Mgnienie - Marcel Woźniak - ebook + audiobook + książka

Mgnienie ebook i audiobook

Marcel Woźniak

4,2

Opis

Leon Brodzki wraca do gry!

Nawet gdy Heraklit ląduje za kratkami, policjant nie może długo cieszyć się spokojem. Brutalne morderstwo i porwanie młodej dziewczyny zmuszają go do wznowienia śledztwa. Sprawa jest trudniejsza, bo dotyczy jego rodziny, a morderca będzie zabijał póki nie złapie go policja.  Brodzki zaczyna prawdziwy wyścig z czasem.

W Mgnieniu detektyw mierzy się z własnymi demonami i mrocznym przeciwnikiem. Dokąd prowadzi trop Człowieka w Kapeluszu? Jaką zagadkę skrywa przeszłość rodziny Brodzkich? Ile osób musi zginać, by detektyw rozwiązał zagadkę?

Gdy zegar zbrodni tyka, najistotniejsze są wskazówki.

Polecam, to świetnie skrojony kryminał z niebagatelnymi bohaterami i główną postacią, która ląduje w czołówce moich ulubionych bohaterów literackich. Agnieszka Lingas-Łoniewska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 32 min

Lektor: Jacek Mikołajczak

Popularność




Copyright © Marcel Woźniak, 2017

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2017

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Bartosz Ludkiewicz

Korekta: Słowne Babki

Pro­jekt okład­ki: Jakub Chwieszczenik

Fotografia na okładce: Łukasz Breitenbach

Kon­wer­sja: Grze­gorz Ka­li­siak

ISBN 978-83-7976-805-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Jeżeli będziesz długo siedział na brzegu rzeki,

Występują:

W roli głównej

LEON BRODZKI – detektyw sekcji kryminalnej, podkomisarz

W pozostałych rolach

Gromosław Halicki – komendant policji

Jacek Nowak – sierżant

Maks – archiwista policyjny

Ronald Bryk – policjant z Darłowa

Marta Gradowska – psycholog policyjna

Zapaśnik – podejrzany

Daniel – ścigany o pseudonimie „Heraklit”

Kosma – osadzony o pseudonimie „Heraklit”

Dagmara Brodzka – była żona Brodzkiego

Sara Brodzka – porwana córka Brodzkiego

Ignacy Kulwicki – ojciec Dagmary, dziadek Sary

Wanda Kulwicka – matka Dagmary, babcia Sary

Paulina – wychowanka z Włocławka

Siostra Klementyna – zakonnica z ośrodka

Henryk – taksówkarz, ostatni Mohikanin

Kobieta w Czerni – emerytka

Jurek – dziewczynka

Łukasz Grotowski – barman

Marek Bener – dziennikarz z „Echa Torunia”

Natalia Kaklińska – lekarz

Filip – dyspozytor z centrali 112

Piotras – strażak

Grzegorz Giedrys – dziennikarz

Szlomo – lichwiarz

Symfonian – ochroniarz

Nalewski – prezydent Torunia

Zofia Halicka – komendantowa

Sergiusz Iwan – patomorfolog

Bogumiła Bogusz – sąsiadka Sary

Jan – księgarz

Grażyna Sędzimir – dziennikarka

Natasza – prostytutka

Chyży Nowak – brat Jacka Nowaka

Paweł – ksiądz

Laura Mostowicz – ofiara

Hanna Krosny – ofiara

Franciszek Brodzki – ojciec Leona

Tomasz Żółtko – aspirant

oraz

CZŁOWIEK W KAPELUSZU

Wydarzenia przedstawione w utworze mają charakter fikcyjny.

I

1

– Będę zabijał, dopóki mnie nie złapiecie – powiedział do telefonu długowłosy, brodaty, chudy mężczyzna. Na obudowie urządzenia pulsowała czerwona dioda, a człowiek trzymał je w cienkich, szponiastych palcach. Za równo przyciętymi paznokciami dostrzec można było zaschniętą krew.

Było ciemno. Most lekko oświetlały jedynie nocne latarnie, rzucając na jego powierzchnię snopy światła, niczym teatralne reflektory rozpraszające ciemność na scenie w finałowym akcie szekspirowskiego dramatu. Aktorzy byli na miejscu.

Mężczyzna podszedł do bladopistacjowej barierki. Przy metalowych żerdziach, na środku mostu leżało skrępowane ciało dziewczyny w czerwonym płaszczu przeciwdeszczowym.

Mimo wzmagającego się wiatru, którego zawodzenie uderzało w kiepski mikrofon smartfona, dało się posłyszeć ciche westchnięcie ofiary. W dźwięku tym zapisane zostało całe ludzkie życie. Było to swoiste wybrzmienie. Koda.

– Nazywam się Heraklit. Wszystko płynie, a najbardziej krew niewinnych – zawiesił głos i przykucnął, by pogładzić dziewczynę po mokrych skroniach. Przysunął kamerę tak, że teraz było widać fragment jej twarzy i zaklejone taśmą usta. Posadził ją i oparł o balustradę.

Teraz także on znalazł się w kadrze, przytulając swój policzek do jej twarzy. Uśmiechnięte i beztroskie oblicze złoczyńcy kontrastowało z przestraszonym wzrokiem wycieńczonej kobiety. Objął ją i zaśmiał się szczerze.

– Mamy dziś piękną noc. Przypominają mi się filmy, które puszczałem Laurze we Włocławku… – Dziewczyna zajęczała. – No, nie bądź zazdrosna. Sen nocy letniej, Koszmar minionego lata. Możesz sobie wybrać, który bardziej pasuje do tych okoliczności. Osobiście obstawiałbym Szekspira.

Dziewczyna była przytomna. Kasztanowe włosy lepiły jej się do twarzy, równo przycięta grzywka była posklejana krwią i potem. Miała drobną, delikatną buzię i mały, niepretensjonalny, przyozdobiony kolczykiem nos. Jej nozdrza pulsowały teraz rytmicznie, a wydychane powietrze ocierało się o taśmę, którą miała zaklejone usta, wydając cichy szum.

Ofiarę uderzał zapach stojącej wody i ryb, mieszający się z posmakiem krwi i chemikaliów, jakie czuła na ciele. Nie wiedziała, gdzie jest. Wiedziała tylko, że jej bycie, samo w sobie, może nie potrwać długo. Dlatego w otchłani jej umysłu nie było miejsca na czysty strach. Emocje oddzieliły się bowiem od rozumu niczym skóra oddzielająca się od ciała, które długo przebywa w wodzie. Trzeba wiedzieć, że strach ma różne fazy, tak jak różne fazy ma żałoba. Najpierw dziewczyna krzyczała ile sił. Było to tuż po tym, kiedy zorientowała się, że grozi jej niebezpieczeństwo. Najpierw zagrażające jej wolności, potem zdrowiu, a na końcu – życiu i fizycznej integralności. Unieruchomienie i zniewolenie jej przez napastnika, zaklejenie ust sprawiły, że strach i związany z nim traumatyczny stres gotowały się w niej, skacząc po całej skali smutku, wściekłości i przerażenia. Kiedy etap emocjonalnego wybuchu minął, umysł porwanej przeszedł do fazy drugiej – zaprzeczania. Przestała reagować na niektóre bodźce, zapadła się w sobie. Zapomniała o najistotniejszym problemie, jakim było zagrożenie życia. Nie zrobiła tego oczywiście świadomie. To mózg szukał dróg ucieczki od szaleństwa, zmniejszając zainteresowanie życiem. Pojawiły się luki w pamięci. Strach odebrał nie tylko rozum, ale i spowodował u niej częściową, psychogenną amnezję. W tak traumatycznym stresie racjonalizowanie można włożyć między bajki. Człowiek staje się wtedy zwierzyną łowną, która wpadła w sidła i czeka na kolejny ruch oprawcy. Wtedy porwana dziewczyna przeszła w kolejną fazę – wdzierania się. W jej umyśle, niczym w akceleratorze elektronów, zaczęły przepływać niekontrolowane uczucia i impulsy. Adrenalina poczęła wyrzucać do krwi kolejne cząsteczki, stymulujące panikę i stres. Zmysł przetrwania wyszedł na pierwszy plan, a mózg nie potrafił przestać myśleć o chęci ucieczki i ratunku. Doprowadziło to do fizycznego i psychicznego wycieńczenia ofiary, która czuła nasilony przestrach przy najmniejszym bodźcu: szmerze, szumie, tykaniu zegara. Umęczone ciało i psychika zaczęły wówczas powoli przechodzić do kolejnego etapu, czyli przepracowania tematu. Dziewczyna zaczęła odróżniać fantazje i lęki od rzeczywistości. Myśli przepływały przez jej synapsy jasno, z większą uwagą. To właśnie wtedy zrozumiała, że istnieje jeszcze ostatnia, piąta faza strachu i stresu. Jest nią gotowość na zakończenie.

Zamiast tej jednej, wyrazistej emocji umysł dziewczyny wypełniła seria pytań – tych z natury ostatecznych: o byt, sens, życie po śmierci, egzystencję samą w sobie. „Czy będzie bolało – myślała – i czy zobaczę światło w tunelu? Czy poczuję obecność bliskich, którzy dawno umarli i czekają teraz po drugiej stronie?”.

Mężczyzna wstał.

– Niech zgadnę – zaczął, schylając się do jej ucha, na którym były ślady krwi i kleju. Podniósł ją na nogi. Dziewczyna chybotała się, jej kostki związane były taśmą izolacyjną. – Pomyślałaś, że ktoś czeka na ciebie po drugiej stronie rzeki? Już to niedawno przerabiałem. Sceneria jakże inna, hala rzeźni… ale duch pozostał ten sam. Duch miejsc przeszłych. No i zaiste, czeka cię śmierć.

Dziewczyna zajęczała, a jej oddech przyspieszył.

– Przed tobą piękny rejs, Hermiono. Choć bardziej pasowałaby Ofelia. Zielona otchłań, podwodny świat rodem z Hamleta albo powieści Juliusza Verne’a. Prawda, Leon? – zaśmiał się do kamery i ponownie zwrócił do dziewczyny. – Nie jestem tylko pewien, czy utrzymasz się na wodzie tak pięknie jak ona. No, dalej, daj z siebie wszystko – zachęcał człowiek. – To twój ostatni moment, żeby pożegnać się ze światem. I to z jaką pompą! Idę o zakład, że pęknie milion wyświetleń, jak tak dalej pójdzie. Szekspir byłby zazdrosny.

Spojrzał jej w oczy z bliska. Wzrok dziewczyny był rozbiegany, widać w nim było błaganie o litość.

– Do kamery, nie do mnie.

Dziewczyna zaczęła wierzgać, a jej oczy zaszły łzami. Spoglądała to na chłopaka, to na kamerę. Raz na szalony błysk jego oczu, a raz na diodę pulsującą niczym na ładunku wybuchowym. Jęczała rozpaczliwie całą siłą płuc i gardła, a jej atak paniki wzmagał się proporcjonalnie do skupienia, jakie przyjęła twarz porywacza.

Mężczyzna położył ją związaną na barierce.

– Proszę państwa – powiedział, przekładając telefon do drugiej ręki, po czym wsadził go w kijek do selfie, który rozwinął. Jednocześnie oparł dziewczynę o swoje biodro. – Teraz nas widać w całej krasie. Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. Ale można do niej wpaść.

Dziewczyna w wyniku stresu dostała hiperwentylacji. Jęczała teraz głośniej niż przedtem. Najwidoczniej z fazy zakończenia cofnęła się do fazy wdzierania się. Plaster na jej ustach wybrzuszał się i wklęsał, ale klej nie puszczał.

– Oszczędzaj tlen. Pod wodą jest go… – posłał uśmiech w stronę kamery. – No, jakby to powiedzieć. Jest go mniej. Chyba że bardzo, bardzo mocno wyobrazisz sobie, że jesteś bohaterką książki. W książkach tlenu nie potrzeba.

I zsunął ciało z barierki, nie odrywając wzroku od smartfona.

Zamknął oczy. Za jego uśmiechniętym, prezentującym się w kamerze obliczem rozległ się głośny plusk.

Gdyby ktoś stał na nabrzeżu, zobaczyłby niewyraźny, podłużny kształt, który spada do wody. A po chwili znika pod jej powierzchnią.

Daniel kliknął czerwony kwadrat w swoim smartfonie. Urządzenie wydało ciche piknięcie, oznaczające koniec nagrywania. Spojrzał na swoje brudne paznokcie, wyciągnął dłonie pod bijące ze szczytu łukowatego przęsła światło.

– Kompletny amator ze mnie. Muszę popracować nad charakteryzacją bardziej, niż myślałem. Że też nie pomyśleliśmy o transmisji za pierwszym razem, bracie…

Przechylił się przez barierkę i wyszeptał w stronę wody:

– „Lecz wreszcie suknia, nasiąkła wilgocią, ucina słodki śpiew, ciągnąc nieszczęsną na dno, w mulistą śmierć”1. – I ruszył mostem w dół. – Słodkich snów, Saro.

1 William Szekspir, Hamlet, w przekładzie Stanisława Barańczaka.

2

Kilka godzin wcześniej, na starym moście drogowym w Toruniu, mimo siąpiącego deszczu, uwijały się służby. Most był duży, długi, trzypasmowy – stanowił bardzo ważny element infrastruktury drogowej miasta, przepoławiając je w centralnej części tak, jak grzbiet przepoławia książkę.

Zator tworzył się po obu stronach Wisły. Z powodu zamknięcia przejazdu korki ciągnęły się na lewym brzegu aż do ulicy Łódzkiej, zaś na prawym – do skrzyżowań przy ulicy Odrodzenia i Szosie Chełmińskiej. Jeden trup spowodował paraliż niemal całego miasta – w korkach stali kierowcy zmierzający na Łódź, Poznań, Warszawę.

Deszcz ostrzeliwał most ze wszystkich stron. W zrzucanych z nieba ładunkach kropel, niby w pryzmacie, rozszczepiało się niebiesko-czerwone światło kogutów. Na środku konstrukcji stały trzy wozy strażackie, cztery radiowozy i karetka. Mediów nie dopuszczono. Tylko jeden reporter, który dotarł tutaj jeszcze przed niebieskimi, został na miejscu. Był to Marek Bener.

– Komendancie, czy to koniec? – spytał dziennikarz o przemoczonych, długich włosach.

– To początek, Bener. Początek. Tylko nie wiem czego.

Dołączył do nich sierżant Jacek Nowak.

– Nowak, sprawdzisz monitoring i korporację, z której była taksówka. Jechał nią detektyw Brodzki. Okazało się, że kierowca był w zmowie z porywaczami, zostawił Leonowi wskazówkę i zwiał.

– Jaką wskazówkę? – spytał Nowak.

– Detektyw Brodzki jechał na dworzec kolejowy. Na moście był korek. Gdy wyszedł z taksówki, otrzymał paragon z napisem „powtórka”. Prawdopodobnie uprowadzono córkę detektywa, Sarę Brodzką. Kierowca taxi zniknął. Porywacze mają telefon Sary. A on… – Komendant wskazał na ciało wiszące w górze. – Jak go tam wciągnęli? Przecież on był w szpitalu, leżał z raną postrzałową.

– Świadkowie twierdzą, że przejeżdżała tędy jakaś ciężarówka – zauważył Bener. – Stała chwilę. Ale była taka mgła, że z dołu trupa i tak nie było widać.

Straż pożarna ściągała z górnego przęsła zwłoki mężczyzny. Po chwili, przy pomocy kosza na wysuwanej drabinie, zwiozła ciało na ziemię. Sylwetki strażaków, ratowników i policjantów otoczyły ciało kordonem. Wszyscy zdjęli nakrycia głów. Ich twarze ciążyły ku ziemi, a grochy deszczu ciosały na ich obliczach iskry. Nikt nie mógł wydobyć z siebie choćby słowa. Stali, jakby przyspawani, wykrzywieni w grymasie żalu i trwogi, ze wzrokiem skierowanym na ciało tego, który poniósł okrutną, niesprawiedliwą i niespodziewaną śmierć. W stronę aspiranta Tomasza Żółtki.

Nowak z trudem powstrzymywał łzy. Znał Tomka krótko, ale jeden weekend wspólnej służby wystarczył, by zaczął darzyć go szacunkiem i szczerym, męskim podziwem. Chuderlak w okularach, przezywany Harrym Potterem, okazał się być prawdziwym gliną z powołania, który nie wahał się ruszyć na pomoc Brodzkiemu. Który przyczynił się do rozwiązania zagadki Heraklita, za co przyszło mu zapłacić wysoką cenę.

Nowak nie należał do osób przesadnie gmerających w palecie wewnętrznych emocji. Nie psychologizował, nie dokładał do tej znajomości epickiej narracji. Widział ją raczej jako kilka jasnych, mocnych punktów, za które rewanżował się kilkoma jasnymi przemyśleniami na temat kolegi. Po wzburzeniu i złości pewna myśl – niczym błyskawica – przeszyła umysł sierżanta o orlim nosie: złapać sprawcę. Nowak przetarł nos i odchrząknął, tak po męsku, jak to mężczyźni odchrząkują po chwili słabości.

Halicki rzucił okiem na ciało i skinął do ratowników, by zapakować je do worka.

– Komendancie, nie czekamy na prokuratora? – spytał Nowak.

– Prokurator jest tak zajebany w trupach, że mu tylko uszy wystają. Nie będzie się do breloczka fatygować w pierwszej kolejności. Mamy blokować most cały dzień? W mieście lada moment wybuchnie panika, musimy podjąć szybkie działania, żeby opanować tę hekatombę.

– Do breloczka? – spytał znad notesu Bener, zasłaniając kartki przed deszczem.

– Tak mówią u nas na wisielców. Pół biedy, że to nie w lesie, po miesiącu, bo jakby pociągnęli za nogi, to by odpadły od korpusu. Z dwojga złego lepiej, że Żółtko się nie oddzielił…

– Komendancie! – warknął Nowak. – Z całym szacunkiem, ale on jeszcze nie ostygł.

Mundurowi byli zniesmaczeni poziomem żartu komendanta. Z Halickiego wyszła maniera człowieka zbyt długo piastującego ważny urząd. W krytycznym momencie górę wzięła u niego buta, może trochę zmęczenie. Niemniej nie ugryzł się w język i wypowiedział słowa, na które nie pozwoliłby sobie żaden z obecnych – mimo ich młodszego wieku, mniejszego doświadczenia, niższych stopni. Szacunek to wartość, którą wyznaje się niezależnie od tych rzeczy. Albo się go ma do innych, albo nie. Tak po prostu jest.

Mundurowi odprowadzili wzrokiem wózek z workiem, który zapakowano do karawanu. Doktor Natalia Kaklińska spojrzała wymownie na Halickiego, zatrzasnęła drzwi pojazdu i ruszyła do erki. Dźwięk wstrząsnął Nowakiem, który dopiero co po raz pierwszy w historii swojej pracy pozwolił sobie na podniesienie głosu na komendanta, a teraz gorączkowo myślał nad kolejnymi krokami, jakie należy podjąć, by śledztwo ruszyło naprzód.

Karawan odjechał, powolnym tempem tocząc się w kierunku Placu Rapackiego. Bo zapakowany w folię wisielec, zidentyfikowany jako aspirant Tomasz Żółtko, nigdzie się już nie musiał spieszyć.

3

Leon Brodzki nie mógł wiedzieć, że trzymać będzie wkrótce w ręku swoją własną twarz. Póki co biegł przez osiedle Bydgoskie Przedmieście, zabytkową dzielnicę Torunia, będącą skrzyżowaniem piękna zabytkowych willi i – drastycznych w skutkach – posttransformacyjnych przemian społecznych, objawiających się patologią i ubóstwem. Ciało Brodzkiego przemieszczało się w przestrzeni miasta niby działo samojezdne, a detektyw miał wrażenie, że nie należy ono do niego. Uczucie to znane jest zawodowym sportowcom, złodziejom oraz żołnierzom piechoty. To właśnie oni potrafią całkowicie podporządkować się biomechanice ciała, by – w celu pokonania dystansu – za pośrednictwem nóg i ramion przenosić się do punktu destynacji. Detektyw czuł, jakby podróżował w zbroi tytanowego humanoida, siedząc w jego wnętrzu swoim umysłem i sercem, ale z nogami będącymi tak daleko, jak daleko znajdują się koła w wielkim aucie, stery w aeroplanie czy śruba napędowa w torpedowym okręcie.

Z kolei serce Leona pompowało krew, która transportowała tlen do komórek tego czterdziestodziewięcioletniego organizmu, ale serce to było pęknięte. Nie wiadomo, jakim cudem mogło działać i spełniać swoje funkcje. Może Brodzki przemieszczał się siłą woli, której jedynym dysponentem było w tym momencie właśnie ciało. Naprężone. Spięte. Gotowe złapać krtań porywacza i zmiażdżyć ją jak niewydrylowaną czereśnię. Może na tym zasadzał się cud ojcowskiej miłości, która przemieniała zrozpaczonego ojca w żołnierza piechoty, który nie zatrzyma się dopóty, dopóki jego córka nie wróci bezpiecznie do domu.

Brodzki był wysokim, postawnym, przystojnym mężczyzną. Miał gładką twarz o mocnych rysach, teraz naprężoną i zwartą. Skronie pokrywała gdzieniegdzie siwizna, ale zaczesane na bok, równo przycięte włosy miały wyrazisty kolor ciemnego blondu. Na nogach miał dżinsy i wygodne półbuty, zaś silne ramiona opięte były granatowym t-shirtem, na który narzucił sportową kurtkę Henriego Lloyda w tym samym kolorze.

Biegł równo. Przed siebie. Lewa noga naprzemiennie z prawą, dekada palców ogarnięta symetrią ciała. A daleko, wiele kondygnacji i pięter dalej, za wieloma zakamarkami i pokojami, w jednym z pomieszczeń ciała, tak, właśnie tam, tliło się blade światło świadomości. To tam Brodzki przetwarzał na gorąco ostatnie minuty mijającego dnia.

Bo nie wiedział, ani gdzie jest Sara, ani gdzie jest Daniel.

Dopiero co zobaczył Słońce nie większe od stopy, jak pisał prawdziwy Heraklit, filozof, w swoich rozprawach. Dopiero co zakończył śledztwo i żegnał miasto, jadąc na Dworzec Główny. Miał tylko przekroczyć Wisłę, nad którą stoi Toruń i w której tafli – „gładkiej jak pamięć lustra” – odbija się to miasto. Miał przejechać przez most, który przecina rzekę niby krótsze ramię krzyża, prostopadłe do ramienia długiego, niekończącego się. I uciec z Torunia, razem z córką, uciec z miasta, nad którym wciąż krążą ciężkie szelfowe chmury. Do Darłowa, do Dagmary. Czy nie zasłużył na odrobinę miłości i spokoju?

Jeszcze kilka dni temu był o krok od zakończenia kariery policyjnej, a znalazł się znów na jej początku. Dopadł Heraklita, który terroryzował miasto. Pożegnał swojego ojca Franka. A przed chwilą znów znalazł się na polu startowym planszy, kiedy zobaczył ciało przyjaciela Tomka Żółtki.

Stał wówczas na toruńskim moście drogowym imienia Józefa Piłsudskiego i gorączkowo rozmyślał. „Jeśli wszystkie te zbrodnie miały być powtórką tych, które były już raz popełnione, jeśli te zbrodnie miały być przechytrzeniem mnie i popełnieniem zbrodni doskonałych… To oznacza, że to nie koniec”.

Spojrzał wtedy jeszcze raz na telefon, odblokował go, wszedł w książkę telefoniczną, wybrał z listy Dagmarę, byłą żonę. Jedyną kobietę, z którą chciałby być najbardziej, i tę właśnie, z którą najbardziej być nie mógł. Zmarszczył mocno czoło, tak mocno, że zmarszczka je przecinająca wryła się jeszcze głębiej w skórę, jak dolina śmierci na planecie życia. Stojąc wówczas na moście, nabrał kilka wdechów i wcisnął zieloną słuchawkę.

– Co wiesz, Leon? – powtórzyła Dagmara.

– Wiem, że bardzo cię kocham, Dagmaro, ale na razie nie przyjadę – odparł.

– A gdzie jesteś? – zadźwięczał z troską znany mu głos. – Zawsze wiedziałam, że żyjesz z poczuciem wiecznie nierozwiązanych spraw. I dlatego wiecznie o ciebie drżałam. Nie uratujesz całego świata. Gdzie jesteś? Gdzie Sara?

– Jakby wszystko zaczynało się od nowa. Jak powtórka – powiedział do siebie, patrząc w stronę hipnotycznego cyferblatu.

– Leo? – spytała Dagmara

– Tak – odpowiedział nieobecny.

– Gdzie jesteś?

Opuścił powoli słuchawkę. Zebrał się w sobie. Zacisnął mocno powieki, po czym przyłożył telefon do ucha tak blisko, jakby chciał wyszeptać te słowa prosto do uszu Dagmary.

– Cokolwiek się stanie, zachowaj spokój. Wkrótce się do ciebie odezwę. Nie odbieraj telefonów, nie zostawaj sama – powiedział trochę do niej, a trochę do siebie.

Dagmara była żoną policjanta dostatecznie długo, ażeby wiedzieć, kiedy zbliża się moment niebezpieczeństwa.

To był właśnie taki moment.

– Gdzie jest Sara? Gdzie jesteś ty?

– Jestem… Jestem w Toruniu – odparł i zawiesił głos. Wspólne milczenie rozpostarło się w umownej przestrzeni, łączącej Toruń i Darłowo. Wymowna pauza ustalała nowy porządek rzeczy i dlatego żadne z rozmówców nie odezwało się już ani słowem.

Brodzki usłyszał wtedy w słuchawce ciche łkanie.

Po czym ruszył biegiem w stronę prawego brzegu gotyckiego miasta, a za nim pobiegł jego pies. Sylwetka samotnego wędrowca malała, aż w końcu zupełnie zlała się z pęczniejącym tłumem na Placu Rapackiego. Leon Brodzki nie wiedział wówczas, że wyrusza na spotkanie ze swoim przeznaczeniem.

4

Mgła utrudniała rozpoznanie obiektów na kiepskiej jakości nagraniu z kamer miejskich.

– Daj mi to jeszcze raz – poprosił sierżant Jacek Nowak.

Do siedziby strażników miejskich na ulicy Grudziądzkiej pojechał zaraz po zakończeniu czynności na moście. Bardzo chciał się dowiedzieć, do czego tam doszło. Znajomy strażnik, misiowaty w czapce, włączył nagranie od początku.

– Powiększ mi tu obraz – rzucił policjant.

Na obrazie widoczna była mgła oplatająca stary most drogowy gęściej i gęściej. Wreszcie, w krytycznym momencie, pośrodku kadru zatrzymała się pokaźnych rozmiarów wywrotka.

– Nie dasz rady powiększyć mi tablic?

– Takie mleko wisi w powietrzu, że ledwo można rozpoznać, że to ciężarówka, a nie czołg.

– No dobra. Podjeżdża ciężarówa i co? – Nowak pytał siebie na głos. – Przewiń.

– Już mówiłem. Po chwili odjeżdża. To wszystko.

– Nic nie widać?

– Kabina tira jest za mgłą. Jedno, co można powiedzieć, to to, że ciężarówka olbrzymich rozmiarów. Dałoby radę wejść na jej dach i…

– I przymocować trupa.

– Słyszałem, że niebieski. Przykro. – Strażnik klepnął Nowaka po ramieniu i poszedł po sypaną kawę. – Nie można mordować glin.

Sierżant patrzył tymczasem chwilę na nagranie. Dotknął palcem swego orlego nosa, zmarszczył czoło.

– Możesz mi to jeszcze raz puścić?

– Przecież mówiłem, że nie ma tam nic.

– Jeszcze nie ma, ale może być.

Chwilę później obaj mundurowi oglądali zapis raz jeszcze. Faktycznie, z początku nic istotnego się nie działo. Aż do czasu, kiedy na pogrążonym we mgle moście pojawił się tajemniczy człowiek w kapeluszu.

Nie nakrycie głowy decydowało o tym, że człowiek ten sprawiał wrażenie tajemniczego. Chodziło o to, w jakim momencie i gdzie się pojawił.

– Co ten człowiek robił na moście? – spytał strażnik.

– Tego jeszcze nie wiem. Wiem natomiast, że o ile z jednej strony mostu wchodzi w kadr, tak po drugiej stronie tego, co łapie monitoring, nie wychodzi nikt.

– Chcesz powiedzieć, że facet rozpłynął się w powietrzu?

– Albo w wodzie.

– Albo znał kierowcę wywrotki. Gdy zrównuje się z pojazdem, znika.

– Nie posuwałbym się tak daleko… – Nowak stopował zapał rozmówcy. – Wiem tylko, że za dużo tu przypadków. Samochód widmo i człowiek w kapeluszu. Będzie trzeba się temu przyjrzeć.

5

W czwartym akcie Hamleta królowa Gertruda i Laertes rozmawiają o dotkniętej obłędem Ofelii. To wtedy dowiadujemy się o tragicznej śmierci dziewczyny, która miała wpaść do strumienia, zrywając kwiaty pokrzywy i stokrotki.

Tym razem jednak, inaczej niż w napisanym na przełomie XVI i XVII wieku dramacie, ciało zaczęło po prostu opadać na dno. W rzeczywistości utonięcie jest mniej książkowe, niż opisał to brytyjski dramaturg. Następuje w wyniku odcięcia dopływu tlenu do mózgu przez płyny. Najczęściej – wodę.

Dziewczyna zrzucona brutalnie z mostu zdążyła jeszcze zobaczyć kilka świateł halogenów, kiedy – obracając się wokół własnej osi – spadła z hukiem w otchłań kanału. Jej pięćdziesiąt kilogramów wagi, napędzone grawitacją i przyspieszeniem ziemskim natychmiast wyparło wodę, w którą uderzyło, a ona od razu znalazła się pod jej powierzchnią. Zdawało się jej, że mignęła jej w górze niewyraźna sylwetka, ale co z tego? Jakie znaczenie miało jedno mgnienie?

Uderzenie o wodę było tak silne, że taśma zaklejająca usta pękła, odrywając naskórek z warg. Dziewczyna nie zdążyła niestety krzyknąć.

Czerwony strój pod szaroniebieską taflą wody wyglądał niczym żyjąca w oceanie egzotyczna ryba, zanurzająca się coraz głębiej i głębiej, coraz mniej widoczna z powierzchni tafli.

Tonąca nie mogła poruszyć żadną z kończyn. Nie tylko z powodu ich unieruchomienia. Chodziło także o wstrząs, spowodowany siłą uderzenia oraz różnicą temperatur. Gdy więc dziewczynie wróciła świadomość, to tylko na chwilę. Naraz zaatakował ją paniczny strach, który – ze skutecznością wysokiego napięcia elektrycznego – sparaliżował ciało.

Organizm przypominał batyskaf z uwięzioną w środku duszą akwanautki. Czerwony okręt podwodny. Działały tylko płuca, rozpaczliwie próbujące doprowadzić do mózgu tlen, którego w wodzie jest niestety o wiele mniej niż w powietrzu.

Zrobiła kilka odruchowych oddechów. To zimna woda działała na końcówki nerwowe i odruch był silniejszy od zdrowego rozsądku. Po łyknięciu cieczy zakrztusiła się i natychmiast ją wypluła. Trwało to około dziesięciu sekund.

Teraz próbowała utrzymać powietrze, które zabrała z powierzchni ziemi w swoją podwodną podróż. Tutaj ciało i mózg działały wspólnie. W takich wypadkach plan jest zawsze jeden: nie udusić się. Ale to niestety złudne. Po około pół minuty ciało przekroczyło próg pobudliwości ośrodka oddechowego. Było to spowodowane nadmierną ilością dwutlenku węgla we krwi.

„Chyba jestem martwa” – zdążyła pomyśleć.

Przed jej oczami przelatywały obrazy z minionych dni. A może działo się to za oczami? Z której strony wizualizują się ludzkie myśli? Tak jak w kinie, kiedy projektor rzuca obraz od strony widowni? A może tak jak w kineskopowym telewizorze, czyli z wnętrza obudowy? Wszak maszyny optyczne i zwierciadła budowano na kształt ludzkiego oka… Te przemyślenia były jednak dziewczynie obce. Podobnie jak możliwość przeżycia.

W tym czasie płuca dokonywały już silnych wdechów i wydechów, a woda dostawała się do dróg oddechowych i płuc, a w wyniku połykania – do żołądka.

Według filozofii tai chi woda pokonuje wszystkie żywioły. Gasi ogień, przekształca się, dociera w każdy zakamarek. Woda, pełna sprzeczności, potrafi spłukać miękką ziemię i ominąć skały, ale kiedy trzeba – wydrążyć je. Sprawia, że ustaje wiatr. Przenosi statki. Jak głoszą mędrcy, woda pokonuje przez ustępowanie. Nigdy nie atakuje, lecz zawsze wygrywa ostatnią bitwę.

Dziewczyna, zgodnie z przekazami znanymi różnym wierzeniom i religiom, zobaczyła plamę świetlną. Czy były to wyładowania elektryczne w mózgu? A może podróż poza ciało? Kolejna faza strachu? Zakończenie?

Na powierzchni wody pojawiało się coraz mniej bąbelków powietrza. Tonące ciało przestawało wierzgać. Była to martwica – efekt ustania czynności oddechowych – i utrata przytomności. Potem nastąpiły nieregularne oddechy i drgawki toniczne, krótkie skurcze. Prawdopodobnie w tym momencie Ofelia umarła, w słonej wodzie. Takiej samej, z której na świat kiedyś przyszła.

Pewien historyk z Oxfordu, nazwiskiem Stephen Gunn, odkrył swego czasu, że śmierć książkowej Ofelii mogła być zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami. W spisanym po łacinie raporcie koronera z 1569 roku, a więc jeszcze za dynastii Tudorów, Gunn odkrył szczegóły zgonu niejakiej Jane Shaxpere. Mająca dwa i pół roku dziewczynka miała się utopić, kiedy zbierała kwiaty nagietka koło młyna w rodzinnym mieście pisarza. Autor Hamleta miał wówczas pięć lat.

Pewnym jest, że bez względu na inspiracje samego Szekspira, jego dzieła natchnieniem stały się dla innych. Zwłaszcza dla wrażliwych na sztukę. Jak Daniel. I dlatego znana z malowideł prerafaelitów Ofelia musiała umrzeć raz jeszcze. Podobieństwo tkwiło w bezsensownej śmierci pięknej, młodej kobiety. Różnica polegała zaś na tym, że zamiast zielonej sukni przetykanej srebrną nicią teraz topielec miał na sobie czerwony płaszcz przeciwdeszczowy, przypominający właściwie worek.

Zupełnie jak Dziewczyna w Czerwonym Płaszczu, zamordowana trzydzieści lat temu.

6

Było wiadomym, że komendant Halicki podejmie zaraz odpowiednie kroki. Przecież to właśnie obiecał, mówiąc, że zrobi wszystko, by Brodzki odnalazł córkę.

„Tak, na pewno tak zrobi. Jest przecież komendantem… Choć znam się z Halickim od lat, nie do końca mu wierzę. W miniony czwartek, 1 września Komediant żegnał mnie z wielką pompą, gdy szedłem na emeryturę. Wręczył mi dyplom za wzorową pracę na rzecz bezpieczeństwa mieszkańców.

Dzień później, 2 września w piątek, włączył mnie do śledztwa, choć wcale się o to nie prosiłem. Jak powiedział Halicki, miał to być jeden, ostatni raz. Już to, kurwa, widzę, ten ostatni raz… «Ten ostatni raz» okazywał się być raz za razem. Jeden trup po drugim.

Ale po kolei… Zaczęło się od tego, że odwiódł mnie od pomysłu pójścia na obiad do córki. Powodem były zwłoki dziewczyny.

– Sara poczeka. Laura nie. Martwe ciała dość szybko rozkładają się w ciepłym – powiedział wtedy Halicki.

Tak bardzo mu zależało, żebym się tym zajął… Naprawdę mu zależało. Jak szła dalej ta piątkowa rozmowa w parku…?

– Powiedziałeś: ciało było podwieszone? – spytałem.

– Tak.

– A czy nie miało przypadkiem odciętego palca?

Spojrzeliśmy wtedy na siebie wymownie. Po tylu latach rozumieliśmy się bez zbędnych słów i zbędnych gestów. Skurwysyn w sekundę wiedział, że złapałem trop. Że połączę sprawę tego palucha ze sprawą sprzed lat. Ze sprawą Dziewczyny w Czerwonym Płaszczu.

W starej hali Żółtko znalazł obok trupa dziewczyny noworodka. Dzieciak przeżył, ale na jego ciele odkryto napis. Jak to szło? Że «Brodzki jest winny»? Staliśmy wtedy w szpitalu jak kołki.

No i od tamtego momentu zaczęła się między mną a Halickim gra. On z jakiegoś powodu cisnął, by rozwiązać sprawę, ja z kolei zacząłem zastanawiać się nad przeszłością i błędami, które popełniłem. Kto, u licha, chciałby się na mnie mścić? Co to znaczy, że Brodzki jest winny? Ja czy mój ojciec, też były glina? Tymczasem Halicki przekonywał, że sprawa jest priorytetowa ze względu na bezpieczeństwo mieszkańców, ale czułem, że kryje się za tym coś jeszcze.

W sobotę, 3 września, wyszło na jaw, że Halicki znał pierwszą ofiarę, Laura Mostowicz była jego daleką rodziną. Ustalił to Tomek Żółtko, świeżak z komendy. Też miał swoje przeczucia i intuicja go nie zawiodła.

Fakty zaczęły składać się w całość. Ktoś wyciąga trupa z szafy dzień po moim odejściu na emeryturę. Adresuje do mnie przesyłkę w postaci niemal martwego dzieciaka. Okazuje się, że musiał wiedzieć, że to mnie przydzielą do tej sprawy. A przydzielić mnie mógł tylko Halicki, który z kolei zrobił to ze względu na osobiste zaangażowanie w poszukiwania Laury Mostowicz. Wszystko wyglądało na zmyślny plan.

W niedzielę, 4 września, Halicki ­niespodziewanie odsunął mnie od sprawy. Ot tak. Śmiech na sali, kurwa. Oficjalnym powodem była śmierć Remigiusza Śniega, pseudonim „Szary”, który – niedługo po przesłuchaniu – znaleziony został w celi, gdzie dyndał na prześcieradle. Że podobno to ja podjudzałem strażników, a ci puścili po kiciu informacje o pedofilskiej przeszłości Szarego… Od kiedy to słowa mają taką wielką moc? Może i coś tam powiedziałem… A potem sprawę przejął prokurator. Halicki nie miał skrupułów, by do sprawy dopuścić media. To one zaczęły się w niedzielę pastwić nade mną i nad moim ojcem Frankiem. Przez całe przedpołudnie wyciągano na antenie stare sprawy: śmierć kibica na meczu, który dostał ode mnie kiedyś kulkę. Gumową, żeby nie było. Ale zmarł. Sprawę Szabańskiego – że niby nie sprawdzono wszystkich dowodów. Z prokuratorem w telewizji, to była czysta pokazówka. Chodziło o to, żeby prezydent miasta odpuścił, a Halicki przestał się na chwilę martwić o swoją emeryturę… Ale zaraz potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie: porwanie Franka, pościg, śmierć Franka, śmierć Janki i złapanie Heraklita. Z persona non grata znów stałem się postrachem bandytów i gliną numer jeden w Toruniu. Nie na długo… Dziś nastąpił drugi finał – śmierć Tomka Żółtko i porwanie Sary. I co? I znów, kurwa, prokuratura zdecyduje o kolejnych ruchach. Co oznaczały zapewnienia Halickiego, że zrobi wszystko, by Sarę odnaleziono? Nie zostawię tak tego. Jestem w tym cyrku wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy trzeba wziąć sprawy w swoje ręce…”

Rzeczywiście Brodzki był psem dostatecznie długo, żeby zgadnąć, kiedy zmienia się aura. Nie bez powodu zwierzęta wyczuwają zbliżającą się burzę i zatrutą wodę. Nie bez powodu też policjantów przyrównywano do tych czworonogów – strażników, wiernych przyjaciół człowieka. Czujnych, gotowych do obrony. A zatrutej wody w Toruniu nie brakowało – właśnie w niej odbijała się gotycka panorama miasta.

Po jedenastu minutach Leon był już na ulicy Broniewskiego, przy Osiedlu Sztuk Pięknych. Okna mieszkania Sary były otwarte, w powietrzu unosił się zapach duchoty i pary wodnej.

Rozejrzał się na boki i naraz obraz miasta zastygł. Podrywające się do lotu ptaki zawisły w miejscu, niby w Maszynie do ćwierkania Paula Klee. Auta, przechylone na zakręcie, ciążyły ku ziemi w nienaturalnym kształcie. Absolutna cisza przepełniała przestrzeń dookoła Leona Brodzkiego, tak jak absolutny smutek przepełniał jego pęknięte serce. W całym niewzruszonym obrazie tylko Szarik, pies rasy border collie, zdawał się nie przejmować pauzą, jaka stała się udziałem percepcji detektywa. Przysiadł, przechylił swój obficie przystrojony łatami pysk i posłał swemu panu troskliwe spojrzenie.

Brodzki zmarszczył brwi i wszedł do przedsionka budynku.

Ulica na powrót odżyła – auta ruszyły, a ptaki wzbiły się w powietrze. Tego Brodzki już nie zobaczył. Tylko pies spojrzał z zaciekawieniem na świat, który dopiero co spał. I odprowadził wzrokiem swojego pana.

7

– Grażyna Sędzimir. To jest program Nasze sprawy. A gościem jest pani Marta Gradowska, psycholog policyjny. Dobry wieczór.

– Dobry wieczór pani, dobry wieczór państwu.

– Czy w Toruniu jest bezpiecznie? O tym już za chwilę.

W studiu telewizyjnym, na tle nocnej panoramy Torunia siedziały dwie kobiety. Prowadząca była krótko obciętą brunetką po czterdziestce. W prawej ręce trzymała długopis, której włącznikiem nieustannie się bawiła. Gościła w studiu dziewczynę przed trzydziestką, w burzy loków opadających na smukłą twarz o wyrazistych kościach policzkowych, wąskich ustach i prostym nosie. Pierwszą z kobiet znali wszyscy, którzy oglądali toruńską kablówkę, podpiętą w niemal każdym bloku w mieście. Druga – dopiero niedawno zaczęła pracę w służbach. Przy prowadzącej wyglądała jak jej córka.

„Mogłam nie zakładać tej dżinsowej kurtki, wyglądam jak studentka…” – pomyślała Marta. Dziennikarka poprawiała papiery. Przed blatem stał ekran z podglądem tego, co emitowane jest na antenie. Telewizja pokazywała przebitki z mijających dni. Obrazom spod Ratusza Staromiejskiego i z mostu drogowego, gdzie odcinano wisielca, towarzyszyła dramatyczna muzyka. Marta spojrzała w stronę kabiny reżyserskiej. Prowadzący dyrygował w powietrzu rękoma, jakby przyjemność sprawiało mu podkładanie muzyki pod relacje z miejsc zbrodni. Utwór zbliżał się do końca. Wydawca pokazał w kierunku studia podniesioną dłoń i wyszeptał, zginając kolejne palce:

– Trzy, dwa, jeden… – I dał znać wskazującym palcem, że program leci znów na żywo. Nad okienkiem zapaliło się czerwone światło z napisem „ON AIR”.

– W ostatnich dniach o Toruniu głośno było nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie – rozpoczęła prowadząca. Długopis w jej ręce pracował jak metronom, a głowa chodziła na boki jak u Elżbiety Jaworowicz w Sprawie dla reportera. – Głośne morderstwa, służby postawione w stan najwyższej gotowości – wszystko to wprawiło mieszkańców naszego miasta w duży niepokój. Pani psycholog, czym właściwie jest przemoc?

– Cóż…

– W dwóch słowach. Niedługo szansę pytań dostaną telewidzowie, ale mamy chwilę. Pani Marto, czym jest przemoc?

– Przemoc to tak zwany czyn bezprawny. Rzeczywiste użycie siły lub jej groźba.

– Co robią służby, jeśli do przestępstwa dojdzie? – dopytywała dziennikarka, próbując zyskać zaufanie gościa i pokazać widzom, że wie, o czym rozmawia.

– Służby natychmiast przystępują do rozpoznania, nadzoru nad podejrzanymi środowiskami. Poszukują osób ukrywających się, wykonują też czynności na miejscu zdarzenia…

– Pani Marto – przerwała jej prowadząca, poprawiając słuchawkę w uchu. Zrobiła strapioną minę, złożyła ręce jak do modlitwy. – Mam na myśli, tu zwracam się w imieniu naszych widzów, jaką mamy gwarancję, że przestępstwa się nie powtórzą, a zbrodniarze zostaną ukarani?

– Służby robią co w ich mocy, by przywrócić bezpieczeństwo mieszkańcom.

– Czy ma pani na myśli detektywa Leona Brodzkiego?

Pytanie zaskoczyło Martę.

– Detektyw Leon Brodzki był tym, który zatrzymał grasującego po mieście przestępcę.

– Nie powstrzymało to jednak fali zbrodni.

– Sprawa jest rozwojowa, ale ciężko powiedzieć, jestem tylko psychologiem…

– Kto jest najbardziej zagrożony? – Prowadząca nie odpuszczała. Różnica wieku i wyglądu dawały jej przewagę. Prowadziła ten program od lat i wiedziała, na co może sobie pozwolić. Czyli niemal na wszystko.

– Służby robią, co w ich mocy, by sytuacja się nie powtórzyła…

– Ale co, jeśli będzie inaczej? Jest pani psychologiem, ma pani wgląd w statystyki. Proszę nam powiedzieć, kto jest najbardziej zagrożony? Podpowiem pani. – Tu prowadząca złapała się znów za tak zwane uszko, małą słuchawkę, w której słyszała głos wydawcy programu. Po chwili powtórzyła to, co jej powiedział: – Stopień ryzyka wiktymogennego. Wie pani, co to jest, prawda?

Marcie spociły się ręce. Wcale nie chciała przychodzić do programu – wysłał ją tu komendant Halicki.

„Sam, owszem, lubi błyszczeć w świetle reflektorów i kamer, ale tylko wtedy, kiedy mówi to, co chce. Dziwnie jest w tym mieście… W zasadzie komendant wchodzi w tyłek prezydentowi miasta i komendantowi wojewódzkiemu, choć jednocześnie wojewódzkiego chętnie by zastąpił. Czuje respekt przed prezydentem, prezydent z kolei chce mieć w mieście spokojny elektorat, który zagłosuje na niego w kolejnych wyborach. Umiejętnie szafuje poczuciem zagrożenia i poczuciem bezpieczeństwa. Gdy pojawia się zagrożenie, zapewnia, że przed nim ocali. Gdy czuć bezpieczeństwo, przypomina, że bez niego sielanka może się wkrótce skończyć. Do tego potrzebuje aparatu manipulacyjnego w postaci dyrektorów urzędów, instytucji, służb, a także mediów – telewizji kablowej w tym przypadku. Lokalna stacja spełnia dokładnie tę samą rolę, co tuba propagandowa polskiego rządu na antenie Telewizji Polskiej. Kablówka jest podległa spółdzielni mieszkaniowej, której prezydent miasta sam był kiedyś prezesem. To telewizja, w której bodaj tylko raz w historii zdarzyło się, żeby wyemitowano materiał uderzający w jego decyzje. Telewizja, która w samej czołówce programu informacyjnego pokazuje prezydenta pięć razy. Zarządzanie ryzykiem to wspaniały biznes. Dwójmyślenie, jak u Orwella w Roku 1984. Ignorancja to siła…”

– Jaki jest stopień ryzyka wiktymogennego? – powtórzyła prezenterka.

– Jeśli pani dopytuje, odpowiem. Proszę państwa. –Spojrzała na prowadzącą chłodnym wzrokiem. – Ryzyko zwiększa młody wiek, poniżej trzydziestki. Im wyższy status społeczno-ekonomiczny, tym gorzej. Znaczenie ma także miejsce zamieszkania. Im większe miasto…

– Toruń nie jest znów aż tak dużym miastem… – prowadząca próbowała stonować wypowiedź Marty, która wyraźnie nabrała rezonu.

– Mam na myśli miasto powyżej stu tysięcy mieszkańców. Czyli na przykład Toruń, liczący dwa razy więcej. Kluczowy jest również wyjściowy styl życia i przynależność do grup mniejszościowych.

– Nie jestem pewna, czy nasi widzowie mogą teraz czuć się bezpiecznie. Na pewno jednak służby i pan prezydent zrobią wszystko, żeby…

– Ryzyko spada powyżej pięćdziesięciu pięciu lat. To zdaje się elektorat pana prezydenta?

– Słucham? Pani domniemania…

– To badania sporządzone w czternastu krajach.

Prowadząca przełknęła głośno ślinę.

– Ryzyko spada przy niskim statusie społeczno -ekonomicznym, w małym mieście, przy domatorskim stylu życiu. Innymi słowy – nikt nam nie zagrozi, jeśli nie wychylimy się sprzed telewizora do końca życia.

– I tu postawimy kropkę, a o pytania prosimy naszych telewidzów. – Kobieta poprawiła słuchawkę. – Dzień dobry, kto się do nas dodzwonił?

W słuchawce długo słuchać było tylko szum.

– Halo? Śmiało, jak panu, pani na imię? – Prezenterce nie schodził z oblicza przyklejony uśmiech.

– Daniel.

Marta pobladła. Złapała się za poręcze fotela i niepewnie spojrzała w stronę wydawcy. Pokręciła w jego kierunku głową, ale ten nic sobie z tego nie robił. Pokazał ręką, żeby kontynuować. Dziennikarka się uśmiechała, światło „ON AIR” się świeciło, a operator jeszcze bliżej podjechał z kamerą w stronę Marty, która mimowolnie spojrzała w obiektyw.

Dzwoniący na antenę człowiek widział teraz jej twarz bardzo dokładnie.

– Chciałbym pozdrowić panią Martę – rozbrzmiało w telewizyjnym studiu.

– Dziękujemy, panie Danielu, przekazujemy. – Prowadząca wskazała gestem na gościa, machając w jej stronę długopisem niczym batutą. – A jakie ma pan pytanie? Co pan sądzi o bezpieczeństwie w Toruniu?

Głos zaśmiał się do słuchawki. Wydawca programu wyraził zdziwienie i pokazał na zegarek.

– Sądzę… – zaczął rozmówca spokojnie. W słuchaw­ce gwizdał wiatr, człowiek musiał stać na ­otwartej przestrzeni. – Sądzę, że wkrótce bezpieczeństwo znacznie się zmniejszy.

– Dlaczego pan tak uważa, panie Danielu? – ciągnęła dziennikarka, a jej twarz wciąż uśmiechała się jak oblicza znane z TV Mango.

– Zmniejszy się, ponieważ to ja jestem przemocą. A ciebie ktoś zerżnie. I nikt nawet tego nie usłyszy.

Na antenie rozległ się pisk rozłączonego połączenia. Wydawca podskoczył jak oparzony. Wskazał gwałtownym gestem, że ucinają natychmiast transmisję. Plastykowy uśmiech nie schodził z twarzy dziennikarki, która zamarła, patrząc tępo w kamerę.

– No to ma pani odpowiedź – ucięła Marta.

Czerwone światło transmisji zgasło.

8

Osadzony w areszcie śledczym Kosma Górecki siedział spokojnie na pryczy, nasłuchując krzyków za oknem.

Wieczorową porą bardzo często w ten sposób komunikowano się z więźniami, ponieważ budynek mieścił się w centrum toruńskiej Starówki, tuż przy uliczkach, z których można było krzyczeć o każdej porze dnia i nocy. Rytuał trwał przez cały rok: ludzie krzykiem informowali o dacie procesu, terminie wizyty, narodzinach dziecka. Areszt ulokowany był w bezpośrednim sąsiedztwie wydziałów Uniwersytetu Mikołaja Kopernika: Collegium Maius i Collegium Minus. To dlatego tę – podległą Okręgowemu Inspektoratowi SW w Bydgoszczy – jednostkę potocznie zwano Collegium Rotundum.

Zbudowany na planie panoptikonu walcowaty budynek mieścił obecnie stu trzydziestu dwóch więźniów. Przebywali tu aresztowani tymczasowo oraz skazani wyrokiem młodociani, odbywający karę po raz pierwszy oraz recydywiści penitencjarni. Żaden z nich nie był mordercą. Żaden oprócz Heraklita, wczoraj policjanta – dziś zabójcy.

Trafił tu zaledwie wczoraj, w niedzielę 4 września, po tragicznym finale na wieży Ratusza Staromiejskiego, w wyniku którego spadł na rozstawiony na ziemi skokochron strażacki, a następnie został aresztowany. Daniel, jego brat, pozostał na wolności.

Dziś popołudniu Kosmę przesłuchiwała psycholog policyjna Marta Gradowska.

– To koniec Heraklita – oznajmiła.