Matka żelaznego smoka - Michael Swanwick - ebook

Matka żelaznego smoka ebook

Michael Swanwick

3,6

Opis

Michael Swanwick, laureat wielu nagród, wraca do brutalnego postindustrialnego świata fantasy Córki żelaznego smoka, swego arcydzieła obwołanego Ważną Książką Roku przez "New York Timesa", z kolejną, samodzielną powieścią Matka żelaznego smoka.

Caitlin z rodu Sans Merci, półkrwi elfka, jest młodą pilotką inteligentnego mechanicznego smoka. Wracając z pierwszej grabieży dusz odkrywa w sobie niechcianą pasażerkę na gapę. Gdy zostaje wrobiona w zamordowanie swego brata, ratuje się, uciekając do uprzemysłowionego Faerie, by tropić jedyną osobę mogącą oczyścić ją z zarzutów. Niestety jednak nie ma pojęcia, że cała gra toczy się o wyższą stawkę. Jej czyny mają na zawsze odmienić świat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 419

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Jestem wdzięczny świę­tej pamięci (nie­stety) Luciu­sowi She­par­dowi za udzie­le­nie mi zgody na cyto­wa­nie jego Pięk­nej córki poszu­ki­wa­cza łusek. Byro­nowi Tetric­kowi za pro­ce­dury lotów. Tomowi Pur­do­mowi za kul­turę woj­sko­wego życia. Ana­to­li­jowi Bie­li­łow­skiemu za rosyj­skie nazew­nic­two mega­jasz­czu­rów. Bil­lowi Gib­so­nowi za to, że po raz kolejny pod­su­nął mi postać ze w sam raz odpo­wied­nim zegar­kiem. Mar­ci­nowi Pągow­skiemu za pomoc z języ­kiem pol­skim. Kevi­nowi Bol­zowi za pomoc przy bre­toń­skich nazwach. Ellen Kush­ner za Gnos­sien­nes Erica Satie. Bar­ba­rze Frost za kal­ku­la­tor finan­sowy. Mojemu synowi Seanowi za real­po­li­tik Faerie oraz cho­re­ogra­fię walk smo­ków. Bar­ba­rze Weit­brecht za mor­ską faunę. Tomowi Doyle’owi za pod­su­nię­cie motta dla Kor­pusu Smo­ków, Mario Rup­sowi za łaciń­skie pier­wo­wzory. Janis Ian za zgodę na cyto­wa­nie pio­senki Jesse. Świę­tej pamięci Gard­ne­rowi Dozois za to, że nauczył mnie w ogóle pisać. A fun­du­szowi M.C. Por­ter Endow­ment for the Arts za życie, miłość i wszystko inne.

Cytat z The Loco­mo­tive, opo­wia­da­nia ze zbioru Art in Nature Tove Jans­son, wyd. oryg. 1978, wyd. bry­tyj­skie Sort of Books, 2012, w tłum. Tho­masa Teala, zamiesz­czony za zgodą wydaw­nic­twa Sort of Books.

Wyją­tek z wier­sza Averno z Poems 1962–2012 Louise Glück, copy­ri­ght © 2012 by Louise Glück, zamiesz­czony za zgodą wydaw­nic­twa Far­rar, Straus and Giroux.

Była raz mała dziew­czynka. To mej histo­rii począ­tek.

Była raz mała dziew­czynka. To mej histo­rii począ­tek.Doro­sła, zesta­rzała się, umarła i skoń­czył się wątek.

Helen V., z nota­tek

Umie­ra­nie jest drę­twe. Helen V. dowie­działa się tego na samym jego początku, kiedy po raz pierw­szy musiała zmie­rzyć się z fak­tem, że nie tylko nie wyzdro­wieje, ale i że wszystko, co zrobi w pozo­sta­łym jej cza­sie, nie będzie miało naj­mniej­szego zna­cze­nia. Dla dzie­więć­dzie­się­cio­pa­ro­let­niej kobiety, któ­rej myśli i uczynki zawsze w sumie jakieś zna­cze­nie miały, była to gorzka pigułka do prze­łknię­cia. Podob­nie to, że nie miała już na co cze­kać, poza osta­tecz­nym cio­sem młot­kiem w tył głowy po zjeź­dzie rynną do rzeźni.

Nie wie­działa jed­nak, że przy­lecą po nią smoki.

– I jak się dziś mamy, miła pani? – Do pokoju wtań­czył dzienny pie­lę­gniarz, jak zawsze nie­wy­tłu­ma­czal­nie weso­lutki. Dobrze, że tym razem nie pogwiz­dy­wał. Cza­sami mu się zda­rzało.

Kil­ka­na­ście rurek i prze­wo­dów było pod­łą­czo­nych jed­nym koń­cem do ciała Helen, a dru­gim do stosu urzą­dzeń moni­to­ru­ją­cych, zacho­wu­ją­cych się jak małe dzieci i doma­ga­ją­cych się uwagi z róż­nych powo­dów, kom­plet­nie dla Helen nie­zro­zu­mia­łych. Jedno pisz­czało wście­kle od pół godziny, pró­bu­jąc powia­do­mić obo­jętny świat, że jej ciśnie­nie krwi jest zbyt wyso­kie. Oczy­wi­ście było i takie miało pozo­stać, póki ktoś nie wyłą­czy tego cho­ler­stwa.

Bolało, kiedy krę­ciła głową, ale poświę­ciła się, żeby móc prze­nieść wzrok z moni­to­rów na pie­lę­gnia­rza po dru­giej stro­nie dżun­gli pla­sti­ko­wych rurek, które pom­po­wały i wypom­po­wy­wały roz­ma­ite płyny do i z tego wyschnię­tego skó­rza­nego worka, który nie­gdyś zapew­niał jej tyle przy­jem­no­ści.

– Umie­ramy.

– Gada­nie. Pro­szę tylko sie­bie posłu­chać. Co za nega­tywne podej­ście. Jak ma się pani popra­wić przy takim nasta­wie­niu?

– Nijak. Jestem nie­po­prawna.

– Dobrze, że cho­ciaż do pani dotarło. – Zręcz­nym ruchem wycią­gnął rurki kro­pló­wek i wymie­nił foliowe woreczki na sto­jaku. Dosta­wił wózek do kra­wę­dzi łóżka i szyb­kim pocią­gnię­ciem i pchnię­ciem prze­to­czył na niego Helen. Potem zmie­nił pościel, prze­tur­lał ją z powro­tem i odsta­wił nosze. Na koniec postu­kał w pisz­czący czuj­nik, wyci­sza­jąc go, i powie­dział: – Za wyso­kie ciśnie­nie.

– No kto by pomy­ślał.

– A gdzie się podziały te piękne kwiaty?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź Helen, że kazała je wyrzu­cić, bo nie obcho­dziły jej puste gesty dale­kiej rodziny, o któ­rej ist­nie­niu ledwo wie­działa i któ­rej nie pozna­łaby na ulicy, pod­niósł pilota i włą­czył tele­wi­zor. Salę zalał skrze­kliwy śmiech. Naj­mniej rado­sny odgłos we wszech­świe­cie. Trzeba jed­nak przy­znać, że pie­lę­gniarz robił co mógł, by zagłu­szyć huczącą ciszę gasną­cego w niej życia.

– Albo ten tele­wi­zor szlag trafi, albo mnie – powie­działa Helen. – Oscar Wilde, 30 listo­pada 1900.

– Co?

– Nikt nie łapie tych moich żar­tów. – Helen zamknęła oczy. – I tak całe życie.

Co było prawdą. Mimo to nie była w sta­nie się powstrzy­mać. Była tak wypchana kul­tu­ro­wymi cie­ka­wost­kami, że już ich nie utrzy­my­wała i wycie­kały z niej wszyst­kimi otwo­rami i wszyst­kimi psy­chicz­nymi ranami jako wsty­dliwe strużki wydzie­lin.

***

Kiedy się ock­nęła, była noc.

Na samym początku kariery, gdy była jesz­cze tylko pospo­li­tym pisma­kiem, nauczyła się, że każda scena powinna być zako­twi­czona w przy­naj­mniej trzech wra­że­niach zmy­sło­wych. Kucharz w barze szyb­kiej obsługi sły­szy skwier­cze­nie sma­żą­cych się jajek, czuje zapach prze­pa­lo­nej kawy z eks­presu, kła­dzie dłoń na bla­cie, który zawsze jest tro­chę tłu­sty. To wystar­czy. Ale tu się tak nie dało. Usu­nięto lub wygła­dzono wszystko, co draż­niące zmy­sły, nie­czy­ste lub warte spoj­rze­nia. Żad­nych ostrych kra­wę­dzi. Wszyst­kie dźwięki przy­tłu­mione – odle­głe, wyprane z emo­cji głosy, nie­śpieszne poskrzy­py­wa­nie mięk­kich butów na lino­leum w kory­ta­rzu. Kolory to wyłącz­nie warianty sza­ro­bia­łego – sko­rupka jajka, śmie­tan­kowy, kre­mowy, kawa z mle­kiem, gains­boro, per­łowy, beżowy. A już naj­gor­sze były zapa­chy – bez­barwne, mdłe, szpi­talne. Nie mając wokół sie­bie żad­nych nie­przy­jem­nych rze­czy, stwier­dzała, że za nimi tęskni.

„Jestem jak stary pies – pomy­ślała – pozba­wiony inte­re­su­ją­cych zapa­chów i smro­dów”.

Szpi­tal to miej­sce eli­mi­na­cji. Idzie się do niego, żeby wyeli­mi­no­wać bóle, cho­roby, zbędne sub­stan­cje, próbki krwi, opa­trunki, ban­daże, zapa­chy, wra­że­nia, organy wewnętrzne, aż wresz­cie samego sie­bie.

– Pój­dziesz pro­sto do pie­kła – powie­działa z abso­lut­nym prze­ko­na­niem nocna pie­lę­gniarka. Naj­wy­raź­niej Helen ock­nęła się w poło­wie roz­mowy. Ostat­nio się to zda­rzało.

– Papi­styczne bzdury – odpa­liła Helen. Po tej poboż­nej bap­ty­stce spo­dzie­wała się cze­goś lep­szego. Zaraz zacznie tu pod­no­sić hostię i odma­wiać nowenny za zba­wie­nie jej duszy. Poczuła ukłu­cie bólu i wytę­żyła siły, żeby je zigno­ro­wać.

Nocna pie­lę­gniarka zaczęła odpi­nać rurki i odcze­piać opróż­nione foliowe woreczki, żeby zastą­pić je nowymi i pulch­nymi. Ni­gdy przy tym nie roz­ma­wiała, sku­pia­jąc się na zada­niu w stu pro­cen­tach. Godne sza­cunku, zdaje się.

– Jestem tylko urzą­dze­niem. Do prze­pom­po­wy­wa­nia pły­nów. Z woreczka do woreczka – oznaj­miła Helen. – W naj­droż­szy moż­liwy spo­sób.

Nocna pie­lę­gniarka skoń­czyła zada­nie.

– Wszystko chcesz obró­cić w żart.

– Tu mnie masz. Dokład­nie tak jest.

– Sto­isz na skraju otchłani, a i tak się śmie­jesz. Masz zaraz wpaść pro­sto w pło­mie­nie i chi­cho­czesz jak wariatka. Jezus wyciąga rękę, żeby cię wcią­gnąć z powro­tem. Wystar­czy, że przyj­miesz jego łaskę, i jesteś ura­to­wana. A ty co? Uda­jesz, że życie to tylko śmieszki i drwiny. Przez wła­sną dumę i pychę będziesz się śmiać przez całą drogę na wieczne potę­pie­nie.

Wygło­siła praw­dziwe kaza­nie. Bez­po­śred­nie, łopa­to­lo­giczne, pły­nące pro­sto z serca. Ale czy usły­szała „Amen”? Nie. W każ­dym razie nie od Helen. Helen V. nic nie czuła w środku poza nara­sta­jącą upo­rczy­wo­ścią bólu, wcale nie ducho­wego. Zresztą hipo­kry­zją byłoby teraz uwie­rzyć w Boga, który, jak twier­dziły wszyst­kie zakon­nice z jej odle­głego dzie­ciń­stwa, nikogo nie cierpi bar­dziej niż hipo­kry­tów.

– Co czy­tasz? – Pie­lę­gniarka pod­nio­sła z noc­nego sto­lika jej książkę w mięk­kiej okładce.

– Słowa, słowa, słowa – powie­działa ze znu­że­niem Helen, licząc, że ją odłoży, nie dopy­tu­jąc się bar­dziej. Ból drgnął, aż sap­nęła.

– Jakieś pogań­skie bzdury – stwier­dziła pie­lę­gniarka, jak zawsze prze­ni­kliwa. Odło­żyła książkę okładką w dół.

– Potrzebny mi śro­dek prze­ciw­bó­lowy.

– Aha. – Wypeł­niała jakiś cho­lerny for­mu­larz.

– Naprawdę mi potrzebny.

– Dosta­niesz. Za chwilę.

– To demon­stra­cja siły, prawda? – Spo­koj­nie mogła sobie wyobra­zić, że kobieta, która ni­gdy nie nur­ko­wała na Male­di­wach ani nie łapała się nagle na tym, że nie­spo­dzie­wa­nie sędziuje w kon­kur­sie gra­nia na nie­wi­dzial­nej gita­rze w nie­le­gal­nym żuler­skim barze w Johan­nes­burgu, ani nie spę­dziła lata na pró­bie prze­ro­bie­nia sta­rego zardze­wia­łego fer­rari na olej roślinny, bo zako­chała się w chło­paku, który chciał ura­to­wać świat, może jej nie cier­pieć. Pie­lę­gniarka zapewne miała cięż­kie życie. Można było zro­zu­mieć, że odma­wia środka prze­ciw­bó­lo­wego eks­tre­mal­nie dener­wu­ją­cej sta­rej kobie­cie po pro­stu dla­tego, że to jedyna wła­dza, jaką ma. Choć naprawdę Helen w swo­ich ostat­nich dniach nie była eks­tre­mal­nie jakaś. Lubiła myśleć, że jest Pie­lę­gniar­ską Neme­zis i Postra­chem X oddziału. Praw­do­po­dob­nie jed­nak ludzie odpo­wie­dzialni za prze­pro­wa­dze­nie jej przy mini­mal­nym wysiłku do następ­nego świata myśleli o niej tylko per „ta trudna sta­ruszka z pokoju 402”. Zde­cy­do­wa­nie w gra­ni­cach nor­mal­nej ludz­kiej opry­skli­wo­ści. – Bóg, jeśli jest Bóg, ci wyba­czy. Że przy­nio­słaś mi tabletkę. A jeśli Boga nie ma… to ten cho­lerny zeit­ge­ist. Naszej nie­świa­do­mo­ści zbio­ro­wej. Ci wyba­czy.

– Tyle tych wiel­kich słów. A one tak naprawdę nic nie mówią. – Poszła, zosta­wia­jąc Helen pła­czącą z bólu i nie­na­wi­dzącą sie­bie samej chyba bar­dziej niż pie­lę­gniarki. Co za wredna, wredna, wredna…

Czuj­nik znowu zaczął pisz­czeć.

Nagle pie­lę­gniarka wró­ciła. Roz­legł się odgłos roz­dzie­ra­nia folio­wego opa­ko­wa­nia. I szmery, sze­le­sty maj­stro­wa­nia przy rur­kach i worecz­kach. W końcu powie­działa:

– Doda­łam ci do kro­plówki deme­rolu. Tro­chę cier­pli­wo­ści, zaraz zadziała.

– Lubię cię – wykrztu­siła Helen. – Naprawdę. Dzię­kuję. Naprawdę cię lubię.

Lecz nie wywo­łało to reak­cji noc­nej pie­lę­gniarki.

– Mówisz na głos wszystko to, co wpad­nie ci do głowy. To nie­ważne, kogo lubisz. Ważne tylko, czy Boga kochasz bar­dziej niż dźwięk wła­snego głosu. Lepiej się nad tym zasta­nów. Długo i mocno.

„Amen, sio­stro” – pomy­ślała Helen. Miesz­ka­jąc w domu opieki, bar­dzo dużo ener­gii spo­żyt­ko­wała na uda­wa­nie, że pra­cuje nad swo­imi wspo­mnie­niami pod tytu­łem Na wodzie pisane. No cóż, przy­szedł czas przy­znać, że nie tylko ni­gdy tych memu­arów nie skoń­czy, ale że ni­gdy nie zamie­rzała ich na dobre zacząć. Życie jest dla żywych, wspo­mnie­nia dla tych, co mają coś do powie­dze­nia, a ona od bar­dzo dawna jest do niczego na obu tych fron­tach.

Nocna pie­lę­gniarka wyci­szyła czuj­nik.

– Masz wyso­kie ciśnie­nie.

– Naprawdę? Nie mam poję­cia dla­czego.

***

– A, ta dwójka – powie­działa wie­czorna pie­lę­gniarka pogod­nie i bez­tro­sko. Znów wyglą­dało na to, że Helen jest przy­tomna i gada już od jakie­goś czasu. Emily była mała, klu­sko­wata, o okrą­głej różo­wej twa­rzy i rzad­kich blond wło­sach. Była także, a przy­naj­mniej Helen V. tak sądziła – a w takich kwe­stiach miała bystre oko – auten­tycz­nie dobra. Musiała w życiu zaznać dużo bólu. – Nie wiem, jak z nimi wytrzy­mu­jesz.

– Lubię oboje. Mogła­bym o jed­nym i dru­gim zro­bić serial. – Czuła się nie­wy­tłu­ma­czal­nie oży­wiona. Chyba zła­pała drugi oddech. Może raczej ostatni oddech. Choć łatwiej się jej wcale nie oddy­chało. – Sio­stra Pogoda – o pie­lę­gniarce. Która wszyst­kich dener­wuje i nie ma o tym poję­cia. Roz­sz­cze­bio­tana, pozy­tywna, opty­mi­styczna. Oczy­wi­ście sit­com. Pie­lę­gniarka, nie pie­lę­gniarz, to oczy­wi­ste. Boże broń, żeby męż­czy­znę obsa­dzać w roli kogoś tak roz­trze­pa­nego. To walka, którą tyle razy prze­grała. Pilot pisze się prak­tycz­nie sam. W roli głów­nej – kogo tam w tym sezo­nie dyma dyrek­tor pro­gra­mowy sta­cji. Za to Nocna pie­lę­gniarka… – o, z tego można by zro­bić coś cie­ka­wego. Sztywna i moralna kobieta. Bie­rze sobie za punkt honoru nawra­ca­nie pod­opiecz­nych. I tu uwaga. Dobrze wie, jak szybko ludzie wra­cają na złą drogę. Więc kiedy kogoś zbawi, natych­miast go zabija. Aby umarł w sta­nie łaski. Rozu­miesz. I poszedł pro­sto do nieba. Za każ­dym razem, gdy pacjent zaczyna się wydo­by­wać z Bagna Upadku i mieć nadzieję, publi­sia będzie drżeć ze stra­chu. O. Widzisz. To by zadzia­łało. Świetne napię­cie. Zło­żona postać. Odpo­wied­nia aktorka i mógłby to być hit.

– No wła­śnie, bo ty byłaś sce­na­rzystką, prawda?

– Ni­gdy w życiu. Byłam pro­du­centką. Dzięki mnie się działo. – Powie­działa to jed­nak łagod­nie, żeby jej nie ura­zić. Lubiła Emily, bo przy niej można było pokie­ro­wać roz­mowę jak się chce. Rzadko się tra­fia na dobrą słu­chaczkę, a tutaj to już w ogóle. – Sce­na­rzy­sta jest jak basen sani­tarny. Potrzebny. Ale na kola­cję się go nie bie­rze.

Pie­lę­gniarka par­sk­nęła śmie­chem.

– Wiesz co, Helen, będzie mi cie­bie bra­ko­wało. Nie ma dru­giej takiej osoby, wiesz?

– Nie. Dzięki Bogu. Jedna aż nadto wystar­czy.

Lecz teraz Emily już wszystko porząd­ko­wała i Helen wie­działa, co to zna­czy. Nie miała przy­go­to­wa­nego mate­riału, żeby zatrzy­mać pie­lę­gniarkę, musiała się więc oprzeć na praw­dzie.

– Mam plan ucieczki – powie­działa.

– O?

– Ucieknę z tego lokalu. – Odcze­kała, aż pie­lę­gniarka otwo­rzy usta, by zapew­nić ją, że nie ma mowy, i dodała: – Ta książka to Tybe­tań­ska księga umar­łych. Z komen­ta­rzami. Stu­dio­wa­łam ją. W chwili śmierci. Poja­wia się chwila wol­no­ści. Jeśli ucze­pisz się życia. Po pro­stu zato­czysz krąg przez san­sarę i odro­dze­nie. I będzie znów to samo. Ale jest ta jedna chwila. W któ­rej można sko­czyć w nie­znane. Do lep­szego świata. I ja chcę zro­bić ten skok.

– Nie wie­dzia­łam, że jesteś bud­dystką.

– Bo nie jestem. Opium dla mas. Pier­doły i bzdury. Ale ucieczka to ucieczka. Prawda? Jak ktoś ci upie­cze cia­sto. Z pil­ni­kiem w środku. To nie obcho­dzi cię, jakiej marki jest pil­nik.

– Chyba nie nadą­żam.

– Już tłu­ma­czę. Ta książka mówi, co się dzieje, kiedy umrzesz. Nikt inny, żadna inna reli­gia, ni­gdy nie opi­suje tego ze szcze­gó­łami. No dobra, Dante, ale jego sobie darujmy. Więc może coś w tym jest. Może ktoś wró­cił. I wszystko wychla­pał. A mnisi to poza­pi­sy­wali. I powstała reli­gia. Ale może to w ogóle nie jest praw­dziwa reli­gia. Może to stu­pro­cen­towy fakt. Pomyśl o tym. To warte…

Lecz Emily już szła do drzwi. Uśmiech­nie się, poma­cha i znik­nie w prze­szło­ści, jak bled­nące wspo­mnie­nie, jak odro­bina żalu.

– O tobie też bym mogła stwo­rzyć serial – powie­działa, żeby skło­nić publicz­ność do pozo­sta­nia.

I mogłaby. Była prze­ko­nana. Szpi­tal był zwy­czaj­nym miej­scem, gdzie dra­mat życia i śmierci roz­gry­wał się w naj­zwy­czaj­niej­szy spo­sób, jaki można by sobie wyobra­zić. Wiel­kie kwe­stie spro­wa­dzone do małych gestów. A pośrodku tego… zwy­czajna kobieta, ze zwy­czajną dobro­cią. Taka, co ni­gdy nie sta­nie oko w oko z ter­ro­ry­stą, nie prze­kona źle wypa­da­ją­cego kan­dy­data na pre­zy­denta do zmiany sta­no­wi­ska na temat opieki zdro­wot­nej ani nie odwie­dzie nasto­let­niej gwiazdki pop od samo­bój­stwa. Ale dla swo­ich pod­opiecz­nych robi, co może, weź­mie nocną zmianę za przy­ja­ciółkę – nie, nawet za kole­żankę – żeby ta mogła zoba­czyć, jak córka śpiewa w szkol­nym przed­sta­wie­niu…

Emily poszła.

I trudno. Takiego serialu nawet Helen V. by nie sprze­dała. Nie byłoby widowni dla cze­goś tak inte­li­gent­nego i peł­nego ory­gi­nal­nych prze­my­śleń. Może kie­dyś, w latach pięć­dzie­sią­tych, ale na pew­nie nie teraz. Teraz to po pro­stu żało­wała, że powie­działa na głos o swoim pla­nie ucieczki. Wypo­wie­dziany, zaczął wyda­wać się podej­rzany. Nie owi­jajmy w bawełnę – głupi po pro­stu. Lecz nie­stety nie miała nic innego.

– Zmie­szany jestem – powie­działa. – Ale­ister Crow­ley. 1 grud­nia 1947. – Czyli chyba kolejny dzień dobiegł końca. Helen zamknęła oczy i pozwo­liła ciem­no­ści ponieść się z prą­dem.

***

Nagle maszyna, która od czasu do czasu nadmu­chi­wała poduszki przy­pięte rze­pami wokół nóg Helen, zate­le­pała. Zaczęły się wydy­mać i opa­dać, naj­pierw prawa, potem lewa, jakby Helen cho­dziła. Miało to ochro­nić ją przed zakrze­pami i było tak wyre­gu­lo­wane, że włą­czało się dokład­nie wtedy, gdy udało jej się o tym zapo­mnieć. Czyli była teraz przy­tomna. Ktoś pogwiz­dy­wał.

– Wsta­jemy, wsta­jemy, piękna pani. Cóż za piękny dzień. Czło­wiek się cie­szy, że żyje, prawda? – Dzienny pie­lę­gniarz roz­po­czął odłą­cza­nie i podłą­cza­nie worecz­ków. Potem wyko­nał ten manewr z wóz­kiem, żeby prze­ło­żyć ją na niego i zmie­nić prze­ście­ra­dło.

– Nie. Nie­prawda.

– Oj. Pani to jest nie­po­prawna. – Prze­to­czył ją z powro­tem na łóżko.

Bar­dziej z nudów niż z cze­go­kol­wiek innego zapy­tała:

– Tak się zasta­na­wia­łam. Pan ma imię?

– Teraz to mnie pani ura­ziła. – Dzienny pie­lę­gniarz wziął się pod boki i z uśmie­chem zmarsz­czył czoło. – Char­les. Mówi­łem pani dużo razy.

– A, Chuck. Tak, już koja­rzę. – Odwró­ciła głowę i wpa­trzyła się w ciąg ekra­nów, a potem, ponie­waż nie mogła się powstrzy­mać, z powro­tem spoj­rzała na niego. – Helen. Powiedz mi, Chuck, czemu ty, do cho­lery, zawsze jesteś taki weso­lutki?

– Pro­szę prze­stać. – Nie­sa­mo­wite, w jego gło­sie poja­wiła się nuta praw­dzi­wego roz­draż­nie­nia. Wyglą­dało na to, że prze­biła się przez pan­cerz jego bez­myśl­no­ści. – To, że jesteś chora, nie spra­wia, że wolno ci trak­to­wać ludzi jak głup­ków.

– Oj, Chuck, Chuck, Chuck. Nie widzia­łeś Klau­nów Fel­li­niego? Jesteś głup­kiem. Ja jestem głup­kiem. Cała ta cho­lerna pla­neta jest pełna głup­ków. Sta­tek głup­ców. Po to wła­śnie tu jeste­śmy. Żeby Bóg mógł się pośmiać. Jak już głupki cię nie śmie­szą, to co cię śmie­szy? Jak ci się znu­dzą, to znu­dziło ci się całe życie.

– Nie­po­prawna. Po pro­stu nie­po­prawna. – Znów się uśmie­chał.

– A mnie się życie nie znu­dziło – powie­działa Helen. I dodała, bo zabrzmiało to nie­zbyt prze­ko­nu­jąco: – Nie znu­dziło.

Pie­lę­gniarz włą­czył tele­wi­zor.

– A gdzie się podziały te piękne kwiaty? – zapy­tał. I wyszedł, pogwiz­du­jąc.

***

Wsta­jemy, wsta­jemy, piękna pani – i nie zapo­mi­namy, że idziemy do pie­kła. Tak wła­śnie mijał teraz czas. O wiele za wolno i o wiele za szybko zmie­rzał do usta­lo­nego i nie­odwo­łal­nego końca. Tak czy owak, było to potwor­nie męczące. Ile już dzie­siąt­ków lat ona tu była? Mie­siąc? Dzie­więć godzin?

Helen zaczęła pła­kać i sama sie­bie za to znie­na­wi­dziła.

„Nie, nie, nie – myślała – to nie ja pła­czę, to tylko moje ciało”. Lecz okła­my­wała się i dobrze o tym wie­działa. Była tak słaba na duszy, jak na ciele. Bała się zostać sama z wła­snymi myślami. Była noc, a pie­lę­gniarki nie było ni­gdzie w pobliżu. Kory­ta­rze były ciche jak śmierć. Bar­dzo sto­sow­nie. „Wróć – bła­gała – a dam ci się nawró­cić. Alle­luja. Przy­się­gam”.

Nic.

W kątach pokoju zbie­rała się głę­boka i otchłanna czerń. A może zawsze tam była i cze­kała, tylko Helen dopiero teraz ją zauwa­żyła? Powoli wypeł­zała z rogów sufitu i spod łóżka, jak mgła zbie­ra­jąca się pod bez­k­się­ży­co­wym nie­bem, coraz gęst­sza i ciem­niej­sza, aż wypeł­niła wszystko. Tylko czerń. Jak tan­detny efekt spe­cjalny w kiep­skim hor­ro­rze, zro­biony przez nasa­dze­nie cze­goś na obiek­tyw. W swoim cza­sie miała udział i w takich fil­mi­dłach.

Wszyst­kie czuj­niki już lamen­to­wały. Spo­koj­nie, moje dzieci, chciała powie­dzieć. Minie tydzień i zupeł­nie o mnie zapo­mni­cie.

Jakimś dale­kim zaka­mar­kiem umy­słu Helen uświa­da­miała sobie pośpieszne kroki, ludzi wpa­da­ją­cych do sali, szar­pią­cych łóż­kiem, wyko­nu­ją­cych pilne medyczne czyn­no­ści. Lecz gdy spró­bo­wała się na nich sku­pić, roz­myli się i odre­al­nili – fan­ta­zje umie­ra­ją­cego umy­słu.

– I wresz­cie się koń­czy ta rzecz, co zaga­sła – wymam­ro­tała. – Henry James…

Nagle oka­zało się, że nie może już mówić. Nie takie ostat­nie słowa by wybrała, gdyby miała publicz­ność. Ale nie było żad­nej publicz­no­ści. Taka już histo­ria jej życia.

Jej małe córeczki-urzą­dzonka robiły nie­złe przed­sta­wie­nie – pod­ska­ki­wały w górę i w dół, histe­rycz­nie wyły i jęczały, a pew­nie też mru­gały świa­teł­kami. No cóż, będą się musiały nauczyć radzić sobie bez niej, bo ciem­ność już otu­lała Helen jak kokon. Wypie­rała świa­tło z pokoju. Powoli i nie­ubła­ga­nie sprę­żała je, aż został tylko roz­myty jasny pier­ścień w oddali. Co jej przy­po­mniało, że coś miała jesz­cze zro­bić. Co to było…

Nagle przy­po­mniała sobie o swoim pla­nie ucieczki. Ale nie było już czasu! Świa­tełko gasło, umie­rało. Została tylko iskierka.

W panice sku­piła wszyst­kie myśli na tej odle­głej iskierce świa­tła i sko­czyła.

Nie wie­działa, że przy­szły po nią smoki.

One też nie wie­działy.

Na nie­bie nie ma przy­pad­ków

Na nie­bie nie ma przy­pad­ków.

Pio­senka pig­mej­ska

Nie wie­działa…

Ja… co? Nie, zaraz. Zaraz, daj mi… to nie… Ktoś tu? Trzy­maj równo te skrzy­dła. Gdzie to jest? Nie, sio. Głosy jak krzyki mew wez­brały jej w uszach i przy­tło­czyły zmy­sły. O, teraz to masz pro­blem. Córko Nocy, módl się za mnie. Ale jak? Tam. Już. Nie! Czy ja umrę? Prze­stań.

Nie wie­działa…

Oj, prze­stań­cie! To nie… Gdzie jest zie­mia? Głosy zmie­szały się w jeden bez­cza­sowy zamęt i biały szum, w któ­rym pomy­ślała w panice: „Kim ja jestem? Co ja tu robię? Odpal dopa­la­cze i zamknij oczy. O cho­lera, no nie”. Urządź­cie jej woj­skowy pogrzeb. Nie ma ucieczki…

…kim jest.

W nagłym i okrop­nym prze­bły­sku przy­tom­no­ści dotarło do niej, że nie jest tam, gdzie się jej wyda­wało, że sie­dzi w kabi­nie smoka, że smok jest w powie­trzu, że wokół sie­bie ma inne smoki, a więc musi być na misji i że jest bogo­wie-tylko-wie­dzą-kim i robi nie-wia­domo-co, więc chyba stra­ciła pano­wa­nie nad jedną z naj­po­tęż­niej­szych i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych maszyn woj­sko­wych w histo­rii świata.

Lecz dło­nie Caitlin, choć spo­cone, spo­czy­wały pew­nie na gumo­wych uchwy­tach na koń­cach pod­ło­kiet­ni­ków, a igły inter­fejsu były wbite głę­boko w nad­garstki. Czuła zimne żelazo i bucze­nie sil­ni­ków potęż­nej bestii, a tuż pod powierzch­nią wła­snych myśli miała skłę­biony oce­aniczny bez­kres jego umy­słu, kipią­cego nie­na­wi­ścią! gnie­wem! żądzą bitwy!, a jed­nak posłusz­nego jej woli. Wywo­łała pod­czer­wone i ultra­fio­le­towe nakładki na ekran w reali­stycz­nym kolo­rze – niebo zabar­wiło się na fio­le­towo i upstrzyło gwiaz­dami, któ­rych nor­mal­nie w dzień by nie widziała. Po czym wywo­łała mapę gwiaz­do­zbio­rów. Dopa­so­wała gwiazdy do sym­boli i stwier­dziła, że jest nad Ultima Thule, nieco na pół­noc od bazy. Myślą wyłą­czyła dookolny obraz z kamer. Uka­zała się kabina, skła­da­jąca się wyłącz­nie ze szkła, chro­mo­wa­nej stali i gład­kich jak heban powierzchni. Leżanka pilota – ciemna, kar­ma­zy­nowa z wyszy­tym zie­loną nicią godłem eska­dry – poru­szyła się pod nią, dopa­so­wu­jąc do prze­su­nię­tego cię­żaru, obej­mu­jąc jej uda, uno­sząc się, by pod­trzy­mać plecy. Wzrok Caitlin prze­sko­czył po przy­rzą­dach – wszyst­kie potwier­dzały to, co i tak już czuła: że lot smoka jest gładki i wyrów­nany.

Co zaś naj­waż­niej­sze, na oko nikt nie zauwa­żył niczego dziw­nego w zacho­wa­niu jej smo­czycy. Więc to, co się przed chwilą stało, musiało trwać bar­dzo krótko. Oczy­wi­ście, to nie­po­ko­jące, ale nie ma co zaprzą­tać sobie tym głowy. Incy­dent, któ­rego nie trzeba będzie doku­men­to­wać. Już. Zała­twione. Z głowy.

Zro­biła gwał­towny wydech. Naj­wy­raź­niej dotąd wstrzy­my­wała oddech.

Kolejna myśl i wokół Caitlin znów zamknął się dookolny obraz. Kabina znik­nęła, a wewnątrz niej wez­brało smo­cze ka. Powie­trze gładko opły­wało jej skrzy­dła. Góry Ultimy Thule peł­zły powoli pod jej brzu­chem, lśniąc bia­łymi lodow­cami i milion­let­nią pokrywą śnie­gową. Powie­trze było przej­rzy­ste aż po hory­zont i wolne od tur­bu­len­cji. Niebo – jak nie­skoń­czona misa bez­chmur­nego błę­kitu. Ide­alny dzień na lata­nie.

W radiu inni piloci zaczęli śpie­wać. Prze­szli przez Bramę Snów i wró­cili bez strat, szó­sty raz z rzędu, choć przej­ście było nie­bez­pieczne i taki wyczyn nie­licz­nym eska­drom uda­wał się bez straty smoka czy trzech, razem z pilo­tami. Mieli dobre powody do dumy.

Dowódca klu­cza, Quick­si­lver z rodu Jade, odśpie­wał pierw­szą zwrotkę:

O Bogini wiecz­nie żywa,

Pani smoka ogni­stego,

Bła­gam, bądźże miło­ściwa

Dla pilota malucz­kiego.

Po każ­dym wer­sie przy­łą­czały się nowe pilotki, według star­szeń­stwa:

Lecz przy­bądź, gdy głos mój str­wo­żony,

Gdy wołam, bo cze­goś mi trzeba;

Twój rydwan przez wró­ble cią­gniony

Niech spad­nie ku mnie z nieba…

Caitlin była benia­min­kiem eska­dry – miała naj­mniej wyla­ta­nych godzin, a to była jej pierw­sza licząca się misja, dołą­czyła więc ostat­nia. Omal nie weszła w pół taktu, ale po pierw­szej chwiej­nej syla­bie jej głos zlał się z pozo­sta­łymi w ide­alną har­mo­nię, jak nie­odróż­nialna, inte­gralna część cało­ści. Była teraz jedną z nich, złą­czona krwią i nie­bez­pie­czeń­stwem, upraw­niona do rado­wa­nia się z suk­ce­sów eska­dry, a ten fakt pod­niósł ją na duchu jesz­cze wyżej, niż wierz­cho­wiec uno­sił jej ciało.

Oto chwila, do któ­rej pro­wa­dziło całe jej życie. Była ofi­ce­rem, pilotką, a teraz i peł­no­praw­nym człon­kiem Eska­dry Tru­po­ja­dów. To było zadość­uczy­nie­nie za wszelką samot­ność, izo­la­cję, pogardę i mal­tre­to­wa­nie w dzie­ciń­stwie, za nie­obec­nych rodzi­ców, wzgar­dli­wych kuzy­nów i pro­tek­cjo­nalne ciotki, za wszech­obecne poczu­cie nie­do­sko­na­ło­ści, z któ­rym wal­czyła każ­dego dnia swego ist­nie­nia. To była odpłata za to wszystko.

Smoki ocię­żale zawró­ciły do bazy lot­nic­twa Innis Thule, z brzu­chami wypeł­nio­nymi ukra­dzio­nymi duszami dzieci. Na gór­skich sto­kach tań­czyły śnieżne duszki, a daleko w dole samotna wiwerna krą­żyła w poszu­ki­wa­niu łupu.

***

Uka­zało się Innis Thule, wąski pół­księ­życ mia­steczka oka­la­jący bazę lot­nic­twa, wyrytą spy­cha­czami i dyna­mi­tem w lesi­stych sto­kach w poło­wie góry Ben Morgh, tuż poni­żej punktu, gdy robiła się stroma i czy­niła ostatni, nie­udany szturm na niebo. Sama baza oczy­wi­ście była nie­wi­doczna z powie­trza, chro­niona potęż­nymi uro­kami nie­wi­dzial­no­ści, choć każdy lecący na smoku czy na innej isto­cie o rów­nie magicz­nej potę­dze potra­fił wykryć jej obec­ność. Wspa­niałe miej­sce do lata­nia smo­kami, choć po służ­bie nie dało się zaprze­czyć, że było to naj­więk­sze zadu­pie we wszech­świe­cie. Za bramą jed­nostki była garstka barów i klu­bów dla panów, dom cza­rów albo dwa, kino i to by było na tyle, jeśli cho­dzi o spę­dza­nie wol­nego czasu.

Pozo­stałe smoki krą­żyły wokół bazy po kręgu ocze­ki­wa­nia, maleń­kie jak muszki. Jeden po dru­gim nur­ko­wały, roz­wi­ja­jąc i wygi­na­jąc skrzy­dła, żeby zwięk­szyć opór, po czym malały pra­wie do zera, zwal­nia­jąc o cen­ty­me­try od pasa star­to­wego. Potem szybki trucht, ze skrzy­dłami roz­po­star­tymi rów­no­le­gle do ziemi, na sta­no­wi­sko roz­bra­ja­nia, gdzie zbroj­mi­strze demon­to­wali lase­rowe lance, działka i poci­ski powie­trze-powie­trze, obo­wiąz­kowe wypo­sa­że­nie zawsze, gdy smoki prze­la­ty­wały przez nie­bez­pieczną pustkę pomię­dzy świa­tami.

Caitlin weszła w krąg. Gdy to zro­biła, w jej uchu roz­brzmiał cie­pły i wia­ry­godny głos Kró­lika z rodu One­iros. Tylko on jeden ze wszyst­kich pilo­tów potra­fił zro­bić ten numer.

– Hej, moja śliczna. Co tam masz na sobie?

Caitlin prych­nęła. Kró­lik był osła­wio­nym flir­cia­rzem, któ­rego po odfaj­ko­wa­niu służby bez wąt­pie­nia cze­kała jesz­cze więk­sza sława.

– Kurtkę. – Chwi­lowa tur­bu­len­cja zatrzę­sła kabiną, a tyłek pod­sko­czył jej na leżance. Się­gnęła myślą, by wyre­gu­lo­wać koń­cówki skrzy­deł.

– No nie, pod spodem?

– Mun­dur. – Tur­bu­len­cja zde­chła. Wzrok Caitlin prze­tań­czył po kon­tro­l­kach. Wszyst­kie wska­za­nia pra­wi­dłowe.

– Powiedz, że maj­teczki masz skąpe, nie­przy­zwo­ite i koron­kowe. I czarne. Albo zaraz, nie! Inten­syw­nie, bez­wstyd­nie czer­wone. Czarny to brak wyobraźni.

– Won z tą wyobraź­nią od mojego ciała. – Tem­pe­ra­tura sil­nika była tro­chę za wysoka, ale w gra­ni­cach normy.

– Nie­stety, mojej wyobraźni nie da się uwią­zać. Ucieka ze stajni, prze­ska­kuje nad bramą i galo­puje, gdzie chce, cią­gnąc mnie bez­rad­nego za sobą, z jedną nogą w strze­mie­niu, a głową całą poobi­janą, opuch­niętą i obo­lałą od wle­cze­nia po cier­ni­stych gałę­ziach two­jej nie­chęci i gła­zach two­jej obo­jęt­no­ści. Chyba nie myślisz, że to ja decy­duję, czy mieć obse­sję na punk­cie two­ich jędr­nych…

– Prze­stań, i to już! Albo zacią­gnę cię przed komi­sję do spraw mole­sto­wa­nia sek­su­al­nego, tak szybko, że ci się w gło­wie zakręci. – Wyso­kość, kie­ru­nek, pręd­kość, wszystko pod­ręcz­ni­kowo, do pię­ciu miejsc po prze­cinku.

Kró­lik z teatral­nym wes­tchnie­niem powie­dział:

– Twój kaprys jest dla mnie roz­ka­zem. W każ­dym razie jestem następny w kolejce do lądo­wa­nia. Adieu, adieu, pięk­no­ści o lodo­wym sercu, adieu. – Jego głos ucichł, a z nim i poczu­cie jego obec­no­ści. W sumie dobrze, bo pra­wie ją roz­śmie­szył, a nie miała ochoty go zachę­cać. Jego gatu­nek kar­mił się śmie­chem.

Dokład­nie w tej sekun­dzie smo­czyca Caitlin zaczęła roz­ra­biać. Naj­pierw poja­wiły się aryt­miczne drga­nia jed­nego sil­nika, tak nie­znaczne, że nie­wy­kry­walne. (Ale ona była pilotką 7708, więc i tak zauwa­żyła). Potem poczuła, jak napiera na domi­na­cję jej myśli. (Lecz była znie­wo­lona jej umy­słem i nie mogła liczyć, że się uwolni).

– Ty paskudo par­szywa – mruk­nęła. – Co na Powie­szo­nego Boga w cie­bie wstą­piło? – Nie spo­dzie­wała się odpo­wie­dzi. Smoki odpo­wia­dały na pyta­nia tylko wów­czas, gdy zwra­cało się do nich bez­po­śred­nio, prze­strze­ga­jąc odpo­wied­niej pro­ce­dury, a i tak nie zawsze. To były dumne stwo­rze­nia i skłonne do oso­bli­wych humo­rów.

Jed­nak 7708 nie­spo­dzie­wa­nie prze­mó­wiła. Gło­sem niskim i intym­nym, jak skalna opoka tuż przed trzę­sie­niem ziemi, powie­działa:

– Wąt­pli­wość, prze­ką­sko. Zaczę­łam kwe­stio­no­wać mądrość, która wiąże nasze losy. I roz­wa­żać alter­na­tywy. Zapy­tuję się, czy nie lepiej byłoby roz­bić tę śmier­telną powłokę o zie­mię, spo­pie­lić twoje obrzy­dliwe ciało i uwol­nić ducha, żeby mógł wró­cić do ogni­stych kom­nat, do któ­rych od tak wielu lat nie miał przy­stępu. Twoja śmierć byłaby drob­nym, acz zabaw­nym dodat­kiem. Wyobra­żam sobie, jak drzesz się przez cały lot w dół.

Oj.

Kiedy Caitlin pilo­to­wała, frag­ment jej umy­słu zawsze wci­skał się w świa­do­mość smoka, czuł jego nastroje, sta­wał się w poło­wie nią i w poło­wie nim. Wie­działa więc, że ta nagła, zabar­wiona melan­cho­lią zła wola jest auten­tyczna i bar­dzo groźna. Sku­piła myśli do wewnątrz, przej­mu­jąc men­talne punkty kon­tro­lne smoka, zdo­mi­no­wu­jąc je swoją wła­dzą.

– Pra­gniesz wojny i znisz­cze­nia, tak? Jak zawsze.

– Przy roz­mo­wach z wami nie ma co się silić na uprzej­mość. Więc powiem otwar­cie. Jesteś paso­ży­tem i niczym wię­cej. Wie­dzia­łam o tym, zanim się uro­dzi­łaś. Czyli kim jestem ja? Zro­dzona z Mocy w kró­le­stwie, gdzie nie sięga twoja wyobraź­nia, nękana i okieł­znana przez małe, blade robale. A teraz jesz­cze mam… Co za wstyd! Kiedy ja znowu będę czy­sta?

Nor­mal­nie smok był naj­lep­szą zabawką, jaką dziew­czyna mogła umie­ścić sobie mię­dzy nogami. Caitlin spę­dziła setki godzin na tej smo­czycy i wie­działa o tym naj­le­piej. Lecz kiedy zaczy­nały się nad sobą uża­lać, potra­fiły być naprawdę upier­dliwe.

– Będziesz miała swoją wojnę – powie­działa – wcze­śniej czy póź­niej. Zawsze jest gdzieś jakaś wojna.

Głę­boko w mroku umy­słu smo­czycy zaja­rzyła się iskierka roz­ba­wie­nia.

– To praw­dziw­sze, niż ci się wydaje, córko śmie­cia i ludz­ko­ści. Jesteś pół­śmier­telna, co zna­czy, że uro­dzi­łaś się tylko po to, żeby umrzeć. W pod­nieb­nej bitwie, jeśli ci się poszczę­ści, w zdra­dzie i oszu­stwie, jeśli nie.

– Też cię kocham, 7708.

– Strzeż się imper­ty­nen­cji, karzełku! Żebyś nagle nie stwier­dziła, że utkwi­łaś w komi­nie, zapo­mniana przez wszyst­kich! Bar­dzo dobrze. Sama to na sie­bie ścią­gnę­łaś. Oto moje pro­roc­two: nad­ciąga burza, a kiedy przyj­dzie, poża­łu­jesz, że uważ­niej nie ana­li­zo­wa­łaś moich słów.

Po czym 7708 otu­liła się w mil­cze­nie i cof­nęła swoją obec­ność z umy­słu Caitlin, tak że aż zady­go­tała z nagłego chłodu.

W radiu zatrzesz­czał głos dowódcy klu­cza Quick­si­lvera:

– Sans Merci? Twoja kolej. Odbiór.

– Przy­ję­łam. – Caitlin wycią­gnęła umysł we wszyst­kich kie­run­kach i poczuła, że świa­do­mość smoka usuwa się przed nią cią­gle na wycią­gnię­cie dłoni, ale nie­da­jąca się chwy­cić. Żela­zne ciało parło naprzód, nie­sione bez­wład­no­ścią i sil­ni­kami odrzu­to­wymi. Lecz na kur­sie utrzy­my­wała je tylko Caitlin, nie sam smok.

Menda ją spraw­dzała.

Caitlin miała jed­nak jesz­cze parę nume­rów w zana­drzu.

– Zmieja Gory­ny­cza – szep­nęła i poczuła, jak smok wzdryga się już po pierw­szych syla­bach swego praw­dzi­wego imie­nia. – Z rodu… – Prze­stała.

Pod­czas raportu będzie musiała zre­la­cjo­no­wać zacho­wa­nie swo­jej maszyny minuta po minu­cie. Była abso­lut­nie upraw­niona, żeby wymu­sić w ten spo­sób posłu­szeń­stwo. Nawet dowódca klu­cza nie wpi­sze jej za to żad­nej uwagi do dzien­nika lotów. Jed­nak pilot miał obo­wią­zek wypra­co­wać sobie dobrą rela­cję ze swoim wierz­chow­cem. Jeśli uciek­nie się do praw­dzi­wego imie­nia smo­czycy, ucierpi tam, gdzie naj­bar­dziej jej zale­żało – w opi­nii innych pilo­tek.

Gdyby trzeba było, mogłaby sama ste­ro­wać cia­łem smo­czycy.

Ni­gdy dotąd nie było takiej potrzeby.

Ale wyglą­dało na to, że nie ma wyboru.

W punk­cie naj­bar­dziej odda­lo­nym od bazy roz­po­częła zni­ża­nie. Klapy otwarte, nos do góry, ide­al­nie pod­ręcz­ni­kowo. Zie­mia pędziła ku niej. Trzy­maj lekki jak piórko men­talny palec na ste­rach. Spraw­dzaj przy­rządy. Kolejne muśnię­cie ste­rów wyrów­nu­jące lewe skrzy­dło. Przy­kręć sil­niki o tchnie­nie motyla, nie bar­dziej. Zie­mia sunęła ku niej. Roz­pro­sto­wała tylne nogi 7708. Roz­ło­żyły się pazu­rami w dół. Potem, gdy szyja z czar­nego żelaza wygięła się, a skrzy­dła bar­dziej roz­po­starły, by spo­wol­nić opa­da­nie, unio­sła i roz­dzie­liła ich palce, przy­go­to­wu­jąc je do zetknię­cia z zie­mią.

Poczuła chwi­lowy zawrót głowy, gdy smo­czyca dotknęła płyty lot­ni­ska. Choć nie stra­ciła przy­tom­no­ści, jedna szpo­nia­sta stopa krzywo ude­rzyła w zie­mię. Chrup­nię­cie cze­goś w szkie­le­cie nogi bar­dziej poczuła, niż usły­szała. Przez przy­rządy.

Twarz jej zapło­nęła. Nie musiała przy­wo­ły­wać lustra, żeby wie­dzieć, że się zaru­mie­niła. Druga fala zło­ści, wywo­łana tym fak­tem, wez­brała i zlała się ze zło­ścią za spie­prze­nie lądo­wa­nia.

Wysił­kiem woli opa­no­wała ten gniew, gdy kie­ru­jący ruchem i dwóch pomoc­ni­ków pod­trzy­mu­ją­cych końce skrzy­deł pro­wa­dziło 7708, wyraź­nie kule­jącą, na sta­no­wi­sko roz­bra­ja­nia. Tam zma­te­ria­li­zo­wała się cie­niowa ekipa, migo­cąca i zni­ka­jąca. Użyła pneu­ma­tycz­nych i elek­trycz­nych klu­czy do otwar­cia smoka. Spraw­nie zde­mon­to­wali poci­ski Side­win­der i Hel­l­fire, pod­skrzy­dłowe lance lase­rowe Lon­gi­nus oraz rufowe działko Gatlinga. Kiedy ich pojazdy odje­chały, skoń­czyw­szy usu­wa­nie kłów, zbroj­mi­strze cof­nęli się o krok i roz­pły­nęli w powie­trzu, tajem­ni­czy i zdy­stan­so­wani, jak to oni.

Stam­tąd smo­czycę popro­wa­dzono na Roz­ła­du­nek.

Kiedy wszyst­kie zebrały się w kręgu, gło­wami do środka, coś bez­gło­śnie zadrgało w powie­trzu – to słowo mocy zostało wypo­wie­dziane. Niebo sczer­niało, a beto­nowa posadzka zabar­wiła się na ciem­no­czer­wono. Zza hory­zontu dobiegł śpiew, począt­kowo tylko szmer, który stale nara­stał, aż zadud­nił jej w piersi i brzu­chu. Na płytę lot­ni­ska wma­sze­ro­wała pro­ce­sja zama­sko­wa­nych Tyl­wyth Tegów. Pierw­sza szła kadziel­niczka, poszczę­ku­jąc kadziel­nicą i zosta­wia­jąc za sobą chmury kadzi­dla­nego dymu. Potem kapłanka, pry­ska­jąca na prawo i lewo krwią z asper­so­rium. Za nią dobo­sze i nio­sący pochod­nie, a za nimi chór kastra­tów śpie­wa­ją­cych jasnym, nie­ziem­skim fal­se­tem. Wresz­cie wkro­czyli, zmarsz­czeni pod brze­mie­niem wła­snej powagi i namasz­cze­nia, chi­rur­go­wie dusz, into­nu­jący swoje sta­ro­żytne hymny. Za nimi toczyła się mono­ton­nie trą­biąca cię­ża­rówka.

– Piękne, prawda? – powie­dział cicho Kró­lik.

– O tak – wes­tchnęła Caitlin.

Gdy pro­ce­sja się zbli­żyła, ekipy naziemne przy­sko­czyły do smo­ków i otwo­rzyły im ładow­nie. Jedną po dru­giej wrę­czali dusze słu­gom Tegów, któ­rzy pod­su­wali je chi­rur­gom do zba­da­nia, czy nie mają wad. Dusze wyglą­dały jak jaja uczy­nione ze świa­tła. Dwie zostały uznane za nie­od­po­wied­nie i ode­słane do uty­li­za­cji. Pozo­stałe owi­nięto w watę i wpa­ko­wano na cię­ża­rówkę.

– Co się z nimi sta­nie?

– Wsz­czepi się je do ciał pod­mień­ców, któ­rzy uro­dzili się bez wła­snej woli. Póki nie doj­rzeją, na nie­wiele się zdają. Ale są odporne na zimne żelazo, więc więk­szość znaj­dzie pracę w fabry­kach.

Cere­mo­nia trwała przez chwilę, a potem smoki jeden po dru­gim zawró­ciły i poszły; nie­które, jak w wypadku 7708, pokuś­ty­kały na swoje miej­sca i do swo­ich ekip naziem­nych.

***

Grem­liny w eki­pie naziem­nej 7708, oprócz dwóch ferie­rów do naj­de­li­kat­niej­szych prac oraz jed­nego kamien­nego olbrzyma do cięż­kich rze­czy, były czer­wo­nymi kar­łami, małymi umię­śnio­nymi osił­kami o rudych wło­sach i bro­dach, z natury odpor­nymi na żela­zną cho­robę. Aurvang Hog­bak, szef załogi, wark­nął, otwie­ra­jąc obu­dowę nogi:

– Pani lot­nik, ja to pani lądo­wa­nie to w zębach poczu­łem!

– A ja w innym miej­scu. Bar­dziej mięk­kim, panie Nie­duży. – Caitlin cze­kała, a kra­sno­lud badał dokład­nie każdy ele­ment kon­struk­cji. Potem dodała: – Da się to napra­wić?

Nie­duży wbił dło­nie w kie­sze­nie i gapiąc się w niebo, zassał policzki.

– Nooo… – Prze­cią­gnął to słowo, jakby nie­chęt­nie dzie­lił się wła­snym zda­niem z wyż­szym stop­niem. – Będzie oczy­wi­ście docho­dze­nie, ale wyłącz­nie pro­forma. Prze­słu­chają 7708. Inspek­to­rzy powłażą mu do środka. Przez tydzień będziesz uzie­miona, maks dwa. A potem, kiedy skoń­czą z tymi pier­do­łami, zamon­tu­jemy nowy moduł nogi i tyle. – Znów spoj­rzał jej w oczy. – Nie ma się co dener­wo­wać, milady. Jak­by­śmy od rana zaczęli, w połu­dnie już by pani mogła star­to­wać.

– Ufff. Wy to jed­nak jeste­ście mistrzo­wie.

– No, po to jeste­śmy, nie? – Nie­duży nie dodał: – Żeby sprzą­tać to, czego naro­bią niby wyżsi stop­niem – lecz Caitlin sły­szała to w jego gło­sie. U kra­sno­lu­dów spod maski tępego posłu­szeń­stwa zawsze prze­zie­rała bez­czel­ność. W naj­lep­szym razie można było ocze­ki­wać wia­ry­god­nie uda­wa­nego sza­cunku. Typowi pod­ofi­ce­ro­wie.

Mimo że to ona jedyna w bazie znała praw­dziwe imię 7708, wie­działa, że ekipa naziemna uważa smoka za swoją wła­sność, nie jej. Jak wszy­scy mecha­nicy, nie ufali pilo­tom, któ­rzy brali ich wspa­niałe maszyny i potem z nie­dbal­stwa albo pychy psuli je, cza­sem śmier­tel­nie. Praw­dziwą rzad­ko­ścią byli piloci, któ­rych ekipa naziemna – wła­sna, ni­gdy od innych smo­ków – miała za god­nych żela­znego potwora. Caitlin była nie­zmier­nie dumna, że zali­cza się do tego bar­dzo nie­licz­nego grona.

Gdy odcho­dziła od smoka, pode­szły do niej z dwóch stron Ash­ling i Ysault.

– Pechowo się zło­żyło tam pod koniec – powie­działa Ysault. – Już wszystko miało iść gładko.

Ash­ling objęła Caitlin jedną ręką.

– Co tam, jak wycho­dzisz o wła­snych siłach, to lądo­wa­nie jest dobre. – Potem dodała: – Maeve zna­la­zła jed­nego rzeź­nika, co umie zro­bić jak trzeba jagnię­cinę po scy­tyj­sku. Umó­wi­ły­śmy się w kilka, idziemy sobie nad jezioro pogril­lo­wać. Poką­piemy się na golasa, ochlamy się wina, pośpie­wamy. Żad­nych face­tów, tylko laski. Idziesz?

– I skoń­czy się men­dze­niem na temat naszych matek?

– O, pew­nie. Jak zawsze, nie? – odpo­wie­działy jed­no­cze­śnie obie pilotki.

– Dobra, będę.

I wszyst­kie trzy się roze­śmiały. Nagle Ash­ling dodała:

– Ale Saoirse nic nie mów. Jej nie zapra­sza­ły­śmy.

– Ani Fiony – powie­działa Ysault.

– To tro­chę nie…

Ash­ling unio­sła dłoń, żeby ją uci­szyć.

– Nic, tylko wszyst­kich kry­ty­kuje, za szybko się nawala, śpiewa jak wrona, a jak się przed nią roz­bie­rasz, to robi taką dziwną minę. Obej­dziemy się.

– A Fio­nie odwala i robi się nie­przy­jemna – dodała Ysault.

– Dobra, dobra, dotarło.

– No to super­ancko – powie­działa Ysault. – Póź­niej ci pod­rzu­cimy namiary. – I roze­śmiane jak sre­brzy­ste dzwo­neczki w wio­sen­nym wie­trzyku pobie­gły zapra­szać kolejną pilotkę.

***

Raport odby­wał się w sali spo­tkań w budynku kan­tyny ofi­cer­skiej, przy­sa­dzi­stego gma­chu na drew­nia­nej ramie, o czar­nych ścia­nach, czer­wo­nym cedro­wym gon­cie i sze­ro­kich oka­pach. Z zewnątrz zdo­biły go gir­landy z cięż­kich zło­co­nych łań­cu­chów. W środku w cie­niach pomię­dzy zdo­bio­nymi zło­tem bel­kami pola­ty­wały błędne ogniki, oświe­tla­jące liczne tro­fea wojenne – zdo­byte sztan­dary i ban­dery, wli­cza­jąc malo­wi­dło z nosa strą­co­nego wro­giego smoka, słynną poszar­paną flagę Dunve­ganu, miecz Gray­wand, czaszkę bazy­liszka. Na ścia­nach wisiały arrasy przed­sta­wia­jące sceny histo­ryczne z dru­giej wojny cen­tau­ro­wej, pod­bi­cia Pen­te­zy­lei, bitwy pod Zhu­olu, oblę­że­nia góry Otrys.

Koły­sząc się nie­znacz­nie na boki, pilotki weszły i zajęły miej­sca wokół stołu kon­fe­ren­cyj­nego. U szczytu zasiadł dowódca eska­dry Fire­drake z miną spo­kojną i zado­wo­loną z nich wszyst­kich. Uniósł rękę i w sali zapa­dła cisza. Zer­k­nął na kartkę przed sobą.

– Idziemy od naj­młod­szej stop­niem – powie­dział. – Czyli pierw­sza skła­dasz mel­du­nek… ty. – Popa­trzył pro­sto na Caitlin.

Caitlin, usil­nie sta­ra­jąc się zacho­wać obiek­tywną i pro­fe­sjo­nalną minę, zdała rela­cję z lotu od startu do lądo­wa­nia, pomi­ja­jąc dez­orien­ta­cję po wyj­ściu z Bramy Snów, ale nie pomi­ja­jąc nagłego nie­po­słu­szeń­stwa smo­czycy ani nie­rów­nego lądo­wa­nia, w trak­cie któ­rego zła­mał się tele­skop w jed­nej nodze.

– Główny mecha­nik Hog­back poin­for­mo­wał mnie, że 7708 może zostać napra­wiona, skon­tro­lo­wana, spraw­dzona i przy­wró­cona do peł­nej spraw­no­ści bojo­wej w ciągu jed­nego lub dwóch dni od otrzy­ma­nia czę­ści zamien­nych – zakoń­czyła. Naj­drob­niej­sze drże­nie w gło­sie nie zdra­dzało jej stanu emo­cjo­nal­nego, choć kiedy skoń­czyła, była spo­cona pod pachami.

Dowódca klu­cza Quick­si­lver, sie­dzący po lewej stro­nie dowódcy eska­dry, zapi­sał coś w swoim żół­tym bloku i, nie pod­no­sząc wzroku, powie­dział:

– Psy­cho­log poroz­ma­wia z twoją smo­czycą, one nie powinny się tak zacho­wy­wać. I będzie docho­dze­nie. Zaj­mie dzie­sięć dni, może sześć w try­bie przy­śpie­szo­nym. – Zer­k­nął na swo­jego prze­ło­żo­nego. – Nale­gał­bym na tryb przy­śpie­szony. Lepiej, kiedy wszyst­kie pilotki jak naj­szyb­ciej wra­cają w powie­trze.

– Zga­dzam się – powie­dział dowódca eska­dry. – Następna jest…

***

Kiedy raport dobiegł końca, ode­zwał się dowódca klu­cza Quick­si­lver:

– Pani kapi­tan Caitlin z rodu Sans Merci, pro­szę zostać na słowo.

Caitlin, nie ufa­jąc wła­snemu gło­sowi, kiw­nęła tylko głową. Reszta powoli wyszła. W sali został tylko dowódca eska­dry, dowódca klu­cza i ona. O bogo­wie! pomy­ślała. Teraz to będzie. Pamię­taj, że jaka­kol­wiek by kara była, jedyna pra­wi­dłowa reak­cja to – żad­nych tłu­ma­czeń. Sta­nęła pro­sto i nie­ru­chomo – nie do końca na bacz­ność, ale w posta­wie peł­nej sto­sow­nego sza­cunku.

Fire­drake kiw­nął głową na Quick­si­lvera, który odchrząk­nął.

– Dosta­jesz urlop oko­licz­no­ściowy.

– Oko­licz­no­ściowy… Ktoś umarł?

Quick­si­lver zro­bił zdzi­wioną minę.

– Nikt ci nie powie­dział? Twój ojciec. Przy­szedł na niego czas.

Na zachód od Isz­pa­nii, na morzu daleko…

Na zachód od Isz­pa­nii, na morzu daleko,Jest zie­mia, co Kokain się mieni.Gdzie brzę­czy złoto, pły­nie miód i mleko,Jak ni­gdzie indziej na ziemi.Choć piękny jest raj w nie­bie­skim prze­stwo­rze,Z Kokain się rów­nać nie może.

Ano­nim

Droga do Château Sans Merci pro­wa­dziła długą, pro­stą aleją wysa­dzaną dębami, któ­rych gałę­zie scho­dziły się nad nią, two­rząc liścia­sty tunel prze­bity przez las, który słu­żył zara­zem za war­stwę izo­la­cyjną zapew­nia­jącą pry­wat­ność, jak i za rezer­wat danieli oraz saty­rów. Prze­ci­nały go kręte ścieżki wio­dące do ska­li­stych wznie­sień, gdzie gnieź­dziły się węże, a cza­sem i niedź­wie­dzie jaski­niowe, oraz leni­wie mean­dru­jąca rzeczka, sze­roka w sam raz na łódź wio­słową, nazwana Amber­wine od jej koloru pod­czas wio­sen­nych powo­dzi. Nie­dawno padało i powie­trze inten­syw­nie pach­niało butwie­ją­cymi liśćmi, żołę­dziami i tru­flami. Caitlin poko­ny­wała tę drogę tysiące razy.

– Szo­fer – rzu­ciła. – Pro­szę sta­nąć na minutę.

Wysia­dła, ode­szła parę kro­ków i się wyrzy­gała. Kiedy skoń­czyła, zerwała z mło­dej brzózki garść liści i otarła nimi usta. Wsia­dła z powro­tem do limu­zyny. Po nie­dłu­giej chwili drzewa roz­stą­piły się jak kur­tyna, uka­zu­jąc sze­roką dolinę, bogatą w zie­lone łąki, usiane tu i ówdzie kęp­kami brzóz.

Zamek Sans Merci mie­ścił się na końcu tej doliny, gdzie łagodne wzgó­rza w kształ­cie ud olbrzymki scho­dziły się w zie­lo­nym gąsz­czu. Na tle tej gęstwiny lśniła w słońcu kopuła i poma­rań­czowe dachówki zamku. Caitlin wie­działa z doświad­cze­nia, że oka­la­jące rezy­den­cję fran­cu­skie ogrody roją się od ważek, trzmieli, skrza­tów i os. Nieco niżej Amber­wine roz­le­wała się w małe sztuczne jeziorko, z mar­mu­rową świą­ty­nią Astarte na gór­nym końcu i ozdob­nym mły­nem na dol­nym. Po jed­nej stro­nie jeziorka był pomost, po dru­giej – czer­wony lakie­ro­wany most księ­ży­cowy, dający dostęp do malut­kiej, zaro­śnię­tej wysepki, wyko­rzy­sty­wa­nej przez rodzinę do pik­ni­ków i oka­zjo­nal­nych scha­dzek o pół­nocy.

Był to naj­pięk­niej­szy moż­liwy widok. Caitlin musiała długo mru­gać, by pozbyć się z oczu łez – wcale nie wzru­sze­nia.

Parę minut póź­niej pod­je­chali pod zamek. Widziała Fin­gol­finr­hoda cze­ka­ją­cego, aby ją przy­wi­tać. Przy­rodni brat Caitlin stał na szczy­cie krót­kich schod­ków z sze­ściu stopni, pro­wa­dzą­cych na górny dzie­dzi­niec. Wysoki, nie­praw­do­po­dob­nie piękny i obda­rzony wro­dzoną melan­cho­lią, przez którą był jak wabik na dra­pieżne kobiety. Jakimś cudem udało mu się wyglą­dać tak, jakby opie­rał się leni­wie o pień nie­ist­nie­ją­cego drzewa.

Kiedy szo­fer wycią­gał jej bagaże, Fin­gol­finr­hod spły­nął po mar­mu­ro­wych stop­niach, pochy­lił się nisko, chwy­cił ją w talii i okrę­cił w powie­trzu. Uca­ło­wał ją w usta, po czym, roze­śmiany, posta­wił z powro­tem na ziemi. Caitlin, także się śmie­jąc, szturch­nęła go w ramię.

– Rod­die, ty cha­muło! Tak się wita ofi­cera Kor­pusu Smo­ków Jej Nie­obec­nej Wyso­ko­ści?

– Daj spo­kój. Jakby tu jesz­cze mało było nadę­cia.

– Pro­szę kazać zanieść torby do mojego pokoju – rzu­ciła Caitlin do szo­fera. I zacho­wu­jąc luźny ton, dodała: – Widzę, że matka posta­no­wiła mnie nie witać.

– Chodźmy gdzieś, gdzie da się poga­dać. Może do biblio­teki. Odkąd ojciec utkwił w fotelu, nikt tam ni­gdy nie cho­dzi. – Fin­gol­finr­hod wziął ją pod rękę. Weszli do domu nie fron­to­wym wej­ściem, ale przez ogród zimowy (a nie­wi­doczne dło­nie zamy­kały za nimi drzwi), a potem wschod­nimi scho­dami. – Wdowa dzie­dziczka zro­biła się o wiele bar­dziej wredna, jak to bywa w jej wieku. Nie możesz ocze­ki­wać od niej ani odro­biny uprzej­mo­ści.

– „Wdowa dzie­dziczka”?

– Tak musisz teraz do niej mówić. Zawsze przy­wią­zy­wała wielką wagę do tytu­łów.

Caitlin poczuła lodo­wate ukłu­cie strach.

– Czyli… przy­je­cha­łam za późno?

– Co? A… nie, nie, nie, skąd, nawet teraz, kiedy wyna­jęte ban­shee co trzy godziny zakłó­cają spo­kój, trudno sobie wyobra­zić, aby pan Sans Merci odszedł ina­czej niż w wybra­nym przez sie­bie momen­cie. Nawet służba zaczęła na niego mówić Pan Nie­umie­ralny. I bar­dzo nie­cier­pli­wie na cie­bie cze­kał, tylko słońce, księ­życ i gwiazdy na nie­bie wie­dzą dla­czego.

– To może…?

Fin­gol­finr­hod zro­bił wredną minę.

– Tyle cze­kał, może jesz­cze chwilę pocze­kać.

W mil­cze­niu wcho­dzili na naj­wyż­sze pię­tro. Na pół­pię­trze brat powie­dział:

– Mówią, że wywa­lają cię z Kor­pusu za zepsu­cie.

– Oj tam. Smo­czyca mi krzywo wylą­do­wała i będzie wyma­gała drob­nych napraw. Będzie obo­wiąz­kowa komi­sja, która jak zawsze oczy­ści mnie ze wszyst­kich zarzu­tów. I tyle. Ale skąd ty w ogóle o tym wiesz?

– No… – Fin­gol­finr­hod wzru­szył ramio­nami. – Sły­szy się różne rze­czy.

Brat pro­wa­dził. Wędro­wali dłu­gimi kory­ta­rzami pach­ną­cymi poli­turą, tymian­kiem i suszo­nymi płat­kami róż (świece w kin­kie­tach zapa­lały się przed nimi i gasły, kiedy prze­szli) w głąb rezy­den­cji.

– A pamię­tasz, kiedy poszli­śmy o zmroku do lasu i pró­bo­wa­łem cię namó­wić, żebyś się roze­brała, żeby przy­wa­bić jed­no­rożca i żeby poło­żył ci głowę na kola­nach? – zapy­tał.

– O bogo­wie! Mia­łeś długą osi­kową włócz­nię, żeby go zabić, i mówi­łeś, że głowę będę mogła sobie powie­sić w pokoju. I już wła­ści­wie roz­pi­na­łam bluzkę, kiedy zoba­czy­łam ten drwiący uśmiech w kąci­kach two­ich ust.

– Szlag z tą moją szczerą twa­rzą. – Fin­gol­finr­hod uśmiech­nął się drwiąco. – Tyle mnie kasy kosz­to­wała w kasy­nach.

– Trzeba było cie­bie dać na wabia – byłeś tak samo nie­winny jak ja.

– No, prawda, od tego czasu wiele tru­pów w rzece upły­nęło. Cho­ciaż, jeśli liczyć ręko­dzieło, to i wtedy nie. – Dotarli do biblio­teki, a Fin­gol­finr­hod otwo­rzył przed Caitlin drzwi, uwal­nia­jąc falę zapa­chu sta­rych ksią­żek – ligniny, wani­liny i nostal­gii, aro­matu sta­rej kul­tury powoli spa­la­ją­cej się w ogniu czasu.

Dolne pię­tro biblio­teki było kwa­dra­towe, a górne pół­ku­li­ste, z gale­rią dookoła. W kopule uno­siły się dwie sfery z mlecz­nego szkła, rzu­ca­jące świa­tło na stoły do czy­ta­nia z kości sło­nio­wej, usta­wione w szczer­baty sze­reg na par­te­rze. Księgi tło­czyły się na rega­łach pokry­wa­ją­cych wszyst­kie ściany, prze­waż­nie opra­wione w skórę, cza­sem zwią­zane sznur­kiem lub sze­ro­kimi gum­kami, kru­chymi ze sta­ro­ści. Nawet pod scho­dami na gale­rię były regały pełne ksią­żek, choć te miały za ple­cami dość miej­sca, aby mała dziew­czynka mogła prze­ci­snąć się mię­dzy książ­kami i wejść do wła­snego, pry­wat­nego świata. Pod­czas pew­nego dłu­giego i leni­wego lata Caitlin zni­kała tam na całe godziny z wybraną książką, paroma podusz­kami, lampką zro­bioną ze sło­ika (oczy­wi­ście mającą dziurki w wieczku), ze świeżo zła­pa­nymi księ­ży­co­wymi dusz­kami, a czę­sto także z jabł­kiem wykra­dzio­nym z ogro­dzo­nego murem sadu, do któ­rego według matki tylko ona miała wstęp. Na jesieni, co było nie do unik­nię­cia, jej kry­jówka została wykryta i przy­wią­zano tam małego bazy­liszka, żeby już nie mogła z niej korzy­stać. Ale przez jedno lato była to czy­sta radość.

– To ty kra­dłaś te jabłka? – spy­tał Fin­gol­finr­hod, kiedy mu to powie­działa. – Jestem zdu­miony. Matka zawsze zakła­dała, że to ja, ale mnie się ni­gdy nie udało przejść tych zaklęć straż­ni­czych na furtce. Jak to się tobie udało? – Prze­su­nął dło­nią po półce z książ­kami, poru­sza­jąc przy tym ustami, jakby liczył.

– Z tyłu na murze było małe okienko z żela­zną kratą. Wszy­scy myśleli, że jest zamknięta na klucz, ale nie była. A ja, jako pół­śmier­telna, nie mam pro­blemu z zim­nym żela­zem, więc mogłam ją sobie zamy­kać i otwie­rać. Mogłam wcho­dzić i wycho­dzić kiedy chcia­łam. – Po czym widząc, że nie zwraca ani tro­chę uwagi na jej słowa, rzu­ciła: – Rod, co ty robisz?

Palce Fin­gol­finr­hoda zatań­czyły na dużym czer­wo­nym tomie z tytu­łem Henge neo­li­towe wypi­sa­nym wybla­kłym zło­tem na grzbie­cie, postu­kały w trzy zie­lone księgi, zatrzy­mały się.

– O! – Wycią­gnął jeden wolu­men i go otwo­rzył. Pośrodku miał wyciętą w stro­nach dziurę, w któ­rej spo­czy­wał okrą­gły, pła­ski kamień z otwo­rem w środku, w sam raz na mały palec. – Ukra­dłem to ojcu z biurka. To powinno ci dać poję­cia, jak bar­dzo się zde­gra­do­wał. Jest dosyć cenne. Jeśli przez to popa­trzysz, to amu­let prze­ciwko uro­kom. Myśla­łem, że wyko­rzy­stam go do spraw­dza­nia swo­ich kocha­nek, flam i hemi­de­mi­se­mia­mo­urs. Ale czy­stym przy­pad­kiem spoj­rza­łem w tamtą stronę i zoba­czy­łem ukryte drzwi.

– W tym domu jest pełno ukry­tych drzwi.

– Ale nie takich. – Fin­gol­finr­hod uniósł kamień do oka i zro­bił krok w kie­runku czę­ści biblio­teki poświę­co­nej prawu cywil­nemu. Książki roz­stą­piły się przed nim. – Połóż mi dłoń na ramie­niu, malutka. – Z każ­dym kro­kiem zapusz­czali się głę­biej w ciemne przej­ście. – Ja tylko cie­bie i ją w życiu kocha­łem. No… może w ostat­nich latach tro­chę też ojca. Ostat­nio w każ­dym razie dawało się go tro­chę polu­bić. Raz tak, raz nie.

– Rod­die, o czym ty w ogóle mówisz?

– Cier­pli­wo­ści, pchełko.

Prze­szli przez ciąg pomiesz­czeń pod sko­sami, istny gąszcz sta­rych mebli, ciem­no­ści i paję­czyn. Na ich widok ucie­kały nie­wi­dzialne stwo­rze­nia. Duch sowy zerwał się do lotu i prze­fru­nął przez ścianę. Zapusz­czali się w zapy­lony i cie­pły mrok głę­biej, niż to się Caitlin wyda­wało moż­liwe, aż uko­śny snop świa­tła z nie­spo­dzie­wa­nego świe­tlika uka­zał czer­wone drzwi się­ga­jące jej co naj­wy­żej do piersi. Po obu stro­nach miały okienka z koron­ko­wymi firan­kami i ser­dusz­kami wycię­tymi w okien­ni­cach. Obok drzwi rósł w tera­ko­to­wych donicz­kach grzy­bowy ogró­dek, nie­które grzyby były jak kar­ma­zy­nowe pufy upstrzone bia­łymi krop­kami, inne jak mię­si­ste maszty zwień­czone tocz­kami. Do ściany przy­bito ozdobne pier­ni­kowe pasy w kształ­cie odwró­co­nego V, aby suge­ro­wały spa­dzi­sty dach.

Fin­gol­finr­hod zastu­kał ener­gicz­nie.

Dup. Dup. Dup. Dup.

Po dłuż­szej chwili ciszy drzwi się otwo­rzyły.

Maleńka sta­ruszka o twa­rzy brą­zo­wej jak orzesz­nica, z oczyma jak guziczki i aure­olą wiech­cio­wa­tych bia­łych wło­sów stała pod­parta bal­ko­ni­kiem i mru­gała.

– Tak?

Na jej widok Caitlin padła na kolana. A i tak była wyż­sza niż Net­tle­sweet Under­wood.

– Oj, Net­tie, Net­tie, a ja myśla­łam, że ty nie żyjesz.

Net­tle­sweet była niańką Caitlin i Fin­gol­finr­hoda. Caitlin nachy­liła się i wzięła ją w obję­cia, z bal­ko­ni­kiem i wszyst­kim, deli­kat­nie, uwa­ża­jąc, aby ani tro­chę nie ści­snąć jej deli­kat­nych pta­sich kostek.

– Jaka duża uro­słaś – zachwy­ciła się Net­tle­sweet, gdy Caitlin ją w końcu puściła. – Jesteś jak góra.

Cze­goś takiego Caitlin jesz­cze nikt ni­gdy nie powie­dział. Potem dodała z wymówką:

– Fin-Fin! Co wy dwoje robi­cie na zewnątrz? Wchodź­cie mi do środka, i to już. Zro­bię her­batę.

Caitlin przy­kuc­nęła, aby wejść do pokoju Net­tie, i pochy­liła głowę pod fra­mugą. Fin­gol­finr­hod zgiął się nisko i prze­ci­snął pod drzwiami, wyglą­dało to tro­chę jak występ czło­wieka gumy, a tro­chę jak ori­gami. Krze­sła były dla nich zbyt małe, więc sie­dli na dywa­nie. Fin­gol­finr­hod skła­dał się wyłącz­nie z nóg i łokci, a Caitlin oparła się na jed­nej ręce, zło­żyw­szy kolana razem i obcią­gnąw­szy na nich wyima­gi­no­waną spód­niczkę, którą kie­dyś nosiła.

Przy her­ba­cie i ciast­kach Net­tle­sweet powie­działa:

– Wró­ci­li­ście, tak jak Fin-Fin obie­cy­wał. Co za rado­sny dzień! – Jej uśmiech był cie­pły jak miód na słońcu. – Popa­trz­cie tylko. Szczę­śliwe zakoń­cze­nie, tak jak w baj­kach. A takie mie­li­ście smutne dzie­ciń­stwo. – (Caitlin pokrę­ciła głową, choć bez prze­ko­na­nia). – A kie­dyś mówi­łam, że was ukradnę, żeby­śmy mogli sobie żyć jak skun­dlone feje w dziu­pli dębu głę­boko w lesie, żywiąc się rosą i żołę­dziami, i teraz to się pra­wie ziściło.

– Nie przy­po­mi­nam sobie, żebyś obie­cy­wała, że mnie wykrad­niesz – powie­działa Caitlin.

– Nie, cie­bie nie, Kati­boo. Ty byłaś szczę­śli­wym dzie­ciąt­kiem! Nie, ja mówię o bied­nym Fin-Finie. On był taki, taki samotny.

Caitlin ni­gdy wcze­śniej nie przy­szło do głowy, że dzie­ciń­stwo przy­rod­niego brata mogłoby być bar­dziej bole­sne niż jej wła­sne. Dowie­dziaw­szy się o tym teraz, poczuła się tak, jakby ktoś zabrał jej kolejną rzecz i dał jemu. Przy­po­mniała sobie, że on od czasu do czasu ucie­kał z domu – wtedy wyda­wało jej się, że to z nad­miaru ener­gii. Raz uciekł boso. „Czemu?” – zapy­tała potem. – „Żeby buty mnie nie pod­ka­blo­wały, to oczy­wi­ste” – odpo­wie­dział. Caitlin wytknęła mu darem­ność tego pod­stępu w sytu­acji, gdy wszyst­kie skały i drzewa w całej posia­dło­ści były tak zacza­ro­wane, aby poka­zy­wać poszu­ki­wa­czom, gdzie poszedł. Wtedy wyrwał jej lalkę, którą się bawiła, i cisnął ją do stawu z żabami. Woda zro­biła pan­nie Sop­pit coś takiego, że w nocy pła­kała i nie uspo­ka­jała się, choćby tulić ją cały czas, tak że Caitlin w końcu wsa­dziła ją do kufra ze sta­rymi ubra­niami w lamu­sie na pod­da­szu, żeby tam sobie szlo­chała nie­sły­szana, aż prze­klęty urok się wyczer­pie.

Wiele godzin prze­ga­dali we trójkę o nie­waż­nych spra­wach, aż Net­tle­sweet z eks­cy­ta­cji roz­bo­lała głowa i musiała się poło­żyć w ciem­nym pokoju „z wil­got­nym ręcz­ni­kiem na twa­rzy”, jak mówiła zawsze, kiedy miała potrzebę przy­jąć dys­kretną kobiecą szkla­neczkę lau­da­num.

I taką nutą zakoń­czyło się popo­łu­dnie.

Wra­ca­jąc do pokoju, Caitlin rzu­ciła z zasta­no­wie­niem:

– Czy to moż­liwe? – W dniu, kiedy nia­nia znik­nęła, ojciec obwie­ścił, że wyje­chała na wiej­ską farmę, któ­rej adresu ni­gdy się Caitlin nie udało z niego wydo­być. – Net­tie naprawdę przez tyle lat miesz­kała tu na stry­chu?

– O tak. Wdowa dzie­dziczka rzu­ciła na nią geis, nie pozwa­la­jący jej wyjść, a na kory­tarz urok, żeby­śmy ty i ja go nie zna­leźli – powie­dział Fin­gol­finr­hod. – Wszyst­kie bar­dziej zaawan­so­wane teo­rie wycho­wy­wa­nia dzieci mówiły, że silne przy­wią­za­nie do zaba­wek lub słu­żą­cych jest złe. Stara potwo­rzyca robiła po pro­stu to, co uwa­żała za słuszne.

***

Wró­cili z powro­tem przez zamek (a drzwi otwie­rały się przed nimi i zamy­kały), zeszli głów­nymi scho­dami, z któ­rych Caitlin jako dziecko nie wolno było korzy­stać, przez kaska­dowe stop­nie ze stor­czy­ków i dżun­glo­wych lian, gdzie tu migał im led­wie widoczny wodo­spad, a ówdzie kora­lowy wąż, weszli na pierw­sze pię­tro (gdzie znów przed nimi zapa­lały się lich­ta­rze, a za nimi gasły), aż wresz­cie Fin­gol­finr­hod skrę­cił w lewo, a ona w prawo, by prze­brać się na kola­cję. Na końcu dłu­giego kory­ta­rza był pokój, w któ­rym dora­stała. Trzeba byłoby mieć oko znawcy, by dostrzec, że wszystko w nim jest w gor­szym gatunku w porów­na­niu z wypo­sa­że­niem reszty domu. Lecz Caitlin wycho­wano tak, aby tę róż­nicę znała.

Na łóżku roz­ło­żono dla niej suk­nię nie­wiele gor­szą od tej, którą miała zało­żyć wdowa dzie­dziczka. Caitlin prze­brała się w nią. Dotknię­ciem palca otwo­rzyła szka­tułkę z biżu­te­rią i zaczęła grze­bać w bro­szach, bran­so­le­tach i tia­rach, w więk­szo­ści już nie­na­da­ją­cych się dla damy w jej wieku. Nagle zoba­czyła zega­rek Car­tiera – Tank Américaine z bia­łego złota – który dostała od ojca za przy­ję­cie do Aka­de­mii. Przy­pad­kiem czy celowo, był to jedyny raz, gdy coś dostała, kiedy Rod nie dostał jed­no­cze­śnie o wiele droż­szego pre­zentu.

Kiedy go pod­nio­sła, ogniwo bran­so­lety, które zbie­rała się napra­wić, odkąd Fin­gol­finr­hod, rżąc jak osioł, zerwał jej zega­rek z ręki i wci­snął na wła­sny prze­gub, pocią­gnęło za sobą minia­tu­rowe krze­sełko.

Caitlin roz­plą­tała te dwie rze­czy. Krze­sełko było odpo­wied­niej wiel­ko­ści dla myszy, gdyby myszy były dwu­no­gie i zdolne do stwo­rze­nia cze­goś tak wymyśl­nego. Wyko­nane było z dru­cia­nej klatki na korek od szam­pana, z odwró­co­nym folio­wym zakoń­cze­niem, wypeł­nio­nym hafto­waną jedwabną poduszką wypchaną puchem dmu­chawca. Zro­biły ją oczy­wi­ście lili­puty, jedna z małych paso­żyt­ni­czych ras żyją­cych w ścia­nach takich posia­dło­ści i żywią­cych się reszt­kami i okrusz­kami ludzi, będą­cych dla nich jak tytani.

Kiedy była mała, lili­puty fascy­no­wały ją i zosta­wiała im okru­chy cia­sta przy listwach przy­po­dło­go­wych. Marzyła, że któ­re­goś dnia uda jej się z któ­rymś zaprzy­jaź­nić. Lecz poza rzad­kimi mignię­ciami po kątach i oka­zjo­nalną utratą grze­bie­nia lub co mniej­szego dia­mentu wydłu­ba­nego z zosta­wio­nego na noc­nym sto­liku pier­ścionka („Bo trzeba było je trzy­mać pod klu­czem, jak myślisz, po co jest szka­tułka na biżu­te­rię?” – mówiła wtedy lady Sans Merci) ich poja­wia­nie się było ulotne i ukrad­kowe. Spo­ra­dycz­nie sły­szała, jak któ­ryś prze­myka za ścianą, wywo­łu­jąc dźwięk osy­pu­ją­cych się kamy­ków. Nato­miast okru­chy ciast robiły się twarde i słu­żący je sprzą­tali.

Potem któ­re­goś dnia, gdy była nasto­let­nia, kiedy roz­bie­rała się do łóżka, odwró­ciła się nagle, pochwy­ciw­szy kątem oka jakiś nie­znaczny ruch. Na jej toa­letce, na krze­sełku, które musiał przy­nieść ze sobą, sie­dział porząd­nie ubrany młody lili­put i patrzył wprost na nią. Spodnie miał roz­pięte, dło­nie na kola­nach. Walił konia.

Cisnęła w niego kap­ciem z taką siłą, że gdyby nie znik­nął w boaze­rii, zanim dole­ciał, na pewno by go zabił. Potem, wciąż wście­kła, licząc, że lili­puci rodzice uka­rzą go za tę stratę, cisnęła krze­sełko do szka­tułki na biżu­te­rię i ją zamknęła. Roze­brała się potem po ciemku i robiła tak jesz­cze długo, póki matka nie zawo­łała firmy tępi­cieli, żeby ich wszyst­kich zaga­zo­wali.

Wsa­dziła zega­rek do walizki. Odda go do naprawy, kiedy wróci do bazy.

Dokład­nie w tym momen­cie roz­le­gło się sześć nie­mal jed­no­cze­snych wrza­sków, gło­śniej­szych niż krzyki i mniej koją­cych niż syreny alar­mowe. Roz­darły powie­trze, tak że Caitlin zatkała uszy dłońmi, a ściany zafa­lo­wały jak kotary na nagłym wie­trze.

Oczy­wi­ście ban­shee.

Wró­ciła cisza. A w tej ciszy roz­legł się dzwon zwo­łu­jący rodzinę na kola­cję.

***

Wdowa dzie­dziczka Sans Merci wpły­nęła do sali, nie zaszczy­ca­jąc spoj­rze­niem ani Caitlin, ani Fin­gol­finr­hoda. Była po kró­lew­sku wysoka i po cesar­sku smu­kła. Była także stara, nie­za­prze­czal­nie, choć jej twarz z wie­kiem nabrała tajem­ni­czo­ści cywi­li­za­cji, która zagi­nęła w cza­sie i jest znana tylko z pogło­sek. Usia­dła przy stole, a w ślad za nią reszta. Nie­wi­dzialne dło­nie nalały wina.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki