Marianna - Magdalena Wala - ebook + książka

Marianna ebook

Magdalena Wala

4,3

Opis

Co zrobić, gdy grają werble, młoda krew wre, a zapaleńcy gotują się do walki?
Podczas gdy wszystkie zwyczajne kobiety przygotowywały swoich mężów i synów do powstania listopadowego, Marianna, nad zwyczaj charyzmatyczna i odważna, postanowiła, że zamieni koronki na mundur i sama wyruszy na bitwę. Nie było takiej siły, która mogłaby zatrzymać młodą dziewczynę. Gdy jednak bój nic nie dał, a rodzinie grozi konfiskata dóbr czy nawet przyśpieszony wyjazd na Sybir, trzeba poświęcić się po raz kolejny.
Marianna nie ma wyboru – jak najszybciej musi wyjść za mąż. Upatrzony kandydat w zasadzie ma wszystko – jest bogaty, młody, utytułowany i – co najważniejsze – rozpaczliwie poszukuje żony. No właśnie… Nie zbyt piękne, aby było prawdziwe?
Przed młodą dziewczyną wiele wyzwań. Będzie musiała odnaleźć się w świecie salonowych spisków i nie ulec grze pozorów…
XIX-wieczny świat intryg i baśniowej miłości. Czy dasz się do niego wciągnąć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (80 ocen)
39
31
6
3
1

Popularność




Copyright © Magdalena Wala, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

Redaktor prowadząca: Klaudia Bryła

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Paulina Wierzbicka

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografia na okładce: Lee Avison/arcangel.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2016

eISBN 978-83-7976-444-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Karoli i Kat

Prologpierwszy

Pewne słowa muszą być wykrzyczane, by stały się prawdziwe. Są jednak sytuacje, w których krzyczeć nie wolno.

Stał na środku pomieszczenia i obserwował kamienną płytę, która przy przesuwaniu wydawała nieprzyjemny, głuchy odgłos. Czuł przytłaczający żal, ale gdzieś pośród szalejących w nim emocji pojawiło się coś, co przypominało ulgę. Jednak to uczucie, zwłaszcza w tych okolicznościach, tak samo jak krzyk, wydawało się nie na miejscu.

W krypcie. Na pogrzebie. Gdzie był jednym z głównych żałobników.

A jednak, w odróżnieniu od reszty rodziny, tłum zgromadzonych z tyłu mężczyzn unikał go. Wystrzegali się podania ręki, dotyku, słowa czy nawet spojrzenia. Tak jakby złożenie wyrazów współczucia mogło ich w jakiś sposób narazić na jego nieszczęście lub może nawet spowodować zesłanie klątwy.

Wiedział, że szepczą, zastanawiają się, spekulują. Zwłaszcza w zaciszu domowym, gdzie ich małżonki głośno wyrażają swoje teorie i nie kryją uprzedzeń. O jego domu nigdy nie powiedziano by, że był miejscem wytchnienia. Ani ciepła. Chyba jak nikt inny zdawał sobie sprawę, że prawdziwy dom może stworzyć jedynie odpowiednia kobieta. Cóż, ta, której ciało znajdowało się za kamienną płytą, nigdy taka nie była, a on przekonał się o tym zdecydowanie za późno.

W podziemiach było zimno. W swoim czarnym surducie i płaszczu odczuwał niemiły chłód. Nie lubiła zimna, pomyślał, jednak musi ją tu zostawić. A mogła jeszcze żyć. Gdyby tylko była posłuszna. Gdyby tylko zachowywała się jak na dobrą żonę przystało. Gdyby…

A tak skończyła tutaj. W zimnie. Przedwcześnie.

Miała zaledwie dwadzieścia lat.

A on? Obiecał sobie, że zostanie sam. Każde inne rozwiązanie było niewyobrażalne.

Przecież był winny jej śmierci.

Prologdrugi

Marianna zamknęła książkę. Zza drzwi dobiegały kolejne chichoty. Miała wrażenie, że jako jedyna usiłuje skupić się na zadanej przez zakonnice lekturze. Wszystkie pozostałe panny zebrały się w pokoju obok u Klementyny Roszkowskiej, by wysłuchać jej relacji z pobytu w mieście u rodziców. Siedemnastoletnia blondynka przygotowywała się do opuszczenia szkoły i spełnienia swego najskrytszego marzenia, czyli szybkiego wyjścia za mąż.

Kandydat na męża, według Klementyny, musiał być przede wszystkim bogaty. Bogaty i hojny dla żony. Gdyby okazał się jednak ideałem – czyli mężczyzną majętnym i posiadającym przynajmniej tytuł barona – cel życia panny zostałby spełniony. Inne cechy kandydata, jak na przykład jego charakter, wygląd czy nawyki były nieistotnymi drobiazgami, pomyślała z przekąsem Marianna.

– I wtedy upadła na ziemię moja chusteczka, a obaj panowie rzucili się, by ją podnieść i mi wręczyć.

Odpowiedziało jej pełne zachwytu westchnienie pensjonarek.

– Każdy złapał za jeden róg chustki i spierali się, któremu przypadnie zaszczyt podania mi jej – zachichotała. – Potem zaczęli wyrywać ją sobie z rąk i w końcu porwali na strzępy.

– Ooooooooo – rozległ się pełen zawodu, chóralny jęk.

Marianna przewróciła oczami i znów otworzyła książkę Hoffmanowej. Starała się skupić na czytaniu. Miała nadzieję, że opowiadanie na tym się skończy i panienki wrócą do lekcji. Niestety, Opatrzność była zbyt zajęta, by wysłuchać modlitw Marianny. Klementyna bowiem zrobiła efektowną pauzę, po czym wypaliła jak z armaty:

– I wtedy pan Radziszewski wyzwał pana Janowskiego na pojedynek w obronie mojej czci i honoru!

– Achhhhhhhhhhhh! – tym razem pokój wypełniły piski zachwytu.

Chyba by pomścić poszarpaną chustkę, pomyślała ironicznie Marianna, zamykając po raz kolejny książkę. Po tej informacji dziewczęta na pewno się nie uspokoją i nie wrócą do nauki. Będą chciały poznać wszystkie szczegóły – zgromadzenie bezkrytycznych naśladowczyń o inteligencji kurcząt.

– Jak?

– Kiedy?

– Kto wygrał?

– Czy któryś poległ?

Marianna stanęła w progu. Pojedynki w momencie, kiedy w Warszawie wybuchło powstanie, a cara zdetronizowano. Kiedy rozpoczęła się wojna. Każdy mężczyzna zdolny do walki powinien wspomóc szczytny cel, a nie trwonić zdrowie w bezsensownych pojedynkach. O chusteczkę!

Klementyna w nocnej koszuli i kaftaniku z triumfującą miną siedziała na swoim łóżku, otoczona przez koleżanki, które rozsiadły się na łóżkach i na podłodze u jej stóp. Ich twarze wyrażały takie uwielbienie, jakby Klementyna sama była jakąś władczynią. Cieszyła się największą popularnością wśród wszystkich liczących się panien. Włączając w to nawet zadzierającą nosa Mariannę Pawłowską. Matka Klementyny zawsze twierdziła, że kobieta nie może być za mądra, bo to tylko przeszkadza w dobrym zamążpójściu. A Marianna za taką się uważała i w efekcie zostanie starą panną. Ma już skończone osiemnaście lat, a rodzice trzymają ją dalej w klasztorze… Nie bez przyczyny…, uśmiechnęła się do siebie Klementyna, po czym rozpoczęła opis swojego największego triumfu.

– Dwa tygodnie temu walczyli na szable. Tak gwałtownie, że w ferworze walki pan Janowski prawie stracił oko, gdy pan Radziszewski usiekł go przez twarz.

Panny wydały z siebie westchnienia pełne zgrozy.

– Potem pan Radziszewski udał się do moich rodziców z prośbą o udzielenie pozwolenia na składanie mi wizyt.

Kolejny grupowy wybuch entuzjazmu, pomyślała zirytowana głupotą pensjonarek Marianna. Tak jakby Klementyna była pierwszą kobietą, która spodobała się mężczyźnie.

– Masz starającego się!

Klementyna uśmiechnęła się z wyższością.

– Moi rodzice preferowali pana Janowskiego, który jest człowiekiem majętnym. Ale teraz, kiedy został oszpecony, nie będą ode mnie wymagać, bym za niego poszła – oświadczyła z godnością. – Szybko znajdzie się tuzin innych, lepszych kandydatów. Co do pana Radziszewskiego, to z przykrością musieli mu odmówić, pomimo że jest przystojny i świetnie włada szablą. Jego majątek to ruina, a on sam jest zmuszony utrzymywać się dzięki pracy. Mój posag nie przepadnie, by ratować jakiś mająteczek gdzieś na końcu świata.

Niektóre z panien zacmokały z oburzeniem. Praca dla szlachcica oznaczała deklasację. Taki, który nie umiał utrzymać dworu, nie nadawał się na kandydata na męża. Może też, o zgrozo, wymagałby od żony, by prowadziła mu dom! Jak służąca jakaś. Bez możliwości brylowania w salach balowych i na przyjęciach. Bez setek modnych strojów i pięknej biżuterii. Bez służby, która spełniałaby wszystkie zachcianki. Bez czasu na czytanie francuskich romansów. Bez widoków na wygodne życie. Potworność.

– Lada dzień będzie musiał ogłosić bankructwo – Klementyna uśmiechnęła się szeroko, widząc Mariannę stojącą w drzwiach. – Zupełnie tak jak i rodzina Pawłowskich! – rzuciła radośnie.

Panny, wpatrzone w Klementynę jak w obrazek, nie zauważyły Marianny nagle zmartwiałej w progu.

– Dlatego nadal siedzi w szkole?

– Ma wstąpić do zakonu?

– Zlicytowano ich majątek?

Ze wszystkich zakątków pokoju rozległy się szepty podekscytowanych dziewcząt. Jedna z nich ma zostać starą panną lub w najlepszym razie zakonnicą! Bo przecież żaden szanujący się kawaler nie weźmie ubogiej żony.

– Marianna nadaje się już jedynie do zakonu. Zobaczycie za parę dni, jak tylko dotrą wieści o przejęciu majątku Pawłowskich przez wierzycieli, będzie nam usługiwać tak, jak każda inna postulantka. Co do bankructwa to słyszałam, że pan Pawłowski przegrał większość posagu żony. Za to, co zostało, posłał syna na studia prawnicze do Wiednia. Obie panny Pawłowskie nie otrzymają więc od ojca jakiegokolwiek posagu. Tylko dworu chyba jeszcze nie zlicytowano – z zawodem dodała Klementyna.

– Może Krasińscy im pomogą – wyraziła wątpliwość jedna z panien. – Wyposażą ją, tak by mogła jednak wyjść za mąż.

Klementyna skrzywiła się. Pochodzenie Marianny było dla panny Roszkowskiej solą w oku. Koleżanka mogła poszczycić się pokrewieństwem po kądzieli z magnacką rodziną Krasińskich, więc była z nich wszystkich najlepiej skoligacona. No ale w obliczu bankructwa rodziny nawet pochodzenie nie pomoże. Najważniejsze jest choćby zachowanie pozorów bogactwa. Gdy tego braknie…

– Matkę Marianny wydziedziczył ojciec. Mało prawdopodobne, aby teraz otrzymała pomoc. Takie jak ona to panowie chcą, ale na kochanicę wziąć! – z zadowoleniem obserwowała, jak na twarzach panien pojawia się groza. Po tej informacji Marianna jest skończona w szkole. Jest nikim. Klementyna postanowiła podzielić się z wielbicielkami jeszcze jedną fascynującą wiadomością. – Poza tym podsłuchałam, jak moja matka mówiła pani Kuśniewiczowej, że pani Eliza z Krasińskich Pawłowska wskutek ciągłej nieobecności małżonka sama pól dogląda i chłopów pilnuje.

– I jest przyjmowana w takiej sytuacji? – rozległ się wyrażający święte oburzenie głos jednej z pensjonariuszek.

Rozbrzmiały następne pełne niedowierzania chichoty. Marianna obróciła się na pięcie i pomaszerowała do biblioteki. Posiedzi tam z godzinkę i pomyśli w spokoju, co ma dalej robić.

Źle się stało, że Szymon, zamiast zaciągnąć się do wojska, wyjechał do Wiednia. Ale jej brat nigdy nie przeciwstawił się ich dominującemu ojcu. Ona obecnie dla rodziny stała się ciężarem. Panna na wydaniu bez żadnych widoków na małżeństwo. Ale jeśli Polska odzyska niepodległość, wszystko może się odmienić. Ojciec odzyska majątek skonfiskowany dziadkowi przez Rosjan za jego udział w wojnie u boku Napoleona. Rzeczpospolita zostanie wyzwolona od znienawidzonych Moskali. Szkoda tylko, że Szymon… Ale przecież słyszała o Platerównie.

Na razie postanowiła jednak czekać na wieści z domu. Może to tylko plotki zawistnej Klementyny.

Rozdział pierwszy

Nareszcie dotarła do domu. Drewniany dworek majaczył w ciemnościach, oświetlany przez światło księżyca przedzierające się zza chmur. Otaczające go drzewa, rzucające na niego długie cienie, potęgowały upiorne wrażenie, jakie wywoływał duży, ciemny budynek. Marianna czuła jednak ulgę. Dwór był cały, niezdewastowany, jak to często bywało po przemarszu wojsk rosyjskich, które przewalały się po kraju w poszukiwaniu ostatnich oddziałów powstańczych. Światło księżyca oświetliło niewybite szyby, nie wyczuła też żadnego fetoru rozkładających się ciał czy swądu spalonego drewna. Odetchnęła głęboko. Najprawdopodobniej jej rodzina była bezpieczna. Najprawdopodobniej… bo dwór mógł zostać skonfiskowany i wraz z włościami oddany innej, lojalnej wobec cara rodzinie. Lub też wykupiony przez rosyjskich dorobkiewiczów wskutek bankructwa ojca. Zastanowiła się, co dalej robić. Poczekać do świtu i sprawdzić, czy dom był nadal zamieszkany przez rodzinę, czy też zaryzykować i włamać się do środka? Druga opcja była dla niej bardziej niebezpieczna, ale również gwarantowała, że nikt jej nie rozpozna podczas dnia, narażając tym samym jej najbliższych na niebezpieczeństwo szykan ze strony Rosjan. W końcu była groźnym, poszukiwanym przez władze przestępcą. Powstańcem.

Zastanawiała się przez dłuższą chwilę, ostatecznie wyczerpanie i głód zdecydowały za nią. Postanowiła zaryzykować. Wspięła się na starą gruszę, której gałęzie sięgały okien jej dawnej sypialni. Jako dziecko nie raz wymykała się z domu i wracała tą właśnie drogą. Okno jej sypialni miało poluzowane klamki i wystarczyło lekkie szarpnięcie, by je otworzyć i wejść do środka. Zapomniała tylko o jednym. Jako dziesięciolatka, przed wysłaniem do szkoły klasztornej, była dużo lżejsza. Zachwiała się i przywarła do pnia. Droga na dół wydawała się daleka, a Marianna zdawała sobie sprawę, że w razie upadku będzie także bolesna. Nadszedł czas na męską decyzję. Uśmiechnęła się sama do siebie, bo do takich ostatnio była przyzwyczajona. Postanowiła podjąć ryzyko i ostrożnie przesuwała się po gałęzi w stronę ściany, z całych sił trzymając się konaru rosnącego powyżej. Gałąź na której stała, lekko się pod nią uginała i zaczynała niebezpiecznie trzeszczeć, więc balansując ciałem, szybko wczepiła palce w drewnianą ościeżnicę. Szarpnęła raz, potem drugi, aż w końcu okno ustąpiło i otwarło się z lekkim zgrzytem. Oddychając z ulgą, usiadła na parapecie, przełożyła nogi na drugą stronę i zeskoczyła. Prawie zaczęła krzyczeć, ponieważ nie wylądowała na drewnianym parkiecie, ale na łóżku. A właściwie rozłożyła się na śpiącej wcześniej, a teraz gwałtownie przebudzonej i miotającej się osobie.

– Marianno, to ty? – jęknął kobiecy głos.

– Matulu! – głos Marianny zabrzmiał jak huk w ciszy, w której pogrążony był dwór. Zaraz potem jej usta przykryła ręka matki.

– Ciii – szepnęła – bo obudzisz domowników. – Eliza kurczowo przytuliła córkę i zaczęła szlochać. – Dziecko, myślałam, że nigdy więcej nie ujrzę cię żywej. Gdy Teresa znalazła twoją wiadomość… A potem brak wieści… Tak się cieszę, że jesteś cała. Dziękuję Najświętszej Panience, że nic ci się nie stało!

Marianna pokiwała tylko głową. Matka w końcu odsunęła się od niej, wstała z łóżka, podeszła do stolika i szybko zapaliła woskową święcę stojącą na srebrnym świeczniku. Trzymając ją, zbliżyła się ponownie do łóżka. Na widok Marianny wciągnęła głośno powietrze. Jej cudowna córka wyglądała koszmarnie. Zapadnięte, umazane brudem policzki, spierzchnięte wargi, obcięte na krótko ciemne włosy, poranione, obwiązane szmatami stopy, wychudzone ciało ubrane w brudny, podarty chłopski strój. Męski strój złożony z płóciennych koszuli i portek! We wrześniu!

– Ukrywałam się w lasach, nocami szłam do domu. Tak było bezpieczniej – szybko wyjaśniła Marianna, widząc przerażenie matki. – To dla niepoznaki, bo w mundurze nie zaszłabym za daleko. Wszędzie mnóstwo Moskali.

– Czekałam tu na ciebie – Eliza odstawiła świecę na stolik, podniosła talerz z tacy i ruszyła w stronę córki. – Jedz! – przykazała.

Marianna wgryzła się w chleb i porwała z talerza gruby plaster szynki. Raz dwa naczynie było puste. A jeszcze rok temu nie wiedziała, co to głód. W lasach za strawę służyły jej jagody i orzechy. W napotkanych sadach podkradała jabłka i gruszki. Nie ośmieliła pokazać się ludziom i poprosić o jedzenie.

Matka zadowolona, że córka opróżniła talerz, podała jej wodę do popicia, po czym kontynuowała:

– Niby jest bezpiecznie, a służbie można ufać, ale… Trzy tygodnie temu wrócił Konstanty Komorowski. Też w przebraniu, nocą, o jego powrocie wiedziała tylko najbliższa rodzina i służba. Dwa dni później pojawiło się wojsko, aresztowało Konstantego, a rodzinę wyrzucono z dworu w tym, co mieli na grzbiecie. Ojciec Konstantego padł rażony apopleksją. Pochowali go w Jużyntach za zgodą Weyssenhoffów. Gubernator zarządził konfiskatę majątku, więc Aldona Komorowska wraz z córkami udała się do brata. Podobno nakaz był dawno gotowy, wojsko czekało tylko na powrót Konstantego.

– A co z Konstantym? – Marianna świetnie pamiętała niebieskookiego, ciągle śmiejącego się młodego mężczyznę.

– Na ciężkie roboty kibitką go wywieźli. Nie wiadomo, czy zobaczymy go jeszcze żywego.

Marianna zdawała sobie sprawę, że będzie musiała opuścić dom. Nie mogła rodziców, brata i młodszej siostry narażać na taki los. Jej rodzina nie miała krewnych, do których mogłaby się udać. Po tym, jak matka wbrew woli rodziców i ustalonemu wcześniej małżeństwu zdecydowała się wyjść za mąż za szlachcica bez majątku, stała się obca we własnym domu. Dziadek Krasiński przepowiedział matce, że Henryk Pawłowski żeni się tylko dla jej posagu, który szybko roztrwoni. Zakochana Eliza nie chciała słuchać rad ojca, oczarowana wizją bycia żoną napoleońskiego oficera. Kazimierz Krasiński wyrzekł się krnąbrnej córki po tym, jak przekazał Pawłowskiemu jej posagowe dobra w Różance. Dopiero po ślubie okazało się, że to nie Henryk, a jego starszy brat Ignacy wraz ze swoim ojcem walczyli u boku Cesarza. Henryk zbyt sobie cenił wygody, aby godzić się na trudy żołnierskiego życia. Poślubiając Elizę, dostał to, co chciał, a Eliza musiała spać tak, jak sama sobie pościeliła.

Marianna poderwała gwałtownie głowę, kończąc rozważania. Jej palce zacisnęły się na dłoni matki.

– A jeśli na mnie też czekają…

Pani Pawłowska pokręciła głową. Rumieniec gniewu oblał jej policzki.

– Mało prawdopodobne. Przez jakiś czas chodziły plotki, że młodzieńca bardzo podobnego do ciebie widziano pod Mankuniami. Jedna z twoich koleżanek natomiast rozgłosiła, że uciekłaś z mężczyzną. Twój ojciec – wysyczała – zamiast zdementować te pogłoski, postanowił siedzieć cicho w obawie przed Moskalami. Zamiast bohaterki zrobił z ciebie ladacznicę. Po tym przez jakiś czas nie byliśmy nigdzie przyjmowani. Gdy synowie innych rodzin przyłączali się do powstania i ginęli, ojciec wysłał Szymona na studia do Wiednia. Rozalię ściągnął z klasztoru i wynajął jej rosyjską guwernantkę! Teraz nie pokazuję się publicznie, bo zamiast chlubić się córką, nie umiem innym spojrzeć w oczy.

To na pewno zazdrosna Klementyna była źródłem tych plotek. Marianna odetchnęła z ulgą. Ją skompromitowano, ale w ten sposób jej rodzina była bezpieczna.

– Twój ojciec uważa, że zniszczyłaś jego wielkie plany wydania cię bogato za mąż. A raczej sprzedania temu, kto da mu najwięcej – uściśliła z pogardą. – Miał nawet kilku kandydatów – samych Rosjan, bo polscy szlachcice byli dla niego zbyt ubodzy!

Marianna wiedziała, że jest ładna. Niektórzy nawet uważali, że piękna, choć widząc ją w jej obecnym stanie, nikt już by tak nie twierdził. Ale małżeństwo z Rosjaninem… Po okropieństwach wojny, które widziała, chyba wolałaby zesłanie na Syberię.

– Więc czekałam tu na ciebie, modląc się, byś wróciła nocą, wspinając się po gruszy, jak to robiłaś w dzieciństwie.

Matka nalała do miednicy wodę, wzięła myjkę i zaczęła obmywać z brudu twarz córki.

– Ściągnij te szmaty – nakazała.

Marianna szybko rozebrała się, a Eliza tylko uniosła brwi na widok płóciennych pasów otaczających jej klatkę piersiową.

– Nie przypuszczałam, że może istnieć rzecz bardziej niewygodna niż gorset. W tym czuję się, jakbym miała gors ściśnięty żelazem, a żebra tak bolą, że spanie jest praktycznie niemożliwe. I nie da się przyzwyczaić. Ale z drugiej strony w wojsku uchodziłam za chłopca i to był konieczny środek bezpieczeństwa. Zazdrościłam Emilii Plater czy Antoninie Tomaszewskiej, które walczyły, nie ukrywając swojej płci. Ja byłam na to zbyt wielkim tchórzem… – wzięła od matki myjkę i zaczęła się obmywać, ściągnąwszy pasy. – Przydałaby mi się kąpiel… – mruknęła.

Po tym, jak skończyła szybkie ablucje[1], matka podała jej koszulkę, halkę, kaftanik, pończochy oraz pantofelki, które Marianna kolejno zakładała przy jej pomocy.

– Mimo, że nikt nie łączył cię z powstaniem, twój powrót tak zaraz po ewakuacji wojsk polskich może być podejrzany. Poza tym te krótkie włosy. Natasza Iwanowna raz na ciebie spojrzy i będzie pisać donos. Na razie ukryję cię na strychu. Zawczasu przygotowałam tam dla ciebie kącik. Napiszę też do Teresy. Miałam nadzieję, że będziesz mogła znaleźć azyl w klasztorze.

Wychodziło na to, że dobrze się maskowała i dzięki temu jej rodzina była bezpieczna. A ukrywać się musi przed własnym ojcem. I rosyjską guwernantką.

– Nie mogę wrócić do klasztoru. Za dobrze mnie tam znają. Ciocia Teresa może być ksienią, ale będzie musiała mnie wydać ojcu, jeśli on tego zażąda.

– Nie u benedyktynek. Jako przełożona klasztoru Teresa ma rozliczne kontakty i ufa przeoryszy klarysek w Wilnie, gdzie zamierzam cię wysłać.

– Nie sądzę, bym była szczęśliwa za klauzurą – dla Marianny pobyt w takim klasztorze nie różnił się niczym od przebywania w więzieniu.

Matka uśmiechnęła się.

– Wiem, to tylko chwilowe miejsce. Obecnie koresponduję z moją przyjaciółką z młodości mieszkającą w okolicach Lwowa. Gdy tylko wszystko ustalimy, zamierzam cię do niej wysłać. W Austrii będziesz bezpieczniejsza, zwłaszcza gdyby kiedyś wyszła na jaw twoja powstańcza przeszłość. No, ale za niedługo będzie świtać, lepiej udajmy się na górę.

Stała na polu bitwy. Wokół unosił się dym z dział, które grzmiały właściwie bez przerwy. Dlaczego tu się znalazła? Przecież dziś wróciła do domu, była bezpieczna… Rozglądała się wokół, opary rozwiały się, odsłaniając równinę usłaną ciałami w niebieskich mundurach z żółtymi lampasami. Tak wielu, wielu poległych, jej przyjaciół leżących w błocie czerwonym od krwi… ich martwe oczy wpatrywały się w nią oskarżycielsko. „Dlaczego jestem martwy, podczas gdy ty ciągle oddychasz?”, pytały. Nagle dostrzegła przed sobą ruch. Moskale w niebiesko-białych mundurach gotowali się do strzału. Setki żołnierzy kierowało swoje karabiny w jej kierunku. Rozglądała się za bronią, za czymś, co dałoby jej choćby niewielką szansę obrony, ale nie miała nic takiego przy sobie. Tymczasem wrogi oficer gwałtownie opuścił szablę, broń z hukiem wypaliła, a ona sparaliżowana mogła tylko bezsilnie patrzeć na unoszące się kłęby dymu, wiedząc, że za chwilę uderzą w nią kule, które rozerwą na strzępy jej ciało. Nie mogła się uchylić, nie mogła paść na ziemię. Otworzyła usta do krzyku…

Obudziła się z dziko walącym sercem. Jej dłonie były chłodne, ciałem z zimna wstrząsały dreszcze, a po plecach wolno spływały lodowate krople potu. Koszmar powrócił…

Kolejne dni mijały spokojnie. Matka przynosiła jej w nocy tacę z zapasami żywności na cały dzień, a Marianna odpoczywała i powoli odzyskiwała siły. W dzień, w odpowiedzi na każdy szmer, podskakiwała nerwowo. Uspokajała się tylko w obecności matki. Wieczorami, gdy wszyscy poszli spać, zmęczona całodniową pracą matka przychodziła odwiedzić Mariannę.

Tak było i tego wieczoru, gdy siedziały objęte na strychu na posłaniu Marianny.

– Dlaczego ojciec nie zwolnił guwernantki? I swojego kamerdynera? Ty musisz obywać się bez panny służącej, bez ochmistrzyni. Większość pokojówek nie pracuje, a zastąpiły je niedouczone dziewki ze wsi.

Eliza odetchnęła i rzekła:

– Dla ojca liczą się pozory. Dopóki wyciśnie każdą kopiejkę z majątku, będzie mógł jechać do miasta i tam zachować fasadę bogactwa. Nie może więc zwolnić kamerdynera. Co do guwernantki – ojciec traktuje ją jak inwestycję, pokazując panoszącym się Moskalom swoją lojalność – dodała gorzko.

Jak mógł, zwłaszcza w tych trudnych i dla nich, i dla narodu czasach, choćby myśleć o zabawie! I pozwalać zapracowywać się żonie, myślała buntowniczo Marianna.

– Udało mi się zorganizować twój wyjazd – zmieniła temat Eliza Pawłowska. – Jutro w nocy wyjdziesz oknem z dworu, przejdziesz do końca alei prowadzącej do głównej bramy, a tam będzie czekała Teresa w powozie. Przygotowała dla ciebie habit nowicjuszki. Pojedziecie razem do Wilna. Jak tylko dostanę list z odpowiedzą od przyjaciółki, wyjedziesz z kraju.

Więc to już. Pora na rozstanie ze wszystkim, co było jej drogie. Ale nie mogła powiedzieć, by żałowała swojego wyboru. W głębi duszy czuła, że postąpiła właściwie.

– Będzie chciała mnie zatrudnić jako pannę do towarzystwa?

Matka dziwnie spojrzała na Mariannę.

– Pannę do towarzystwa? Nie, kochanie. Ona poszukuje synowej.

– Mam wyjść za mąż? – wykrzyknęła Marianna, po czym natychmiast zasłoniła usta dłonią. Głos podczas ciszy nocnej niósł się daleko. A w domu było wiele ciekawskich par uszu… Zaczęła szeptać gorączkowo. – Przecież ja nic nie wiem o synu twojej przyjaciółki, a poza tym jestem zrujnowana. Te wszystkie plotki… i na dodatek bez posagu! Żaden przyzwoity mężczyzna mnie nie zechce…

Matka pokręciła głową.

– Kochanie, Lwów jest daleko, a twój ojciec wbrew temu, co o sobie myśli, nie jest nikim ważnym. Choć czasem ma złudzenia, że jest zupełnie inaczej. Gdyby nie to, że razem z Elżbietą chodziłyśmy do szkoły, nie byłoby mowy o tym małżeństwie. Michał musi znaleźć nową mamę dla swojej córeczki, a w okolicy nie ma nikogo odpowiedniego. Na dodatek teraz spora cześć arystokracji udała się na emigrację, a Austriaczka nie wchodzi w grę. Gdy Elżbieta zorientowała się, że poszukuję dla ciebie męża, to obie stwierdziłyśmy, że to palec boży. Poza tym w przyszłości, jako hrabina Sierawska, będziesz mogła zaaranżować dobre małżeństwo siostrze. I pomóc bratu.

Jej małżeństwo mogło znacząco poprawić byt rodziny, ale Mariannie nie podobał się pomysł sprzedania się obcemu mężczyźnie. Wolała własną pracą polepszyć ich los. I dopiero wtedy wyjść za tego, kogo będzie kochać. I kto może ją pokocha pomimo szpetnej w oczach szlachty przeszłości.

– Ale ja nie chcę wyjść za mąż. A już na pewno nie za obcego – postanowiła zaprotestować.

Pani Pawłowska niezadowolona zmarszczyła brwi.

– Posłuchaj mnie uważnie – rozpoczęła stanowczo. – Losem każdej kobiety jest złożyć śluby. Wyjścia są dwa: albo złożysz je Bogu, albo mężowi. Nie sadzę, abyś ze swoim zamiłowaniem do przygód była szczęśliwa za klasztorną furtą. Od dziecka bywałaś nieposkromiona i nawet częste lania, które brałaś od ojca, nie złamały twojego ducha. Inaczej dalej siedziałabyś w klasztorze, przygotowując się teraz do ślubu z którymś z wybranych przez niego Rosjan. I na pewno nie ruszyłabyś zaciągnąć się do oddziału powstańczego. Na dodatek teraz, kiedy tylu mężczyzn zginęło lub zostało wywiezionych… Wiele panien czeka staropanieństwo i pobyt na łaskawym chlebie u rodziców, a potem rodzeństwa.

Marianna otworzyła usta, by zaprotestować.

– Tak, wiem, co chcesz mi powiedzieć. Marzy ci się małżeństwo z miłości, takie jak opisują w romansach.

Córka kiwnęła głową, a matka uśmiechnęła się gorzko.

– Cóż, na moim przykładzie możesz zobaczyć, jak kończy się małżeństwo z miłości i brak szacunku do rad rodziców. Obydwoje mnie ostrzegali, ale ja byłam mądrzejsza – zaśmiała się cynicznie. – Nie pozwolę, byście ty albo Rozalia, goniąc za mrzonkami, zniszczyły sobie życie. Początkiem drogi każdej dorosłej kobiety jest mąż albo klasztor. Taki masz wybór. Przemyśl go dobrze – doradziła i wyszła.

Kiedy miała osiemnaście lat i opuszczała szkołę prowadzoną przez zakonnice, żeby walczyć o wolność ojczyzny, nie przewidziała, co będzie dalej. Wcale nie myślała o swojej przyszłości. Gdy trzęsąc się ze strachu, po raz pierwszy stanęła na polu bitwy i zobaczyła wymierzone w siebie działa nieprzyjaciela, myślała tylko o tym, co tu i teraz. Żeby przeżyć kolejną minutę, godzinę i dzień. Pierwszy martwy wróg prawie sprawił, że zdezerterowała. Drżącą dłonią zamknęła mu oczy, a potem uciekła do lasu i szarpana torsjami opróżniła żołądek. I tylko ostry rozkaz podoficera sprawił, że wróciła na pole bitwy. I zabijała dalej. Po tej pierwszej bitwie przestała czuć cokolwiek i to chyba w końcu uratowało jej życie. Jedynie czasem w nocy nawiedzały ją koszmary, w których widziała twarze martwych towarzyszy broni.

Podczas trudnego powrotu do domu również niczego nie planowała. Całą uwagę skupiła na tym, by dotrzeć do celu. Nigdy nie była bardziej szczęśliwa niż wtedy, gdy wpadła w objęcia matki. Ale nawet wówczas nie rozważała, co czeka ją w przyszłości.

Teraz musiała stawić czoła kolejnemu wyzwaniu. W męskim przebraniu nie myślała o realiach życia kobiety. I o tym, jak bardzo ograniczone mają możliwości. Każda szlachcianka może wybrać małżeństwo albo klasztor. Obie opcje nie nastrajały Marianny optymistycznie, ale były lepsze niż śmierć na polu bitwy czy gwałt ze strony Rosjan. Lub skok z mostu w odmęty Niemna. Cokolwiek wybierze, będzie bezpieczna. Cokolwiek wybierze, przestanie być wolna. Ale tak naprawdę nigdy nie była wolna. W klasztorze myślała o wojnie jak o romantycznej przygodzie, ale zwłaszcza tam panowała ścisła hierarchia i trzeba było słuchać rozkazów. I chyba dość miała niespodzianek. Podekscytowania, jakiego dostarczyły jej ostatnie miesiące, wystarczy jej do końca życia. Tak, była gotowa na bezpieczną nudę. Tylko nie wiedziała, którą drogą ma podążyć.

Następnej nocy Mariannie udało się bezpiecznie opuścić dom i spotkać z ksienią Teresą – młodszą siostrą ojca. Po tym, jak została wyściskana, ciotka rozpoczęła długi wykład na temat niewdzięczności.

– Twoja matka postarzała się o dziesięć lat – zakończyła monolog przeorysza, w chwili gdy zaczęło świtać. – Ja na jej miejscu sprawiłabym ci takie lanie, że nie umiałabyś siedzieć przez tydzień. Co cię skłoniło, na miły Bóg, do takiego bezmyślnego, niebezpiecznego zachowania! Przecież na wojnie walczą mężczyźni, a nie damy!

– Słyszałam, jak siostry rozmawiały o Emilii Plater.

To wyznanie jeszcze bardziej rozzłościło ksienię.

– O Emilii Plater – fuknęła ciotka – a słyszałaś może, że jest od ciebie o osiem lat starsza, nie ma rodziny, o którą musi się troszczyć, a w czasie walk pilnowali jej żołnierze, żeby sobie jaśnie hrabianka krzywdy nie zrobiła. Zawadą była na polu walki. A ten zdolny oficer – Kiekiernicki, podczas odwrotu oddał jej swojego konia, by potem się dostać do niewoli.

– Ale inne kobiety. Antonina Tomaszewska. Albo te, które w Królestwie Polskim dostały Virtuti Militari.

Ksieni kręciła z niezadowoleniem głową.

– Miejsce kobiety jest w domu, mężczyzny na wojnie. Inaczej tylko są problemy – spojrzała zamyślona na Mariannę. – Nie dałaś się chędożyć żadnemu z nich? Nie doznałaś gwałtu? Matka mówiła, że uchodziłaś za chłopca. Z brzuchem nie możemy wydać cię za mąż.

Marianna natychmiast zaczerwieniła się. Podczas walk nie raz widywała mężczyzn w dezabilu – w obozie nie było miejsca na skromność. Poza tym za wojskami ciągnęły markietanki – handlarki i żony żołnierzy. Nie raz i nie dwa trafiła w lesie na spółkującą parę.

– Jestem nietknięta. Uważali mnie za chłopca. A potem tylko dwaj dowódcy wiedzieli i lekarz.

– Chwała Bogu Najwyższemu – odetchnęła ksieni.

[1] Obmywanie ciała.

Rozdział drugi

Po dwóch miesiącach pobytu w Wilnie miała ochotę miotać się jak wściekły szerszeń w zamkniętym pomieszczeniu. Czas spędzała głównie na klęczeniu. Od piątej rano, kiedy ją budzono, do dwudziestej drugiej, kiedy półżywa i z bolącymi kolanami padała na klasztorną pryczę. Klęczała na jutrzni, potem podczas rozważań, następnie na mszy. Po śniadaniu klęczała, pieląc niekończące się grządki w klasztornym ogrodzie warzywnym lub też szorując na kolanach posadzki refektarza. Po obiedzie na klęczkach uczestniczyła w adoracji, następnie znów zajmowała się grządkami, po czym przychodziły nieszpory. Po kolacji i klęczeniu podczas komplety z ulgą uczestniczyła w czytaniu Pisma Świętego lub pism Ojców Kościoła. Nie zdawała sobie przedtem sprawy, jak wiele swobody dawał jej wcześniej status uczennicy. W Wilnie była traktowana jak każda inna postulantka. Na dodatek jak taka bez posagu! Była tak wyczerpana, że nawet nie miała siły śnić koszmarów. Żołnierskie życie, nawet takie z wrogiem czyhającym za miedzą, teraz wydawało się jej sielanką. Tu co prawda nie groziło jej nagłe zejście z tego świata. No chyba że z nudów. Była absolutnie gotowa, aby wyjść za mąż. Najlepiej od razu.

Oczywiście nie takie straszne wyjście za mąż, jak złożenie jakichkolwiek ślubów w zakonie. Zwłaszcza w zgromadzeniu, w którym całe życie musiałaby spędzić za kratami. Dwa dni wcześniej jedna z sióstr Maria Aniela składała śluby wieczyste. Po tym, jak położyła się krzyżem na środku nawy i została przykryta czarnym całunem na znak śmierci dla świata, Marianna poczuła nieprzyjemny dreszcz. Życie klasztorne jako oblubienicy Chrystusa zdecydowanie nie było dla niej. Modliła się gorliwie o jak najszybsze przybycie matki i na szczęście te modlitwy zostały wysłuchane. Ponieważ tak naprawdę nie była postulantką, ksieni pozwoliła jej na spotkanie w osobnym pokoju. W chwili, gdy do niego weszła i zobaczyła wściekłego ojca stojącego obok bladej matki, zaczęła żałować, że jednak rozmowa nie odbywa się przez kraty.

Zdążyła tylko wejść do środka i zamknąć za sobą drzwi, gdy ojciec w dwóch krokach znalazł się przy niej. Trzask – odgłos wymierzonego jej przez niego uderzenia rozległ się w ciszy, zaś było ono tak silne, że posłało ją na ścianę. Boleśnie uderzyła lewym ramieniem o mur, a prawą dłonią odruchowo przykryła piekący policzek.

– Ojcze! – wykrzyknęła, patrząc na niego z niedowierzaniem.

– Ladacznica – wysyczał pan Pawłowski. – Nie jesteś godna, aby nazywać się moją córką. Zhańbiłaś nasze nazwisko.

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, siłą woli powstrzymując łzy. Wiedziała, że ojciec będzie zły, jednakże nawet w najgorszych koszmarach nie spodziewała się aż takiej furii. Nigdy dotąd nie uderzył jej w twarz ani nie wyzywał. Postanowiła szybko wytłumaczyć, jakie motywy nią kierowały oraz jak wyglądało jej życie w wojsku. Miała nadzieję, że zrozumie…

– Ale ojcze, ja tylko zaciągnęłam się, by…

Ojciec znów doskoczył do niej, zerwał jej z głowy welonik, następnie chwycił za krótkie wciąż włosy i szarpiąc za nie, wywlókł córkę na środek pokoju.

To bolało!

– Milcz, wywłoko! – ponownie wrzasnął, a gdy Marianna, jęcząc z bólu, chwyciła go za rękę, chcąc wywinąć się, nie czekając, przyłożył jej w twarz z drugiej strony.

Mariannie zadźwięczało w uszach i puściła się krew z nosa, gdy uderzenie zwaliło ją z nóg. Widziała mroczki przed oczami i z całych sił powstrzymywała krzyk. Ten na pewno rozjuszyłby ojca jeszcze bardziej.

– Zostaw! – Matka, widząc bitą córkę, z płaczem przypadła do męża, lecz on odepchnął ją gwałtownie wolną ręką, nie przestając szarpać włosów Marianny. Pani Pawłowska potknęła się i z hukiem upadła na podłogę, przewracając krzesło.

Marianna, zobaczywszy leżącą matkę, usiłowała do niej dotrzeć, ale uchwyt ojca na lokach był zbyt silny. Po kolejnym szarpnięciu, które odciągnęło ją jeszcze dalej od matki, miała wrażenie, że ojciec za chwilę wyrwie jej wszystkie włosy. Strasznie bolało, a z ojcem… z ojcem działo się coś bardzo złego. Mogła jedynie przypuszczać, że było to związane z ich majątkiem. Czyżby znów grał?

– Matuś!

– Widzisz, coś narobiła – sarknął w jej stronę ojciec. Kropelki śliny wylądowały na jej policzku. Kolejnym bolesnym szarpnięciem przybliżył jej twarz do swojej. Przerażona obserwowała z bliska jego rozszerzone w furii źrenice. – Zapłacisz za własne bezeceństwa. Do ślubu już się nie nadajesz, ale skoro tak się lubisz łajdaczyć, to możesz w ten sposób poratować rodzinę. Dymitr Wroński zapłaci mi sto tysięcy rubli, jeśli zastaniesz jego kokotą.

Mariannie zrobiło się słabo i lekko zachwiała się. Tylko siłą woli powstrzymywała się od płaczu. Nie wierzyła, nie mogła uwierzyć, że jej ojciec dał wiarę tym oszczerstwom. Nie przypuszczała również, że sytuacja rodziny jest aż tak poważna, że nawet przez moment rozważał taki krok. Córka jako oficjalna metresa… Przecież to ogromny dyshonor dla niego, nazwiska, rodziny… Cała familia zostałaby wykluczona z przyzwoitego towarzystwa. Już plotki o jej niemoralnym prowadzeniu się narobiły wiele złego. Gdyby jej upadek stał się oficjalny… I to z Rosjaninem!

Pieniądze, które oferował Wroński, najprawdopodobniej pochodziły ze skonfiskowanych majątków powstańców. Być może nawet osób jej znanych i lubianych. Widocznie nie miało to dla ojca żadnego znaczenia. Strach pomyśleć o reakcji sąsiadów. Poczuła, jak serce zaczyna jej walić w piersi, żołądek podchodzi do gardła, zaś wnętrzności zaciskają się w bolesny węzeł. Otyły Rosjanin był znany ze swojego okrucieństwa podczas tłumienia powstania. Odpowiedzialny za liczne egzekucje starców, kobiet i dzieci. I ojciec chce ją oddać w ręce takiego człowieka… za swoje długi.

– Ale, ojcze…

Kolejne bolesne szarpnięcie.