Między sensem a musem - i inne rozważania - Jan Widacki - ebook

Między sensem a musem - i inne rozważania ebook

Jan Widacki

0,0

Opis

Jest czas, gdy historia musi pełnić rolę mitu, być „ku pokrzepieniu serc”. To czas niewoli. Czas, gdy naród nie ma swego niepodległego państwa. Wówczas mit jednoczy, pozwala przetrwać niewolę. Ale dla narodu żyjącego w wolnym państwie mit jest szkodliwy. Nie pozwala wyciągać wniosków z błędów przeszłości, często te błędy utrwala i, co gorsza, sakralizuje. (Jan Widacki)

Historia głęboko obecna jest w tej książce. Ale bez zacietrzewienia, bez obrazy. Raczej lekko przetkana nitką sarkazmu. Fakty, źródła, anegdoty. Konkret. Bardzo przyjaźnie czytelnikowi podane. Jak prezent. (Andrzej Celiński)

Jan Widacki, ur. 1948, profesor prawa, wiceminister spraw wewnętrznych (1990-1992), współtwórca zreorganizowanych służb policyjnych i specjalnych III RP, pierwszy ambasador RP na Litwie (1992-1996), poseł na Sejm RP (2007-2011), adwokat, publicysta. Publikował w „Przekroju”, „Gazecie Wyborczej”, „Tygodniku Powszechnym” , paryskiej „Kulturze”, „Polityce”. Stały felietonista tygodnika „Przegląd” i miesięcznika „Kraków”. Aktualnie jest profesorem Krakowskiej Akademii im. Frycza Modrzewskiego, w przeszłości profesor KUL i UJ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Jan Widacki

Między sensem a musem – i inne rozważania

wybór i opracowanie Anna Szuba-Boroń

© Copyright by Jan Widacki and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2015

ISBN 97883–242–2089–2

Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray

Na okładce fragment obrazu

Jacka Malczewskiego, Polski Hamlet – portret Aleksandra Wielopolskiego,

Muzeum Narodowe w Warszawie

Wstęp

Część zamieszczonych w tym zbiorze felietonów, zwłaszcza tych z „Przeglądu”, czytałem wcześniej. Miałem przywilej rozmawiać czasem z autorem, zanim je napisał. Czytałem te felietony z wielką ciekawością i potrzebą ich właśnie lektury. Od nich zaczynałem spotkania z „Przeglądem”. Były krzepiące. W chaosie, bezprzedmiotowości i bezsensie sejmowych i medialnych pseudodyskusji i nibydebat pełniły rolę terapeutyczną. Dodawały nadziei, że nie wszystko stracone, że jest człowiek, który widzi i rozumie, i że są gdzieś, może rozsypani po kraju i różnych środowiskach, ludzie, którzy to samo czytają i podobnie odczytują. Że swoimi felietonami Widacki tę wspólnotę tworzy.

To kwestia autorytetu, jakby słupa wielkiego, który z dala jest widoczny. W chwilach zagubienia, niepewności lub potrzeby odnalezienia zapomnianego argumentu można się nim kierować, sprawdzić, czy stoi jeszcze, upewnić, że się nie zwariowało, myśląc po prostu, uczciwie, z odwołaniem do wiedzy i wartości podstawowych. Kiedy w debacie, zwłaszcza w telewizjach, „wszystko jest możliwe”, a sens gubi się w oceanie bzdury i uzurpacji, ta książka ma wartość balsamu na rany, które nam zadaje bezmiar hucpy w publicznej przestrzeni.

Pokolenie Jana Widackiego, jedno przed i ze dwa pokolenia po, mają jednak specjalne powody sądzić, iż dane jest im żyć w nadzwyczajnym okresie historii. Nadzwyczajnym nie tylko dlatego, że pamiętamy, z jak traumatycznych narodowo i w skali rodzin opresji udało się nam wydostać, że zwyciężyliśmy w sprawie, której zwycięstwo nie było nam przeznaczone – było marzeniem pokoleń, wyczekiwanym, ale niespodziewanym, lecz także dlatego, że zmienia się w naszym życiu i z naszym udziałem wielki paradygmat kultury polityki w „sprawie polskiej”. Dlatego też, że ta zmiana ma swoich autorów. Obok wielkich rzesz, bez których zaangażowania w „sprawę” zmiana nie byłaby możliwa, są i konkretni, rozpoznawalni ludzie, często nawet osobiście nam znani. I że ta zmiana otwiera zupełnie nowe perspektywy dla polskich aspiracji. Zdaje mi się jednak, że zwłaszcza ludzie z pokolenia opozycji demokratycznej, pokolenia „Solidarności” i czasu przełomu, boją się, że te wszystkie cudowne okoliczności zewnętrzne, znakomicie wykorzystane przez Polaków, przez te dwa, trzy pokolenia, które zmieniły paradygmat historii, przeminą, a zmiana kulturowa okaże się płytsza niż sądzili. Słowem: że to, co jeszcze kilka lat temu wydawało się być przełomem, historia odnotuje po latach jako korektę. Bo wrócimy do starego paradygmatu. Zabraknie nam cierpliwości i konsekwencji w umacnianiu nowego.

Tak odczytuję ten tom, w którym Jan Widacki zdecydował się zebrać swoje felietony i eseje odnoszące się do „sprawy polskiej”, rozproszone w kilku pismach, a przez to ulotne.

Mądry, prawdziwy profesor wie po prostu, że wszystko, co dobre i bardzo wiele z tego, co złe w życiu narodu, ma źródło w umysłach, a więc w kulturze. Tam są elementarne pierwiastki naszej chemii życia. Kontekst kulturowy w odważnie długiej perspektywie jest najważniejszym z kontekstów naszego losu. Bywały dobre koniunktury, ale dopiero ta z ostatniej ćwierci XX i pierwszych lat XXI wieku jest wykorzystana. Pamięć, mądrość, respekt dla faktów, gorące serca i chłodne mózgi, konsekwencja, obliczalność i jeszcze ze trzy, cztery słowa, może wymiennie użyte, to cechy nowego w naszej kulturze paradygmatu walki o to, co słuszne. Ten zbiór felietonów i esejów jest spójną całością. Wszystko, co w nim jest, a są rzeczy różne – fundamentalne i przyczynkowe, prawie zawsze ubrane i stowarzyszone ze starannie w źródłach sprawdzoną prawdziwą anegdotą – opisuje kulturowe odniesienia „polskiej sprawy”.

Ludzie, których głowy i serca przepełnia troska o sprawy publiczne, częściej niż inni przeświadczeni są zapewne o nadzwyczajności ich czasów. Takie przeświadczenie legitymizuje ich misję społeczną, tłumaczy zaangażowanie niezbyt typowe, czasem, tak jak w Polsce w okresach smuty – niepozbawione cechy szaleństwa.

W rzeczywistości, z punktu widzenia całkiem osobistego życia, rodziny, majątku – bezpieczniej jest swą aktywność życiową trzymać z daleka od spraw wspólnych, szczególnie tych najwyższej wagi. Heroizm dobrze wygląda z daleka. Ciekawie jest w momentach wzmożenia, w zakresie tych najwyższej wagi spraw, kiedy kwestie wolności, niepodległości, godności stają się doświadczeniem każdego dnia i przedmiotem trudnych wyborów. Dotyczy to zwłaszcza, od lat 60. i 70. XX wieku, pewnych warstw szczególnie intensywnie odnoszących się do tzw. sprawy narodowej (jakiekolwiek desygnaty byśmy tej kategorii przypisali). Nie tylko zresztą w wymiarze konspiracji czy gotowości do fizycznej walki, lecz także w zupełnie przeciwstawnych romantycznym uniesieniom postawach. Przecież jednak, nawet w czasie wielkichdramatów, większość ludzi żyje lub przynajmniej pragnie żyć zwyczajnie, możliwie unikając wszelkiego ryzyka. Dopiero z biegiem lat, nawet pokoleń, wraz z zacieraniem się pamięci realnych wydarzeń szeregi przepełnionych czynnym patriotyzmem obywateli rosną. A wraz z nimi moralne wymagania wobec tych, którzy mieli metrykalną okazję i z niej niespecjalnie skorzystali. Wraz z rozpływaniem się prawdy w rozmaitych legendach, mitach, amnezjach bohaterowie stają się coraz więksi i jest ich coraz więcej, coraz bardziej podejrzani stają się ci współcześni, którzy ukazują rzeczywiste skutki przeszłych uniesień, a także głębiej zakotwiczone, na przykład kulturowe, przyczyny klęsk. Zazdrości się tym, którzy żyli naprawdę, mieli okazję dać świadectwo, trafili swą metryką we właściwy punkt historii. Zapomina o własnych lękach, wątpliwościach, racjonalizacjach postaw biernych wobec przeszłych wyzwań. Te społeczne zjawiska, psychologicznie zrozumiałe, powodują tak wielkie zainteresowanie gawiedzi dla dzisiejszych inscenizacji bohaterskiej przeszłości nielicznych.

Mity, zmyślenia, niewiedza, uzurpacja – i okropne nerwy wokół tego. Kto z nas w tym nie dojrzewał? Kto nie czuł się sam? Kto nie miał narzędzi, by chcąc myśleć, nie przegrywać z bezmyśleniem?

Emocje i rozum – dwa pierwiastki historii. U nas zazwyczaj bardziej sprawcze są te pierwsze. Sierotami są ci, którymi powodują dobre emocje, ale i sprawny umysł.

Dla nich ta książka. Żeby poczuli się raźniej. Historia dla Polaków jest prawie bez reszty heroiczna. Jakby innej nie było. Historia wielkich katastrof pisana z wiarą, że jej funkcja identyfikacji narodowej istotniejsza jest od funkcji poznawczej. Pisana przez epigonów i z pozycji epigonów. Przez tych, którzy prochu nie wąchali, nie wykrwawiali się, nie tracili swych majątków. Nie krzyczeli z bólu, bo nie im jelita wypływały z trzewi. Historia heroiczna, czczona często tam, gdzie był głęboki deficyt odwagi, kiedy odwaga była naprawdę potrzebna. Historia głęboko obecna w tej książce. Ale bez zacietrzewienia, bez obrazy. Raczej lekko przetkana nitką sarkazmu. Fakty, źródła, anegdoty. Konkret. Bardzo przyjaźnie czytelnikowi podane. Jak prezent.

Andrzej Celiński

Część I

Między sensem a musem… Rozważania o Polsce i historii

Sensu nie ma. Jest mus

(Romuald Traugutt odpowiadający żonie, czy jest sens iść do powstania)

Upadek obyczajów

Jednym z najstarszych tekstów, które udało się odnaleźć i odczytać, był tekst sumeryjski zaczynający się od słów, że obyczaje upadają, a młodzież jest coraz gorsza.

Tendencja ta, jak widać, utrzymywała się przez następne wieki; „O tempora, o mores!” – biadał przecież Cyceron.

U nas nie lepiej. Na upadek obyczajów, choć był to pod każdym względem wiek złoty, narzekał wielki Frycz Modrzewski, a Jan z Czarnolasu aluzyjnie biadał: „O nierządne królestwo i zginienia bliskie”.

Jak wynika z ustaleń historyków i kryminologów, w tymże „złotym wieku” kultury polskiej morderstw było, lekko licząc, dwunastokrotnie więcej niż dziś, mimo że przez kolejne wieki upadały u nas moralność i obyczaje.

Upadek obyczajów z wieszczym smutkiem odnotowywał Piotr Skarga. W czasach saskich regres był tak wielki, że aż stał się przysłowiowy (aOpis obyczajów za panowania Augusta IIIksiędza Kitowicza to naprawdę opis upadłych obyczajów, choć lektura tego tekstu i dziś, gdy panuje zupełnie ktoś inny, wiele nam mówi o nas samych, i czytając, mamy czasem wrażenie, że oglądamy się w lustrze).

Jeśli zatem skonstatujemy, że upadek obyczajów towarzyszy ludzkości od zarania dziejów, to do wyboru mamy tylko dwie możliwości. Albo będzie już tylko gorzej, a w dodatku będzie to normalne, więc nie ma co biadać, bo ten fatalny kierunek (ku upadkowi) jest nieodwracalny. Albo to wszystko guzik prawda, nic nie upada, tylko się zmienia, a zmiana oceniana z pozycji osób nawykłych do starego porządku bywa z reguły zmianą na gorsze. Z kilku powodów: bo ludzie jej nie rozumieją, bo się jej boją, bo mają inne przyzwyczajenia.

Polacy stale narzekają. Na wszystko. Przeciętny Polak jest przekonany, że upada kultura i moralność, sprawy kraju idą w złą stronę, upada gospodarka, no i oczywiście młodzież jest coraz gorsza. Zupełnie jak u Sumerów.

Skąd się to bierze? Przecież nie z genetyki. Polacy nie mają genetycznie zakodowanego czarnowidztwa.

Nasze czarnowidztwo jest efektem stosowanego modelu wychowania i edukacji, nastawionego na mitologizowanie i gloryfikowanie przeszłości.

Czytam opracowanie lokalnego historyka o przeszłości podkrakowskiej wsi. Sielanka. Chaty, zagrody, radośni włościanie, moralni, przywiązani do Kościoła i polskości. Łany zbóż, kwitnące sady…

Młodzież – patriotyczna, a jakże – czci narodowe rocznice, pilnie chodzi do kościoła. No idylla.

Akurat szukałem czegoś w księgach parafialnych z przełomu XIX i XX wieku. Ta sama wieś, ten sam okres, który tak idyllicznie opisywał lokalny historyk. Tam, w tych parafialnych księgach, jest rzeczywisty, choć może mimowolny, zapis prawdziwej historii. W księdze zmarłych odnotowane zgony, wiek zmarłego i przyczyna śmierci. Jak oni młodo umierali! A jako powód w niemal co drugim przypadku wpisanatuberculosis. Dziś młodzież nie zna łaciny („O tempora, o mores”, chciałoby się powtórzyć za Cyceronem), więc przetłumaczę.Tuberculosisto gruźlica. Szła w parze z biedą. To może tak idyllicznie nie było?

A może coś o moralności? W księgach parafialnych aż nadto informacji na ten temat. Wystarczy porównać datę ślubu jakiejś pary (w księdze ślubów) z datą narodzin ich pierwszego dziecka (to w księdze urodzeń i chrztów). Bardzo często okres dzielący te dwa wydarzenia jest znacznie krótszy niż dziewięć miesięcy. Wstrzemięźliwość przedmałżeńska nie była, jak widać, mocną stroną przodków naszych, tak chętnie stawianych nam dziś za wzór moralności i wstrzemięźliwości.

Ponarzekać sobie trochę też lubię. To czasem potrzebne dla higieny psychicznej. Ale może nie przesadzajmy z naszym czarnowidztwem. Kiedyś Chesterton powiedział mądre słowa: „To nie świat jest coraz gorszy, to serwisy informacyjne są coraz lepsze”. To prawda. I druga prawda: im bardziej wyidealizujemy przeszłość, tym bardziej nie będzie się nam podobała teraźniejszość. A idealizować przeszłość uwielbiamy! Giedroyć powiedział, że nie ma chyba drugiego narodu, który miałby tak zafałszowaną historię jak nasz. Przesadził. W tej części Europy narody tak mają. Nie przez podobny klimat, ale przez podobną historię. I, niestety, wciąż podobnie opowiadaną.

Jeżeli świat jest naprawdę coraz gorszy, jeżeli naprawdę obyczaje wciąż upadają i jest to proces, jak widać, nieodwracalny, jeżeli nie udało się go odwrócić ani choćby zatrzymać naszym przodkom, to i nam pewnie się nie uda. Ale jeśli nie potrafimy naprawić świata, a jak widać, nie potrafimy, spróbujmy go przynajmniej zrozumieć. Wtedy będzie nam lżej. I świat wyda się odrobinę lepszy. A może nawet naprawdę będzie lepszy?

„Przegląd”, nr 20/2013, 13–19 maja 2013.

Dziedzictwo narodowe?

Z kolorowego afisza uśmiecha się do mnie eurodeputowana, miła pani, córka niedawno zmarłego, znanego i powszechnie w Krakowie szanowanego intelektualisty. Pani eurodeputowana do swego pięknego polskiego imienia, do otrzymanego po mężu cudzoziemskiego nazwiska dodaje „Gräffin”.

Po co? – myślę sobie. Mnie to śmieszy, a gawiedź i tak obce nazwisko połączy z żydostwem. Gawiedź w Polsce tak ma. Pamiętam, jak przed laty w Wilnie jeden z polskich działaczy przekonywał mnie, że nowy ambasador niemiecki jest Żydem, bo ma… niemieckie nazwisko, a wiadomo, że takie nazwiska mają Żydzi.

Kilka lat temu peeselowski wiceminister kultury (i dziedzictwa narodowego) w urzędowej rozmowie tytułował prezesa pewnej fundacji „panem hrabią”. Dziwiłem się, że nie pocałował hrabiego w rękę. Chyba pan minister zbyt dosłownie odczytał nazwę swego resortu, przy czym nie „kulturę” mam na myśli, a jedynie „dziedzictwo narodowe”, które peeselowski minister rozumie tak, jak rozumie, a oderwać się nie potrafi.

No, to może to dziedzictwo trzeba przypomnieć?

W dawnej Polsce, w przeciwieństwie do Europy Zachodniej, nie było stopni szlachectwa. Nie było w Polsce żadnych baronetów, baronów, wicehrabiów, hrabiów, margrabiów, earlów czy innych markizów. Popularne porzekadło „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” wyrażało ważną zasadę ustrojową. W praktyce wyglądało to różnie. Ów przysłowiowy wojewoda, czy inny magnat, gdy potrzebował szlacheckich głosów na sejmiku czy szabel na zajeździe, chętnie tytułował drobnego szlachetkę „panem bratem”, ale na co dzień równie chętnie dawał mu rękę do ucałowania, a ten całował z uszanowaniem, a może bardziej z wyrachowaniem zakładając, że protekcja pańska może mu się przydać w przyszłości.

Bogaty i dumny Jerzy Ossoliński, wysłany w 1633 roku do Rzymu z delikatną misją dyplomatyczną, miał wyjednać u papieża Urbana VIII zakaz nabywania przez duchownych dóbr ziemskich. Zakazu tego nie wyjednał, ale załatwił sobie od papieża, a przy okazji od cesarza, tytuł książęcy. W Polsce wywołało to ogromne oburzenie. Sprawa zdominowała posiedzenie sejmu. Atakowany powszechnie Ossoliński demonstracyjnie zrzekł się tytułu, zażądał jednak, aby uczynili to także książęta litewsko-ruscy, posiadający swe tytuły jeszcze sprzed unii lubelskiej, zwani potocznie „książętami starożytnymi”.

W najtrudniejszej sytuacji prawnej byli Radziwiłłowie, mieli bowiem tytuł książęcy, podobnie jak Ossoliński, od cesarza, tyle że dostali go jeszcze przed unią. Koniec końców, sejm uznał tytuły „książąt starożytnych” (do których ostatecznie doliczono Radziwiłłów), nie uznał tytułu Ossolińskiego. Zasada jednostopniowego szlachectwa została utrzymana.

Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku sejm zrobił wyjątek, dla rodziny królewskiej, nadając tytuły książęce braciom króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Tak księciem został Andrzej Poniatowski, ojciec księcia Józefa, nawiasem mówiąc, już wcześniej obdarzony tytułem książęcym przez cesarza.

Tytularna arystokracja wylęgła się na ziemiach polskich dopiero pod zaborami. Najobficiej tytuły hrabiowskie i baronowskie rozdawał dwór wiedeński. Trzeba było mieć majątek, protekcję w Wiedniu i zasługi dla, mimo wszystko zaborczej, Monarchii. Majątek czasem pochodził z posagu panny mojżeszowego wcześniej wyznania. Różnie bywało. Zasługi musiały być autentyczne. Dobrze też było mieć za przodka w linii męskiej jakiegoś dawnego polskiego senatora. Do wykazywania takich pokrewieństw powstały liczne firmy genealogiczno-heraldyczne, gotowe „udowodnić” pokrewieństwo z dowolnie wskazanym przodkiem. W tym czasie w Galicji namnożyło się baronów i hrabiów. Nie mogli się nadziwić ziemianie, przybysze „zza kordonu”, z zaboru rosyjskiego, gospodarujący na tysiącach hektarów ukrainnych czarnoziemów, gdy spotykali w Galicji Zachodniej hrabiów, gospodarujących na jakichś resztówkach, niewiele większych od chłopskich gospodarstw na Podolu. To oni, jak zapisał Tomasz Teodor Jeż, ukuli powiedzenie „w Galicji, za psem kamieniem rzucisz, w hrabiego trafisz”.

Nawiasem mówiąc, to w XIX wieku zrodził się zwyczaj dopisywania herbu jako pierwszego członu nazwiska. Do nazwisk dopisywano masowo różne „Korwiny”, „Dołęgi”, „Korczaki”. Złośliwi mówili, że „im herb mniej pewny, tym bardziej przed nazwiskiem wyeksponowany”. Coś jest na rzeczy. Jan Sobieski był Janem Sobieskim, nie „Janem Janiną-Sobieskim”, Stanisław Leszczyński był Stanisławem Leszczyńskim, nie „Stanisławem Wieniawą-Leszczyńskim”. Czy któryś z Potockich nazywał się „Pilawą-Potockim”, a któryś z Radziwiłłów „Trąbą-Radziwiłłem”?

Z zaborów Polska odrodziła się jako republika. Pierwsza konstytucja odrodzonej Polski, przyjęta 17 marca 1921 roku, i z tej racji do dziś nazywana Konstytucją marcową, w art. 96 głosiła: „Rzeczpospolita Polska nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów rodowych i innych z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych”.

W okresie międzywojennym ziemiaństwo, mimo ogólnego zacofania kraju, było już społecznym anachronizmem. Coraz więcej majątków było zadłużonych nie tylko w bankach czy u Żydów, ale też w urzędach skarbowych. Parcelowano zadłużone majątki, rozdzielając ich ziemię chłopom lub osadnikom wojskowym. Był to proces bardzo powolny, ale zdawało się – nieodwracalny. Wojna i to, co po niej się wydarzyło, przerwała go. Dla większości ziemian, zwłaszcza z Kresów, niekwestionowanym awansem cywilizacyjnym było przeniesienie się do miasta, wykonywanie wolnego zawodu, służba w wojsku lub administracji państwowej. Życie w malowniczym dworku, ale w odległości kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu kilometrów od najbliższej stacji kolejowej, bez dostępu do drogi o utwardzonej nawierzchni, zimą nieprzejezdnej, bez prądu (nie mówiąc już o gazie), bez kanalizacji, nie dorównywało warunkom życia w mieście. Nic też dziwnego, że na gospodarstwie zostawali czasem najmniej rozgarnięci z braci. Ci bardziej życiowi jechali na studia i do pracy w mieście, przyjazdy do majątku ograniczając do okresu wakacji.

Nawet bogaty ordynat Potocki w Łańcucie przez cały rok mieszkał w oficynie swego pałacu, do którego przenosił się tylko na kilka dni w roku: na Święta i bodajże na swoje imieniny. Utrzymywanie pałacu przez cały rok przekraczało możliwości ordynacji.

Nie wiem, skąd dziś w Polsce tak silny jest mit ziemiaństwa. Jeden z najmocniejszych, najgłębiej zakorzenionych mitów. Może socjologia miałaby tu coś do powiedzenia. Skąd to się bierze, że dziś tak chętnie przyznajemy się do prawdziwego, częściej nieprawdziwego, szlacheckiego, ziemiańskiego pochodzenia? Może przyczyną jest to, że mamy tak mocno zakodowaną klasowość społeczeństwa, że bojąc się zaliczenia do „chamów”, tak gorliwie przyznajemy się do „pańskiego” pochodzenia. Jak to świadczy o społeczeństwie? Czy tak zachowuje się społeczeństwo wolne, republikańskie, pewne swych praw obywatelskich?

„Kraków”, nr 5 (115), maj 2014.

Polska Socjalistyczna Rzeczpospolita Szlachecka

Ostatnimi czasy, przygotowując biografię jednego z wielkich prawników, sporo przesiedziałem w archiwach. Przy okazji natknąłem się na znalezisko tyleż ciekawe, co wymowne. Okazuje się, że protoplasta jednego ze znanych krakowskich rodów, powszechnie uchodzących za ziemiański, a w ostatnich latach do nazwiska dopisujący sobie nawet herb, wcale nie tak dawno, bo z końcem XIX wieku, jako wiejski chłopak spod Tarnowa trafił do gimnazjum. Dzięki swej pilności, niewątpliwym zdolnościom i pomocy materialnej dobrych ludzi po zdaniu matury w gimnazjum tarnowskim dostał się na studia do Krakowa i te chwalebnie ukończył. Utrzymanie się na nich wymagało jednak od chłopaka ze wsi ogromnego samozaparcia. Mieszkania kątem u kogoś, często niedojadania, dorabiania sobie korepetycjami i prawdziwej pracy nad sobą. Nad swoim językiem, aby wyzbyć się gwary, a później już tylko jej naleciałości, aby nauczyć się manier, jakże innych wtedy na wsi i w mieście. Trzeba było więc nie tylko nie lada zdolności, pilności, ale i charakteru.

Tę trudną drogę nasz bohater pomyślnie przeszedł. Po ukończeniu studiów stał się wziętym w swej dziedzinie specjalistą, ożenił z dziewczyną z krakowskiego, solidnego mieszczańskiego domu, miał z nią trzech synów, których doskonale wykształcił, tak że dwóch z nich zostało profesorami wyższych uczelni, trzeci został znanym lekarzem. Ich dzieci także zdobyły poważne pozycje społeczne i zawodowe, cieszą się powszechnym poważaniem.

W czasie pierwszej wojny światowej, bohater nasz kupił sobie pod Krakowem dwór z niewielką „resztówką” majątku i tam osiadł. Resztówka liczyła niewiele ponad 50 hektarów ziemi. Akurat o kilkadziesiąt za mało, by przed wojną można było z tego utrzymać rodzinę na jakim takim poziomie. Pech chciał, że również akurat o kilka za dużo, by nie objęła go reforma rolna w 1945 roku. Objęła. Ziemię i dwór zabrano, a syn naszego bohatera miał kłopoty na studiach jako „klasowo obcy”, bo „syn ziemianina”. Stalin umarł, skończyły się kłopoty „ziemiańskiego syna”; studia skończył, z czasem został szanowanym powszechnie profesorem.

W Krakowie nikt nie wątpi, że to stara szlachecka, może nawet arystokratyczna rodzina, tym bardziej że od pewnego czasu przed nazwiskiem jej członkowie zaczęli sobie dodawać coś, ni to herb, ni to zawołanie. Coś, co brzmi tajemniczo, a mniej wtajemniczonych i w heraldyce biegłych upewnia w przekonaniu o starożytności i szlachetności rodu.

Tymczasem, okazuje się, protoplasta rodu to chłopak z podtarnowskiej wsi, jeśli w ogóle mający coś wspólnego ze szlachectwem, to może to, że jego dziadek w czasie rabacji jakiegoś pana piłą rżnął, o ile rżnął, i oczywiście o ile w ogóle w rabacji brał udział.

Historia taka sobie, nic oryginalnego. Do szlachectwa przyznawali się od zawsze rozmaici ludzie gorszych stanów. Tropiący ich w XVII wieku Walerian Nekanda-Trepka w swejLiber chamorumpomieścił wykaz takich wytropionych, liczący ponad dwa i pół tysiąca przypadków. Udawać szlachcica, nie będąc nim, w XVII wieku miało jakiś sens. Przecież wyłącznie szlachta miała dostęp do urzędów publicznych, tylko szlachta miała prawo do posiadania ziemi, tylko ona miała pełnię praw publicznych i całą masę rozmaitych przywilejów.

Po co dopisywać sobie ziemiańskie pochodzenie w Polsce w XXI wieku? Konstytucja marcowa z 1921 roku w art. 96 stanowiła, że wszyscy obywatele są równi wobec prawa, że wszyscy mają równy dostęp do sprawowania urzędów publicznych, a Rzeczpospolita „nie uznaje przywilejów rodowych ani stanowych, jak również żadnych herbów, tytułów rodowych i innych, z wyjątkiem naukowych, urzędowych i zawodowych”.

Jak to się dzieje, że po blisko stu latach od czasu oficjalnego zniesienia tytułów i herbów ich posiadanie wciąż jest pożądane, tak dalece, że nawet warto przyznawać się do herbów i tytułów nieposiadanych? Jak to jest, że w społeczeństwie polskim te tytuły i herby wciąż imponują? Choćby wymyślone, imponują bardziej niż imponować mógłby heroiczny życiorys wiejskiego chłopca, który własną pracą, przy ogromnych wyrzeczeniach kończy szkołę, studia, zdobywa pozycję społeczną, zawodową, towarzyską wreszcie, wspinając się o kilka szczebli na drabinie społecznej hierarchii, w czasach, gdy naprawdę było to trudne i tym bardziej zasługuje na podziw.

Dlaczego wciąż bardziej imponują nam mrzonki o wysokim urodzeniu, a nie pracowitość i wytrwałe dążenie do celu? Czy nie współgra to z tym, że za nic mamy pracę organiczną, a jej propagatorzy przegrywają na ogół z tymi, którzy szermują hasłami romantycznymi, czasem przeraźliwie głupimi, ale patetycznymi?

W wielu społeczeństwach, choćby czeskim, powodem do chwały byłby jednak awans wiejskiego chłopaka, który poprzez naukę i pracę dostaje się do elity społecznej. U nas nawet w XXI wieku jest to historia ze wstydem skrywana. Jednak jesteśmy jacyś inni.

„Kraków”, nr 1 (87), styczeń 2012.

Jesień wspomnień

Niby w Polsce bardzo pielęgnujemy historię, ba, nawet próbujemy z niej czynić narzędzie, a zarazem źródło natchnień dla polityki. Krótko mówiąc – Polak kocha swą wielką historię (co z tego, że zna ją, najdelikatniej mówiąc, niezbyt dokładnie, żeby nie powiedzieć, że na ogół nie zna jej wcale, a to, co zna, to często jej zmitologizowane wersje?). Ale czując się spadkobiercami husarzy spod Wiednia, żołnierzy wszystkich powstań, najczęściej zapominamy o swoich bliskich, o swoich nauczycielach i poprzednikach, którym nieraz zawdzięczamy tak wiele, a którzy odeszli niedawno albo całkiemniedawno. A oni też stanowią kawałek historii. Zwykle naszej osobistej historii. Czcząc pamięć poprzedników, czcimy instytucje, pokazujemy rzeczywiste przywiązanie do tradycji, z którą się identyfikujemy. Jeśli już w ogóle o nich pamiętamy, to zwykle przypominamy sobie o nich raz w roku, w okolicy 1 listopada, święta Wszystkich Świętych, coraz częściej po świecku nazywanego „Świętem Zmarłych” i wtedy symbolicznie tę pamięć okazujemy. Nie będę przypominał,że jeśli już, to „świętem zmarłych” wedle kościelnej i polskiej tradycji jest Dzień Zaduszny, przypadający na 2 listopada.

Przyjęła się już tradycja, że na Wszystkich Świętych prezydent Królewskiego Stołecznego Miasta Krakowa składa wiązanki kwiatów przybranych szarfą o biało-niebieskich barwach Krakowa na grobach swych wielkich poprzedników, z których kilku spoczywa na cmentarzu Rakowickim. Niektóre duże kluby sportowe składają wiązanki kwiatów i klubowe chorągiewki na grobach swych zmarłych sportowców i działaczy. Niektóre drużyny harcerskie zapalają znicze dla swych zmarłych instruktorów i kolegów. Czasem czynią to też niektóre korporacje zawodowe. To ładny i godny naśladowania obyczaj.

Nie mogę się nadziwić, że nie może się on jakoś przyjąć w środowisku naukowym.

A gdzie jak gdzie, ale właśnie w nauce ciągłość i tradycja odgrywają rolę szczególną. Każde nowe pokolenie uczonych zaczyna swą drogę w miejscu, do którego doprowadzone zostało przez poprzedników. Tu pielęgnowanie tradycji ma szczególny sens, także wychowawczy.

Czy można szanować historię Uniwersytetu, nie szanując pamięci jego profesorów, rektorów?

Jak co roku, w jesienny dzień przechadzam się po cmentarzu Rakowickim. W tym roku grobowiec prof. Ludwika Teichmanna, odkrywcy heminy w krwi ludzkiej, o którym przez ponad stulecie piszą podręczniki medycyny sądowej na całym świecie, twórcy krakowskiej szkoły anatomii, rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, ogrodzony biało-czerwonymi barierkami; grozi zawaleniem, zagraża przechodzącym aleją. O fatalnym stanie tego grobowca (choć jeszcze wówczas nie zagrażał przechodniom) pisałem już przed kilkoma laty w „Krakowie”. Pisałem też do Rektora UJ. Bezskutecznie. Grobowiec prof. Stanisława Kutrzeby, też byłego rektora, wieloletniego sekretarza generalnego PAU i jej prezesa, także się rozpada1. Też już o tym pisałem. Wybitny medyk sądowy, pionier kryminalistyki i kryminologii, Leon Wachholz nadal spoczywa bezimiennie w rodzinnym grobowcu. Uniwersytet, któremu zapisał swą willę, nie zdobył się nawet na gest wdzięczności.

Grobowiec wybitnego karnisty i filozofa prawa, również byłego rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Edmunda Krzymuskiego, odrestaurowany swego czasu staraniem studentów z Towarzystwa Biblioteki Słuchaczów Prawa (za co studentom z TBSP cześć i chwała!) znów jest zaniedbany, a 1 listopada trudno będzie znaleźć na nim choć jeden płonący znicz.

Zresztą Krzymuski to pod tym względem i tak szczęściarz na tle swego rówieśnika prof. Józefa Rosenblatta, wybitnego uczonego, profesora prawa karnego, a przy tym słynnego krakowskiego adwokata. Grób tego ostatniego na nowym cmentarzu żydowskim przy ul. Miodowej po prostu przestał istnieć, choć odnaleźć go nie byłoby trudno, bowiem tradycja żydowska nie pozwala na przekopywanie grobów. Gdyby dzisiejsi następcy Rosenblatta, którzy niedawno fetowali dwustulecie swojej katedry, chcieli miejsce jego spoczynku odnaleźć, podaję namiary: kwatera VI, rząd 3, miejsce 21.

Remonty i konserwacja grobów rektorów i profesorów, grobów, którymi nikt z rodziny już się nie opiekuje, jest moralnym obowiązkiem społeczności akademickiej. Ale wymaga działań organizacyjnych, uzyskania stosownych pozwoleń i zgód, np. konserwatora zabytków, a przede wszystkim – wymaga środków finansowych. Krótko mówiąc, wymaga to zaangażowania instytucji: Uniwersytetu, PAU i ich działań. Tych działań niestety brak.

A w każdym razie brak efektów takich działań. Ale przejść raz w roku, w okolicach 1 listopada po krakowskich cmentarzach i na grobach swych naukowych poprzedników zapalić znicz, odgarnąć gnijące opadłe liście – to naprawdę nie przekracza możliwości organizacyjnych ani finansowych poszczególnych uniwersyteckich katedr, a nawet pojedynczych uczonych. A gdyby zrobiono to w otoczeniu studentów-seminarzystów, zrealizowano by dodatkowy cel wychowawczy. Byłoby to dowodem, że pamięć i historię naprawdę szanujemy, nie tylko deklarujemy.

Szanujmy pamięć naszych poprzedników, uczmy ją szanować młodszych kolegów, a może naszą pamięć ktoś kiedyś też będzie szanował.

„Kraków”, nr 11 (109), listopad 2013.

Przypisy

1W roku 2014 grób prof. S. Kutrzeby został poddany konserwacji.

Historyczna stara szkoła

Ostatnimi czasy temat i rytm publicznej debaty wyznaczają telewizje informacyjne. Już nie tylko salony polityczne, ale nawet pamięć o nich odeszła w przeszłość. Nawet stoliki kawiarniane przestały być miejscem poważnej dyskusji (wyjątkiem: ostatni taki „stolik profesorski” w „Grandzie”). Profesorowie uniwersytetu mijają się w pośpiechu, pędząc do swoich dodatkowych zajęć, i nie mają czasu z sobą rozmawiać, zresztą jest ich tylu, że nawet często nie znają się wzajemnie.

Jak w tych warunkach można mówić o poważnej debacie na jakikolwiek istotny temat? Jak w takich warunkach elita może swymi przemyśleniami (zakładając, że je ma) dzielić się ze społeczeństwem?

Debat telewizyjnych w zasięgu oddziaływania nic nie przebije. A one rządzą się swoimi prawami. Po pierwsze, dotyczą bieżących wydarzeń, po drugie, ich uczestnikami są osoby zapraszane przez dziennikarzy według czytelnego klucza. Czytelnego tak bardzo, że na ogół z góry wiadomo, co kto powie i na kogo się rzuci. Mało tego, często dziennikarze, którym nie bardzo chce się przygotować do rozmowy, a czasem po prostu przekracza to ich możliwości intelektualne, zapraszają sobie do studia łatwego przeciwnika. Rozmówcę, nad którym potrafią górować i błyszczeć. Jeśli gość jest nie tylko idiotą, ale jeszcze zabawnym idiotą, błyszczy się tym łatwiej. Proszę sprawdzić: w polskim sejmie i senacie, a także w Parlamencie Europejskim jest wielu naprawdę mądrych, rozważnych polityków. Czy to oni są najczęstszymi gośćmi telewizyjnych studiów? Poza tym, kto powiedział, że najlepszymi recenzentami polityki są sami politycy? To tak, jakby recenzje ze spektakli teatralnych pisali sami aktorzy. Nie ma innych komentatorów?

Ale są sprawy daleko ważniejsze niż bieżąca polityka – kto komu jak przyłożył w ostatnim tygodniu i jak jakiejś partii zmieniły się słupki poparcia, który minister stracił posadę, który straci, a do którego premier szeroko się uśmiechnął. A nawet takie, które jak niektórzy sądzą, wyznaczają horyzont politycznego myślenia: kto wygra najbliższe wybory? Są sprawy ważniejsze, wyznaczające działania dalekosiężne, o podstawowym znaczeniu dla przyszłości państwa i dla narodu. Przyszłość Europy, miejsce Polski w Europie i Europy w świecie. Wymaga to zrewidowania stosunku do przeszłości, wyciagnięcia nauk z historii, rozważenia, a może nawet przedefiniowania wielu pojęć, które ostatnio uważane są za pewniki. Co znaczy patriotyzm? Co znaczy suwerenność? Co znaczy świeckość państwa? Co znaczyć może moralność w polityce?

Georges Clemenceau powiedział kiedyś bardzo słusznie, że wojna jest zbyt poważną sprawą, by ją zostawiać wojskowym. Otóż polityka jest zbyt poważną sprawą, by ją zostawiać politykom!

Potrzebna jest ogólnonarodowa debata. Odpowiedzialność za nią, a tym bardziej za jej brak, spada na elity intelektualne, na inteligencję.

Gdy w XIX wieku krakowska szkoła historyczna rewidowała pogląd na dzieje, na przyczyny narodowych klęsk, gdy Szujski szkodliwość liberum conspiro przyrównywał do szkodliwości liberum veto, dyskusja nie ograniczała się do łam naukowych czasopism i sporów w uniwersyteckich salach. Stawała się dyskusją ogólnonarodową. Dyskusją toczoną w gazetach i w kawiarniach. Nawet poeci nie pozostali obojętni. Oburzony śmiałością twierdzeń szkoły Adam Asnyk pisał złośliwy wierszHistoryczna nowa szkoła, kpiąc, że „Nie chcąc popaść w dawne błędy mesjanicznych, mglistych mrzonek, koło polskich sztywnych karków okręciła swój postronek”.

Swoją drogą, zdystansowane podejście do historii, szukanie w niej wskazówek na przyszłość, czyli potraktowanie jako nauczycielki życia, krytyczny stosunek do powstań i narodowych klęsk, czynienie poniekąd narodowego rachunku sumienia i szukanie win w sobie, nie tylko u sąsiadów, powoduje, że ta konserwatywna przecie szkoła, przy obowiązującej dzisiaj historiografii jawi się jako nieomal lewicowa.

Okrągła 150. rocznica wybuchu powstania styczniowego mogła być znakomitym pretekstem do ogólnonarodowej dyskusji – nad sensem powstania i nie tylko. Także nad pojęciem patriotyzmu, nad zasadnością walki zbrojnej, nad akceptowalnymi granicami kompromisu, nad sensem i potrzebą pracy organicznej. Ledwie niektóre, najpoważniejsze tylko gazety i tygodniki, nieśmiało podjęły ten temat. Poważnej dyskusji nie było.

W Polsce obowiązuje dziś paradygmat zmitologizowanej historii. Kult powstań, klęsk, martyrologii. Kto z tego paradygmatu się wyłamie, ten jest co najmniej podejrzewany o brak patriotyzmu, jeśli nie wprost wykluczany z narodu.

Jest czas, gdy historia musi pełnić rolę mitu, być „ku pokrzepieniu serc”. To czas niewoli. Czas, gdy naród nie ma swego niepodległego państwa. Wówczas mit jednoczy, pozwala przetrwać niewolę. Ale dla narodu żyjącego w wolnym państwie mit jest szkodliwy. Nie pozwala wyciągać wniosków z błędów przeszłości, często te błędy utrwala i, co gorsza, sakralizuje.

A później ta fałszywa historia – przed czym przestrzegał Szujski – zostaje mistrzynią fałszywej polityki. Fałszywej polityki historycznej.

„Kraków”, nr 3 (101), marzec 2013.

Powstanie styczniowe

Krótko przed obchodami 150. rocznicy wybuchu powstania styczniowego próbowałem porozmawiać na jego temat ze studentami prawa. Większość, owszem, wiedziała, że wybuchło ono w 1863 roku, i że skierowane było przeciw Rosji, choć niektórzy sądzili, że może przeciw Austrii. Ci ostatni wycofali się jednak, godząc się z poglądem, że być może powstanie pomyliło im się z rabacją.

Nazwisko Traugutta kojarzyli w zasadzie wszyscy, Langiewicza tylko jeden rozmówca. Większość wiedziała, że Wielopolski zarządził brankę, ale kto to był Wielopolski, nie wiedział nikt, a czym była ta branka – domyślali się tylko niektórzy.

Na temat sensu powstania porozmawiać było trudno, bo poza wypowiadanymi ogólnikami na temat bohaterstwa, romantyzmu powstańczej partyzantki, leśnych biwaków, potyczek, odpoczynków w dworkach i obrazów Grottgera (o tych obrazach zresztą część rozmówców nie słyszała) nie mieli żadnych przemyśleń.

Może gdybym rozmawiał ze studentami fizyki, wiedzieliby więcej, ale wątpię. Na prawo idą na ogół ci, którzy mają na świadectwie maturalnym lepsze oceny z historii i z polskiego. Ile wiedzą ci, którzy mają oceny gorsze? A ile ci, którzy w ogóle nie mają świadectwa maturalnego?

A tu historia ma być nauczycielką życia. Mało tego, ma być przewodniczką polityki, wszak na tym, zdaje się, polega polityka historyczna głoszona przez naszą prawicę. Niestety, nie tylko naszą, także litewską czy ukraińską! Stąd kłopoty z sąsiadami. Nasze historie trudne są do uzgodnienia, nasze polityki historyczne trudne zatem do pogodzenia.

Jak tu czegoś z historii się nauczyć, jeżeli się jej nie zna?

Jeśli w dodatku historię sprowadza się do mitu, redukuje do symboli, a myślenie zastępuje emocjami, to historia w takim wydaniu nie tylko niczego nie uczy, ale przeciwnie, straszliwie ogłupia.

Okrągła rocznica wybuchu powstania była znakomitą okazją nie tylko do uczczenia pamięci tych, którzy w latach 1863–1864 złożyli ojczyźnie daninę swojego życia, wolności czy choćby tylko majątku. Pamięci poległych, straconych, zesłanych na katorgę, wywłaszczonych. Była również okazją do przypomnienia prawdziwej, niezmitologizowanej historii powstania. Historii bez lukru z jednej strony i bez białych plam z drugiej. Była okazją do poważnej dyskusji nad bilansem powstania, a także nad jego sensem. Czy jest powód do chwały, gdy się idzie „w bój bez broni”? Czy potrzebna była hekatomba powstania, aby się przekonać do potrzeby pracy organicznej? Czy dopiero po powstaniu zorientowano się, że to jednak Wielopolski miał rację, i faktycznie zaczęto realizować jego program, choć już w nieporównanie gorszych warunkach? Może warto na postać i rolę Wielopolskiego popatrzeć nieco inaczej i oddać margrabiemu sprawiedliwość? Można było się zastanowić, jaka nauka dla nas wypływa z doświadczenia powstania, nauka na przyszłość i nauka pomagająca właściwie ocenić wydarzenia naszej najnowszej historii.

Była okazja. Ale nie została wykorzystana.

Składając kwiaty na mogiłach i przy pomnikach powstańczych, w czasie oficjalnych uroczystości nawet nie starano się pomyśleć, czy czcimy tylko pamięć powstańców, czy też składamy hołd samemu powstaniu, jego idei. A to przecież nie to samo.

Nie było żadnej głębszej refleksji nad sensem powstania ani w docierającej najszerzej telewizji, ani w wypowiedziach polityków (od nich zresztą takich wypowiedzi nie oczekiwałem, dobrze, że nawet nie próbowali). Nie licząc drobnych wyjątków, nie było jej też w prasie. Nie tylko głębszej refleksji, ale niekiedy nawet elementarnego rozsądku brakowało również w nielicznych wypowiedziach historyków zaproszonych z tej okazji do mediów. Pewien krakowski historyk, prof. Andrzej Nowak, w wywiadzie dla jednej z gazet stwierdził z całą swoją profesorską powagą, że dzisiejszym odpowiednikiem powstańców styczniowych są członkowie i sympatycy PiS! Po pierwsze, Panie Profesorze, mój pradziadek był powstańcem styczniowym, proszę go nie obrażać. Po drugie, jest Pan niekonsekwentny. Zredukować dziedzictwo PiS wyłącznie do powstańców styczniowych? Przecież z ideologii PiS jasno wynika, że ta i tylko ta partia jest jedynym spadkobiercą tradycji wojów Chrobrego, rycerzy Łokietka, Jagiełły i Sobieskiego. Ideologii Dmowskiego i Piłsudskiego w syntezie. Czy nie dostrzegł Pan, że każda polemika sejmowa z udziałem posłów PiS to co najmniej Olszynka Grochowska, jeśli nie wprost bitwa warszawska? Sam już nie wiem, do czego wielkiego w historii porównać awantury na Krakowskim Przedmieściu, czy było w tysiącletniej historii coś tak imponującego, z czym można by je zestawić? To chyba już nowa karta, nowa jakość, do której swoje dokonania nieśmiało będą przyrównywać Polacy przez następne milenium. Czy nie dostrzegł Pan, że Jarosław Kaczyński to wykapany Jeremi Wiśniowiecki? I czy Antoni Macierewicz nie kojarzy się Panu co najmniej z którymś z wieszczów (ten ogień w oczach!), a najlepiej ze wszystkimi trzema naraz? Przecież wiadomo, że tylko PiS (no, może trochę także z Ziobrą Solidarna Polska) i jego sympatycy to nawet nie jedyni prawdziwi patrioci, ale po prostu jedyni prawdziwi Polacy?

To nic nowego. W przeddzień wybuchu powstania styczniowego Padlewski ostrzegał swojego wysłańca: „Tam panują biali, tam Polaków nie ma!”. Przedstawiciel innej partii, mający inny pogląd, nie był Polakiem. Sam się z polskości wykluczał. Partyjny monopol na polskość ma co najmniej 150 lat. Historia niczego nas nie nauczyła.

Swoją drogą, jaki jest stan polskiej historiografii, skoro XIX-wieczna konserwatywna szkoła krakowska jawi się przy niej jako postępowa, lewicowa nieomal?

„Przegląd”, nr 5/2013, 28 stycznia–3 lutego 2013.

Śmierć profesora Zejsznera

W nocy z 2 na 3 stycznia 1870 roku w swoim mieszkaniu przy ul. Brackiej w Krakowie został zamordowany profesor Ludwik Zejszner. Wybitny polski geolog, badacz Tatr, a przy okazji folkloru góralskiego. Był typowym Polakiem z wyboru. Jeszcze jego ojciec, warszawski aptekarz, używał nazwiska Zeuschner.

Po ukończeniu w Niemczech studiów i uzyskaniu doktoratu na uniwersytecie w Getyndze, Ludwik Zejszner przyjechał do Krakowa, gdzie objął na Uniwersytecie Katedrę Historii Naturalnej, a nadto stanowisko dyrektora górnictwa we władzach Rzeczypospolitej Krakowskiej.

W czasie licznych podróży badawczych w Tatry jako pierwszy odkrył w nich ślady zlodowacenia. Sporządził pierwszą nowoczesną mapę geologiczną Tatr, badał tatrzańskie źródła, klimat i hydrografię. Jest też autorem pracy o nazwieTatry. Po wcieleniu Wolnego Miasta Krakowa do Austrii wykładał jeszcze przez czas jakiś na Uniwersytecie Jagiellońskim geologię, a nadto mineralogię i zoologię. Gdy jednak jako język wykładowy na uniwersytecie wprowadzono niemiecki, syn aptekarza Zeuschnera po niemiecku wykładać nie chciał. Przeniósł się do Warszawy, by tam, na Akademii Medyko-Chirurgicznej nadal wykładać po polsku.

W Warszawie po kilku latach porzucił pracę naukową, bowiem związawszy się ze stronnictwem Wielopolskiego, rozpoczął karierę urzędniczą. Pozostając w służbie rządowej, podzielał, jak się zdaje, poglądy Wielopolskiego. Był przeciwnikiem zbrojnej walki o niepodległość, uważał za patriotyczny obowiązek wzmacniać polski stan posiadania w Królestwie, rozwijać oświatę i naukę, umacniać gospodarkę, krok po kroku wracać do pozycji utraconych po powstaniu listopadowym.

Można postawić tezę, że nieszczęściem Zejsznera, podobnie zresztą jak Wielopolskiego, było to, że ideał pracy organicznej chciał wcielać w życie jeszcze przed styczniem 1863 roku, podczas gdy większość Polaków zrozumiała jej potrzebę dopiero po przegranym powstaniu.

Po klęsce powstania i likwidacji władz i urzędów Królestwa przemienionego w Priwislanskij Kraj Zejszner zwolniony został ze służby. Przez jakiś czas mieszkał jeszcze w Warszawie, by po kilku latach, gdy na Uniwersytet Jagielloński, w dobie galicyjskiej autonomii wrócił jako wykładowy język polski, przenieść się do podwawelskiego grodu. Przywiózł z sobą kilka beczek zawierających jego zbiory minerałów i sporą, jak na owe czasy, bibliotekę. Po przyjeździe do Krakowa w październiku 1870 roku zamieszkał początkowo przy ul. Sławkowskiej, później wynajął mieszkanie na pierwszym piętrze w kamienicy należącej do hrabiego Rzewuskiego, przyległej do pałacu Larischa, przy ul. Brackiej pod ówczesnym numerem 156. W dużym mieszkaniu zamieszkał sam, z lokajem poleconym mu przez krewnych i jego żoną. Mniej więcej po miesiącu od chwili wprowadzenia się na Bracką, Zejsznera odwiedził nikomu nieznany człowiek, którego profesor przywitał jak starego znajomego, z miejsca proponując mu u siebie służbę. Zwolnił przy tym ze służby dotychczasowego lokaja. Nowy lokaj wprowadził się do Zejsznera zaraz po Nowym Roku, 2 stycznia 1871 roku. Tegoż dnia w nocy nowy lokaj zamordował profesora. Morderca ujęty przez c.k. policję aż w Prusach, po godnej podziwu akcji śledczej, do czynu się przyznał, nie chciał jednak wyjawić ani motywu zbrodni, ani swego nazwiska. Przeciwnie, podawał coraz to inne nazwiska: raz mówił, że nazywa się Bachowski i wrócił właśnie z Sybiru, innym razem, że nazywa się Zdziarski, innym jeszcze razem, że Gębski, a jeszcze innym, że Szulewicz. Podawał też różne życiorysy, w których jednak elementami powtarzającymi się w kolejnych opowiadaniach były udział w powstaniu, w tym w charakterze „żandarma wieszającego”, oraz pobyt na zesłaniu. Motywu swej zbrodni nie wyjawił.

Raz mówił, że profesora wcześniej nie znał, ale zamordował go, bo zaraz po przyjęciu do służby profesor go zdenerwował, mówiąc, że do powstania szły tylko „gałgany i oberwusy” i „tylko biedy krajowi narobili”. Działał więc w zamiarze nagłym. Innym razem wyrwało mu się, że „długo za Zejsznerem chodził i nareszcie go zdybał”.

Cesarsko królewska prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia „przeciwko samozwańcowi, który utrzymuje, że jest Józefem Gębskim, a który się dawniej fałszywie mianował Józefem Szulewiczem, Józefem Bachowskim, Janem Zdziarskim (…) o zbrodnię morderstwa zdradzieckiego i rozbójniczego popełnioną na osobie dra Ludwika Zejsznera”.

Sąd sprawę rozpoznawał na rozprawach od 5 do 7 grudnia 1871 roku, po czym skazał „samozwańca” na karę śmierci. Sąd Krajowy Wyższy wyrok zatwierdził, jednak cesarz, dobrotliwy Franciszek Józef, skorzystał z prawa łaski, skazańcowi darował życie, a wymierzenie kary zastępczej zlecił Najwyższemu Trybunałowi Sądowemu w Wiedniu. Ten ostatni 6 czerwca 1872 roku wymierzył nieznanemu z nazwiska mordercy karę dożywotniego więzienia.

Tak w niespełna dwa lata od morderstwa sprawca został ujęty w sąsiednim państwie, osądzony, sprawa przeszła dwie instancje, cesarskie ułaskawienie i wyrok wymierzający po nim karę zastępczą! O takim tempie nasze organy ścigania i sądy mogą dziś tylko pomarzyć!

Jednak nie na to chciałem zwrócić uwagę. Otóż morderca, który przyznał się do winy, do końca nie ujawnił swej tożsamości ani motywu zbrodni. Dlaczego tak postąpił? Jaką tajemnicę ukrywał? Przyznając się do morderstwa, musiał wiedzieć, że zostanie skazany na śmierć, bowiem prawo karne austriackie tylko taką karę za morderstwo przewidywało. Łaski cesarskiej przecież nie mógł przewidzieć. Dlaczego zatem chciał zabrać z sobą jakąś tajemnicę do grobu? Może działał na czyjeś zlecenie i później tego kogoś chronił?

Tego nie dowiemy się już nigdy. Wszystko jednak wskazuje na to, że za kulisami morderstwa tego wielkiego polskiego uczonego stały jakieś rozliczenia popowstaniowe. Rozliczenia wypadków głęboko dzielących naród, rozliczenia trudnych wyborów na pełnej skali od bohaterstwa po zdradę, od wybaczenia poprzez wyrozumiałość aż po potępienie.

I dobrze jest pamiętać, że powstanie styczniowe to nie tylko tragizm romantycznej partyzantki, ale także tragizm „sztyletników”, „żandarmów wieszających” i ich dzieła, konsekwencji pośpiesznych, nieraz nie zawsze przemyślanych ocen i wydawanych wyroków.

Można zasadnie podejrzewać, że ich ofiarą padł także profesor Ludwik Zejszner.

„Kraków”, nr 2 (100), luty 2013.

Białe plamy, czarne plamy…

Alfred Tarski (1901–1983) to jeden z najbardziej znanych na świecie uczonych polskiego pochodzenia. Logik, matematyk, do 1939 roku docent Uniwersytetu Warszawskiego, później profesor najlepszych amerykańskich uniwersytetów. Wywarł wpływ nie tylko na logikę czy matematykę, ale także na filozofię. Jego wpływ jest widoczny w twórczości na przykład Karla Poppera. Od 1945 roku obywatel amerykański, w domu zawsze rozmawiał po polsku i uważał się za Polaka. Jego imieniem nazwano odkrytą w 1997 roku planetoidę.

Jan Łukasiewicz (1878–1956), do wojny profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie okupacji uczestnik tajnego nauczania. Jeden z twórców polskiej szkoły matematycznej. Od 1944 roku na uchodźstwie. Od roku 1949 do śmierci profesor Uniwersytetu w Dublinie.

Marian Kukiel (1885–1973), działacz niepodległościowy, generał, ale przede wszystkim świetny historyk. Szef Biura Historycznego Sztabu Generalnego (do 1926), habilitowany w 1927 roku, dyrektor Muzeum Czartoryskich w Krakowie. W czasie wojny w rządzie Sikorskiego, najpierw wiceminister obrony narodowej, później minister. Po wojnie działacz polityczny, ale głównie organizator polskiej nauki na obczyźnie.

Oskar Halecki (1891–1973), wybitny historyk mediewista-bizantynolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, czynny też w życiu publicznym. Zdecydowany przeciwnik ZSRR, propagator „ruchu prometejskiego”. Po wojnie profesor na kilku amerykańskich uniwersytetach, związany z Kościołem katolickim na obczyźnie, czynnie uczestniczący w przygotowaniach do obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Znany z nieprzejednanej postawy wobec komunistycznych władz w PRL.