Miłość w kasztanie zaklęta - Monika A. Oleksa - ebook

Miłość w kasztanie zaklęta ebook

Monika A. Oleksa

4,5

Opis

Wierzę w to, że miłość jest nieśmiertelna. Nie istnieją dla niej czas ani żadne granice. Ona trwa, wbrew nam, wbrew zwątpieniu, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew wszystkiemu.

Miłość w kasztanie zaklęta to piękna powieść o miłości, która musi przetrwać mimo przeciwności losu. O trudnych decyzjach, ludzkich słabościach i umiłowaniu życia. O dostrzeganiu niedostrzegalnego.

Marta, samotna trzydziestoparoletnia nauczycielka, ma przyjaciół, plany i marzenia, ale nie ma nikogo bliskiego, z kim mogłaby się nimi dzielić. Przedwczesna śmierć rodziców, a potem odejście ukochanej babci pozostawiły w niej głęboki ślad oraz poczucie ulotności i kruchości ludzkiego życia. Marta wie jednak, że wszystko ma swój czas, i dlatego czeka na księcia z bajki. Niespodziewanie w jej życiu pojawia się Piotr. Kim jest jednak tajemnicza kobieta, która zaklęła w kasztanie swą miłość do Piotra i do małego Miłosza? Czy ich losy, w zadziwiający sposób wplecione w życie Marty, się połączą? Czy Marta jest gotowa na przyjęcie wszystkiego, co przyniesie jej przyszłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marcinowi, Michałowi i Miłoszowi

– dziękuję za to, że jesteście

 

Rozdział pierwszy

 

 

 

 

 

Ławka przy łabędziu

 

 

 

– 1 –

 

Znowu tam siedział. Przychodził do parku co dwa, trzy dni i zawsze wybierał tę samą ławkę, tuż przed fontanną i zabawnym posążkiem łabędzia, który od niepamiętnych już lat podrywał swe skrzydła do lotu i cierpiał w niemocy i bezsilności przymusowej stagnacji. Łabędź nie mógł wzbić się w bezkresne niebo, a on patrzył na niego wciąż tak samo: z ogromem smutku w oczach i zastygłym na twarzy bólem.

Marta obserwowała go od kilku tygodni. Znała już dobrze ciemną skroń poprzetykaną srebrnymi niteczkami siwych włosów, potrafiła przywołać w pamięci orli profil oraz charakterystyczne zmarszczki okalające oczy i usta nieznajomego. Lubiła na niego patrzeć. Zawsze schludny i elegancki, ubrany w ciemnosiwy płaszcz, krótko ostrzyżony i starannie ogolony. Kim był? I dlaczego przychodził tu sam, zawsze między czternastą a piętnastą, kiedy park pustoszał, rozkrzyczane nianie ciągnęły dzieci na obiad, a wagarowicze zaczynali stadnie wracać „na chatę”?

Marta lubiła tę porę. Gdy wracała tędy z pracy, chętnie przysiadała na jednej z wielu drewnianych, pomalowanych na zielono ławek. Odpoczywała tu po kilku godzinach spędzonych w towarzystwie rozkrzyczanej młodzieży licealnej, zbierając siły do zmierzenia się z resztą dnia i swoją samotnością.

Miała trzydzieści sześć lat i niewielkie już oczekiwania od życia. Jeszcze dwa lata temu, tuż przed trzydziestymi piątymi urodzinami, snuła ambitne plany i marzenia. Ile z nich się spełniło? Nie chciała o tym myśleć. Wolała obstawać przy wytłumaczeniu, że widocznie nie pragnęła spełnienia swych marzeń wystarczająco mocno, aby mogły się ziścić. Nie uwierzyła Alchemikowi i zarzuciła swoją legendę. A teraz tkwiła samotnie na parkowej ławce i czuła, jak uzależnia się od widoku mężczyzny z błyszczącą obrączką na palcu. Mężczyzny, który właśnie schylił się, by zebrać z ziemi kilka kasztanów, po czym schował je do kieszeni ciemnosiwego płaszcza.

 

 

– 2 –

 

– Marta, daj sobie z nim spokój. Książę z bajki naprawdę nie istnieje. A jeśli to zboczeniec?

Marta położyła dziennik na stoliku i popukała się palcem w czoło.

Adam pomyślał, że wygląda dziś wyjątkowo ładnie. Czarne włosy zebrała wysoko i spięła z tyłu głowy klamrą w odcieniu morskiej zieleni, równie intensywnym jak jej oczy, błyszczące dzisiaj dawno już niespotykanym blaskiem. Wyglądała bardzo dziewczęco, prawie nieprzyzwoicie młodo jak na to miejsce. Powagi dodawała sobie jedynie delikatnym makijażem i ciemną garsonką ze spódniczką kończącą się przepisowo tuż powyżej kolan. Lubił tę dziewczynę i ubolewał nad jej nie najszczęśliwszym życiem. Pokochał ją jak siostrę, gdy tylko zaczęła uczyć w tym liceum. Byli prawie rówieśnikami, oboje zapaleńcy, oboje świeżo po studiach. Mieli wielkie ideały, ambitne plany pracy z młodzieżą w wieku dojrzewania. On – zapalony historyk, zakochany we Francji i Napoleonie; ona – filolog, z pasją wprowadzania młodzieży w zawiłości angielskiej gramatyki.

Ich zapał wyczerpał się po roku; następny rocznik uczyli już według schematu – nie według ideałów.

Rok po roku Adam Rogalski poznawał Martę coraz lepiej i nauczył się ją kochać miłością, jaką darzy się najlepszego przyjaciela. Nie było między nimi „chemii”, dlatego też nigdy nie zaiskrzyło – towarzyszyła im jednak pewność, że zawsze, w każdym momencie ich zaplątanego życia, mogą na siebie liczyć.

I właśnie teraz, gdy nadszedł czas, by oboje zrobili coś z resztą swojego życia, ona oznajmia, że zakochała się w profilu nieznajomego mężczyzny…

– Nie jest zboczeńcem. Gdybyś zobaczył jego twarz… Adam, jego oczy wyglądają tak, jakby utonął w nich cały smutek tego świata!

– I do tego ma obrączkę!

– Fakt… Ale nie jest szczęśliwy w małżeństwie.

Poczuła mocne, męskie dłonie na swoich ramionach. Czuła, że Adam chce potrząsnąć nią z całą siłą wieloletniej przyjaźni. Nie zrobił tego jednak. Powiedział tylko:

– Nie pakuj się w to. Proszę cię. Zrobisz sobie krzywdę.

A potem zabrał dziennik III c i wyszedł w rozkrzyczany tłum młodych ludzi, już nie dzieci, a jeszcze nie dorosłych.

Marta miała okienko, nie musiała więc nigdzie się spieszyć. Spojrzała w okno. Październikowe słońce rozgrzewało stęsknione za latem twarze przechodniów, rozpinało guziki płaszczy i błyskawiczne zamki kurtek, zapraszając na łyk pachnącego jesienią powietrza. Chciała uciec do parku, zająć znajomą ławkę i czekać, aż przyjdzie ON i usiądzie na swoim stałym miejscu. A gdyby tak zająć kiedyś jego ławkę? Co by zrobił? Czy szukałby innej, chroniąc swoją samotność, czy też przysiadłby obok niej? A gdyby zaczęła rozmowę… Co by pomyślał? Że jest jedną z tych podobnych do siebie panienek szukających przelotnej znajomości i dobrego seksu czy może interesującą kobietą, z którą dobrze mu się rozmawia?

Jeszcze dwie godziny i będzie mogła przejść przez park.

Jeszcze dwie godziny z rozkrzyczanymi III e i I b i usiądzie w parku.

Tak, dzisiaj to zrobi. Zajmie jego ławkę. A potem będzie czekać.

Czekała trzy kwadranse. Bawiła się lśniącym kasztanem i rozmawiała w myślach z wiecznie odlatującym łabędziem. W torebce czuła ciężar stosu prac do sprawdzenia, a wieczorem czekały ją jeszcze trzy godziny korepetycji. Wyjęła pióro, które dostała od Adama na Gwiazdkę, po czym w wielkim, przestronnym kalendarzu pod datą „dwudziesty trzeci października” zapisała zaledwie trzy słowa: „Dziś nie przyszedł”.

 

 

– 3 –

 

Piotr otworzył okno gabinetu i zachłysnął się aromatycznym październikowym powietrzem. Dzień był przepiękny, wymarzona pogoda na spacer. Przez chwilę z wysokości szóstego piętra obserwował nieustanny ruch na chodnikach. Ludzie mijali się bez uśmiechu, spiesząc dokądś – tam i donikąd. Przepychali się i poszturchiwali nieuprzejmie… Mało kto w ogóle zauważał, że świat jest dziś tak pięknie umalowany wszystkimi barwami jesieni. Życie w dwudziestym pierwszym wieku goniło dni i straszyło nocami. Tak mało pozostawało w nim miejsca na prostą radość z rzeczy najdrobniejszych, chociażby z tak urokliwego popołudnia.

„Nie rozumiem tego pośpiechu. Nie umiem z tym żyć. Chcę cieszyć się każdą chwilą, każdym kolorem jesiennego liścia, ciepłem słońca i kasztanami. Spójrz, Piotruś, czyż kasztany nie są czymś najpiękniejszym, co stworzył dla nas Bóg?”

Maria kochała kasztany. A Piotr kochał Marię.

Bóg stworzył Marię dla niego, aby była mu opoką – skałą jego życia.

A potem ją zabrał. Właśnie jesienią. Obsypał świat kasztanami i podarował je ludziom, a jemu odebrał Marię.

Dwudziesty trzeci października. Dokładnie rok temu. To już rok bez Marii.

Jeden rok jego życia. Życia pustego, wydrążonego…

Czasami odnosił wrażenie, że została z niego tylko skorupa i niewiele trzeba, by się potłukł, rozpadł na kawałeczki. Nic takiego się jednak nie stało. Wciąż żył. Nadal dawał kobietom nadzieję, leczył ich niepłodność, doradzał najlepsze metody antykoncepcji, wielu z nich ocalił życie. I sam wciąż żył. Odrywał kolejne kartki z kalendarza, próbując przebrnąć przez jeszcze jeden dzień. Ale w każdy z nich wchodził z lękiem i sam sobie po raz tysięczny zadawał pytanie: „Czy zdołam go przeżyć bez Marii?”.

Jak dotąd zdołał. Ale życie bolało.

Drgnął, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi. Odwrócił się i spojrzał na ładną i ufną twarz pielęgniarki. Nawet nie pamiętał jej imienia.

– Panie doktorze, szuka pana ordynator. Powiedziałam, że prawdopodobnie pan już wyszedł, ale polecił mi sprawdzić.

– Już mnie tu nie ma, siostro. Proszę mu przekazać… – Spojrzał jej prosto w oczy i dodał już ciszej: – Proszę mu powiedzieć, że dzisiaj jest dwudziesty trzeci października.

– Rozumiem. Do widzenia, panie doktorze.

Cicho zamknęła za sobą drzwi i odeszła pustym korytarzem.

Dwudziesty trzeci października. Wszyscy na oddziale znali tę datę, ordynator również. Kochał Piotra jak syna, próbował zająć go pracą. Ale tego cierpienia wyleczyć nie potrafił. Niestety, dotąd nie wynaleziono jeszcze lekarstwa na taki ból.

Kwiaty zawsze kupował „na murku”. Mieli tu najpiękniejsze i zawsze świeże róże. Maria kochała róże, a on uwielbiał ją nimi obsypywać. Gdy wracał z nocnego dyżuru, zawsze tu wstępował, prosząc o jedną, długą, czerwoną różę. Tuż po przebudzeniu Maria znajdowała ją na poduszce Piotra. Jej bursztynowe oczy rozświetlały się wówczas radością i odbijały światło równie pięknie jak obrączka na serdecznym palcu. Patrzył na nią, rozleniwioną, rozgrzaną snem i marzeniami, i wiedział, że odda cały swój świat, całego siebie za jeden uśmiech i jedno „dzień dobry” o poranku.

Dziś niósł jej róże z dumnie uniesionymi główkami, obsypanymi białym kwieciem i czuł, jak z każdym krokiem jego serce po raz trzysta sześćdziesiąty piąty pęka na tysiące maleńkich kawałeczków.

„Lubię stare cmentarze. Zatrzymaj się… Słyszysz ciszę, która przemawia do ciebie śpiewem ptaków? A te liście… Rozpoznajesz ich szelest? Ludzie mówią, że to wiatr bawi się gałęziami drzew i rozsyła kolorowe pocztówki w świat, ale ja wiem, że to nie wiatr. Posłuchaj, Piotr, to ci, co odpoczywają tu po trudach życia, to zmarli… To oni szepczą w gałęziach cmentarnych drzew. Jaki tu spokój… Nie mogę uwierzyć, że znajdujemy się w centrum miasta…”

– Wróć do mnie, Maleńka… – szepnął. – Pozwól mi się usłyszeć w szeleście liści… Chciałem cię odnaleźć w kasztanach, ale szukałem… nadaremnie. Zostawiłaś mnie tak bez słowa… Obiecywałaś przemierzyć ze mną świat, zjeść beczkę soli. Nie dotrzymałaś słowa. Zabrałaś wszystko. Wszystko… Tylko Miłosza zostawiłaś. Wybacz mi, Maryniu… Wciąż nie mogę… Gdy patrzy na mnie twoimi oczami i odgarnia ten kosmyk z czoła zupełnie jak ty… nie potrafię przy nim być. Wybacz mi…

– Wiedziałam, że cię tu dziś zastanę.

Podniósł głowę, którą dotąd trzymał wspartą na dłoniach, po czym wstał z drewnianej ławki. Ciemnosiwy płaszcz zatrzepotał porwany wiatrem, strząsając okruchy zbutwiałego drewna, które wplątały się w tkaninę jak smutek w życie Piotra.

Odwrócił się z niechęcią.

Nawet z daleka czuł smród alkoholu, wlokący się niczym mgła kiepskich perfum za starą kobietą. Tak, była stara. Miała raptem sześćdziesiąt lat, a wyglądała jak zmęczona życiem staruszka. Pijana. Zaniedbana. Toksyczna.

Do końca miał nadzieję, że jej nie spotka.

– Musiałam przyjść. Przyniosłam lampkę…

– Drżącą dłonią postawiła na chłodnej granitowej płycie kamionkowy znicz. Nerwowo przeszukiwała kieszenie wytartego płaszcza w poszukiwaniu zapałek. Nie mógł na to patrzeć. Podszedł i zrobił to sam.

Nie pragnął jej towarzystwa, ale nie mógł też kazać jej odejść. Była matką Marii.

– Wiem, co czujesz.

– Skąd ma… – urwał.

Słowo „mama” nigdy nie mogło mu przejść przez gardło. Gardził tą kobietą, wiedząc, ile nocy Maria przez nią przepłakała, jak wiele modlitw wyszeptała, wierząc, że wyjdzie z nałogu. Wszystko na próżno. „Procentowy” przyjaciel był wierniejszy – koił, uspakajał, znieczulał. I każdego dnia pojawiał się na zawołanie, kusząc obietnicą szczęścia.

Nie trzeźwiała nawet wtedy, gdy Maria umierała.

– Nikt nie wie, co czuję – rzucił szorstko. – Zresztą… Ja już niczego nie czuję, bo mnie już nie ma. Nie potrafię żyć bez Marii.

Szorstka dłoń kobiety dotknęła jego ręki. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, króciutką chwilę ciepła, którego nie miał serca odtrącić.

– Wiem, że niejednokrotnie zastanawiałeś się, dlaczego to ona… Ja też o tym myślę. Każdej nocy. Dlaczego to nie ja… Piotr! Ja też czuję. I nie ma dla matki większej tragedii, niż pochować własne dziecko. Nie musisz mi wierzyć i…

– Idź już. Chcę zostać sam.

Odwróciła się, postawiła krok i zachwiała się lekko, tak, jakby wiatr zaskoczył ją nagłym porywem. Przez kilka sekund zmagała się ze sobą, a potem, ze wzrokiem wbitym w zakurzone buty, zwróciła się do niego cicho:

– Piotr, czy mógłbyś mi pożyczyć pięćdziesiąt złotych? Nie dostałam jeszcze renty… Oddam ci. Na pewno ci oddam.

Wiedział, że nie odejdzie. Bez słowa wyjął stuzłotowy banknot i podał go kobiecie. Za to, by zostawiła go samego, gotów był zapłacić każdą sumę.

– Piotrusiu, oddam ci na pewno. Jak tylko dostanę rentę, masz moje słowo. – Wyblakłe oczy rozbłysły iskierką radości.

– Idź już, proszę…

– Idę. I… wiesz co? Pojadę do Miłoszka. Kupię mu coś ładnego i pojadę do niego. Tak, pojadę. Piotr, dlaczego ty go nie odwiedzasz? Tak przecież nie można. On tęskni…

– Proszę cię, chcę być sam.

– Idę już. Nie bój się, na pewno ci oddam. Przy rencie.

Wiatr zakołysał liśćmi, pieszcząc je chłodnym oddechem, a potem porwał do tańca rozpięte poły płaszcza. Pląsał z nimi, okręcając je jak w walcu, w końcu zawirował z szalem przytulonym do szyi. Gdy znudził się tą zabawą, rzucił pod stopy mężczyzny kasztan lśniący brązem z białym oczkiem w środku.

Piotr podniósł go i zacisnął w dłoni.

 

 

– 4 –

 

Piotr siedział w gabinecie i patrzył zamyślony w szpitalne okno.

„Nazywa się Maria i ma najpiękniejsze oczy na świecie: bursztynowe, wielkie jak orzechy. Od wczoraj, odkąd została moją pacjentką, nie mogę przestać o niej myśleć. Czyżbym się zakochał? To śmieszne. Nie w moim wieku! Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, a już tym bardziej w miłość od pierwszej wizyty. Przysłał ją do mnie profesor Saniewski, gdyż podobno jestem najlepszym specjalistą od niepłodności. Podobno… Tak o mnie w każdym razie mówią ludzie.

Chciałbym jej pomóc, tylko nie mogę skupić się na pracy, kiedy co rusz odgarnia z twarzy ten niesforny skręcony kosmyk. Jej włosy w kolorze jesiennych liści niczym małe spiralki opadają na plecy i ramiona. Wygląda jak Pani Jesień w tym swoim rozwianym płaszczu i pośpiechem w torebce. Pani Jesień… Śmieszne skojarzenie. Może to dlatego, że właśnie zaczął się październik?

Maria… Piękne imię. I piękna kobieta.

Jaka szkoda, że jest mężatką…”

 

***

 

Doktor Piotr Domański był jej ostatnią nadzieją.

Profesor Saniewski zapewniał, że to wybitny lekarz – wręcz cudotwórca, który potrafi przywrócić nadzieję nawet tam, gdzie medycyna czuje się bezsilna. Maria uwierzyła. Musiała uwierzyć. Uchwyciła się tej myśli kurczowo, bo bardzo pragnęła mieć dziecko.

Gdy trzy lata temu przekroczyła próg trzeciej dekady życia, jej serce zapalało tak intensywnym pragnieniem macierzyństwa, że zapach dziecka rozpoznawała z odległości kilkudziesięciu metrów. Już dawno przestali się z Grzegorzem zabezpieczać i z nadzieją witali każdy upływający bez miesiączki dzień, lecz na testach ciążowych, na które zdążyli już wydać majątek, wciąż uporczywie ukazywała się jedna niebieska kreska. „Przykro mi, nie tym razem”. „Proszę spróbować ponownie”. Więc próbowali. Wciąż bezskutecznie.

Po kilku miesiącach wyczekiwania zrobili badania. Najpierw Grzegorz, potem Maria. Wszystko było w porządku. I tylko dziecka wciąż nie było, choć stworzyli mu warunki, na jakie większość młodych małżeństw nie może sobie pozwolić.

Dlatego gdy profesor Saniewski, rozkładając bezradnie ręce, podał jej numer tego lekarza, Domańskiego, pomyślała, że musi to być znak, że Bóg nie pozwoli na kolejne rozczarowanie, nie będzie ich łudził w nieskończoność.

Tamtego październikowego popołudnia umówiła się na wizytę.

Miał na imię Piotr…

 

 

– 5 –

 

Siedział na ławce skulony, wpatrzony w wysychający staw. Jego blada twarz znów zastygła w maskę bólu, zgaszone oczy przenikały przez mglistą zasłonę rzeczywistości, zdając się wypatrywać czegoś, co było nieosiągalne tutaj, w tym parku, w tym mieście, na tym świecie…

Marta przysiadła na sąsiedniej ławce. Bawiła się kolorowym bukietem liści zebranych po drodze. Patrzyła na niego, a jej serce ściskało się w odruchu współczucia i zwykłej ludzkiej litości. Chociaż obiecywała sobie, że zajmie jego ławkę lub po prostu usiądzie obok, dziś nie miała odwagi tego zrobić. Poraził ją swoim widokiem. Tym razem był nieogolony, miał opuchniętą twarz. Od płaczu, bezsennej nocy, czy z powodu jednego kieliszka za dużo? Marta patrzyła na jego biały szal, który przytulał się do ziemi, zmiatając na bok usychające liście, a potem bawił się z wiatrem, tańcząc w euforii i opadając bez sił na poły płaszcza.

A potem wszystko stało się tak nagle.

W parkowej alejce pokrytej wilgotnymi liśćmi rowerzysta nie miał szans, by wyhamować przed dzieckiem, które nagle, nie wiadomo skąd, pojawiło się na ścieżce.

Płacz dziecka, krzyk matki, przekleństwo rowerzysty.

Marta była najbliżej. Sekundę później klęczała przy poszkodowanej, z przerażeniem wpatrując się w nienaturalnie wygiętą rączkę i krwawy siniec nad okiem, który błyskawicznie powiększał się i niebezpiecznie rozlewał po twarzy dziecka. Nie miała pojęcia, co robić, gładziła więc tylko buzię dziewczynki i patrząc w jej wielkie, błękitne oczy, zapewniała, że wszystko będzie dobrze, że już za chwilę przestanie boleć.

Silna dłoń ścisnęła jej ramię i odciągnęła na bok.

– Proszę mnie przepuścić, jestem lekarzem.

Pewne ręce szukały obrażeń na skulonym ciele małej dziewczynki. Spokojny głos przemawiał do skamlącego dziecka, ale smutne oczy unikały wzroku matki.

– Czy ktoś z państwa ma telefon? Muszę połączyć się ze szpitalem.

Drżące dłonie Marty wygrzebały z torebki komórkę. Drżał również jej głos, gdy podawała telefon mężczyźnie.

– Proszę. – Przelotnie dotknął jej dłoni, a ona poczuła ciepło.

Nie mogła patrzeć na cierpienie tego dziecka. Jej oczy wezbrały łzami, ich słony potok przelał się przez kąciki oczu i popłynął nieprzerwanym strumieniem w dół policzka. Odwróciła głowę. Jedyne, co mogła zrobić, to chwycić drżące ręce młodej matki, a potem patrząc jej odważnie w oczy, szeptać, że wszystko skończy się dobrze.

Słyszała ciepły męski głos wydający przez telefon suche, służbowe polecenia:

– Mówi Domański. Proszę przysłać karetkę do Parku Saskiego. Najszybciej, jak tylko się da. Przygotujcie miejsce na OIOM-ie, sprowadźcie doktora Banasiewicza i kogoś z chirurgii urazowej. Tak… Dziewczynka około trzech lat. Potrącił ją rowerzysta. Tak, wiem, pospieszcie się, dziecko ma prawdopodobnie krwotok wewnętrzny, ja tu nic nie zrobię. Tak… Czekam.

Marta czuła, jak ręka młodej kobiety zaciska się kurczowo na jej dłoni. Nie była w stanie myśleć, miała pustkę w głowie, widziała jedynie przerażone oczy dziecka. Już nie płakało, drżało tylko niczym pisklę, które wypadło z gniazda.

Sygnał karetki docierał do niej jak przez mgłę, pulsując w skroniach niebieskim światłem.

– Niech mi pani pomoże… Ta kobieta jest kompletnie nieprzytomna. Czy może pani z nią pojechać?

Skinęła bezwiednie głową. Świat wokół wciąż wirował i wył przeciągłym jękiem erki, głowa młodej matki opierała się o kolana Marty, a ona patrzyła tylko na szeroko otwarte oczy małej dziewczynki i powtarzała słowa modlitwy różańcowej, błagając Boga, by nie pozwolił zgasnąć temu młodemu życiu.

O komórce zupełnie zapomniała.

 

Rozdział drugi

 

 

 

 

 

Maria

 

 

 

– 1 –

 

Co za dzień!

Wszystko leciało jej z rąk. Czego nie dotknęła, pękało, zamieniając się w bezużyteczne skorupy. Nie była w stanie zebrać myśli, nie mogła się na niczym skupić. Stos niesprawdzonych testów piętrzył się na dębowym biurku i zdawał się patrzeć z wyrzutem, jak Marta przelewa czas w próżnię i po raz nieskończenie kolejny roztrząsa wydarzenia wczorajszego popołudnia.

W takiej chwili dzwonek do drzwi był ostatnią rzeczą, jakiej oczekiwała i pragnęła.

– O mój Boże, jak ty wyglądasz!

Adam patrzył z troską na kredowobiałą twarz kobiety, zmierzwione włosy i drżące dłonie. Przywykł już do sobotniego szlafroka i rozdeptanych kapci Marty, ale kataklizm w kuchni i potłuczone szkło były czymś nowym, w dodatku zupełnie niepodobnym do racjonalnej dziewczyny, którą znał.

– Co tu się stało? Miałaś odwiedziny słonia?

– Uciekł mi z karafki. Miło, że wpadłeś, ale wiesz, że w sobotnie poranki nie wyglądam najlepiej.

– Właśnie doświadczam tego wszystkimi zmysłami. – Podszedł i dotknął wargami jej zimnego policzka. – Próbowałem skontaktować się z tobą wczoraj po pracy, ale twój telefon nie odpowiadał. Martwiłem się o ciebie.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Zupełnie niepotrzebnie. Jestem już dużą dziewczynką i potrafię się sobą zaopiekować. A wczoraj wróciłam późno, bo byłam w szpitalu…

– Jak to… W szpitalu? Marta…!

Z oczu Adama wyczytała niepokój, więc pogładziła go uspokajająco po policzku.

– Wczoraj byłam świadkiem wypadku. Trzyletnia dziewczynka wpadła pod koła roweru. To było straszne, Adam. Patrzyłam w oczy tej małej i widziałam, jak z każdą chwilą uchodzi z niej życie. Nie mam pojęcia, co by się stało, gdyby akurat nie było w pobliżu lekarza. Sprowadził karetkę tak szybko…

Potrzebowała tego uścisku i mocnych ramion, w których chroniła się w złych momentach życia. Przyjaźń z Adamem ceniła sobie bardziej niż cokolwiek na świecie. I choć czasami bywało, że nie widywali się zbyt często, a w ogromie pracy wymieniali tylko przelotne uśmiechy na szkolnym korytarzu, Marta zawsze wiedziała, że Adam jest w pobliżu i w każdej sprawie może się do niego zwrócić. Ufała mu bezgranicznie, kochała jak brata i ceniła za trafne spostrzeżenia i dobre rady. To była przyjaźń przez duże „P”. Bezinteresowna i szczera jak przyjaźń dziecka, które dopiero uczy się życia.

– I co z tym dzieckiem?

Wszedł do kuchni i wstawił wodę na herbatę. Od kilku lat czuł się tutaj tak swobodnie, jak u siebie w domu. Lubił ciepłe mieszkanie Marty i cenił ją za niezależność i upór, z jakimi dążyła do wyznaczonych w życiu celów. Tylko on wiedział, że nie było jej łatwo.

– Dziewczynka przeszła operację. Jej stan jest stabilny, ale to wszystko trwało tak długo… Myślałam, że oszaleję. A co dopiero musiała czuć ta biedna kobieta – matka dziecka… Była w strasznym stanie. I wiesz… Nie pojawił się przy niej nikt, kto pomógłby jej przetrwać te długie godziny niepewności. Nie mogłam zostawić jej samej. Boże, nadal nie potrafię się z tego wszystkiego otrząsnąć. Po południu zamierzam pojechać do szpitala.

– Za bardzo przeżywasz cudze życie. Skup się na swoim.

– Przecież mi nic nie jest! To nie ja wpadłam pod koła tego cholernego roweru, który nie powinien pędzić z tak dużą prędkością przez park. Ze mną i moim życiem wszystko jest okej.

– Nie wszystko i dobrze o tym wiesz.

– O co ci znowu chodzi?

Parujący wrzątek rozkołysał smukłe liście herbaty, które roztańczyły się na powierzchni kubka, przyoblekając przyjaciółkę wodę w rumianą szatę. Marta skupiła się na prostej czynności mieszania gorącego napoju, nie chcąc dopuścić do siebie lawiny myśli, którą wywołały słowa Adama.

– Widzę, jak wszystko w tobie rwie się do dzieci. Kochasz je i pragniesz je mieć. Ale nie osiągniesz tego, pozostając w ukryciu. Otwórz się wreszcie na ludzi, dziewczyno! Zacznij chodzić do kina, teatru, na wystawy, gdziekolwiek.

– Chodzę do parku. Codziennie po pracy.

– Nie rozśmieszaj mnie. Nadal czekasz na swojego księcia z bajki, tak?

Spojrzała na niego zielenią morza.

– Tak. I nie zadowolę się byle żabą.

– Wiem. Zatem dziś zapytam cię po raz ostatni… Czy wyjdziesz za mnie?

Nie miała pod ręką nic innego, więc poczuł tylko, jak brudna ścierka ląduje tuż przed nim, stając się przyczyną kolejnej tego sobotniego dnia katastrofy. Świeżo zaparzona herbata spływała po plastikowych kwiatkach ceraty, a kilka dorodnych jej listków zdobiło jasne spodnie Adama. Bez słowa strącił je na podłogę, a potem papierowym ręcznikiem wytarł brunatną kałużę wędrującą po stole i wsiąkającą w fugi podłogowej terakoty.

– Zapierz sobie spodnie, bo zostanie plama. Przepraszam…

Miękł pod spojrzeniem jej szczerych, dobrych oczu.

– To nic. Moja mama ma Persil.

Wybuchnęła śmiechem. Nie można było nie kochać Adama i dobrze o tym wiedziała. Był jej dzisiaj potrzebny jak nikt inny. Lek na obolałą duszę, na smutki tego świata, na wszelkie zło.

– Blisko rok temu, w Wigilię, obiecałeś mi, że robisz to po raz ostatni. A ja oświadczyłam ci, że rzucę w ciebie tym, co będę miała pod ręką, jeśli zapytasz choć raz jeszcze.

– Widzę, że potrafisz dotrzymywać słowa.

– I wiesz, że cię kocham…

– … jak brata.

– Jak przyjaciela.

– Wiem. Ale musiałem zadać to pytanie po raz ostatni. Na wypadek, gdybyś zmieniła zdanie. Marta… Coś się wydarzyło.

Lubił, gdy tak na niego patrzyła. Wzrokiem dziecka chłonącego każde słowo. Przeżył w jej towarzystwie wiele cudownych chwil, stworzył jej namiastkę rodziny, której nigdy nie miała. Wiedział, że do dziś budzi się w nocy, gdyż wraca do niej ten sam koszmar, który tak często wybudzał ją w domu dziecka. W dużej pustej sali bawią się dwie dziewczynki, nagle drzwi się otwierają i wchodzi para młodych ludzi. To rodzice, którzy chcą dać ciepły dom osieroconemu dziecku. Serce Marty szamoce się niczym schwytany w ludzkie dłonie wróbel, jej ręce wyciągają się w kierunku młodych ludzi, ale oni ignorują ją, jakby jej tam w ogóle nie było. Wskazują na dziewczynkę bawiącą się tuż obok Marty, a potem odchodzą, wszyscy troje. Marta znów zostaje sama. Sama w dużym pustym pokoju. Nikt jej nie chce.

Znał ten sen i próbował już prawie wszystkiego, aby odpędzić go z życia Marty na zawsze. Ale był pewien, że ten koszmar nie odejdzie, dopóki jego przyjaciółka nie ułoży sobie życia.

– Coś złego?

Potrząsnął przecząco głową.

– Nie, raczej… poważnego. Zdecydowałem się. Agnieszka zgodziła się wyjść za mnie.

Ciepły uścisk oplótł mu szyję. Słyszał bijące serce dziewczyny, czuł ciepło jej ciała. Otoczył ją mocnym, braterskim ramieniem i przytulił do siebie.

– Tak się cieszę, Adaś, tak bardzo się cieszę. Lubię Agnieszkę i wiem, że stworzycie idealną rodzinę. Dla niej nie jesteś żabą.

– Jestem drugą połówką pomarańczy. Tak mówi Aga.

– I ma rację. Pasujecie do siebie. Tak bardzo się cieszę, ty draniu. A gdybym dziś ja się zgodziła, co byś zrobił?

– Wiedziałem, że tak się nie stanie, bo masz głowę nabitą tym posągowym facetem z parku.

Uśmiechnęła się i otarła łzę, która ukradkiem wymknęła się z morskiego oka.

– Co na to rodzice?

– Myślę, że się cieszą. Chociaż mama nadal mi powtarza, że to ty byłabyś jej idealną synową. Agnieszce trudno będzie zmienić ten punkt widzenia, bo sama wiesz, jak uparta potrafi być moja mama.

– Wiem i między innymi za to ją kocham. Ale Agnieszka ma złote serce i zobaczysz, wkrótce teściowa świata poza nią nie będzie widziała.

– Ułatwiłabyś wszystkim zadanie, gdybyś sama wyszła za mąż. Wtedy mama nie miałaby wyjścia i musiałaby zaakceptować Agnieszkę.

– Zobaczysz, jak się pojawią wnuki, babcia zmięknie. A na moje zamążpójście raczej nie licz. Posągowy ma obrączkę.

– Może jest wdowcem?

– Na to nie liczę. Nosi ją na prawej ręce. I wciąż ściska w dłoniach kasztan.

– Ostrzegałem cię, że to zboczeniec. Daj sobie spokój.

– Nie rozmawiajmy o mnie. Kiedy ślub?

– Na Boże Narodzenie… druhenko.

– O nie! To już trzeci raz!

– Marta! Nie możesz mi tego zrobić! U mnie będziesz drużbować po raz pierwszy. I ostatni, mam nadzieję. A potem zjawi się twój książę.

– Obiecujesz?

– Masz moje słowo.

 

 

– 2 –

 

Wracała do domu naładowana słoneczną energią. Październik tego roku pochwycił koniec lata i długo tulił je w objęciach, nie chcąc zbyt szybko stracić bezpowrotnie. Majestatyczna Pani Jesień, odziana w podszyty wiatrem płaszcz z czerwono-pomarańczowych liści, wolno kroczyła przez świat, rozdając na prawo i lewo promienne, ciepłe uśmiechy. Wszystko wkoło tańczyło radością i nawet przechodnie pozdejmowali z twarzy sztywne maski codzienności i znacznie częściej się do siebie uśmiechali.

Maria też się uśmiechnęła do swojego odbicia w witrynie księgarskiej. Pchnięta impulsem weszła do środka i już po chwili wybiegła stamtąd, ściskając w rękach jedno z romansideł Danielle Steel. Nie była to wprawdzie literatura z wysokiej półki, ale tego dnia zamierzała robić same przyjemne i mało poważne rzeczy.

Kiedy przechodziła głównym deptakiem miasta, w lśniących czystością szybach odbijała się sylwetka drobnej, szczupłej dziewczyny z włosami w kolorze jesiennych liści, które szamotały się z wiatrem i za każdym razem inaczej układały na tle jasnego płaszcza. Bursztynowe oczy promieniały radością, obrączka na palcu odbijała promienie słońca.

Ten dzień należał do niej.

Wyszła z redakcji wcześniej, aby nie stracić ani chwili październikowego ciepła, z mocnym postanowieniem, że wyciągnie dziś Grześka na spacer po parku. Koniecznie muszą tam zajrzeć, by zobaczyć, jak się mają brzydkie kaczątka, czy wyrosły już na przepiękne łabędzie z dumnie uniesionymi szyjami. Ciepło z dworu wniosła do domu, chcąc ogrzać nim chłodne, białe ściany. Pierwszy uśmiech dotarł do Grzegorza, drugi pojawił się na ustach tylko przez moment, bo zaraz znikł na widok spakowanej walizki i szybkiej kawy dopijanej na stojąco.

– Wyjeżdżasz?

Właściwie nie musiała zadawać tego pytania. Zrozumiała to, gdy tylko wciągnęła w płuca atmosferę domu. Wyjeżdżał. Znowu wyjeżdżał.

– Tak, kochanie. Dzwoniłem do redakcji, ale powiedzieli mi, że wyszłaś, a twoja komórka jak zwykle jest rozładowana.

– Dzień jest taki piękny… Chciałam pooddychać trochę świeżym powietrzem. Myślałam, że wybierzemy się razem na spacer… – Miała minę rozczarowanego dziecko, które nie dostało obiecanego prezentu. – Nie wspominałeś dziś rano o wyjeździe.

– Bo sam o nim nie wiedziałem. Zawiadomili mnie, gdy przyszedłem do firmy.

– Dokąd jedziesz tym razem?

– Najpierw na Pomorze, a potem prawdopodobnie do Niemiec. Są kłopoty z potencjalnym klientem. Ma masę kasy, ale nie wie, w co ją zainwestować. Chłopcy pracują nad nim już od jakiegoś czasu, lecz gość zbyt długo się waha. Wysyłają mnie, abym go ostatecznie przekonał. Gdyby nam się wymknął, szef nie mógłby spać po nocach, tak nękałyby go wizje sum, które go ominęły. Szmal, kochanie. Wszystko na tym świecie kręci się wokół pieniędzy.

– Nieprawda – zaprotestowała cicho. Zbyt cicho, by ją usłyszał.

Nie zdejmując płaszcza, przysiadła na kuchennym taborecie, patrząc na niego oczami zbitego psa. Cała radość dzisiejszego dnia rozwiała się w przeciągu kilku minut.

– Nie lubię, gdy wyjeżdżasz.

– Skarbie, ja też nie lubię. – Pochylił się i pocałował czubek jej rudej głowy. – Ale taką mam pracę.

– Mógłbyś ją zmienić.

– Marysiu, proszę cię, nie zaczynajmy znowu… Nie czas teraz na takie rozmowy. Nie rozumiem, czego ty chcesz od mojej pracy.

– Za mało czasu spędzamy razem. Wciąż cię nie ma. Albo wyjeżdżasz, albo przesiadujesz na działce, doglądając budowy. A gdzie wspólne wyjścia, spacery, kolacje przy świecach?

– Ty niepoprawna romantyczko! Powiedz mi, a dla kogo ja to wszystko robię? Pracuję dla nas i dom też buduję dla nas. Jeśli chcemy mieć dzieci i dobrze je wychować, potrzebujemy domu i odpowiednich dochodów.

– Te dzieci najpierw trzeba zrobić. A my nawet na to nie mamy czasu.

– Kochanie, obiecuję ci, że jak tylko wrócę, spędzimy razem cały weekend. Wyjdziemy gdzieś, zjemy kolację przy świecach, a potem potrenujemy trochę przed ciężką pracą, jaką jest poczęcie dziecka, zgoda? Marysiu, obiecuję ci, że będziemy mieli dla siebie więcej czasu, bądź tylko, proszę, cierpliwa. – Uniósł jej brodę do góry i zapatrzył się w bursztynowe oczy. – Pamiętaj, że cię kocham – wyszeptał.

– Ja też cię kocham. I dlatego chciałabym być bliżej ciebie. Brakuje mi twojej bliskości.

– Nadrobimy to wkrótce. Daję ci słowo.

Nachylił się nad nią. Jej wargi były miękkie i jedwabiste. Żal mu było odrywać się od nich, ale zbyt dobrze wiedział, do czego dojdzie, jeśli zatrzyma się przy nich choć minutę dłużej. Odsunął się więc z niechęcią, pomachał jej, rzucił krótkie: „Pa” i… już go nie było.

Maria została całkiem sama w za dużym i pustym mieszkaniu. Sama ze swoimi lękami i wątpliwościami. Sama z pulsującym bólem głowy, który znów powrócił.

 

∗∗∗

 

Maria przypomniała sobie dzień, w którym szła na pierwsze spotkanie z doktorem Domańskim. Mój Boże, jacy oni byli ufni… Jacy naiwni! Oboje z Grzegorzem wierzyli wtedy jeszcze, że potrzebny im jedynie wspólny czas, a problem dziecka rozwiąże się sam. Budowali dom, Grzegorz piął się po szczeblach kariery zawodowej, aby pewnego ranka zdecydować, że jedynie stanowisko szefa zaspokoiłoby jego ambicje, i założyć własną firmę.

– Zrozum, Marysiu, to idealne rozwiązanie. Przestanę pracować dla kogoś, więc przy takim samym nakładzie pracy będę zarabiał dużo więcej. Znam rynek, mam kontakty, dam sobie radę. I zyskamy więcej czasu dla siebie, dla rodziny.

Grzegorz zaczął pracować dla siebie i od tego dnia zaczęli się coraz bardziej od siebie oddalać. Aż w końcu zupełnie przestali ze sobą rozmawiać.

 

 

– 3 –

 

– Dlaczego to tak długo trwa? Dlaczego inne kobiety zachodzą w ciążę, gdy tylko dotkną męskiej szczoteczki do zębów, a my próbujemy od dziewięciu lat i nic. Co ze mną jest nie tak, że zostałam ukarana? Co takiego zrobiłam?

Patrzył w jej oczy słone od łez i tak bardzo chciał ją objąć, przytulić, obiecać, że wszystko będzie dobrze. Nie zrobił tego. Nie był Bogiem, nie decydował o powołaniu do istnienia, mógł jedynie sprowadzić życie bezpiecznie na świat i za wszelką cenę walczyć o jego utrzymanie.

Niejednokrotnie działał na pograniczu cudu – jej jednak pomóc nie potrafił. Okazał się bezradny wobec jej oczekiwań, a do tego zaczynał się niepokoić wynikami jej badań. Odsuwał od siebie natrętną myśl, która powracała co dnia, odkąd zajął się jej przypadkiem. Nie chciał zawierzyć swojej intuicji, wiedział jednak, że rzadko go zawodziła, dlatego musiał w końcu porozmawiać o tym z Marią.

– Jak długo utrzymują się te bóle głowy, o których wspominałaś?

Wzruszyła ramionami i potrząsnęła rudą głową.

– Nie pamiętam. Wydaje mi się, że miałam je przez całe życie. Nasiliły się jednak w ciągu ostatnich dwóch, może trzech lat.

– Byłaś z tym u neurologa?

– Nie, nigdy. Nie sądziłam, że jest taka potrzeba. Brałam pigułkę i przechodziło. Przynajmniej do tej pory. A o co chodzi?

Nienawidził tego niemego pytania w źrenicach pacjentek. Ich strach wyzierał oczami w odcieniach złota, błękitu albo zieleni, po czym zadomawiał się w nich przez tygodnie, miesiące, a nawet lata.

– Niepokoją mnie twoje wyniki. Byłoby dobrze, gdybyś położyła się na kilka dni w szpitalu. Wykluczylibyśmy pewne przyczyny twojej niepłodności. To tylko rutynowe badania.

Skinęła głową, ale strach w jej oczach pozostał.

– Kiedy?

– Jak najszybciej.

– Czy myślisz, że to może być…

Zadziwiające jest, jak ludzie starają się wykluczyć śmiercionośne wyrazy ze swojego słownika. Przez wszystkie lata praktyki nigdy żadna pacjentka nie wymówiła głośno słowa, które mogłoby oznaczać dla niej wyrok śmierci. To zawsze lekarz jest złym prorokiem, to on odbiera nadzieję. I to lekarz musi nierzadko korzystać z pomocy psychologa, gdyż nie potrafi dłużej unieść ciężaru ludzkiego cierpienia i odpowiedzialności za choroby, które dotykają ludzkość. A pacjenci wyzywają lekarzy od szarlatanów i konowałów… Doprawdy, dziwny jest ten świat. Za mało w nim radości – zbyt wiele ironii.

– To może być wszystko. Albo nic. Nie dam ci gotowej odpowiedzi, dopóki nie wykonamy dodatkowych badań neurologicznych. Chcę, abyś w miarę możliwości poddała się im jak najszybciej.

– Dobrze. Pojutrze będę gotowa.

 

 

– 4 –

 

Kiedy zaczęli mówić sobie po imieniu? Nie pamiętał dokładnie, ale stało się to podczas jednej z kolejnych wizyt, kiedy oboje jeszcze mieli nadzieję. Dziś nie miał pewności, czy starczy tej nadziei dla Marii, czy uda mu się rozpalić w niej chęć walki o życie. O jej życie.

Wyniki leżały na jego biurku w odmalowanym lekarską bielą gabinecie. Małe karteczki z łacińskimi nazwami i niezrozumiałymi symbolami, a wśród nich ta jedna, która nie pozostawiała wątpliwości – zapis tomografii komputerowej. Teraz już mógł nazwać rzecz po imieniu, ale nie miał pojęcia, jak ma to przekazać Marii.

Jak rozjuszony zwierz krążył po metrach kwadratowych swojej klatki. Odwołał dziś wszystkie wizyty. Czekał tylko na tę jedną, odbierającą złudzenia.

Czy wtedy już kochał Marię, czy pokochał ją chwilę później, gdy jej ruda głowa wsunęła się do gabinetu, a bursztyn w oczach stracił blask, by odzyskać go dopiero wiele miesięcy później? Tego nie pamięta. A może pokochał ją w parku, do którego wyciągnęła go z dusznego gabinetu?

Szli obok siebie, ramię w ramię, płaszcz przy płaszczu, ale żadne z nich nie zwracało uwagi na ogniste piękno, które podarowała światu jesień: rozrzuciła promienie zachodzącego słońca na wierzchołki drzew, przykrywając konary zasłoną z liści utkanych złotem i zaścielając ziemię kobiercem bogom przeznaczonym. Październik trzymał się za rękę z listopadem i chwytał ostatnie słoneczne dni mocno, nie chcąc odchodzić, nie zamierzając ustąpić miejsca szarości dnia i panowaniu nocy.

Maria ściskała w dłoni rudy kasztan. O nic nie pytała, prowadziła tylko Piotra znajomą alejką do łabędzia, który szykował się do lotu. Dopiero tam zatrzymała się i spojrzała w bezradne oczy doktora, nieprzygotowane na tak głęboką penetrację jego duszy i szczere w tamtej chwili aż do bólu.

– To guz, prawda?

Nie potrafił zaprzeczyć. Nie zamierzał jej mamić pustymi formułkami, które miał przygotowane na tego typu rozmowy. Maria była inna. Wyjątkowa. I chciał być z nią szczery.

Nie ma wątpliwości. Już wtedy już kochał.

– Ile zostało mi czasu?

– Dwa dni.

Ponoć dzikie zwierzę w chwili schwytania przez kłusownika ma świadomość tego, że ginie bezpowrotnie. Tak właśnie wyglądała Maria stojąca tuż u stóp wznoszącego się łabędzia. Nie mógł się powstrzymać i objął ją mocnym ramieniem lekarza.

– To znaczy, że za dwa dni masz wyznaczony termin operacji. Rozmawiałem z ordynatorem onkologii. Miejsce w szpitalu już na ciebie czeka. Miejmy nadzieję, że w Boże Narodzenie nie będziesz już pamiętała o intruzie, który rozpanoszył się w twojej głowie.

Słona kropla zalśniła w promieniach skrywającego się za horyzontem słońca i pochwyciła nić babiego lata. A potem utonęła w uśmiechu Marii, gdy jej usta dotknęły zaczarowanego kasztana.

 

 

– 5 –

 

Maleńka i blada była jej twarz na tle szpitalnej pościeli. Patrzył na nią przez uchylone drzwi i czuł, jak pod jego powieką zbiera się piekąca łza. Jak kruche i delikatne jest ludzkie życie i jednocześnie jak wiele potrafi dźwigać na swoich barkach.

Zamrugała oczami i spojrzała odważnie w jego oczy.

Uśmiechnął się i wszedł do sali.

– Już po wszystkim. Pozbyliśmy się tego świństwa. Jak się czujesz?

– Tak, jak może się czuć człowiek dobę po operacji. Cała jestem wielką spuchniętą bańką. Ale ty wyglądasz bardzo urzędowo. Onieśmielasz mnie.

Przysiadł na brzegu łóżka. Sztywny kitel zlał się z bielą poszewki. Ręka Marii leżała bezwładnie tuż obok, a podłączona kroplówka sączyła do jej ciała bezbarwny płyn kropla za kroplą. Chciał jej dotknąć, chciał ucałować każdy paznokieć z osobna, lecz blask złota na palcu nakazał mu się trzymać z dala.

Maria nie należała do niego. A on stracił dla niej głowę i sam nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, czym urzekła go ta kobieta.

– Czy potrzeba ci czegoś?

– Bardzo marnie tu karmicie. – Wskazała na długie przezroczyste żyły kroplówki i spróbowała się uśmiechnąć, lecz gdzieś po drodze najwyraźniej poczuła ból, bo jej uśmiech zamarł w grymasie półskrzywienia.

– Poczekaj kilka dni, a osobiście przyniosę ci pieczonego kurczaka.

– Takiego z niezdrową, naładowaną cholesterolem, chrupiącą skórką?

– Dokładnie takiego.

– Już się nie mogę doczekać.

Przymknęła oczy. Głowa wciąż bolała pomimo środków uśmierzających i zapewnień neurochirurga, że wszystko będzie już okej. Nic nie było okej i Maria dobrze o tym wiedziała. W ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin przeszła przez przedsionek piekła, a najsmutniejsze było to, że znalazła się w tym piekle zupełnie sama. Nie było nikogo, kto pomógłby jej udźwignąć wyrok, który dostała. Została z tym sama i to chyba bolało najbardziej.

– Czy mógłbyś coś dla mnie zrobić?

Ledwo ją usłyszał. Powieki wciąż miała przymknięte, ale wolną od kroplówki dłonią sięgnęła do stojącej przy łóżku metalowej szafki, z której wyjęła małą, czarną torebkę.

– Jeśli tylko mogę…

– Możesz. – Otworzyła oczy, a bursztynowe spojrzenie po raz kolejny stopiło mu serce.

– Potrzebuję kilku drobiazgów z mieszkania, a nie mam nikogo, kto mógłby mi je przynieść. Czy będzie to wielkim nietaktem z mojej strony, jeśli ciebie o to poproszę?

– Oczywiście, że nie! – Nagle przestał się obawiać złotej obrączki. Delikatnie dotknął wychudzonej dłoni i lekko ją uścisnął. – Powiedz tylko, czego potrzebujesz, i gdzie to znajdę.

– Dziękuję. – W jej spojrzeniu odmalowała się wdzięczność i nagle Maria zrozumiała coś, co do tej pory było dla niej zupełnie nielogiczne. Uświadomiła sobie, że choć była mężatką, zakochała się w przystojnym doktorze Domańskim.

 

 

– 6 –

 

Pokój był jasny i przestronny. Dużymi drewnianymi oknami zapraszał do środka światło dnia i wibrował dobrą energią oraz obecnością kobiety. Wokół unosił się jej zapach, zapach Marii, delikatny i ulotny jak ona sama. Jej obecność wyraźnie odcisnęła się w atmosferze tego pomieszczenia. Była tutaj. Zamknięta w pozłacanych ramkach fotografii, w charakterystycznym wgnieceniu obrotowego fotela stojącego przy wielkim, dębowym biurku, na którym niepodzielnie królował laptop, na półkach wiekowej etażerki przytłoczonej obecnością książek i kobiecych bibelotów.

Maria żyła w każdym metrze kwadratowym tego pokoju i Piotr czuł się tu jak intruz wdzierający się w zakamarki jej szafy i szuflad. Zanurzając dłoń w równo poukładane piętra bielizny, odczuwał przyjemność bliską fetyszystom poszukującym seksualnych doznań w damskich garderobach. Chował do przygotowanej torby bawełniane majteczki i koronkowe biustonosze z poczuciem winy, że oto wdarł się do najintymniejszego wnętrza kobiety i penetruje go wbrew jej woli.

Jakże wzruszająca była lista rzeczy niezbędnych Marii. Bielizna, trochę kosmetyków, kapcie, „Alchemik” i poszarzały pluszowy miś z oklapniętym uszkiem i wytartym noskiem. Kiedyś zapewne był biały, ale było to tak dawno temu, że z pewnością nie pamiętał już tamtych lat. Pamiętała jednak Maria. I dlatego chciała mieć blisko siebie przyjaciela z dzieciństwa.

Domański spakował wszystko do sportowej torby, która pozostała mu jeszcze z czasów studenckich, po czym usiadł na brzegu sofy, aby przez chwilę jeszcze pobyć sam na sam z niewidzialną obecnością kobiety. Zabolało go władcze spojrzenie mężczyzny z fotografii, który z delikatnością zaborcy przytulał do siebie Marię. Jego Marię.

Gdzie się podziewał teraz ten uśmiechnięty pajac z ciemnym wąsikiem nad górną wargą? I dlaczego to nie on wybierał rzeczy, których potrzebowała najbardziej? Dlaczego nie siedział przy jej łóżku, gdy się wybudzała z narkotycznego snu, przerażona, potrzebująca choć jednego przyjaciela? Dlaczego? Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, nawet nie był pewny, czy Maria potrafiła.

Stanął przed mężczyzną z fotografii kilka minut później. A może godzin? Nie pamiętał, jak długo siedział w jej pokoju, wdychając jej zapach. Nie zaskoczył go zgrzyt klucza w zamku. W zasadzie podświadomie spodziewał się, że to nastąpi. Czuł się jak na przedstawieniu w teatrze, tylko że tym razem jemu przypadła jedna z głównych ról w małżeńskiej farsie.

– Co pan…? Dlaczego…? Jak się pan tu dostał? I kim pan jest?

Podniósł się i powoli podszedł do mężczyzny, który posiadał Marię na wyłączność.

– Nazywam się Piotr Domański i jestem lekarzem. Pańska żona przeszła przed dwoma dniami ciężką operację. Nie wiem, czy pan się orientuje, ale wykryto u niej guza…

– Wiem, wiem. Mówiła mi o tym. Ale nie spodziewałem się, że będzie operowana tak szybko. – Twarz mężczyzny pobladła, ale Piotr był pewien, że i tak nie zdawał sobie sprawy z powagi problemu.

– W takich sytuacjach nie wolno czekać. Każdy dzień może być ostatnim i bynajmniej nie ma to nic wspólnego z maksymą „Carpe diem”.

– Mój Boże… Myślałem… Pozwoli pan, że usiądę? Zaskoczył mnie pan tą informacją. Czy to… Czy to naprawdę było aż tak poważne? Czy Maria mogła…?

– To nadal JEST poważne. Czy zdaje pan sobie sprawę, że mówimy o nowotworze mózgu? To nie jest pieprzyk czy wyrostek. Niczego nie sposób przewidzieć. Nawet wyników badania histopatologicznego.

– To znaczy… – Palcem wskazującym lewej ręki zaczął pocierać ucho, jakby nie wierzył w to, co właśnie usłyszał.

– To znaczy, że musimy wierzyć za nią, iż wszystko skończy się dobrze. To również znaczy, że pańską żonę czeka długi powrót do zdrowia, chemioterapia, sale zabiegowe… Niejeden raz zabraknie cierpliwości, z pewnością nadejdą chwile zwątpienia. I właśnie wtedy będzie jej potrzebna czyjaś obecność i wiara. To przyspieszy jej powrót do zdrowia.

Nie odpowiedział. Spuścił głowę i wpatrywał się w mozaikę parkietu. O czym myślał? Czy choć przez chwilę poczuł ukłucie w sercu, że nie było go przy niej w chwili zmagania się z tak trudną decyzją i ogromnym strachem?

– Maria leży w szpitalu na Topolowej. Onkologia, czwarte piętro, sala numer trzy. Może pan tam wejść o każdej porze.