Miłość, seks… i podchorążowie - Piotr  Głowacki - ebook + książka

Miłość, seks… i podchorążowie ebook

Piotr Głowacki

3,0

Opis

Powieść to pasmo przygód bohatera w szkole oficerskiej w Toruniu. Na kanwie życia podchorążackiego autor opowiada o miłości, seksie, nauce sztuki wojennej, ludzkiej przyjaźni i przeżyciach powiązanych z kręgami kryminalnymi. Wszystko to dzieje się w specyficznej atmosferze socjalizmu, jaka zapanowała po stanie wojennym w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w Polsce. Jest to jedyna tego typu polska powieść, która powstała po stanie wojennym.


Na policzku mojego syna zauważyłem czerwony odcisk od zaoliwionej lufy pistoletu. Ten oprawca przyłożył mu broń do twarzy! Tego było już za wiele.
W szoku podbiegłem do niego i przystawiłem mu pistolet do głowy.
Złapałem za szczękę i wcisnąłem mu lufę między zęby.
– Ty esbecka świnio! Rozwalę cię! – wrzasnąłem i chciałem pociągnąć za spust.
Widziałem przerażenie w oczach pułkownika.
– Piotrze, nie!!! – usłyszałem głos Katarzyny.
***
W odległości dwudziestu kroków od szeregowego Świerszcza ustawiłem w szeregu ochotników. Tak, to było coś jak pluton egzekucyjny. To był dla mnie szok.
Pierwszy raz w życiu ustawiłem pluton egzekucyjny. (…)
Pluton wycelował lufy karabinów w Świerszcza.
– Ognia!!! – padła decydująca komenda.
Pluton nie zawahał się. Wszyscy pociągnęli za języki spustowe karabinów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 728

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




OD AUTORA

Wszelkie podobieństwo postaci, scenerii występujących w książce do osób i miejsc rzeczywistych jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

Dedykuję ją tym wszystkim, którzy otarli się o wojskowe życie podchorążackie – swoim uporem, zdolnościami, wiedzą zasłużyli i dotrwali do upragnionych gwiazdek. Niech ta historia będzie podziękowaniem dla kolegów podchorążych i ludzi bezpośrednio związanych z wychowaniem i nauczaniem młodych adeptów sztuki wojennej. To oni swoim zaangażowaniem i dobrą postawą pomogli dojść do upragnionego celu.

 

Piotr Głowacki

CZĘŚĆ I

WCIELENIE

Spałem niespokojnie, chciałem, żeby poranek przyszedł jak najpóźniej. Przez taki półsen słyszałem dzwonek budzika. Jego przeraźliwy odgłos przeszył moje ciało od uszu aż po pięty.

– Muszę wstać! Dziś w moim życiu spełni się ważne dla mnie i mojej rodziny wydarzenie. Idę do wojska!

W trakcie ubierania się słyszałem, jak mama krzątała się po kuchni i robiła coś na śniadanie. Ścieliłem łóżko i czułem, jak zapach śniadania rozchodzi się po pokoju. Wszedłem do kuchni. Śniadanie stało na stole.

– Cześć, mamo!

– Cześć! – odpowiedziała.

– Tata jest już w pracy?

– Tak. Pojechał wcześnie rano i nie chciał cię budzić. Mam cię w jego imieniu pożegnać – odparła.

Usiadłem do stołu i zacząłem jeść. Mama tak dziwnie patrzyła na mnie, jakby miała nigdy więcej już mnie nie zobaczyć. Widziałem na jej twarzy smutek i niepewność co do dalszego mojego losu.

– Nie przejmuj się, mamo, jakoś to będzie…

Po śniadaniu wziąłem moje rzeczy osobiste i podszedłem pożegnać się.

– Cześć, mamo! Dam sobie radę, nie będzie tak źle.

Z oczu popłynęły jej łzy.

– Uważaj na siebie, synku – ostrzegła mnie z matczyną troską.

Pocałowałem mamę w rękę i policzek, poczułem, jak bije jej serce. Wziąłem torbę i wyszedłem na podwórko. Mama szła przy mnie. Spojrzałem na dom i kościół, z którym wiążą mnie wspomnienia ze szkolnych lat. Wyszedłem na ulicę i poszedłem w kierunku dworca autobusowego. Po chwili odwróciłem się i widziałem stojącą jeszcze na ulicy mamę. Poczułem, jak moje serce zaciska się i podchodzi aż do gardła. Machnąłem ostatni raz ręką na pożegnanie. Pomaszerowałem przez dawny rynek mojego miasta. Ludzie spieszyli się do pracy, na przeciw mnie szła grupa uczniów, która dziś rozpocznie nowy rok szkolny. Na ich twarzach widać było jeszcze radość i zadowolenie z dopiero co zakończonych wakacji.

– Chyba wyjeżdżam na stałe…? – przemknęła mi taka myśl. Nie będę mieszkał w moim rodzinnym mieście, z którym jestem tak bardzo związany. – Żegnaj, moje miasto! – powiedziałem do siebie. Doszedłem powoli do skrzyżowania, na którym umówiłem się z kolegą z mojej klasy maturalnej. Czekałem na niego około dwóch minut, po czym z daleka ujrzałem jego błyszczącą w porannym słońcu łysinę. Doszedł do mnie.

– Cześć!

– Cześć! – odpowiedziałem, podając rękę na przywitanie.

– To co…? Jedziemy do Torunia? – spytał.

– Tak!

Czekaliśmy na przystanku, trzymając w ręku karty powołania. Z głośników rozległa się głośna zapowiedź odjazdu autobusu do Torunia. Kierowca zbliżył się powolnym krokiem do autokaru, otworzył drzwi i energicznie wskoczył do środka pojazdu. Uruchomił silnik. Czarna chmura spalin pojawiła się na placu i otuliła wszystko dookoła. Kierowca wykonał kilka przegazówek, zanim podjechał pod stojących pasażerów. Otworzył drzwi.

– Proszę wsiadać! Proszę okazać bilety do kontroli! – ogłosił pasażerom.

Obaj mieliśmy przygotowane karty powołania do okazania. Kierowaliśmy się w stronę wejścia do autobusu. Wstąpiłem na stopień, za mną Andrzej. Pokazaliśmy nasze karty powołania.

– A, rekruci?! – zaśmiał się kierowca.

– Tak! – odpowiedziałem.

– Gdzie będziecie służyć?

– W Toruniu.

– To dobrze, będziecie mieli blisko do domu. Proszę, wsiadajcie!

Usiedliśmy na końcu autobusu. Za nami wsiadło jeszcze kilka osób. Kierowca zamknął drzwi, siadł za kierownicą i ruszył. Przejeżdżaliśmy przez nasze miasto i patrzyliśmy na chodzących po ulicach ludzi. Widziałem wśród nich znajomych. Autobus nieubłaganie wyjeżdżał z miasta. W nas wstąpił smutek i niepewność co do dalszego naszego losu. Przez godzinę jazdy wspominaliśmy dawne czasy, które już nigdy nie powrócą. Zajechaliśmy na dworzec autobusowy w Toruniu. Wyszliśmy z autobusu.

– Powodzenia chłopaki! – krzyknął kierowca na pożegnanie.

Z dworca poszliśmy w kierunku szkoły, która była oddalona o jakieś dwadzieścia pięć minut marszu od przystanku. Szliśmy ulicą Sobieskiego. Za i przed nami szło kilku chłopaków.

– Na pewno idą tam, gdzie my – stwierdził Andrzej.

Po chwili z tyłu usłyszeliśmy wołanie:

– Cześć, chłopaki! To ja, Adam! Znamy się z egzaminów.

– Cześć! – odpowiedzieliśmy, rozpoznając osobnika.

Adaś doszedł do nas. Przywitaliśmy się i razem poszliśmy w kierunku szkoły. Minęliśmy przykoszarowe budynki i długi płot, który nie chciał się skończyć. Doszliśmy do wejścia, przy którym wisiała tablica z napisem: Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Rakietowych i Artylerii im. gen. Józefa Bema w Toruniu. Dawniej nazywano tę szkołę OSA, od Oficerskiej Szkoły Artylerii. Takiej też nazwy potocznej używali mieszkańcy Torunia.

Ogarnął mnie dziwny dreszcz. Spojrzałem na Andrzeja i Adama, miałem wrażenie, że oni czują to samo.

– To co, idziemy? – zapytałem.

– Tak! – odpowiedzieli.

Przeszliśmy przez bramkę i weszliśmy po schodach, które prowadziły do biura przepustek. Stała tu grupka chłopaków zastanawiających się, czy wejść, czy jechać z powrotem do domu i cieszyć się jeszcze życiem w cywilu. Dotarliśmy do biura przepustek, które było udekorowane flagami narodowymi. Tam kazano nam oddać karty powołania, książeczki wojskowe i dowody osobiste.

– Zaczekajcie! Zaraz przyjdzie po was dyżurny – powiedział sierżant pełniący służbę.

Staliśmy kilka minut i zastanawialiśmy się, co z nami zrobią. Rozglądałem się po pomieszczeniu i ujrzałem dużą szybę z wydrukowanym napisem „Oficer dyżurny”. Stał tam młody podporucznik, który przyglądał się nam z litością.

Po chwili przybiegł dyżurny i zameldował:

– Obywatelu sierżancie, melduję swój powrót od fryzjera.

– Zabieraj tę grupę! – rozkazał sierżant.

– Tak jest! – odpowiedział żołnierz dyżurny.

Stanął przed nami i prowadził nas w kierunku dużego żółtego budynku. Wolnym krokiem doszliśmy do fryzjera.

– Teraz będzie strzyżenie – zapowiedział dyżurny.

Przed budynkiem stała grupka chłopaków, których głowy zostały już ogolone na pałę.

– No, ładnie się zaczyna – powiedział ktoś z naszej grupy.

– Nie martwcie się, zaraz będziecie wyglądać tak jak oni – skwitował z lekkim uśmiechem dyżurny.

Weszliśmy do pomieszczenia. Siadłem na krześle i czekałem na swoją kolej. W pomieszczeniu tym, daleko odbiegającym od salonów fryzjerskich, były trzy stanowiska do strzyżenia.

– Następny kot do golenia! Dziś strzygę was za darmo! – zawołał dowcipnie fryzjer.

Poderwałem się z krzesła i usiadłem na fotelu fryzjerskim. Stary fryzjer owinął mi wokół szyi jakąś białą szmatę i zaczął mnie strzyc.

– Nie ruszaj się, bo ci uszy obetnę! – powiedział bardzo poważnie.

Na to wezwanie znieruchomiałem. Po chwili na białą szmatę spadły moje czarne włosy. Poczułem, jak powiewy wiatru hulają mi między uszami. Z włączoną maszynką do strzyżenia dobrał się do moich wąsów. Przyciął z lewej i prawej strony, zostawiając trochę pod nosem. Stanął z boku i zaczął się śmiać. Trochę mnie tym rozdrażnił.

– Kogoś mi przypominasz, bratku… – zaśmiał się.

– Tak! Hitlera, ty stary capie! – odpowiedziałem złośliwie.

– Ale domyślny i jaki nerwowy. Nie martw się, nie zostawię cię tak – odparł łagodnie.

Sprawnym ruchem maszynki ściął pozostałość moich czarnych wąsów.

Jeszcze tak nigdy nie wyglądałem. Nie dziękując, wstałem z fotela i wyszedłem na zewnątrz budynku, gdzie stała grupka chłopaków obciętych podobnie jak ja.

Staliśmy tak kilka minut, gdy podszedł do nas następny dyżurny.

– Ustawcie się! Zaprowadzę was do łaźni.

Przechodziliśmy alejkami, wokół było sporo zieleni. Drzewa kołysały się leniwie we wszystkie strony, słońce zaczynało grzać coraz bardziej. Wszędzie dało się zauważyć czystość i porządek. Nigdzie nie leżały papiery, zieleń była przystrzyżona i zadbana. Widać tu było sporo pracy nad utrzymaniem tego wszystkiego. Doszliśmy do łaźni i czekaliśmy na swoją kolej.

– Wchodzić! – zawołał ktoś z wewnątrz.

Zaczęliśmy wchodzić przez wąskie drzwi prowadzące do środka.

– Nie pchać się! Zdążycie wszyscy! – powiedział żołnierz z obsługi.

Każdy z nas dostał do ręki papierowy worek.

– To na wasze rzeczy! Rozbierać się! Macie zapakować swoje cywilne ciuchy do worka i zaadresować na adres domowy – zakomenderował żołnierz.

Stałem przy ławce i rozbierałem się. Jeszcze nigdy tego nie robiłem w takim towarzystwie. Włożyłem ciuchy do worka, wypisałem adres i nazwisko odbiorcy. Czułem w tym momencie powagę sytuacji. Już teraz nie ma odwrotu. Zwinąłem worek do połowy i oddałem w wyznaczone miejsce. Na sąsiednim stanowisku dostałem ręcznik i mydło.

– Wchodzić pod natrysk! – padła komenda.

Weszliśmy do pomieszczenia, gdzie były zamontowane natryski. Letnia woda leciała na drewniane podkłady leżące na posadzce. Położyłem ręcznik na parapecie okiennym i wszedłem pod prysznic. Woda polała się na moje ciało, zacząłem się namydlać. Stałem i czułem w sobie pewne rozluźnienie i ulgę. „Jak mi dobrze!” – powiedziałem do siebie i nie myślałem o niczym.

– Kończyć! Za minutę zakręcam wodę! – zawołał żołnierz stojący przy głównym zaworze od natrysków.

Zdążyłem się opłukać, zanim woda przestała płynąć. Wziąłem ręcznik i wytarłem się. Widziałem, że niektórzy nie zdążyli się opłukać i teraz wycierają małym ręcznikiem pianę mydlaną ze swojego ciała. Owinąłem ręcznik w pasie i wyszedłem innym wyjściem. Dotarłem do miejsca, gdzie wydają mundury.

– Nazwisko? – zapytał mnie żołnierz będący w środku pomieszczenia.

– Górecki Piotr – odpowiedziałem.

Zapisał nazwisko i bacznie zmierzył mnie okiem, pytając:

– Wzrost?

– Sto osiemdziesiąt centymetrów – odpowiedziałem.

– Numer kołnierzyka?

– Trzydzieści osiem.

– Numer obuwia?

– Osiem i pół.

– Rozmiar czapki?

– Nie wiem.

– Zaraz sprawdzimy – spojrzał na moją głowę i powiedział: – Numer pięćdziesiąt osiem.

Po kilku minutach przyniósł mundur wyjściowy, bieliznę osobistą, czapkę oraz buty. Wszystko było nowe i pachnące świeżością.

– Masz i ubieraj się! – polecił.

Wziąłem to wszystko i położyłem na ławce. Najpierw włożyłem spodenki gimnastyczne. W rzeczywistości były to duże niebieskie, zawiązywane sznurkiem od wewnątrz gacie, które w niczym nie przypominały spodenek gimnastycznych.

– BGS!– zawołał któryś z żołnierzy.

– BGS? – powtórzyłem trochę zdziwiony.

– Tak! Zapamiętaj: Bojowe Gacie Szeregowca.

Wszyscy parsknęli śmiechem. Zacząłem też się śmiać i wkładać pozostałe sorty.

Włożyłem skarpetki – oczywiście zielone – biały podkoszulek, koszulę wyjściową, krawat i długie spodnie z paskiem. Na to wszystko włożyłem marynarkę, a na stopy trzewiki wojskowe. Wcisnąłem na moją łysą głowę czapkę i wyprostowałem się jak struna. Pierwszy raz w życiu miałem na sobie prawdziwy mundur wojskowy. Od tej pory wyglądałem jak żołnierz. Byłem z siebie dumny.

– Kto się ubrał, niech wychodzi na zewnątrz – powiedział żołnierz wydający mundury.

Wychodząc, oddałem ręcznik, którym się wytarłem. Otworzyłem drzwi, ciepłe powietrze buchnęło na moje policzki. Ujrzałem innych ubranych tak jak ja chłopaków. Niektórzy palili papierosy, inni rozmawiali między sobą. Dołączyłem do nich. Z łaźni wyszedł Andrzej.

– No i co…? – zawołał z uśmiechem.

– Jak na razie to jeszcze nie wiadomo. Najgorsze jest przed nami – odpowiedziałem.

Staliśmy kilka minut, ciepłe powietrze oraz wiatr zdążyły osuszyć nasze włosy i wilgotne po kąpieli ciało.

– Kończyć palenie! Zabieram was do izby chorych, gdzie przejdziecie badania lekarskie – powiedział dyżurny odpowiedzialny za przyprowadzenie nas na badania.

Ustawiliśmy się za nim i poszliśmy w kierunku izby chorych. Przechodziliśmy obok budynków, gdzie zakwaterowani byli żołnierze służby zasadniczej. W budynkach pootwierane były okna, w których stali żołnierze.

– Co wy robicie?! Konie! Trepy zajebane! Samobójcy! – wołali głośno do nas z okien.

Trochę zmieszani przeszliśmy dalej. Doszliśmy na miejsce. Tu stała grupka chłopaków, którzy zostali przebadani i czekali, aż ktoś ich zabierze na śniadanie.

– Zaczekać! Będziecie wchodzić po kolei! – powiedział dyżurny.

Stałem kilkanaście minut, kiedy przyszła moja kolej na badanie. Zapukałem do drzwi.

– Wejść! – usłyszałem.

Otworzyłem drzwi i wszedłem.

– Dzień dobry! – powiedziałem do wszystkich w pokoju.

Nie zdążyłem zamknąć drzwi, gdy rozległo się głośne pytanie sanitariusza siedzącego przy stoliku:

– Nazwisko!

– Górecki Piotr – odpowiedziałem.

– Imię ojca i matki?

– Waldemar, Elżbieta.

– Data i miejsce urodzenia?

– Szósty czerwca 1963 rok, Lipno.

– Adres zamieszkania?

– Lipno, ulica Kościuszki 4.

– Rozbierać się!

Sanitariusz zapisał moje dane. Rozebrałem się do naga i jak Bóg mnie stworzył podszedłem do stolików, gdzie siedziało trzech lekarzy wojskowych.

– Proszę stanąć na środku – powiedział z powagą lekarz siedzący z lewej strony.

Uważne spojrzenia członków komisji były skierowane na mnie. Przyglądano mi się bardzo dokładnie. Czułem się nieswojo.

– Proszę się odwrócić! – powiedział jeden z lekarzy.

Odwróciłem się. Ciekaw byłem, co teraz wymyślą.

– Proszę się pochylić i rozszerzyć pośladki – kontynuował lekarz.

Zrobiłem to.

– Szerzej proszę! Szerzej! – wołał lekarz siedzący z tyłu.

Pochylony w tej niezręcznej pozie poczułem w sobie jakieś niezdrowe napięcie. No i stało się, puściły zwieracze. Z dupy wyleciały gazy. Cały smród z wielkim hukiem i rzadkim gównem wystrzelił do tyłu na siedzącego lekarza. Swojska cisza została przerwana. Nieprzyjemny zapach wypełnił całe pomieszczenie, a całe to zdarzenie zakłóciło natychmiast pracę komisji. Poczułem wielką ulgę i zawstydzenie. Odwróciłem się i powiedziałem:

– Przepraszam!

Przede mną siedział osrany przeze mnie lekarz. Myślałem, że parsknę śmiechem. Z trudem się opanowałem i zachowałem powagę sytuacji.

– Kurwa! Co tu się dzieje?! – wrzasnął bardzo zdenerwowany. – Co to za zasraniec? Kto go tu przysłał?! – wrzeszczał nadal. – Tego jeszcze nie było! Żeby zesrać się na lekarza. To prowokacja! – zawołał wzburzony i wstał wkurwiony od stołu.

– Ależ, drogi kolego, zdarzały się takie przypadki – powiedział siedzący obok lekarz, uspokajając napiętą sytuację. – A ty, synu, nieźle narozrabiałeś. Wkurwiłeś pana doktora – zwrócił się bezpośrednio do mnie, mrugając okiem. – Idź i doprowadź się do porządku.

Po doprowadzeniu się do porządku zważono i zmierzono mnie. Nareszcie usłyszałem: – Ubieraj się i spadaj!

Ubierając się, nie odezwałem się słowem, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji. Widziałem, jak dyżurny wycierał na mokro zabrudzoną podłogę. Na koniec, wychodząc z pokoju, dostałem książeczkę zdrowia żołnierza zawodowego.

Po wyjściu na zewnątrz poczułem ulgę i rozluźnienie. Usiadłem na ławce, rozglądałem się wokół i zacząłem przeglądać otrzymaną książeczkę zdrowia. Spojrzałem przed siebie, gdzie rozciągało się boisko sportowe. To właśnie tu zdawaliśmy egzaminy wstępne z wychowania fizycznego. Zdarzenie to wspominam nieciekawie. Egzaminy wstępne z matematyki, języka rosyjskiego i wiedzy o społeczeństwie zdawaliśmy w budynkach Szkoły Podchorążych Rezerwy. To właśnie tam byliśmy zakwaterowani. Szkoła ta kształciła absolwentów szkół wyższych na podchorążych rezerwy i oddalona była od szkoły oficerskiej o jakieś piętnaście minut marszu. W pierwszym dniu zdawaliśmy egzaminy teoretyczne, w drugim – sprawnościowe. Tego właśnie dnia odczytano nam wyniki egzaminów. Kto zaliczył, był dopuszczony do egzaminu sprawnościowego. Kto nie zaliczył, mógł poprawiać przedmiot, z którego został oblany.

Po obiedzie wzięliśmy stroje sportowe i stanęliśmy na placu apelowym. Było nas około stu kandydatów, w tym około dwudziestu z zasadniczej służby wojskowej. Podzielono nas na grupy i każda grupa ze swoim opiekunem udała się na wspomniane boisko. Na miejscu przebraliśmy się. Mieliśmy do zaliczenia bieg na sto i tysiąc metrów, podciąganie na drążku i układ gimnastyczny z wymykiem i wejściem siłowym. Wszystko to trzeba było zrobić w normach czasowych i ilościowych. Najwięcej śmiechu było przy wykonywaniu ćwiczeń gimnastycznych. Niektórzy kandydaci na oficerów – bo tak na nas mówiono – podskakiwali do drążka, chwytali go i zamiast podciągać się, z braku sił spadali jak kamień na ziemię.

– To wstyd, żeby nie podciągnąć się na drążku! – wrzeszczał na nas egzaminator w stopniu kapitana.

– Jak będziecie u mnie, to ja was nauczę! – skomentował.

Dla mnie najgorszą konkurencją okazał się bieg na tysiąc metrów: na końcowych metrach poczułem, jak niedawno zjedzony obiad podszedł mi do gardła. Nie byłem sam w takiej sytuacji, gdyż na bieżni byli tacy, którzy na trasie zdążyli puścić pawia.

– Co za głupota biegać w taki upał zaraz po obiedzie – mówiliśmy do siebie po skończonym biegu.

– Całe te egzaminy to jeden wielki zasrany cyrk – powiedział któryś z chłopaków.

Chwilę wspomnień z egzaminów przerwał mi żołnierz, który przyszedł zabrać nas na posiłek. Stołówka mieściła się niedaleko izby chorych. Był to ogromny piętrowy i, jak się później okazało, najważniejszy budynek w szkole. Stanęliśmy w długiej kolejce po trójkątne aluminiowe tace, na które kucharz stawiał naczynia z jedzeniem. Miało to być śniadanie. Każdy, kto dostał swoją porcję, siadał przy czteroosobowym stoliku. Po zjedzeniu oddałem tacę z naczyniami do okienka mieszczącego się na końcu stołówki i wyszedłem na zewnątrz, gdzie czekał dyżurny, żeby zaprowadzić nas na pododdział. Gdy uzbierało się kilkanaście osób, poszliśmy w kierunku pododdziału. Dyżurny maszerował przed nami i salutował przechodzącym starszym stopniem żołnierzom. Robił to co chwilę, gdyż wszyscy, którzy przechodzili, byli od niego wyżsi stopniem wojskowym. Doszliśmy do ogromnego żółtego budynku mieszczącego się między płotem a placem apelowym. Pododdział nasz znajdował się na parterze. Weszliśmy przez drzwi, nad którymi wisiał duży napis: „Pierwsza Bateria Podchorążych”. Zaraz za drzwiami stał stolik podoficera dyżurnego, przy którym pełnił służbę plutonowy podchorąży. Obok stolika podoficera znajdowały się wejścia do umywalni i ubikacji. Po obu stronach rozciągał się długi korytarz zakończony mniejszym korytarzem, zwanym jaskółką. Z głównych korytarzy były wejścia do izb żołnierskich, po trzy na stronę. W jaskółce po lewej stronie mieścił się magazyn broni, magazyn optyczny i prasowalnia. Natomiast w jaskółce z prawej strony znajdowały się kancelarie dowódcy baterii i dowódców plutonów, świetlica oraz pomieszczenie gospodarcze. Przed świetlicą stały metalowe szafki na drobne rzeczy osobiste podchorążych, nazywane safesami. Na końcu głównego korytarza z prawej strony swoje pomieszczenie miał szef baterii.

Pełniący służbę podoficer po zapoznaniu się z naszymi nazwiskami zaprowadził nas do izb żołnierskich poszczególnych plutonów.

– Macie tu siedzieć i czekać na dalsze rozkazy – powiedział podoficer dyżurny.

Po wejściu do izby dało się zauważyć porządek. Podłoga była wypastowana i lśniąca, a w powietrzu unosił się zapach pasty. Z lewej i prawej strony stało po sześć metalowych łóżek, oddzielonych równie metalowymi szafkami. Łóżka były posłane. Na materacu leżał koc, położony równo jak blat od stołu. Tu, gdzie miała być głowa, leżała nienagannie rozłożona poduszka, a gdzie miały być nogi – koc owinięty równo prześcieradłem. Z przodu na łóżku wisiała kartka z imieniem i nazwiskiem. Po obu stronach przed łóżkami stały metalowe krzesła. Wszystko to było poustawiane równo jak pod linijkę. Naprzeciw drzwi wejściowych znajdowało się duże okno z widokiem na trybunę i plac apelowy. W oknach naklejone były białe koła o średnicy kilku centymetrów. Oznaczało to, że tylko te okna można było otwierać do wietrzenia sal.

Usiadłem na krzesełku przy moim łóżku i odetchnąłem ze spokojem. Za chwilę na salę weszła nowa grupka chłopaków. Każdy odszukał swoje łóżko z nazwiskiem, przy którym usiadł. W trakcie rozmowy przedstawialiśmy się sobie, mówiliśmy, skąd jesteśmy i po jakich szkołach. Gdy tak sobie siedzieliśmy, rozmawiając, do sali wpadł starszy kapral podchorąży. Kazał nam wstać, a po chwili siadać. Powtórzył to dwa razy. Czuliśmy się jak pajace. Wstawaliśmy i siadaliśmy.

– Nazywam się starszy kapral podchorąży Kowal – powiedział ostrym głosem. – Jestem waszym dowódcą działonu. Od dziś będę dla was ojcem i matką. Ze wszystkimi sprawami należy zwracać się do mnie.

– Obywatelu kapralu, co dzisiaj będziemy robić? – zapytał któryś z chłopaków.

– Dziś zaplanowane jest spotkanie z dowódcą plutonu, a później apel z dowódcą baterii. Po apelu idziemy na obiad. Później szef baterii wyda wam mundury polowe i przybory toaletowe. Czy są jeszcze jakieś pytania?

Pytań nie było.

– Wszystkiego dowiecie się na bieżąco. Niedługo będzie zbiórka – zapowiedział i wyszedł z sali.

Siedzieliśmy tak jeszcze około godziny, gdy na salę wpadł ponownie nasz dowódca działonu.

– Wychodzić na zbiórkę! – wrzeszczał! – Zbiórka na korytarzu! Stanąć w dwuszeregu naprzeciw sali!

Stanęliśmy we wskazanym miejscu, obok nas z prawej strony stanął nasz dowódca działonu. Z sąsiedniej izby wyszła druga część naszego plutonu ze swoim dowódcą działonu. Przed nami pojawiła się nowa postać. Był to, jak się później okazało, pomocnik dowódcy plutonu – bardzo ważna postać.

Staliśmy tak kilka minut, gdy nagle padła komenda pomocnika dowódcy plutonu:

– Baczność! Na lewo patrz!

Staliśmy niczym słupy telegraficzne, patrząc, co się dzieje. Z lewej strony ukazała się sylwetka porucznika. Pomocnik sprężystym krokiem podszedł do oficera i donośnym głosem zameldował:

– Obywatelu poruczniku, pomocnik dowódcy plutonu starszy kapral podchorąży Felkowski melduje pluton jedenasty na zbiórce!

Oficer przywitał się z pomocnikiem i wydał komendę:

– Spocznij!

– Spocznij! – powtórzył komendę dla plutonu pomocnik.

Porucznik stanął przed nami. Był to człowiek średniego wzrostu, szczupły, z wielkimi wąsami i ogromnymi dłońmi.

– Nazywam się porucznik Adam Kończalski i jestem waszym dowódcą plutonu. Przedstawię wam waszych przełożonych. Pomocnik dowódcy plutonu – starszy kapral podchorąży Felkowski. Dowódca pierwszego działonu – starszy kapral podchorąży Kowal. Dowódca drugiego działonu – starszy kapral podchorąży Górolczyk. Od dziś macie wykonywać polecenia moje oraz przedstawionych przed chwilą dowódców. Jeżeli będziecie mieli jakieś problemy, to drogą służbową proszę informować mnie o tym. Lubię dyscyplinę i oczekuję jej od was. Nie będę tolerował niesubordynacji. Wszelkie wykroczenia traktuję jako zamach na opinię plutonu, które będę eliminował, a winnych karał. W tym towarzystwie, jeżeli umiecie liczyć, to liczcie tylko na siebie. Jutro będę rozmawiał indywidualnie z każdym z was. Będziecie o tym powiadomieni. Za chwilę odbędzie się apel południowy z dowódcą baterii. To na razie tyle spraw. Reszty dowiecie się później w trakcie pobytu w szkole.

Po tych słowach zasalutował i poszedł w kierunku kancelarii. Pluton stał jak rażony prądem, nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało – słowa naszego dowódcy nie wróżyły nam nic dobrego. Patrzyliśmy na siebie, próbując skomentować to, co się wydarzyło. Kiedy przed nami pojawił się barczysty z orlim nosem kapitan, komentarze przycichły. Za nim podążało trzech oficerów i chorąży, w tym nasz dowódca. Nagle z prawej strony od pełniącego służbę podoficera padła głośna i wyraźna komenda:

– Bateria na moją komendę baczność! – Wszyscy stanęliśmy nieruchomo, patrząc, co się będzie działo. – Na lewo patrz!

Skręciliśmy głowy w lewą stronę i patrzymy… Podoficer sprężystym defiladowym krokiem podszedł do kapitana i zameldował:

– Obywatelu kapitanie, podoficer dyżurny pierwszej baterii podchorążych plutonowy podchorąży Michalak melduje pierwszą baterię do apelu południowego! Stan – plutonami!

– Dajcie spocznij! – powiedział kapitan.

– Bateria, spocznij! – wydał komendę podoficer dyżurny.

– To był ładny pokaz musztry, niedługo i wy będziecie składać tak meldunki. Nazywam się kapitan Andrzej Białucki, jestem dowódcą pierwszej baterii podchorążych. Przedstawię dowódców poszczególnych plutonów. Pluton jedenasty – porucznik Adam Kończalski. Pluton dwunasty – podporucznik Włodzimierz Jagliński i pluton trzynasty – porucznik Włodzimierz Baran. Szefem baterii jest chorąży Ryszard Krawczyk.

Wszyscy wymienieni z nazwiska wychodzili krok z szeregu, salutowali i wracali na miejsce.

– Dowódcy plutonów, zająć miejsca przy swoich plutonach, szef baterii odczytać rozkaz! – wydał polecenie kapitan.

Dowódcy stanęli przy swoich plutonach. Szef odczytał rozkaz dzienny. Po odczytaniu rozkazu jeszcze raz sprawdzono stan osobowy baterii. Było nas siedemdziesięciu. Brakowało jeszcze kilku osób. Ponownie zabrał głos dowódca baterii:

– Dziś po południu szef wyda wszystkim mundury polowe oraz przybory toaletowe, jutro wypłaci uposażenie i wyda przydział papierosów. Po obiedzie do godziny szesnastej jest czas wolny. Do kolacji będziecie pobierać mundury polowe i wyposażenie żołnierza. Jutro zapoznacie się z rozmieszczeniem i topografią szkoły. Dowódcy plutonów przeprowadzą indywidualne rozmowy z każdym podchorążym. Do przysięgi będziecie uczyli się regulaminów służby wewnętrznej, musztry i strzelectwa. Do soboty każdy z was napisze list do rodziców lub najbliższych, że dotarł na miejsce i jest w dobrych rękach. Po przysiędze dojdą wam inne przedmioty zawodowe i ogólnokształcące. To na razie tyle. Czy są jakieś pytania?

Pytań nie było.

– Jeżeli nie ma pytań, szef baterii odprowadzić pododdział na obiad!

– Rozkaz, obywatelu kapitanie! – odpowiedział chorąży Ryszard Krawczyk i przejął dowodzenie.

Na zewnątrz wychodziliśmy plutonami: kolejno trzynasty, dwunasty i jedenasty. Ustawiliśmy się ponownie na placu apelowym i utworzyliśmy kolumnę marszową, którą prowadził szef pododdziału. Z boku szła kadra oficerska. To było trudne przedpołudnie, słońce grzało jak szalone, a lekki wiatr studził nasze rozgrzane ciała. Mundury wyjściowe w tej temperaturze dogrzewały nas. Na naszych twarzach można było zauważyć krople potu. Szliśmy, myśląc o posiłku – byliśmy już trochę głodni. Przede mną kołysały się nerwowo sylwetki moich kolegów z ogolonymi głowami. Doszliśmy do stołówki. Przed nami ustawiła się długa kolejka z drugiego rocznika. Stałem około dwudziestu minut, zanim dotarłem do tac i punktu wydawania posiłków. Obiad składał się z dwóch dań. Po zjedzeniu i oddaniu naczyń wyszedłem przed stołówkę, gdzie czekał na nas podoficer dyżurny. Kiedy wszyscy z naszej baterii już zjedli i wyszli ze stołówki, podoficer zrobił zbiórkę i zaprowadził na pododdział. Z kadry towarzyszył nam już tylko szef baterii. Po przybyciu na pododdział udaliśmy się do swoich izb żołnierskich. Część z nas położyła się na łóżkach, reszta siedziała na krzesełkach. Do godziny szesnastej było jeszcze trochę czasu. Czas ten wykorzystaliśmy na odpoczynek i lepsze wzajemne poznanie się.

Tuż przed godziną szesnastą do sali wszedł nasz dowódca działonu. Wpadł w szał, gdy zobaczył leżących nas na łóżkach.

– A co to za leżenie!? – wykrzykiwał. – A gdzie komenda „Powstań! Baczność!” i meldunek dla przełożonego? Czym się tak młodzi zmęczyli, że muszą leżeć na wozach? Wstawać! Wychodzić na zbiórkę!

Zerwaliśmy się z łóżek. Wyskoczyliśmy z nich jak kamień z procy, poprawiliśmy je oraz krzesła. Tak jak kazał nam kapral, wyszliśmy na korytarz przed salę. Czekał tu pomocnik dowódcy plutonu. Gdy zebrały się dwa działony – przemówił:

– Udamy się teraz do magazynu, gdzie każdy otrzyma umundurowanie polowe oraz niezbędne wyposażenie żołnierza. Każdy po otrzymaniu tych rzeczy uda się do swojej sali i położy je na łóżku. Dowódcy działonów pokażą, jak zapakować to do plecaka. Po spakowaniu się odnosimy wszystkie rzeczy do szatni, która mieści się naprzeciw magazynu. Sorty mundurowe za małe lub za duże można będzie później wymienić w magazynie lub między sobą. Pluton! Baczność! W prawo zwrot! Do magazynu odmaszerować! Spocznij!

Poszliśmy do magazynu, tam każdy z nas dostał mundur polowy, czapkę, buty z opinaczami – takimi klamerkami, niezbędnik, czyli sprytnie zapakowane widelec, nóż i łyżkę, bieliznę osobistą, trampki, kapcie, pałatkę z masztem – inaczej pelerynę przeciwdeszczową, która w połączeniu z inną umożliwia zbudowanie namiotu, menażkę i manierkę oraz plecak polowy, do którego mieliśmy część tego wszystkiego zapakować. Wróciłem obładowany na salę i położyłem to na łóżku. Na wszystkich czekał dowódca działonu, żeby pokazać kolejność oraz sposób pakowania tego do plecaka. Nie obyło się bez kłopotów, gdyż rzeczy do spakowania było dużo, a plecak stanowczo za mały. Myliłem się co do plecaka. Po wielkich trudach udało się wszystkim zapakować swoje rzeczy i wynieść je do szatni w oznaczone miejsca na regałach. Każdy, kto tę czynność wykonał, ponownie stanął w kolejce, tym razem po ręczniki, przybory toaletowe i piżamę. Przybory toaletowe ułożyliśmy według wzoru w metalowej szafce, pod szafką zaś miały leżeć kapcie. Ręczniki złożone w pasek o szerokości piętnastu centymetrów ułożyliśmy po lewej i prawej stronie poręczy od strony poduszki. Piżama złożona w kostkę miała znajdować się pod poduszką. Czynności te mieliśmy wykonywać do zbiórki na kolację. O godzinie 18.30 wykonano zbiórkę, sprawdzono stan osobowy. Podoficer dyżurny zaprowadził nas na kolację. Po skończonym jedzeniu zostaliśmy przyprowadzeni przez podoficera na pododdział. Do wieczornego wydania dziennika telewizyjnego mieliśmy czas wolny. O godzinie 19.25 podoficer dyżurny donośnym głosem oznajmił:

– Pierwsza bateria udaje się do świetlicy na dziennik telewizyjny. – To był obowiązkowy propagandowy PRL-owski codzienny repertuar informacyjny.

Zaraz po tym ogłoszeniu do sali wpadł dyżurny i przyspieszył nasze wychodzenie. Świetlica znajdowała się obok naszej izby żołnierskiej. Po chwili byłem w świetlicy. Ujrzałem niewielkie pomieszczenie z telewizorem i sporo moich nowych kolegów, siedzących ciasno obok siebie. Pomimo otwartych okien na sali panował specyficzny zaduch. Znalazłem wolne krzesło, usiadłem na nim i zacząłem oglądać wiadomości dziennika telewizyjnego. Nad wszystkim czuwał dyżurny stojący przed wejściem do świetlicy. Oglądając dziennik w tak specyficznej „domowej” atmosferze, niektórzy z moich nowych kolegów zasnęli na krzesełku. Widać było ich bardzo zmęczone i opuszczone głowy po wieczorku pożegnalnym z cywilem. Dało się słyszeć lekkie, ale przenikliwe chrapanie. Nikomu to nie przeszkadzało. Z czasem chrapanie można było usłyszeć w kilku miejscach. Po kilku minutach chrapanie przybrało na głośności, zagłuszając telewizyjne wiadomości.

– Nie spać! – zawołał głośno dyżurny stojący przed wejściem do świetlicy.

Przez moment zrobiło się cicho. Ale za jakiś czas ponownie zrobiła się wrzawa – któryś z podchorążych puścił bąka. Niesamowity cichy, mściwy i jadowity smród rozszedł się po świetlicy. Bojąc się reakcji dyżurnego, wszyscy zachowali dobre miny do złej gry i nic nie mówiąc, siedzieli nadal na swoich miejscach. Trwało to niedługo, gdyż za chwilę rozległa się druga fala uderzeniowa smrodu, która powaliła siedzących z przodu młodych podchorążych. Tego było już za wiele. Fetor był tak dokuczliwy, że następne rzędy siedzących chłopaków spojrzały po sobie i nic nie mówiąc, wstały z krzeseł, pospiesznie udając się do wyjścia. Widząc i naturalnie czując, co się dzieje, kolejne rzędy siedzących zaczęły szybko opuszczać swoje miejsca. Smród był tak nieznośny, że wszyscy oglądający dziennik opuścili świetlicę i udali się na korytarz.

– Co się tu dzieje?! – zawołał dyżurny. – Kto wam kazał wychodzić? Wracać na swoje miejsca! – pokrzykiwał.

– Do tego smrodu? Nigdy! – powiedział któryś z podchorążych.

– Takiego czegoś jeszcze nie było, żeby smrodem rozgonić oglądanie dziennika telewizyjnego. Który to zrobił? – zapytał dyżurny.

W kilka sekund sala opustoszała. Wszyscy stali w jaskółce, winnego nie znaleziono. Zobaczył to podoficer dyżurny i podszedł do nas.

– Co się stało? – zawołał do dyżurnego.

– Któryś z młodych tak się spierdział, że aż wszyscy uciekli ze świetlicy – odpowiedział.

– Otworzyć okna i wywietrzyć salę! – wydał rozkaz podoficer.

Ktoś otworzył okna, do sali wleciało świeże powietrze. W trakcie wietrzenia na baterię wszedł oficer dyżurny szkoły. Podoficer zauważył go i wydał komendę:

– Bateria baczność!

Po czym złożył meldunek:

– Obywatelu kapitanie, podoficer dyżurny pierwszej baterii podchorążych plutonowy podchorąży Kowalski melduje pierwszą baterię podczas oglądania dziennika telewizyjnego!

– Spocznij! – wydał komendę oficer dyżurny. – A co oni tu robią? – zapytał oficer.

– Stoją – odpowiedział podoficer.

– Przecież widzę! – wrzasnął.

– Obywatelu kapitanie, melduję, że jeden z młodych zanieczyścił atmosferę – tak się spierdział, że zarządziłem wietrzenie świetlicy.

– Słuszna decyzja! – odpowiedział kapitan. – Który to zrobił? – zapytał ogółu. – Czy któremuś zaszkodziła kolacja?

Zapadła cisza. Wszyscy stali poważnie i nikt się oczywiście do tego nie przyznał. Bo i po co? Zaraz posądzono by go o jakiś sabotaż. A o to wcale nie chodziło.

– Dopiero jeden dzień w wojsku, a wy sracie jak tchórze! Już dziś jeden z was pokazał, co umie – narobił w izbie chorych. Jak tak dalej będzie, to zasracie całą szkołę. Zachodzić na salę! Zasrańcy! – wydał komendę oficer.

Weszliśmy do świetlicy, która zdążyła się wywietrzyć. Usiedliśmy na swoich miejscach i w spokoju bez chrapania i puszczania bąków dokończyliśmy oglądanie dziennika. Po dzienniku dowódcy działonów zrobili zbiórkę i podzielili nam rejony do sprzątania. Ja i jeszcze trzech moich kolegów dostaliśmy do sprzątania „trójmiasto”… Inni sprzątali izby żołnierskie, świetlicę i kancelarie. Sprzątanie kibla, umywalni i tak długiego korytarza zajęło nam sporo czasu i wysiłku. Musieliśmy zetrzeć kostkę szarego mydła na wiórki i zalać ciepłą wodą. Potem z tego płynu ubiliśmy pianę i rzucaliśmy ją na białe karbowane kafelki. Dwóch z nas szczotkami ryżowymi szorowało do białości posadzkę, a dwóch pozostałych zbierało pianę, wycierało kafle do sucha i rozkładało gazety, po których chodzili podchorążowie, żeby butami nie porysować czystej posadzki.

– Tylko szczota i frotera zrobi z was oficera. Pospieszcie się, bo nie zdążycie i będziecie kończyć po capstrzyku – żartował i ponaglał nas któryś z dyżurnych.

Po tym ostrzeżeniu zarówno nasza ekipa, jak i sąsiednia, czyszcząca pastą do zębów okna na korytarzu, wyraźnie przyspieszyła, kończąc zadaną pracę. Zmęczeni odnieśliśmy sprzęt do magazynu i udaliśmy się do swoich izb żołnierskich. Sala była wysprzątana i lśniła jak nowa. Tam czekał na nas dowódca działonu. Z korytarza usłyszeliśmy głos podoficera dyżurnego:

– Przygotowanie do capstrzyku – czas trzydzieści minut! Jedenasty pluton udaje się do mycia – czas trzy minuty!

Dowódca działonu kazał nam rozebrać się z umundurowania i włożyć tylko spodnie od piżamy. Wszyscy w pośpiechu wykonywali te czynności i kto był gotowy, z odsłoniętym torsem udał się do łazienki. Po pięciu minutach podoficer dyżurny podał komendę:

– Jedenasty pluton kończyć mycie. Dwunasty pluton udaje się do mycia – czas trzy minuty! Trzynasty pluton przygotowanie do mycia – czas dziesięć minut!

Po myciu wszyscy biegiem udali się do swoich izb żołnierskich, gdzie odbywało się dalsze szkolenie z codziennego życia podchorążego. Na koniec dnia działonowy pokazał, jak ścieli się łóżko do capstrzyku i do porannej zaprawy. Zademonstrował prawidłowe wiązanie stóp onucami oraz ułożenie ich na butach po capstrzyku. Razem z nim wykonywaliśmy te czynności. Buty miały być ustawione w odpowiedniej kolejności na korytarzu przed salą. Na czubkach butów miały leżeć odpowiednio złożone onuce lub skarpety. Mundur miał wisieć na wieszaku z przodu poręczy łóżka, a bielizna osobista złożona w kostkę leżeć na krzesełku. Wszystkie te czynności ćwiczyliśmy do godziny dwudziestej drugiej. Po tej godzinie podoficer dyżurny donośnym i prawie śpiewającym głosem ogłosił:

– Bateria, capstrzyk! Gasną światła w salach!

Zmęczeni tym dniem przebrani w piżamy położyliśmy się do swoich łóżek. Będący w sali działonowy życzył nam dobrej nocy i wychodząc, zgasił światło. Ciemność zapanowała w sali. Wrzawa, która panowała przed capstrzykiem, ustała, słychać było tylko pojedyncze głosy kolegów z sali. Leżałem w łóżku, myśląc o pierwszym dniu przeżytym w armii. Pomimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Zauważyłem, że koledzy z mojej lewej i prawej strony mają te same problemy co ja. Zaczęliśmy rozmowę. Rozmawialiśmy o przeżytym dniu i o tym, co nas jutro spotka. Mieliśmy zacząć dzień od pobudki o godzinie szóstej rano i zaprawy porannej. Nie mogąc zasnąć i poczuwszy potrzebę, wyszedłem z sali do ubikacji. Na korytarzu były pogaszone światła, paliło się jedynie przy stoliku podoficera. Ubikacja mieściła się przy pełniącym służbę dyżurną, więc musiałem przejść obok niego.

– Co, młody nie może spać?

– Mogę, ale muszę skorzystać z ubikacji – odpowiedziałem.

– To się pospiesz, bo zaraz dołączysz do tych, którzy nie wyrobili się z rejonami.

I rzeczywiście w ubikacji pracowały dwie osoby, które nie wyrobiły się ze sprzątaniem rejonów. Wskoczyłem szybko do kabiny i lekko popierdując sobie, wysikałem się. Zaraz po tym energicznie i po cichu udałem się w kierunku swojej sali. Przeszedłem niezauważony przez pełniącego służbę, otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Na sali słychać było tylko pochrapywanie śpiących. Dotarłem do swojego łóżka i położyłem się. Trochę się pokręciłem, aż wreszcie zasnąłem.

Godzina szósta rano następnego dnia. Z korytarza dochodzi donośne wołanie:

– Bateria, pobudka, pobudka, wstać! Znikają buty z korytarza! Czas do porannej zaprawy – siedem minut!

W tym samym czasie do izby wpadł działonowy Kowal, wrzeszcząc:

– Działon, pobudka, pobudka, wstać! Wstawać i zabierać buty z korytarza! Pospieszyć się! Wychodzimy na poranną zaprawę.

Przetarłem oczy, przede mną stał już Kowal z zawieszonym na gołym torsie numerem jedenaście. Był to numer naszego plutonu. Wydzierał się do wszystkich:

– Wstawać, wstawać, śpiochy!

„Co to za żałosna kreatura budzi nas w środku noc i wydziera się na wszystkich? Czy nie ma nic lepszego do roboty?” – pomyślałem. Patrząc na niego, zerwałem się z łóżka i pobiegłem na korytarz po buty. Niesamowity ścisk panował przy wyjściu i na korytarzu. Wszyscy brali buty jak popadnie. Miałem szczęście, udało mi się zabrać swoje buty. Inni trafili na buty kolegów. Podoficer dyżurny poganiał nas i donośnym głosem zawołał:

– Uwaga, bateria! Podaję strój na poranną zaprawę. Dół moro, buty opinacze! Czas do zaprawy – pięć minut!

Wskoczyłem do sali i zobaczyłem, jak nasz działonowy zwala z łóżka tych, którzy jeszcze się nie obudzili. To była prawdziwa walka. On z nich zrywał koce, a oni, półprzytomni, z powrotem się nimi przykrywali. W końcu nie wytrzymał i wybiegł z sali. Za moment był już z powrotem i trzymał w ręku szklankę z wodą. Podszedł do najgorszego śpiocha i wylał na niego całą zawartość szklanki. Woda rozlała się na jego głowie i klatce piersiowej. Zaskoczony tym zdarzeniem zerwał się z łóżka i pobiegł po buty. Reszta śpiochów, widząc, co się dzieje, pobiegła za nim.

Zdjąłem piżamę, włożyłem spodnie moro i buty. Zrobiłem to w dość przyzwoitym tempie jak na pierwszy raz. Zadziałało tu doświadczenie z odbytych obozów przysposobienia obronnego. Z korytarza usłyszeliśmy komunikat podoficera dyżurnego:

– Czas do porannej zaprawy – dwie minuty! Przygotować łóżka na poranną zaprawę.

Łóżka miały być tak posłane, aby materac z prześcieradłem był odkryty w połowie, natomiast koc miał leżeć na dalszej połowie i na poręczy łóżka. Piżama miała być rozłożona równo na całości materaca.

– Otworzyć okno z białym kółeczkiem! – rozkazał działonowy. – Kto jest gotowy, wychodzi na korytarz!

Ja już byłem gotowy i stanąłem na korytarzu. Z drugiego działonu naszego plutonu zaczęli wychodzić moi koledzy. U nich w sali działo się to samo co u nas. Z wielkim trudem, ale w czasie, udało się nam zebrać cały pluton. Działonowy Kowalik pod swoją komendą wyprowadził nas na plac apelowy, skąd mieliśmy rozpocząć poranną zaprawę.

Na dworze było bardzo przyjemnie, wschodzące słońce nagrzewało nasze nagie torsy, a ciepły wiatr lekko dmuchał w twarz. W powietrzu unosił się świeży zapach porannej rosy. Dookoła słychać było śpiewy ptaków.

Zamknąłem oczy i przeciągając się wziąłem kilka głębokich oddechów. Poczułem się znakomicie. „Jak dobrze by było poleżeć w domu w ciepłym i wygodnym łóżku, gdzie nikt nie krzyczy nad uchem” – pomyślałem.

Cały ten poranny spokój zakłócały pokrzykujące na wszystkich osoby kontrolne oraz przebiegające inne grupy podchorążych ze starszych roczników, spieszące na zaprawę.

Tu, na placu, mieliśmy krótką gimnastykę, po czym ustawieni w kolumnę czwórkową ruszyliśmy biegiem za prowadzącym. Tempo biegu było dosyć szybkie. Biegliśmy przez plac apelowy, wzdłuż garaży w kierunku boiska. Niektórym z nas zabrakło kondycji i zaczęli spowalniać tempo, wołając do prowadzącego:

– Wolniej! Nie damy rady.

Prowadzący nie słuchał tych rozpaczliwych próśb i biegł dalej. Coraz więcej osób zaczęło odczuwać braki kondycyjne i opóźniać tempo. Bieg stał się bardzo wyczerpujący. Widząc to, prowadzący przeszedł do marszu. W tym momencie poczuliśmy ulgę. Szliśmy w kierunku izby chorych. Szczęście nie trwało długo, bo nagle zza drzew wyłonił się kapitan, który przeprowadzał egzaminy sprawnościowe. W rękach miał stoper i notatnik.

– A co to za spacery?! – wykrzykiwał. – Prowadzić kolumnę biegiem! Macie na okrążenie dwie minuty! Jak się nie wyrobicie, to będziecie powtarzać zaprawę poranną po południu. Czas start! – wydał komendę i włączył stoper.

Ruszyliśmy biegiem.

– Co to, kurwa, za szaleniec?! – zawołał kolega obok mnie.

– To ten fiut z egzaminów. Ten, co się odgrażał, że nam pokaże – odpowiedziałem.

– Lepiej się pospieszmy, bo będziemy powtarzać. Z nim nie ma żartów. To kapitan Furiata – krzyknął prowadzący.

Biegliśmy, ile sił w nogach, żeby zmieścić się w czasie. Prawie skonani dotarliśmy do kapitana. Odznaczył nas w notesie i oznajmił:

– Jeszcze jedno okrążenie i możecie wracać na baterię.

Kiedy robiliśmy ostatnią rundę, z kierunku internatu szła swobodnym krokiem grupa. To byli podchorążowie czwartego roku. Na końcu tego pochodu szli podchorążowie z Wietnamu, którzy studiowali w tej szkole. Było ich siedmiu. Kroczyli swobodnie przed siebie. Nikt z kontrolnych nie zwracał na nich uwagi.

– Później zaczęli i szybciej skończą. To przywilej i prawo najstarszego rocznika. Jak będziecie na czwartym roku, to też będziecie tak robić. Wy na to macie jeszcze dużo czasu – poinformował nas prowadzący.

Z wielkim bólem w stopach od nowych i jeszcze nierozchodzonych butów dotarliśmy na baterię. To, co zobaczyliśmy po powrocie, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Wszystkie łóżka powywracane były do góry nogami. Bałagan był niesamowity. Prześcieradła i koce poplątane były z piżamami, a na tym wszystkim leżały zawartości szafek. Brakowało tylko śmierdzącej kupy na środku sali. Ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby zrobić coś takiego podczas naszej nieobecności.

Zabraliśmy się do porządkowania. Nie było to łatwe zadanie, gdyż nieporządek był wielki, a ponadto pod dyktando podoficera musieliśmy zrobić toaletę poranną z goleniem i myciem zębów włącznie. Oczywiście działo się to w ściśle określonym czasie. Zaraz po doprowadzeniu sali do porządku zabraliśmy się do wymiany butów, które zostały pomieszane i włożone na nogi do porannej zaprawy.

W czasie wymiany obuwia do sali wszedł działonowy Kowal, oznajmiając:

– Jeżeli któryś z was zostawi źle pościelone łóżko, to niech będzie pewien i się głupio nie dziwi, że zastanie pilota, tak jak miało to miejsce dziś na porannej zaprawie. Ja pokazywałem, jak należy ścielić łóżka, i nie mam zamiaru pokazywać tego jeszcze raz. To do was należy odpowiednie przyłożenie się do tej sprawy. Zaraz idziemy na śniadanie, a o siódmej trzydzieści odbędzie się apel poranny.

Apel odbywał się na placu przed wejściem do naszej baterii, obok trybuny honorowej. Stanęliśmy kolejno: plutony jedenasty, dwunasty i trzynasty. Przed nami ukazała się postać szefa baterii, który objął nad nami dowodzenie. Przesunął pierwszy szereg o dwa kroki do przodu i zaczął sprawdzać nasz wygląd zewnętrzny. Kto miał brudne buty lub nie był dokładnie ogolony, dostawał cztery minuty i biegiem udawał się na pododdział w celu poprawienia wyglądu zewnętrznego. Ci nieogoleni po kilku minutach wracali, meldując szefowi wykonanie rozkazu. Twarze ich były zakrwawione od szybkiego i dokładnego golenia. Szef, po ich skrupulatnym obejrzeniu, kazał im szybko wracać na miejsca w plutonach.

Po sprawdzeniu stanu osobowego i wyglądu zewnętrznego szef baterii złożył meldunek do dowódcy baterii, który stał z dowódcami plutonów:

– Obywatelu kapitanie, szef pierwszej baterii podchorążych chorąży Krawczyk melduje pierwszą baterię do apelu porannego. Stan plutonami. – Kapitan przywitał się z szefem.

– Dajcie spocznij! – odpowiedział.

– Spocznij! – wydał komendę szef.

– Dowódcy plutonów dołączyć do swoich plutonów! – wydał rozkaz kapitan. – Chciałbym jeszcze raz powitać wszystkich kandydatów na oficerów w naszej szkole i życzyć wam jej ukończenia. To naprawdę dobra szkoła – stwierdził. – Dzisiejszy dzień przedstawia się następująco. Od godziny ósmej będziecie obszywać mundury i odbywać rozmowy z dowódcami plutonów. Na godzinę dwunastą zaplanowałem zwiedzanie szkoły. Po obiedzie szef baterii wypłaci należne uposażenie i wyda papierosy. Odbędą się dalsze rozmowy oraz wymiana i obszywanie umundurowania. Ci, którzy przyjechali w nocy, zaraz po apelu zgłoszą się do szefa. Pluton dwunasty o godzinie szesnastej powtarza poranną zaprawę, bo nie wyrobił się w czasie. Od jutra zaczynamy szkolenie, szczegółowy plan wisi przy stoliku podoficera. Proszę się z nim zapoznać. Szef baterii, odprowadzić pododdział do miejsca zakwaterowania.

– Rozkaz! – odpowiedział i wydał stosowne komendy.

Z magazynu pobraliśmy biały sznurek, którym obszywaliśmy pagony na mundurach wyjściowych oraz „korpusówki” wojsk rakietowych i artylerii. Były to małe metalowe symbole dwóch skrzyżowanych luf armatnich oraz okrągłe „woski” – symbol słuchaczy wyższych szkół oficerskich. Niektórzy pobierali tasiemki na stopnie wojskowe, gdyż przyszli ze służby zasadniczej i mieli już jakieś stopnie wojskowe. Pracy było sporo, obszywaliśmy mundury służbowe, wyjściowe, letnie oraz zimowe. Wszystko musieliśmy zrobić zgodnie obowiązującymi przepisami – na wymiar i pod linijkę. Miało to być wykonane ładnie i estetycznie, żeby nikt z pełniących służbę dyżurną w biurze przepustek nie miał żadnych zastrzeżeń do naszego wyglądu i nie zawrócił nas na pododdział z powodu nieregulaminowego wyglądu – nieprawidłowego obszycia mundurów. Zajęcia z krawiectwa trwały, jak to zaplanował dowódca, do godziny dwunastej i zaraz potem wykonano zbiórkę. Pod wodzą samego dowódcy baterii zaczęliśmy zwiedzanie szkoły. Najpierw pokazał nam komendę szkoły, miejsce pełnienia służby oficera dyżurnego i biuro przepustek. Potem pokazał nam, gdzie znajduje się klub dla podchorążych i kantyna. Następnie zwiedziliśmy katedrę topografii, ogólną i wychowania fizycznego, które mieściły się niedaleko siebie. Poszliśmy w drugi koniec szkoły. Po drodze minęliśmy plac apelowy, boisko, izbę chorych i stołówkę. Te miejsca zdążyliśmy już poznać. Dalej przeszliśmy na plac zachodni, gdzie mieścił się Wojskowy Ośrodek Szkolenia Poligonowego. Po zwiedzeniu ośrodka udaliśmy się na strzelnicę. Było tu bardzo głośno od huku broni. Po pokazie strzeleckim zwiedziliśmy muzeum artylerii, bibliotekę i poligon małokalibrowy, na którym trwały zajęcia ze strzelania artyleryjskiego na makiecie poligonu. Zamiast prawdziwych dział, strzelały tu imitujące je karabinki sportowe. Po tym ciekawym pokazie, przeszedłszy koło szkolnego kina, udaliśmy się do biblioteki, katedry sprzętu artyleryjskiego, taktyki, strzelania artyleryjskiego i nauk społeczno-politycznych. Już nieco znużeni tym pokazem odwiedziliśmy Izbę Pamięci i będącą niedaleko placówkę pocztową. Zmęczeni wróciliśmy na pododdział, gdzie odbył się apel południowy, po którym zaraz udaliśmy się na obiad. Po obiedzie o godzinie szesnastej dwunasty pluton powtarzał zaprawę poranną, reszta obszywała dalej mundury, pobierała od szefa uposażenie i chodziła na rozmowy do swojego dowódcy plutonu.

Stanąłem w kolejce po żołd. Szef wypłacił mi pieniądze z góry za miesiąc do przodu – bo taka obowiązywała zasada i przepis w armii. Chociaż nie paliłem, dostałem też przydział papierosów. Po podpisaniu dwóch list wróciłem do sali, ułożyłem papierosy w szafce i ponownie zabrałem się do obszywania mundurów. W trakcie tych zajęć dowódca plutonu wzywał nas na rozmowy do swojej kancelarii. Co jakiś czas do sali wpadał nasz działonowy i po nazwisku wywoływał nas do dowódcy na rozmowy. Tuż przed kolacją zostałem wywołany ja. Wstałem, poprawiłem swój wygląd i szybkim krokiem poszedłem w stronę kancelarii. Stanąłem przed drzwiami i energicznie zapukałem. – Wejść! – usłyszałem z drugiej strony drzwi. Stanąłem przed biurkiem, gdzie siedział porucznik Adam Kończalski. Wziąłem głęboki oddech, skinąłem wyraźnie głową i zacząłem składać meldunek:

– Obywatelu poruczniku, kanonier podchorąży Górecki Piotr melduje się do rozmowy.

Po tym meldunku stanąłem jak słup soli i patrzyłem w kierunku porucznika, czekając na pytania.

– Kanonierem podchorążym to wy jeszcze nie jesteście, ale niech już tak będzie – odparł porucznik.

W trakcie rozmowy pytał o rodziców, rodzeństwo, ukończoną szkołę, zainteresowania i miejscowość, z której pochodzę. Pytał też, czy mam dziewczynę. Odpowiedziałem, że stałej dziewczyny nie mam.

– To dobrze – odpowiedział. – Bo do Lipna macie blisko i mogłyby wam do głowy różne nieodpowiedzialne pomysły przychodzić.

– Chyba nie – odpowiedziałem.

– Nie pierdolcie głupot, już ja was znam – odparł. – Jak poczujecie zapach kobiety, to już was nikt nie zatrzyma. Już parę razy to się tu zdarzało.

– Nic nie wiem na ten temat – odparłem porucznikowi.

– No bo i skąd macie wiedzieć! – zaśmiał się wyraźnie rozbawiony tą odpowiedzią.

– Zgadza się, obywatelu poruczniku.

– O, jaki z was dyskutant. Czy to z waszych stron pochodzi ten roszczeniowy wąsaty przywódca Solidarności?

– Tak jest. Chodził do tej samej szkoły co ja.

– Może jeszcze powiecie, że znacie go? – spytał zdumiony porucznik.

– Osobiście go nie znam. Ale opowiadali o nim moi nauczyciele, którzy uczyli go dawno temu. Już wtedy miał skłonności do burzenia się. W tym roku w styczniu był u nas w szkole – dodałem.

– Mamy tu ciekawy przypadek, którym nie należy się chwalić – odparł porucznik.

– Mamy w Lipnie jeszcze innych sławnych ludzi, którymi możemy się poszczycić – odparłem z dumą.

– A jakich? – spytał zaciekawiony porucznik.

– Chociażby aktorzy: Pola Negri czy Wincenty Rapacki – odpowiedziałem.

– Dość już tej dyskusji. Czy należycie do jakiejś organizacji młodzieżowej? – spytał, zmieniając temat rozmowy.

– Tak! – odpowiedziałem.

– A do jakiej?

– Do ZSMP – odparłem.

– To bardzo dobrze – rzekł porucznik. – Bo w naszej baterii wszyscy muszą należeć do ZSMP. Tak sobie życzy nasz kapitan, a życzenie dowódcy staje się rozkazem – powiedział dumnie. – Widzę, że nie będzie z wami żadnych kłopotów – oznajmił.

– Myślę, że nie – zapewniłem go.

– Na dzisiaj to tyle, szykujcie się do kolacji.

– Tak jest! – potwierdziłem stanowczo i poprosiłem o pozwolenie wyjścia z kancelarii.

Po wyrażonej zgodzie odwróciłem się i wyszedłem na zewnątrz, gdzie zbieraliśmy się na kolację. Pobiegłem po niezbędnik i dołączyłem do plutonu.

Jeszcze raz było liczenie i jeszcze raz była długa kolejka, zanim zjadłem kolację. Jedliśmy w pośpiechu, gdyż w każdej chwili mogła paść komenda do opuszczenia stołówki. Na szczęście wszyscy się wyrobili ze zjedzeniem kolacji i nie było takich, którzy zabierali jedzenie z sobą i kończyli jeść w trakcie marszu lub na baterii. Gdy przyszliśmy na pododdział, była mała przerwa na papierosa, zanim usiedliśmy do oglądania obowiązkowego dziennika. I znów było tak jak wczoraj: część podchorążych spała na krzesłach i zaczęła lekko pochrapywać ze zmęczenia. Co jakiś czas wpadał dyżurny i budził tych śpiących.

Po dzienniku podzielono rejony do sprzątania. Razem z kolegą dostałem izbę żołnierską. Najpierw to, co było możliwe, położyliśmy na łóżkach i zamietliśmy podłogę. Po wytarciu jej na mokro i wyschnięciu wypastowaliśmy ją. Następnie była najważniejsza faza – froterowanie. Podłoga miała tak błyszczeć, że odbierający ją działonowy miał zobaczyć swoje odbicie w lśniącej powierzchni. Muszę przyznać, że niełatwe to było zadanie, ale do przejścia. Po przyjęciu wyczyszczonej podłogi przez działonowego ustawiliśmy równo krzesła i szafki na miejscach. Wysprzątaną i wywietrzoną salę oddaliśmy do użytku. W tym dniu to było prawie wszystko, co mieliśmy do zrobienia. Czekało nas jeszcze czyszczenie obuwia i toaleta wieczorna.

Doświadczeni o dzisiejszą poranną zaprawę, ułożyliśmy buty w kolejności spania na sali i każdy w sobie znany sposób zaznaczył miejsce, w którym się znajdują. Wszystko po to, żeby nie pomieszać butów w czasie porannej pobudki. Zmęczeni i przebrani w piżamy położyliśmy się do łóżek. O niczym innym nie marzyłem jak o spokojnej nocy i dobrym śnie. Na korytarzu podoficer dyżurny znowu śpiewającym donośnym głosem ogłosił:

– Bateria, capstrzyk! Gasną światła na salach.

W tym momencie wszedł na salę działonowy Kowal, powtarzając komendę podoficera dyżurnego. Sprawnie nas przeliczył i wyszedł z sali.

Zapadła cisza, nikt nie miał siły się odezwać. W takim spokojnym nastroju i kłębiących się w głowie myślach zasnąłem.

UNITARKA

Punktualnie o szóstej rano podoficer dyżurny ogłosił pobudkę. Zaraz po tym do sali wpadł działonowy Kowalik z wrzeszczącą gębą:

– Pobudka! Pobudka! Wstać! Wstawać, śpiochy, zabierać buty z korytarza!

„O nie! To dopiero trzeci dzień w wojsku, a ileż jeszcze do końca! – pomyślałem. – Czy ja to wytrzymam…?” – pełen wątpliwości zapytałem sam siebie.

Zwlokłem się z łóżka i szybko poszedłem po buty. Dzisiaj odbyło się to sprawniej i nikt nie pomieszał butów. Podoficer podał strój na poranną zaprawę. Ubrałem się, posłałem łóżko i wyszedłem na korytarz. Przeliczeni, wyszliśmy na plac apelowy. Tak jak w poprzednim dniu była ładna pogoda. Poranne słońce świeciło na nasze zaspane twarze, a lekki ciepły wiatr budził nas do życia. Po małej rozgrzewającej gimnastyce pobiegliśmy na trzy wyznaczone okrążenia wokół szkoły. I znów zaczęły się kłopoty z biegiem. Kapitan Furiata wrzeszczał jak opętany:

– Szybciej, bo nie zdążycie i będziecie powtarzać bieg, a ja wam, koty, nie popuszczę!

Wizja powtarzanej zaprawy wydusiła z nas resztki sił i w wyznaczonym czasie ukończyliśmy bieg. Pozostało nam jeszcze jedno zmartwienie: co stało się z naszymi łóżkami?

Wszedłem do sali i o dziwo zastałem lepszy porządek niż wczoraj po zaprawie. Ale dwa łóżka miały pilota, bo gdzieżby tam – nie mogło być przecież zrobione wszystko dobrze. Bo my mieliśmy się szkolić, doskonalić swoje czynności oraz trenować hart ducha i posłuszeństwo wobec przełożonych. A ci dostarczali nam tego na każdym kroku. Po doprowadzeniu sal do porządku już bardzo głodni poszliśmy na śniadanie. I tu jak wczoraj trzeba było odstać swoje w kolejce, żeby zjeść posiłek. Nie mając po śniadaniu dużo czasu, szybko wróciliśmy na pododdział, gdzie trwały przygotowania do apelu porannego.

Ustawiliśmy się kolejno plutonami. Dowodzenie nad nami przejął szef baterii. Przesunął pierwszy szereg dwa kroki do przodu i zaczął sprawdzać wygląd zewnętrzny. Podszedł do kolegi stojącego obok mnie i zapytał:

– Dlaczego obywatel podchorąży się nie ogolił?

– Goliłem się, obywatelu chorąży – odpowiedział.

– Ja nie pytam was, czy się goliliście, tylko czy jesteście ogoleni! Macie cztery minuty na doprowadzenie się do porządku.

– Tak jest! – odpowiedział i biegiem udał się na baterię.

W miarę jak szef dalej sprawdzał, co jakiś czas ktoś z nas opuszczał szereg w celu doprowadzenia do porządku swojego wyglądu zewnętrznego. Ci, do których jeszcze nie dotarł, czyścili buty, stojąc na jednej nodze. Pocierali je czubkami o nogi, doprowadzając do odpowiedniego połysku. Ale szef to stary lis i wyczuł sprawę. Tych, którzy tak robili, zauważył i odesłał na baterię. Po paru minutach z zakrwawionymi twarzami i wyczyszczonymi butami wszyscy meldowali wykonanie rozkazu.

– O, teraz to całkiem inaczej! Jesteście podobni do żołnierza – skomentował i kazał wstąpić do szeregu.

Szef po przejrzeniu nas i odebraniu meldunków o stanach osobowych złożył meldunek dowódcy baterii.

Kapitan stanął przed nami na środku i przywitał się:

– Czołem, podchorążowie!

– Czołem, obywatelu kapitanie! – odpowiedzieliśmy nierównym chórem. Brzmiało to bardzo żałośnie.

– Dowódcy plutonów do jutra poćwiczą z plutonami przywitanie, bo to, co teraz zaprezentowaliście, to jest obraza dla szkoły i skandal. Jak dziadki pod kościołem – skomentował. – Wracając do dzisiejszych spraw. Od ósmej do jedenastej będą odbywały się zajęcia z regulaminów służby wewnętrznej, a od wpół do dwunastej do czternastej zajęcia z musztry. Po południu od szesnastej do osiemnastej nauka piosenki marszowej połączona z elementami musztry. W późniejszym terminie odbędzie się konkurs między plutonami na najlepiej wykonaną defiladę i piosenkę marszową. Jutro na poligonie specjalnie dla was odbędzie się pokaz strzelania artyleryjskiego. Pokażemy wam, jak wyglądają stanowiska ogniowe i punkty dowodzenia ogniem. Szczegóły jutro. Bateria, baczność! Dowódcy plutonów odprowadzić plutony na zajęcia! Spocznij! – rozkazał.

Dowodzenie przejął pomocnik dowódcy plutonu i zaprowadził nas prosto do sali wykładowej. Punktualnie o ósmej do sali wszedł porucznik Adam Kończalski. W tym momencie pomocnik podał komendę:

– Pluton, powstań! – I zameldował: – Obywatelu poruczniku, pomocnik dowódcy jedenastego plutonu starszy kapral podchorąży Felkowski melduje jedenasty pluton do zajęć z regulaminu służby wewnętrznej. Stan plutonu dwudziestu czterech podchorążych. Wszyscy obecni.

– Dziękuję! Dajcie spocznij! – rozkazał porucznik.

– Spocznij! Siadać! – przekazał machinalnie do nas pomocnik.

Siedliśmy wygodnie w ławkach. Wszyscy siedzieli jak najbliżej prowadzącego zajęcia, nie mogło być przerw między siedzącymi. W skupieniu czekaliśmy na nową partię wojskowej wiedzy, która rzekomo ułatwi nam życie w tej społeczności. Zajęcia prowadzone były starannie i dobrze przygotowane przez prowadzącego. W przykładach praktycznych pomagali dowódcy działonów. Każdy z nich miał przygotowaną kartę pracy do każdego przerabianego tematu. Chłonęliśmy tę wiedzę, gdyż każdy z nas chciał dobrze wypaść i zaliczyć egzamin na koniec szkolenia. Zaliczenie tego i jeszcze innych szkoleń oraz dobra samodyscyplina upoważniały nas do najważniejszej sprawy, jaką była przepustka.

Po przerwie na drugie śniadanie udaliśmy się na plac apelowy, gdzie miały odbyć się zajęcia z musztry. I tak jak poprzednio zaczęło się od meldunku i oczywiście od przywitania, które było naszą słabością. Ale po kilkakrotnym przećwiczeniu problem zaczął znikać. Coraz sprawniej nam to wychodziło. Wydzieraliśmy się z całej mocy, a odgłos powitania rozchodził się po całej szkole. Zajęcia przez naszych przełożonych były dobrze prowadzone. My zaś byliśmy dobrymi słuchaczami, a po kilkakrotnym przećwiczeniu tematu – dobrymi praktykami. Współpraca przebiegała nadzwyczaj dobrze, bo każdy z nas chciał wyjść po przysiędze na przepustkę. W porównaniu do regulaminów, te zajęcia były bardzo wyczerpujące. Nie mogliśmy doczekać się końca. Gdy nastała ta chwila, udaliśmy się na pododdział. I tu znów był apel, obiad i trochę wolnego czasu przed zajęciami popołudniowymi. Odbywały się one już bez dowódcy plutonu, prowadzili je działonowi.

Zebraliśmy się na placu apelowym i w kolumnie marszowej udaliśmy się w kierunku boiska. Przed nami szedł i prowadził nas działonowy Kowal. Wydał komendę:

– Prawoskrzydłowy podać krok i tytuł piosenki!

– Lewa! Lewa! Lewa! – podał głośno krok prawoskrzydłowy. – Tytułu piosenki nie znam – oznajmił głośno.

– Jak to nie znasz?! – odparł zdziwiony Kowal. – To ja was zaraz wszystkich nauczę! – wrzasnął i wydał komendę: – Pluton, dookoła boiska biegiem marsz!

Pobiegliśmy. W trakcie biegu uzgodniliśmy, że zaśpiewamy „Szumi dokoła las”. Po dwóch okrążeniach Kowal zatrzymał nas i oświadczył:

– Daję wam dwa dni na nauczenie się dwóch piosenek. Osobiście będę każdego odpytywał i zamelduję o tym dowódcy. A teraz jeszcze raz prawoskrzydłowy poda krok w marszu i tytuł piosenki.

Ruszyliśmy do przodu, prawoskrzydłowy podał krok:

– Lewa! Lewa! Lewa! Tytuł piosenki: „Szumi dokoła las”.

Zaczęliśmy okropnie – jak prawdziwe dziady pod kościołem. Śpiew najwyraźniej nam się nie kleił. Ci, którzy nie znali słów, wpadali na orbitę, czyli biegali dookoła plutonu, gdy ten maszerował. Nie mogliśmy doczekać się końca zajęć, byliśmy wyczerpani i głodni. Czekaliśmy na powrót do pododdziału. Tak też się niebawem stało. Kowal kazał orbitującym zająć miejsca w plutonie i poprowadził nas na baterię. Nie ukrywaliśmy zadowolenia, jeszcze tylko kolacja, dziennik, sprzątanie rejonów i upragnione spanie.

Następny dzień w armii okazał się trochę inny niż poprzednie. Szybko uporaliśmy się z czynnościami porannymi i zaprawą. Po śniadaniu stanęliśmy do apelu porannego. Dziś już nie było poprawiających swój wygląd zewnętrzny, każdy z nas stanął na wysokości zadania. Twarze uśmiechnięte, ogolone i wyperfumowane. Buty napastowane i wyglansowane, że się świeciły jak psu jajka. Nie uszło to oczywiście uwagi szefa, który nie był skory do prawienia komplementów młodym podchorążym.

– No, dziś wyglądacie oszałamiająco. Szkoda, że wasze matki i dziewczyny was nie widzą. Byłyby z was bardzo dumne. Tak ma być na każdym apelu – skomentował.

Pogoda była bardzo ładna, poranne słoneczko zaczęło świecić nam po oczach, lecz to nie zakłóciło całego porannego ceremoniału. Widać było, że dobry nastrój udzielił się wszystkim dowódcom. Chyba przez ten dzisiejszy wyjazd?

Po odczytaniu rozkazu wyjazdu udaliśmy się do Punktu Kontroli Technicznej – inaczej PKT. Tam załadowaliśmy się na samochody. W lukach plandeki stali działonowi i trzymali w ręku chorągiewki. W lewej czerwoną, a w prawej żółtą. Po sygnale ruszyliśmy w stronę poligonu. Jechaliśmy bulwarem Filadelfijskim, wzdłuż Wisły przy Starym Mieście. Przyglądałem się dziewczynom, które zmierzały do szkoły. Co jakiś czas machały nam na powitanie. „Kiedy znowu ja będę mógł sobie tak chodzić?” – pomyślałem. I chyba w tym myśleniu nie byłem sam, gdyż wszyscy zamyślili się. Przejechaliśmy most na Wiśle. Z mostu widać było piękną panoramę starego Torunia, z licznymi wieżami kościołów i murami obronnymi. Dalej ulicą Poznańską dojechaliśmy do poligonu. Zajechaliśmy na stanowiska ogniowe. Rozmieszczono tu w ukryciu sześć dział kalibru sto pięćdziesiąt dwa milimetry. Gdy zajęliśmy swoje bezpieczne miejsca i byliśmy gotowi do obejrzenia pokazu, oficer ogniowy dał znak do zajęcia stanowisk. Niesamowity ruch zapanował na pobliskim polu. Samochody zaciągnęły wszystkie działa w tym samym czasie na stanowiska. Obsługa dział wyskoczyła z samochodów i w zawrotnie szybkim tempie ustawiła te potężne działa do strzelania. Trwało to dosłownie kilkadziesiąt sekund. Następnie do każdego z dział zajechał wóz amunicyjny i pozostawił po kilka skrzyń z amunicją. Teraz można już było prowadzić ogień. Po wprowadzeniu nastaw na działo kierunkowe – jest to zazwyczaj trzecie w baterii, znajdujące się w środku – obsługa oddała jeden strzał. Stałem zaraz za tym działem. Potężny huk rozległ się wokół, z lufy wydobył się pocisk, a wraz z nim smuga ognia. Fala uderzeniowa była tak wielka, że leżące niedaleko torby z manierkami pofrunęły na kilka metrów do góry. Patrząc wzdłuż osi lufy, można było zauważyć lecący pocisk artyleryjski. Po chwili z tego samego działa obsługa oddała jeszcze jeden strzał. I znów ogromny huk ogarnął całe stanowisko ogniowe. Byłem pod wielkim wrażeniem. I nie tylko ja. Gdzieś w oddali słychać było huk wybuchającego pocisku. Dosłownie po kilku sekundach od tego wybuchu działony wprowadziły nowe nastawy i załadowały działa. Oficer ogniowy wydał komendę:

– Bateria, salwą ognia!

W tym momencie wszystkie działa wygarnęły ogniem z luf, które pod wpływem siły odrzutu cofnęły się. Ogony dział wbiły się w ziemię, która zadrżała w momencie wystrzału. Dopiero teraz usłyszałem, co to jest naprawdę huk. Potężna fala huku uderzyła w nas. Zatrzepotała naszymi spodniami. Myślałem, że mi je zedrze z dupy. Serce stanęło mi na moment, do głowy poszła krew. W nozdrzach poczułem specyficzny zapach prochu. Chyba nie ogłuchłem? Dla sprawdzenia zawołałem sam coś do siebie. Usłyszałem swój głos. „To dobrze” – pomyślałem. Wszyscy stojący obok krzyknęli z zachwytu:

– O kurwa! Co za fajerwerki!

Zaraz po tym nastąpiła komenda:

– Trzema salwą ładuj!

Usłyszałem szczęk otwieranego zamka. Z lufy wypadła gorąca miedziana duża łuska. Jeszcze raz załadowano działa. Po czym na komendę oficera ogniowego: – Ognia! – oddano trzy bezbłędne salwy, które, jak poprzednie strzały, przeszyły nas hukiem i dreszczem emocji.

Strzelanie zakończono, mogliśmy podejść do dział, popatrzeć, pokręcić częściami i porozmawiać z bohaterami tego przedstawienia. A byli to podchorążowie drugiego rocznika.

– Za rok będziecie też tak strzelać – oświadczył dowódca działa.

– Chyba nie wytrzymamy – odpowiedziałem.

– Nie jest tak źle. Zresztą sami zobaczycie już po przysiędze i jak skończy się wam unitarka – odparł działonowy.

– Zobaczymy… – Uśmiechnęliśmy się i poszliśmy dalej.

Zajęliśmy poprzednie miejsca. Bateria ogniowa przeszła pod komendą oficera ogniowego do dalszego działania.

– Bateria, odbój! – wydał głośno rozkaz oficer.

W tym momencie na stanowiskach zawrzało. Samochody podjechały pod swoje działa. Sprawnie je złożono i podczepiono do haka holowniczego. Wkrótce wszyscy zjechali w rejon ukrycia. My zaś udaliśmy się na drugie śniadanie, które przygotował szef. Czekała na nas gorąca grochówka z wkładką i bułką. Oczywiście wszystkim nam to typowe danie wojskowe smakowało.

Po drugim śniadaniu pojechaliśmy zobaczyć, jak wygląda punkt dowódczo-obserwacyjny. Zajechaliśmy pod wielką górę, na którą musieliśmy się wdrapać. Tu zobaczyłem wykopaną do wysokości głowy transzeję i kilku żołnierzy. Dowodził nimi młody porucznik. Na stanowisku tym panowały cisza i porządek, każdy wiedział, co ma robić. Miejsce to nie było już takie ekscytujące jak poprzednie. Na tym miejscu kierowano ogniem dział artyleryjskich. Podawano nastawy i poprawki do strzelania. Po kilku pytaniach zadanych obsłudze punktu udaliśmy się do samochodów i tą samą trasą wróciliśmy do szkoły.

Wieczorem, leżąc już w łóżku, myślałem o dzisiejszych pokazach. To był naprawdę udany pokaz sztuki i dobrego rzemiosła artyleryjskiego. Byłem dumny z tego, że mogłem uczestniczyć w tym, jak wtedy myślałem, ważnym dla obronności, a więc patriotycznym wydarzeniu. Spełniały się moje chłopięce marzenia. Byłem tym podbudowany – pomyślałem, że być może uda się dotrwać do końca szkoły i zostać oficerem Wojska Polskiego. Ale przede mną była jeszcze długa i trudna, jak się okazało, droga. I tak w tym pozytywnie dobrym i marzycielskim nastroju, wtulony w poduszkę, zasnąłem.

W piątym dniu pobytu w szkole, czyli w piątek, nic szczególnego się nie wydarzyło. Do południa odbywały się zajęcia z regulaminów i musztry. Po południu działonowy Kowal, jak wcześniej zapowiedział, przepytywał nas ze znajomości co najmniej dwóch piosenek żołnierskich. Żeby nie było śmiechu, odbywało się to w następujący sposób. Pluton odbywał musztrę z działonowym Górolczykiem. Pojedynczo w kolejności alfabetycznej każdy chodził zaliczać śpiew. Jak jeden wrócił do plutonu, szedł następny. Przesłuchanie odbywało się na świetlicy. Jako że moje nazwisko zaczyna się na G, byłem jednym z pierwszych.

Stanąłem przed drzwiami i energicznie zapukałem.

– Wejść! – usłyszałem.

Po chwili byłem w środku i złożyłem meldunek siedzącemu na środku za stolikiem Kowalowi:

– Obywatelu kapralu, kanonier podchorąży Górecki melduje się do przeglądu piosenki!

– Więc co nam zaśpiewacie? – odparł.

– „Kalina Malina” i „Szumi dokoła las” – odpowiedziałem.

– Wobec tego zaczynajcie!

Zacząłem bardzo poważnie śpiewać pierwszą piosenkę – którą, ku mojemu zdziwieniu trochę fałszując, skończyłem. Wyglądało to jak kabaret. Ale trudno. „Czego się nie robi dla ojczyzny” – pomyślałem.

– Teraz drugą! – powiedział Kowal.