do swo­ich naj­bar­dziej in­spi­ru­ją­cych przy­ja­ciół za­li­czam ś.p. Har­lo­we’a B. An­drew­sa, jed­ne­go z naj­lep­szych biz­nes­me­nów, a za­ra­zem naj­bar­dziej kom­pe­tent­nych eks­per­tów od du­cho­wo­ści, ja­kich kie­dy­kol­wiek zna­łem. Otóż twier­dził on, że kło­pot z więk­szo­ścią mo­dlitw po­le­ga na tym, że są za małe. „Aby osią­gnąć coś po­przez wia­rę – ma­wiał – na­ucz się od­ma­wiać duże mo­dli­twy. Bóg oce­ni cię we­dług roz­mia­ru two­ich mo­dlitw.” Nie­wąt­pli­wie miał ra­cję, bo­wiem Pi­smo mówi: „We­dług wia­ry wa­szej niech wam się sta­nie.”(Ewan­ge­lia wg św. Ma­te­usza 9,29) Im więk­szy za­tem pro­blem, tym więk­sza po­win­na być two­ja mo­dli­twa.

Ro­land Hay­es, śpie­wak, za­cy­to­wał mi sło­wa swo­je­go dziad­ka, czło­wie­ka, któ­ry wy­kształ­ce­niem nie do­rów­ny­wał wnu­ko­wi, ale nie­wąt­pli­wie od­zna­czał się dużą wro­dzo­ną mą­dro­ścią. Po­wie­dział on: „Z wie­lo­ma mo­dli­twa­mi jest ten kło­pot, że sła­bo cią­gną”. Wy­ce­luj swo­je mo­dli­twy głę­bo­ko w swo­je zwąt­pie­nie, lęk, po­czu­cie niż­szo­ści. Od­ma­wiaj głę­bo­kie, duże mo­dli­twy, któ­re cią­gną moc­no, a zy­skasz po­tęż­ną, ży­cio­daj­ną wia­rę. Pójdź do kom­pe­tent­ne­go du­cho­we­go do­rad­cy i po­zwól, żeby cię na­uczył, jak wie­rzyć. Po­sia­da­nie i sto­so­wa­nie wia­ry, i wy­zwo­le­nie sił, któ­re ona daje, to umie­jęt­no­ści; po­dob­nie jak to jest z wszyst­ki­mi umie­jęt­no­ścia­mi, trze­ba się ich uczyć i ćwi­czyć je, aby dojść do do­sko­na­ło­ści.

Na koń­cu tego roz­dzia­łu za­pro­po­no­wa­łem li­stę dzie­się­ciu dzia­łań słu­żą­cych prze­zwy­cię­że­niu kom­plek­su niż­szo­ści i roz­wi­nię­ciu wia­ry. Sto­suj je pil­nie, a po­mo­gą ci zdo­być uf­ność w sie­bie, roz­pra­sza­jąc two­je po­czu­cie niż­szo­ści, jak­kol­wiek głę­bo­ko by­ło­by za­ko­rze­nio­ne.

W tym miej­scu chciał­bym jed­nak wska­zać, że dla zbu­do­wa­nia po­czu­cia pew­no­ści sie­bie bar­dzo sku­tecz­na jest prak­ty­ka po­le­ga­ją­ca na pod­su­wa­niu wła­sne­mu umy­sło­wi od­po­wied­nich idei. Je­śli twój umysł drę­czą ob­se­syj­ne my­śli o nie­pew­no­ści i sła­bo­ści, dzie­je się tak dla­te­go, że two­je my­śle­nie jest od daw­na zdo­mi­no­wa­ne przez ta­kie idee. Trze­ba umy­sło­wi dać inny, bar­dziej po­zy­tyw­ny mo­del my­śle­nia, a robi się to przez cią­głe pod­su­wa­nie idei uf­no­ści. Pod­czas licz­nych za­jęć co­dzien­ne­go ży­cia, je­śli chcesz re­edu­ko­wać swój umysł i za­mie­nić go w źró­dło siły du­cho­wej, ko­niecz­ne jest na­rzu­ce­nie so­bie dys­cy­pli­ny my­ślo­wej. Na­wet w trak­cie co­dzien­nej pra­cy moż­na wpro­wa­dzać do świa­do­mo­ści po­zy­tyw­ne my­śli. Chciał­bym tu opo­wie­dzieć o pew­nym czło­wie­ku, któ­ry ro­bił to wła­sną, je­dy­ną w swo­im ro­dza­ju me­to­dą.

Pew­ne­go mroź­ne­go po­ran­ka przy­szedł po mnie do ho­te­lu w jed­nym z miast Środ­ko­we­go Za­cho­du, aby za­wieźć mnie do in­ne­go mia­sta, od­le­głe­go o oko­ło trzy­dzie­ści pięć mil, gdzie mia­łem wy­gło­sić pre­lek­cję. Wsie­dli­śmy do jego sa­mo­cho­du i ru­szy­li­śmy ze znacz­ną pręd­ko­ścią po śli­skiej dro­dze. Je­chał szyb­ciej, niż mi się to wy­da­wa­ło roz­sąd­ne, przy­po­mnia­łem mu więc, że mamy mnó­stwo cza­su, i za­pro­po­no­wa­łem, że­by­śmy się nie śpie­szy­li.

– Pro­szę się nie de­ner­wo­wać moją jaz­dą – od­po­wie­dział mi. – Sam by­łem kie­dyś pe­łen wszel­kie­go ro­dza­ju lę­ków i nie­pew­no­ści, ale wy­le­czy­łem się z nich. Ba­łem się wszyst­kie­go. Ba­łem się wy­cie­czek sa­mo­cho­do­wych i lotu sa­mo­lo­tem, a je­śli kto­kol­wiek z mo­jej ro­dzi­ny wy­jeż­dżał, de­ner­wo­wa­łem się aż do jego po­wro­tu. Cho­dzi­łem po świe­cie z nie­ustan­nym uczu­ciem, że sta­nie się coś złe­go, i to czy­ni­ło moje ży­cie nie­zno­śnym. By­łem prze­sy­co­ny po­czu­ciem niż­szo­ści i bra­ko­wa­ło mi pew­no­ści sie­bie. Ten stan du­cha od­bi­jał się na mo­ich in­te­re­sach i nie po­wo­dzi­ło mi się do­brze. Ale wpa­dłem na fan­ta­stycz­ny po­mysł, któ­ry usu­nął wszyst­kie te uczu­cia z mo­je­go umy­słu, i te­raz żyję w po­czu­ciu za­ufa­nia nie tyl­ko do sie­bie, ale w ogó­le do ży­cia.

Jego „fan­ta­stycz­ny po­mysł” był na­stę­pu­ją­cy. Po­ka­zał mi dwa spi­na­cze przy­twier­dzo­ne do ta­bli­cy roz­dziel­czej sa­mo­cho­du, tuż pod przed­nią szy­bą, i się­gnąw­szy do schow­ka na rę­ka­wicz­ki wy­jął plik kar­te­czek. Wy­brał jed­ną i wsu­nął ją w spi­nacz. Było na niej na­pi­sa­ne: Je­sli bę­dzie­cie mieć wia­rę… nic nie­moż­li­we­go nie bę­dzie dla was.” (Ewan­ge­lia wg… św. Ma­te­usza 17,20) Wy­jął ją, po­szpe­rał z wpra­wą jed­ną ręką w pli­ku, cały czas pro­wa­dząc, wy­brał na­stęp­ną kart­kę i umie­ścił ją w spi­na­czu. Na tej na­pi­sa­ne było: Je­śli Bóg z nami, któż prze­ciw­ko nam?” (List św. Paw­ła do Rzy­mian 8,31)

– Je­stem ko­mi­wo­ja­że­rem – wy­ja­śnił. – Cały dzień jeż­dżę i spo­ty­kam się z klien­ta­mi. Za­uwa­ży­łem, że kie­dy czło­wiek pro­wa­dzi sa­mo­chód, przy­cho­dzą mu do gło­wy róż­ne my­śli. Je­śli ich ogól­ny wzór jest ne­ga­tyw­nych, w cią­gu dnia przej­dzie mu przez gło­wę wie­le nie­do­brych my­śli i to, oczy­wi­ście, jest dla nie­go szko­dli­we. Tak wła­śnie było ze mną. Jeź­dzi­łem cały dzień ze spo­tka­nia na spo­tka­nie, od­da­jąc się my­ślom o stra­chu i po­raż­ce, i był to je­den z po­wo­dów, dla któ­rych mało sprze­da­wa­łem. Ale od­kąd w cza­sie jaz­dy uży­wam tych kar­te­czek i za­pa­mię­tu­ję te sło­wa, na­uczy­łem się my­śleć in­a­czej. Prze­śla­du­ją­ca mnie daw­niej nie­pew­ność zni­kła nie­mal bez śla­du i za­miast peł­nych lęku my­śli o po­raż­ce i nie­sku­tecz­no­ści, mam my­śli peł­ne wia­ry i od­wa­gi. To na­praw­dę cu­dow­ne, jak ta me­to­da mnie zmie­ni­ła. Po­mo­gła mi też w in­te­re­sach, bo jak moż­na co­kol­wiek sprze­dać, je­śli je­dzie się do klien­ta my­śląc, że nie sprze­da się nic?

Ten plan był bar­dzo mą­dry. Wy­peł­nia­jąc swój umysł my­śla­mi mó­wią­cy­mi o obec­no­ści Boga, jego wspar­ciu i po­mo­cy, mój przy­ja­ciel zmie­nił swój spo­sób my­śle­nia. Prze­zwy­cię­żył dłu­go­trwa­łą do­mi­na­cję po­czu­cia za­gro­że­nia. Jego po­ten­cjal­ne siły zo­sta­ły wy­zwo­lo­ne.

Po­wsta­wa­nie po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa lub za­gro­że­nia jest wy­ni­kiem tego, jak my­śli­my. Je­śli w na­szych my­ślach kon­cen­tru­je­my się nie­ustan­nie na po­sęp­nym wy­cze­ki­wa­niu przy­krych wy­da­rzeń, któ­re mogą na­stą­pić, czu­je­my się w re­zul­ta­cie nie­ustan­nie za­gro­że­ni. Co wię­cej, siłą my­śli mo­że­my wy­wo­łać te wła­śnie oko­licz­no­ści, któ­rych się bo­imy. Ów ko­mi­wo­ja­żer, dzię­ki kart­kom umiesz­cza­nym przed sobą w sa­mo­cho­dzie, miał te­raz my­śli peł­ne od­wa­gi i uf­no­ści, któ­re wy­wo­ły­wa­ły po­zy­tyw­ne skut­ki. Jego moż­li­wo­ści, blo­ko­wa­ne przez psy­chicz­ne na­sta­wie­nie na po­raż­kę, za­czę­ły ujaw­niać się swo­bod­nie w jego oso­bo­wo­ści, w któ­rej po­bu­dzo­no twór­cze siły.

Brak pew­no­ści sie­bie wy­da­je się jed­nym z naj­więk­szych pro­ble­mów osa­cza­ją­cych współ­cze­snych lu­dzi. Na pew­nym uni­wer­sy­te­cie prze­pro­wa­dzo­no an­kie­tę wśród sze­ściu­set stu­den­tów psy­cho­lo­gii. Po­pro­szo­no ich, żeby po­da­li, jaki jest ich naj­trud­niej­szy pro­blem oso­bi­sty. Sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent wy­mie­ni­ło brak pew­no­ści sie­bie. Moż­na z pew­no­ścią przy­jąć, że ten od­se­tek był­by rów­nie duży w ca­łej po­pu­la­cji. Wszę­dzie spo­ty­ka się lu­dzi, któ­rzy są we­wnętrz­nie prze­stra­sze­ni, któ­rzy pra­gną uciec od ży­cia, któ­rzy cier­pią z po­wo­du głę­bo­kie­go po­czu­cia za­gro­że­nia i bra­ku wia­ry we wła­sną war­tość. W głę­bi du­szy są prze­ko­na­ni o swo­jej nie­umie­jęt­no­ści po­do­ła­nia obo­wiąz­kom lub wy­ko­rzy­sta­nia szans. Wciąż osa­cza ich nie­ja­sny i zło­wro­gi łęk, że coś bę­dzie nie tak. Nie wie­rzą, że to, co chcie­li­by mieć, mają w so­bie, usi­łu­ją więc za­do­wa­lać się czymś mniej­szym niż to, do cze­go są zdol­ni. Mnó­stwo, mnó­stwo lu­dzi po­ru­sza się przez ży­cie na czwo­ra­kach, po­ko­na­nych i prze­stra­szo­nych. W więk­szo­ści przy­pad­ków ta­kie za­blo­ko­wa­nie sił jest zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne.

Cio­sy otrzy­my­wa­ne od ży­cia, na­kła­da­ją­ce się na sie­bie trud­no­ści i na­ra­sta­ją­ce pro­ble­my wy­sy­sa­ją ener­gię i po­zo­sta­wia­ją czło­wie­ka wy­czer­pa­nym i znie­chę­co­nym. W ta­kim sta­nie jego praw­dzi­we siły sta­ją się czę­sto nie­wi­docz­ne, a on sam pod­da­je się ni­czym nie uza­sad­nio­ne­mu znie­chę­ce­niu. Bar­dzo waż­ną rze­czą jest wów­czas nowa oce­na jego oso­bi­stych moż­li­wo­ści. Je­śli zro­bi się to roz­sąd­nie, to moż­na prze­ko­nać czło­wie­ka, że nie jest tak po­ko­na­ny, jak mu się wy­da­je.

Oto przy­kład. Zwró­cił się do mnie o radę męż­czy­zna pięć­dzie­się­cio­dwu­let­ni. Był zroz­pa­czo­ny, wręcz zde­spe­ro­wa­ny. Po­wie­dział, że jest „skoń­czo­ny”, a wszyst­ko, co bu­do­wał przez całe ży­cie, za­wa­li­ło się.

– Wszyst­ko? – za­py­ta­łem.

– Wszyst­ko – po­twier­dził. Jesz­cze raz po­wtó­rzył, że jest skoń­czo­ny. – Nic mi nie zo­sta­ło. Wszyst­ko prze­pa­dło. Nie mam żad­nej na­dziei i je­stem za sta­ry, żeby za­czy­nać wszyst­ko od po­cząt­ku. Stra­ci­łem całą wia­rę.

Oczy­wi­ście współ­czu­łem mu, choć było ja­sne, że jego głów­ny pro­blem po­le­ga na tym, że mrocz­ny cień zwąt­pie­nia i bez­na­dziei wkradł się do jego umy­słu, znie­kształ­ca­jąc spoj­rze­nie na świat. Jego praw­dzi­we moż­li­wo­ści wy­co­fa­ły się, ukry­ły za tym wy­pa­czo­nym my­śle­niem, po­zo­sta­wia­jąc go bez sił.

– W ta­kim ra­zie – po­wie­dzia­łem – może weź­mie­my kart­kę pa­pie­ru i spi­sze­my wszyst­kie cen­ne rze­czy, któ­re panu po­zo­sta­ły.

– To bez sen­su – wes­tchnął. – Nie mam nic. Zda­wa­ło mi się, że już to po­wie­dzia­łem.

– Za­sta­nów­my się jed­nak – na­le­ga­łem.

Po­tem za­py­ta­łem:

– Czy pań­ska żona nadal jest z pa­nem?

– No, tak, oczy­wi­ście, i jest wspa­nia­ła. Je­ste­śmy mał­żeń­stwem od trzy­dzie­stu lat. Nie opu­ści­ła­by mnie nig­dy, co­kol­wiek by się sta­ło.

– Do­brze, za­pisz­my to: pań­ska żona wciąż jest z pa­nem i nig­dy pana nie opu­ści, co­kol­wiek by się sta­ło. A dzie­ci? Ma pan dzie­ci?

– Tak – od­po­wie­dział. – Mam tro­je i są na­praw­dę wspa­nia­łe. By­łem wzru­szo­ny, kie­dy przy­szły do mnie i po­wie­dzia­ły: „Tato, ko­cha­my cię i je­ste­śmy z tobą.”

– Do­brze – po­wie­dzia­łem – to bę­dzie nu­mer dwa: tro­je dzie­ci, któ­re pana ko­cha­ją i są z pa­nem. Czy ma pan ja­kichś przy­ja­ciół? – za­py­ta­łem.

– Tak – od­po­wie­dział. – Mam kil­ku na­praw­dę do­brych przy­ja­ciół. Mu­szę przy­znać, że za­cho­wu­ją się bar­dzo przy­zwo­icie. Przy­szli i po­wie­dzie­li, że chcie­li­by mi po­móc, ale cóż mogą zro­bić? Nic.

– To nu­mer trzy: ma pan kil­ku przy­ja­ciół, któ­rzy chcie­li­by panu po­móc i któ­rzy pana sza­nu­ją. A co z pań­ską uczci­wo­ścią? Czy zro­bił pan coś złe­go?

– Moja uczci­wość jest bez za­rzu­tu – od­po­wie­dział. Za­wsze sta­ra­łem się ro­bić tyl­ko to, co się go­dzi, i mam czy­ste su­mie­nie.

– Do­brze – po­wie­dzia­łem. – Za­pi­sze­my to jako nu­mer czte­ry: uczci­wość. A jak pań­skie zdro­wie?

– Wszyst­ko jest w po­rząd­ku – od­po­wie­dział. – Rzad­ko cho­ro­wa­łem i wy­da­je mi się, że fi­zycz­nie je­stem w cał­kiem do­brej for­mie.

– Za­pisz­my więc to jako nu­mer pięć – do­bre zdro­wie. A Sta­ny Zjed­no­czo­ne? Czy my­śli pan, że nadal do­brze pro­spe­ru­ją i są kra­jem du­żych moż­li­wo­ści?

– Tak – po­wie­dział. – To je­dy­ny kraj na świe­cie, w któ­rym chciał­bym miesz­kać.

– Oto nu­mer sześć: miesz­ka pan w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, kra­ju moż­li­wo­ści, i jest pan z tego za­do­wo­lo­ny. – I py­ta­łem da­lej: – A wia­ra? Czy wie­rzy pan w Boga i w to, że On panu po­mo­że?

– Tak – od­rzekł. – Są­dzę, że nie zniósł­bym wszyst­kie­go, co się sta­ło, gdy­by Bóg mi nie po­ma­gał.

– Za­tem – po­wie­dzia­łem – wy­mień­my wszyst­kie cen­ne rze­czy, któ­re zna­leź­li­śmy:

1. Wspa­nia­ła żona, trzy­dzie­ści lat mał­żeń­stwa.

2. Tro­je od­da­nych dzie­ci, któ­re będą pana wspie­rać.

3. Przy­ja­cie­le, któ­rzy chcą panu po­móc i któ­rzy pana sza­nu­ją.

4. Uczci­wość – ni­cze­go nie musi się pan wsty­dzić.

5. Do­bre zdro­wie.

6. Miesz­ka pan w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, naj­lep­szym kra­ju na świe­cie.

7. Wie­rzy pan w Boga.

Prze­su­ną­łem kart­kę do nie­go przez stół.

– Pro­szę spoj­rzeć. Zda­je się, że ma pan cał­kiem nie­zgor­sze ak­ty­wa. Wy­da­wa­ło mi się, że mó­wił pan, że stra­cił wszyst­ko?

Uśmiech­nął się z za­wsty­dze­niem.

– Chy­ba nie. Nig­dy w ten spo­sób o tym nie my­śla­łem. Może rze­czy­wi­ście nie jest aż tak źle – do­dał z za­sta­no­wie­niem. – Może mógł­bym za­cząć od po­cząt­ku, gdy­by tyl­ko uda­ło mi się zy­skać tro­chę wia­ry w sie­bie, po­czuć w so­bie tro­chę siły.

Uda­ło mu się i za­czął od nowa. Ale na­stą­pi­ło to do­pie­ro wte­dy, gdy zmie­nił swój punkt wi­dze­nia, swo­je na­sta­wie­nie. Wia­ra usu­nę­ła wszyst­kie jego wąt­pli­wo­ści i zna­lazł w so­bie jesz­cze wię­cej sił, niż było mu po­trze­ba, aby prze­zwy­cię­żyć wszyst­kie trud­no­ści.

To zda­rze­nie ilu­stru­je pew­ną głę­bo­ką praw­dę, któ­rą do­brze wy­ra­ził sław­ny psy­chia­tra, dr Karl Men­ni­ger, mó­wiąc: „Po­sta­wy są waż­niej­sze niż fak­ty.” War­to po­wta­rzać to zda­nie, aż jego sens w peł­ni do nas do­trze. Ża­den fakt, przed któ­rym sta­je­my, jak­kol­wiek był­by trud­ny, czy na­wet, z po­zo­ru, bez­na­dziej­ny, nie jest tak waż­ny, jak na­sze do nie­go na­sta­wie­nie. To, jak my­ślisz o ja­kimś fak­cie, może roz­strzy­gnąć o two­jej po­raż­ce jesz­cze za­nim co­kol­wiek zro­bisz. Mo­żesz po­zwo­lić, żeby ja­kiś fakt przy­tło­czył cię psy­chicz­nie, za­nim za­czniesz się z nim zma­gać w rze­czy­wi­sto­ści. I od­wrot­nie, ufny i opty­mi­stycz­ny mo­del my­śle­nia może zmie­nić lub cał­kiem prze­móc ów fakt.

Znam czło­wie­ka, któ­ry jest wprost bez­cen­ny dla swo­jej fir­my, nie z po­wo­du ja­kichś szcze­gól­nych zdol­no­ści, lecz dla­te­go, że nie­zmien­nie pre­zen­tu­je trium­fal­ny mo­del my­śle­nia. Kie­dy jego współ­pra­cow­ni­cy pa­trzą pe­sy­mi­stycz­nie na ja­kieś za­gad­nie­nie, on sto­su­je coś, co na­zy­wa „me­to­dą od­ku­rza­cza”. Mia­no­wi­cie, po­przez se­rię py­tań „wy­sy­sa kurz” z umy­słów swo­ich współ­pra­cow­ni­ków; po­zba­wia ich ne­ga­tyw­ne­go na­sta­wie­nia. Na­stęp­nie spo­koj­nie od­kry­wa po­zy­tyw­ne stro­ny tego za­gad­nie­nia, aż nowe na­sta­wie­nie po­zwo­li im zo­ba­czyć fak­ty win­nym świe­tle.

Czę­sto sami opo­wia­da­ją, jak in­a­czej wy­glą­da­ją fak­ty po tym, kie­dy ten czło­wiek „zaj­mie się nimi”. Spra­wia to ufna, pew­na sie­bie po­sta­wa, co nie wy­klu­cza by­najm­niej obiek­tyw­nej oce­ny fak­tów. Ofia­ra kom­plek­su niż­szo­ści wi­dzi wszyst­ko przez ciem­ne szkła ne­ga­tyw­ne­go na­sta­wie­nia. Se­kret po­wo­dze­nia po­le­ga na tym, żeby spoj­rzeć nor­mal­nie, a to zna­czy – za­wsze z pew­nym na­sta­wie­niem po­zy­tyw­nym.

Je­śli więc czu­jesz się po­ko­na­ny i stra­ci­łeś wia­rę w to, że je­steś zdol­ny wy­grać, usiądź, weź kart­kę i zrób li­stę nie tych czyn­ni­ków, któ­re są prze­ciw to­bie, lecz tych, któ­re dzia­ła­ją na two­ją ko­rzyść. Je­śli ty czy ja, czy kto­kol­wiek inny my­śli nie­ustan­nie o si­łach, któ­re są prze­ciw nie­mu, na­da­je im znacz­nie więk­szą po­tę­gę, niż to jest uza­sad­nio­ne. Na­bie­ra­ją wte­dy prze­ra­ża­ją­cej mocy, któ­rej w rze­czy­wi­sto­ści nie mają. Ale je­śli prze­ciw­nie, wy­obra­żasz so­bie do­bre stro­ny swo­je­go po­ło­że­nia, po­twier­dzasz je i kon­cen­tru­jesz na nich swo­ją myśl, pod­kre­śla­jąc je jak naj­moc­niej, to wy­do­bę­dziesz się z wszel­kich trud­no­ści, ja­kie­kol­wiek by one były. Two­je we­wnętrz­ne siły utwier­dzą się i, z po­mo­cą Bożą, pod­nio­są cię z klę­ski ku zwy­cię­stwu.

Jed­na z naj­sil­niej­szych idei, któ­ra jest sku­tecz­nym le­kar­stwem na nie­pew­ność, to prze­ko­na­nie, że Bóg na­praw­dę jest z tobą i po­ma­ga ci. Jest to za­ra­zem jed­na z naj­prost­szych nauk na­szej re­li­gii, ta mia­no­wi­cie, że Bóg Wszech­moc­ny bę­dzie ci to­wa­rzy­szem, bę­dzie stał przy to­bie, wspo­ma­gał cię i prze­pro­wa­dzał przez trud­no­ści. Żad­na inna idea nie ma ta­kiej siły w roz­wi­ja­niu pew­no­ści sie­bie, jak to pro­ste prze­ko­na­nie, je­śli się je utrwa­la. Po­le­ga to po pro­stu na po­wta­rza­niu: „Bóg jest ze mną; Bóg mi po­ma­ga; Bóg mnie pro­wa­dzi.” Co­dzien­nie przez kil­ka mi­nut wy­obra­żaj so­bie jego obec­ność. Na­stęp­nie ćwicz wia­rę w to twier­dze­nie. Zaj­muj się swo­imi spra­wa­mi z za­ło­że­niem że to, co po­wta­rza­łeś i uzmy­sło­wi­łeś so­bie, jest praw­dą. Po­wta­rzaj ją, wy­obra­żaj so­bie, wierz w nią, a urze­czy­wist­ni się. Bę­dziesz zdu­mio­ny, jaką siłę wy­zwa­la ta­kie po­stę­po­wa­nie.

Po­czu­cie pew­no­ści za­le­ży od ro­dza­ju my­śli, któ­ry­mi twój umysł jest naj­czę­ściej za­ję­ty. Myśl o po­raż­ce, a bę­dziesz się czuł po­ko­na­ny. Je­śli jed­nak bę­dziesz ćwi­czył my­śle­nie peł­ne uf­no­ści i je­śli uczy­nisz z nie­go do­mi­nu­ją­ce przy­zwy­cza­je­nie, to roz­wi­niesz w so­bie tak sil­ne po­czu­cie wła­snych moż­li­wo­ści, że bez wzglę­du na to, ja­kie pro­ble­my się po­ja­wią, bę­dziesz w sta­nie je po­ko­nać. Uczu­cia uf­no­ści i pew­no­ści sie­bie wy­wo­łu­ją wzrost sił. Ba­sil King po­wie­dział kie­dyś: „Bądź od­waż­ny, a po­tęż­ne siły przyj­dą ci z po­mo­cą.” Do­świad­cze­nie do­wo­dzi praw­dy tych słów. Po­czu­jesz po­moc owych po­tęż­nych sił w mia­rę, jak two­ja ro­sną­ca wia­ra bę­dzie prze­kształ­cać two­je na­sta­wie­nie.

Emer­son wy­po­wie­dział wiel­ką praw­dę: „Zwy­cię­ża­ją ci, któ­rzy wie­rzą, że mogą zwy­cię­żyć.” Do­dał też: „Zrób to, cze­go się bo­isz, a strach nie­za­wod­nie umrze.” Ćwicz się za­tem w uf­no­ści, pew­no­ści i wie­rze, a two­je lęki i nie­pew­no­ści wkrót­ce stra­cą wła­dzę nad tobą.

Kie­dyś, gdy Sto­ne­wall Jack­son1 pla­no­wał śmia­ły atak, je­den z jego ge­ne­ra­łów pod­niósł lę­kli­wy sprze­ciw, mó­wiąc: „Boję się tego”, czy też: „Oba­wiam się, że… ” Po­ło­żyw­szy rękę na ra­mie­niu za­trwo­żo­ne­go pod­wład­ne­go, Jack­son po­wie­dział: „Ge­ne­ra­le, nig­dy nie radź się swo­ich lę­ków.”

Se­kret po­le­ga na tym, żeby na­peł­nić swój umysł my­śla­mi o wie­rze, pew­no­ści i bez­pie­czeń­stwie. Wy­prą one my­śli peł­ne zwąt­pie­nia. Pew­ne­mu czło­wie­ko­wi, któ­re­go za­drę­cza­ły od lat lęki i po­czu­cie za­gro­że­nia, za­pro­po­no­wa­łem, żeby prze­czy­tał całą Bi­blię, pod­kre­śla­jąc czer­wo­nym ołów­kiem wszyst­kie zda­nia od­no­szą­ce się do od­wa­gi i uf­no­ści. Sta­rał się je za­pa­mię­ty­wać, w efek­cie wy­peł­nia­jąc swój umysł po brze­gi naj­zdrow­szy­mi, naj­ra­do­śniej­szy­mi, naj­po­tęż­niej­szy­mi my­śla­mi na świe­cie. Te peł­ne mocy my­śli zmie­ni­ły go ze sku­lo­nej kup­ki nie­szczę­ścia w czło­wie­ka od­zna­cza­ją­ce­go się prze­moż­ną siłą. Zmia­na, jaka na­stą­pi­ła w nim w cią­gu kil­ku ty­go­dni, była nie­zwy­kła. Z isto­ty nie­mal cał­ko­wi­cie po­ko­na­nej stał się czło­wie­kiem pew­nym sie­bie i krze­pią­cym in­nych. Te­raz pro­mie­niu­je od­wa­gą i ma­gne­ty­zmem. Od­zy­skał wia­rę w sie­bie i we wła­sne siły przez pro­sty pro­ces kształ­to­wa­nia my­śli.

Pod­su­mo­wu­jąc: co mo­żesz zro­bić te­raz, by pod­bu­do­wać swo­ją pew­ność sie­bie? Po­ni­żej po­da­ję dzie­sięć pro­stych, prak­tycz­nych za­sad po­ko­ny­wa­nia de­fe­ty­stycz­ne­go na­sta­wie­nia i ćwi­cze­nia się w wie­rze. Ty­sią­ce lu­dzi sto­so­wa­ły te za­sa­dy z do­brym skut­kiem. Po­stę­puj we­dług tego pla­nu, a i ty tak­że zbu­du­jesz w so­bie uf­ność we wła­sne siły. Ty też do­świad­czysz no­we­go uczu­cia mocy.

1. Stwórz i od­ci­śnij trwa­le w swo­jej psy­chi­ce ob­raz sie­bie jako ko­goś, komu się uda­je. Trzy­maj się tego ob­ra­zu upo­rczy­wie. Nie po­zwól mu zblak­nąć. Nig­dy nie myśl o so­bie jako o tym, któ­ry prze­gry­wa; nig­dy nie wątp w re­al­ność owe­go men­tal­ne­go wi­ze­run­ku. To jest naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo, gdyż umysł za­wsze usi­łu­je speł­nić to, co wi­dzi w wy­obraź­ni. Za­wsze więc wy­obra­żaj so­bie suk­ces, bez wzglę­du na to, jak źle ukła­da­ją się spra­wy w da­nym mo­men­cie.

2. Za każ­dym ra­zem, kie­dy przyj­dzie ci do gło­wy ne­ga­tyw­na myśl ty­czą­ca się two­ich oso­bi­stych moż­li­wo­ści, świa­do­mie sfor­mu­łuj po­zy­tyw­ną myśl, któ­ra tę po­przed­nią „ska­su­je”.

3. Nie piętrz trud­no­ści w wy­obraź­ni. De­pre­cjo­nuj, po­mniej­szaj każ­dą tak zwa­ną prze­ciw­ność. By wy­eli­mi­no­wać trud­no­ści, na­le­ży je ba­dać i sku­tecz­nie im prze­ciw­dzia­łać, ale trze­ba je po­strze­gać tyl­ko jako to, czym są. Nie moż­na ich wy­ol­brzy­miać my­śla­mi dyk­to­wa­ny­mi przez strach.

4. Nie patrz na in­nych z lę­kli­wym po­dzi­wem i nie pró­buj ich na­śla­do­wać. Nikt nie może być tobą z tak do­brym skut­kiem, jak ty sam. Pa­mię­taj też, że więk­szość lu­dzi, po­mi­mo pew­ne­go sie­bie wy­glą­du i spo­so­bu by­cia, czę­sto jest rów­nie prze­stra­szo­na jak ty i tak samo wąt­pi w sie­bie.

5. Dzie­sięć razy dzien­nie po­wta­rzaj te peł­ne mocy sło­wa: Je­śli Bóg z nami, któż prze­ciw nam?” (List do Rzy­mian 8,31) (Prze­rwij czy­ta­nie i po­wtórz je TE­RAZ, po­wo­li i z uf­no­ścią.)

6. Znajdź kom­pe­tent­ne­go do­rad­cę, któ­ry po­mo­że ci zro­zu­mieć, dla­cze­go ro­bisz to, co ro­bisz. Do­wiedz się, ja­kie jest źró­dło two­ich uczuć niż­szo­ści i zwąt­pie­nia w sie­bie; czę­sto po­cho­dzą one z dzie­ciń­stwa. Sa­mo­wie­dza pro­wa­dzi do wy­le­cze­nia.

7. Dzie­sięć razy dzien­nie utrwa­laj w so­bie wia­rę w na­stę­pu­ją­ce twier­dze­nie, po­wta­rza­jąc je gło­śno, je­śli to moż­li­we: „Wszyst­ko mogę w Chry­stu­sie, któ­ry mnie umac­nia.” (List do Fi­li­pian 4,13) Po­wtórz te sło­wa TE­RAZ. To ma­gicz­ne zda­nie jest naj­po­tęż­niej­szym na świe­cie an­ti­do­tum na my­śli o wła­snej niż­szo­ści.

8. Do­ko­naj re­ali­stycz­nej oce­ny wła­snych moż­li­wo­ści, a na­stęp­nie pod­nieś ją o 10 pro­cent. Nie sta­waj się ego­cen­try­kiem, ale wzbudź w so­bie zdro­wy sza­cu­nek do sie­bie. Uwierz w swo­je wła­sne, wy­zwo­lo­ne przez Boga siły.

9. Od­daj się w ręce Boga. Aby to uczy­nić, po pro­stu oznaj­mij: „Je­stem w rę­kach Boga.” Po­tem uwierz, że TE­RAZ otrzy­mu­jesz całą moc, jaka jest ci po­trzeb­na. Po­czuj, jak spły­wa w cie­bie. Przyj­mij, że „Kró­le­stwo Boże jest w to­bie” (Ewan­ge­lia wg św. Łu­ka­sza 17,21) w po­sta­ci siły wy­star­cza­ją­cej, by od­po­wie­dzieć na wy­zwa­nia rzu­ca­ne przez ży­cie.

10. Przy­po­mnij so­bie, że Bóg jest z tobą i nic nie może cię po­ko­nać. Uwierz, że te­raz otrzy­mu­jesz od Nie­go siłę.

2Spokojny umysł źródłem siły

Przy śnia­da­niu w ho­te­lo­wej ja­dal­ni za­czę­li­śmy roz­ma­wiać we trzech o tym, jak spa­li­śmy ubie­głej nocy: te­mat w isto­cie waż­ny.,Je­den z nas skar­żył się na bez­sen­ność. Całą noc prze­wra­cał się w łóż­ku i był te­raz rów­nie wy­czer­pa­ny, jak wte­dy, kie­dy się kładł spać.

– Chy­ba po­wi­nie­nem prze­stać słu­chać wia­do­mo­ści przed snem – za­uwa­żył. – Zro­bi­łem to tej nocy i kła­dąc się mia­łem uszy peł­ne pro­ble­mów.

Oto do­bre okre­śle­nie: „uszy peł­ne pro­ble­mów”. Trud­no się dzi­wić, że miał nie­spo­koj­ną noc.

– A może to przez tę kawę, któ­rą wy­pi­łem przed po­ło­że­niem się – za­sta­na­wiał się sen­nie.

Wte­dy ode­zwał się dru­gi:

– Je­śli o mnie cho­dzi, spa­łem wy­śmie­ni­cie. Prze­czy­ta­łem ga­ze­tę i wy­słu­cha­łem wcze­sne­go wy­da­nia wia­do­mo­ści w ra­diu, tak że mia­łem czas je prze­tra­wić, za­nim po­sze­dłem spać. Oczy­wi­ście – cią­gnął – za­sto­so­wa­łem swój sta­ły spo­sób kła­dze­nia się spać, któ­ry mnie nig­dy nie za­wo­dzi.

Za­py­ta­łem go o ów spo­sób; ob­ja­śnił go na­stę­pu­ją­co:

– Kie­dy by­łem chłop­cem, mój oj­ciec, far­mer, miał zwy­czaj przed uda­niem się na spo­czy­nek gro­ma­dzić całą ro­dzi­nę w du­żym po­ko­ju i czy­tał nam Bi­blię. Wciąż jesz­cze go sły­szę. Wła­ści­wie ile­kroć usły­szę wer­se­ty z Bi­blii, wy­da­je mi się, że sły­szę je wy­po­wia­da­ne gło­sem mo­je­go ojca. Po mo­dli­twie sze­dłem do swe­go po­ko­ju i spa­łem jak ka­mień. Ale kie­dy wy­pro­wa­dzi­łem się z domu, za­nie­cha­łem zwy­cza­ju czy­ta­nia Bi­blii i mo­dli­twy.

Mu­szę przy­znać, że przez lata całe mo­dli­łem się tyl­ko raz, kie­dy by­łem w ta­ra­pa­tach. Ale kil­ka mie­się­cy temu moja żona i ja, ma­jąc sze­reg po­waż­nych pro­ble­mów, po­sta­no­wi­li­śmy znów tego spró­bo­wać. Ta prak­ty­ka wy­da­ła nam się bar­dzo po­moc­na, więc te­raz co wie­czór przed pój­ściem spać czy­ta­my ra­zem Bi­blię i tro­chę się mo­dli­my. Nie wiem, na czym to po­le­ga, ale sy­piam le­piej i wszyst­ko w ży­ciu mi się po­pra­wi­ło. Tak mi to po­ma­ga, że na­wet w po­dró­ży, tak jak te­raz, czy­tam Bi­blię i mo­dlę się. Tej nocy po­ło­ży­łem się i prze­czy­ta­łem Psalm 23. Prze­czy­ta­łem go gło­śno i bar­dzo do­brze mi to zro­bi­ło.

Zwró­cił się do pierw­sze­go męż­czy­zny i po­wie­dział:

– Nie kła­dłem się z usza­mi peł­ny­mi pro­ble­mów. Po­sze­dłem spać z umy­słem na­peł­nio­nym po­ko­jem.

Oto dwa zwro­ty, w któ­rych kry­je się zna­cze­nie głęb­sze niż do­słow­ne: „uszy peł­ne pro­ble­mów” i „umysł pe­łen po­ko­ju”. Co wy­bie­rasz?

Cały se­kret po­le­ga na zmia­nie psy­chicz­ne­go na­sta­wie­nia. Trze­ba się na­uczyć żyć z inną pod­sta­wą my­ślo­wą; po­mi­mo iż zmia­na spo­so­bu my­śle­nia wy­ma­ga wy­sił­ku, ła­twiej jest jej do­ko­nać, niż da­lej żyć tak jak przed­tem. Ży­cie w na­pię­ciu jest trud­ne. Ży­cie w we­wnętrz­nym po­ko­ju, har­mo­nij­ne i wol­ne od stre­su jest naj­ła­twiej­szym ro­dza­jem eg­zy­sten­cji. W dą­że­niu do we­wnętrz­ne­go spo­ko­ju głów­ny trud po­le­ga na prze­bu­do­wa­niu swo­je­go my­śle­nia i wy­pra­co­wa­niu god­nej po­sta­wy przyj­mo­wa­nia Bo­że­go daru po­ko­ju.

Kie­dy szu­kam przy­kła­du ta­kiej po­sta­wy i uzy­ska­nia dzię­ki niej po­ko­ju, za­wsze my­ślę o do­świad­cze­niu, któ­re prze­ży­łem w pew­nym mie­ście, gdzie wy­gła­sza­łem pre­lek­cję. Przed wej­ściem na po­dium, gdy sie­dzia­łem jesz­cze za ku­li­sa­mi, prze­glą­da­jąc swo­je no­tat­ki i przy­go­to­wu­jąc się, pod­szedł do mnie pe­wien męż­czy­zna, któ­ry chciał po­roz­ma­wiać o oso­bi­stym pro­ble­mie.

Wy­ja­śni­łem mu, że jest to w tej chwi­li nie­moż­li­we, jako że za­raz mia­łem wy­stą­pić, i po­pro­si­łem go, by po­cze­kał. W cza­sie wy­kła­du wi­dzia­łem go, jak prze­cha­dzał się ner­wo­wo w tę i z po­wro­tem za ku­li­sa­mi; póź­niej jed­nak nie mo­głem go nig­dzie zna­leźć. Zo­sta­wił mi jed­nak wi­zy­tów­kę, z któ­rej wy­ni­ka­ło, że jest w owym mie­ście wpły­wo­wą oso­bą.

Po po­wro­cie do ho­te­lu, myśl o tym czło­wie­ku nie da­wa­ła mi spo­ko­ju, więc, choć było już póź­no, za­dzwo­ni­łem do nie­go. Zdzi­wił go mój te­le­fon, ale wy­ja­śnił mi, że nie cze­kał, gdyż by­łem za­ję­ty.

– Chcia­łem tyl­ko, żeby pan się ze mną po­mo­dlił – po­wie­dział. – Po­my­śla­łem, że gdy­by pan się ze mną po­mo­dlił, może uda­ło­by mi się zy­skać tro­chę po­ko­ju.

– Nic nie stoi na prze­szko­dzie, że­by­śmy po­mo­dli­li się ra­zem te­raz, przez te­le­fon – po­wie­dzia­łem. Od­po­wie­dział, nie­co zdzi­wio­ny:

– Nig­dy nie sły­sza­łem, żeby ktoś się mo­dlił przez te­le­fon.

– Dla­cze­go nie? – za­py­ta­łem. – Te­le­fon to tyl­ko urzą­dze­nie do ko­mu­ni­ka­cji. Pan jest o kil­ka ulic ode mnie, ale dzię­ki te­le­fo­no­wi je­ste­śmy ra­zem. Poza tym – do­da­łem – Bóg jest z każ­dym z nas. Jest na obu koń­cach tej li­nii i po­środ­ku. Jest z pa­nem i jest ze mną.

– Do­brze – zgo­dził się. – Chciał­bym, żeby pan się za mnie po­mo­dlił.

Za­mkną­łem więc oczy i mo­dli­łem się za nie­go przez te­le­fon, mo­dli­łem się tak, jak­by­śmy byli w tym sa­mym po­ko­ju. On sły­szał i Bóg sły­szał. Po skoń­cze­niu mo­dli­twy, za­pro­po­no­wa­łem:

– Może i pan się po­mo­dli? – Nie było od­po­wie­dzi. Po­tem z dru­gie­go koń­ca usły­sza­łem szloch i w koń­cu jego głos:

– Nie mogę mó­wić.

– Niech pan po­pła­cze mi­nu­tę albo dwie, a po­tem się po­mo­dli – po­ra­dzi­łem mu. – Pro­szę po pro­stu po­wie­dzieć Bogu wszyst­ko, co pana gnę­bi. Spo­dzie­wam się, że to jest te­le­fon pry­wat­ny, ale na­wet je­śli tak nie jest i je­śli ktoś nas słu­cha, to nie ma zna­cze­nia. Je­ste­śmy dla nie­go tyl­ko parą gło­sów. Nikt nie wie, że to pan i ja.

Tak za­chę­co­ny, za­czął się mo­dlić, naj­pierw nie­pew­nie, z wa­ha­niem, a na­stęp­nie gwał­tow­nie, wy­le­wa­jąc wszyst­ko ze swo­je­go ser­ca, peł­ne­go nie­na­wi­ści, fru­stra­cji i po­czu­cia po­raż­ki. Wresz­cie po­wie­dział ża­ło­śnie: „Dro­gi Jezu, wiem, że po­stę­pu­ję zu­chwa­le, pro­sząc o co­kol­wiek, sko­ro sam nig­dy nic dla cie­bie nie zro­bi­łem. My­ślę, że wiesz, ja­kim je­stem ze­rem, cho­ciaż zgry­wam waż­nia­ka. Mam tego wszyst­kie­go po dziur­ki w no­sie, Jezu ko­cha­ny. Po­móż mi, pro­szę.”

Wów­czas znów za­czą­łem się mo­dlić, pro­sząc Boga, by wy­słu­chał jego mo­dli­twy, po czym po­wie­dzia­łem: „Pa­nie, po­łóż rękę na ra­mie­niu mo­je­go przy­ja­cie­la tam, na dru­gim koń­cu ka­bla te­le­fo­nicz­ne­go, i daj mu po­kój. Po­móż mu te­raz pod­dać się i przy­jąć twój dar po­ko­ju.” Po­tem za­mil­kłem. Na­stą­pi­ła dość dłu­ga pau­za, a kie­dy go w koń­cu usły­sza­łem, za­pa­mię­ta­łem na za­wsze brzmie­nie jego gło­su. Po­wie­dział:

– Nig­dy nie za­po­mnę tego do­świad­cze­nia i chcę, żeby pan wie­dział, że po raz pierw­szy od wie­lu mie­się­cy czu­ję się we­wnętrz­nie czy­sty, szczę­śli­wy i spo­koj­ny.

Ten czło­wiek po­słu­żył się pro­stą tech­ni­ką dla uzy­ska­nia spo­ko­ju du­cha. Oczy­ścił swój umysł i przy­jął po­kój w da­rze od Boga.

Pe­wien le­karz po­wie­dział: „Wie­lu moim pa­cjen­tom nie do­le­ga nic oprócz ich my­śli. Mam więc ulu­bio­ną re­cep­tę, któ­rą nie­któ­rym prze­pi­su­ję. Nie jest to jed­nak re­cep­ta, któ­rą moż­na zre­ali­zo­wać w ap­te­ce. Moja re­cep­ta to wer­set z Bi­blii: List św. Paw­ła do Rzy­mian 12, 2. Nie za­pi­su­ję moim pa­cjen­tom brzmie­nia tego wer­se­tu. Chcę, żeby go sami zna­leź­li w Bi­blii. Jest tam po­wie­dzia­ne: «…prze­mie­niaj­cie się przez od­na­wia­nie umy­słu…» Aby mo­gli stać się zdrow­si i szczę­śliw­si, po­trze­ba im «od­no­wie­nia umy­słu», to zna­czy zmia­ny sty­lu my­śle­nia. Kie­dy sto­su­ją się do tej re­cep­ty, osią­ga­ją peł­nię du­cho­we­go po­ko­ju, a to spro­wa­dza zdro­wie i po­myśl­ność.”

Pod­sta­wo­wa me­to­da słu­żą­ca do osią­ga­nia umy­słu peł­ne­go po­ko­ju to ćwi­cze­nie oczysz­cza­nia umy­słu. Opi­szę je do­kład­niej w in­nym roz­dzia­le, ale wspo­mi­nam o tym tu­taj, aby pod­kre­ślić wagę czę­ste­go du­cho­we­go ka­thar­sis. Za­le­cam oczysz­cza­nie umy­słu co naj­mniej dwa razy dzien­nie, a je­śli po­trze­ba, czę­ściej. Świa­do­mie ćwicz oczysz­cza­nie umy­słu z lę­ków, nie­na­wi­ści, nie­pew­no­ści, ża­lów i po­czu­cia winy. Sam fakt, że świa­do­mie po­dej­mu­jesz ten wy­si­łek, już przy­no­si ulgę. Do­świad­czasz za­pew­ne uczu­cia wy­zwo­le­nia, kie­dy mo­żesz zwie­rzyć się ko­muś, komu ufasz, ze wszyst­kich zmar­twień cią­żą­cych ci na ser­cu. Jako pa­stor czę­sto wi­dzia­łem, jak wie­le zna­czy dla lu­dzi po­sia­da­nie ko­goś, komu mogą szcze­rze i w za­ufa­niu po­wie­dzieć o wszyst­kim, co ich tra­pi.

W cza­sie nie­daw­nej po­dró­ży do Ho­no­lu­lu od­pra­wia­łem na­bo­żeń­stwo na po­kła­dzie pa­row­ca Lur­li­ne. Za­pro­po­no­wa­łem wów­czas, by ci, któ­rzy no­szą w umy­śle ja­kieś zmar­twie­nia, po­szli na rufę stat­ku, w wy­obraź­ni wy­ję­li so­bie z gło­wy my­śli peł­ne tro­ski i, jed­ną za dru­gą, ci­snę­li je do mo­rza przy­glą­da­jąc się, jak zni­ka­ją w spie­nio­nej wo­dzie za stat­kiem. Po­mysł wy­da­wał się nie­mal dzie­cin­ny, jed­nak jesz­cze tego sa­me­go dnia przy­szedł do mnie póź­niej pe­wien czło­wiek i po­wie­dział:

– Zro­bi­łem to, co pan pro­po­no­wał, i sam by­łem zdzi­wio­ny, jak bar­dzo mi ulży­ło. Pod­czas tej po­dró­ży, co wie­czór o za­cho­dzie słoń­ca, za­mie­rzam wy­rzu­cać swo­je zmar­twie­nia za bur­tę, aby wy­ro­bić w so­bie psy­chicz­ną zdol­ność do cał­ko­wi­te­go usu­wa­nia ich ze świa­do­mo­ści. Co­dzien­nie będę pa­trzył, jak zni­ka­ją w wiel­kim oce­anie cza­su. Czy Bi­blia nie wspo­mi­na gdzieś o „nie­oglą­da­niu się wstecz”?

Czło­wiek, któ­re­go tak po­ru­szył ów po­mysł, nie jest nie­prak­tycz­nym ro­man­ty­kiem. Prze­ciw­nie, jest oso­bą o wy­bit­nym umy­śle, czo­ło­wym spe­cja­li­stą w swo­jej dzie­dzi­nie.

Oczy­wi­ście samo oczysz­cze­nie umy­słu nie wy­star­cza. Kie­dy jest oczysz­czo­ny, coś nie­chyb­nie się do nie­go do­sta­nie. Umysł nie może dłu­go po­zo­sta­wać próż­ną prze­strze­nią. Nie da się sta­le cho­dzić po świe­cie z pu­stym umy­słem. Przy­zna­ję, że nie­któ­rym lu­dziom naj­wy­raź­niej uda­ła się ta sztu­ka, lecz, ge­ne­ral­nie rzecz bio­rąc, oczysz­czo­ny umysł trze­ba czymś wy­peł­nić, w prze­ciw­nym ra­zie znów wkrad­ną się do nie­go daw­ne, uniesz­czę­śli­wia­ją­ce my­śli, któ­re wy­rzu­ci­łeś.