Miesiecznik W drodze 3/2021 (571) - Wydanie zbiorowe - ebook

Miesiecznik W drodze 3/2021 (571) ebook

Wydanie zbiorowe

4,5

Opis

Dominikański miesięcznik z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności a perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 214

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (19 ocen)
14
2
2
1
0

Popularność




Drodzy Czytelnicy,

popularność apostazji to jeden z efektów zaostrzającej się debaty ideologicznej w Polsce. I choć ludzie od zawsze odchodzili od Kościoła, to dziś przybiera to formę celebracji świeckiego sakramentu anonsowanego internetowym hasztagiem #tezodchodzę, powołaniem do życia licznika apostatów i obowiązkowym zdjęciem ze stosownym dokumentem w mediach społecznościowych. Powody tego stanu rzeczy są różne. Dla jednych jest to moda, dla innych rozczarowanie brakiem reakcji wobec ujawniania kolejnych skandali z udziałem duchownych. Jeszcze inni wprost deklarują swój sprzeciw wobec nauki Kościoła. W odpowiedzi mamy reakcje tych, którzy wzywają do modlitwy za odchodzących, i tych, którzy popularyzują akcję #zostajenaskale. Ale też i takich, którzy podsumowują sprawę stwierdzeniem, że przecież nie można się odchrzcić i zmazać z siebie skutków sakramentu. Całość natomiast rozgrywa się w kontekście coraz głośniej artykułowanych postulatów oddzielenia instytucjonalnej rzeczywistości państwa od Kościoła.

Wszystko to rodzi istotne pytania dla chrześcijan: Czy świadome praktykowanie wiary ma się sprowadzać wyłącznie do prywatnej sfery duchowej i akcji charytatywnych? Co z sytuacjami, w których Kościół, czy chce tego, czy nie, jest cynicznie używany w doraźnej grze politycznej? A także, jak zauważa w swoim tekście Krzysztof Mazur, co wtedy, gdy chrześcijanie odwołują się do istotnych dla siebie pojęć, takich jak grzech, nawrócenie, zbawienie, które są niepopularne we współczesnej demokracji?

Zdaję sobie sprawę, że nie rozwiążemy wszystkich problemów. Mam jednak nadzieję, że refleksja, jaką Państwo znajdą w tym numerze miesięcznika, pomoże nam budować Kościół bardziej ewangeliczny, a mniej korporacyjny. Bo jestem głęboko przekonany, że ograniczenie nieformalnych przywilejów może przynieść naszej wspólnocie nie tylko większą wiarygodność w oczach świata, ale przede wszystkim odnowioną zdolność do głoszenia Ewangelii. ¶

Ja też odchodzę

Zdecydowana większość apostatów to osoby, które praktycznie dużo wcześniej rozstały się z Kościołem – nie uczestniczyły w praktykach religijnych, nie chodziły na mszę świętą, nie przyjmowały sakramentów. Apostazja jest więc dla nich jedynie formalnym potwierdzeniem czegoś, co już trwało.

Z ks. Wojciechem WęgrzyniakiemrozmawiaKatarzyna Kolska

Czy miał ksiądz okazję spotkać kogoś, kto deklarował, że chce dokonać aktu apostazji albo kto już się na to zdecydował?

Tak. Napisałem kiedyś na Facebooku informację, że martwi mnie to, że ludzie, którzy chcą odejść od Kościoła, czasami robią to bez głębszego zastanowienia, nie próbują zrozumieć pewnych rzeczy, poukładać sobie tego jakoś, dowiedzieć się, gdzie jest problem, gdzie jest kwestia prawdy czy nieprawdy. I wtedy zgłosiło się do mnie parę osób.

Czy decyzja o akcie apostazji to złość i rozczarowanie Kościołem czy złość i rozczarowanie Panem Bogiem?

Kodeks prawa kanonicznego mówi, że apostazja to całkowite porzucenie wiary chrześcijańskiej. A to oznacza, że ktoś odrzuca Ewangelię i Chrystusa. Wydaje mi się jednak, że w potocznym rozumieniu osoby, które na taki krok się decydują, wyrażają w ten sposób swoje niezadowolenie czy nawet bunt wobec Kościoła, który kojarzy im się ze złymi biskupami i księżmi i w związku z tym nie chcą mieć nic do czynienia z taką instytucją.

Ponadto osoby, które do mnie przyszły, mówiły o tym, że nie akceptują pewnych zasad Kościoła, choć raczej nie chodziło im o prawdy wiary, takie jak niepokalane poczęcie Maryi czy nieomylność papieża, ile raczej o zasady moralności. Dlatego, chcąc być uczciwe w swoim sumieniu, decydowały się na apostazję.

Co to oznacza dla takiego człowieka?

Że odrzuca wiarę chrześcijańską i jest poza Kościołem, poza wspólnotą. Jest to pewna forma ekskomuniki. To tak, jakbym powiedział, że rezygnuję z obywatelstwa polskiego, wyjeżdżam z kraju i od tej pory będę mieszkał w Nowej Gwinei. To nie znaczy, że nie mam wspomnień z Polski, że wszystko, co było w Polsce jest złe, natomiast decyduję się na to, że nie należę do tej wspólnoty, nie mam wobec niej zobowiązań, ale nie mam też przywilejów. Dla apostatów oznacza to na przykład, że nie będą mieli pogrzebu kościelnego, jeśli przed śmiercią nie wyrażą skruchy i się nie nawrócą.

A taki powrót jest możliwy?

Tak i warto o tym powiedzieć. Może się zdarzyć, że ktoś swoją decyzję o porzuceniu wiary i Kościoła po pewnym czasie uzna za złą, nie do końca przemyślaną. Można wtedy wrócić do Kościoła, przejść przez pewien proces powrotu, wyznać publicznie wiarę. Najlepiej po dokładniejsze informacje podejść do urzędu parafialnego. Natomiast jeśli się odeszło, to trudno mieć pretensje, że wspólnota nie chce dać mi czegoś, co należy tylko do tych, którzy tę wspólnotę tworzą.

No właśnie. Krążyła w internecie informacja o pani, która dokonała apostazji i kilka miesięcy później była zdumiona, że ksiądz nie wyraził zgody na to, by była matką chrzestną. To chyba jakiś fake news…

Też mi się tak wydaje. Problem jest taki, że w wielu krajach – w Polsce, w Anglii czy w Irlandii – mieszamy porządek kulturowy z religijnym. Niektórzy myślą, że apostazja to jedynie wypisanie się z rejestrów kościelnych i bycie religijnym freelancerem. I w związku z tym Kościół ma obowiązek pogrzebać zmarłego, ochrzcić, udzielić zgody na bycie rodzicem chrzestnym. To nie jest kwestia obowiązku. Owszem, Kościół jest bardzo otwarty, dużo bardziej otwarty niż wiele innych organizacji, ale jeżeli ktoś nie spełnia pewnych określonych warunków, to niestety nie może uzyskać tego, co chce.

Osoba, która dokonuje aktu apostazji, dalej pozostaje osobą ochrzczoną, prawda?

Tak. Pewnych rzeczy nie da się usunąć. Jeśli ktoś wszedł w związek małżeński i po iluś latach jego małżeństwo się rozpadło, to nie da się zaprzeczyć temu, że on w tym związku był. Nawet z rejestrów cywilnych się tego nie wykreśli.

Nie ma ksiądz poczucia, że taka wyraźna deklaracja odejścia od Kościoła stała się w ostatnim czasie pewną modą, dowodem odwagi i nonkonformizmu?

Trochę tak. Zdecydowana większość apostatów to osoby, które praktycznie dużo wcześniej rozstały się z Kościołem – nie uczestniczyły w praktykach religijnych, nie chodziły na mszę świętą, nie przyjmowały sakramentów. Apostazja jest więc dla nich jedynie formalnym potwierdzeniem czegoś, co już trwało.

Kiedyś na apostazję decydowali się nieliczni, teraz zdarza się to nieco częściej.

Ludzie zachęcają się nawzajem do tego. „Jeszcze tej jesieni możesz być poza Kościołem” – to hasło, które pojawiło się pod koniec zeszłego roku w internecie.

Trudno wnikać w czyjeś sumienie, czy dana osoba robi to, by wyrazić swoją dezaprobatę dla tego, co się dzieje w Kościele, czy też ze względu na to, że robią to inni. A ponieważ nigdy nie była specjalnie religijna, decyduje się na taki krok. I przy okazji chwali się swoją odwagą i bohaterstwem, bo jeszcze nikt w rodzinie czy w wiosce tego nie zrobił. Bez względu na to, jakie stoją za tym motywacje, zawsze trzeba podejść do takiego człowieka z szacunkiem, porozmawiać z nim, jeśli w ogóle wyraża taką chęć, i dać mu możliwość odejścia. Bo przecież w chrześcijaństwie podkreślamy dwie najważniejsze rzeczy: miłość i wolność.

Jeśli więc ktoś po dogłębnym przemyśleniu czy nawet jakiejś wewnętrznej walce duchowej podejmuje taką decyzję, to ja mogę tylko powiedzieć: OK, to jest twoja droga, twój wybór, ale to nie oznacza, że ja będę cię mniej kochał czy mniej szanował.

Ta chęć dokonania aktu apostazji pojawiła się u niektórych w związku z ujawnianymi skandalami pedofilii w Kościele. Ludzie mówili, że nie chcą być w takiej instytucji, której muszą się wstydzić. Ale czarę goryczy przelał chyba wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji.

Szczerze mówiąc, nie do końca to rozumiem, a nawet wydaje mi się to trochę nielogiczne. Trybunał Konstytucyjny jest organem Rzeczypospolitej Polskiej, a nie Kościoła. Dlatego ludzie, którzy poczuli się dotknięci orzeczeniem trybunału, powinni w akcie buntu spakować się i wyjechać z kraju. Bo co Kościół ma tutaj do rzeczy? Nauczanie Kościoła w sprawie aborcji jest dobrze znane i ono się nie zmienia. Jako chrześcijanie chcemy, żeby żadne dziecko na tym świecie nie było zabijane.

Rozumiem natomiast emocje, które temu towarzyszyły, bo one pokazują jakiś głębszy proces.

Sygnały o przypadkach pedofilii w Kościele docierały do nas co jakiś czas, Kościół sobie ze sprawcami radził i radzi lepiej lub gorzej. Nie możemy więc powiedzieć, że nic o tym nie wiedzieliśmy i nigdy o tym nie słyszeliśmy. Jeśli jednak człowiek jest z różnych powodów obrażony na Kościół albo od wielu lat przeżywa kryzys wiary, to wystarczy jedna rzecz, która przechyli szalę. Ale to wciąż nie jest argument za tym, by porzucać swoją wiarę i opuszczać instytucję, w której wspólnie tę wiarę wyznajemy.

A jak inaczej ludzie mogą wyrazić swój sprzeciw wobec tego, co w ostatnim czasie dzieje się w Kościele?

Rozmawiać, pisać, dyskutować, a najlepiej mierzyć się z konkretnymi problemami. Bo kiedy ktoś przychodzi na rozmowę i mówi, że mu się nie podoba ogólnie Kościół albo biskupi, to za wiele zrobić nie można. Inaczej to wygląda, gdy ktoś mówi, że ma problem z tym, że ja za szybko mówię kazania. Wtedy możemy się nad tym pochylić. Największy sens ma spotkanie pacjentów z lekarzami, a nie teoretyczne dyskusje na temat chorób.

Jakich argumentów ksiądz używa podczas rozmowy z osobą, która myśli o porzuceniu Kościoła?

Przede wszystkim słucham. Chcę poznać powody tej decyzji. Jest w tym zazwyczaj bardzo wiele emocji, a czasami nawet egzystencjalnego bólu. Kiedy emocje opadną, pojawia się szansa na spokojną rozmowę. I wtedy niejednokrotnie się przekonuję, że ludzie w ogóle nie poznali nauki katolickiej ani Ewangelii. Oni słyszą jedynie, że Kościół ukrywa pedofilię, więc stwierdzają: „No to ja w takim razie nie chcę mieć nic wspólnego z organizacją, która kryje pedofilów”.

Wczoraj uczestniczyłem w dyskusji na temat rozdziału państwa od Kościoła. Pojawił się tam wątek funduszu kościelnego. Młodzi ludzie, z którymi rozmawiałem, zaangażowani w życie Kościoła, w ogóle nie wiedzieli, w jaki sposób ten fundusz powstał, że jest to rodzaj rekompensaty za dobra materialne i majątki zabrane Kościołowi przez państwo.

Ale potoczne przekonanie jest takie, że państwo za darmo oddaje pieniądze Kościołowi, więc trzeba z tym jak najszybciej skończyć. Mówię o tym dlatego, że podczas tych rozmów o apostazji często pada argument, że Kościół coś tam zrobił czy czegoś nie zrobił. Ale nie każdy zadaje sobie trud, żeby sprawdzić czy to „coś tam” rzeczywiście miało miejsce i czy naprawdę to „coś tam” tak wygląda, jak słyszymy o tym w mediach.

Przekonuje ksiądz swoich rozmówców, by nie odchodzili z Kościoła?

Zawsze zostawiam człowiekowi wolność. Kiedy Judasz wychodził z Wieczernika, Jezus go nie zatrzymywał, nie mówił do niego: „Nie rób tego, bo się powiesisz”, nie prosił Piotra, żeby mu wytłumaczył ręcznie, że się tak nie robi, ani nie prosił uczniów, żeby go przekupili. Nie mówił: „Dajcie mu pięćdziesiąt srebrników, on będzie miał pieniądze, a Ja będę miał życie. Spróbujmy znaleźć jakiś kompromis”. Nie, On powiedział: „Co masz czynić, czyń prędzej. Chcesz Mnie zdradzić, to się pospiesz”. Każdy człowiek ma prawo do piekła, każdy ma prawo do nieba. Każdy ma prawo do własnej decyzji, a także do tego, że ta jego decyzja zostanie przez innych przyjęta z szacunkiem.

Raczej się mówi o tych osobach z niechęcią.

To niedobrze. Przypominam sobie sytuację, której byłem świadkiem podczas pobytu w Oxfordzie. Któregoś dnia poszedłem na mszę świętą do kościoła anglikańskiego, w którym przez wiele lat proboszczem w pierwszej połowie XIX wieku był John Henry Newman, nim przeszedł na katolicyzm. Akurat zbliżała się jego beatyfikacja.

Podczas kazania ksiądz powiedział do wiernych, że nie wyobraża sobie, żeby z parafii anglikańskiej, w której przez tyle lat pracował Newman, nie pojechała delegacja na uroczystość jego beatyfikacji. Bo to był człowiek, który szukał prawdy i znalazł ją w Kościele katolickim. Bardzo mi się te słowa spodobały. Niesamowita dla mnie była też wolność tego anglikańskiego księdza, który nie mówił, że Newman się sprzeniewierzył, był niedobry, zdradził, tylko powiedział: „Ludzie kochani, uszanujmy człowieka, który szukał prawdy”. Jeżeli więc ktoś ma nadzieję, że poza Kościołem rzymskokatolickim znajdzie prawdę, wolność i miłość, to nie możemy go zatrzymywać.

Co takie odejście oznacza dla wspólnoty Kościoła?

Jedni mówią, że to nie ma większego znaczenia, bo te osoby i tak od dawna były już poza Kościołem. Drudzy uważają, że to uporządkuje statystyki i będziemy naprawdę wiedzieli, ilu jest katolików w Polsce. Natomiast dla wielu z nas czyjaś apostazja to ból. Bo skoro apostazja jest odrzuceniem wiary chrześcijańskiej, a wiara chrześcijańska mówi, że najważniejsze są miłość, wolność i prawda, która nas wyzwala, to człowiek sobie myśli: „No to w jakim świecie ten człowiek będzie żył?”. Tylko nie jestem pewien, czy ci, którzy dokonują apostazji, przeżywają to aż na takim poziomie.

Zastanawiam się czasami, jak Pan Bóg radzi sobie z tym, że z jednej strony daje człowiekowi absolutną wolność, a z drugiej strony nas absolutnie kocha.

Syn marnotrawny odszedł z domu swego ojca, bo myślał, że życie, które wybiera, jest o wiele lepsze, szczęśliwsze. Wiemy jednak, jak to się ostatecznie skończyło…

Ale osoby, które decydują się na porzucenie Kościoła, mówią, że odchodzą, bo nie znajdują w Kościele miłości, wolności i prawdy. Przeciwnie, czują się oszukane, uważają, że księża co innego mówią, a co innego robią. Czysta hipokryzja. I nie mogą się z tym pogodzić…

Rozumiem emocje. Ale ponieważ zajmuję się nauką, to intelektualnie się burzę i mam pretensje o jakąś niedojrzałość czy brak próby zrozumienia. Czy wszyscy księża w Polsce są hipokrytami? Wszyscy nauczyciele są hipokrytami? Czy wszyscy lekarze są hipokrytami? Wszyscy mężowie i wszystkie żony?

Czasami żałuję, że nie wszyscy ludzie są spowiednikami. Gdyby każdy przez rok posiedział w konfesjonale i posłuchał ludzkich grzechów, to wiele osób mogłoby powiedzieć: „Nie jestem aż takim strasznym grzesznikiem”, ale też wielu z nas musiałoby powiedzieć: „Jest naprawdę wielu ludzi, którzy żyją o wiele piękniej niż ja”. I gdyby ci ludzie weszli w taką bliską interakcję z księżmi, z biskupami, z ludźmi Kościoła, to wielu by powiedziało: „Wow, szczerze powiedziawszy, to poza Kościołem jednak wcale nie jest lepiej, a właściwie to jest o wiele gorzej. Więc czy na pewno chcę odchodzić?”. Dlatego uważam, że jest to raczej kwestia emocjonalnych decyzji niż intelektualnych poszukiwań.

Kiedy przyjrzeć się dyskusjom w internecie na temat apostazji, to w nich w ogóle nie padają słowa „Bóg”, „Chrystus”. Jest tylko „Kościół”. Tak jakby Kościół był bez Chrystusa.

Trzeba więc sobie zadać pytanie, czy ci ludzie w ogóle wierzą w Chrystusa. No bo jeżeli ktoś odchodzi z Kościoła, to znaczy, że nie chce być z Chrystusem. Ja sobie nie wyobrażam życia bez spowiedzi, tego, że nie mógłbym przystąpić do sakramentu pojednania. Nie wyobrażam sobie życia bez Eucharystii, że nie mógłbym przyjąć ciała Chrystusa. Nie wyobrażam sobie życia bez wspólnoty. Kiedy uczestniczę w Triduum Paschalnym czy jadę na pasterkę do Betlejem albo gdy jestem na liturgii w bazylice św. Piotra, to mam poczucie, że jest wokół mnie wspólnota, która jest skupiona, która się modli, która wierzy w świat duchowy, który istnieje, i ja chcę być w tej wspólnocie, mimo że wszyscy jesteśmy grzesznymi ludźmi. Pamiętam wywiad, którego po Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie udzielił w radiu czy w telewizji Jan Maria Rokita. Powiedział, że te dwa tygodnie pokazały, że chrześcijaństwo jest najwyższą formą rozwoju ludzkości i on by chciał, żeby w Krakowie zawsze mieszkała taka młodzież.

To jest pokolenie Benedykta XVI i Franciszka. Pokolenie JPII mówi: „Jest mi wstyd. Odchodzę”.

Wydaje mi się, że ci ludzie, o których pani wspomina, nie mieli często osobistej wiary w Chrystusa ani żadnej relacji z Nim. A skoro nie ma więzi, to wszystko zaczyna wyglądać jak w małżeństwie, które postanawia się rozejść – najmniejszy drobiazg denerwuje. Możliwości są dwie: albo w tym związku nigdy nie było miłości i po jakimś czasie ludzie dochodzą do wniosku, że dalsze wspólne życie nie ma sensu, bo nic ich nie łączy, albo przez ileś lat było nawet dobrze, ale coś poszło nie tak, ludzie się poranili wzajemnie i dalsze wspólne życie wydaje im się już niemożliwe. Gdybym miał to przełożyć na sytuację odchodzenia od Kościoła, to jak najbardziej rozumiem tych, którzy odchodzą, bo zostali osobiście skrzywdzeni czy źle potraktowani przez księdza czy przez księży w ogóle. Mniej rozumiem tych, którzy nie mają takich doświadczeń. Co więcej, kiedy rozmawiam z takimi osobami, to się okazuje, że one nigdy nie spotkały złego księdza czy biskupa, ale dużo się o tym mówi i pisze w prasie i dlatego one mają taki, a nie inny obraz duchowieństwa. Tego, powiem szczerze, osobiście – nawet nie jako ksiądz, ale jako człowiek – po prostu nie rozumiem.

Jak powinna wyglądać rozmowa księdza z osobą, która przyszła poinformować o swojej apostazji?

Wiele zależy od tego, jak ta osoba się zachowuje. Jeżeli widzimy, że można z człowiekiem pogadać, to trzeba pogadać. Jeżeli widzimy, że jest szansa zaproponować jakieś dłuższe spotkanie, to trzeba je zaproponować. Ale jeżeli widzimy, że ta osoba jest zbulwersowana, zagniewana, a może nawet arogancka, to wtedy trzeba sprawnie wypełnić wszystkie niezbędne dokumenty i tyle. Można najwyżej powiedzieć: „Gdyby pani czegoś potrzebowała w życiu, to proszę pamiętać, że może pani tu zawsze przyjść. Gdyby panu brakowało pieniędzy albo nie miałby pan nikogo, kto mógłby panu pomóc, to proszę pamiętać, że zawsze można tutaj wrócić”. Ja pewnie jeszcze dałbym numer telefonu do siebie albo mail. Być może ten ktoś wyrzuciłby kartkę z tym numerem i mailem do kosza zaraz po wyjściu z biura parafialnego, ale to już nieistotne. Moja postawa ma mówić: Jesteś wolny, szanuję twoją decyzję, nie zgadzam się z twoim sposobem myślenia, tak jak ty się nie zgadzasz z moim, ale nie musimy przecież się od razu nienawidzić.

To jest wersja wzorcowa…

My, jako księża, jesteśmy ludźmi, więc niekoniecznie trzeba od nas wymagać, że będziemy się zachowywali jak Pan Jezus wobec Judasza czy jak ojciec wobec syna marnotrawnego, który postanowił zabrać swoją część majątku i iść w świat.

A spotkał się ksiądz kiedykolwiek z taką sytuacją, że ktoś wrócił?

No nie… Natomiast wydaje mi się, że tu jest ogromne pole do popisu dla Kościoła. Skoro jest akcja: „Ja też odchodzę”, to może warto pomyśleć o zorganizowaniu akcji: „Ja też wracam”. Myślę, że zbyt małą wagę przywiązujemy i rzadko słuchamy świadectw ludzi, którzy po wielu latach wrócili do Kościoła. A takich ludzi wcale nie jest mało. Bardzo duże wrażenie zrobił na mnie film biograficzny o Krzysztofie Krawczyku, który po śmierci swojego taty obraził się na Pana Boga i przez dwadzieścia lat był poza Kościołem, poza wiarą. Formalnie nie dokonał aktu apostazji, ale Kościół go w ogóle nie interesował. Kluczowym momentem na drodze do nawrócenia był wypadek samochodowy, któremu uległ. Dziś jest bardzo wierzącym człowiekiem. Takich świadectw bardzo potrzebujemy, by powiedzieć innym: „Człowieku, popatrz, są tacy, którzy odchodzą, ale są też tacy, którzy przychodzą. Pamiętaj więc, że jest droga powrotu, to nie jest zatrzaśnięcie drzwi, w których klamka jest tylko z jednej strony”. ¶

Wojciech Węgrzyniak – ur. 1973, prezbiter archidiecezji krakowskiej, rekolekcjonista, doktor habilitowany, adiunkt w Katedrze Egzegezy Starego Testamentu na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, autor książek, m.in.: O co właściwie nam chodzi? Prowadzi autorską stronę www.wegrzyniak.com. Mieszka w Krakowie.

Śląska prowincja

ks. Grzegorz Strzelczyk

prezbiter archidiecezji katowickiej, teolog, proboszczTwitter: g_strzelczyk

Beboki

Nie tak dawno obchodziłem kolejne osiemnaste urodziny. Rzecz nie byłaby warta wzmianki w felietonie, gdyby nie to, że zupełnie niezależnie od siebie dwie grupy moich znajomych podarowały mi gadżety z wizerunkiem beboka. Przypadek? Choć w sumie byłym studentom – jakkolwiek myśl ta nie nastraja mnie superoptymistycznie – mogę się trochę z bebokiem kojarzyć. Mityczne to stworzenie bowiem – wyjaśniam głównie na użytek czytelników mniej obeznanych ze Śląskiem – jest szczytowym osiągnięciem dawnej śląskiej myśli pedagogicznej. Bebok nie ma innego życiowego celu, jak tylko dyscyplinowanie niesfornych pociech. Krótko i węzłowato: jeśli jakiś dzieciak wyrwał się z rodzicielskiej tuteli, żeby eksplorować zakazane tereny, to bebok już tam czyhał (w piwnicy, na strychu, w lesie albo po prostu zaraz za drzwiami w sieni), aby delikwenta zapakować do worka i obić stosownie do przewinienia. Już sama perspektywa worka i bęcków nie była przyjemna, a co dopiero myśl, że bebok chodzi z kijem i może z niego zrobić argument pedagogiczny!

W rozstawianiu beboków po świecie celowała moja babka. Pamiętam, że jeden miał przesiadywać nawet w kuchni, w kołkastli (węglarce) – co miało mnie prawdopodobnie odstraszać od wszelkich zabaw ogniem. Pamiętała czasy, kiedy to nawet całkiem małe szkraby puszczało się luzem, więc odpowiednie zarządzanie lękiem było jednym z nielicznych dostępnych sposobów chronienia dzieciaków przed skutkami zabawowej brawury. Na mnie działało to zdaje się do czasu, gdy babcine opowieści zacząłem traktować jak użyteczne instrukcje do omijania beboków: wystarczyło wiedzieć dokładnie, gdzie siedzą, żeby je przechytrzyć. Na przykład, jeśli kołkastla była zamknięta, to przy piecu nic nie groziło…

A potem po prostu urosłem. I co? I znowu mam beboki wszędzie: nawet na filiżance z espresso, która stoi teraz na biurku.

Z bebokami był jednak pewien problem. A właściwie dwa. Po pierwsze: w którymś momencie dzieciaki odkrywały, że beboków nie ma. To znaczy były – ale tylko manipulacyjnym kłamstwem rodziców i dziadków. Na zaufanie do nich pewnie wpływało to z różną siłą, ale raczej nie pozytywnie. Po drugie: beboki służyły do wzbudzania lęku przed miejscami lub rzeczami niebezpiecznymi jedynie potencjalnie i raczej u małych dzieci. Takimi, których dorosły bać się nie powinien, bo niosą tylko marginalne zagrożenie.

Pokolenie moich dziadków posługiwało się bebokami – i szerzej – metodami wychowawczymi opartymi na prewencyjnym wzbudzaniu lęków, bo nie miało innego wyjścia. Podobnie pokolenia wcześniejsze. I dlatego – generalizując boleśnie, ale chyba dość zasadnie – jesteśmy wszyscy (zwłaszcza ci 40–50+) dziećmi pedagogii lęku. Z jednej strony to może i dobrze, bo niewykluczone, że tylko bebok mieszkający na strychu uchronił mnie od upadku z prowadzących tam stromych schodów i dzięki temu żyję. Z drugiej – niekoniecznie. Bo mogło w nas pozostać przekonanie, że wzbudzanie lęku to dobre narzędzie, skoro działa.

O tym, jak Kościół w przeszłości posługiwał się swoistą pedagogią lęku, napisano już wiele – odsyłam do prac historycznych Jeana Delumeau czy teologicznych ks. Wacława Hryniewicza OMI. Niestety, mam wrażenie, że wciąż się zdarza wierzącym – nie tylko pasterzom – sięgać po kolejne beboki. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że Kościół ma siedzieć cicho i nie przestrzegać przed realnymi zagrożeniami, jakie udaje się we współczesnej kulturze dostrzec, opisać i do pewnego przynajmniej stopnia zrozumieć. Jeśli jednak zaniedbuje się wyjaśnienie dorosłym przecież ludziom tego, na czym konkretnie polega dane niebezpieczeństwo, oferując w zamian zgeneralizowany obraz wszechogarniającego zagrożenia, to mamy do czynienia z dryfem ku bebokom.

Przykłady? W ostatnich latach część ludzi co najmniej deklarujących silny związek z Kościołem zafundowała nam straszenie tzw. zagrożeniami duchowymi, które jakoby pozwalają złym duchom sprowadzać na ludzi niepomyślność (zamiast przypominania, że prawdziwym zagrożeniem dla chrześcijanina jest grzech, bo tylko on odbiera życie), uchodźcami (zamiast rozsądnej analizy ryzyka ekonomicznego itd.), ideologią gender (zamiast wyjaśnienia, o co w ogóle chodzi w rozróżnieniu między gender i sex), a ostatnio spiskiem sił wrogich katolikom, który wymyślił pandemię, żeby pozamykać kościoły i odciąć wierzących od sakramentów (zamiast tłumaczyć, że dostęp do Boga nie zależy od dostępu do świątyni). I tak dalej…

Niestety, rozpuszczenie stworów wzbudzających lęk ma swoje konsekwencje. Po pierwsze – łatwo nad nim stracić kontrolę. A ludzie, którzy się bardzo boją, uciekają albo – jeśli nie mogą – zaczynają się zachowywać agresywnie. Po drugie – część straszonych jednak samodzielnie sprawdzi, jaki jest rzeczywisty poziom zagrożenia. Albo nawet bezwiednie się przekona, że zapowiadanego beboka nie ma w sieni. Kościół instytucjonalny i bez tego mierzy się z poważnym kryzysem zaufania.

I w tym miejscu trafiam na swojego beboka. Jakiś jednak przeżył. Czai się tam, gdzie zaczyna się podejrzenie, że rozpuszczanie lęków mogłoby być świadomą manipulacją sprawujących świecką czy duchowną władzę. Na razie się boję, że złapie mnie do worka i stłucze kijem. Dlatego wciąż jestem gotów zakładać, że współcześni producenci beboków, czy to kościelni, czy polityczni, działają w dobrej wierze i w nieświadomości.

Oby tak było. ¶

Rykoszetem w Kościół