Miłość w Pensjonacie Samotnych Serc - Ossowska Zofia - ebook

Miłość w Pensjonacie Samotnych Serc ebook

Ossowska Zofia

4,2

17 osób interesuje się tą książką

Opis

W pobliżu jednego z mazurskich jezior, pośród drzew i krętych leśnych alejek znajduje się Pensjonat Samotnych Serc.

W mazurskim pensjonacie pojawia się Filip, pierwsza miłość Matyldy. Kobieta nie może zdecydować, czy warto wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, czy lepiej dać szansę nowemu uczuciu. Tymczasem do Borówek przyjeżdża pani Józia, prawdziwy wulkan energii. Kobieta opowiada właścicielce pensjonatu o natrętnym adoratorze,
którego poznała w sanatorium. Pewnego dnia mężczyzna zjawia się w Borówkach i prosi znajomą o pomoc w nietypowej sprawie. Pani Józia godzi się, nie wiedząc, że w ten sposób zapoczątkowuje ciąg nieprzewidzianych, czasem zabawnych, wydarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 340

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
galziel

Nie oderwiesz się od lektury

Obydwie książki z tej serii bardzo mi się spodobały. Wzruszająca opowieść, z bohaterami której można się utożsamiać. Polecam.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

Szczekanie psa sąsiadów zbudziło Filipa z głębokiego snu. Mężczyzna niechętnie otworzył oczy i spojrzał na wiszący nad drzwiami zegar. Dochodziła jedenasta.

– Cholera – syknął Filip, po czym zerwał się z łóżka i zgarnął leżące na podłodze ubrania. Amelka od pół godziny powinna być już na basenie. Na początku wakacji tata zapisał ją do szkółki pływackiej. Amelka najchętniej wcale nie wychodziłaby z wody. W przedszkolu potrafiła bez przerwy oglądać bajkę o Małej Syrence. Namawiała rodziców do spędzania wakacji nad jeziorem i powtarzała, że pewnego dnia zamieszka w morzu.

– Będę miała takiego wielkiego konika morskiego, wiesz, tato? I będę na nim podróżowała po moim królestwie – powiedziała kiedyś, unosząc się na wodzie na dmuchanym kółku.

– A po co ci konik, skoro będziesz miała ogon jak prawdziwa syrenka? – spytał Filip, płynąc z córką w głąb jeziora.

– Tato, przestań! Nie tak daleko! – krzyczała przestraszona dziewczynka.

– Ojej… Czyżby moja królowa mórz i oceanów nagle przestraszyła się głębokości?

– Wcale nie! – Amelka zmarszczyła brwi i zacisnęła usta. – Po prostu przy brzegu woda jest cieplejsza i lepiej mi się pływa.

– No dobrze, już dobrze.

Filip uwielbiał swoją córkę i wiedział, że zrobiłby wszystko, byle była bezpieczna i szczęśliwa. Przez ostatnie półtora roku za rzadko jednak okazywał jej miłość. Gdy kilka tygodni wcześniej obiecał sobie i przyjaciołom, że w końcu się za siebie weźmie, wytrzymał jedynie kilka dni, zanim znów sięgnął po alkohol. Nie potrafił odmówić sobie małego drinka, a potem kolejnego i jeszcze jednego… Butelka wódki lub innego trunku zagłuszała w nim wszystkie depresyjne myśli, które gnębiły go dniami i nocami, wysysając z niego energię i chęć do życia. Choć zewsząd słyszał słowa otuchy i zapewnienia, że czas leczy rany i pewnego dnia na jego twarzy znów zagości uśmiech, Filip wcale nie czuł się lepiej. Wręcz przeciwnie – wydawało mu się, że nieświadomie zanurza się coraz głębiej w gęsty, ponury las, z którego nie ma już wyjścia.

Czasem Filip miewał sny, w których siedział zapłakany pod wysoką sosną i wołał o pomoc, ale nikt nie przychodził. Wszystko wokół wydawało się takie same, przez co nie wiedział, skąd przyszedł. Tymczasem do jego uszu docierały coraz głośniejsze odgłosy wygłodniałych wilków. Za każdym razem, gdy uświadamiał sobie, że nie ma już dla niego ratunku, budził się w środku nocy zlany potem. Z czasem znalazł sposób na uwolnienie się od koszmarów. Przed snem wypijał ćwiartkę wódki, a na wypadek gdyby ta ilość okazała się niewystarczająca, trzymał drugą butelkę w szafce nocnej przy łóżku. Dzięki wódce spał jak dziecko. Wkrótce jednak zrozumiał, że wpadł w pułapkę. Musiał wypijać coraz więcej alkoholu, by móc spokojnie spać. Po kilku miesiącach z ćwiartki zrobiło się pół litra. Jakiś czas później mężczyzna musiał się dodatkowo wspomagać mocnym drinkiem z rumem. Wtedy Daniel, jego współpracownik i najlepszy przyjaciel, doradził mu odwyk.

– Znalazłem bardzo dobrą klinikę. Pojedź tam na kilka tygodni, a ja i Aśka zajmiemy się twoją córką.

– Nie ma mowy – odpowiedział stanowczo Filip. – Nie zostawię Amelki. Co ci w ogóle strzeliło do głowy?

– Ty już ją zostawiasz – zauważył Daniel. – Nie odebrałeś jej któregoś dnia ze szkoły, bo odsypiałeś weekendowe popijawy. Ostatnio zapomniałeś o przedstawieniu z okazji Dnia Dziecka. Mam ci też przypomnieć dzień, gdy Amelka zadzwoniła do mnie przerażona, mówiąc, że tata leży nieruchomo na podłodze i nie reaguje na jej wezwania?

– Okej, masz rację. – Filip nie chciał dłużej tego słuchać. – Ogarnę się, ale potrzebuję czasu…

– Nie masz czasu, stary. – Daniel poklepał przyjaciela po ramieniu. – Musisz przestać pić już teraz, bo w przeciwnym razie twoja córka do końca życia nie będzie mogła się uporać z traumatycznym dzieciństwem.

Filip nie widział w swoim postępowaniu logiki. Dlaczego krzywdził najważniejszą osobę w swoim życiu? Amelka była dla niego początkiem i końcem, sensem istnienia i najcenniejszym skarbem. Musiało być z nim naprawdę źle, skoro nie dostrzegał błędów, które popełniał. Jeszcze tego samego dnia odwiózł córkę do koleżanki i pod jej nieobecność opróżnił dom ze wszystkich butelek. Stał nad sedesem i z zaciśniętymi zębami wylewał alkohol. Nie wiedział, czy sobie bez niego poradzi, ale nie miał wyboru. Daniel miał rację. To był ostatni moment na wyjście na prostą. W przeciwnym razie Filip mógł już nigdy nie odnaleźć drogi powrotnej do Amelki. Nawet jeśli wciąż kochałaby tatę najbardziej na świecie, nie byłaby w stanie wybaczyć mu piekła, w jakie zmienił jej życie.

Przez kilka dni Filipowi wydawało się, że ma wszystko pod kontrolą. Nie czuł potrzeby picia, a gdy nachodziły go złe myśli, szybko rzucał się w wir pracy. Zostawał dłużej w fabryce i prosił sąsiadów o opiekę nad córką. Gdy wracał do domu, majsterkował lub spędzał wiele godzin w ogrodzie, usuwając chwasty, kosząc trawę i przycinając żywopłot. Wystarczyło jednak kilka dni bezczynności, by mężczyzna znów zaczął miewać depresyjne myśli. Powracały do niego bolesne wspomnienia z przeszłości, a z koszmarów budził się z przeraźliwym krzykiem. Musiał się napić. Nie widział innego sposobu na uwolnienie się choć na chwilę od nękających go demonów.

Któregoś razu Filip ocknął się i dostrzegł stojącą przy łóżku Amelkę. Na twarzy dziewczynki malowało się przerażenie.

– Tato, dobrze się czujesz? – spytała drżącym głosem.

– Tak, słonko… – Filip przetarł dłońmi spoconą twarz. – To tylko zły sen.

– Ostatnio ciągle masz złe sny – zauważyła dziewczynka.

– Nie przejmuj się. – Mężczyzna wyciągnął ku córce ręce. – No, chodź do mnie.

Amelka bez namysłu wskoczyła pod kołdrę i przytuliła się do taty. Szybko jednak się od niego odsunęła.

– Ty… śmierdzisz. Znowu piłeś wódkę.

– Tylko troszeczkę – odparł Filip. – Wybacz. Jeśli chcesz, pójdę szybko pod prysznic.

– To nic nie da – powiedziała niepocieszona Amelka. – Wcześniej śmierdziałeś nawet po kąpieli. A poza tym pościel też cuchnie.

Kiedy Filip patrzył na córkę, która wychodziła z jego pokoju z opuszczoną głową, czuł, że pęka mu serce. Jednocześnie wiedział, że sam nie poradzi sobie z ciężkim uzależnieniem, dlatego tydzień później podjął decyzję o wysłaniu Amelki na szkolne kolonie.

– Kolonie! – powiedział głośno Filip, chodząc po domu w rozpiętych dżinsach i założonej tył na przód koszulce. Wszędzie szukał córki, masując się po obolałej głowie, a przecież Amelka od tygodnia była nad Bałtykiem. W końcu mężczyzna zaparzył sobie zieloną herbatę i wyszedł na taras. Usiadł przy drewnianym stole i pił w spokoju, powracając myślami do teraźniejszości i próbując poukładać sobie w głowie wydarzenia z ostatnich godzin. Wieczorem, po prawie tygodniu trzeźwości, Filip poszedł do baru w centrum miasta na spotkanie ze znajomymi. Nie chciał tam iść, bo wiedział, że to ryzykowne, ale przekonywał sam siebie, że będzie im tylko towarzyszył.

– Nic nie wypiję – mówił do swojego lustrzanego odbicia, zapinając guziki ulubionej granatowej koszuli.

Znajomi byli jednak zbyt przekonujący i Filip szybko uległ ich namowom. W pewnym momencie stracił kontrolę nad piciem i ocknął się na podłodze w domu. Nie wiedział, która jest godzina ani jak udało mu się wrócić. Wiedział jednak, że długo wymiotował i wołał swoją córkę. Wydawało mu się, że śpi w swoim pokoju. Tak bardzo chciał ją zobaczyć. A potem zasnął i ocknął się w łóżku. Tak… Już wszystko pamiętał. Znów nawalił, a na domiar złego Amelka po południu wracała z kolonii. Musiał się jak najszybciej doprowadzić do porządku, by córka nie zobaczyła go w takim stanie.

Przez następne trzy godziny Filip, pomimo kaca, pieczołowicie sprzątał wszystkie pokoje. Pootwierał też okna, by wywietrzyć smród alkoholu. Po wszystkim wziął długą kąpiel i przebrał się w czyste ubrania. Brudne zaś wrzucił na dno kosza.

Krótko po dwunastej wrócił na taras i usiadł na najwyższym schodku. Zamknął oczy i pozwolił, by wiejący od gór wiatr przez kilka minut ochładzał jego twarz. Za osiem dni miał minąć trzeci rok, odkąd razem z Gosią przenieśli się z Katowic do Zakopanego. Zamieszkali w urokliwej okolicy na obrzeżach miasta, dzięki czemu codziennie mogli się napawać widokiem zielonych polan i wysokich gór. Filip nigdy by nie przypuszczał, że pewnego dnia będzie mógł podziwiać z łóżka Giewont. Z początku regularnie szczypał się w przedramię, bo nie wierzył, że to się działo naprawdę. Że też los zaprowadził go właśnie w miejsce, do którego nigdy nie planował się udać… Jako student wiązał przyszłość z Warszawą i Matyldą, swoją pierwszą miłością. Chciał skończyć elektrotechnikę, znaleźć dobrze płatną pracę i pewnego dnia wprowadzić się z Matyldą do ich własnego mieszkania.

Życie jednak szybko zweryfikowało jego plany. Jeden błąd sprawił, że Filip przekreślił szanse na spędzenie reszty życia u boku przyjaciółki. Pijana noc z Gosią, koleżanką Matyldy, skończyła się ciążą. Postawiony pod ścianą Filip uświadomił sobie, że dziecko nie może ponosić winy za błędy rodziców. Choć kochał Matyldę ponad wszystko, musiał podjąć męską decyzję. Związał się z Gosią i wziął z nią ślub. Gdy Amelka miała dwa lata, wyprowadził się z Warszawy do Wrocławia. Miał wyrzuty sumienia przez to, że Matylda uciekła przed nim do Gdańska. To nie ona powinna była uciekać. Ostatecznie, po latach wielu zwrotów w życiu, wylądował właśnie w Zakopanem.

Filip lubił patrzeć na góry zwłaszcza wtedy, gdy niebo ponad nimi było bezchmurne. W takich momentach mógł bez problemu dostrzec zarys krzyża na szczycie Giewontu. Nauczył się już jednak, że pogoda w górach potrafi być zdradliwa. Przekonał się o tym na własnej skórze, gdy pierwszego miesiąca w Zakopanem namówił żonę i córkę na wspinaczkę. Co prawda, wyszli z rana, gdy wszystkie prognozy mówiły o słonecznym dniu, ale i tak po kilku godzinach zaskoczyła ich burza z piorunami. Choć skończyło się jedynie na przemoczonych ubraniach i zszarganych nerwach, mężczyzna obiecał sobie, że już nigdy się nie wybierze w wyższe partie gór bez przewodnika.

Filip dość szybko po przeprowadzce zrozumiał, że Zakopane to jego miejsce na świecie. Uwielbiał spacerować po rozległych polanach i oglądać kwitnące kwiaty. Często przysiadał na ulubionym kamieniu i podziwiał stado owiec, które pasło się w pobliżu posesji sąsiada, pana Zdzisława Gąsienicy, który mieszkał na końcu długiej żwirowej drogi, prowadzącej aż do pobliskiego lasu. Filip często się zastanawiał, jakim cudem ta samotna skalna bryła dotarła aż tutaj, na sam środek trawiastej doliny. Może rzeczywiście nigdy nie wiemy, gdzie z czasem zaprowadzi nas los? Przez większość życia wielu z nas wydaje się, że są nam pisane wielkie miasto, tłum ludzi na ulicach i ciągła gonitwa. Tymczasem nagle budzimy się w zupełnie innej rzeczywistości. Spokojnej, niespiesznej i zaskakująco satysfakcjonującej.

Autokar wiozący Amelkę i innych uczniów miał przyjechać pod szkołę dopiero za kilka godzin. Filip mógł się jeszcze wyspać i całkowicie wytrzeźwieć, ale pogoda tego dnia tak wyjątkowo dopisywała, że grzechem byłoby spędzenie popołudnia w łóżku. Udał się zatem na spacer znajomą ścieżką, stopniowo oddalając się od osiedla domków jednorodzinnych ze spadzistymi dachami. Przez kwadrans maszerował w stronę gór, po czym odbił w prawo. Jakiś czas później dotarł do polany i dużego kamienia. Usiadł na nim i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Nigdy za nimi nie przepadał i starał się palić jak najrzadziej. W pewnym momencie ograniczył się jedynie do niewinnego papierosa podczas odpoczynku na kamieniu.

Stado owiec pasło się na łące kilkaset metrów dalej. Filip dostrzegł psa pana Zdzisława, który siedział nieopodal z nastawionymi uszami i obserwował zwierzęta.

– Dzień dobry! – wybrzmiał w oddali znajomy głos. Filip zerknął w bok i zauważył machającego do niego sąsiada. Pan Zdzisław zmierzał w jego stronę. Po pewnym czasie był już na tyle blisko, by Filip mógł dostrzec uśmiech na jego twarzy.

– Witam, panie Zdzisiu. – Wstał z kamienia i ruszył w stronę znajomego. – Jak mija dzionek?

– Dobrze, nawet bardzo. – Niski wąsaty mężczyzna z dużym brzuszkiem uścisnął dłoń Filipa. – Coś tak czułem, że cię tu dziś spotkam.

– A to dlaczego? – spytał zaskoczony Filip.

– Zawsze wybierasz się na długi spacer, gdy niebo jest bezchmurne – wyjaśnił pan Zdzisław.

– Naprawdę? Nigdy o tym nie pomyślałem, chociaż gdyby się tak zastanowić… – Filip szybko zdał sobie sprawę z tego, że nieprzyjemna przygoda z burzą w górach sprzed trzech lat mogła w nim obudzić przesadną ostrożność. Skoro tak bardzo cenił sobie bezpieczeństwo swoje i bliskich, dlaczego odmawiał Amelce spokojnego dorastania? Jakim trzeba być egoistą, by użalać się nad sobą i zapominać o tym, że pewna drobna, urocza jedenastolatka także cierpi?

– Dawno cię nie widziałem – powiedział po chwili milczenia pan Zdzisław. – To już chyba z miesiąc? Jak się trzymasz? Chciałem do ciebie wpaść, pogadać, ale wiesz, jak to bywa… Człowiek ciągle zarobiony, a na dodatek żona się pochorowała…

– Z panią Miecią coś nie tak? – spytał zatroskany Filip.

– Ma problemy z kamieniami nerkowymi – wyjaśnił sąsiad. – Okropna przypadłość…

– Przykro mi…

– Mogło być gorzej, chłopcze. Zawsze może być gorzej…

Filip bardzo lubił pana Zdzisława. Cenił go za ogromną wiedzę, doświadczenie życiowe i rzadko spotykany takt. Sąsiad nigdy nie ingerował w sprawy osobiste Filipa, choć znał go już na tyle długo i utrzymywał z nim na tyle dobry kontakt, że mógł bez przeszkód powiedzieć coś choćby na temat alkoholizmu Filipa. Mimo to pan Zdzisław zachowywał dystans i starał się doradzać znajomemu w mniej inwazyjny sposób. Czasem zabierał Amelkę do siebie, by Filip mógł wytrzeźwieć. Oprowadzał ją po swoim gospodarstwie i zapoznawał ze zwierzętami. Gdy zmęczony ojciec przychodził ją odebrać, pan Zdzisław na każdym kroku wychwalał Amelkę i podkreślał, jakie to wielkie szczęście mieć tak mądre i grzeczne dziecko.

– To prawda. Jest moim oczkiem w głowie – odpowiadał bez przekonania Filip.

W ostatnim czasie celowo unikał pana Zdzisława, czego bardzo żałował. Robił to ze strachu. Nie chciał, by jego kolejne ekscesy sprawiły, że sąsiad straci do niego resztki szacunku. Filip stopniowo odgradzał się od świata, ograniczając kontakty ze znajomymi i zamykając się w swojej twierdzy. Na dłuższą metę taki styl życia nie mógł mu przynieść nic dobrego.

Przez następne pół godziny Filip przechadzał się z sąsiadem w pobliżu pasących się owiec.

– Co u Amelki? – spytał w pewnym momencie starszy mężczyzna.

– Wszystko dobrze, panie Zdzisiu. Dzisiaj wraca z kolonii w Łebie.

– Morze… – Mężczyzna uniósł kąciki ust. – Wreszcie się doczekała. Pewnie nie wychodziła z wody.

– No właśnie problem w tym, że warunki nad Bałtykiem nie są teraz zbyt dobre do kąpieli. Amelka była bardzo niezadowolona. Już w autobusie dzwoniła do mnie i prosiła, bym ją stamtąd zabrał. Podobno chwaliła się wszystkim, że pokona ich w wyścigu pływackim wzdłuż plaży, gdy jedna z koleżanek powiedziała jej, że może co najwyżej pomarzyć o zanurzeniu stóp w wodzie. – Filip się zaśmiał, wyobrażając sobie naburmuszoną córkę. – Na szczęście okazało się, że nieopodal pensjonatu znajdował się odsłonięty basen. Amelka pływała w nim w każdej wolnej chwili.

– To dobrze – odrzekł pan Zdzisław. – Najważniejsze, że wraca do domu szczęśliwa. – Mężczyzna zrobił pauzę. – A ty jak się czujesz? – spytał nieśmiało.

– Nie najgorzej – skłamał Filip. – Dużo pracuję… Za dużo.

Pan Zdzisław zmrużył oczy, lustrując wzrokiem zmęczoną twarz swojego rozmówcy. W końcu uznał, że nie może dłużej milczeć. Jego życzliwość na nic się zdała – Filip i tak się od niego odciął. Pan Zdzisław musiał w końcu wyrzucić z siebie wszystko, co od dawna leżało mu na wątrobie. Robił to i dla siebie, i dla Filipa oraz Amelki.

– Znamy się nie od wczoraj i wiesz, że razem z Miecią życzymy ci wszystkiego, co najlepsze…

– Wiem, panie Zdzisiu – odrzekł niepewnie Filip, jakby przeczuwał, że jego sąsiad powie za chwilę coś dla niego niewygodnego.

– Uważam cię za przyjaciela, dlatego powiem coś, co powiedziałbym tylko przyjacielowi. – Wypuścił powietrze ustami. – Musisz być silny i z tym skończyć.

– Nie wiem, o czym pan mówi. – Filip odwrócił wzrok.

– Wiesz, chłopcze… Te wory pod oczami i nowe zmarszczki na czole nie są jedynie oznaką niewyspania.

– Coś pan sugeruje? – Filip zaczął się irytować. Tak bardzo nie chciał rozmawiać na temat swoich słabości…

– Chcę tylko powiedzieć, że ja też kiedyś miałem ten problem. – Pan Zdzisław położył dłoń na ramieniu wyższego co najmniej o głowę znajomego. – To było wiele lat temu, gdy miałem mniej więcej tyle lat co ty, może trochę więcej. Co ciekawe, nie miałem żadnego konkretnego powodu, by pić…

– Ja nie piję – wysyczał Filip.

– Mój drogi – pan Zdzisław pokręcił głową – rozejrzyj się. Poza nami nikogo tu nie ma. Przecież wiesz, że możesz mi zaufać. Nikomu nie rozpowiadam o prywatnych problemach innych.

– Coś sobie pan ubzdurał, panie Zdzisiu – odparł zdenerwowany Filip. – Może czasem zdarzy mi się trochę zabalować, ale czy to nienormalne? Przecież nie zaniedbuję Amelki. – Spojrzał rozmówcy głęboko w oczy, jakby szukał u niego zrozumienia. – Ma dach nad głową, pełną lodówkę, szafę, z której ubrania wręcz wypadają… Zapewniam jej rozrywkę i pilnuję, by się uczyła. Czy tak się nie zachowuje wzorowy ojciec?

– Filipie, wiem, że się starasz ze wszystkich sił i bardzo kochasz Amelkę, ale nigdy nie będziesz dla niej dobrym ojcem, jeśli nie pokochasz też samego siebie.

Filip przewrócił oczami.

– A co pan, ksiądz?

– Mąż, ojciec czwórki dorosłych dzieci i alkoholik, który nie pije już trzydzieści jeden lat – odpowiedział ze spokojem w głosie pan Zdzisław. – Piłem dla przyjemności. Myślałem, że szklaneczka whisky do kolacji mi nie zaszkodzi. Sączyłem ją codziennie i chciałem więcej. Minęły może dwa lata, a ja zaczynałem i kończyłem dzień na whisky. Piłem do każdego posiłku i nie tylko. Chodziłem przez cały czas podchmielony, a gdy trzeźwiałem, dostawałem takiego nerwa, że kłóciłem się z całą rodziną. W końcu Miecia zagroziła, że jeśli nie przestanę chlać, to każe mi się wynosić z domu. A wiesz, że z moją żoną nie ma dyskusji. – Mężczyzna głośno się zaśmiał, a Filipowi przeszła przez głowę myśl, że może powinien przestać zgrywać twardego i otworzyć się przed osobą, której ufał.

– Jak panu się udało tak po prostu skończyć z alkoholem? – spytał nieśmiało.

– Nie było łatwo. Powiedziałbym nawet, że miałem niejedną chwilę zwątpienia. – Pan Zdzisław przysunął się jeszcze bliżej do Filipa. – Musisz wiedzieć, że słabość jest czymś naturalnym. To się zdarza każdemu. Najważniejsze to umieć się do niej przyznać i ją przezwyciężyć. Jeśli będziesz udawał przed sobą i całym światem, że wszystko jest z tobą w porządku, możesz już spisać się na straty.

– To co mam robić? – Do oczu Filipa napłynęły łzy. – Próbowałem wytrzymać bez picia, ale za każdym razem do niego wracam. Bez alkoholu wszystko jest takie szare, smutne… beznadziejne.

– Nie rozumiesz! – Pan Zdzisław lekko potrząsnął rozmówcą. – Świat jest piękny i kolorowy. To właśnie alkohol wymazuje z niego wszystkie barwy i wpędza nas w błędne przeświadczenie, że wszystko dookoła jest ponure i pozbawione sensu.

– A jeśli już nigdy nie dostrzegę kolorów świata? – spytał łamiącym się głosem Filip. – Jeśli już zawsze będę żałował, że się obudziłem?

– Chłopcze… – Pan Zdzisław zaprowadził Filipa pod duży kamień. Obaj na nim usiedli. – Wiem, że nie jest ci łatwo. Spotkało cię ogromne nieszczęście, po którym każdemu byłoby ciężko się podnieść. Pamiętaj jednak, że nie jesteś sam. Masz dla kogo walczyć.

– Czasem wydaje mi się – Filip otarł palcem oko, do którego napłynęły łzy – że Amelce byłoby lepiej beze mnie.

– Tylko się teraz nad sobą nie użalaj – pouczył go sąsiad. – Dobrze wiesz, że twojej córce z nikim nie będzie tak dobrze jak z tobą. Musisz znaleźć sobie kogoś, kto będzie dla ciebie oparciem. Przyjaciela, który dopilnuje, byś mimo chwilowych odchyleń trzymał prawidłowy kurs.

– Pan miał takiego przyjaciela? – Filip obejmował wzrokiem wysokie góry, nad którymi powoli zbierały się gęste chmury. Tatry wyglądały o tej porze roku pięknie i majestatycznie. Nagle w głowie mężczyzny zaświtała myśl, że przecież w głębi serca nie chce tego stracić: przytulnego domu, który ufundowali młodym rodzice, spacerów ulubionymi ścieżkami, pracy elektrotechnika, która sprawiała mu satysfakcję, no i – co najważniejsze – cudownej córki, dla której bez namysłu wskoczyłby w ogień.

Nikt go nie zmuszał do przeprowadzki w góry. Podjęli z Gosią taką decyzję, bo mieli dość życia w mieście. Czuli, że stopniowo odbierało im ono czas dla siebie. Żyli w ciągłym biegu. Widywali się jedynie rano i wieczorem. Nie mogli dłużej tak funkcjonować. Zrozumieli, że jeśli czegoś nie zmienią, to bezpowrotnie stracą najpiękniejsze lata z życia Amelki. A przy okazji własnego.

– Wiesz, że żaden ze mnie gorliwy katolik, ale przyznam ci się, że w najtrudniejszym okresie często chodziłem do spowiedzi. Świętej pamięci ksiądz proboszcz był mądrym i wyrozumiałym człowiekiem. Nie oceniał mnie, tylko wysłuchiwał, a później pomagał znaleźć rozwiązanie. Oczywiście nie każę ci iść do kościoła – zapewnił ze śmiechem Zdzisław. – Chciałem tylko powiedzieć, że warto jest mieć przy sobie takiego dobrego ducha.

Filip wiedział, że jego znajomy mówił o sobie.

– A może wpadnie pan do mnie wieczorem z żoną na kolację? Odbiorę Amelkę, a potem ugotuję coś pysznego… Przynajmniej zajmę czymś myśli.

Pan Zdzisław nie odpowiedział od razu. Spojrzał na coraz bardziej zachmurzone niebo, zawołał psa i dał mu sygnał, by zagonił owce do zagrody.

– Będzie padać – powiedział z przekonaniem w głosie. – Chłopcze, mam lepszy pomysł. Spędź popołudnie z Amelką, a wieczorem przyjdźcie do nas. Miecia na pewno się ucieszy. Tak bardzo lubi twoją córcię…

– Dobrze, panie Zdzisiu. A zatem jesteśmy umówieni.

 

*

 

Kilka godzin później starannie ogolony Filip stał przed szkołą i podekscytowany czekał na przyjazd autobusu. Nie widział Amelki dwa tygodnie i żadne słowa nie oddałyby tego, jak bardzo za nią tęsknił. Mężczyzna co chwilę nerwowo zerkał na zegarek. Uczestnicy kolonii powinni dotrzeć na miejsce już sześć minut temu. A jeśli stało się coś złego? Jeśli autobus, nie daj Boże, nie wyrobił się na zakręcie i wpadł do rowu? W głowie Filipa kłębiły się mroczne myśli. Mężczyzna zaczął się pocić, dlatego usiadł na ławce obok mamy jednego z uczniów. Gdyby tylko mógł się stąd na chwilę wyrwać i pobiec do pobliskiego sklepu po ćwiartkę wódki… To by wystarczyło, by go uspokoić. Przynajmniej na jakiś czas.

– Jadą! – krzyknęła inna mama, a Filip poderwał się z miejsca i dostrzegł piętrowy autobus. Pojazd zatrzymał się na parkingu przed szkołą. Chwilę później zaczęli z niego wychodzić uczniowie. Filip trzymał się na uboczu, ze łzami w oczach wypatrując swojej córki. Miał tylko ją i martwił się, że przez swoje zagubienie pogorszył ich relację. Nie wiedział, czy Amelka ucieszy się na jego widok. Czy podbiegnie do niego z uśmiechem na twarzy i z całej siły się do niego przytuli? A może podejdzie niechętnie, ze skwaszoną miną, i powie, że wolałaby zostać nad morzem na kolejne dwa tygodnie? Za kilka chwil wszystko miało się wyjaśnić.

Kolejne dzieci opuszczały autobus i dołączały do swoich rodziców. Wreszcie w drzwiach dostrzegł długie jasne włosy, drobny nosek i uśmiech, na widok którego Filipowi do oczu napłynęły łzy. Amelka, wyraźnie zadowolona, szukała wzrokiem taty.

– Tutaj, kochanie! – zawołał drżącym głosem Filip. – Amelko!

Gdy ich spojrzenia się spotkały, dziewczynka przez chwilę stała nieruchomo, jakby nie wiedząc, co powinna zrobić. Filip czuł, że serce lada moment wyskoczy mu z piersi. W końcu jednak Amelka ruszyła biegiem w jego stronę.

– Tata! – krzyknęła uradowana, rzucając się mężczyźnie w objęcia.

– Moja córcia! – Filip przycisnął Amelkę do piersi i pocałował chyba z dziesięć razy w głowę. – Nawet nie wiesz, jak się za tobą stęskniłem – dodał, a po jego policzkach spłynęły strużki łez.

– Ja też! Rany, mam ci tyle do powiedzenia!

Przez całą drogę powrotną Amelka ze szczegółami opisywała Filipowi każdy dzień wycieczki. Dziewczynka, w przeciwieństwie do taty, lubiła dużo mówić. Filip często powtarzał w żartach, że odziedziczyła gadatliwość po mamie. Cieszył się, że wreszcie ma córcię przy sobie. Podbudowany jej obecnością i nieschodzącym z twarzy uśmiechem nie mógł się doczekać, aż wrócą do domu.

Pod wieczór Filip włożył swoje najdroższe spodnie i elegancką koszulę. Użył też perfum, które kupował od lat. Wybrała je dla niego Gosia. Powiedziała kiedyś, że najlepiej do niego pasują. Filip nie znał się na perfumach, więc uznał, że skoro kobieta mówi mu coś takiego, to musi to być prawda. Amelka nie miała ochoty iść na kolację do państwa Gąsieniców. Lubiła ich, ale czuła się zbyt zmęczona, a poza tym miała do nadrobienia ulubione seriale.

– Zrób to dla mnie, kotku – prosił ją Filip. – Obiecuję, że wrócimy przed dziesiątą.

– No dobra – odrzekła Amelka, po czym wyciągnęła z szafy ulubioną koszulkę i zamknęła tacie drzwi przed nosem.

Pani Miecia wycałowała Amelkę, jakby nie widziała jej kilka lat. Kobieta miała siedmioro wnucząt, ale zawsze powtarzała, że dla córki Filipa również znajdzie się miejsce w jej sercu. Pani Miecia wiedziała, że Amelka bardzo rzadko miała kontakt z dziadkami, mieszkającymi w różnych częściach Polski. Postanowiła więc zaopiekować się jedenastolatką i obdarzyć ją ciepłem, na jakie zasługiwała.

– Specjalnie dla Amelci jej ulubiony przekładaniec. – Gospodyni postawiła na stole tacę ze smakowicie wyglądającym ciastem.

– O rany, jak super! Mogę od razu dwa kawałki?

– Jeśli twój tata nie ma nic przeciwko – odpowiedziała kobieta, a Filip natychmiast uniósł obie ręce.

– Jak mogę jej zabronić takiego smakołyku, skoro sam mam na niego ochotę?

To był przemiły wieczór, podczas którego Filip nawet nie myślał o alkoholu. Państwo Gąsienicowie zatroszczyli się o to, by atmosfera w domu była radosna. Na każdym kroku chwalili Filipa i podkreślali, że nie znają lepszego ojca od niego. Mężczyzna zrozumiał, że jeśli nie weźmie się w garść, zrujnuje wszystko, co przez tyle lat budował. Niezwykłą więź z niesamowitą, mądrą i zaradną dziewczynką. W pewnym momencie zaszkliły mu się oczy. Chwilę później spostrzegł, że pan Zdzisław uważnie mu się przygląda. Gospodarz uśmiechnął się delikatnie, a potem uniósł szklankę z wodą, by wznieść toast.

– Musimy częściej się spotykać we czwórkę – zasugerował późnym wieczorem pan Zdzisław. Mężczyzna zaprowadził Filipa na zewnątrz, podczas gdy Amelka pomagała pani Mieci zmywać naczynia. – Weź to. – Wcisnął swojemu rozmówcy w rękę zgięty na pół kawałek papieru.

– Co to jest? – spytał Filip, po czym rozłożył papierek i zaczął czytać. – Borówki? Co to za adres? A ten numer telefonu…?

– Moja żona już dawno chciała ci dać namiary na to miejsce – wyznał pan Zdzisław. – Tylko nie pomyśl sobie, że zdradziłem jej szczegóły naszej dzisiejszej rozmowy. Wspomniałem tylko, że się widzieliśmy i zaprosiłem was na kolację. Miecia pewnie zrozumiała, że to odpowiedni moment, by wręczyć ci ten adres. To niesamowicie bystra kobieta. Przecież widzi, że masz problem.

– Nadal nic nie rozumiem. Czy to jakaś klinika odwykowa?

– Ja bym to raczej nazwał ośrodkiem, w którym uleczysz złamane serce…

– Panie Zdzisiu, do rzeczy – odparł zniecierpliwiony Filip.

– Moja żona twierdzi, że usłyszała o tym miejscu od koleżanki, która z kolei dowiedziała się o nim od córki.

– Istna Moda na sukces – podsumował żartobliwie Filip.

– Ja też już się w tym pogubiłem. – Mężczyzna prychnął. – Zresztą mniejsza o to. To miejsce nazywa się Pensjonat Samotnych Serc. Znajduje się przy jednym z jezior na Mazurach i podobno ludzie opuszczają je odmienieni.

– Brzmi trochę jak sanatorium dla seniorów, którzy pragną się jeszcze kiedyś zakochać. Panie Zdzisiu, przecież mnie dopiero stuknęła trzydziestka.

– Wiem, chłopcze, ale tak sobie pomyślałem, że może byś tam pojechał z Amelką… Miecia twierdzi, że ten pensjonat odwiedzają ludzie w różnym wieku, a jego właścicielka podobno jest najżyczliwszą osobą, jaką można sobie wyobrazić.

– Pan wie, że nie szukam miłości – odparł Filip. – Chcę się skupić na wychowaniu córki, a nie na nowo układać sobie sprawy sercowe. Nie sądzę, by to było w ogóle możliwe.

– Wiem, chłopcze, ale nie musisz tam jechać, by podrywać pensjonariuszki. Potraktuj to jako wakacje wśród dobrych, serdecznych ludzi.

Filip miął w palcach skrawek papieru, zastanawiając się, co powinien zrobić.

– Dobrze, panie Zdzisiu. Zastanowię się nad tym – oznajmił w końcu, po czym wyminął mężczyznę i ruszył w kierunku uchylonych drzwi domu.

– Zaczekaj. – Mężczyzna dogonił Filipa i chwycił go za przedramię. – Tu się nie ma co zastanawiać. Pojedź tam, proszę. Amelka spędzi czas nad wodą, a ty na trochę się wyrwiesz z tej okolicy… Potrzebujesz tego. Wiem, że wszystko przypomina ci tu o… – urwał, widząc, jak załzawione oczy Filipa zabłysły w bijącym z salonu świetle żyrandola. – Po prostu zadzwoń do właścicielki tego pensjonatu i spytaj, kiedy moglibyście przyjechać. Zobaczysz, że nie pożałujesz.

Filip miał już dość tej rozmowy. Nie lubił, gdy ktoś narzucał mu się tak bardzo, jak robił to pan Zdzisław. Z grzeczności obiecał, że zadzwoni do Pensjonatu Samotnych Serc, choć wcale mu się do tego nie paliło. Nie chciał wakacji. Leżenie na kocu na plaży i wpatrywanie się w niebo to ostatnie, czego potrzebował. Bał się, że bezczynność zmusi go do nadmiernego rozmyślania, co z kolei mogło go popchnąć do sięgnięcia po alkohol. Musiał się czymś zająć: pracą, opieką nad córką, ogrodem, czymkolwiek… Po powrocie do domu dopilnował, by Amelka umyła zęby i nie korzystała więcej ze smartfona. Potem usiadł przed telewizorem i włączył wieczorne wydanie programu informacyjnego. Nieśmiało zerkał w stronę barku, który stał teraz pusty. Dlaczego musiał wszystko wylać? Powinien zostawić sobie chociaż jedną butelkę.

Przez pół godziny próbował zmusić się do tego, by nie wyjść do sklepu. Chodził po salonie, przetarł blat w kuchni, a potem grał w tenisa na telefonie. W końcu wyciągnął z kieszeni skrawek papieru i spojrzał jeszcze raz na adres pensjonatu, który polecił mu pan Zdzisław. Otworzył na telefonie wyszukiwarkę i wpisał hasło „PENSJONAT SAMOTNYCH SERC”.

– Dziwne – mruknął pod nosem, gdy nie znalazł w sieci żadnych informacji na temat tego miejsca. Pensjonat nie miał strony internetowej, można było wręcz uznać, że nie istniał. Filip uruchomił aplikację Facebooka, z której rzadko korzystał. Może tam coś będzie? Jednak nie… Pensjonat nie miał fanpejdża, co w obecnych czasach jest nie do pomyślenia. Jeśli chce się robić biznes, trzeba być aktywnym w mediach społecznościowych i widocznym w wyszukiwarkach. Tymczasem o Pensjonacie Samotnych Serc słyszeli chyba tylko nieliczni. Zapewne dlatego ciekawość zaczęła wprost zżerać Filipa. Chciał poczekać z telefonem do przedpołudnia, ale nie mógł się powstrzymać. Przez cały dzień nie tknął alkoholu i był rozdrażniony. Musiał się dowiedzieć, o co chodzi z tym tajemniczym miejscem, o którym ani widu, ani słychu w sieci. Wystukał na ekranie smartfona numer telefonu i czekał, aż ktoś odbierze.

– Słucham? – odezwał się miły kobiecy głos.

– Dzień dobry… to znaczy dobry wieczór – przywitał się Filip.

– Dobry wieczór – odpowiedziała starsza pani. – Musiało się stać coś złego, skoro dzwonisz do mnie o tak późnej porze – dodała.

– Złego? Nie… to znaczy… – urwał zakłopotany.

– Kiedy chcesz do nas przyjechać? – spytała bez ogródek kobieta.

– Ale… skąd pani wie, że pytam o ten… pensjonat?

– Pensjonat Samotnych Serc – dopowiedziała. – Mój drogi, ten numer zna tylko kilka najbliższych mi osób i ci, którzy dzwonią, by spytać o wolny pokój. Jeśli dostałeś mój numer, to najwyraźniej ktoś wręczył ci go nieprzypadkowo.

– Nie rozumiem, proszę pani.

– Komuś bardzo na tobie zależy i widzi, że jesteś nieszczęśliwy. To co, kiedy możemy się ciebie spodziewać?

– Ja… jeszcze nie wiem. – Filip nie przypuszczał, że jego rozmówczyni przejdzie od razu do konkretów. – Poza tym nie byłbym sam… bo widzi pani, mam córkę.

– Córkę? A to żaden problem… A ile ma lat?

– Jedenaście.

– No to cudownie! Koniecznie do nas przyjeżdżajcie. Moje pieski i kotki ucieszą się na widok nowych gości. No może z wyjątkiem kota Bolka. To straszny samotnik, wie pan. Czasem jednak da się pogłaskać, jeśli wyczuje dobrą duszę. Może się wam poszczęści, kto wie? Ostatnio Bolek jakby zmiękł. Częściej schodzi z parapetu i krąży między ludźmi…

– Super. – Filip uciął jej wypowiedź. – Szczerze mówiąc, zadzwoniłem, bo byłem zaintrygowany brakiem jakichkolwiek wzmianek o pensjonacie w internecie. Dlaczego go państwo nie reklamujecie?

– A po co? – spytała kobieta. – Jeśli komuś dane jest tu trafić, prędzej czy później do nas zawita. Tak jak pan. – Zaśmiała się do telefonu. – To co, na kiedy szykować pokój?

Filip nie mógł uwierzyć w to, że faktycznie rozważał wyjazd do pensjonatu. Sympatyczny głos rozmówczyni nakazywał mu sądzić, że spędzenie tam chociaż dwóch tygodni nie byłoby w gruncie rzeczy złym pomysłem.

– Muszę pozałatwiać jeszcze kilka spraw. Może przyjechalibyśmy w niedzielę?

– Niedziela… No dobrze, myślę, że da się to zrobić.

– Czy mam podać pani swoje dane? Cokolwiek?

– Nie musisz – odparła kobieta. – Wierzę, że mnie nie oszukasz. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by ten numer trafił w ręce złej osoby.

– A czy życzy sobie pani, bym zapłacił z góry czy ostatniego dnia pobytu?

– Spokojnie, mój drogi… Wszystko ustalimy, gdy już będziecie z córcią na miejscu. Teraz wybacz, ale oczy same mi się zamykają. Gdybyś miał do mnie jeszcze jakieś pytania, dzwoń.

– Dobrze, proszę pani. Dobranoc.

– Do zobaczenia.

Zatem postanowione. Filip zabierze córkę do Pensjonatu Samotnych Serc. Zupełnie nie wiedział, czego się po nim spodziewać. Doszedł jednak do wniosku, że pan Zdzisław miał rację. Przydałaby mu się zmiana otoczenia. W głębi serca od dawna o tym wiedział, a mimo to nie potrafił rozstać się z domem, w którym spędził tyle pięknych chwil. Przeszłość oplatała wokół niego macki i nie pozwalała mu się ruszyć z miejsca. W końcu jednak Filip musiał ruszyć naprzód. Być może pobyt na Mazurach sprawi, że w jego życiu wreszcie zawita radość?

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

Artur trafił do szpitala po tym, jak stanął w obronie Matyldy i wdał się w bójkę z jej agresywnym mężem. Wojtek okazał się silniejszy i brutalnie pobił rywala, po czym zmusił Matyldę, by wsiadła z nim do samochodu. Na szczęście nie udało mu się daleko odjechać. Podczas konfrontacji z policją Wojtek został zatrzymany i odwieziony do komisariatu. W przypadku Artura skończyło się zaś jedynie na pokiereszowanej twarzy i lekkim wstrząsie mózgu. Syn pani Wiesi został wypisany do domu następnego dnia, a Matylda odebrała go osobiście. Kobieta już wcześniej zaczęła się zbliżać do nowego znajomego. Szczere rozmowy podczas długich spacerów uświadomiły jej, że Artur w głębi serca jest dobrym, czułym człowiekiem, który w wyniku bolesnych doświadczeń schronił się za grubym pancerzem. Mężczyzna przez długi czas nie pozwalał nikomu się do siebie zbliżyć. Mijały jednak dni, a pancerz stopniowo pękał, odsłaniając szlachetne wnętrze.

W końcu młodzi pocałowali się w drodze powrotnej do pensjonatu, a Artur zaproponował, by wieczorem zjedli wspólnie kolację w altanie, którą sam zbudował. Matylda wprost nie posiadała się ze szczęścia. Nareszcie wszystko w jej życiu zaczęło się układać. Gdy przyjeżdżała do Borówek, pragnęła jedynie świętego spokoju. Uciekała przed agresywnym mężem i wierzyła, że będzie bezpieczna w leśnym domu nieopodal jeziora. Musiała odetchnąć i przygotować się do wyczerpującej batalii z nieprzewidywalnym Wojtkiem. Nie przypuszczała, że w Pensjonacie Samotnych Serc spotka mężczyznę, do którego zapała uczuciem. I że zostanie ono odwzajemnione.

Uśmiechy nie schodziły im z twarzy, gdy zmierzali w stronę domu. Na powitanie wyszła im pani Wiesia.

– Jesteś, synku!

– Witaj, mamo.

Kobieta ostrożnie przytuliła Artura.

– Umierałam ze strachu. Co ja bym bez ciebie zrobiła?

– Spokojnie, mamo. Złego diabli nie biorą.

– Ty to jesteś… – Kobieta przewróciła oczami. – Drugiego tak porządnego jak ty to ze świecą szukać…

– A co to za samochód, pani Wiesiu? – spytała Matylda. – Mamy gości?

– Ano! Właśnie przyjechał do nas przemiły pan z córką.

– Racja. Wspominała pani…

Zza domu wybiegła dziewczynka o długich jasnych włosach.

– Chodźmy nad jezioro, tato!

– Jutro pójdziemy. Teraz musimy się rozpakować.

Za dziewczynką truchtał gładko ogolony mężczyzna z włosami zaczesanymi na bok. Ubrany był w czarne spodnie i szarą marynarkę – zupełnie nieadekwatnie do pogody. Na nosie miał zaś okrągłe okulary.

– A oto i nasi goście – powiedziała pani Wiesia. – Amelko, kochanie, poznaj mojego syna Artura i dobrą znajomą Matyldę.

– Dzień dobry.

– A to tata Amelki…

Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku.

– To naprawdę ty? – spytał łamiącym się głosem. Momentalnie zbladł.

Matylda miała wrażenie, że świat wokół niej wiruje. To niemożliwe.

– Filip? – Przełknęła ślinę. – Co ty tu robisz?

Kobieta zerknęła na stojącego obok Artura. Syn pani Wiesi miał grobową minę. Od razu się domyślił, z kim miał do czynienia. Pierwsza miłość Matyldy i chłopak, który złamał jej serce, stał przed nim równie zakłopotany, przerzucając wzrok z jednej osoby na drugą. Artur nie mógł uwierzyć, że los aż tak z niego zakpił. Przecież dopiero co po raz pierwszy od dłuższego czasu pocałował kobietę i zaprosił ją na romantyczną kolację. W myślach planował najbliższe miesiące i wyobrażał sobie, że będzie odwiedzał Matyldę w Warszawie. Być może nawet udałoby mu się ją namówić na przeprowadzkę do Borówek. Artur wiedział, że było jeszcze za wcześnie, by mówić głośno o takich sprawach, ale nie chciał dłużej tracić życia na rozpamiętywanie przeszłości. Matylda uświadomiła mu, że w pewnym momencie trzeba ruszyć naprzód, by nie zatracić się w smutku i żałobie.

A teraz, gdy nareszcie się na to zdecydował, przeszłość powróciła do jego przyjaciółki, a on znów poczuł się niepewnie.

– Ja. – Filip spojrzał na panią Wiesię. – Przyjechałem tutaj na dwa tygodnie. Nie rozumiem, co ty tu robisz? – Głos mu drżał. – Zaplanowałaś to?

– Słucham? – Matylda zmrużyła oczy. – O czym ty mówisz?

Filip podrapał się po głowie i poczuł, że miękną mu nogi. Od początku miał wątpliwości, czy wizyta w Borówkach to dobry pomysł. Nie był gotowy na nieprzewidziane zdarzenia, a spotkanie Matyldy z pewnością się do nich zaliczało.

– Przepraszam – odparł onieśmielony. – Po prostu w najśmielszych snach nie sądziłem, że mógłbym cię tu zobaczyć… Czyli to naprawdę zbieg okoliczności?

Pani Wiesia chciała się wtrącić i powiedzieć, że w życiu nie ma przypadków, a przeznaczenie najwyraźniej zaplanowało spotkanie dawnych przyjaciół właśnie w pensjonacie. Spojrzała jednak na syna, który zaciskał usta i pstrykał palcami. Artur był blady, a na jego czole pojawiły się krople potu. Kobieta wiedziała, że on i Matylda mają się ku sobie. Wspierała ich w dążeniu do ułożenia sobie razem życia i nie mogła występować przeciwko synowi. Nagle znalazła się między młotem a kowadłem. Znała historię miłości Matyldy do Filipa, ale wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie potrafiła podjąć właściwej decyzji. W końcu postanowiła milczeć. Uznała, że tak będzie najlepiej.

– Na to wygląda – odpowiedziała Matylda na pytanie dawnego przyjaciela. – Pani Wiesia wspominała, że do pensjonatu przyjedzie jakiś pan z córką, ale nie miałam pojęcia, że to ty.

Kobiecie przeleciały przed oczami najpiękniejsze chwile z młodzieńczych lat. Widziała siebie i Filipa, młodych, beztroskich i szczęśliwych. Razem dorastali i wkraczali w dorosłe życie. Wierzyli, że nic i nikt ich nie rozdzieli. Łączyła ich, jak się wtedy wydawało, nierozerwalna więź. Zawsze mogli na siebie liczyć i ufali sobie bezgranicznie. Wszystko runęło niczym domek z kart, gdy Filip pod wpływem alkoholu przespał się z Gosią. Matylda przez długi czas nie potrafiła się z tym pogodzić. Wybaczyła Filipowi i zrozumiała, że będzie najlepiej, jeśli dziecko wychowa się z obojgiem rodziców. Nie chciała być tą trzecią, która będzie się wtrącała w sprawy Filipa i Gosi. Wycofała się dla dobra wszystkich, a przede wszystkim dziecka, które nie było niczemu winne. A teraz to dziecko stało przed nią i mierzyło ją przenikliwym spojrzeniem.

– Tato, to ty znasz tę panią? – spytała zdziwiona Amelka.

– Tak, kochanie. – Mężczyzna chwycił dziewczynkę za rękę i przysunął do siebie. – Matyldo, poznaj moją córkę. Niesamowite, jak urosła, co?

Matylda nie spodziewała się, że konfrontacja z przeszłością okaże się dla niej tak trudna. Przecież minęło już tyle lat… Żyła swoim życiem, które może nie zawsze było szczęśliwe, ale nigdy się nie poddawała i zaciekle o siebie walczyła. Tymczasem wystarczyło kilka minut, by utraciła całą pewność siebie. Przyglądała się ślicznej blondynce, która według jej wyliczeń musiała mieć już jedenaście lat. Była taka podobna do swojego taty… Matylda przeniosła wzrok na Filipa i przyjrzała się dokładnie jego twarzy. Od razu spostrzegła, że odrobinę przytył, co akurat mu pasowało. Przybyło mu też trochę zmarszczek na czole i wokół oczu, ale nie było w tym nic dziwnego. Czas dla nikogo nie stoi w miejscu. Każde ciało kiedyś się zestarzeje. Najważniejsze jest to, by dusza pozostała młoda. Mimo że od ich ostatniego spotkania upłynęło tak wiele lat, Matylda wciąż dostrzegała w oczach Filipa chłopaka, na którego zawsze mogła liczyć.

– Miło cię poznać. – Matylda uścisnęła dłoń Amelki. – Masz uśmiech po tacie, wiesz?

– Wszyscy tak mówią – odrzekła dziewczynka. – Podobno całą resztę mam po mamie.

Matylda poczuła ukłucie w sercu. Ostatnia doba zafundowała jej zdecydowanie zbyt wiele wrażeń. Najchętniej wsiadłaby do samochodu i pojechała na cały dzień w jakieś ustronne miejsce, w którym nikt by jej nie znalazł. Ani Artur, ani Filip, ani ktokolwiek inny.

– Kochani, zapraszam za dom – odezwała się pani Wiesia, która nie mogła dłużej patrzeć na malujące się na twarzach całej trójki zakłopotanie. – Usiądziemy, porozmawiamy i zjemy szarlotkę. Specjalnie dziś z rana dla was upiekłam – zwróciła się do Filipa i Amelki. – Musicie przejść test szarlotki. Nie ma zmiłuj. Wszystkich gości mojego pensjonatu to czeka.

– Test szarlotki? A co to takiego? – spytał Filip, który szedł z przodu, tuż obok gospodyni. Pani Wiesia wyjaśniła mu, że ma w zwyczaju piec dla gości dwa rodzaje szarlotki: jedną z bezą, a drugą z budyniem i cynamonem.

– Jestem ciekawa, która bardziej przypadnie ci do gustu – powiedziała podekscytowana kobieta. – To wy tu na mnie poczekajcie, a ja zaraz wracam.

Matylda usiadła na skraju plastikowego stołu. Artur zajął miejsce pośrodku, odgradzając ją od Filipa. Amelka tymczasem bawiła się z psami: kundelkiem Pekim i suczką Tosią.

– Jesteś taka słodka. – Dziewczynka głaskała po grzbiecie obolałą suczkę.

– Kotku, tylko pamiętaj, żeby obchodzić się z nią łagodnie – upomniał córkę Filip, po czym spojrzał na Matyldę. – Pani Wiesia wspominała, że Tosia miała wypadek.

– Wypadek. – Artur prychnął. Miał ochotę powiedzieć nowemu znajomemu, co tak naprawdę wydarzyło się poprzedniego dnia. Wiedział jednak, że Matylda nie byłaby zadowolona, gdyby zdradził Filipowi, iż jej mąż psychopata wtargnął na teren pensjonatu, a potem z całej siły kopnął Bogu ducha winnego psa. Na szczęście Tosia nie odniosła poważniejszych obrażeń. Znajomy weterynarz zalecił pani Wiesi, by uważała na ukochaną suczkę i pilnowała, by dużo piła.

Zapadła krępująca cisza. Matylda unikała wzroku Filipa, który z kolei co chwilę zerkał w jej stronę, irytując tym Artura. Mężczyzna miał do dawnej przyjaciółki mnóstwo pytań. Chciał wiedzieć, co działo się w jej życiu przez te wszystkie lata. Pragnął jej też powiedzieć, że chyba nigdy nie wyglądała piękniej. Wydawało mu się, że Matylda rozkwitła niczym kwiat, podczas gdy on usychał.

– Jestem, dzieci. – Pani Wiesia zmierzała w ich stronę szybkim krokiem. Domyślała się, że atmosfera przy stole musiała być gęsta. Kobietę zaskoczył taki obrót spraw, starała się jednak nie dać tego po sobie poznać. – To co, mili państwo, gotowi na test?

– Pani Wiesiu – odezwała się Matylda, zanim gospodyni ukroiła po kawałku jednej z szarlotek – a gdzie się podziały Klara, Marta i Estera?

Gdy cztery lata temu Matylda zaczynała pracę w dużej korporacji, nie spodziewała się, że Klara Makłowska, jej szefowa, pewnego dnia stanie się jej najlepszą przyjaciółką. Połączyły je przykre doświadczenia z mężczyznami. Klara okazała się nie tylko wyrozumiałą, wspierającą przełożoną, ale przede wszystkim bratnią duszą, która zawsze służyła Matyldzie pomocą. Z kolei Marta Ryśnik, czterdziestokilkuletnia prawniczka z Poznania, przyjechała do Borówek, by leczyć rany po bolesnym rozwodzie, a pięćdziesięciosześcioletnia Estera Klimas potrzebowała odpoczynku po żałobie, którą przeżywała po śmierci męża.

– Z tego, co wiem, cała trójka wybrała się po obiedzie na plażę. Mają wrócić pod wieczór. – Pani Wiesia postawiła przed Filipem i jego córką dwa talerzyki, na których znajdowały się starannie ukrojone kawałki szarlotek. Wręczyła im też widelce, ale Amelka odparła, że nie potrzebuje sztućca.

– Zachowuj się – powiedział pieszczotliwie Filip. – Nie będziesz jadła rękami.

– Oj weź, tato. Przecież jesteśmy wśród przyjaciół.

– Szybko zawiera bliskie znajomości – zauważyła rozbawiona Matylda.

– Przynajmniej nie traci czasu – odrzekł Filip. Tymczasem Artur obserwował ich ze skrzywioną miną. Nie podobało mu się to, że Matylda zaczyna odnajdywać wspólny język z dawnym przyjacielem.

– Możecie się ze mnie nie nabijać? – Amelka wzięła do ręki kawałek ciasta z bezą i spróbowała. – Nawet dobre. – Potem przeszła do szarlotki z budyniem i cynamonem. – Mniam! Pycha! – zawołała i w krótkim czasie zjadła cały kawałek.

– Wygląda na to, że mamy zwycięzcę – powiedziała pani Wiesia, której taki werdykt ani trochę nie zaskoczył. Wszyscy wybierali budyniowe ciasto. Wszyscy z wyjątkiem Artura i Matyldy. – Teraz twoja kolej.

Filip zaczął od ciasta z budyniem. Tak mu posmakowało, że poprosił o dokładkę.

– Dostaniesz, kiedy skosztujesz szarlotki z bezą. – Pani Wiesia nie odpuszczała. Tradycji musiało stać się zadość.

Mężczyzna ukroił widelcem kawałek ciasta z bezą. Przeżuwał go w ciszy, po czym ukroił sobie kolejny, jakby nie mógł się zdecydować, czy mu smakuje, czy nie.

– I jak? – dopytywała zniecierpliwiona pani Wiesia.

– Muszę pani powiedzieć, że obie są wyśmienite… – Filip zmierzył wzrokiem szarlotki. – Wydaje mi się jednak, że ta z bezą ma bardziej wyrazisty smak. Takiej szarlotki jeszcze nie jadłem!

Pani Wiesia spojrzała na syna. Jego twarz robiła się czerwona. „Tylko tego brakowało”, pomyślał Artur. Nie dość, że Filip zjawił się tu w najgorszym momencie, to jeszcze musiał wybrać to samo ciasto, co oni. Matylda z kolei miała zaskoczoną minę i ukradkiem zerkała na Artura, nie wiedząc, czego może się po nim spodziewać. Tymczasem Amelka posadziła sobie na kolanach Pekiego, który zachowywał się zaskakująco spokojnie. Po chwili zza domu wyłoniły się dwa koty – Bolek i Lolek. Ten pierwszy obserwował wszystkich z bezpiecznej odległości, a drugi podbiegł do pani Wiesi i czekał, aż kobieta nakarmi go ciastem.

– No dobrze… A zatem wszystko już wiem. – Pani Wiesia nałożyła gościom dodatkowe porcje ciasta. Nie chciała komplikować sytuacji swojego syna, dlatego postanowiła nie wspominać Filipowi o tym, że przed nim tylko dwie osoby wybrały szarlotkę z bezą. – Jaśminku, masz ochotę?

– Dziękuję, pani Wiesiu, ale może później. Tak mnie tu pani rozpieszcza, że chyba wyjadę stąd cięższa o kilka kilogramów.

– Cięższa? Bez przesady, wyglądasz idealnie – skomplementował ją Artur.

– Kiedy wyjeżdżasz? – spytał Filip. – Mam nadzieję, że się nie minęliśmy.

– Nie minęliśmy – odparła Matylda. – Na razie zostaję, o ile oczywiście pani Wiesia pozwoli…

– Jaśminku, możesz tu mieszkać tak długo, jak będziesz chciała. Przecież wiesz, że dla mnie jesteś już jak córka – zapewniła ją gospodyni, po czym zwróciła się do Filipa: – A zatem przyjechaliście do nas z Zakopanego? – Kobieta nie zdążyła wcześniej wypytać gościa o więcej szczegółów na jego temat.

– Zgadza się, proszę pani – odrzekł, zerkając na zdumioną Matyldę. – Przeprowadziliśmy się tam z Katowic trzy lata temu.

– Katowic? – Matylda wiedziała, że Filip z Gosią przenieśli się do Wrocławia.

– Tak. Najpierw przez dwa lata mieszkałem z rodziną we Wrocławiu – potwierdził jej domysły – ale nie umieliśmy się tam odnaleźć. W końcu pojawiła się szansa na zmianę – mogłem dostać posadę w elektrociepłowni w Katowicach. Żona nie protestowała. Sama zresztą jakiś czas później znalazła pracę w dużej korporacji.

Matylda aż się paliła, by spytać Filipa o Gosię. Gdyby wciąż byli razem, mężczyzna nie wylądowałby w Borówkach. Kobieta wiedziała jednak, że jeszcze za wcześnie na zwierzenia. Oboje wciąż nie ochłonęli po niespodziewanym spotkaniu przed domem. Poza tym nie miała pewności, czy Filip w ogóle będzie chciał poruszać przy niej prywatne sprawy. Jeśli nie, mogłaby spróbować wyciągnąć coś z Amelki. Albo w ogóle przestać ingerować w ich życie.

Matylda była zdezorientowana. Starała się poukładać sobie myśli w głowie, bo nie ulegało wątpliwości, że czekały ją dni pełne emocji. Nie miała pojęcia, co się wydarzy, ale wierzyła, że nie wpłynie to negatywnie na jej rozwijającą się relację z Arturem.

– A jednak Katowice też okazały się dla was niewystarczające? – ciągnęła pani Wiesia.

– Długo by opowiadać – odrzekł Filip, zerkając w stronę Matyldy. – Czasem ciężko przewidzieć, jak potoczy się nasze życie… Amelko, nie karm psa szarlotką!

– Nie szkodzi – uspokoiła go pani Wiesia. – Peki je praktycznie wszystko, a weterynarz twierdzi, że jest okazem zdrowia. Czyli ostatecznie wybrałeś góry… – powróciła do tematu.

– Tak. Gdy się okazało, że będę miał z okna widok na Giewont, zrozumiałem, że lepiej nie mogłem wybrać. Czy może być coś piękniejszego?

– Może szum mazurskich drzew o poranku? – odezwał się lekko zirytowany Artur.

– Drzew mam aż pod dostatkiem – odrzekł Filip. – Ulica, przy której mieszkam, prowadzi prosto do dużego lasu.

Syn pani Wiesi nie zamierzał się z nim licytować, więc odpuścił i pozwolił, by Filip przez następny kwadrans rozpływał się w zachwytach nad sielskim życiem na obrzeżach Zakopanego. Artur miał nadzieję, że skoro Filipowi było tam tak dobrze, to nie zasiedzi się w Borówkach. No chyba że znajomy Matyldy robił tylko dobrą minę do złej gry, a jego życie wcale nie było tak szczęśliwe i bezproblemowe, jak mówił.

Artur skłaniał się ku drugiej opcji. W ostatnich latach poznał setki osób, które na pierwszy rzut oka miały wszystko pod kontrolą: sukcesy zawodowe, wielkie domy, drogie samochody i wczasy za granicą co najmniej dwa razy w roku. Znajomi zazdrościli im wspaniałego życia, nie wiedząc, co działo się za zamkniętymi drzwiami ich domów. Pensjonat odwiedzali uciekający przed nałogiem alkoholicy, osoby cierpiące na głęboką depresję, dla których samo wstanie z łóżka było ogromnym wysiłkiem, a nawet takie, które nieustannie oddawały się fizycznym rozkoszom z przypadkowymi osobami, wierząc, że tylko w ten sposób potwierdzą swoją wartość. Wszyscy zachowywali pozory, bo nie chcieli uchodzić w oczach rodzin i znajomych za nieudaczników. Dopiero przy pani Wiesi rozklejali się i wyznawali prawdę.

Tak naprawdę Artur niewiele się od nich różnił. Dręczony traumą po stracie jedynego dziecka zaszył się w domu i zamknął nawet przed własną matką. Stał się dla niej opryskliwy, by nie zdradzać słabości. Cierpiał w samotności, każdego dnia rozpamiętując tragiczny wypadek, który na zawsze zmienił jego życie. Dopiero pojawienie się w Borówkach Matyldy pozwoliło mu uwierzyć, że może jeszcze nie wszystko dla niego stracone. Syn pani Wiesi nie wiedział, czy Filip zmagał się z podobnym dramatem. Było zbyt wcześnie, by go rozgryźć. Jak na razie widział jedynie przystojnego, nieco onieśmielonego towarzystwem dawnej ukochanej mężczyznę. Był elegancko ubrany i miał śliczną, pełną energii córkę. Amelka nie sprawiała wrażenia zaniedbanej i nieszczęśliwej. Wręcz przeciwnie. Nie ulegało wątpliwości, że była oczkiem w głowie tatusia. Pytanie tylko, co się stało z jej mamą…

– Dobrze się czujesz? – Z zamyślenia wyrwał Artura zatroskany głos Matyldy. – Może powinieneś się położyć?

– Nie, nic mi nie jest – odpowiedział, masując się po głowie. – Zamyśliłem się…

– Na pewno? Wydaje mi się, że zbladłeś. Pani Wiesiu?

– Faktycznie jakoś tak niemrawo wyglądasz. – Kobieta okrążyła stół i podeszła do syna. Położyła dłoń na jego ramieniu, a potem dodała: – Powinieneś się zdrzemnąć. Lekarz zalecał ci dużo odpoczynku.

– Nic mi nie będzie – odparł. Nie chciał zostawiać Matyldy samej z Filipem.

– Nie będę z tobą dyskutowała – powiedziała pół żartem, pół serio gospodyni. – Jeszcze nam tu zemdlejesz i trzeba cię będzie wieźć z powrotem do szpitala.

– Do szpitala? – Filip posłał pani Wiesi pytające spojrzenie. – Wszystko w porządku?

– Mieliśmy tu wczoraj małe zamieszanie – odrzekła enigmatycznie Matylda. – Ale pożar został opanowany.

Już wcześniej Filip czuł się nieswojo, ale teraz poczuł, że zjawił się w pensjonacie w najmniej odpowiednim momencie. Uznał więc, że najlepsze, co może w tej chwili zrobić, to trzymać się na uboczu i obserwować bieg wydarzeń. Słońce świeciło wysoko nad lasem i mężczyźnie robiło się gorąco w szarej marynarce. W końcu postanowił ją zdjąć i zawiesić na krześle. Wtedy czujny Peki zeskoczył Amelce z kolan, podbiegł do krzesła i zerwał z niego ubranie. Zanim Filip się obejrzał, pies siedział na trawie kawałek dalej i podgryzał rękaw.

– Peki, ty psotniku! – Pani Wiesia szybkim krokiem podeszła do psa i wyrwała mu z zębów marynarkę. – Ile razy ci mówiłam, że masz nie robić takich rzeczy?

– Nic się nie stało, proszę pani – odparł rozbawiony mężczyzna. – Nigdy nie lubiłem jej nosić, ale dziś rano pomyślałem, że pierwszego dnia warto się dobrze zaprezentować. Na co dzień zdecydowanie lepiej czuję się w zwykłych dżinsach i koszuli.

– Mimo to przepraszam. – Pani Wiesia upewniła się, że materiał nie został uszkodzony. – Muszę lepiej pilnować tego rozbójnika.

– Ja mogę go mieć na oku, jeśli pani chce! – Amelka podbiegła do Pekiego i pozwoliła mu się polizać po twarzy. – Psy są super, ale tata nigdy nie chciał żadnego przygarnąć.

– Ojej, a to dlaczego? – spytała pani Wiesia, a Matylda nadstawiła uszu.

– Kto by miał czas się nim zajmować? – odrzekł Filip. – Wie pani, jak to jest. Rodzic spełnia chwilową zachciankę dziecka, a potem musi wziąć na siebie jego obowiązki.

– Właśnie wtedy towarzystwo zwierząt sprawdza się najlepiej – zauważyła gospodyni, głaszcząc Tosię, która usiadła obok niej. – Wnoszą do domu tyle radości, że nagle człowiek zapomina o wszystkich smutkach. Zobaczysz, po dwóch tygodniach z moją zwariowaną rodzinką stwierdzisz, że też chciałbyś taką mieć.

– Może ma pani rację… Przekonamy się.

W międzyczasie Matylda ścisnęła spoconą dłoń Artura. Martwiła się o niego, widziała, że nie czuje się najlepiej.

– Odprowadzę cię do pokoju – szepnęła, patrząc w jego zmęczone oczy.

– Daj spokój, nie zachowuj się jak mama – burknął, opierając głowę na zgiętej w łokciu ręce.

– A ty nie bądź taki uparty – syknęła Matylda, po czym ścisnęła go mocniej.

– No dobra – odpowiedział niechętnie. – Ale pod jednym warunkiem.

– Jakim?

– Poleżysz trochę ze mną, a wieczorem zjemy razem kolację w altanie, tak jak się umawialiśmy.

Mężczyzna miał ochotę pocałować przy wszystkich przyjaciółkę, ale wiedział, że Matylda nie byłaby zachwycona tym pomysłem. Dopiero zdążyła przekroczyć z Arturem pewną granicę bliskości, a nagle przeszłość zwaliła jej się na głowę. Syn pani Wiesi martwił się, że ta sytuacja nie wpłynie dobrze na rozwój ich relacji. A nie zamierzał odpuszczać. Nie po to otworzył się przed Matyldą, by teraz ją stracić. Wiedział, że jeśli wypuści z rąk szansę na szczęśliwy związek i wielkie uczucie, to już nigdy nikomu nie zaufa i spędzi resztę życia jako zgorzkniały samotnik.

– Poleżę – szepnęła Matylda z uśmiechem – ale nie dłużej niż pół godziny, bo później będę musiała przygotować dla nas kolację. – Wcześniej nalegała, że sama się tym zajmie. Nie chciała przemęczać Artura, a poza tym zamierzała się przed nim wykazać.

– Zgoda.

Filip przyglądał się podejrzliwie Matyldzie i Arturowi, którzy odeszli razem od stołu. Domyślał się, że coś ich łączyło, ale nie był pewien co. Wciąż nie wiedział też, co jego dawna miłość robiła w pensjonacie. Przypuszczał, że podobnie jak on zmagała się z problemami osobistymi. Nie musiała to być jednak jej pierwsza wizyta w Borówkach. Pani Wiesia stwierdziła przecież, że Matylda jest dla niej jak córka… W głowie Filipa kłębiło się mnóstwo pytań. To miał być relaksujący wyjazd, a już pierwszego dnia spotkała go taka niespodzianka. Nigdy nie zapomniał o Matyldzie. Często wspominał przeszłość, ale nie łudził się, że kiedykolwiek spotka swoją dawną przyjaciółkę. Nie szukał jej w internecie i nie wypytywał o nią wspólnych znajomych, z którymi utrzymywał sporadyczny kontakt. Odpuścił, bo wiedział, że to jedyne właściwe rozwiązanie. Zamknął tamten rozdział i starał się ułożyć sobie życie.

„To nie może być przypadek”, pomyślał. „Na pewno nie”.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Copyright © by Zofia Ossowska, 2020

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Zdjęcie na okładce:: © Roberto Pastrovicchio/Arcangel

 

Redakcja: Ewelina Pawlak/Słowne Babki

Korekta: Martyna Kałan/Słowne Babki

Skład i łamanie: TYPO Marek Ugorowski

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8195-513-3

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.