Miłość w płatkach śniegu - Dorota Milli - ebook + audiobook + książka

Miłość w płatkach śniegu ebook i audiobook

Dorota Milli

4,5

Opis

Owdowiały ojciec czterech córek martwi się o swoje pociechy. Kobiety nie planują ustatkowania się, czyli ślubu i dzieci.
Spotyka przyjaciela z dawnych lat. Wpadają na pomysł i ustalają plan działania, by te Święta były wyjątkowe, a w nadchodzącym roku mogli bawić się na weselu i czekać na wnuki.

Uparci ojcowie zabawią się w swatów. To nie spodoba się jedynakowi – kawalerowi, który ani myśli stanąć na ślubnym kobiercu, a tym bardziej żadnej z czterech niezależnych córek.

Romantyczny Gdańsk w zimowej odsłonie, urokliwa kamienica, przyjaźń i miłość, a wszystko w czasie przygotowań do Świąt i tego, co w nich najważniejsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 377

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 30 min

Lektor: Joanna Domańska

Oceny
4,5 (139 ocen)
90
33
11
5
0
Sortuj według:
EmmaKrause

Dobrze spędzony czas

Historia niby współczesna, a zachowania bohaterów jak z początku XXw. Ale ma to swój baśniowy klimat. Intryga dwóch ojców też nierealna. Ale jak dodać do tego zimowy klimat i obrazy Gdańska, bardzo sympatycznych, choć pełnych sprzeczności bohaterów, złośliwą ciotunię Gabrielę i trzymanie w niepewności czytelnika do ostatniej kartki - wychodzi opowieść baśniowo- romantyczno -komediowa. Mimo. wszystko dość udana.
00
Becia161

Nie oderwiesz się od lektury

przepiękna opowieść świąteczna
00
Empaga

Nie oderwiesz się od lektury

piękna opowieść
00
Magda692

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00
Kazia1234

Dobrze spędzony czas

lekka świąteczna opowieść
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Justyny Chaber!

Cudownej dziewczyny z uśmiechem

i zawsze pozytywnym nastawieniem.

Kochana, dziękuję!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze nie całkiem gotów

zamienić się dla nich w los,

zbliżał ich i oddalał,

zabiegał im drogę

i tłumiąc chichot

odskakiwał w bok.

 

Wisława Szymborska

 

 

 

 

 

 

1

 

 

 

 

Deszcz uderzał w chodnik, wypełniając wgłębienia, którymi płynęły strumyki. Gdańsk w rozbłysku latarń, zmoczony kroplami, tracił to, co urzekało podczas spacerów uliczkami starego miasta w słoneczny dzień. Przechodnie śpieszyli się, chowając pod kapturami i parasolami, walcząc ze zmiennością wiatru i fontanną kropel. Wszyscy dostosowali się do gwałtownego rytmu deszczu padającego z szarych skłębionych chmur. Z zamazanego obrazka wyłoniła się jedna postać, starszy pan w ciemnym płaszczu i bez parasola, który – nie zważając na otaczający go zgiełk i atak wody z nieba – maszerował zamaszyście przed siebie.

Był nie za wysoki i drobny. Patrzył w niewidzialny punkt. Ocknął się, gdy padł na niego blask przyulicznej kawiarni. Rozejrzał się jakby zagubiony, po czym pchnął drzwi, słysząc dzwoneczki, które oznajmiły jego przybycie. Otoczyło go ciepło, miłe odczucie, po chłodzie aury za drzwiami.

Podrapał się po głowie, na której zostały pozostałości siwych włosów, nieco poprzyklejanych do jego okrągłej czaszki, co można było uznać za odmianę jego codziennego „rozczochranego” wizerunku.

Usiadł przy stoliku, złożył zamówienie i oparł się łokciami o stół, obejmując twarz dłońmi. Westchnął głośno i boleśnie, mierząc się z problemem, który dręczył jego duszę. Wzdychał tak kilkakrotnie, czym przykuł uwagę innych klientów.

Jeden z nich popatrzył na niego i szybko poderwał się z krzesła, w pośpiechu żegnając się ze swoim znajomym.

– Albercie! Co za spotkanie. – Korpulentny i wysoki mężczyzna uścisnął dłoń starszego człowieka.

– Wacławie! Całe wieki się nie widzieliśmy. Jak to możliwe, skoro mieszkamy w jednym mieście? Siadaj czym prędzej. Z nieba mi spadłeś. – Albert poderwał się z ożywieniem i przysunął dawnemu znajomemu krzesło. – Przyjacielu, dopadły mnie smutek i trwoga, na które nic nie mogę poradzić. Wybacz, że nie cieszę się z twojego widoku, tak jak powinienem.

– Albercie, znamy się od dawna, pamiętam twoje smuteczki i wiem, że zawsze przesadzasz.

Albert złapał się za głowę, a drobne włoski, osuszone przez ciepło wnętrza, uniosły się, ponownie stając na swoim posterunku.

– Tu nie ma rozwiązania, a ja tak się stresuję, gorączkuję, umieram ze zmartwienia.

– Może od początku.

– Zadręczam cię sobą, a nawet nie spytałem, co u ciebie?

– Starość nie radość, ale do przodu. Mam czas dla starego przyjaciela. – Wacław klepnął drobnego Alberta po plecach, widząc radość w jego oczach. – Opowiadaj, zaraz coś zaradzimy, ale najpierw coś do rozgrzania. Naleweczka z wiśni, tu serwują najlepszą.

– Ty wiesz, co lubię, a skoro zachwalasz, nie pogardzę.

Starsi panowie wznieśli toast za spotkanie i rozgrzali się mocnym trunkiem, a po pierwszym łyku zaszkliły im się oczy. Zasmakowali w słodkości i wypili drugą porcję. Albert, rozluźniony, na nowo się ożywił, a w trakcie rozmowy żywo gestykulował. Na jego twarzy zmieniały się emocje: od przerażenia do niezdrowej ekscytacji. Wacław cierpliwie wysłuchał natłoku wyrzucanych przez przyjaciela słów, jak to mu tragicznie i markotno, po czym przerwał ten występ i zapytał wprost:

– Rozumiem, że martwisz się wiekiem, o przyszłość, ale wyglądasz mi na zdrowego.

– To złudne, Wacławie. Właśnie wracam od doktora, on mnie zna na wylot i to dosłownie. Moje wnętrze, każdy narząd. Przebadał mnie w górę i w dół, i z powrotem. Do paszczy zajrzał, w oczy głęboko spojrzał. Zalecił mi oszczędzanie się, wydał zdecydowany wyrok, że serce słabe, a rychły koniec nadchodzi.

– Albercie, z twoją energią przeżyjesz nas wszystkich. Jeszcze wiele przed tobą, jestem tego pewny. Może jak zwykle przesadzasz z pracą i doktor chciał cię nastraszyć? – Pamiętał zaangażowanie Albertaw sprawy, na których mu zależało. Oddawał im się w stu procentach.

– To mu się udało. Boję się, a przecież nie mogę odejść! Mam córki, moje duszyczki, one beze mnie sobie nie poradzą.

– Przecież to dorosłe panny.

– Dorosłe, ale wciąż na moim garnuszku, oczywiście mają swoje pomysły, ambitne prace i plany, ale jak mogę im odmówić i ich nie wesprzeć? To dobre dziewczyny. W końcu sam je wychowałem.

– Twoja żona zbyt szybko odeszła, dziewczynki miały tylko ciebie, ale jesteś dla nich najlepszym ojcem.

– Który teraz przez rychłą śmierć je porzuci, zostaną zupełnie same, moje sierotki – rozczulał się, ponownie kosztując nalewki. – I to w święta.

Wacław już zaczynał rozumieć, w czym rzecz.

– Zbliża się rocznica jej śmierci.

– Tuż przed samymi świętami odeszła – jęknął boleśnie. – Odtąd już nigdy nie były one takie jak dawniej. Wszystko się zmieniło. Tęsknię do tych radosnych chwil, wyjątkowych świąt.

– To czas je przywrócić. Twoje córki na pewno się z tego ucieszą i je zorganizują.

– One?! Każda robi, co chce. Żadnej nie przekonasz. Zabiegane, z nosem w swoich sprawach, zmusić je do współpracy to nie lada wyczyn. Jedna lubi to, druga tamto, jedna jest na tak, druga na nie. Nie nadążam, Wacławie, ale to moja wina. Po śmierci ich matki nie przywiązywałem do świąt wagi, to był smutny dla nas czas. Chciałbym to zmienić, zanim odejdę.

– Powiedz to im, zorganizuj wesołe święta, jakie przeżywaliście z żoną.

– Próbowałem zmusić moje panny do przywrócenia ducha świąt. Na nic moje błagania i prośby. Kończy się zawsze tak samo, porażką. Nie ma tej wyjątkowości i magii, to moja ukochana ją wprowadzała.

– Albercie, zupełnie tego nie rozumiem. Twoje córki na pewno mają adoratorów i plany na założenie rodziny, a tym samym przywrócenie atmosfery świąt, przyznaj, że nie chcesz wypuścić ich z gniazda. – Wacław wiedział, że przyjaciel traktował swoje córki z troską i miłością, chuchał, dmuchał i rozpieszczał, by niczego im nie zabrakło, zwłaszcza po tym, gdy straciły matkę.

– Ja?! A co myślisz, że od kilku lat robię?! Czy nie pytam, jakie plany, kiedy wnuki, kiedy jakiś zalotnik przyjdzie się starać o którąś? Wybór jest, mam ich cztery, ale nic z tego! Nie zapowiada się na powiększenie rodziny. Jakby się uwzięły albo robiły mi na złość.

– Jak ja cię dobrze rozumiem. – Wacław serdecznym gestem położył dłoń na ramieniu przyjaciela i głośno westchnął. – Mam ten sam problem, ale jak młodych zmusić do ożenku? Toż to każdy ma wolny wybór, a do kochania nikogo nie zmusisz.

– Ale mi zostało niewiele czasu! Czy będzie mi dane odprowadzić do ołtarza jedną z moich duszyczek? Czy wyprawię wesele, na jakie każda z nich zasługuje? Czy poznam wnuki, jeśli już się pojawią, czy tylko będą oglądać mnie na starych zdjęciach? – rzucał pytaniami, a w myślach rodziły się następne, ale bez upragnionych odpowiedzi. Złapał się za głowę, ponownie rozpaczając i mamrocząc pod nosem.

Wacławowi udzielił się smętny humor Alberta, aż sam zastanowił się nad swoim problemem. Z dawnym przyjacielem znali się bardzo dobrze, razem byli w wojsku, przeszli niejedno, a wracali z dumą, że przetrwali trudny czas i mogli zaczynać na nowo układać swoje życie. Wiedzieli, co się liczy najbardziej: rodzina, bliskość, ciepły dom, w którym ktoś na nich czeka, schronienie przed pędzącym światem, który wciąż się zmienia. Młodzi inaczej na niego patrzyli: chcieli go podbijać, zdobywać, tym bardziej że możliwości było mnóstwo. Zatarło się to, co bliskie sercu, wartości, które w jego przebrzmiałym pokoleniu stały na piedestale. We wszystkim jednak trzeba było znaleźć balans.

– Masz cztery córki, któraś musi się ustatkować, nie może być inaczej. Jedną wydasz za mąż, a inne pójdą za jej przykładem.

– Cztery odchowane i inteligentne – zachwalał z dumą. – Ale żadna nawet nie chce o tym słyszeć. Nie przemówię do nich, na nic moje rozmowy i nagabywanie. Nic, jak kulą w płot.

Panowie ponownie uraczyli się naleweczką, przy której dobrze było odkrywać swoje boleści.

– Wiem, z czym się zmagasz, mam to samo.

– Co ty mówisz, Wacławie? Masz przecież syna.

– Ale nie synową. Do żeniaczki się nie śpieszy, poświęcony dla pracy. Zresztą to moja wina, taki dałem mu przykład, oddałem się firmie, budowałem od podstaw, by mógł ją przejąć, ale kto przejmie po nim? Na wnuki się nie zanosi.

– Zrobiłem podobnie, mówiłem o pracy, rozwijałem ich pasje, by były szczęśliwe, ale na inne wartości zabrakło im matczynej troski. Zawiodłem moją ukochaną.

– Nigdy tak nie myśl, Albercie. Rozpieszczałeś, dogadzałeś, zresztą tak samo jak ja.

– Moja siostra też tak mówi, tylko w dosadniejszych słowach. – Albert pokrzepił się kolejną porcją naleweczki.

– Gabriela zawsze miała cięty język.

– Ona przynajmniej ma dwie synowe i pięcioro wnucząt. Dwóch jej synów szybko opuściło rodzinny dom.

– Znając charakter twojej siostry, wcale się im nie dziwię – rzucił, zaśmiewając się w głos, ale pod spojrzeniem przyjaciela spoważniał. Nie chciał wracać do dawnych spraw, w końcu zostawił to w przeszłości.

– Wtrącała się w moje sprawy, więc jej zabroniłem, oczywiście, na ile mogłem – dodał zapobiegawczo. – A teraz mam swoją zgubę.

– Dobrze zrobiłeś, Albercie, w końcu to ty jesteś głową rodziny.

– Jestem, ale co z tego? Moje duszyczki mnie tak przekabacą, tak okręcą wokoło palca, że na nic moje plany, charyzma i wiarygodność.

– Jesteś w mniejszości, jeden mężczyzna przeciwko czterem kobietom.

W tej wspólnej udręce uraczyli się nalewką, po czym zadumali.

– Są za bystre, za cwane, sam je w końcu wychowałem – powtarzał zamaszyście. – Przydałoby się męskie wsparcie.

– Masz moje, Albercie, w każdej chwili i na zawołanie.

– Jak dobrze było cię spotkać, Wacławie. Może te święta spędzimy razem, mów mi szybko, co o tym sądzisz?

– Ależ to cudowny pomysł! Maria się ucieszy.

– Tak dawno nie widziałem twojej żony, tyle czasu nam uciekło. Cieszę się, że się zgodziłeś, i nie martw się, wszystko zorganizuję, z hotelu każę przysłać najlepsze świąteczne potrawy. Pracownicy wszystko przygotują.

– Pracownicy, a od czego masz córki?

– Masz rację, w końcu spodziewamy się was, gości, może tym razem uda mi się postawić na swoim – rozmyślał gorączkowo, już szukając argumentów. – A twój syn przyjdzie? Jego również zapraszam. Pamiętam go jako małego chłopca.

– Teraz to dorosły mężczyzna, dobrze go wychowałem – podkreślił, bo i sam miał czym się pochwalić. – Tylko żony na horyzoncie nie widać – przypomniał.

– Pamiętasz, kiedyś planowaliśmy, że jak będziemy mieli dzieci, to ich pożenimy i wtedy staniemy się rodziną.

– To były piękne czasy, mimo że trudne. Gdzie uciekły nam te lata, Albercie?

– I plany? – dopytywał Albert, gdy nagle w jego głowie zrodziła się pewna idea, a podlana naleweczką, szybciej zakwitła. – Myślisz, że twój syn i jedna z moich córek mogliby razem…?

Spojrzeli na siebie i zrozumieli się bez słów.

– To wspaniały pomysł, Albercie!

– Tak myślisz? – Chwilowa ekscytacja znikła. – To nie przejdzie, im jest dobrze, jak jest.

– To może czas to zmienić?

– Co sugerujesz, Wacławie?

– Mam jeszcze coś do powiedzenia i to wykorzystam, bo jak nie ma po dobroci, to trzeba z przymusu – wygrażał Wacław, uderzając ręką w stół.

Albert aż podskoczył z ekscytacji i opadł na krzesło.

– Nie uśmiechaj się tak, tylko mów, szybko. Poradź w potrzebie!

– Najpierw powiedz, co masz na córki, a ja ci powiem, co mam na syna, a wtedy zrobimy tak… – Wacław rozlał po naleweczce i ochoczo wyłożył swój plan.

 

***

 

Albert, idąc, podskakiwał, a jego twarz zdobił uśmiech. Krople deszczu zmieniły się w płatki śniegu, a przez plusową temperaturę opadały na bruk gdańskich uliczek, szybko topniejąc. Zimowy miesiąc zapowiadał się śnieżny, bo jak pierwszego grudnia pojawi się śnieg, pod koniec roku zasypie na ponad metr.

Zachciało mu się tańczyć, niedawny smuteczek odpłynął, przepędzony w siną dal, a wszystko z powodu odważnego pomysłu, na który jego przyjaciel z ochotą i ogromną nadzieją przystał. Zacierał ręce, tym razem pragnąc z uporem postawić na swoim. Nie dać się zwieść córkom, być sprytniejszym, w końcu wiedział, co dla nich będzie najlepsze.

Był ich ojcem, głową rodziny i powinny go wreszcie posłuchać. Plan wydawał się odważny, Albert zdawał sobie sprawę, z czym się wiązał, i obawiał się nieco, ale alkohol we krwi dodawał mu animuszu. Poza tym miał wsparcie zaufanego Wacława, jemu też zależało. Okazało się, że tylko mogą wygrać, a dzieciaki po pierwszych animozjach z czasem im podziękują. Dochodziły jeszcze święta, postawi swoje warunki i wszystkie muszą zostać spełnione bez gadania.

Tanecznym krokiem mijał stare miasto, klucząc między uliczkami, a ozdobne, barwne, wręcz fikuśne kamienice, prezentując się w płatkach śniegu, wprawiały go w jeszcze większy zachwyt. Zrobiło się bajkowo i Albert zapragnął, by takie były święta, z klimatem, jaki tworzyła jego ukochana żona, która obdarzyła go miłością i dziećmi. Obiecywał sobie, że w tym roku będzie jak dawniej, do czego tęsknił, a o czym chciał przypomnieć córkom, bo zatarło się w ich pamięci.

Wszedł w uliczkę Świąteczną, kierując się do kamienicy, którą nabył zaraz po ślubie z żoną. Trzypiętrowa, ze strychem i szerokimi piwnicami prezentowała swoje oblicze nad wyraz urodziwie. To był ich dom, rodziny Orłowskich, gdzie dorastały jego pociechy, które zresztą wciąż zajmowały tu swoje pokoje. Zbyt długo trzymał je pod bezpiecznym parasolem, a nie był już młody, nadszedł czas zadbać o ich przyszłość i przekazać w dobre i silne męskie ramiona.

Z uśmiechem wskoczył na szerokie schody, które oświetlała urokliwa latarnia w klasycznym stylu. Opierając dłoń na metalowej ozdobnej poręczy, wszedł na taras znajdujący się przed głównym wejściem, na które składały się podwójne, ciemnobrązowe drzwi. Nad nimi po obydwu bokach można było dostrzec dwie rzeźby – chłopców, choć żona niezmiennie powtarzała, że to strażnicy domowego ogniska, którzy nie pozwalali wtargnąć do wnętrza domu złym urokom i zarazom. Nawet on uwierzył, że tak było.

Albert, nucąc pod nosem świąteczną piosenkę, minął próg domu i wszedł do szerokiego holu. Cieszył się na te święta jak nigdy, bo gdy plan dojdzie do skutku, dostanie najlepszy prezent.

Odwiesił płaszcz, po czym zatrzymał się przed szerokim lustrem i przejechał dłonią po głowie. Włosy przygładziły się tylko na chwilę, bo gdy ich właściciel odszedł od lustra, ponownie się uniosły.

Szklane drzwi ze szprosami prowadziły do rozległego salonu z dużymi oknami. W swoich białych ramach odsłaniały ogród w odcieniach jesiennych szarości, który powoli przysypywały białe płatki, opadające na zielone tuje i krzewy. Minąwszy miękkie sofy i fotele ustawione przy dużym kominku, wchodziło się w strefę jadalni z szerokim, długim stołem i ustawionymi przy nim krzesłami. Pojawiały się kolejne szklane drzwi prowadzące do przestronnej kuchni.

Nikogo tu nie zastał. Wyszedł i udał się na piętro szerokimi schodami. Dom wydawał się cichy, a przecież miał pięcioro mieszkańców. Albert wiedział, że późna godzina i brak córek w domu to normalność – były dorosłe. A on w końcu to zauważył.

Zajrzał do pokoju najstarszej, z którą dzielił piętro, jego sypialnia i garderoba wychodziła na ulicę i główne wejście, a córki na ogród.

U Aurelii wszystko wydawało się uporządkowane, stonowane – takie cechy przejawiała również w życiu.

Na kolejnym piętrze ściany były kolorowe, a przy schodach stały donice z roślinami. W pokoju drugiej córki Emilii było praktycznie i tłoczno, choć przytulnie i wygodnie.

Po przeciwnej stronie znajdowała się sypialnia trzeciej w kolejności córki – Kordelii, która stanowczo stawiała na blask i przepych. Wnętrze pełne było pamiątek, które przywoziła ze swoich podróży po świecie. Można tu było wyodrębnić kilka stylów, ale wszystko ze sobą harmonizowało.

Ostatnie zamieszkałe piętro kamienicy było zajęte przez najmłodszą, czwartą z córek. Bibianna miała artystyczną duszę i właśnie tak urządziła swoją przestrzeń. Jedną część przeznaczyła na sypialnię, a drugą – oficjalnie dla gości – na swoją pracownię. Został jeszcze strych, do którego można było się dostać po odnowionych schodach, lecz tam zamieszkiwały wspomnienia i kurz.

Albert chciał trzymać swoje córki blisko, ale właśnie zdał sobie sprawę, że nie o to dokładnie mu chodziło. Każda miała wszelkie dogodności, swoją toaletę przy sypialni i dużo miejsca na własne potrzeby. Nie zamierzały się więc wyprowadzać, gdy było im tu tak dobrze.

Gdyby poszły na swoje, może już dawno doczekałby się wnuków – rozmyślał. Zastanawiało go, gdzie popełnił wychowawcze błędy, za które teraz pokutuje.

Folgował córkom, pozwalał im na wszystko, nie zdając sobie sprawy, jak przejęły nad nim kontrolę. W domu było nadal cicho, wiedział, że to się zmieni, gdy tylko wyzna im, co postanowił. Albert czuł, że te święta muszą być inne, wyjątkowe, takie, o jakich od dawna marzył.

Zbiegł po schodach do holu, po chwili chodził niespokojnie po salonie. Chciał już działać, bo im szybciej, tym lepiej. Z każdą upływającą minutą pojawiały się obawy i wątpliwości oraz pytania – co córki o nim pomyślą, czy sprawi im przykrość? Na siłę przywracał w pamięci słowa Wacława, jego rady, że musi być nieprzejednany, uparty, bo inaczej może zapomnieć o wszystkim, co zaplanowali.

Podszedł do okna i wpatrywał się w iskrzące się w świetle ogrodowych latarni opadające płatki. Pamięć przywróciła dawne obrazy, miłe dla duszy, wypełniające serce radością.

Ukochana lubiła siedzieć w salonie na sofce okryta kocem i patrzeć w zimowy krajobraz, gdy w kominku trzaskały polana, wzniecając wybuchy iskier. W towarzystwie gorącej herbaty i zimowych piosenek można było delektować się białą porą roku, która miała swoje niespodzianki i śniegiem ozdabiała świat.

Żałował, że nie ma tu jego żony, to dzięki niej miał wszystko, co cenne – miłość, dzieci i dom, który stworzyła w kamienicy dla ich rodziny, mimo że kiedyś wydawało mu się, że miłość nie istnieje.

Pochłaniające uczucie do ukochanej nigdy w nim nie osłabło. Gdy odeszła, przelał tę miłość na córki. Ubolewał, że nie zobaczyła, jak wyrosły, jakie były piękne i utalentowane, że wraz z nim nie może cieszyć się ich radościami, próbując stworzyć im lepszą przyszłość.

Płatków śniegu pojawiło się więcej, wirowały z wiatrem, malując trawnik bielą. Wydawało się, że całkiem niedawno stała obok niego, trzymał ją za drobną dłoń, patrzyli na ogród, planując pierwsze święta w ich nowym domu. Choć wszystko zaczęło się zupełnie inaczej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pada śnieg, puszysty śnieg,

Lubię patrzeć, gdy tak cicho spływa w dół.

Pada śnieg jak w białym śnie,

Mamo, spójrz na świat, jak z bajki cały jest…[1]

 

Albert popatrzył w grudniowe niebo, na płatki śniegu, jak spadały na miasto, malując je bielą. Dobry humor mu dopisywał. Odkąd wrócił do domu, porzuciwszy wojskowy mundur, wszystko układało się lepiej, niż zakładał. Ojciec miał względem niego bogate plany, chodziło o przyszłość hotelu. Był młody i miał więcej odwagi, rzutkość i pomysły, które tylko mogłyby zwiększyć rodzinne dochody.

Napomknął ojcu o zmianach, tamten na początku się wzbraniał, ale Albert nie zamierzał się poddawać. Gdy miał cel lub czegoś pragnął, nie odpuścił, dopóki tego nie zdobył. Przy kolejnej rozmowie z ojcem poszło lepiej, rozbudowa hotelu i podniesienie jego standardu zaczęły być rozważane. Albert liczył, że przy trzecim podejściu ojciec zmieni nazwę tego miejsca. Najbliższe święta miały być przełomowe i bogate w możliwości, które on widział z pełną jasnością i optymizmem. Na cuda nie liczył, sam je sobie sprawi motywacją i uporem.

Na Długim Targu było gwarno i tłoczono, a wszystko w białym puchu, który nie zamierzał przestać sypać. Ciężkie śnieżne chmury otworzyły się jak worek prezentów i zostawiały swój zimny ładunek na wszystkim, na czym tylko się dało. W powietrzu wyczuwało się zbliżające święta, zwłaszcza przez jarmark bożonarodzeniowy, ochoczo odwiedzany przez mieszkańców i przyjezdnych z dalszych okolic miasta. Atmosfera pośpiechu, ale też ekscytacji, była zaraźliwa, Albert już nie mógł się ich doczekać.

Umówił się z przyjacielem, który chciał podzielić się czymś ważnym. Zgadywał, że chodziło o plany biznesowe, które poznał, gdy razem czuwali na warcie czy leżeli na pryczy w koszarach. Wkładali mundury jako młodzieńcy, a zdejmowali jako dorośli mężczyźni, pewni siebie, chęci życia i pragnienia, by osiągnąć to, co sobie obaj założyli.

Przedarł się przez tłum i zatrzymał przed kawiarnią. Przez okno dostrzegł choinkę ozdobioną światełkami z błyszczącymi bombkami, złote kokardy i ich ogonki robiły za łańcuchy, zwisając na gałązkach. Drzewku poświęcił jednak chwilę, bo jego uwagę skradła dziewczyna. Siedziała na krześle przy stole ustawionym blisko okna, obok miała filiżankę, lecz jej wzrok przebiegał po stronach otwartej książki.

Miała złociste włosy, które w świetle lampek mieniły się, tworząc nad jej głową aureolę.

Pomrugał i przełknął ślinę, bo nagle zaschło mu w ustach. Chłodny wiatr już nie robił na nim wrażenia.

Szturchnięty przez przechodnia ocknął się i wszedł do kawiarni, która przywitała go zapachem ciepłego ciasta i goździków. Przytulny nastrój i ciepło od razu mu się spodobały. Rozejrzał się po wnętrzu, lecz jego wzrok wrócił do zaczytanej dziewczyny.

Przyjaciela, z którym był umówiony, nie dostrzegł, więc skierował się w stronę okna. Zatrzymał się przy choince, bo stała blisko dziewczyny. Podskoczył, gdy obok pojawiła się kelnerka i zaproponowała mu stolik.

– Czekam na kogoś, czy mogę zostać tutaj? – zapytał, wskazując puste krzesło przy stoliku nieznajomej, która – nie zdając sobie z tego sprawy – przyciągała go jak komin Świętego Mikołaja.

– Oczywiście, czego się pan napije?

– Kawy.

– Jaką przygotować? Mamy szeroki wybór.

– Obojętnie – rzucił wymijająco i ściągnął płaszcz, po czym przysiadł przy dziewczynie, która nawet nie oderwała się od czytania. Wykorzystał moment, by przyjrzeć się jej twarzy, każdemu jej szczegółowi. Młoda kobieta niespodziewanie uniosła głowę, wtedy zatonął w jej niebieskich oczach. Gwałtownie uciekł wzrokiem, nie chcąc wyjść na nachalnego. Popatrzył w okno, ale zdawał się nie zauważać w jego ramach śnieżnego obrazka ani przechodniów ozdobionych kolorowymi czapkami i szalikami.

– Czekam na kogoś, to nie problem, że tutaj się przysiadłem? – zapytał, pragnąc usłyszeć jej głos.

Dziewczyna ponownie uniosła wzrok, jednocześnie przekładając stronę, i odpowiedziała delikatnym głosem.

– Żaden, proszę się rozgościć. Może to ja panu przeszkadzam? – dodała z lekkim uśmiechem.

– Ależ skąd! – zapewnił gorliwie, nie wiedząc, jak podtrzymać rozmowę i ponownie wsłuchać się w jej melodyjny głos. Lekki, z nutą rozmarzenia. – Nie spotkaliśmy się już?

– Nie sądzę.

– Na pewno?

– Nigdy pana nie widziałam – zapewniła i wróciła do czytania.

– Co pani czyta? Coś wciągającego?

– „Błękitny zamek” Lucy Maud Montgomery.

– To jakiś klasyk?

– To o miłości.

– Romans? – rzucił z niesmakiem.

– Nie lubi pan takich historii? – Zamknęła książkę i dokładniej przyjrzała się mężczyźnie.

– Strata czasu, są wartościowsze pozycje. – Albert zawahał się, chciał, by odłożyła książkę i skupiła się na nim, ale spojrzenie, którym go obdarzyła, zaskoczyło go. Zawsze miał otwarty umysł i uważał, że każdy powinien mieć swoje zdanie i odwagę je wyrażać, poza tym nie powiedział nic złego.

– Na przykład?

– Historyczne, te obfitujące w fakty, z których możemy wyciągać wnioski na przyszłość.

– A klasyki?

– Też – wydusił, czując, że to podchwytliwe pytanie i wchodzi na grząski grunt.

– W nich również jest sporo o miłości.

– Czy to takie ważne? – Albert wolałby zmienić temat i skupić się tylko na niej, zapragnął poznać bliżej tę dziewczynę.

– Miłość jest ważna! Jeszcze pan pyta?

– Może i ważna, ale nie najważniejsza – próbował łagodzić, nie rozumiejąc, dlaczego to uczucie było dla kobiet ważniejsze niż oddychanie. – Dobrze jest mieć plan na życie, zabezpieczenie na przyszłość.

– I tak bez miłości? – nie odpuszczała.

– Uparła się pani na tę miłość.

– Bo ona jest najważniejsza.

– Widzę, że lubi pani bujać w obłokach.

– A pan zbyt mocno stąpa po ziemi. – Oburzona wstała i wziąwszy książkę, odeszła z wysoką uniesioną brodą.

– Bo to na niej toczy się życie – powiedział, ale już go nie usłyszała.

Albert nie rozumiał, co powiedział nie tak, tym bardziej o uczuciu, w które zupełnie nie wierzył. Pomyślał, że dziewczyna może wygląda jak anioł, głos miała delikatny, ale charakter zadziorny, co nie współgrało z jej spokojem w niebieskich oczach. Nie wiedział, dlaczego nagle popsuł mu się humor, ale wtedy zauważył w drzwiach kawiarni przyjaciela, na którego czekał.

– Siadaj, Wacławie. Co chciałeś mi powiedzieć?

– Raczej kogoś przedstawić, Albercie. Zobaczysz, to prawdziwy anioł i liczę, że moja przyszła żona.

 

 

 

[1] Pada śnieg – tekst: J. Cygan, muzyka: R. Paczkowski, wyk. E. Górniak, K. Antkowiak.

 

 

 

 

 

 

2

 

 

 

 

Trzasnęły drzwi, echo rozniosło się po holu, powodując, że Albert przebudził się ze wspomnień. Usłyszał obcasy uderzające w posadzkę i gwałtownie odwrócił się w stronę szklanych drzwi. Poczuł ekscytację.

Do salonu weszła smukła, wysoka kobieta o blond włosach sięgających za ramiona. Ubrana w dopasowaną garsonkę i białą koszulę prezentowała się zgodnie ze swoim wizerunkiem pani adwokat. Charakter współgrał z jej zawodem, bo natura obdarzyła ją powagą, opanowaniem i realizmem. Albert uważał, że ze wszystkich córek ona ma temperament najbardziej podobny do matki. I żeby w jej duszy mógł zapłonąć ogień, potrzeba było do tego odpowiedniej iskry, płomyka miłości.

– Aurelio, córeczko. – Podszedł do córki i chwycił ją za rękę. Był niższy, dlatego uniósł głowę, by pocałować dziewczynę w policzek.

Kobieta przyjrzała się uważnie ojcu, włosy jak zwykle miał nastroszone, poruszał się żwawo, ale jego oczy były niespokojne.

– Tatko coś niezdrowo pobudzony – zauważyła.

– Ja, a skąd? Jak zawsze cieszę się na twój widok. – Uśmiechnął się, ale tak, jakby został przyłapany na gorącym uczynku. Trzymając córkę za rękę, zaprowadził do fotela, delikatnie ją popchnął, by na pewno usiadła. – Nie ruszaj się, bo czekamy.

Aurelia wpadła w miękkie siedzisko, a włosy poleciały jej na twarz. W niebieskich oczach ukazało się zaskoczenie.

– Tatko zachowuje się dziwnie. I na co mamy czekać?

– Na twoje siostry. Gdzie one się podziewają o tej porze?!

– W pracy, przy swoich sprawach, zresztą jak zawsze. – Nie rozumiała jego zaskoczenia.

– Dzwoń i natychmiast je sprowadź.

– Możemy spokojnie porozmawiać, zanim przyjdą. Widzę, że coś się stało.

– Wiele, ale musicie być wszystkie. Nie mam zamiaru się powtarzać – powiedział, ale tak naprawdę bał się, że zabraknie mu odwagi, by przeprowadzić rozmowę z każdą córką osobno.

– Co się stało? – nie ustępowała Aurelia.

– Powiem, gdy będziemy w komplecie. – Podszedł do okna. – Dlaczego nie dzwonisz?! Dzwoń!

Gdy w holu trzasnęły drzwi. Albert wręcz podskoczył i zaraz się przy nich pojawił.

– Emilio, córeczko. Nie traćmy czasu – rzucił i nie pozwolił się jej rozebrać z kurtki, tylko pociągnął do salonu i po chwili popchnął ją na sofę.

– Co się dzieje? – Emilia, dziewczyna niewysokiego wzrostu jak ojciec, najbardziej go przypominała, jednak łagodność rysów twarzy odziedziczyła po rodzicielce. Ciemne, krótkie włosy miała zazwyczaj nastroszone, teraz z powodu śniegu opadły wokoło jej drobnej twarzy. Przy uśmiechu w policzkach robiły się jej urocze dołeczki.

– Tatko ma jakąś nowinę. – Aurelia wymownie popatrzyła na ojca, który niespokojnie chodził po salonie, mamrocząc coś pod nosem.

– O co chodzi? – Emilia podeszła do ojca, dotknęła jego ramienia, przez co zaskoczony podskoczył.

– Co tu robisz? Kazałem siedzieć i czekać. – Ponownie zaprowadził córkę na wyznaczone przez siebie miejsce. Przyjrzał się wnikliwie jednej i drugiej. Pomyślał, że kandydat na zięcia będzie miał trudne zadanie. Obie śliczne jak z obrazka i ambitne, miał pewność, że którąkolwiek wybierze, będzie zadowolony. Obawiał się tylko, co będzie, gdy ta jedna, wskazana, się nie zgodzi. – Dzwoniłaś? – zapytał, bo czuł, że dłużej nie wytrzyma. Doktor kazał mu się oszczędzać, a przeżywał największy stres, z jakim przyszło mu się zmierzyć.

– Wysłałam wiadomość, napisałam, że jesteś niezdrów i się zamartwiasz.

– Niczym się nie zamartwiam! – zaprotestował. – Po prostu muszę z wami porozmawiać. To będzie mój plan.

– Jaki plan? – zapytała Aurelia, zaczynając rozumieć, młodsza siostra jednak ją wyprzedziła.

– Święta się zbliżają i tatko znowu zaczyna szopkę.

– Emilio, jestem głową rodziny, więc jeśli chcę porozmawiać, to porozmawiamy, a wy czekacie. I bez pytań! – Machnął gwałtownie ręką, by córka się uciszyła. Podjął spacer po grubym dywanie, zakładając ręce za siebie i mamrocząc pod nosem.

Siostry wymieniły się sceptycznymi spojrzeniami, przeczuwając, że zanosi się na powtórkę z ostatnich świąt, gdy ojciec postanowił zorganizować je z przytupem. Wymyślił ogromną choinkę, którą dostarczyli im pod same drzwi, o resztę musieli się zatroszczyć sami. Miało być wspólnie i rodzinnie, ale kłopoty zaczęły się, gdy drzewko nie zmieściło się w salonie. Przycięli je, robiąc przy tym okropny bałagan, igiełki jeszcze przez kilka miesięcy znajdywali w różnych miejscach kamienicy. Pozbawiona gałązek na chybił trafił, choinka przypominała kalekę bez ręki, nogi i zdecydowanie czegoś jeszcze. Na dodatek przechylała się na lewy bok, jakby kulejąc, a z ozdobami wygląda jeszcze szpetniej. Nie stworzyła upragnionego klimatu, o który walczył Albert, i gdy mijał próg salonu, z niechęcią odwracał od niej wzrok.

Powiew chłodnego powietrza doleciał z otwartych drzwi z holu, zwiastując pojawienie się kolejnego członka rodziny Orłowskich. Dziewczyna o długich i ciemnych włosach weszła do salonu. Ściągnęła płaszcz i rzuciła go na najbliższy puf.

– Tatku, co się stało, podobno szalejesz?

Albert popatrzył na Aurelię z urazą, lecz ona tylko wzruszyła ramionami.

– Nie szaleję, tylko zamartwiam się o was, o waszą przyszłość! I jeszcze nie ma was, kiedy potrzebuję – żalił się, czując, jak odwaga go powoli opuszcza, zwłaszcza gdy spoglądał w oczy trzeciej córce, Kordelii, której nic nie umknie i która najbardziej potrafiła go wodzić za nos.

– Już jesteśmy, więc nie ma co narzekać i czas powiedzieć, co tym razem.

– Nie wszystkie, gdzie mój czwarty aniołeczek?

– Tato niech się uspokoi. – Emilia wstała z sofki i podeszła do ojca, to samo zrobiła Kordelia i obie nakłoniły ojca, by usiadł w swoim ulubionym fotelu. – Zaraz będziemy w komplecie i tatko podzieli się niespodzianką.

– Już nie mogę się doczekać – rzuciła z ironią Kordelia, głaskając ojca po ramieniu.

Aurelia też znalazła się przy ojcu, pochyliła się nad nim i położyła mu rękę na czole.

– Niby temperatura w normie.

– Oby to nie przeziębienie, w tatki wieku to groźne – wnioskowała Emilia.

– Te wypieki na policzkach mnie nie uspokajają, ale nie martwmy się na zapas, z tatki taki szatan, że do bram piekła go nie wpuszczą.

– Kordelio, byłaś moją ulubienicą, ale z tym koniec – burknął urażony jej ironią. Oparł głowę o miękkie oparcie, poddając się opiece córek, które oblegały jego fotel, a on poczuł się w centrum uwagi. Trzasnęły drzwi, Albert zerwał się z miejsca. W holu pojawiła się jego najmłodsza córka, która przywitała go z anielskim uśmiechem.

– Jesteś, córeczko! Mój aniołeczek, moja Bibi. – Albert uściskał dziewczynę, która tylko odrobinę była wyższa od niego. Miała długie, sięgające pasa włosy i ogromne pokłady serdeczności, to w niej pokładał nadzieję, że jako jedyna zachowa się odpowiednio i sprosta jego wymaganiom. Modlił się w duchu, by tak było.

– Tatko, co się dzieje? Podobno…

– Nie szaleję! – mruknął i pomógł jej zdjąć kurtkę. Zaciągnął córkę do salonu, po czym usadził na sofie.

– Chciałam powiedzieć: „zamartwia się”.

– Moja Bibianna, ulubiona z córek – podkreślił, głaskając jej gładki policzek i popatrzył wyzywająco na Kordelię, która wymownie przewróciła oczami.

– Zobaczymy, na jak długo – odpowiedziała z przekonaniem, bo tak, jak szybko dostawało się tytuł ulubienicy ojca, to w tym samym tempie można było go stracić. Wystarczył niewłaściwy komentarz, sceptyczny wzrok i ojciec mianował pupilką kolejną z córek.

– Dowiemy się teraz, o co tyle nerwów? – Aurelia ze spokojem podeszła do sprawy.

– Mam trochę zajęć, czy moglibyśmy to przyśpieszyć? – rzuciła Emilia.

– No, dalej, jesteśmy w komplecie i gotowe – przekonywała Kordelia.

– Siadać i to już, na swoich miejscach. – Odetchnął, gdy córki wykonały jego polecenie, więc i on zasiadł w swoim fotelu i rozejrzał się po ich twarzach. Poczuł wpatrujące się w niego oczy i stracił odwagę. Zaczerpnął tchu, ale z jego gardła wydarł się tylko jęk. Zerwał się z fotela, nie mogąc usiedzieć, i zaczął dreptać koło niego, targając resztki włosów na głowie.

– Tatko, czy wszystko w porządku? Możesz nam powiedzieć – zapewniła ze spokojem w niebieskich oczach najmłodsza, Bibianna.

– Byle szybko – wtrąciła pod nosem energiczna Emilia.

– Tatko, jak nic, coś zmalował – rzuciła trzecia z córek, Kordelia, która lubiła przechodzić od razu do rzeczy.

– Wybronię ojca ze wszystkiego, nawet z zabójstwa. – Aurelia pokiwała głową, chcąc, by ojciec w końcu to wydusił.

– Dość, ja mówię – zdecydował się, przypominając sobie słowa Wacława, by nie stchórzyć i zapanować nad sytuacją. – Jestem panem domu i ojcem rodziny. Jedynym, który nosi spodnie – przypominał.

– No nie, tatko poznał kobietę. – Kordelia wiedziała, że bogaty wdowiec jest łatwym kąskiem, ale nigdy nie podejrzewałaby, że ojciec na stare lata zatęsknił do amorów.

– Nie mam żadnej kobiety – zaprzeczył, wytrącony z równowagi, a przecież tak dobrze mu szło.

– Chyba tatko nie zaprosił cioteczki G na święta? – Przeraziła się Emilia, wiedząc, jak z tą kobietą trudno wytrzymać.

– Co takiego, ależ skąd, ja…

– Tatko postanowił sprzedać hotel? O to chodzi? – Aurelia zmartwiła się, ojciec ostatnio coś o tym przebąkiwał, a nie chciała, by do tego doszło, przecież kochał to miejsce jak dom, jak ich kamienicę.

– Nie, dlaczego, ja…

– Chyba nie naszą kamienicę? To nasz dom, nie może tatko nawet tego rozważać! – Bibianna podeszła do ojca, a inne siostry poszły w jej ślady. Starszy pan został ponownie usadzony w fotelu i zalany słowotokiem.

– Dość! Dość! Siadać i słuchać! – krzyknął i zdziwił się, gdy córki posłuchały. – To, o co mi chodzi, jest drobną sprawą. Jestem przekonany, że mi za to podziękujecie, ale musicie zrozumieć, że zależy mi na każdej z was, na waszym dobru, jesteście moimi córeczkami, każdą z was kocham i uwielbiam. – Gdy spojrzał na Kordelię, ona uniosła brew, dlatego uciekł od jej spojrzenia, by się nie rozpraszać, gdy ponownie się rozpędził. – Kocham was, dlatego zarządzam… ślub. – Z niepewności zerwał się z fotela i sta­nął za nim, jakby chciał się schować.

– Czyj? – zapytały równocześnie córki, spoglądając na ojca i po sobie zupełnie zdezorientowane.

– No, jednej z was.

– Z nas?!

Albert pamiętał, jak były małe i czasem zdarzało się im mówić jednocześnie, teraz musiały być w szoku, że udało im się odtworzyć dawny efekt i idealnie się zsynchronizować.

– Tak, mam pana młodego. Dla jednej z was – podkreślił z odwagą, a nie czując zagrożenia, wyszedł zza fotela, ale tylko odrobinę. – To zdolny, ambitny człowiek sukcesu, w sam raz dla jednej z moich córek.

– Tatko jest pijany – rzuciła z przekonaniem Kordelia.

– Masz rację, wyczułam alkohol – dorzuciła Emilia. – Dorwał się tatko do swojej wody ognistej?

– Jak dla mnie to gorączka – rozważała Aurelia.

– Tatko po prostu się zapracował – oświadczyła Bibianna.

– Żaden alkohol, może i wypiłem, ale mam mocną głowę, taki tam lekki szumik, ale minął, kompletnie – zarzekł się, żywo gestykulując. – Mówię poważnie, jedna z was musi wyjść za mąż, koniec i kropka! – krzyknął i podskoczył w miejscu dla podkreślenia swoich słów i uporu.

To była tylko chwila, moment ciszy, który został zagłuszony przez wrzask, głośny protest i krzyki. Albert ponownie uciekł za fotel, teraz dosłownie odgradzając się nim od córek.

 

***

 

Albert zatkał uszy, marząc, by się wymknąć z salonu, uciec i przeczekać burzę. Nie było na to jednak żadnych szans. Został otoczony przez córki, a fotel, za którym się ukrył, nie stworzył wystarczającej bariery. W tym gąszczu podniesionych słów na cztery głosy nie potrafił się przebić ani nawet zebrać sił na wycofanie się z pomysłu. Nie chciał też rozczarować Wacława. Obiecał, że nie zawiedzie, w końcu chodziło o ich przyszłość.

– Dość! – krzyknął i o dziwo podziałało, bo córki natychmiast umilkły. – Nie wycofam się, to postanowione – rzucił odważnie.

– Jak niby tatko to sobie wyobraża? – zaczęła Aurelia. – Możemy to na spokojnie przedyskutować.

– Bardzo dobrze, liczę na waszą dojrzałość i zrozumienie. – Albert przełknął ślinę i przysiadł na fotelu, gdy córki się wycofały. Ulubiony mebel, ustawiony przy kominku, wydawał się specjalnie przeznaczony dla głowy rodziny, ale dziś pod ostrzałem podejrzliwych spojrzeń córek czuł się, jakby siedział na karnym krześle przed ławą oskarżonych.

– Chodzi o święta, tak? – dopytywała Kordelia, wiedząc, jak ten czas działał na ojca. Wracały wspomnienia o ich matce, zachowana w pamięci radość świąt i smutek z powodu jej odejścia. – Przecież nawet tatko jest zabiegany, w hotelu trzeba wiele przygotować i o wszystko zadbać.

– Dobrze, kupimy dużą choinkę i wspólnie ją ubierzemy – przekonywała Bibianna, byle tylko odciągnąć ojca od jego niedorzecznego pomysłu.

– Czy co roku musimy przez to przechodzić? – marudziła Emilia, udając, że słowa o ślubie nie padły, nie chciała nawet brać ich na poważnie. – Jeżeli tatkowi tak zależy, zorganizujemy odświętną kolację i coś tam przygotujemy.

– Co roku mnie zwodzicie – powiedział z urazą Albert. Nie zamierzał więcej dawać się na to nabrać. Za każdym razem przynoszono z hotelu potrawy, które sobie zażyczył, córki kupowały przysmaki na jarmarku, gdzie można dostać dania z całego świata. Wybór na stole był ogromny, ale to nie przypominało dawnych świąt, jakie spędzali kiedyś z ich matką, brakowało klimatu i czasu, by wspólnie posiedzieć. Córki zaraz po kolacji rozbiegały się do swoich spraw, zostawiając go samego. – Ale tu nie chodzi o święta, no, może trochę, w połowie, no, może bardziej – kluczył. – Jestem już stary. – Ucieszył się, gdy córki zaprzeczyły. Otoczyły ojca z każdej strony. Teraz głaskały go i pocałowały w policzki. Przez chwilę delektował się tą troską, a nawet postanowił wykorzystać ją na swoją korzyść. – Co będzie, jak mnie zabraknie? – wzdychał żałośnie. – Zostaniecie same, opuszczone, bez silnego męskiego ramienia.

– Spokojnie sobie poradzimy – zapewniła Kordelia i łokciem dostała od sióstr, które stały najbliżej. Zabolało podwójnie. – Chciałam przez to powiedzieć, że tatko tak nas wspaniale wychował, że sprostamy każdemu wyzwaniu.

– Potrzebujecie opieki. Ciotka Gabriela…

– Odpada – wtrąciła Emilia. – Ta kobieta ma swoją rodzinę i niech się jej trzyma.

– Nawet ona nad wami nie panuje – dokończył Albert. Dotknął twarzy każdej z córek. – Musicie mi uwierzyć, to dla waszego dobra. Przyjdzie kawaler, przedstawi się i może któraś z was będzie zainteresowana – przekonywał, głęboko wierząc, że tak będzie.

– Czyli to nie wymuszenie? Tylko propozycja – dociekała Aurelia, próbując znaleźć odpowiednią furtkę.

– Przecież tatko do niczego nie będzie nas zmuszał. – Bibianna patrzyła na ojca niewinnie, czekając, aż potwierdzi.

– Tak… ale nie do końca.

– Tatko jest nieznośny – powiedziała Kordelia. – Jak to ma wyglądać? Przychodzi absztyfikant i sobie wybiera?!

– Liczymy na waszą współpracę – wyjaśnił Albert, czując, że troska córek ulatuje i ponownie pojawia się ich krytycyzm.

– A kto dokładnie liczy? Tatko? – zapytała łagodnie Emilia.

– Wacław, mój dawny przyjaciel. Pamiętacie go, choć kiedy ostatnio was widział, byłyście niewyrośniętymi szkrabami – wspominał z uśmiechem. – Ma syna, jedynego, zdolnego, zachwalał go co niemiara. Jesteśmy pewni, że z moją córką, tak samo wspaniałą i zaradną, idealnie będą do siebie pasować. – Albert podzielił się swoją wymarzoną wizją.

– Tak to sobie tatko z Wacławem wymyślił. – Aurelia nie mogła w to po prostu uwierzyć. – Nic z tego. – Przysiadła na fotelu i założyła ręce przed siebie, pokazując w ten sposób swój opór.

– Niech ojciec od razu wybije to sobie z głowy – zawtórowała jej Emilia.

– Naprawdę tatko myśli, że zmusi nas do ślubu? – Kordelia popatrzyła na ojca z góry i usiadła na wprost niego.

– Bibi, córeczko najdroższa, może ty? Jesteś moją ulubienicą – przypominał.

– Tatkę kocham, ale takie rzeczy to nie ze mną. Wierzę w miłość, prawdziwą, a nie z wyrachowaniem zaplanowaną. – Zajęła swoje miejsce i teraz cała rodzina mierzyła się niechętnymi spojrzeniami.

– Jakie wyrachowanie? To z potrzeby serca – bronił się Albert i uparł się. – Zrobicie, jak każę, i kropka.

– A czym nam tatko zagrozi? – dopytywała Kordelia, unosząc wyzywająco brodę.

W głowę rodziny wstąpiły nowe siły. Zerwał się z fotela, zadowolony, że miał asa w rękawie i to nie jednego. Niech go piorun trzaśnie, jeśli to nie zaporowy argument, który spowoduje, że postawi na swoim. Istniało jednak ryzyko, ale odważne decyzje potrzebują wyrzeczeń.

– Koniec finansowania!

Kobiety jednocześnie westchnęły z niedowierzaniem.

– Tatko chce nam cofnąć dofinansowanie? – dopytywała Bibianna, najbardziej oburzona. – To przecież dla potrzebujących, my jesteśmy niezależne, ale inni potrzebują…

– Może i dla innych, ale ja myślę przede wszystkim o was, o waszej przyszłości. – Albert nawet nie chciał słyszeć protestów. Bał się, że zmięknie i się wycofa.

– To się nie dzieje! – Kordelia popatrzyła po siostrach. – Aurelio, zrób coś – powiedziała do najstarszej z sióstr, która na sali rozpraw potrafiła przekonać nieugiętego sędziego.

– Czyli tatko ze swoim przyjacielem Wacławem opracowali dokładny plan? – zaczęła Aurelia.

– Tak, co do szczegółu. Zjawi się kawaler i zdobędzie jedną z was.

– A jeśli żadna mu się nie spodoba?

– To nie wchodzi w grę, wszystkie jesteście piękne i inteligentne, ale gdyby… Cóż, Wacław ma swoje argumenty i asa w rękawie. – Uśmiechnął się, zacierając ręce. – Więc jego syn, podobnie jak wy, będzie musiał się zdecydować i dokonać wyboru.

– Możemy się z nim nie zgodzić – kontynuowała Kordelia, ale już z mniejszą pewnością siebie.

– Rozumiem, że zrezygnujecie ze swoich pasji i waszej charytatywnej działalności? – Albert poczuł, że znów nad wszystkim panuje.

– To szantaż! – Emilia nie mogła tak łatwo odpuścić, nie w trakcie rozpoczętego projektu.

– To troska ojca, bo skoro nie macie planów zamążpójścia, muszę wam pomóc, przynajmniej jednej z was. Chcę ślubu, wesela, wnuków i prawdziwych świąt. Niekoniecznie w tej kolejności – zapewnił wielkodusznie. – Dosyć tej szopki, to mają być wyjątkowe święta, tym bardziej że zaprosiłem Wacława z żoną i synem, moim przyszłym zięciem. Wszystko musi być wyśmienite! W trakcie przygotowań będziecie mieli szansę się poznać.

– Lepiej jedźmy do lekarza. – Kordelia popatrzyła na ojca ze złością. – To szaleństwo, tatko zmusza nas do małżeństwa z obcym facetem i rodzenia mu dzieci.

– To nie czasy, gdy organizuje się aranżowane małżeństwa – zawtórowała jej Emilia.

– Skoro nie wykazujecie inicjatywy, ja muszę się o to zatroszczyć. Albo zgoda, albo koniec przelewów.

– Jedna z nas? – dopytywała Aurelia. – Gdy któraś z nas się zgodzi, wtedy tatko będzie usatysfakcjonowany?

– Dokładnie, jedna z was i ja będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. – Albert rozbudził wyobraźnię, biorąc pod uwagę najbardziej optymistyczny scenariusz. Oczy mu się zaszkliły, gdy pomyślał o wnukach.

Siostry popatrzyły po sobie z niepewnością, jakby oceniając, która z nich może się złamać i dać się wepchnąć w ramiona przedstawionego zięcia.

Albert skierował się do drzwi, nie mogąc uwierzyć, że tak dobrze mu poszło. Przy wyjściu jeszcze się zatrzymał i dodał już zza drzwi, dla bezpieczeństwa:

– Ustalcie szczegóły między sobą. Pamiętajcie, zależy mi na szczęściu każdej z was. W końcu wasza ciotka przestanie na mnie fukać i będę miał wymarzone prawdziwe święta, takie jak kiedyś. – Zatrzasnął drzwi i pośpiesznie wbiegł na piętro, by schować się w swoich pokojach, dla pewności przekręcił zamek. Nie wiedział, co teraz się wydarzy, w końcu znał swoje córki, nie odpuszczały tak prędko.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Dorota Milli, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Emotion Media

Zdjęcie na okładce: © luckybusiness/Adobe Stock

© Patryk Kosmider/Shutterstock

 

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Marta Akuszewska, Monika Ślusarska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8195-785-4

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.