Mąż i żona - Aleksander Fredro - ebook

Mąż i żona ebook

Aleksander Fredro

4,7

Opis

Mąż i żona” to komedia Aleksandra Fredry, ukończona prawdopodobnie w 1821 roku. Do dziś uchodzi za jedną z najlepszych i najfrywolniejszych w dorobku pisarza.

Jan Lechoń podziwiał ją za błyskotliwą ironię, szyk, wdzięk i giętkość wiersza. Tadeusz Boy - Żeleński również nie krył zachwytu dla "najwytworniejszej komedii" autora „Zemsty".

 

Bohaterami tej komedii są: hrabia Wacław, jego żona Elwira, przyjaciel domu Alfred i rezolutna pokojówka Justysia. Stosunki, które łączą tę czwórkę to typowy "czworokąt małżeński".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 55

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2019

ISBN: 978-83-65922-80-9
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Osoby

HRABIA WACŁAW. ELWIRA, jego żona. ALFRED. JUSTYSIA.  Scena w mieście, w domu hrabiego Wacława.

AKT I.

Scena I.

Elwira, Alfred.

(siedzą przy sobie na kanapie).

Alfred(trzymając rękę Elwiry).

Luba Elwiro, kochanko mej duszy, Z łez, oko twoje, kiedyż się osuszy? Czemuż rzadkie, drogie chwile, Które możem spędzić z sobą, Lubisz, roniąc żalów tyle, Smutną pokrywać żałobą? Czy już miłości tak słaba jest siła, Że szczęście moje, któreś ty sprawiła, Nie może zatrzeć błahego wspomnienia I myśli próżnych nie zmienia?

Elwira.

Alfredzie, kocham, kocham cię nad życie, Lecz i to wyraz zbyt słaby; Jakieżby życie mogło mieć powaby,

Gdybym go z tobą nie dzieliła skrycie? Myśl, że stając się miłości nagrodą, Uczyniłam szczęście twoje, Więcej jest może jak zgryzot osłodą, Jest.... czego nawet wymówić się boję; Ale czyż mogą bez skrytej tęsknoty Puszczać w niepamięć obowiązki, cnoty, Które za młodu w duszę mi wpoili, Którem w nieszczęsnej przepomniała chwili? Nareszcie ciągła obawa...

Alfred.

 Obawa?

Elwira.

Alfredzie, miłość nasza nie jest prawa; Świat ma oczy przenikliwe...:

Alfred.

Miłość nieprawa, marzenie prawdziwe! Jeśli natura zaród jej płomieni W każdą istotę włożyła, Płomieni, których czarująca siła Byt nieczuły w życie mieni, Tém samém, jak się wydaje, Każdą miłość uprawniła. Czyliż ja przeto występnym zostaję, Że moje serce zamknięte zbyt mało, Lubiące piękność, rozum, dobroć, wdzięki, Elwirę kochać musiało? Wszakżeto z świętej przyrodzenia ręki Ona powaby, ja mam miłość stałą, I jeśli kogo, nie mnie winić trzeba: Czemuż Elwirę wskazały mi nieba?

Elwira.

Ach i ta miłość, dla której, niestety, Duszy niewinnej zrzuciłam zalety, Dla której, widząc zawsze tylko ciebie, Zapomniałam sama siebie, Zapomniałam i świat cały, Ach, jeśli kiedy strawi swe zapały! Jeśli twe serce oziębłém zostanie, Jakież ty o mnie mieć będziesz mniemanie? Może dowody dziś dane...

Alfred.

Jakto? coś rzekła, gdy kochać przestanę? Ach nie Elwiro, serc naszych złączenie, To z twojém mego, równe uderzenie, Ten pociąg luby i ognisty razem, Co się tajemnym tłómacząc wyrazem Spoił czułe nasze dusze, I ta mgła na świat rzucona, Gdy cię przyciskam do łona, Ach, czyż ci powtarzać muszę: Więcej jak zwykłej miłości zapałem! To czucie boskie, którego nie znałem! Którego niegdyś szukałem daremnie, Już się z życiem spletło we mnie; Ich węzła nieba nie wzruszą; Trwać i ginąć razem muszą.

Elwira.

O! jakże lubię słuchać twego głosu! Upojona tym urokiem Tracę pamięć mego losu, Ciebie tylko mam przed okiem; Słowa z mych piersi wydobyć nie mogę, Czuję i roskosz, i żałość i trwogę,

Pożar mnie przenika miły, Pałam i pałać się boję, I ledwie dosyć mam siły Rzucić się w objęcia twoje; Czemuż przeznaczenia władza, Która nas złączyć umiała, Która serca nasze zgadza, Ciebie za męża Elwirze nie dała? I Wacław może, z inną żyjąc żoną, Byłby szczęśliwszy i ona szczęśliwą, I jabym dzisiaj nie była zmuszoną Być z nim chytrą i fałszywą. Miłość ku tobie jedynie Mój wrodzony wstręt zwycięża, Że w każdej życia godzinie Zwodzić muszę mego męża.

Alfred.

Twojego żalu niesłuszna przyczyna; Nie jegożto własna wina, Że ci się ciągle podobać nie umiał, Gdy już zrazu był lubiony I że szalenie rozumiał Powinnością miłość żony? Wacław przystojny, bogaty, rozumny, W młodości najpierwszym kwiecie, Z tylu miłostek i sławny i dumny, Wszystkiem kazał wróżyć w świecie, Że jego żona, w jakimkolwiek względzie, Jedną z najszczęśliwszych będzie; Alić ledwie cię zaślubił, Gdy mu wszędzie zazdroszczono, On oziębły z swoją żoną,

Domu swego już nie lubił. Ile gdzieindziej pośród zgromadzenia Rzadką swą przyjemnością jest celem wielbienia, Tyle nieznośny sam na sam u siebie, Zostawił żonę, że powiem, w potrzebie Gorętszej duszy szukania, Szukania uczuć podziału I ulegnienia pomału Władzy, pod którą natura nas skłania.

Elwira.

Gdybym nie była zawsze opuszczoną, Ach, inną byłabym żoną!

Alfred.

Spędziłażeś z nim, powiedz, choć chwilę przyjemną?

Elwira.

Ach nie, nigdy niestety! tak mało żył ze mną.

Alfred.

Jeśli przyjdzie do ciebie, to siędzie i ziewa.

Elwira.

I za to, że się nudzi, na żonę się gniewa.

Alfred.

Coraz przykrzejszym się staje.

Elwira.

Zawsze zrzędzi, gdéra, łaje, Albo ileż mi zawsze nie czynią zgryzoty Jego fałszywe pieszczoty, Któremi zwykle obdarza, Gdy nas kto trzeci uważa; Roskosz, szczęście rozpowiada, Których dozna kto się żeni, Ściska, pieści, do nóg pada, Żonę bóstwem swojém mieni;

Lecz ten, co patrzał, drzwi ledwie zatrzaśnie, Zaraz miłość, grzeczność gaśnie, I, jakby chciał okupić przyjemność tej chwili, Na tysiąc niegrzeczności natychmiast się sili.

Alfred.

Nieznośny.

Elwira.

Przykry.

Alfred.

Bez duszy.

Elwira.

Nic go nie ujmie.

Alfred.

Nie wzruszy.

Elwira.

Nie wiedzieć czém mu dogodzić.

Alfred.

I takiego przykro zwodzić? Nie, nie, on zasłużył na to, Niech za nieczułość to będzie zapłatą.

Elwira(żartując).

Lubisz widzę mężów karać.

Alfred.

O dobro wszystkich potrzeba się starać.

Elwira.

I czasem to staranie jeszcze niechęć wzbudzi!

Alfred.

Ach, któż w świecie nie doznał niewdzięczności ludzi!

Elwira.

Jednak choć tyle przykrości z nim znoszę, Żal mi go.

Alfred(z długiém wejrzeniem).

Biedny!

Elwira(śmiejąc się).

Nie żałuj go, proszę.

Alfred.

Jak nie żałować i nie westchnąć szczérze, Kiedy mój Wacław w opiekę mnie bierze, By mnie nauczał, jakie są sposoby Zyskania względów kochanej osoby; Kiedy, jak długo, trzeba skrycie kochać, Kiedy oświadczyć, kiedy jęczeć, szlochać, Jakiemi drogami chodzić, Jak ospałych mężow zwodzić, Słowem, miłostek naucza mnie sztuki.

Elwira(śmiejąc się).

Ciebie?

Alfred.

Mnie.

Elwira.

A ty?

Alfred.

Ja słucham nauki.

Elwira(śmiejąc się).

A wybornie, doskonale! Prawda, że biedny; nie pojmuję wcale...

Scena II.

Elwira, Alfred, Justysia.

Justysia(wbiegając).

Pan, Pan, dla Boga! Pan Hrabia już idzie.

Elwira(zrywając się).

Tak wcześnie wraca, któżby się spodziewał!

Justysia(otwierając okno).

Ach prędzej, prędzej, bo będziemy w biedzie.

Alfred.

Nieznośny człowiek...

Justysia.

Jutro będziesz Pan się gniewał...

Alfred(stając w oknie).

Nie dać komu spokojnie wieczora przepędzić! Po to wraca, żeby zrzędzić.

Justysia.

Dalej, bo, na honor, zrzucę.

Elwira(do Alfreda).

Kiedy?...

Alfred.

Za chwilę powrócę. (wychodzi)

(Elwira siada przy okrągłym stole, bierze robótkę i szyje: Justysia wybiega).

Scena III.

Elwira, Wacław.

(Wacław wchodzi, spogląda na Elwirę i wzrusza ramionami, rzuca kapelusz i chodzi czas jakiś po pokoju.)

Wacław(stojąc przed Elwirą).

Czemu też raz w rok nie wyjedziesz przecie? Można by się czasami pokazać na świecie. Zawsze cię w domu, zawsze samę widzę.

Elwira.

Lubię samotność.

Wacław.

Ja jej nienawidzę.

(chodzi, po krótkiem milczeniu)

Gust osobliwszy, siedzieć zawsze w domu!

Elwira.

Gust nie szkodzący nikomu.

Wacław.

O, zapewne, zapewne, nikomu nie szkodzi; Ale że nudny, mówić mi się godzi.

(chodzi, po krótkiem milczeniu)

Czy także lubisz tę smutną ciemnotę?

(dzwoni mocno i do kamerdynera)

Świéc!