Mentalista - Camilla Läckberg, Henrik Fexeus - ebook + audiobook
BESTSELLER

Mentalista ebook i audiobook

Camilla Läckberg, Henrik Fexeus

4,4

570 osób interesuje się tą książką

Opis

Pierwsza część nowej serii kryminalnej Camilli Läckberg i Henrika Fexeusa!

W centrum Sztokholmu zostaje znaleziona skrzynia ze zwłokami młodej kobiety przebitej mieczami.

Policja staje wobec pytania: czy ma do czynienia z nieudaną sztuczką magiczną, czy z brutalnym morderstwem?

Inspektor Mina Dabiri, która prowadzi śledztwo, zwraca się z prośbą o pomoc do Vincenta Waldera, mentalisty, eksperta od mowy ciała i świata iluzji.

Szybko ustalają, że ta sprawa jest podobna do wcześniejszej zbrodni. Wtedy staje się jasne, że ścigają bezwzględnego seryjnego mordercę. Muszą go powstrzymać, zanim ofiar będzie więcej...

Camilla Läckberg – jedna z najciekawszych szwedzkich pisarek. Światową sławę przyniosła jej seria o Fjällbace. Jest także autorką thrillerów psychologicznych Złota klatka i Srebrne skrzydła oraz serii książek dla dzieci o przygodach Super-Charliego. Książki Camilli wydawane są w ponad 60 krajach, zostały przetłumaczone na 43 języki, a na całym świecie sprzedało się 29 milionów egzemplarzy.

Henrik Fexeus – jeden z najlepszych prelegentów w Szwecji, wielokrotnie nagradzany Mentalista. Przeprowadził szereg głośnych eksperymentów psychologicznych w szwedzkiej telewizji. W 2007 wydał książkę Konsten att läsa tankar (Sztuka czytania w myślach), która trafiła do szerokiej rzeszy czytelników. Jego kolejne książki również zyskały dużą popularność. Zostały przetłumaczone na 27 języki i sprzedały się w ponad milionie egzemplarzy. W 2018 Henrik Fexeus został uznany za jednego z najlepszych ekspertów na świecie w dziedzinie mowy ciała.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 704

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 20 godz. 38 min

Lektor: Jacek Rozenek

Oceny
4,4 (904 oceny)
494
283
95
23
9
Sortuj według:
Malwi68

Z braku laku…

Pomysł na fabułę ciekawy, niestety z poprowadzeniem akcja jest znacznie gorzej. Książka z założenia jest kryminałem, ale tak dużo w niej, zbędnych, wątków obyczajowych, że trudno skupić się na meritum sprawy. Zbyt wiele miejsca autorzy poświęcili na zapoznanie nas z życiem codziennym naszych bohaterów. Ograniczenie tej części do niezbędnego minimum przyniosłoby zadowalający skutek, a książka by na tym nie straciła. Kreacja bohaterów jest bardzo drobiazgowa, dzięki czemu możemy wyrobić sobie o nich zdanie. Niestety moje jest bardzo negatywne. Trudno polubić tę starannie dobraną grupę fachowców, którym bliżej do niedorajdów niż specjalistów. Frustrujący jest również ich brak zaangażowania w śledztwo.
50
Kasia105

Z braku laku…

Gdyby ta książka miała o połowę stron mniej, byłaby lepsza. Zawiodłam się.
50
AWojJed

Całkiem niezła

Wróciłam do twórczości Camilli po wielu latach, niepewna czego oczekiwać, ale liczyłam na to, że będzie nieco dojrzalsza. Pod tym względem nie rozczarowałam się. Warstwa psychologiczno-obyczajowa jest interesująca i dopracowana, wątek kryminalny spójny i nietuzinkowy. Współpraca z Henrikiem Flexeusem zaowocowała czymś bardzo interesującym. Może to nie Mankel, ale zdecydowanie dobra literatura. Jeśli natomiast chodzi o realizację audiobooka, to jest zdecydowanie poniżej średniej. Lektor stara się odpowiednio interpretować tekst i dialogi, ale nikt chyba tego nie przesłuchał przed publikacją. Wskazuje na to masa przejęzyczeń, których nie sposób przeoczyć. Pan Rozenek nie odrobił też pracy domowej z czytania szwedzkich imion, nazwisk i nazyw geograficznych. Nie czepiałabym się, gdyby chodziło jedynie o ich nieprawidłową wymowę, choć dla profesjonalisty i to nie powinno być problemem. Tu jednak widać zdecydowanie niechlujstwo językowe. "Norrtäjle" zamiast "Nortälje", "Östremalm" zamiast "...
40
kadamosia

Dobrze spędzony czas

Dość ciekawy wątek, choć faktycznie rozwlekle opisane, można było napisać mniej szczegółów, i nie stracić sensu. Ale wybór lektora, do tak długiego utworu, z wadą wymowy, to już jest pewnego rodzaju perwersja... Będę omijać szerokim łukiem, jeśli tylko będzie wiadomo, że to pan Rozenek. Mogę zająć się taką pracą i połączyć przyjemne z pożytecznym, za dużo mniejsze wynagrodzenie 😉 zapraszam!
20
Olastas

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie spędzony czas
20

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: BOX

Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Marta Stoch­mia­łek Pro­jekt okładki: KAV STU­DIO Pola Rusi­ło­wicz Zdję­cie na okładce: Isaac Quesada © Unsplash Zdję­cie auto­rów: Eli­sa­beth Toll Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Monika Słup­ska

Copy­ri­ght © 2022 Camilla Läckberg and Hen­rik Fexeus Publi­shed by arran­ge­ment with Nor­din Agency AB, Swe­den Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Inga Sawicka, 2022 Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2022

Wyda­nie I

ISBN: 978-83-8143-869-8

LUTY

TUVA, W STRE­SIE, bębni pal­cami o ladę. Jest wciąż w pracy w kawiarni przy Horn­stull, cho­ciaż już nie powinna tutaj być. Klient, który wła­śnie usiadł w rogu lokalu, spo­gląda na nią z iry­ta­cją, a Tuva odpo­wiada mor­der­czym spoj­rze­niem. Zapi­suje w pamięci jego twarz i obie­cuje sobie, że następ­nym razem gość nie dosta­nie ser­duszka na swoim cap­puc­cino. Prę­dzej środ­kowy palec.

Tuva nie cierpi się spóź­niać, a dzi­siej­sza obsuwa robi się naprawdę poważna. Bez­wied­nie zakłada za ucho kosmyk jasnych wło­sów. Już pół godziny temu powinna była ode­brać Linusa ze żłobka. Uod­por­niła się na złe spoj­rze­nia per­so­nelu, bo tyle razy je widziała, że już na nią nie dzia­łają. Gorzej, że będzie przy­kro jej dwu­let­niemu syn­kowi. A Tuva nie jest osobą, która by spra­wiała przy­krość dziecku. Zwłasz­cza Linu­sowi. Ile to razy mówiła, że byłaby gotowa oddać za niego życie. W rze­czy­wi­sto­ści nie jest tak pro­sto, cho­ciaż Bóg jeden wie, że Tuva się stara. Bar­dzo. Ściąga teraz far­tuch i otwo­rzyw­szy drzwi szafki, rzuca go na stertę bru­dów. Nie może wyjść, dopóki nie przyj­dzie jej zmien­nik. Gdzie on jest, do cho­lery?

Mar­tina, taty Linusa, nie było w dniu, gdy rodził się jego syn. Tuva nie miała o to pre­ten­sji, poje­chała karetką na poro­dówkę, gdzie uro­dziła dwa tygo­dnie przed ter­mi­nem. Zdzi­wiła się dopiero, kiedy Mar­tin nie odwie­dził jej w szpi­talu, gdzie spę­dziła kilka dni. Poród odbył się nie bez kom­pli­ka­cji. Tuva była w takiej mgle, że wszyst­kiego nie pamię­tała, tyle tylko że leka­rze cią­gle robili bada­nia jej i dziecku, zapew­nia­jąc, że wszystko będzie dobrze. Podob­nie jak Mar­tin w lako­nicz­nych ese­me­sach, które jej przy­sy­łał, kiedy jesz­cze była w szpi­talu. Pisał, że przy­je­dzie, tylko musi naj­pierw zała­twić kilka spraw. I o ile wspo­mnie­nia z poro­dówki były dość mgli­ste, to obraz powrotu z dziec­kiem do pustego miesz­ka­nia był ostry jak brzy­twa. Pod­czas gdy ona rodziła i wal­czyła o życie ich synka, Mar­tin zabrał swoje rze­czy i zwiał. Widocz­nie to były te „sprawy do zała­twie­nia”. Od tam­tej pory słuch o nim zagi­nął. Może i dobrze, bo chy­baby go zamor­do­wała, gdyby się zja­wił.

A tak Tuva i Linus sta­no­wili jedno naprze­ciw światu. Choć coraz czę­ściej oka­zy­wało się, że świat wdziera się mię­dzy nich. Jak teraz. Daniel, jej zmien­nik na popo­łu­dnie, powi­nien tu być już godzinę temu. A wciąż go nie ma. Musiała zadzwo­nić, żeby go obu­dzić. Wpół do dru­giej po połu­dniu. Czy kiedy miała dwa­dzie­ścia jeden lat, była rów­nie nie­od­po­wie­dzialna? Pew­nie tak. Nic dziw­nego, że nie układa się mię­dzy nimi naj­le­piej. Zer­k­nęła na zega­rek na nad­garstku.

Cho. Le. Ra.

Tuva domy­śla się, że opie­ku­nem, który po raz kolejny będzie cze­kał na nią w żłobku, będzie Matti. Ten, na któ­rego jej synek zaczął mówić tata. Matti za każ­dym razem patrzy na nią zna­cząco. Jego spoj­rze­nie mówi, że powinna spę­dzać wię­cej czasu z dziec­kiem, zamiast pra­co­wać. Wiel­kie dzięki. Jakby jej było mało, że musi patrzeć na łzy Linusa, który nie rozu­mie, dla­czego mamy znów nie ma.

Espresso jest gotowe aku­rat w momen­cie, kiedy w drzwiach nie­spiesz­nie staje Daniel z wło­sami ster­czą­cymi na wszyst­kie strony. Wraz z nim wpada do środka zimny lutowy powiew, kilku gości wzdryga się osten­ta­cyj­nie, ale Daniel tego nie zauważa. Albo się tym nie przej­muje. Że też mogła kie­dyś uwa­żać go za dość przy­stoj­nego.

– Masz – mówi na tyle zimno, na ile można wyra­zić to w trzech gło­skach, i pod­suwa mu por­ce­la­nową fili­ża­neczkę. – Chyba ci się przyda. Ucie­kam.

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, Tuva łapie papie­rowy kubek i wypada na dwór, gdzie śnieg nawet nie zaczął się topić. Nie uważa i wpada na parę kru­chych sta­rusz­ków.

– Prze­pra­szam, pędzę do żłobka i już jestem spóź­niona – rzuca, nie patrząc na nich.

– No tak, dzieci potra­fią czło­wieka zadzi­wić. Bywają bar­dzo przed­się­bior­cze i samo­dzielne.

Głos jest miły, nie sły­chać w nim wyrzu­tów.

Tuva nie odpo­wiada, ale czuje ulgę, że swoją nie­zręcz­no­ścią nie spo­wo­do­wała awan­tury. Ludzie są tacy draż­liwi. Ileż to razy żądano od niej pokry­cia kosz­tów pralni che­micz­nej, a nawet spo­rej rekom­pen­saty, kiedy zda­rzyło jej się chlap­nąć lekko kawą na klienta. Uśmie­cha się prze­pra­sza­jąco do sta­rusz­ków. Kawa w kubku chlu­pie, przy­po­mi­na­jąc jej, że naprawdę nie ma czasu. Jesz­cze raz mówi „prze­pra­szam” i truchta do metra, jed­no­cze­śnie popi­ja­jąc kawę. Gorący napój parzy naj­pierw w język, potem w żołądku. Ma che­miczny smak. Pra­wie jak lekar­stwo. Trzeba będzie umyć maszynę do espresso. W zde­rze­niu z mro­zem na dwo­rze kawa wydaje się jesz­cze goręt­sza.

Odbie­rze Linusa i wróci z nim do kawiarni. Niech mu Daniel da tyle droż­dżó­wek i cia­stek, ile synek tylko zapra­gnie. Należy mu się. Do dia­bła z maka­ro­nem i pul­pe­tami. Jutro Tuva wyjeż­dża, ale dzi­siej­szy wie­czór będzie nale­żał tylko do niej i Linusa.

Dobiega do scho­dów pro­wa­dzą­cych do metra, gdy nogi się pod nią ugi­nają. Tuva wydaje okrzyk i w ostat­niej chwili łapie się porę­czy, żeby nie upaść na zie­mię. Musiała się potknąć. Nie spie­szy jej się aż tak, żeby miała przyjść do żłobka cała posi­nia­czona.

Pró­buje wstać, ale ma wra­że­nie, jakby w nogach nie miała kości, bo się ugi­nają pod nią. Kręci jej się w gło­wie. Mdli ją. Jakby miała zemdleć. Tak samo się czuła po lekar­stwie w szpi­talu. Pod­czas porodu.

Linus.

Idę.

Chce chwy­cić poręcz, by wstać, ręce wydają jej się dłu­gie na kilo­metr. Poręcz unosi się wysoko nad jej głową, Tuva nawet nie wie, jak działa taka poręcz. Na samym obrzeżu jej pola widze­nia tań­czą jakieś ciemne plamy. Nagle świat kręci się w koło i jakiś gło­sik w środku mówi jej, że spada ze scho­dów. Zupeł­nie tego nie czuje.

Pierw­sze, co czuje po prze­bu­dze­niu, to ból w sta­wach. Nie­wy­god­nie jej. Mlasz­cze, chrząka. Ma w ustach suchość i jakby nie­znany mdły posmak. Potrze­buje kilku sekund, żeby cał­kiem oprzy­tom­nieć, i wtedy zdaje sobie sprawę, że nawet nie leży, tylko klę­czy lekko pochy­lona. Ze wszyst­kich stron naci­skają ściany. Rów­nież z góry na jej kark.

Jakby znaj­do­wała się w cia­snej skrzyni.

Jak na zły sen ból jest za silny. Ale to prze­cież nie może być jawa. Nie może. A jed­nak. Zapach drewna jest aż nazbyt rze­czy­wi­sty. Przez wąskie, krót­kie szpary wpada świa­tło, two­rząc pro­sto­kąty na jej nagich rękach i nogach. Nagich… Gdzie jest jej ubra­nie? Nie ma nie tylko kurtki, ale też bluzy. I dżin­sów. Ktoś ją roze­brał. Jest teraz w samej koszulce i majt­kach, to nie może być prawda.

Znów mlasz­cze. Wciąż ten che­miczny smak. Coś musiało być w tej kawie. Nie zauwa­żyła, kiedy ktoś to dodał, bo była w stre­sie i wszystko wypiła.

Od przy­pływu adre­na­liny cierp­nie jej skóra. Musi się wydo­stać. Tuva krzy­czy i z całej siły napiera na ściany skrzyni. Drewno ugina się, ale nie na tyle, by pęk­nąć albo żeby skrzy­nia się otwo­rzyła. Nie może kopać, skoro klę­czy, pozo­staje tylko walić dło­nią w ściany skrzyni, ale są za bli­sko, żeby mogła się zamach­nąć. Nagle po jed­nej stro­nie coś zasła­nia świa­tło. Ktoś tam jest.

– Wypuść mnie! – krzy­czy Tuva. – Co ty wypra­wiasz?

Nikt jej nie odpo­wiada, ale Tuva czuje, że ktoś tam jest. Sły­szy czyjś oddech. Znów krzy­czy, ale cisza jest zwarta i groźna. Czuje teraz mro­wie­nie w całym ciele. Z nową siłą wali w ściany skrzyni, ale cia­snota unie­moż­li­wia nada­nie impetu jej ruchom.

– O co ci cho­dzi? – wykrzy­kuje przez łzy pod powie­kami. – Wypuść mnie, pro­szę, poroz­ma­wiajmy. Muszę ode­brać Linusa ze żłobka!

Zerka na swoją rękę. Szkiełko na zegarku jest roz­bite, wska­zówki zatrzy­mały się na trze­ciej. Matti na pewno już do niej wydzwa­nia. Może się zasta­na­wia, gdzie się podziała, może zaczął jej szu­kać i lada moment znaj­dzie ją w tej skrzyni, może… a może Tuva czę­sto spóź­niała się jesz­cze bar­dziej niż dziś.

I nikt jej nie szuka.

Nikt nie zauwa­żył, że jej nie ma.

Że została porwana.

Porwana. Dociera do niej zna­cze­nie tego słowa i wtedy robi jej się duszno. Wzdryga się na dźwięk jakie­goś meta­licz­nego odgłosu.

– Halo! – woła.

Przez jedną z dol­nych szpar po jej lewej stro­nie wbija się coś sre­brzy­stego i ostrego. Przy­po­mina czu­bek mie­cza. Sta­lowa głow­nia zagłę­bia się powoli i Tuva stara się odsu­nąć udo, ale nie ma jak, bo jest za cia­sno. Czu­bek mie­cza docho­dzi do uda i naci­ska na skórę. Wpraw­dzie nie jest tak ostry, na jaki wygląda, ale spra­wia jej ból.

– Aua, co robisz! – krzy­czy. – Prze­stań!

Głow­nia wciąż napiera, w końcu nacina skórę, na któ­rej poja­wia się kro­pla krwi. Jej ruchy są badaw­cze, jakby osoba sto­jąca na zewnątrz coś testo­wała. Tuva znów krzy­czy, ale pra­wie nie sły­szy wła­snych słów. Rap­tem nacisk się zmniej­sza, głow­nia cofa się o kilka cen­ty­me­trów.

Odgłos uru­cha­mia­nia sil­nika. Miecz zaczyna wibro­wać, potem znów sunie naprzód i tym razem nie zatrzy­muje się po doj­ściu do jej nogi. Tuva wydaje krzyk, gdy ostrze wbija się w mię­sień uda i wrzyna coraz głę­biej w tkankę. Jej krzyki zagłu­szają odgłos sil­nika. Ból jest potworny. Pod powie­kami eks­plo­dują kolory, palą zakoń­cze­nia ner­wowe. Świat znika, zostaje sam ból. Miecz dociera do kości, jego wibra­cje roz­cho­dzą się przez szkie­let po całym ciele. Tuva wymio­tuje na sie­bie i zakrwa­wiony miecz. Głow­nia prze­cho­dzi po kości i czu­bek mie­cza w spo­sób nie­mal obsce­niczny wycho­dzi przez skórę. Z dziury leje się, pul­su­jąc, krew i spływa po nodze, co two­rzy kałużę. A miecz się nie zatrzy­muje, prze­bija się przez jedno udo do dru­giego. Tuva nie może się poru­szyć.

– Pro­szę, prze­stań­cie, pro­szę – błaga, pła­cząc. – Muszę ode­brać dziecko. Już jestem spóź­niona. On ma tylko mnie.

Gdy miecz prze­bija jej drugą nogę, Tuva jest przy­go­to­wana na ból. Jed­nak na coś takiego nie da się przy­go­to­wać. Tuva wydaje z sie­bie ryk, wola­łaby stra­cić przy­tom­ność, osza­leć, cokol­wiek, byle już nie czuć nic wię­cej. Kilka sekund. Wiecz­ność. Już nic nie widzi. Ostrze prze­biło jej obie nogi i wycho­dzi przez szparę w prze­ciw­nej ścia­nie skrzyni. Wresz­cie prze­staje wibro­wać.

Jed­nak sil­nik wciąż cho­dzi.

Coś kłuje ją od tyłu w bark i wtedy umiera ta część Tuvy, która jest jej rozu­mem. Wręcz fizycz­nie czuje zała­ma­nie frag­mentu mózgu. Bo szpary są, rzecz jasna, rów­nież za jej ple­cami. Tuva usi­łuje się pochy­lić, by unik­nąć mie­cza, ale ten ruch spra­wia, że palący ból w udach staje się jesz­cze moc­niej­szy. Już jej tutaj nie ma. Znaj­duje się na poro­dówce, wal­czy o życie synka, jest w kawiarni, gdzie jakimś cudem dostała pracę, obła­pia się z Danie­lem, jest z Mar­ti­nem, który mówi, że ją kocha. Sły­szy odgłos miaż­dżo­nej chrząstki i tkanki grzbietu, a myśli o tym, że Linus mówi na Mat­tiego tata.

Spo­gląda niżej i widzi, jak skóra pod oboj­czy­kiem roz­ciąga się, potem pęka i miecz wycho­dzi z przodu. Niczym sztuczka magiczna. Tuva jest asy­stentką sztuk­mi­strza, zaraz dosta­nie brawa. Widziała w tele­wi­zji. Krew z jej piersi zabar­wia koszulkę na czer­wono, a miecz sunie do szpary w ścia­nie. Zapach żelaza jest obez­wład­nia­jący.

Widzi przed sobą błę­kitne oczy Linusa.

Mamu­siu, ty mnie też zosta­wisz?

Tuva chce coś powie­dzieć piskli­wym gło­sem wydo­by­wa­ją­cym się z jej krtani.

– Bła­gam. Bar­dzo się spie­szę.

Na zewnątrz ktoś coś prze­suwa. Jedna ze szpar na wyso­ko­ści jej twa­rzy jest teraz zaciem­niona. Trzeci miecz. Odle­głość od głowy Tuvy to kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów. Dwa mie­cze, które prze­biły ją wcze­śniej, sku­tecz­nie ją unie­ru­cho­miły.

– Już nie – szep­cze.

Miecz poru­sza się powoli, ale odle­głość jest zbyt mała. Tuva widzi błysk czubka, który jest już za bli­sko, by mogła sku­pić wzrok.

Synku. Prze­pra­szam. Mamu­sia cię kocha.

Wzdryga się, kiedy czu­bek mie­cza ociera się o kącik mię­dzy pra­wym okiem a nasadą nosa, by wbić się dalej, prze­ci­na­jąc oko. Jakaś wil­goć spływa po policzku, Tuva jest ślepa na jedno oko. Ale to nie boli. Przy­naj­mniej już nie boli.

Skąd ten zapach spa­le­ni­zny? To jej ostat­nia myśl.

A potem miecz wbija jej się w mózg.

MARZEC

VIN­CENT Z CAŁEJ SIŁY UDE­RZYŁ dło­nią w stół. Widow­nia zare­ago­wała gło­śnym wes­tchnie­niem. Vin­cent zmarsz­czył czoło, zro­bił dra­ma­tyczną pauzę i patrząc na publicz­ność, pod­niósł rękę. Pod nią znaj­do­wała się zgnie­ciona papie­rowa torebka. Roz­legł się ner­wowy śmiech, gdy jed­nym ruchem zmiótł papier na zie­mię.

– Pod torebką numer pięć też nie – powie­dział.

Zaciem­nioną scenę roz­świe­tlał tylko jeden reflek­tor. Świa­tło padało na Vin­centa, stół i sto­jącą obok kobietę, co pod­kre­ślało powagę fina­ło­wego numeru przed­sta­wie­nia. Pano­wała abso­lutna cisza. Ostatni numer odby­wał się nawet bez muzyki, żeby spo­tę­go­wać napię­cie. Na stole znaj­do­wało się z początku pięć papie­ro­wych tore­bek, ponu­me­ro­wa­nych i odwró­co­nych do góry dnem. Dwie już roz­gniótł dło­nią.

– Zostały trzy – powie­dział, spo­glą­da­jąc na kobietę. – Mag­da­leno, nie patrz na trzy torebki, bo wtedy mogę śle­dzić ruch two­ich gałek ocznych. Ale pomyśl o tej, pod którą znaj­duje się wielki gwóźdź. Tylko ty wiesz, która to. Publicz­ność nie widziała, gdzie ją scho­wa­łaś, ja też nie. Trzy. Przy­po­mnij sobie, jaki był ostry. Pomyśl o tym.

Kobieta pociła się obfi­cie. Od gorą­cego świa­tła reflek­tora, ale rów­nież dla­tego, że dener­wo­wała się tak samo jak widow­nia. A może jesz­cze bar­dziej.

Vin­cent przy­glą­dał jej się uważ­nie.

– Nie zare­ago­wa­łaś na „trzy”, cho­ciaż wypo­wie­dzia­łem to słowo trzy razy – powie­dział. – A zatem chyba nie tam.

Mocno ude­rzył dło­nią w torebkę numer trzy, zanim publicz­ność zdą­żyła zare­ago­wać. Ktoś krzyk­nął, kiedy torebka huk­nęła.

Zostały dwie. Vin­cent miał pięć­dzie­siąt pro­cent szans na poważny uraz dłoni. Sam nie rozu­miał, po co wyko­nuje ten numer. Każdy, kto go wyko­ny­wał, prę­dzej czy póź­niej musiał się zra­nić. Przy dużej czę­sto­tli­wo­ści było to wręcz nie do unik­nię­cia. Jed­nak publicz­ność nie powinna widzieć, że ilu­zjo­ni­sta się dener­wuje. Trik pole­gał w dużej czę­ści na uda­wa­niu, że panuje się nad sytu­acją w więk­szym stop­niu niż w rze­czy­wi­sto­ści.

– Zostały numer dwa i cztery – powie­dział do asy­stentki. – Wyobraź sobie, że widzisz ten gwóźdź w całej jego dwu­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wej dłu­go­ści.

Kobieta zamknęła oczy, zro­biła nie­szczę­śliwą minę i ski­nęła głową.

– Pamię­tasz, jak bły­snął, kiedy go posta­wi­łaś na sztorc. Pod jedną z tych dwóch tore­bek. Pomyśl o tej, w którą nie chcemy, żebym ude­rzył.

– Ale ja już nie wiem, czy pamię­tam, która to – jęk­nęła asy­stentka.

Vin­cent uniósł jedną brew. Atmos­fera na widowni była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Dwie torebki. Vin­cent pod­niósł rękę, potrzy­mał ją nad jedną torebką. Prze­su­nął nad drugą. Jedna ozna­czała koniec przed­sta­wie­nia przy owa­cji na sto­jąco. Druga – prze­bitą rękę i jazdę karetką do szpi­tala.

– Otwórz oczy – roz­ka­zał.

Kobieta otwo­rzyła je nie­chęt­nie i przez zmru­żone powieki spoj­rzała na torebki. Vin­cent patrzył na nią. Pod­niósł rękę, żeby ude­rzyć w jedną z tore­bek, ale opusz­cza­jąc ją, dostrzegł, jak asy­stentka w panice otwo­rzyła sze­rzej oczy, i wal­nął w tę drugą. Kobieta krzyk­nęła gło­śno, gdy ręka ude­rzyła w stół. Vin­cent odcze­kał kilka sekund z pochy­loną głową. Następ­nie trium­fu­ją­cym ruchem zmiótł na zie­mię zgnie­cioną torebkę i pod­niósł wysoko tę, która została. Ster­czący pod nią gwóźdź wyglą­dał jak oszczep i lśnił śmier­tel­nym bla­skiem w świe­tle reflek­tora. Roz­legł się ryk widowni, która zerwała się na nogi, w tym samym momen­cie zagrała muzyka. Vin­cent zło­żył na gwoź­dziu pod­pis nie­ście­ral­nym fla­ma­strem, wło­żył go do torebki i oddał asy­stentce, która z widocz­nym wyra­zem ulgi na twa­rzy została spro­wa­dzona ze sceny.

Vin­cent sta­nął na skraju i roz­ło­żył ręce. Nie musiał uda­wać, że mu ulżyło.

Owa­cja była wręcz ogłu­sza­jąca. Przed­sta­wie­nie w Gävle Teatern zakoń­czyło się. Vin­cent zło­żył głę­boki ukłon i utkwił spoj­rze­nie w widowni. Ruchome oświe­tle­nie pod­czas owa­cji było ośle­pia­jące, ale zacho­wy­wał się tak, jakby widział swoją publicz­ność. Pole­gało to na tym, żeby patrzeć pro­sto przed sie­bie i uda­wać nawią­za­nie kon­taktu wzro­ko­wego z jakąś osobą. Zaśmiał się, wie­dząc, że czte­ry­sta pięt­na­ście osób stoi teraz, wiwa­tu­jąc na cześć Vin­centa Wal­dera, Mistrza Men­ta­li­sty.

– Dzię­kuję pań­stwu! – zawo­łał, prze­krzy­ku­jąc burzę okla­sków.

Owa­cja i gwizdy jesz­cze się nasi­liły. Teatr był wypeł­niony do ostat­niego miej­sca. Udał się ten wie­czór. Nawet bar­dzo. Dziś się nie poja­wiła. Kobieta, źró­dło jego nie­po­koju. Kiedy nie przy­cho­dziła, z serca spa­dał mu jesz­cze więk­szy kamień, niż był gotów sam przy­znać przed sobą.

Oparł się poku­sie osło­nię­cia oczu dło­nią, żeby zoba­czyć owa­cję publicz­no­ści. Ciężko na nią zapra­co­wał, a to był moment jego satys­fak­cji. Tylko dzięki niej i adre­na­li­nie trzy­mał się jesz­cze na nogach. 415 miejsc w teatrze. 41 plus 5 to 46, tyle miał lat. W każ­dym razie jesz­cze przez kilka następ­nych tygo­dni.

Prze­stań.

Nie­wiele bra­ko­wało dzi­siaj z tym cho­ler­nym gwoź­dziem. Był to ostatni numer w jego dwu­go­dzin­nym przed­sta­wie­niu. Pot spły­wał mu po ple­cach i Vin­cent miał wra­że­nie, jakby goto­wał mu się mózg.

Cho­dziło nie tyle o to, żeby prze­wi­dzieć zacho­wa­nie widzów albo uda­wać, że umie czy­tać w ich myślach. Ilu­zja pole­gała na tym, by wyglą­dało, że przy­cho­dzi mu to z łatwo­ścią, pod­czas gdy mózg pra­cuje na naj­wyż­szych obro­tach. Afisz w teatral­nym foyer nazwał go „Mistrzem Men­ta­li­stą”, a Vin­cent żało­wał, że zgo­dził się na to okre­śle­nie. Było takie… nie­wy­ra­fi­no­wane. Pospo­lite. Pozwa­lało mu jed­nak się za nim ukryć. Dzięki niemu mógł się wyda­wać wymy­śloną posta­cią. A nie kimś, kto marzy o tym, żeby w swo­jej gar­de­ro­bie poło­żyć się na wznak i przez dzie­sięć minut tylko oddy­chać. Teraz zaś, już po przed­sta­wie­niu, powi­nien odzy­skać kon­trolę nad wła­snymi myślami, żeby nie pomknęły w jakimś nie­po­żą­da­nym kie­runku. Dziś potrze­bo­wał na to wię­cej czasu niż zwy­kle.

Kon­trola. Osiem liter. Tyle, ile rzę­dów na bal­ko­nie widowni.

Prze­stań.

Vin­cent pod­niósł wzrok na pierw­szy bal­kon. Spra­wił, że czworo sie­dzą­cych tam widzów zapo­mniało, jak się nazy­wają. 23 miej­sca w każ­dym rzę­dzie. Razem 184.

Ktoś na bal­ko­nie gwizd­nął na pal­cach.

Nabierz powie­trza w płuca, nie brnij w tę myśl.

184 miej­sca. Osiem­na­sty czwarty to rów­nież ostat­nia data tego tournée, a 23 miej­sca w każ­dym rzę­dzie, 8 rzę­dów, 2 plus 3 plus 8 równa się 13, co odpo­wia­dało licz­bie przed­sta­wień, jakie mu pozo­stały do tej daty.

Prze­stań­prze­stań­prze­stań.

Przy­gryzł mocno język.

Vin­cent ukło­nił się jesz­cze raz. Zszedł ze sceny, ale zatrzy­mał się za aksa­mitną kotarą odgra­dza­jącą kulisy i poli­czył po cichu. Raz. Jeśli brawa potrwają do dzie­się­ciu, wbie­gnie na scenę po ostat­nią por­cję okla­sków. Dwa. Z mroku wychy­nęła jakaś postać. Kobieta około trzy­dziestki. Trzy. Vin­cent poczuł, że robi mu się zimno. Czyli jed­nak przy­szła. Cztery. Tym razem nie cze­kała z wej­ściem do końca przed­sta­wie­nia. Pięć. Jak jej się udało dostać za scenę? Nikomu nie wolno było prze­by­wać tam pod­czas występu. Już on pokaże temu, kto ją wpu­ścił. Pro­sił, żeby jej wypa­try­wali. Ale po to, by ją zatrzy­mać, a nie jej poma­gać. Sześć. Teraz przy­naj­mniej zoba­czy, jak ta kobieta wygląda. Ciemne włosy zwią­zane w koń­ski ogon. Ubrana w golf. Czarną kurtkę. Sie­dem. Oczy roz­sze­rzyły się na uła­mek mili­me­tra, kiedy chciała coś powie­dzieć. Vin­cent nie miał poję­cia, czy sta­nowi dla niego zagro­że­nie. Osiem. Dał jej znać, żeby mil­czała, i kciu­kiem wska­zał na scenę, dając jej do zro­zu­mie­nia, że jesz­cze nie skoń­czył. Może po ostat­nim ukło­nie uda­łoby się zna­leźć inne wyj­ście ze sceny. Dzie­więć. Posta­raj się nie myśleć o niej. Głę­boki wdech i uśmiech. Dzie­sięć. Znów wbiegł na roz­świe­tloną scenę.

– Dzię­kuję, dzię­kuję, bar­dzo są pań­stwo mili! – zawo­łał. – Domy­ślam się, że wole­li­by­ście zostać tu jesz­cze tro­chę, ale oba­wiam się, że upo­mina się o was rze­czy­wi­stość i pora się z nią zmie­rzyć. A gdyby jakiś frag­ment dzi­siej­szego wie­czoru nie dawał spać, to pro­szę pamię­tać: to tylko zabawa. – Zro­bił pauzę. – Chyba.

Publicz­ność zaśmiała się gło­śno. Tro­chę ner­wowo. Vin­cent nie powstrzy­mał uśmie­chu. To zawsze dzia­łało. I cho­ciaż nie miał na to ochoty, pospie­szył do wyj­ścia ze sceny, nim publicz­ność wstała z miejsc. Nie naj­le­piej to wygląda, kiedy arty­sta stoi na sce­nie, a ludzie zaczy­nają już wycho­dzić. Jeśli w dodatku, jak dziś, muszą jesz­cze ode­brać palta z szatni, zawsze chcą ruszyć tro­chę wcze­śniej, żeby potem nie cze­kać w kolejce. Kobieta stała w kuli­sie, kiedy tam doszedł.

– Ona tu jest – powie­dział cicho do mikro­fonu. – Zawo­łaj­cie ochronę, ale już.

Liczył, że w reży­serce mik­se­rzy na­dal go słu­chają, choćby przy ści­szo­nym mikro­fo­nie. Fani przy­cho­dzący po przed­sta­wie­niu byli w więk­szo­ści sym­pa­tyczni, ale wolał unik­nąć jakich­kol­wiek nie­spo­dzia­nek. Zwłasz­cza ze strony kobiety zna­nej już z tego, że wbiega na scenę zaraz po zakoń­cze­niu przed­sta­wie­nia. Nie było to cał­kiem nor­malne zacho­wa­nie. Do tej pory uda­wało mu się jej uni­kać. Aż do dziś.

Nie myślał zbyt jasno. Potrze­bo­wał czasu, żeby po przed­sta­wie­niu zejść z obro­tów i odzy­skać nor­malną tem­pe­ra­turę w mózgu. Nie potra­fił zana­li­zo­wać odpo­wied­nio sytu­acji, pozo­stało tylko być wobec niej uprzej­mym, liczyć na poja­wie­nie się ochrony i zacho­wać dystans.

Chcąc zyskać na cza­sie, wska­zał pal­cem schodki pro­wa­dzące do gar­de­roby. Kobieta ruszyła przo­dem. Schodki miały sie­dem stopni. Ojej. Vin­cent powtó­rzył zej­ście z ostat­niego stop­nia, żeby wyszła liczba parzy­sta. Kobieta naj­wy­raź­niej nic nie zauwa­żyła.

Weszli oboje do pomiesz­cze­nia ume­blo­wa­nego jak salon. Co z tą ochroną? Na sto­liku przed kanapą stały cztery nie­otwarte butelki wody Loka. Vin­cent zdjął mary­narkę i rzu­cił na kanapę. Obró­cił jedną butelkę w taki spo­sób, żeby wszyst­kie były zwró­cone ety­kie­tami w tę samą stronę. Kobieta została w kurtce. Vin­cent starł cha­rak­te­ry­za­cję nawil­żaną chu­s­teczką. Kobieta nie­znacz­nie zmarsz­czyła nos. Dobrze. Wszystko, co jej obrzy­dza obec­ność tutaj, działa na jego korzyść. Miał nadzieję, że czuć od niego potem.

– Nie chciał­bym być nie­uprzejmy – ode­zwał się – ale w grun­cie rze­czy nie wolno tutaj prze­by­wać oso­bom postron­nym.

Otwo­rzył jedną butelkę i nalał wody do szklanki. Spoj­rzał podejrz­li­wie na bąbelki.

– Nie może pani zacho­wy­wać się w ten spo­sób – dodał. – W pomiesz­cze­niach zwią­za­nych ze sceną obo­wią­zuje zakaz wstępu dla osób spoza pro­duk­cji i…

Prze­rwała mu, przed­sta­wia­jąc się.

– Mina. Mina Dabiri. Jestem z poli­cji.

Następ­nie, zanim jesz­cze podała mu rękę, szybko popra­wiła jedną nie­otwartą butelkę, która prze­krę­ciła się lekko, gdy Vin­cent brał swoją. Teraz wszyst­kie ety­kietki były znów zwró­cone w jedną stronę. Vin­cent umilkł i uści­snął jej dłoń. Mistrz Men­ta­li­sta nagle nie wie­dział, co powie­dzieć.

MINA PRZY­GLĄ­DAŁA się męż­czyź­nie sie­dzą­cemu przy ciem­no­brą­zo­wym sto­liku naprze­ciw niej. Vin­cent Wal­der. Musiała zacze­kać, aż się prze­bie­rze ze sce­nicz­nego stroju, czyli ele­ganc­kiego dys­kret­nego ciem­no­nie­bie­skiego gar­ni­turu z czarną koszulą. Teraz był ubrany nie­for­mal­nie w biały T-shirt i czarne dżinsy. Nie wło­żył kurtki, cho­ciaż był dopiero marzec, a Gävle wciąż tkwiło w klesz­czach zimy.

Stwier­dziła z pew­nym zdzi­wie­niem, że Vin­cent jej się podoba. Rzadko jej się to zda­rzało. Zła­pała się na tym, że okre­śli­łaby go jako przy­stoj­nego. Cecho­wała go pewna suro­wość i nieco sta­ro­świecka ele­gan­cja, mimo tych dżin­sów i try­ko­to­wej koszulki. Wcze­śniej, kiedy był w gar­ni­tu­rze, widziała to jesz­cze wyraź­niej.

Mina wola­łaby roz­ma­wiać z nim w jakimś miej­scu znaj­du­ją­cym się dalej od ludzi, nale­gał jed­nak, że musi coś zjeść. Zmiana planu była nie po jej myśli, ale tym razem musiała pozwo­lić mu decy­do­wać. W końcu to ona przy­je­chała do niego. I dla­tego musiała omó­wić deli­katną sprawę służ­bową w Har­rys krog, jed­nej z nie­wielu w Gävle knajp z kuch­nią czynną po dwu­dzie­stej dru­giej.

Vin­cent wydał jej się bar­dziej zmę­czony po przed­sta­wie­niu, niż się spo­dzie­wała. Oby posi­łek mu pomógł, bo był jej potrzebny w wyso­kiej for­mie inte­lek­tu­al­nej. Ją samą roz­pra­szały odgłosy pocho­dzące od gości sto­ją­cych nie­opo­dal przy barze. Roz­ma­wiali w dia­lek­cie skań­skim i mieli iden­ty­fi­ka­tory zawie­szone na tasiem­kach. Pew­nie uczest­nicy jakiejś kon­fe­ren­cji w któ­rymś z pobli­skich hoteli. Przy­po­mi­nali raczej prze­ro­śnię­tych uczniów z klu­czem na szyi.

W powie­trzu uno­sił się zapach piwa i fero­mo­nów. Mina naj­chęt­niej zało­ży­łaby maseczkę na twarz, ale ode­pchnęła od sie­bie tę myśl i sku­piła się na Vin­cen­cie. W poli­cyj­nych reje­strach nie zna­la­zła żad­nych infor­ma­cji na jego temat, więc musiała szu­kać gdzie indziej. Z Wiki­pe­dii i innych wygo­oglo­wa­nych źró­deł dowie­działa się, że za mie­siąc skoń­czy czter­dzie­ści sie­dem lat, że nazwi­sko Wal­der było przy­brane, a wyko­ny­wany zawód to „men­ta­li­sta”.

Wyni­kało z nich, że men­ta­li­sta to ktoś, kto dzięki zna­jo­mo­ści psy­cho­lo­gii, sile suge­stii i tajem­ni­czym sztucz­kom stwa­rza ilu­zję, że posiada zdol­no­ści wła­ściwe dla medium albo że czyta w myślach. Z jego daw­nych wywia­dów wywnio­sko­wała rów­nież, że jest dobrze obe­znany ze zwy­kłymi sztucz­kami. Wpraw­dzie przy­je­chała tu dla jego zna­jo­mo­ści natury ludz­kiej, jed­nak wie­dza doty­cząca sztu­czek magicz­nych mogła się rów­nież przy­dać, zwa­żyw­szy na zdję­cia, które miała w swoim sko­ro­szy­cie. Nie zna­la­zła żad­nych infor­ma­cji, co robił wcze­śniej ani gdzie się uro­dził. Według Wiki­pe­dii był czynny zawo­dowo od pięt­na­stu lat, ale dopiero od nie­dawna stał się sze­roko znany po serii pro­gra­mów w pry­wat­nej sta­cji TV4.

W jed­nym z nich prze­pro­wa­dził psy­cho­lo­giczny eks­pe­ry­ment nagrany ukrytą kamerą. Wybrał na chy­bił tra­fił męż­czy­znę, któ­rego pod­da­wał ledwo dostrze­gal­nym suge­stiom i hip­no­tycz­nym pole­ce­niom, co odby­wało się poza świa­do­mo­ścią tego bie­daka. W rezul­ta­cie pew­nej nocy czło­wiek ten wyma­lo­wał spre­jem napis VIN­CENTWAL­DER na murach w dziel­nicy prze­my­sło­wej. Sto razy. Zabrało mu to kilka godzin.

Miej­scowi ochro­nia­rze nie zostali uprze­dzeni. Po zatrzy­ma­niu spy­tali go, co wypra­wia, a on nie wie­dział, o czym mówią. Nie miał poję­cia, co robił w ciągu kilku ostat­nich godzin, i był szcze­rze zdu­miony wido­kiem plam farby na rękach i na ubra­niu.

Mina nie widziała tego pro­gramu, ale pamię­tała, że wszy­scy o nim roz­ma­wiali. Wybu­chła nawet awan­tura, bo wiele osób zgło­siło do pro­gramu zastrze­że­nia natury etycz­nej. Nato­miast Vin­cent wyja­śnił, że cho­dziło mu o zwró­ce­nie uwagi na nie­bez­pie­czeń­stwa wyni­ka­jące z fana­ty­zmu. Chciał poka­zać, że nawet naj­bar­dziej absur­dalne pomy­sły mogą się zako­rze­nić w naszej pod­świa­do­mo­ści i kie­ro­wać naszym postę­po­wa­niem, choć tego nie rozu­miemy. Napis na murze miał być wyra­zem jego uzna­nia dla któ­re­goś z fil­mów grupy Monty Pythona, a kiedy go spy­tano o jego treść, odparł, że wydała mu się naj­mniej kon­tro­wer­syjna. Poza tym, dodał, arty­sta zawsze pod­pi­suje się pod swo­imi dzie­łami. Cytat stał się na kilka mie­sięcy memem na Insta­gra­mie, ale w końcu sprawa uci­chła.

Zapach fry­tury i mięsa z grilla dotarł do noz­drzy Miny na moment przed tym, jak kel­ner posta­wił przed Vin­cen­tem ham­bur­gera. I miseczki z majo­ne­zem i keczu­pem. Wzdry­gnęła się. Każdy mógłby w dro­dze z kuchni zro­bić coś z tymi misecz­kami. Okrop­nie nie­hi­gie­niczne. Odru­chowo się­gnęła do kie­szeni po nową butelkę alko­żelu, wyci­snęła tro­chę na rękę i wtarła w dło­nie.

– Po przed­sta­wie­niu potrze­buję węglo­wo­da­nów – powie­dział prze­pra­sza­jąco men­ta­li­sta. – Ina­czej nie potra­fię myśleć jasno.

Wziął z tale­rza frytkę, umo­czył w majo­ne­zie i wło­żył do ust. Gdyby umo­czył tę samą frytkę jesz­cze raz, chyba musia­łaby wykre­ślić go z tej czę­ści ludz­ko­ści, z którą byłaby gotowa się zada­wać. Na szczę­ście tego nie zro­bił. Czyli jest nadzieja.

– I bar­dzo prze­pra­szam za moje poprzed­nie zacho­wa­nie – dodał. – Wzią­łem panią za kogoś innego. Mie­li­śmy pro­blemy z pewną… nazbyt entu­zja­styczną… fanką. Myśla­łem, że to ona. Nie chcia­łem być nie­uprzejmy.

Mina zbyła to mach­nię­ciem ręki. Kel­ner posta­wił piwo przed Vin­cen­tem, a przed nią colę zero. Wyjęła z kie­szeni jed­no­ra­zową słomkę, ścią­gnęła z niej papie­rek i wło­żyła ją do szklanki. Vin­cent uniósł jedną brew, ale się nie ode­zwał.

Mina odcze­kała, aż kel­ner odej­dzie.

– Ktoś mi pod­po­wie­dział, żebym z panem poroz­ma­wiała – powie­działa ści­szo­nym gło­sem. – Domy­ślam się, że wie pan dużo na temat ludz­kiej psy­chiki. I sporo o sztucz­kach magicz­nych. A nam jest potrzebny ktoś zna­jący się na jed­nym i dru­gim.

Vin­cent kiw­nął głową i wypił łyk piwa.

– We wcze­snej mło­do­ści zaj­mo­wa­łem się roz­ma­itymi tri­kami – odparł. – Jed­nak w wieku dwu­dzie­stu lat zro­zu­mia­łem, że kar­ciane sztuczki to może nie naj­lep­szy spo­sób na pod­ryw. Więc skoń­czy­łem z tym.

– I pomo­gło? – spy­tała.

– Niech pani sama oceni. Mie­siąc póź­niej pozna­łem moją pierw­szą żonę. Od tam­tej pory inte­re­suję się tym tylko hob­by­stycz­nie. Ale dla­czego inte­re­suje to poli­cję? – Zanim zdą­żyła odpo­wie­dzieć, Vin­cent spoj­rzał na zega­rek. – Ojej, bar­dzo prze­pra­szam – powie­dział – à pro­pos żony. Zdaje się, że jest za pięt­na­ście. Muszę zadzwo­nić do domu. Zawsze roz­ma­wiamy ze sobą o tej porze. Zaj­mie to tylko minutkę.

Mina zaczęła się nie­cier­pli­wić, wola­łaby przejść do rze­czy. I tak się na niego nacze­kała. Kole­dzy zwy­kle mówili jej, że jest zbyt natar­czywa, a powinna być przy­jem­niej­sza, jeśli chce, żeby ludzie byli do niej przy­chyl­nie nasta­wieni. Miała co do tego wąt­pli­wo­ści. Była poli­cjantką od pra­wie dzie­się­ciu lat i nie przy­po­mi­nała sobie, żeby pomyślne zakoń­cze­nie docho­dze­nia zale­żało od jej przy­ja­znego bądź nieprzy­ja­znego podej­ścia. Ale niech będzie.

– Nie ma pro­blemu – odparła, popra­wia­jąc się dys­kret­nie na twar­dym krze­śle.

Wpa­trzyła się w swoją colę i wyłą­czyła się, żeby nie słu­chać roz­mowy Vin­centa z żoną. Zamiast tego przy­wo­łała w pamięci skrzy­nię zna­le­zioną nie­spełna tydzień temu. Ozdo­bioną błysz­czą­cymi znacz­kami i wyglą­da­jącą, jakby miała być ele­men­tem ilu­zjo­ni­stycz­nego przed­sta­wie­nia w Las Vegas. Wyobra­ziła sobie, jak asy­stentka cała w ceki­nach – bo w takich nume­rach poni­żane są zawsze kobiety – wcho­dzi do skrzyni, a potem ilu­zjo­ni­sta – oczy­wi­ście męż­czy­zna – wtyka mie­cze do szpar w skrzyni, pod­czas gdy publicz­ność wydaje z sie­bie jęki prze­ra­że­nia. Wygo­oglo­wała to. Zło­wrogi wobec kobiet numer ilu­zjo­ni­styczny nosi nazwę The sword box, rów­nież Sword cabi­net, Sword casket albo Sword basket. Zachwyt ma wiele imion. A pier­wot­nie to nie była nawet skrzy­nia, tylko kosz. Z dziec­kiem w środku. Kosz­mar. Naj­wy­raź­niej jed­nak numer ten nale­żał do kla­syki. Dzieci i kobiety. Zawsze jako ofiary.

Jed­nak powo­dem, dla któ­rego w ten mroźny wie­czór tkwiła w knaj­pie w Gävle, cze­ka­jąc na Vin­centa Wal­dera, nie było zna­le­zie­nie przez poli­cję ama­tor­skiego rekwi­zytu do sztu­czek sce­nicz­nych. Tym powo­dem było znaj­du­jące się w środku ciało. Toż­sa­mo­ści denatki wciąż nie udało się usta­lić. Mina przy­je­chała do Wal­dera, ponie­waż docho­dze­nie utknęło. Nic im nie dało spraw­dza­nie wszel­kich moż­li­wych tro­pów zwy­czaj­nymi meto­dami. W końcu wraz ze swoją sze­fową Julią doszła do wnio­sku, że jeśli mają roz­wią­zać tę sprawę, pozo­stają tylko metody nie­zwy­czajne.

Pocią­gnęła łyk przez słomkę i utkwiła spoj­rze­nie w towa­rzy­stwie przy barze, bo wszystko było lep­sze od obra­zów cisną­cych się jej pod powieki. Wolała ich sobie nie przy­po­mi­nać. Jed­nak były rów­nie wyraźne jak za pierw­szym razem. Mina nie­czę­sto bywała aż tak nie­przy­jem­nie poru­szona, ale ten przy­pa­dek był zupeł­nie wyjąt­kowy. Z dwóch ścian skrzyni wysta­wały ręko­je­ści mie­czy, a z prze­ciw­le­głych czubki ostrzy. W środku na ostrzach zawi­sła młoda kobieta, wyglą­dała jak wyna­tu­rzona mario­netka. Mina zaci­snęła powieki. Za późno. Zawsze za późno.

Toż­sa­mo­ści kobiety nie zdo­łano usta­lić i nie było żad­nego podej­rza­nego. Skrzy­nia z cia­łem została prze­słana do Mildy Hjort w zakła­dzie medy­cyny sądo­wej, ale Mina nie przy­pusz­czała, żeby udało się zna­leźć tam coś istot­nego. Klucz do tej zbrodni to spo­sób dzia­ła­nia sprawcy, była o tym głę­boko prze­ko­nana.

Zdała sobie sprawę, że Vin­cent jej się przy­gląda. Widocz­nie skoń­czył roz­mowę z żoną. Mina chrząk­nęła i odsu­nęła od sie­bie obraz pod powie­kami.

– Prze­pra­szam, musia­łem poroz­ma­wiać – ode­zwał się. – Teraz jestem już do dys­po­zy­cji. Po tym, jak pani mówi, domy­ślam się, że nie jest pani stąd. Pra­cuje pani w Sztok­hol­mie. A jed­nak znaj­duje się pani teraz w Gävle. W późny czwart­kowy wie­czór. Żeby roz­ma­wiać z men­ta­li­stą o sztucz­kach magicz­nych i ludz­kiej psy­chice. Mówiła pani, że ktoś pani to pod­po­wie­dział? Bar­dzo jestem cie­kaw, o co cho­dzi.

Wychy­lił się do niej, oka­zu­jąc zain­te­re­so­wa­nie. Mina posta­no­wiła zwle­kać jesz­cze przez moment, żeby wcią­gnąć go jesz­cze moc­niej.

– Widzia­łam, że koń­cząc przed­sta­wie­nie, powtó­rzył pan histo­rię z pod­pi­sem – powie­działa, sta­ra­jąc się przy­wo­łać jak naj­sym­pa­tycz­niej­szy uśmiech. – Arty­sta na­dal pod­pi­suje się zawsze pod swoim dzie­łem.

Przez moment wyda­wał się zdez­o­rien­to­wany, ale potem się roze­śmiał.

– Cho­dzi pani o gwóźdź? Wiem, to już okle­pane. Ale co tu mówić? Od czasu tam­tego pro­gramu tele­wi­zyj­nego ludzie ocze­kują, że będę skła­dał pod­pis. Nie chcę spra­wić im zawodu. W końcu zapła­cili za bilet i poświę­cili mi swój czas.

Roz­luź­nił się, co było widać po opusz­czo­nych bar­kach. O ile przed­tem trzy­mał gardę, teraz ją opu­ścił. Na jakiś czas.

– Ma pan rację, że nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie cho­dziło o coś waż­nego. Mamy do czy­nie­nia z przy­pad­kiem, któ­rego nie rozu­miem. Do tej pory udało nam się utrzy­mać go w tajem­nicy przed mediami, ale przy­pusz­czal­nie jest tylko kwe­stią czasu, zanim będzie pan o tym mógł prze­czy­tać w gaze­tach.

Vin­cent odkroił kawa­łek ham­bur­gera. Ucie­szyło ją, że użył do jedze­nia widelca i noża, bo gdyby wziął zatłusz­czo­nego bur­gera do ręki, musia­łaby wyjść.

– Prze­pra­szam – ode­zwał się, macha­jąc widel­cem z nabi­tym kawał­kiem mięsa – ale co to ma ze mną wspól­nego?

Zamiast odpo­wie­dzieć, Mina wycią­gnęła ze sko­ro­szytu beżową kopertę i wyjęła zdję­cia. Poszu­kała takiego, które nie przed­sta­wiało poszar­pa­nego ciała, a tylko skrzy­nię, gdzie się znaj­do­wało. Poło­żyła je na wierz­chu i spięła spi­na­czem z pozo­sta­łymi. Naprawdę nie musiał ich oglą­dać.

– Wie pan, co to jest? – spy­tała, poka­zu­jąc na zdję­cie.

Jego ręka z widel­cem zatrzy­mała się cen­ty­metr przed otwar­tymi ustami.

– Sword casket – odparł. – Zwany rów­nież Sword box. Ale co… jak… nie rozu­miem.

Kawa­łek ham­bur­gera tra­fił w końcu do ust.

– Ja też nie – przy­znała. – A wła­ści­wie nie rozu­miem sprawcy. I pomy­śla­łam, że może pan zro­zu­mie. Z uwagi… Wła­śnie, na swoje umie­jęt­no­ści. Więc chcia­ła­bym pro­sić o pomoc. Powiedzmy w ten spo­sób: skrzy­nia nie była pusta. I trzeba było sporo czasu, żeby ją zdjąć z tych mie­czy.

Vin­cent prze­stał prze­żu­wać i wyraź­nie zbladł.

– Nic nam nie wia­domo na temat ofiary – cią­gnęła Mina. – Nato­miast co do sprawcy, to wydaje mi się, że jedy­nym spo­so­bem dotar­cia do niego byłoby usta­le­nie, jak ta osoba: on bądź ona, funk­cjo­nuje psy­chicz­nie. Chcia­ła­bym móc powie­dzieć, że trupy bez koń­czyn należą do rzad­ko­ści, ale tak nie jest. Nie­stety. Ale w skrzyni z nożami? To coś nowego. Komu mogło przyjść do głowy coś takiego? I dla­czego? Tu docho­dzimy do pana. Widzia­łam pana przed­sta­wie­nie. Wie pan lepiej od kogo­kol­wiek, jak ludzie myślą. A więc pro­szę mi pomóc zro­zu­mieć, kim jest sprawca.

Vin­cent odchy­lił się na krze­śle i zmarsz­czył brwi.

– Chyba macie od tego wła­snych psy­cho­lo­gów? – odparł. – Jak ja mógł­bym dodać coś, czego oni nie wie­dzą? Pro­fi­lo­wa­nie kry­mi­nalne to nie jest dzie­dzina, którą bym się zaj­mo­wał na co dzień.

Umo­czył kilka fry­tek w majo­ne­zie i zjadł.

– Jak już mówi­łam, zna się pan zarówno na ludz­kiej psy­chice, jak i na sztucz­kach magicz­nych. A nasz psy­cho­log nie. Poza tym…

Rozej­rzała się i ści­szyła głos.

– Zresztą z ostat­niego pro­filu, jaki spo­rzą­dził, wyni­kało, że sprawca zbrodni jest „męż­czy­zną w śred­nim wieku, Gre­kiem, wywo­dzą­cym się z elity towa­rzy­skiej”. W rze­czy­wi­sto­ści była to młoda Szwedka, pra­cow­nica maga­zynu.

Vin­cent zdą­żył zakryć usta ser­wetką, żeby ze śmie­chu nie wypluć fry­tek.

– A jed­nak wygląda to na dość nie­ty­powe postę­po­wa­nie – zauwa­żył. – O ile wiem, poli­cja nie patrzy łaska­wym okiem na to, że do jej pracy wtrą­cają się cywile. A ja nie mam żad­nego przy­go­to­wa­nia do pro­fi­lo­wa­nia. Sporo się nauczy­łem o funk­cjo­no­wa­niu ludz­kiego umy­słu, ale moje wnio­ski opie­ram na zupeł­nie pod­sta­wo­wej wie­dzy psy­cho­lo­gicz­nej, wła­snych obser­wa­cjach i sta­ty­stycz­nym praw­do­po­do­bień­stwie.

– A co według pana robi pro­fi­ler?

– Ale ja się zaj­muję roz­rywką. Gdy­bym się pomy­lił pod­czas przed­sta­wie­nia, to nikomu innemu nie sta­nie się krzywda.

– Poza panem – wtrą­ciła. – W swoje umie­jęt­no­ści czy­ta­nia w cudzej gło­wie wie­rzy pan na tyle, by zary­zy­ko­wać prze­bi­cie wła­snej ręki gwoź­dziem.

Uśmiech­nął się lekko.

– Czego wła­ści­wie nie powi­nie­nem robić – odparł. – A więc dobrze. Cho­ciaż nie bar­dzo rozu­miem, na czym mia­łaby pole­gać moja rola ani dla­czego przy­cho­dzi­cie z tym do mnie.

– My… – zawa­hała się. – Sta­tus naszego zespołu docho­dze­nio­wego w poli­cji jest dość spe­cy­ficzny, a cho­dzi o to, że znaj­du­jemy się poza zwy­cza­jo­wym sche­ma­tem orga­ni­za­cyj­nym.

– Dla­czego?

– Cóż, nasza sze­fowa Julia jest córką komen­danta głów­nego i…

– Nepo­tyzm? – Vin­cent z roz­ba­wie­niem uniósł brew.

Wście­kła się i zauwa­żyła, że to dostrzegł.

– A skąd! Julia jest nad­zwy­czaj kom­pe­tentna, ma natu­ralne zdol­no­ści przy­wód­cze i nie zdzi­wię się, jeśli w przy­szło­ści zosta­nie komen­dan­tem poli­cji. Jed­nak podob­nie jak my wszy­scy jest sfru­stro­wana sztywną i nie­sprawną orga­ni­za­cją poli­cji. Prze­ko­nała kie­row­nic­two do tego, żeby powo­łać bar­dziej… nie­za­leżny zespół, któ­rym kie­ruje i w któ­rym działa, ale nastą­piło to raczej mimo tego, że jest córką komen­danta głów­nego.

– Zespół zło­żony z naj­lep­szych spo­śród naj­lep­szych?

– Nie – odparła sucho. – To byłaby prze­sada. Beg­gars can’t be cho­osers1.

– Spe­cjalny zespół bez spe­cjal­nych kom­pe­ten­cji? – stwier­dził tonem zdzi­wie­nia.

Rozu­miała go, cho­ciaż nie bar­dzo wie­działa, jak to wyja­śnić. Jed­nak pod­jęła próbę.

– Każdy z nas posiada jakiś szcze­gólny talent. Ale ludzie są ludźmi i mogą być tysiące powo­dów, że jed­nostka poli­cji wypo­ży­cza kogoś spo­śród swo­ich pra­cow­ni­ków.

– A panią dla­czego wypo­ży­czyli? – spy­tał, uśmie­cha­jąc się kąci­kiem ust.

– Naprawdę nie wiem. Znam swoje zalety jako poli­cjantki. Jestem uparta, doświad­czona i nie boję się wyjść poza sche­mat.

– Ale? – ode­zwał się, się­ga­jąc po następną frytkę.

– Ale kole­gom w mojej dotych­cza­so­wej gru­pie chyba było trudno się ze mną doga­dać. Nie wiem dla­czego. Ja nie mia­łam z nimi pro­ble­mów. Nie mam pro­ble­mów z innymi. To oni mają pro­blem ze mną.

Odchrząk­nęła i cią­gnęła dalej.

– Tak czy ina­czej, moja sze­fowa zgo­dziła się, żeby­śmy zatrud­nili do tej sprawy kon­sul­tanta z zewnątrz. Zapłata jest skromna, ale wziąłby pan udział w czymś waż­nym, co robi róż­nicę.

– W prze­ci­wień­stwie do wystę­pów na sce­nie, tak? – odparł, odsu­wa­jąc w jej stronę plik zdjęć. – Chyba myli pani serial tele­wi­zyjny z rze­czy­wi­sto­ścią. Przy­kro mi, że nie­po­trzeb­nie pani przy­je­chała. Pro­szę zro­zu­mieć: zaj­muję się roz­rywką. Zaba­wiam ludzi. „Mistrz Men­ta­li­sta” to tylko rola, nic poza tym. To, co wyko­nuję na sce­nie, zostaje tam. Nie dzieje się naprawdę. Może się wyda­wać, że mam jakieś wyjąt­kowe czy spe­cjalne zdol­no­ści, jed­nak prawda jest taka, że każdy może się tego nauczyć. Mówi pani o spo­rzą­dza­niu pro­filu psy­cho­lo­gicz­nego. W dodatku mor­dercy. Nie wiem nic na temat mor­der­ców. A są tacy, dla któ­rych ta wie­dza jest zawo­dem. Osoby, które… jak pani to ujęła? Robią róż­nicę.

Nie patrzył jej w oczy. Nie tego się spo­dzie­wała. Przy­pusz­czała, że wykręci się bra­kiem czasu albo waż­niej­szymi spra­wami. Przy­go­to­wała się, że będzie musiała ape­lo­wać do jego ego. Nie przy­pusz­czała, że będzie kła­mał.

– Rozu­miem – powie­działa, pod­no­sząc się.

Pora na nową stra­te­gię.

– W takim razie pomy­li­łam się. Na sce­nie wydaje się pan bar­dzo prze­ko­nu­jący. Prze­pra­szam. To był strzał w ciemno. Tylko zapłacę rachu­nek i możemy zosta­wić ten temat. Chyba zosta­wi­łam rachu­nek w barze koło tych ludzi ze Ska­nii.

– Z Hel­sing­borga – odparł zmę­czo­nym tonem i znów zaczął dłu­bać w ham­bur­ge­rze. – Są z Hel­sing­borga. Przy­je­chali na kon­fe­ren­cję na temat ochrony prze­ciw­po­ra­że­nio­wej. Mają to napi­sane na swo­ich iden­ty­fi­ka­to­rach. Na pani miej­scu bym im nie prze­szka­dzał, ta wysoka kobieta odwró­cona do nas tyłem zaczęła wła­śnie roz­ma­wiać z face­tem, to jej pierw­sza roz­mowa dzi­siaj, kiedy nie musi się gar­bić i pomniej­szać, żeby gość odwa­żył się zostać. Tylko szkoda, że ten aku­rat jest żonaty. Nie rozu­miem, dla­czego faceci myślą, że jak tylko zdejmą obrączkę, to mogą uda­wać sin­gla. Prze­cież już z daleka widać, że są żonaci. Tam­tych dwoje woli, żeby im nie prze­szka­dzać, a jej jest to wyraź­nie potrzebne.

Mina posta­rała się ukryć uśmiech. Vin­cent wyda­wał się nie­świa­dom tego, co powie­dział.

– Nie musi pani pła­cić za rachu­nek – dodał. – Ja już zapła­ci­łem.

– Ile stopni pro­wa­dzi ze sceny do gar­de­roby w Gävle Teater?

Vin­cent pod­niósł wzrok, był zasko­czony.

– Osiem – odparł. – A dla­czego pani pyta?

– Sie­dem. Chyba że zrobi się dodat­kowy krok, żeby wypa­dła parzy­sta liczba.

Vin­cent otwo­rzył usta. Udało jej się przy­kuć jego uwagę. Nie był przy­zwy­cza­jony do tego, że ktoś zauważa jego dzi­wac­twa.

– A więc – powie­działa, pod­su­wa­jąc mu znów zdję­cia. – Ma pan jakiś pomysł?

– Niech będzie – odparł. – Wygrała pani. Na razie.

Górne zdję­cie nieco się obsu­nęło, odsła­nia­jąc to pod spodem. Nie zdą­żyła go powstrzy­mać, kiedy je wysu­nął.

– O cho­lera! – skrzy­wił się.

– Wła­śnie. Słuszna reak­cja.

Zmru­żył oczy, jakby się chciał stop­niowo przy­zwy­czaić do patrze­nia na ten kosz­mar.

– Co to jest? – spy­tał, wska­zu­jąc na umiesz­czony obok ciała przed­miot w pla­sti­ko­wej torebce.

– Zega­rek ofiary. Cyfer­blat został roz­bity ze wska­zów­kami na trze­ciej, wydaje się to zga­dzać z chwilą zgonu. Trze­cia po połu­dniu.

– Nie cho­dzi o zega­rek. Cho­dzi o to.

Wska­zał na kre­ski na udzie mar­twej kobiety, znaj­do­wały się zaraz pod miej­scem prze­bi­cia przez miecz. Dwie dłuż­sze połą­czone trzema krót­szymi w rów­nej odle­gło­ści. Minie przy­po­mi­nały dra­binkę.

– Nacię­cia – wyja­śniła. – Doko­nane nożem albo czymś podob­nym. Zapewne po to, by ster­ro­ry­zo­wać ofiarę. Taki przed­smak tego, co nastąpi.

– Wyko­nano je bar­dzo sta­ran­nie – zauwa­żył – i cał­kiem ina­czej niż bru­talne prze­bi­cia ciała. Nie sądzę, żeby to była jakaś tor­tura. Myślę, że „dra­binka” to sym­bol.

– Czego?

– Dra­bina wystę­puje w wielu reli­giach, w Biblii jest Jaku­bowa dra­bina pro­wa­dząca do nieba. Freud twier­dził, że dra­bina ma coś wspól­nego z samym aktem sek­su­al­nym. Pro­szę nie pytać dla­czego. Jed­nak myślę, że to jest jesz­cze prost­sze.

Obró­cił zdję­cie o dzie­więć­dzie­siąt stopni i wska­zał na rze­komą dra­binkę, teraz w pozy­cji leżą­cej.

Mina zdała sobie sprawę, że nie jest to już dra­binka.

Tylko rzym­ska cyfra trzy.

Chwilę mil­czeli. Gwar z baru zagłu­szył jej myśli.

– Wła­ści­wie to nie chciał­bym pytać, ale… – ode­zwał się po chwili.

Ski­nęła głową.

– Wiem, o co panu cho­dzi. Jeśli to trójka, to gdzie w takim razie jest jedynka i dwójka?

RAN­KAMI VIN­CENT MIAŁ ZAWSZE kło­poty z orien­ta­cją. W ciągu tych kilku sekund pomię­dzy snem a jawą, kiedy jedy­nym towa­rzy­szą­cym mu odczu­ciem był dotyk prze­ście­ra­dła, ośle­pia­jący pro­mień sło­neczny, mdły smak tabletki nasen­nej. W świe­cie, w któ­rym się znaj­do­wał, nie ist­niały prze­strzeń, miej­sce ani poczu­cie czasu. Kilka sekund bło­go­sła­wio­nej próżni, gdzie można tylko egzy­sto­wać.

Potem z wolna zaczy­nała napie­rać rze­czy­wi­stość. Brzęk por­ce­lany. Ptak, który sta­wiał czoła zimie i ćwier­kał w karm­niku zbu­do­wa­nym przez Marię. Głos synka Astona, raz gło­śniej­szy, raz cich­szy, prze­cho­dzący w ciągu kilku sekund od rado­ści do furii.

Vin­cent usiadł i odsu­nął koł­drę. Spu­ścił nogi na pod­łogę. Naj­pierw lewą. Wło­żył spodnie i wczo­raj­szą koszulę, nosił ją tylko wie­czo­rem, potem wrzuci ją do pra­nia. Opu­ścił górny guzik, jakby go nie było, i zapiął sześć pozo­sta­łych. Tak jak trzeba. Nie potra­fił zro­zu­mieć, dla­czego wszyst­kie koszule mają po sie­dem guzi­ków. Musiały być pro­jek­to­wane przez psy­cho­pa­tów.

Kiedy wszedł do kuchni, wszy­scy sie­dzieli już przy stole. Wszy­scy oprócz Rebecki.

– Idź, powiedz swo­jej nasto­latce, że jest śnia­da­nie – ode­zwała się do niego Maria, nie patrząc.

Vin­cent pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie czasy, gdy w sło­wach, które padały mię­dzy nimi, nie było mnó­stwa nie­wy­po­wie­dzia­nych opi­nii i zna­czeń. Nie potra­fił. To, co było mię­dzy nimi kie­dyś, zostało powoli i nie­po­strze­że­nie pod­ko­pane przez życie, codzien­ność, kłót­nie i brak zaufa­nia. Nie spo­sób okre­ślić dokład­nie, kiedy tak się stało.

Maria kro­iła jabłko dla Astona, który mie­szał ener­gicz­nie swój jogurt. Zie­lona her­bata w sto­ją­cym przed nią kubku przy­pusz­czal­nie dawno wysty­gła. Ben­ja­min, z zaspaną miną, powoli i sta­ran­nie obie­rał ze sko­rupki dwa jajka. Jeden tale­rzyk na sko­rupki, drugi na jajka. Vin­cent poszedł zapu­kać do drzwi Rebecki.

– Rebecka? Chodź, zjedz coś! – zawo­łał.

Z góry znał odpo­wiedź.

– Nie jestem głodna! – Roz­legł się jej głos zza drzwi.

– Musisz coś zjeść. Wychodź stam­tąd.

Wró­cił do stołu, nie cze­ka­jąc, co odpo­wie. Sia­da­jąc, usły­szał, że drzwi się za nim otwie­rają. I z trza­śnię­ciem się zamy­kają. Ben­ja­min spoj­rzał na Rebeckę ze zło­ścią, ale nic nie powie­dział.

– Mamo­ooo! – zawo­łał nagle Aston. – Te kawałki są za duże! Pokro­iłaś mi za duże!

Gwał­tow­nie odsu­nął miseczkę w stronę Marii, tro­chę jogurtu roz­lało się na stół.

– Wcale nie, kocha­nie, są takie jak zwy­kle. Sam zobacz.

Maria wzięła kawa­łek jabłka w palce upać­kane jogur­tem. Wyglą­dała na ziry­to­waną, ale Aston się roze­śmiał.

– Mamo, jogurtu nie je się pal­cami! – powie­dział. – Potrze­bo­wa­ła­byś na to ze sto lat!

– Fak­tycz­nie, tro­chę duże – zauwa­żył Vin­cent, się­ga­jąc do miseczki.

Chwy­cił nóż i zaczął kroić upać­kane kawałki jabłek. Zer­k­nął na żonę. Z gniewną miną obli­zy­wała palce. Zasta­na­wiał się, czy powie­dzieć coś. Z Marią było tak, że wszystko zale­żało od odpo­wied­niego momentu. Czy jest nasta­wiona na nada­wa­nie, czy na odbiór. Cza­sem uda­wało mu się zgad­nąć. Cza­sem nie.

– Nie ma się o co spie­rać – powie­dział cicho. – Her­bata ci sty­gnie.

W odpo­wie­dzi otrzy­mał mor­der­cze spoj­rze­nie. Naj­wy­raź­niej tym razem się nie udało.

– Ja chcę, żeby mi mama pokro­iła – oznaj­mił Aston, ude­rza­jąc dło­nią w stół. – Mama kroi drob­niej.

– Jesteś już taki duży, że mógł­byś sobie sam pokroić to jabłko – powie­dział Vin­cent. – Byłoby po two­jemu. A tak jest po naszemu.

– Ale szy­ko­wa­nie śnia­da­nia to wasza sprawa – odpo­wie­dział Aston.

– Ale dzie­ciuch z cie­bie – par­sk­nęła na bra­ciszka Rebecka.

Usia­dła przy stole, osten­ta­cyj­nie krzy­żu­jąc ręce na piersi.

– Sama jesteś dzie­ciuch! – krzyk­nął Aston i aż poczer­wie­niał ze zło­ści.

– Mam pięt­na­ście lat, a ty osiem, czyli mam pra­wie dwa razy tyle lat co ty. Więc to ty jesteś dzie­ciuch.

– Wła­śnie że nieee!

Aston już się zry­wał z krze­sła, ale Maria poło­żyła mu rękę na ramie­niu.

– Rebecka fak­tycz­nie jest star­sza od cie­bie – powie­działa. – Co zna­czy tylko, że musi sobie kroić jabłko sama. I wszystko inne też. A ty nie musisz.

Aston uśmiech­nął się sze­roko, kiedy Maria mru­gnęła poro­zu­mie­waw­czo. Vin­cent wie­dział, że syn uwiel­bia mamę i nic go tak nie cie­szy jak sojusz z nią prze­ciwko star­szemu rodzeń­stwu.

– A kto by chciał jeść jabłko na śnia­da­nie? – ode­zwała się Rebecka. – Prze­cież to chore.

Vin­cent sku­pił się na jabłku. Dzie­więt­na­ście kawał­ków, będzie trzy­dzie­ści osiem, jeśli podzieli każdy na pół. Nie­pa­rzy­ste sta­nie się parzy­ste. Poczuł spo­kój. Podo­bała mu się ta sym­bo­lika. Nie­pa­rzy­ste przej­dzie w parzy­ste, a nie­ty­powe – w zwy­czajne. Można przy­mknąć oczy. Jest nadzieja. Kochał swoją rodzinę, ale z tru­dem radził sobie z zamie­sza­niem, jakie robiła. Lubił porzą­dek. Struk­turę. Parzy­ste liczby.

– Masz, gagatku.

Vin­cent pod­su­nął miseczkę Asto­nowi, który przez chwilę wyglą­dał, jakby się zasta­na­wiał, czy jesz­cze chce coś powie­dzieć na temat kawał­ków jabłka. Chyba nie był pewien, co zna­czy gaga­tek; rzu­cił ojcu harde spoj­rze­nie i jed­nak zaczął jeść.

– Zjedz kanapkę – nale­gała Maria, zwra­ca­jąc się do Rebecki. – Albo jogurt. Cokol­wiek, ale zjedz coś.

– U mamy nie muszę jeść śnia­da­nia – odpo­wie­działa Rebecka, wciąż sie­dząca z rękami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. – Mama do połu­dnia nic nie je. Post naprze­mienny. Meta­bo­lizm ma prze­rwę, co jest zdrowe, nasze orga­ni­zmy nie są stwo­rzone do tego, żeby cią­gle jeść. Jemy za czę­sto. W epoce kamien­nej jadło się tylko od czasu do czasu, nawet z kil­ku­dniową prze­rwą.

– To są słowa two­jej mamy, nie twoje. Nie żyjemy dziś w epoce kamien­nej. Vin­cent, powiedz coś swo­jej córce.

– Kiedy ona ma rację – odparł Vin­cent, nale­wa­jąc sobie kawę. – Nasz orga­nizm nie jest dosto­so­wany do współ­cze­snego spo­sobu żywie­nia i z nowych badań wynika…

Maria wstała gwał­tow­nie, zabie­ra­jąc swój tale­rzyk z kromką żyt­niego chleba z roz­sma­ro­wa­nym awo­kado. Jak zawsze z eko­lo­giczną posypką z kokosa. W cenie złota, za to o wła­ści­wo­ściach prze­ciw­za­pal­nych, czyli według Marii gwa­ran­tu­jącą życie wieczne.

– Boże, gdy­byś ty zechciał mnie wes­przeć cho­ciaż raz na jakiś czas – powie­działa. – Prze­cież Rebecka musi jeść! Jest nasto­latką i rośnie, jej ciało musi się roz­wi­jać, dziew­czyny tracą mie­siączkę, kiedy nie jedzą…

– Fuj – prze­rwał Ben­ja­min. – Musi­cie gadać o mie­siączce! Prze­cież ja jem.

– Ben­ja­mi­nie, masz dzie­więt­na­ście lat – zauwa­żył Vin­cent. – Już nie możesz być taki prze­czu­lony na punk­cie pły­nów ustro­jo­wych.

Ben­ja­min wbił wzrok w ojca. Potem wstał i z resztą jajka w ręku, krę­cąc głową, poszedł do swego pokoju.

– Tato, aleś ty aspo­waty – sko­men­to­wała sucho Rebecka.

– Tak się nie mówi – zwró­cił jej uwagę Vin­cent. – Teraz to się nazywa ASD2.

Maria, igno­ru­jąc ich, cią­gnęła temat.

– I cią­gle powo­łu­jesz się na to, co robi twoja mama. Rebecko, musisz zro­zu­mieć, że to jest nasz dom i my mamy wła­sne zasady. To, co robi­cie u Ulriki, nie ma prze­ło­że­nia na naszą rodzinę.

– Oczy­wi­ście, cio­ciu Mario.

Rebecka rów­nież wstała, wzięła z koszyka kromkę chleba i osten­ta­cyj­nie potrzy­mała w górze, a potem poszła do swo­jego pokoju. Zatrza­snęła za sobą drzwi.

– Zja­dłem! Dzięki, mamo. Idę nakar­mić pie­ski.

Aston szybko odsu­nął krze­sło i pobiegł do akwa­rium w salo­nie.

– Muławki!3 – zawo­łał za nim Vin­cent. – Zwane po szwedzku psimi ryb­kami.

– Prze­cież wiem – odparł Aston, sypiąc karmę na całą powierzch­nię wody w akwa­rium. – Hau, hau!

Wró­cił do kuchni, wziął z blatu iPada i pobiegł do swo­jego pokoju.

– Masz pięć minut, Aston! – zawo­łał Vin­cent. – Potem się ubie­ramy i jedziemy do szkoły. Pięć minut!

Maria oparła się o zlew i skrzy­żo­wała ramiona na piersi, nie­świa­do­mie kopiu­jąc Rebeckę.

– „Cio­ciu Mario”, ona powie­działa to tylko po to, żeby się ze mną draż­nić.

Vin­cent spoj­rzał na żonę nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem.

– Prze­cież jesteś jej cio­cią – odparł. – Skoro ty i jej matka jeste­ście sio­strami. Dla­czego się zło­ścisz, że Rebecka to pod­kre­śla? Prze­cież to się zga­dza.

Nie rozu­miał, dla­czego Maria wkłada tyle ener­gii w kwe­stio­no­wa­nie obiek­tyw­nych fak­tów. Się­gnął po kromkę żyt­niego chleba i zabrał się do sta­ran­nego sma­ro­wa­nia. Żad­nych gru­dek, aż po brzegi.

– Ale nie o to cho­dzi – cią­gnęła Maria. – Naprawdę nie rozu­miesz? Boże, za jakiego ja robota wyszłam! Prze­cież ona mówi tak, żeby mnie pod­pusz­czać.

Vin­cent zmarsz­czył czoło. Naprawdę chciał zro­zu­mieć. Jed­nak dla niego jej logika była zupeł­nie nie­po­jęta. Fakt to fakt. Trudno od niego abs­tra­ho­wać. Co innego nasz sto­su­nek do niego.

– A tak wła­ści­wie to kogo przed­wczo­raj zapro­si­łeś na kola­cję? – spy­tała innym tonem. – Czyżby Ulrikę?

Vin­cent spoj­rzał ze zdzi­wie­niem. Wła­śnie odgryzł kęs kanapki i musiał prze­żuć, żeby odpo­wie­dzieć. Dzie­sięć razy. Pra­wie jede­na­ście, ale w ostat­niej chwili się powstrzy­mał.

– Dla­czego miał­bym być na kola­cji z moją byłą żoną? – spy­tał.

– Zoba­czy­łam na kon­cie obcią­że­nie za rachu­nek w restau­ra­cji. Porów­na­łam z kwit­kiem, który mia­łeś w port­felu. Zapro­si­łeś kogoś na kola­cję w Gävle. Noco­wała potem w hotelu? Pie­przy­li­ście się?

Jej głos prze­szedł w fal­set. Vin­cent zaklął w myślach. Powi­nien był wie­dzieć, że tak będzie. Jak wiele razy przed­tem. W każ­dym momen­cie mógł się spo­dzie­wać jej wybu­chu bez­pod­staw­nej zazdro­ści – ostat­nio działo się to coraz czę­ściej. Jedna z wielu rze­czy pro­wa­dzą­cych do stop­nio­wego roz­padu ich tak zwa­nego mał­żeń­stwa.

– Zgło­siła się do mnie pewna poli­cjantka – odparł. – Chciała prze­dys­ku­to­wać ze mną sprawę mor­der­stwa, nad którą pra­cuje.

– Ha! – Maria zaśmiała się sztucz­nie. – Poli­cjantka? Pro­szę, no to bar­dzo odpo­wied­nio… Vin­cent, masz mnie za idiotkę? Nie potra­fisz wymy­ślić nic lep­szego? Że niby poli­cjantka chciała z tobą roz­ma­wiać o pro­wa­dzo­nej spra­wie? Dla­czego poli­cja mia­łaby się zgło­sić do cie­bie w spra­wie mor­der­stwa?

– Bo cho­dzi o…

Powstrzy­mała go ruchem ręki.

– Potem mi się przy­znasz i powiesz, co było dalej, teraz masz odwieźć Astona do szkoły.

– Ale…

Urwał, widząc, że Maria już zmie­rza do pokoju Astona.

– Aston! – zawo­łała. – Późno już! Zostaw iPada! Za pięć sekund odjazd.

A potem poszła w głąb domu, w stronę sypialni.

Vin­cent spoj­rzał na swoją kanapkę. Poli­cja. Mina. Od czasu ich spo­tka­nia cią­gle wra­cał do niej w myślach. Tro­chę liczył na to, że jesz­cze się do niego ode­zwie. Gry­ząc kanapkę, jego zęby utwo­rzyły coś w rodzaju murku z masła. Vin­cent wziął nóż i roz­sma­ro­wał je, potem odgryzł duży kęs wiel­ko­ści jed­nej szó­stej kanapki. Sześć czę­ści, dobrze. Cho­ciaż teraz zostało pięć. Już nie tak dobrze.

Pod­czas kilku godzin, jakie ze sobą spę­dzili, Mina w spo­sób wręcz nie­sa­mo­wity potra­fiła go przej­rzeć. Pró­bo­wał, jak zawsze, odgry­wać arty­stę świa­towca. Rolę dobrze prze­ćwi­czoną, która zapew­niała mu sku­teczną osłonę pod­czas roz­mów z dzien­ni­ka­rzami i innymi oso­bami. I zazwy­czaj wszy­scy ci ludzie byli zado­wo­leni, bo takiego Vin­centa się spo­dzie­wali, a więc go nie kwe­stio­no­wali. Jed­nak Mina zauwa­żyła, że poli­czył stop­nie na scho­dach, a potem odno­to­wała, że popra­wił ety­kietki, prze­sta­wia­jąc butelki w gar­de­ro­bie, i jesz­cze sama popra­wiła. A potem jesz­cze pod­pu­ściła, żeby prze­ana­li­zo­wał gości w barze.

To wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek dostrze­gły u niego Maria i Ulrika, a z każdą z nich prze­żył kilka lat.

Dojadł resztę kanapki, odli­cza­jąc kolejne czę­ści. Trze­cią i pierw­szą żuł bar­dzo szybko.

Mina jest na pewno bar­dzo dobrą poli­cjantką. Jed­nak cho­dzi nie tylko o to, że jest uważna, cho­ciaż pochle­biło mu i jed­no­cze­śnie zanie­po­ko­iło go, że tak łatwo zaob­ser­wo­wała u niego zacho­wa­nia, które – jak myślał – dobrze ukrył. Cho­dzi o to, że on też ją rozu­miał. Co wcale nie było takie oczy­wi­ste, a Maria pod­pi­sa­łaby się pod tym obiema rękami. Sto­jąc na sce­nie, potra­fił czy­tać z twa­rzy i spra­wo­wać kon­trolę nad innymi. Znaj­du­jąc się we wła­snym świe­cie, kon­tro­lo­wał wszyst­kie para­me­try. Jed­nak w praw­dzi­wym życiu ludzie wciąż sta­no­wili dla niego zagadkę. Cza­sem odbie­rał to w ten spo­sób, jakby z powodu cho­roby opu­ścił lek­cje, kiedy aku­rat w szkole roz­da­wali narzę­dzia do gład­kiego funk­cjo­no­wa­nia spo­łecz­nego. Dla­tego tak czę­sto sta­rał się odgry­wać rolę arty­sty świa­towca. Arty­sta wie, jak funk­cjo­no­wać wśród innych ludzi. Vin­cent czę­sto nie miał o tym poję­cia.

– Aston! – zawo­łał.

Chło­piec wyszedł ze swo­jego pokoju, wzrok miał lekko nie­przy­tomny, w jed­nej ręce trzy­mał iPada. Praw­do­po­dob­nie już zapo­mniał, że musi iść do szkoły.

– Jazda. Włóż kurtkę i buty.

Vin­cent wcią­gnął try­ko­tową bluzę z kap­tu­rem, pod­czas gdy Aston uści­skał mamę, która pospie­szyła do przed­po­koju z jego ple­ca­kiem, i dostał od niej całusa.

Jed­nak Mina nie sta­no­wiła dla niego zagadki. W każ­dym razie nie takiej jak inni ludzie. Zaob­ser­wo­wał jej rytu­alne zacho­wa­nia. Włosy odgar­niała z twa­rzy zawsze prawą ręką. Uni­kała w moż­li­wie naj­więk­szym stop­niu doty­ka­nia jakich­kol­wiek powierzchni. Mignęła mu kostka Rubika znaj­du­jąca się w jej kie­szeni kurtki. Nie byle jaka, bo speed cube. Łatwa do krę­ce­nia, którą można sma­ro­wać.

Więc tak, cie­ka­wie byłoby spo­tkać się z nią ponow­nie. Jed­no­cze­śnie miał nadzieję, że Mina się do niego nie ode­zwie. Nie miał ochoty uczest­ni­czyć w czymś, co ścią­gnie na niego kosz­mary senne. Jego świat i bez tego był kru­chy. Nie musiały go zalud­niać oka­le­czone trupy.

WODA W PRYSZ­NICU była jak zwy­kle tak gorąca, że pra­wie parzyła skórę. Jej ciało zaogniło się na czer­wono, ale Mina poczuła się czy­sta i nie­ska­lana, prze­ko­nana, że gorąca woda znisz­czyła wszel­kie znaj­du­jące się na niej mikro­or­ga­ni­zmy. Jej ciało było jak nie­uży­wane, gład­kie płótno, bez nie­czy­sto­ści, bez brudu. Coś cudow­nego.

Pod prysz­ni­cem czuła się silna. W dni wolne potra­fiła stać tam całymi godzi­nami, jej skóra wyglą­dała wtedy jak wście­kle czer­wony rodzy­nek. Jed­nak dziś nie mogła liczyć na wię­cej niż dzie­sięć minut. Nie mogła uspo­koić myśli.

Vin­cent Wal­der. Wciąż nie była pewna, czy jest jej potrzebna jego wie­dza, czy okaże się lep­szy od poli­cyj­nego psy­cho­loga. Był to – jak na nią dość nie­zwy­kły – strzał w ciemno. Mina nie miała pew­no­ści, czy zatrud­nie­nie go nie okaże się jedy­nie nad­mia­ro­wym kosz­tem finan­so­wym dla poli­cji. Plus uzna­niem jej za idiotkę przez pozo­sta­łych człon­ków zespołu. Tak czy ina­czej, zro­biła to i czas pokaże, czy Vin­cent im się przyda w jakiś spo­sób. Inna rzecz, że sam w sobie sta­no­wił nie­zły orzech do zgry­zie­nia; domy­ślała się, że Vin­cent, któ­rego poznała, to tylko część prawdy. Kryło się tam znacz­nie wię­cej. Nato­miast pewna była jed­nego: nie życzyła sobie, żeby patrzył na nią z góry. Odno­to­wał jej słomkę jed­no­ra­zową. Pyta­nie, co jesz­cze zauwa­żył. Ale też nic nie powie­dział, nie mogła zakła­dać, że wie, jak facet myśli. Jeśli jed­nak będzie mu jej żal albo, jak wszy­scy, zacznie jej oka­zy­wać współ­czu­cie, nie będzie chciała jego pomocy. Niech sobie Julia szuka kogoś innego.

Zakrę­ciła kran, ostroż­nie wyszła z wanny i wytarła się sta­ran­nie czy­stym ręcz­ni­kiem, upra­nym w dzie­więć­dzie­się­ciu stop­niach przy uży­ciu zarówno proszku do pra­nia, jak i wybie­la­cza, a pach­ną­cego tą samą czy­sto­ścią jak jej skóra. Wie­działa, że to tylko chwi­lowe. Gdyby została w domu, wra­że­nie utrzy­ma­łoby się do dwu­dzie­stu czte­rech godzin, ale wystar­czy wyjść, a rze­czy­wi­stość otuli ją brud­nym kocem.

Wło­żyła ubra­nie, które przy­go­to­wała sobie przed wej­ściem pod prysz­nic. Majtki, biały spor­towy biu­sto­nosz, biały T-shirt, dżinsy i czarne skar­pety. Majtki były nowe, te z poprzed­niego dnia wyrzu­ciła. Nie warto prać, żaden wybie­lacz nie spra­wiłby, żeby poczuła się świeżo w uży­wa­nych. Zna­la­zła miej­sce, gdzie mogła kupo­wać duże par­tie zwy­kłych baweł­nia­nych maj­tek po dzie­sięć koron za sztukę, cenę przy­stępną jak na jej potrzeby.

Obu­dziła się wcze­śnie, do wyj­ścia do pracy została jej godzina. Zabur­czało jej w brzu­chu. Wysu­nęła szu­fladę kuchenną i spoj­rzała na pudełko cien­kich jed­no­ra­zo­wych ręka­wi­czek. Wie­działa, że ich nie potrze­buje. Nikt nie zacho­ro­wał śmier­tel­nie od tego, że wziął do ręki opa­ko­wa­nie jogurtu. Zda­wała sobie z tego sprawę. Jed­nak ści­snęło ją w żołądku na samą myśl, że mia­łaby otwo­rzyć lodówkę bez jakiej­kol­wiek osłony mię­dzy sobą a znaj­du­ją­cym się w środku jedze­niem.

Z wes­tchnie­niem wło­żyła parę ręka­wi­czek, uwa­ża­jąc, żeby nie pękły. Kole­dzy w pracy śmiali się z jej dzi­wactw, które uzna­wali za para­no­iczne. Jed­nak kiedy w ostat­nie święta wszy­scy cho­ro­wali na noro­wi­rusa, tylko ona była zdrowa. I wtedy jakoś nikt się nie śmiał.

Otwo­rzyła lodówkę, szybko roz­wa­żyła wszyst­kie moż­li­wo­ści i zde­cy­do­wała się na twa­ro­żek wani­liowy. Upew­niła się, że opa­ko­wa­nie jest nie­na­ru­szone, i ostroż­nie je otwo­rzyła. Posta­wiła na stole, wyjęła czy­stą łyżeczkę, umyła ją, wzięła bute­leczkę spi­ry­tusu dezyn­fek­cyj­nego, wyci­snęła kro­plę na łyżeczkę i wtarła sta­ran­nie aż do ostat­niego mili­me­tra. Wyobra­ziła sobie, jak spi­ry­tus zabija wszystko: bak­te­rie, wirusy i wszel­kie obrzy­dliwe czą­steczki, które mogłyby wedrzeć się do jej ciała.

Nie musisz. Jest czy­sta. Prze­cież dopiero co ją umy­łaś.

Praw­do­po­dob­nie tak. Ale skąd mia­łaby wie­dzieć, że usu­nęła wszyst­kie bak­te­rie, gdyby jej nie zde­zyn­fe­ko­wała? Prze­cież miała ją wło­żyć do ust. Na tę myśl znów chwy­ciła bute­leczkę ze spi­ry­tu­sem.

Odstaw ją. To już jest mania. Łyżeczka. Jest. Czy­sta. Zostaw to.

Jed­nak nie była w sta­nie. Poczuła napły­wa­jące do oczu łzy, jed­no­cze­śnie zdjęła pla­sti­kową zatyczkę i wyci­snęła następną kro­pelkę. Nie chciała, ale musiała. Wcie­rała spi­ry­tus w łyżeczkę, mocno, jakby chciała zro­bić w niej dziurę.

Sie­dząc potem przy stole, długo patrzyła na pla­sti­kowy pojem­nik z twa­roż­kiem. Sta­rała się nie myśleć o tych wszyst­kich ludziach, któ­rzy doty­kali opa­ko­wa­nia, jego zawar­to­ści, nie myśleć o miliar­dach zaraz­ków na ich dło­niach, wma­wiała sobie, że zakład pro­duk­cyjny na pewno dba o higienę rów­nie skru­pu­lat­nie jak ona. Cho­ciaż wąt­piła w to. Jed­nak coś zjeść musi. Dość tego.

Skrzy­wiła się z obrzy­dze­nia, kiedy pod­no­siła do ust łyżeczkę, którą wcze­śniej wło­żyła do twa­rożku. Po chwili smak alko­żelu znikł, został tylko smak twa­rożku. Zja­dła go i poczuła się dzielna. Każdy zje­dzony posi­łek odbie­rała jak zwy­cię­stwo. Wyrzu­ciła puste opa­ko­wa­nie i ręka­wiczki, następ­nie zapa­rzyła kawę. Lepiej jej to poszło, cho­ciaż sama nie wie­działa dla­czego. Mimo to kubek zde­zyn­fe­ko­wała przed uży­ciem.

Jesz­cze pół godziny do wyj­ścia. Zdą­żyła tro­chę posprzą­tać. To nie mania, tylko zdrowy roz­są­dek. Prze­cież od wczo­raj nie sprzą­tała. Z szafki pod zle­wem wyjęła spory kubeł pełen róż­nych środ­ków czy­sto­ści i wszel­kich akce­so­riów. Wszystko tam było. Płyn do mycia okien, szare mydło, soda kau­styczna, płyny do ogól­nego czysz­cze­nia, do kuchni, do zmy­wa­nia, znów alko­żel, WC kaczka, dru­ciaki, ścierki kuchenne, ście­reczki z mikro­fi­bry, szczotki, gąbki… Arty­ku­łów takich jak ścierki i szczotki do sprzą­ta­nia uży­wała tylko raz, potem je wyrzu­cała. Ale rów­nież w tym przy­padku zna­la­zła miej­sce, gdzie mogła kupo­wać więk­sze par­tie po cenach hur­to­wych. Trzy­mała zapas kar­to­nów z nowymi rze­czami w małym pokoju, który był jej gabi­ne­tem do pracy, ale funk­cjo­no­wał jako maga­zy­nek.

Roz­grzała się i spo­ciła po sprzą­ta­niu. Pową­chała się pod pachami i zaraz tego poża­ło­wała. Dzie­sięć minut do wyj­ścia. Julia popro­siła ją, żeby jak naj­szyb­ciej przed­sta­wiła Vin­centa pozo­sta­łym człon­kom grupy. Chciała mu dać jesz­cze dzień czy dwa, ale powi­nien się szybko zde­kla­ro­wać – współ­pra­cuje z nimi czy nie. Miała nadzieję, że zechce jej pomóc. Im. Men­ta­li­sta obu­dził jej cie­ka­wość, mimo pew­nej nie­po­rad­no­ści. Spoj­rzała na zega­rek. Wystar­czy jej czasu na jesz­cze jeden szybki prysz­nic. I prze­bra­nie się w czy­ste ciu­chy.

– MOGĘ WYBRAĆ, co zechcę? – spy­tał Steffo Törnqvist, wska­zu­jąc na przed­mioty leżące przed nim.

Vin­cent przy­tak­nął. Zmru­żył oczy przed świa­tłem sil­nych reflek­to­rów stu­dia poran­nego pro­gramu TV4. Powi­nien się już przy­zwy­czaić, nie był to by­naj­mniej jego pierw­szy raz w tej tele­wi­zji. A jed­nak zawsze go ośle­piały te świa­tła.

Sie­dząc na kana­pie, Vin­cent odchy­lił się do tyłu i uda­wał, że jest odprę­żony. Wciąż pró­bo­wał nie pamię­tać zdjęć poka­za­nych mu tydzień wcze­śniej przez poli­cjantkę Minę. Nie kon­tak­to­wali się od tam­tej pory. Może go skre­śliła. W końcu prze­ko­ny­wał ją usil­nie, że zupeł­nie się do tego nie nadaje. Za duża odpo­wie­dzial­ność. Jed­no­cze­śnie nie mógł prze­stać się zasta­na­wiać, jaką Mina ma metodę na kostkę Rubika.

Skup się, Vin­cent.

Musi być teraz obecny. W końcu jest to trans­mi­sja na żywo.

– Co tylko chcesz – potwier­dził – byle bez więk­szego zasta­no­wie­nia. Naj­waż­niej­sze, żebyś się z tym dobrze czuł.

Steffo spoj­rzał na przed­mioty na stole. Klu­czyk od samo­chodu Jenny Strömstedt, droż­dżówka, którą Vin­cent zabrał ze stołu śnia­da­nio­wego dla gości, tele­fon komór­kowy Steffa i pod­nisz­czony port­fel ze zdję­ciem Che Guevary. Poło­żył go tam Vin­cent.

– Wezmę to – powie­dział Steffo, bio­rąc port­fel. – Wydaje się… Jakoś mnie cie­szy.

– A więc port­fel – ode­zwał się Vin­cent. – Powie­dział­byś, że wzią­łeś go z wła­snej woli?

– Zde­cy­do­wa­nie – odparł Steffo i zaśmiał się. – Mogłem wziąć, co zechcę.

– Ale ta droż­dżówka na przy­kład wygląda naprawdę prze­pysz­nie – wtrą­ciła Jenny, pusz­cza­jąc oko do widzów.

– Co tylko zechcesz, jasne – powie­dział Vin­cent z lek­kim uśmiesz­kiem i ski­nął głową w stronę kar­teczki leżą­cej na stole.

Dał ją Stef­fowi przed eks­pe­ry­men­tem. Steffo roz­wi­nął kartkę i spoj­rzał. Zmarsz­czył się i chrząk­nął. Poru­szył dło­nią mikro­port, przez co roz­legł się trzask.

– Prze­czy­taj na głos – powie­działa Jenny.

Steffo oddał jej kartkę. Jenny prze­czy­tała ją gło­sem pre­zen­terki.

– „Na moje postę­po­wa­nie będą wpły­wać po pierw­sze wła­sne pre­fe­ren­cje i oceny, po dru­gie oddzia­ły­wa­nie ze strony innych. Jedno w połą­cze­niu z dru­gim sprawi, że z pew­no­ścią się­ga­jącą dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent wybiorę port­fel, cho­ciaż sam nie wiem dla­czego”.

Jenny zer­k­nęła na Steffa, który miał mocno zakło­po­taną minę. Vin­cent wypił łyk wody. Jenny odwró­ciła się do kamery; sto­jący za nią kame­rzy­sta krę­cił głową ze zdu­mie­niem.

– Dla pań­stwa, któ­rzy dopiero włą­czyli tele­wi­zory: gościem naszego poranka jest ponow­nie Vin­cent Wal­der, który opo­wie nam, jak działa nasz mózg. A może głów­nie namąci nam w gło­wach.

Vin­cent zoba­czył sie­bie na moni­to­rze obok kamery. Pod moni­to­rem widać było czer­wone cyfry, które odli­czały czas. 04:14. Zostały mu nie­całe cztery minuty, żeby wyja­śnić, jak się to wła­śnie odbyło. Czwarta, pierw­sza i czwarta litera alfa­betu to DAD. Tata. Jako tata być może nie powi­nien był zabie­rać Astona do pro­gramu, ale jego ośmio­la­tek czuł się chyba dobrze w tele­wi­zyj­nej kafejce, gdzie były roga­liki i sok poma­rań­czowy. Może nie spóź­nią się za bar­dzo do szkoły.

– Więc… mówisz, że naszym postę­po­wa­niem mogą kie­ro­wać czyn­niki, o któ­rych nie wiemy? – spy­tał Steffo. – Jak mógł­bym nie znać wła­snych pre­fe­ren­cji i ocen?

Mówił to tonem na gra­nicy wzbu­rze­nia. Vin­cent zmie­szał się, by po chwili odzy­skać poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści.

– Czło­wiek nie­ko­niecz­nie jest świa­dom wszyst­kich swo­ich ocen – odparł. – Na przy­kład mógł mieć w dzie­ciń­stwie trau­ma­tyczne prze­ży­cia, które spra­wiają, że jako doro­sły odru­chowo reaguje w okre­ślony spo­sób. Nie wie, że postę­puje zgod­nie z pew­nym wzor­cem, cał­ko­wi­cie prze­wi­dy­wal­nym, jeśli się zna te oko­licz­no­ści.

– Czy to naprawdę aż takie pro­ste? – wtrą­ciła Jenny. – Jeśli raz prze­wrócę się razem z rowe­rem, chyba nie zna­czy to, że zawsze będę nie­na­wi­dzić jazdy na rowe­rze?

– Miejmy nadzieję, że nie – zare­cho­tał Steffo – zwa­żyw­szy na to, jak czę­sto wpa­dasz na meble w stu­diu. A raz o mało go nie spa­li­łaś.

Jenny rzu­ciła mu lodo­wate spoj­rze­nie. Słowa Steffa odno­siły się do sytu­acji, kiedy w pro­gra­mie na żywo pie­kła pty­sie serowe i je spa­liła. Zro­bił się z tego viral na cały świat.

– Ale jeśli cię potrąci nie­bie­skie audi, to będziesz długo prze­ży­wać stres na widok każ­dego nie­bie­skiego samo­chodu – zauwa­żył Vin­cent. – To nie musi być bar­dzo dra­ma­tyczne, ale wystar­czy, że wzbu­dzi silne emo­cje.

Została minuta. Powi­nien się pospie­szyć.

Sku­pie­nie.

– Jak kiedy bra­łem udział w Let’s Dance – odparł Steffo. – Kurde, ale była zabawa. I emo­cje. Zwłasz­cza w fina­ło­wym tańcu. Tak go pamię­tam, jakby to było wczo­raj.

– Ojej, tylko nie znowu – ode­zwała się Jenny, prze­wra­ca­jąc oczami.

Vin­cent uzmy­sło­wił sobie, że Steffo wła­śnie mu się pod­ło­żył.

– I tu docho­dzimy do sedna – powie­dział. – Silne pozy­tywne emo­cje w połą­cze­niu ze szcze­gó­łami two­jego wspo­mnie­nia. Szcze­gó­łami, które wciąż mogą budzić te rado­sne emo­cje i dla­tego tak cię pocią­gają. Steffo, czy pamię­tasz, w co byłeś ubrany pod­czas tego tańca?

– Jasne, biały T-shirt z…

Steffo urwał i wyba­łu­szył oczy.

– Żar­tu­jesz.

– Co takiego? – spy­tała Jenny. – Co się dzieje?

Zegar pod moni­to­rem wska­zy­wał 00:10. Dzie­sięć sekund do reklam. Ide­alny timing.

– Biały T-shirt z Che Guevarą – powie­dział Steffo, pod­no­sząc do góry port­fel, żeby kamera mogła zro­bić zbli­że­nie na naklejkę z laty­no­ame­ry­kań­skim rewo­lu­cjo­ni­stą.

– Czyżby to było aż takie pro­ste? – zdu­miała się Jenny.

Vin­cent uśmiech­nął się.

– Cza­sami.

Prze­rwa rekla­mowa nastą­piła sekundę po tym, jak wbił wzrok w kamerę. Na tele­wi­zji się aku­rat znał.

– Dzięki za dziś – powie­dział z uśmie­chem, kła­dąc dłoń na ręce Steffa. – Port­fel możesz zatrzy­mać.

Wyszedł, kiedy się zaśmiali. Oby Aston zosta­wił cho­ciaż pół roga­lika dla innych gości dzi­siej­szego pro­gramu. Idąc do tele­wi­zyj­nej kafejki, Vin­cent włą­czył komórkę, ści­szoną na czas pro­gramu. Na ekra­nie miał wia­do­mość. Trzy nie­ode­brane połą­cze­nia. Wszyst­kie od Miny.

ZESZŁA PO WĄSKICH scho­dach i dotarła do krót­kiego kory­ta­rzyka. Na jed­nej ścia­nie znaj­do­wały się lustra, pod nimi sto­liki do cha­rak­te­ry­za­cji. Kory­ta­rzyk pro­wa­dził do więk­szego pomiesz­cze­nia, gdzie domi­no­wały dwie sofy ze sto­likiem, na któ­rym stały sala­terki z owo­cami i sło­dy­czami. Lodówka o prze­zro­czy­stych drzwiach była zapeł­niona po brzegi butel­kami z wodą gazo­waną.

– Wyda­wało mi się, że mówi­łeś o zaka­zie wstępu na zasce­nie.

– Dla ludzi, któ­rych nie znam, ow­szem – odparł Vin­cent. – Co innego dla orga­nów porząd­ko­wych.

Mina rozej­rzała się po pokoju.

– Przy­tul­nie tutaj – powie­działa. – Myśla­łam, że gar­de­roby są znacz­nie bar­dziej znisz­czone, spo­dzie­wa­łam się graf­fiti na ścia­nach i zasta­łego zapa­chu piwa.

Prawda była taka, że kiedy Vin­cent zapro­po­no­wał, by spo­tkali się w gar­de­ro­bie sali wido­wi­sko­wej sztok­holm­skiego hotelu Rival, gdzie wystę­po­wał, w pierw­szej chwili chciała odmó­wić. Wzięła ze sobą pla­sti­kowe ręka­wiczki i inne środki ochronne, w każ­dym momen­cie były gotowe do uży­cia.

– Takie gar­de­roby też są – odparł. – Ale pomy­śla­łem, że będziesz wolała tę. Gar­de­roba w Rivalu należy do naj­lep­szych w mie­ście. A ponie­waż znaj­du­jemy się wła­ści­wie pod sceną, nie ryzy­ku­jemy, że nas ktoś pod­słu­cha.

Miał rację. Gar­de­roba wyglą­dała zarówno na wysprzą­taną, jak i wyre­mon­to­waną. Mina wes­tchnęła lekko i usia­dła na sofie. Sądząc po tym, jak sprę­ży­no­wała, Mina nale­żała chyba do pierw­szych osób, które na niej sie­działy. Nie było tu jesz­cze fanek, które by się obści­ski­wały na niej z per­ku­si­stą. Nie potrze­bo­wała pla­sti­ko­wej ochrony.

– Faj­nie, że się mogłeś spo­tkać – powie­działa. – Zde­cy­do­wa­łeś się i pomo­żesz nam? Chcia­ła­bym jak naj­szyb­ciej przed­sta­wić cię zespo­łowi, naj­le­piej już jutro. Opo­wie­dział­byś o nacię­ciach, które odczy­ta­łeś jako numer.

Vin­cent spoj­rzał na nią ze zdzi­wie­niem.

– Wyście chyba też odczy­tali je w ten spo­sób?