Magia Mroku. Aqua - Rita Rose - ebook

Magia Mroku. Aqua ebook

Rita Rose

3,8

Opis

Moc, anioły, demony. Wszystko spadło na nią jak grom z jasnego nieba. Wypełniona mrokiem w jednej chwili z delikatnej, słodkiej dziewczyny stała się waleczną i drapieżną kobietą. Czy balansując na granicy dobra i zła, uda jej się wypełnić swoje przeznaczenie? Na szczęście zna niewypowiedzianą prawdę i nie jest sama.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (34 oceny)
14
7
8
2
3

Popularność




NIEBŁAHE ZNALEZISKO

Minęła godzina siedemnasta trzydzieści. W zamku przekręcił się klucz. Aurelia wróciła właśnie do mieszkania po ciężkim dniu w pracy. Była szczupłą brunetką średniego wzrostu o błękitnych oczach i pełnych ustach. Włosy czesała w kucyk. Wprawdzie nie miała żadnych współlokatorów, ale jej duża rodzina mieszkała tuż za rogiem. Właśnie dzisiaj umówiła się ze swoim starszym bratem na bilard, w który pomimo forów, jakie jej dawał, zawsze przegrywała. Mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jak je zostawiła: brudne naczynia po śniadaniu w zlewie, wyprane ubrania leżące na beżowej kanapie w salonie, czekające na uprasowanie i ułożenie w komodzie. Wzięła głęboki oddech na myśl o pracy, jaka ją czeka, ale cieszyła się, że już jest w domu. Uwielbiała swoje niewielkie mieszkanie z purpurowymi ścianami, urządzone tak, że każdy (nawet dziecko) domyśliłby się, że mieszka w nim kobieta. Nie cierpiała za to swojej biurowej pracy. Zdarzało się, że wieczorami po takim nadmiarze nudy miała ochotę zrobić coś naprawdę szalonego. Powiesiła kurtkę na wieszaku, a torebkę zostawiła w beżowym fotelu, po czym udała się w kierunku kuchni, żeby przyrządzić sobie obiad. Nic nie zapowiadało tego, co miało się jej dzisiaj przydarzyć.

Otworzyła lodówkę i nagle usłyszała dźwięk dochodzący ze swojej sypialni.

– Znowu nie zamknęłam okna, zamarznę w nocy – powiedziała do siebie z wyrzutem i przewróciła oczami, po czym odwróciła się na pięcie, by udać się w stronę pokoju.

Zdążyła zrobić dwa kroki, kiedy z jej sypialni wyszedł mężczyzna, jeśli można go tak nazwać, a za nim kolejny. Aurelia zamarła z przerażenia. Stanęły przed nią dwa stworzenia, których nigdy w życiu nie widziała. Jeden z mężczyzn był bardzo wysoki i szczupły, skórę miał niemalże białą, bujne włosy, a pod nosem sporej wielkości wąsy. Drugi wyglądał bardzo podobnie – również był wysoki, choć niższy i szczuplejszy. Nosił okulary o okrągłych oprawkach. Mężczyźni różnili się tym, że ten drugi miał na czole… dziurę wylotową po kuli. Obaj wyglądali, jakby byli martwi, z tym jednak wyjątkiem, że właśnie stali przed przerażoną Aurelią i przyglądali się jej przenikliwym, mrożącym krew w żyłach spojrzeniem.

– Aurelia? – zapytała istota bez rany postrzałowej w głowie.

Aurelia ani drgnęła, stała bez ruchu. Ledwo można było usłyszeć jej oddech. Nawet gdyby podjęła próbę odpowiedzi, ta z pewnością zakończyłaby się fiaskiem.

– Zadałem pytanie i liczyłem na odpowiedź, ale skoro nie masz ochoty rozmawiać, to tym bardziej się nam do niczego nie przydasz – powiedziała istota i uśmiechnęła się szyderczo. Podniosła nieznacznie prawą dłoń po to, by w kolejnej sekundzie pojawiła się na niej czerwona ognista poświata.

– Och, Thomas, Thomas, zawsze byłeś taki porywczy, tęskniłem za tobą, bracie – rzekła z uśmiechem druga istota, ta z dziurą po kuli, i złapała swojego brata za rękę gotową do ataku. – A co, jeśli to jednak Aurelia? Przegapimy swoją okazję – zauważyła słusznie nieludzka istota. – Nie spiesz się z odpowiedzią – zwróciła się tym razem do przerażonej kobiety. – Rozumiem, że nie nawykliście do naszej obecności na ziemi. Szukamy Aurelii – dodał demon, siadając na kanapie. – Czy może ty jesteś tą niezwykłą dziewczyną?

Przez chwilę w salonie panowała głucha cisza. Thomas z każdą kolejną sekundą wyglądał na bardziej zniecierpliwionego. Na szczęście dla kobiety nie musiał długo czekać. Niebawem usłyszeli cichutki głos.

– T-t-tak, jestem Aurelia – wyszeptała drżącym głosem kobieta, jakby ocknąwszy się z transu.

– Kos? – ciągnęła przesłuchanie istota nazwana Thomasem.

– Tak – odpowiedziała już głośniej i bardziej zrozumiale dziewczyna. – A wy kim jesteście?

– Och! Przepraszam za ten brak manier, Aurelio – powiedział drugi z mężczyzn i uśmiechnął się lekko. – Nazywam się Joseph Pettry, a to mój brat Thomas. Chcieliśmy cię poznać, mieliśmy nadzieję, że cię tutaj spotkamy! – Uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Poznałaś może swoje przeznaczenie? Wiesz, do czego cię wybrano?

– Na pewno nie do logistyki – odparła, czyniąc aluzję do swojej pracy. Miły sposób, w jaki Joseph się do niej odzywał, na tyle dodał jej odwagi, że mogła już z nim rozmawiać niemal normalnie.

– Nie żartuj sobie ze mnie! – wykrzyczał zdenerwowany rozmówca gardłowym, przerażającym głosem. W pokoju zrobiło się lodowato. Thomas zaczął się śmiać.

– N-n-nie poznałam – odpowiedziała Aurelia, kiedy śmiech ucichł. Bracia spojrzeli po sobie.

– Będzie łatwiej, niż się spodziewaliśmy – zwrócił się Thomas do swojego brata, robiąc krok w kierunku kobiety. – Pójdziesz z nami, wszystko wyjaśnimy ci po drodze.

– Nigdzie z wami nie pójdę – zaprotestowała niepewnie Aurelia, a w myślach dodała: „Przynajmniej nie z własnej woli”.

– Obawiam się, że możesz nie mieć wyjścia. – Joseph się uśmiechnął i jednym ruchem ręki rzucił nią o ścianę salonu, stojąc parę metrów od niej. Jej czarne myśli zaczęły się ziszczać w sposób, o którym nigdy by nie pomyślała. – Mówiłem już, że nie będzie za bardzo bolało, jeśli pójdziesz dobrowolnie?

– Mam przeczucie, że lepiej zginąć, niż pójść z wami – oświadczyła dziewczyna, podnosząc się z ziemi. Jej strach jakby odrobinę ustąpił, bo zaczynała rozumieć, że nie ma nic do stracenia.

– Niezupełnie. Tam, gdzie chcemy cię zabrać, czeka cię śmierć, a nas nagroda za znalezienie ciebie. I wszyscy będą zadowoleni – wyjaśnił szyderczo Thomas.

– Po co ktoś miałby was wynagradzać za znalezienie i zabicie mnie? Nie zrobiłam nikomu nic aż tak złego.

– No dobrze, niech stracę – powiedział Joseph. Machnął ręką i Aurelia została przyparta do ściany, nie mogła ruszyć ani rękami, ani nogami. Zupełnie jakby ją ktoś przywiązał liną do muru, z tą jednak różnicą, że ani na kostkach, ani na nadgarstkach nie było śladu sznura. – Księga Przeznaczenia opisuje losy każdego śmiertelnika. Słyszałaś może kiedyś takie bzdury, że wszystko zostało zapisane u góry, ble, ble, ble, każdy ma swoją rolę na świecie, ble, ble, ble, i takie inne? – Aurelia skinęła twierdząco głową, co wywołało uśmiech na twarzy Josepha. – Kiedy chodziłem po ziemi jako człowiek, nie wierzyłem w to, traktowałem tę teorię jak bajkę. A jednak to prawda – wypowiadał słowa bardzo powoli, patrząc martwo w jeden punkt, jakby z rozrzewnieniem wspominał czasy, kiedy był człowiekiem. – Wszystko jest spisane w Księdze Przeznaczenia. Ciebie zaś czeka bardzo wyjątkowy los. Twoim zadaniem jest nas wszystkich zabić, ZNOWU… – ostatnie słowo wymówił bardzo powoli i dobitnie – …i odesłać z powrotem do podziemia. Ale zważywszy na sytuację, chyba się trochę przeliczyli…

Obaj bracia zaczęli się głośno śmiać, Thomas nawet teatralnie złapał się za brzuch. Nagle z Aurelią zaczęło się dziać coś dziwnego. Przerażona kobieta spojrzała na demony, które wprawione w świetny nastrój niczego nie zauważyły. Gdy Joseph skończył zdanie, poczuła olbrzymi przypływ adrenaliny. W ogóle nie odczuwała już strachu, który wcześniej tak ją paraliżował. Poczuła, że jest w stanie zerwać niewidzialne więzy, przez które przywarła do ściany. Ale to nie wszystko. Odczuła też wielki smutek i przygnębienie, jakby w jej życiu zapanowała ciemność i już nigdy nie miała ujrzeć słońca. Przez chwilę pomyślała, że to obecność braci i niewidzialne sznury tak na nią działają. W końcu i jedno, i drugie pochodziło z ciemnych zakamarków podziemia. Nagle w jej głowie rozpoczęła się nietypowa konwersacja.

Witaj, Aurelio – usłyszała ciepły męski głos, który nie pochodził od żadnego z braci.

„Świetnie, zwariowałam” – pomyślała.

Nie, Aurelio, naprawdę jestem tutaj, żeby ci pomóc – odpowiedział głos na zarzut dziewczyny.

„Mhm…” – rzuciła w myślach, wątpiąc w to, co słyszy.

Czy naprawdę po tym, co przed chwilą zobaczyłaś i przeżyłaś, nie wierzysz, że próbuje ci pomóc ktoś, kogo nie widzisz? Zaufaj mi, nie mamy dużo czasu. Rozumiesz?

„Mhm” – odpowiedziała kobieta, ciągle nie wierząc, że to, co się dzieje w jej głowie, jest prawdziwe.

Spokojnie, pomyśl o tym, co widzisz – poprosił Aurelię łagodny głos. Posłuchała go, a ten znowu przemówił: – To bracia Pettry, okrutne, ale słabe demony, najniższe w hierarchii. Nie są w stanie cię skrzywdzić. Nic ci nie będzie, musisz mnie tylko posłuchać.

Tymczasem bracia przestali się śmiać i Thomas, przerywając kobiecie wewnętrzną rozmowę, zapytał:

– Chcesz coś jeszcze wiedzieć przed śmiercią, Ostatnia Nadziejo?

– Czym jesteście? – rzuciła Aurelia zaczepnie, chcąc zdobyć trochę czasu, i wróciła do rozmowy z głosem w swojej głowie.

Musiałaś poczuć przypływ swojej siły. W przeciwnym wypadku nie wiedziałbym, że masz kłopoty. Jesteś obdarzona darami i to świetny moment, żeby je wykorzystać. Uwierz w siebie!

– Jesteśmy twoim końcem – odpowiedział poważnie Thomas, ale po chwili znowu zaczął się śmiać.

Po tym zdaniu Aurelia poczuła przypływ gniewu, który nieustannie w niej narastał, aż w końcu z jej klatki piersiowej oraz dłoni zaczęła bić czarna poświata i już nie czuła, że jej nadgarstki i kostki są skrępowane. Bez wysiłku oderwała się od ściany. Bracia oniemieli na chwilę, zupełnie jakby w jednej sekundzie role całkowicie się odwróciły. Teraz to oni byli w niebezpieczeństwie. Kiedy Thomas zrozumiał, co się stało, rzucił w stronę zakładniczki jęzor ognia, który ni stąd, ni zowąd pojawił się na jego dłoni. Ognista poświata trafiła dziewczynę w brzuch z taką siłą, że ta uderzyła o ścianę, a następnie osunęła się na ziemię. Najpierw poczuła pieczenie, a później przeszywający ból w całym ciele. Lewą dłonią dotknęła jego źródła i wyczuła wypływającą z niego nieprzerwanym strumieniem krew.

– Oszalałeś? Mamy ją dostarczyć żywą! Teraz to może być trochę problematyczne! – Joseph krzyknął na Thomasa.

– Nie mów mi, co mam robić, czasy się zmieniły! – odparł równie głośno Thomas.

– I patrz, jak to się kończy, zamiast nagrody mamy nic nieznaczącego trupa i karę!

– Widziałeś, co zrobiła. Gdybym nie zareagował, już byśmy byli w podziemiu! – Bracia zaczęli się kłócić.

Aurelio – powrócił głos w głowie – jak bardzo poważna jest twoja rana? Możesz wstać?

„Nie, mogę za to włożyć pięść do własnego brzucha. A powiedziałeś, że nie mogą mnie zranić”. Dobrze, że konwersacja toczyła się w jej głowie, bo w rzeczywistości Aurelia nie mogła złapać tchu.

Musisz mnie posłuchać. Jesteś w stanie się bronić. Wiem, że to niełatwe, ale umiesz zrobić to samo co on. Skup się tylko na chwilę. Już raz to dzisiaj zrobiłaś. Pomyśl o energii, pozwól, żeby z ciebie wyszła – powiedział proszącym tonem głos.

„Nie dam ra-dy się pod-nieść”. Dziewczyna zaczęła odpływać, straciła już bardzo dużo krwi. W tym momencie dotarł do niej donośny głos, który przenikał całe jej ciało, jakby to, co usłyszała, wychodziło nie z głowy, ale z każdej jej cząsteczki.

TO NIE JEST TWÓJ KONIEC! WALCZ! Stanowczość przekazu spowodowała, że kobieta ocknęła się na chwilę, chociaż dalej nie miała wystarczająco dużo siły, żeby podnieść się z ziemi. Powoli docierało do niej, że już nikt nie może jej pomóc. W tamtej chwili tęskniła nawet za swoją znienawidzoną pracą. Tak bardzo nie chciała jeszcze umierać.

Chęć życia spowodowała, że poczuła przepływający przez ciało prąd. Bracia pochłonięci kłótnią nie zauważyli, że śmiertelnie ranna dziewczyna podnosi zakrwawioną lewą rękę w ich kierunku. Pojawiła się na niej czarna poświata przybierająca kształt kuli wielkości piłeczki pingpongowej. Wyłaniał się z niej czarny dym. Aurelia pomyślała, w co chce trafić, i w tej chwili kula opuściła jej dłoń. Thomas wytrzeszczył oczy z przerażenia, kiedy zaczął płonąć w miejscu, w którym powinien mieć serce. Na ten widok Joseph odwrócił się gwałtownie w stronę dziewczyny, ale ona była przygotowana. Nie zdążył nawet wyciągnąć ręki, kiedy kolejna czarna kula stworzona przez Aurelię ugodziła go w klatkę piersiową. Stanął w płomieniach, a po chwili zniknął jak jego brat.

– Je-steśmy kwi-ta – podsumowała dziewczyna, a jej dłoń opadła bezwładnie na podłogę. Wiedziała, że umiera, a to, co działo się wokół niej, tylko ją w tym utwierdzało. Do mieszkania Aurelii weszła inna, równie nieludzko wyglądająca istota. Był to wysoki brunet, który przypominał kobiecie anioła ze względu na bijącą od niego łunę. Aurelia nie zauważyła, skąd się wziął. Stanął nad jej ciałem, z którego sekunda po sekundzie uchodziło życie. Rozmawiali. Aurelia usłyszała znajomy głos, który całkiem niedawno próbował ją ratować.

– Ordonisie! Ordonisie, co się dzieje? – Do pomieszczenia weszło przez ścianę białe światło, które zaczęło przybierać postać kobiety, dopiero gdy zatrzymało się przy Ordonisie. Była to dama o blond włosach i nieskazitelnej cerze. Ciągle biło od niej jasne, niemal oślepiające światło. Sama jej obecność sprawiała radość i uspokajała. Jej nagłe przybycie wyrwało Ordonisa jakby z transu, ale nadal przyglądał się Aurelii w skupieniu.

– Usłyszałam wołanie.

Ordonis spojrzał na nią zmartwiony i zmarszczywszy czoło, powiedział z bólem w głosie:

– Znaleźli ją. Vito, ona cię potrzebuje.

Kobieta skinęła głową i bez chwili zastanowienia wystawiła swoją dłoń w kierunku rannej. Wszystko było tak zamazane, że Aurelia niczego nie była już pewna. Uwierzyła dopiero wtedy, gdy poczuła delikatny, kojący i jakże niezwykły dotyk Vity na swoim rannym brzuchu, a później lekkie muśnięcie ust na czole.

Aurelio, podążaj za moim gło… – Zdążyła jeszcze usłyszeć w swoich myślach kolejne przesłanie Ordonisa, a potem wszystko zniknęło.

Nie wiedziała, jak długo spała, ale kiedy się obudziła, nie czuła bólu, a na jej brzuchu nie było śladu po ciężkiej ranie. Przy Aurelii już nikogo nie było – ani potworów, ani aniołów. Kobieta była sama jak palec w pustym mieszkaniu. Leżąc na ziemi i rozglądając się dookoła, przypominała sobie, co się przed chwilą wydarzyło. Zastanawiała się, czy to była jawa, czy sen, bardziej skłaniając się ku temu drugiemu.

– Mocno się uderzyłam – powiedziała głośno, lekko się przy tym uśmiechając, ale kiedy podniosła głowę, zobaczyła zakrwawioną koszulę z wypaloną sporej wielkości dziurą. Przestraszyła się. Spojrzała na swoją dłoń. Przez chwilę czuła znajomy dreszcz, a potem pojawiła się na niej czarna kula.

– Mhm – zamruczała ponuro i ponownie osunęła się na ziemię.

TWOIM ANIOŁEM

– Co teraz, Ordonisie? – zapytała Vita, próbując dotrzymać kroku pędzącemu mężczyźnie.

– Musimy zebrać Radę – odparł krótko Ordonis, na co Vita, chociaż wcale nie potrzebowała tlenu do życia, wzięła głęboki oddech. – Dopóki Aurelia jest nieświadoma tego, co ją czeka, jest w niebezpieczeństwie. Wojna się zaczęła.

W Radzie od pewnego czasu zasiadało pięć Aniołów. Każdy z nich miał możliwość jej zwołania, ale robili to niezwykle rzadko. Nigdy nie mieszali się w ziemskie potyczki pomiędzy ludźmi. Każdy człowiek miał bowiem do wypełnienia swoje przeznaczenie. Interweniowali dopiero wtedy, gdy równowagę zaburzało prawdziwe zło. To był właśnie jeden z takich przypadków, ale byli na niego przygotowani. Mało tego – czekali, aż ten moment nadejdzie.

– Kto nas wzywa? – zainteresował się mężczyzna, siadając na ostatnim wolnym tronie. Były one ustawione w okrąg, a prócz nich w sali niczego nie było. Pomieszczenie, w którym się znajdowali, było bardzo świetliste, chociaż nigdzie nie było widać źródła tego światła.

– Ja – odpowiedział mężczyźnie Ordonis. – Znaleźli Aurelię.

Zdanie to wywołało bardzo duże poruszenie wśród zgromadzonych. Najbardziej zdenerwował się mężczyzna siedzący po lewej stronie Ordonisa.

– Na szczęście dziewczyna przeżyła – powiedział. – Jak? Kto ją znalazł? Dlaczego nic nie poczułem? – zapytał zmartwiony Anioł, wyrzucając z siebie słowa jak pociski.

– Być może trochę jej pomogłem. To nie twoja wina, Lumenie, jestem z nimi już od dawna. Nie umiałbym zostawić ich bez opieki – odpowiedział mężczyźnie Ordonis.

– Ale to moje zadanie, zawiódłbym, gdyby nie ty… – Lumen zdecydowanie posmutniał. Wbił wzrok w ziemię zupełnie jak dziecko, które zrobiło coś niedobrego. – A Adam? – zapytał po chwili, podnosząc głowę.

– Tylko Aurelia, o reszcie chyba nie wiedzą, w każdym razie nikt ich nie nękał. Ale jest też inny problem. To były dwa bardzo słabe demony – wyjaśnił Ordonis, podkreślając słowo „słabe” – i znały jej przeznaczenie.

– Jak kobiecie bez mocy udało się przeżyć atak dwóch nawet najsłabszych demonów? – zaciekawił się mężczyzna, który jako ostatni przybył na spotkanie.

– Poznała swoje przeznaczenie? – zapytała, niemal wchodząc w zdanie przedmówcy, druga poza Vitą kobieta w tym gronie.

– Tylko niewielką jego część, Castito. Uwolniła swoje moce, Guandium. W przeciwnym razie nie mógłbym się z nią połączyć i pewnie by tego nie przeżyła. – Ordonis odpowiedział jednocześnie pięknej kobiecie z długimi blond lokami i wysokiemu szatynowi o błękitnych oczach. – Swoją drogą odesłała ich do podziemia – dodał z dumą w głosie.

– Podsumowując – rzekł Guandium – Czarny Anioł wysłał dwa słabe demony, żeby zabić kobietę, której przeznaczeniem jest go zniszczyć. Z całym szacunkiem, Ordonisie, ale czy nie uważasz, że to trochę nie ma sensu?

– Owszem, nie ma, dlatego nie sądzę, żeby Czarny Anioł o tym wiedział – przyznał spokojnie Ordonis. – Niemniej dziewczyna niemal przypłaciła to życiem…

Po tych słowach Lumen lekko się wzdrygnął. Vita, próbując go pocieszyć, położyła dłoń na jego przedramieniu.

– Otóż to! Nie zrozum mnie źle, Ordonisie, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że działali na własną rękę i nikt inny nie wie, kim jest Aurelia ani gdzie można ją znaleźć.

– Co chcesz przez to powiedzieć, Guandium? – zapytała Castita, ale Ordonis doskonale wiedział, o co mu chodziło.

– Nie chodzi tylko o Aurelię – wyjaśnił Guandium, co zaskoczyło zgromadzonych. – Jest jeszcze pięć osób – kontynuował wypowiedź, nie zwracając uwagi na poruszenie pozostałych – które żyją sobie spokojnie nieświadome tego, jak bardzo ich życie się zmieni. Więc może, jeśli nie jesteśmy pewni nadchodzącego zagrożenia, nie powinniśmy siać paniki.

– Pamiętaj o tym, że to właśnie Aurelia, a nie pozostała piątka ma odesłać Czarnego Anioła w najgłębsze zakamarki podziemia – przypomniał Ordonis, odrzucając argumenty przedmówcy. – Jeśli znaleźli ją raz, kolejny to tylko kwestia czasu, tym bardziej że odkryła już swoją moc, przynajmniej częściowo, i odesłała dwa demony do podziemia. – Przypominanie o tym przynosiło Ordonisowi bardzo dużą radość. – Nikt tak dobrze jak ty nie wie, jak mało trzeba, żeby zmienić swoje przeznaczenie, Guandium.

– To prawda – rzekł nieco zawstydzony Guandium, uśmiechając się z sympatią do Ordonisa, a ten odwdzięczył się tym samym. – Niemniej – mówił dalej – Lumenie, to twoja podopieczna, co ty o tym myślisz? – Tym pytaniem wyrwał Anioła z zadumy.

– Masz rację, Guandium – powiedział Lumen, podnosząc głowę. Stał się zupełnie inną istotą, odważną. Biło od niego wyjątkowe światło. – Ale tylko w tym, że życie szóstki bardzo się zmieni. Będą musieli porzucić swoje rodziny, lecz to jest ich przeznaczenie i tak się musi stać. Będę chronić Aurelię… – zerknął na Ordonisa z wdzięcznością – …ale nie poradzę sobie bez Adama, ona też nie. Z całej szóstki to ona jest najbliżej piekła, nie mam zamiaru ryzykować. Castito? Chodzi też o twoich podopiecznych, jakie jest twoje zdanie? – Lumen zwrócił się do blond piękności.

Obrót sprawy ewidentnie spodobał się Ordonisowi, który kiwnął głową z uznaniem.

– Nie możemy ryzykować życia nikogo z szóstki. Jestem gotowa – odrzekła Castita.

Guandium, widząc, że sprawa jest już przegrana, zmarszczył lekko czoło.

– A więc świetnie, postanowione! – powiedział żywo Ordonis. – Możecie iść po swoich podopiecznych, ja muszę odwiedzić kogoś wpływowego.

– Kogoś wpływowego? – zdziwiła się Vita.

– W ludzkim pojęciu tego słowa. – Ordonis się uśmiechnął. – Tam na dole dziesiątki lat temu zostawiliśmy swoich wojowników. Myślę, że będą dobrymi nauczycielami – dodał i odszedł.

Castita poczekała, aż reszta zrobi to samo, i rzuciła się w pogoń za Ordonisem.

– Ordonisie, poczekaj! – krzyknęła. – Szybki jesteś.

– Co się stało? – zapytał, zatrzymując się w innym, ale równie jasnym pomieszczeniu. – Zmieniłaś zdanie?

– Miałeś nie podsłuchiwać naszych myśli – skarciła go Castita. – Boję się. Myślisz, że dam sobie radę?

– W przeciwnym razie nie oddawałbym ci ich pod opiekę. Jestem pewien, że dasz sobie radę – uspokajał Ordonis. – Zuri i Gina to bardzo dobre kobiety. Zaufaj mi, mam przeczucie, że powinienem być blisko Aurelii, a na razie mnie ono nie zawodzi – rzekł z uśmiechem na twarzy. – Widzimy się na dole – dodał, kiedy zobaczył, że Castita nabrała pewności siebie.

***

Aurelia leżała w swojej dziecięco wyglądającej sypialni na dużym, wygodnym łóżku. Było ciemno – nie tylko na zewnątrz, lecz także w jej sercu. Kobieta była w ponurym nastroju, odkąd pojawiły się te kreatury. Widziała same negatywy, nic jej nie cieszyło. Bawiła się swoją mocą. Od wczoraj ciągle to robiła. Z jednej strony ją to uspokajało, z drugiej zaś był to namacalny dowód, że nie zwariowała, że naprawdę doszło do wczorajszych wydarzeń. Wytworzyła sporo czarnych cieni i wypuściła je w powietrze, a one energicznie wirowały i układały się w różne kształty. O czymkolwiek tylko sobie pomyślała, zaraz pojawiało się nad jej głową. Miała wiele pytań dotyczących tego, co wydarzyło się zeszłego wieczoru, wiele wątpliwości, ale głos w jej głowie już nie wrócił.

– Ostatnia Nadziejo… – Aurelia ciągle powtarzała słowa, które szczególnie zapadły jej w pamięć,jakby próbowała zrozumieć ich znaczenie. Zastanawiała się, co się teraz z nią stanie. Czy nadal ktoś chce dać za nią nagrodę? – Jestem dziwolągiem, ale tym razem takim prawdziwym – powiedziała do siebie i uśmiechnęła się, kiedy pomyślała, jaka jest różnica pomiędzy jej nienormalnością a nienormalnością innych. – Nie mogę przecież cały czas siedzieć w domu. Co mam zrobić? – zadała sobie pytanie, na które nie znała odpowiedzi. – Może nikt nie musi o tym wiedzieć, a w razie zagrożenia będę umiała się obronić. Przestępcy będą się mnie bać, będzie fajnie.

Próbowała znaleźć jasną stronę tej sytuacji, ale zrozumiała, że używanie takiej mocy byłoby zbyt niebezpieczne. Sama nie wiedziała, czy umiałaby nad nią zapanować i czy nie skrzywdziłaby kogoś niewinnego. A może porwałoby ją dwóch umięśnionych agentów rządowych, żeby później jacyś doktorzy mogli robić na niej badania? Powrócił wewnętrzny smutek. Zabawa cieniami zaczynała ją nużyć i dziewczyna zrobiła się senna. Nagle usłyszała stuknięcie w rurę za zasłoną. Spojrzała na miejsce, skąd dochodził dźwięk. Była pewna, że ktoś tam stoi. Kiedy zasłona zaczęła się lekko uchylać, wszystkie kule, które wisiały w powietrzu, skierowały się w stronę wchodzącego. Istota, która za nią stała, uniknęła pierwszej kuli, druga świsnęła jej koło ucha, ale trzecia trafiła ją w ramię, a czwarta i kolejne w klatkę piersiową.

– Matko! – krzyknęła przerażona Aurelia.

Chciała zapalić światło, żeby sprawdzić, czy nie zrobiła krzywdy komuś bliskiemu, ale nie musiała, bo wszystko widziała bardzo dokładnie. Na ziemi płonęło ciało nieznanego jej mężczyzny, który wyglądem przypominał wczorajszych niezapowiedzianych gości. Dziewczyna w pierwszej chwili odetchnęła z ulgą, ale później ogarnęło ją przerażenie. Stało się najgorsze. Ktoś koniecznie chciał ją dopaść. Na dodatek była noc, a ona widziała jak za dnia. Wszystko było takie dokładne.

– To by było tyle w kwestii normalności – westchnęła zrezygnowana. Wiedziała, że jej życie się zmieniło, ale nie wiedziała jeszcze jak bardzo, i że poznane moce były zaledwie zalążkiem jej możliwości.

– Witaj, Aurelio – usłyszała znajomo brzmiący, ciepły głos.

Dziewczyna odwróciła się i odruchowo rzuciła cieniem w lśniącą, jasną postać. Zaatakowany zniknął, a kula trafiła w ścianę, wypalając w niej dziurę na wylot.

– Wybacz, zapomniałem, że muszę uważać. Masz prawo się bać, ale nie jestem wrogiem, przynoszę ci odpowiedzi – powiedział Lumen, po czym, tym razem ostrożnie, zapukał do drzwi pokoju kobiety. – Otwórz, kiedy będziesz gotowa.

Aurelia wstała i na drżących nogach podeszła do drzwi. Uchyliła je i zobaczyła świetlistą postać – tak jasną, że ledwo zauważyła jej kontury.

– Witam, mogę wejść? – zapytał radosnym głosem Lumen.

Aurelia skinęła twierdząco głową i przepuściła Anioła w drzwiach. Wszedł do środka, rozglądając się po pokoju.

– Widzę, że miałaś gościa – zauważył Lumen, po czym zmarszczył czoło i dodał: – Dawno temu tutaj był?

– Kilkanaście minut, może pół godziny – odpowiedziała dziewczyna, nie wiedząc, co ma myśleć o tej postaci. Wiedziała tylko, że bardzo lubi przebywać w jej towarzystwie.

– To był Xavier Cooler, który zmarł siedemnaście lat temu. Zabił swoją rodzinę, a potem powiesił się w salonie – wyjaśnił Anioł beznamiętnie, jakby to było czymś zupełnie naturalnym. – Teraz jest… był demonem Bellastora. – Spojrzał uważnie na kobietę. – Silnym demonem… Zresztą nieważne, zaraz wszystkiego się dowiesz – dodał i uśmiechnął się do dziewczyny.

– Kim jesteś?

– Aniołem. A konkretniej twoim Aniołem. Chodź, musimy jeszcze zabrać kogoś po drodze – polecił, po czym podał jej swoją dłoń.

Wprawdzie Aurelia czuła się bardzo dobrze w towarzystwie Anioła, jednak nie była do końca pewna, czy może mu zaufać. Zbyt wiele zdarzyło się od wczoraj.

– Nie pójdę z tobą, dopóki mi tego nie wyjaśnisz – zaoponowała. – A umiem się już obronić.

– Bez wątpienia. – Lumen uśmiechnął się na myśl o tym, jak go przywitano. – Usiądź.

– Tak mi dobrze. – Opór kobiety stawał się już automatyczny.

– Pomiędzy trzema światami ma zostać zachowana równowaga. Tylko tak mogą funkcjonować podziemie, utopia i ziemia. Władca jednego z tych światów, nietrudno się domyślić którego, często łamie tę zasadę, ingerując w życie na ziemi. Wszedł w posiadanie bardzo niebezpiecznej broni, która pozwala mu zsyłać na śmiertelników katastrofy, wojny, zarazy, śmierć. Ty zostałaś wybrana… – wskazał palcem na kobietę – …żeby położyć temu kres.

Aurelia osunęła się na łóżko, próbując sobie przyswoić to, co właśnie usłyszała.

– Jak mam to zrobić?

Anioł pokiwał jedynie przecząco głową, dając do zrozumienia, że nie zna odpowiedzi na to pytanie.

– Myślę, że twój silny dar… – spojrzał jeszcze raz na kupkę popiołu na dywanie – …to bardzo dobry początek, żeby się tego dowiedzieć. – Anioł uśmiechnął się łagodnie, po czym po raz kolejny wyciągnął rękę w kierunku kobiety.

– Dokąd idziemy? – zapytała, nie bez wahania chwytając dłoń Anioła.

– Och, Aurelio, Mroku w potrzebie, idziemy do twojego światła.

Chociaż wtedy te słowa wydały się kobiecie niejasne, wkrótce miała poznać ich znaczenie.

KRATER

Mówi się, że nie można umrzeć po raz drugi, ale śmierć ma wiele znaczeń. Co się dzieje z duszami zmarłych, które zostają odpędzone? Umierają? Bracia Pettry mieli mnóstwo czasu na rozmyślania o tym, co się teraz z nimi stanie. Wydawało im się, że spadają już całą wieczność. Ciągły ból, który im towarzyszył, potęgował tylko strach przed tym, co ich teraz czeka, kiedy zostaną już zrzuceni do najciemniejszych zakamarków podziemia, żeby rozpocząć swoją pokutę na nowo i na nowo, i ciągle na nowo. Przerażał ich fakt, że za kilka zabójstw ich dusze przeżywały katusze, jakie trudno było im sobie wcześniej wyobrazić, więc czego mogą się spodziewać teraz? Dostali informację, gdzie znajduje się kobieta z przepowiedni, ale przecież mogli to zgłosić, nie musieli porywać się na nagrodę. Tylko że pokusa była tak silna… Teraz nie dość, że nie dostaną nagrody za złapanie dziewczyny, to przepowiednia, w której podziemie ma zostać zniszczone, właśnie zaczęła się spełniać. I to wszystko ich wina. Takie myśli krążyły po ich głowach od momentu, kiedy opuścili mieszkanie Aurelii. Nagle bracia poczuli, że bardzo mocno zwalniają. Zatrzymali się mimowolnie niespełna centymetr nad ziemią.

– Jesteście na miejscu – powiedział szyderczym, ale poważnym głosem zakapturzony, wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, którego całkiem śmiało można było porównać do kata. Bracia Pettry znaleźli się w olbrzymiej komnacie o ciemnych, zakrwawionych, brudnych i obdrapanych ścianach. Prócz obrzydliwie zaniedbanych murów niepokój wzbudzała unosząca się pod sufitem gęsta czarna mgła – ale to nie była zwykła mgła. Co chwilę otaczała znajdujące się tu nieludzkie stworzenia, a one zaczynały krzyczeć i wić się z bólu. Każda kreatura była zamknięta w oddzielnej klatce. Niektóre istoty przywiązano do metalowych belek, inne nie. Pomiędzy klatkami od czasu do czasu można było spotkać palenisko, które razem z pochodniami na ścianach rozświetlało komnatę. Ich wysoki przewodnik wskazał ręką jedną z klatek i zawołał:

– Joseph Pettry!

Po czym ruszył dalej.

Przerażony Joseph zawahał się przez chwilę, ale zebrał w sobie resztkę odwagi i przemówił wyjątkowo wysokim głosem:

– Przynosimy ze sobą bardzo ważną informację! – Joseph trząsł się jak osika. Ta pewność siebie, którą wykazywał się w czasie spotkania ze śmiertelniczką, całkowicie go opuściła. Przewodnik podniósł prawy kącik ust do góry.

– Jaką ważną informację może przynieść dwóch kretynów, którzy byli na tyle głupi, żeby uciekać z podziemia? – zadał retoryczne dla siebie pytanie przewodnik i ciągnął dalej: – Na ziemi są dwadzieścia trzy stopnie i średnie zachmurzenie? – Ton przewodnika wystraszył braci jeszcze bardziej. Żaden z nich nie wiedział, co teraz zrobić ani co powiedzieć. Zniecierpliwiony przewodnik podniósł głos jeszcze bardziej, tak że wzrok demonów z pobliskich klatek skierował się w ich stronę: – No słucham!

Thomas, widząc kolejną nieudaną próbę wydobycia z siebie głosu podjętą przez brata, postanowił odpowiedzieć na pytanie:

– Na ziemi spotkaliśmy Ostatnią Nadzieję. Poznaliśmy ją i wiemy, kto to jest. To ona nas tutaj odesłała – powiedział jednym tchem.

Na te słowa mroczny przewodnik zamarł na chwilę. Po kilkunastu sekundach zaczął chodzić w kółko, zataczając przy tym symetryczny krąg. To zachowanie bardzo zaskoczyło nie tylko braci Pettry. Po kolejnych kilkunastu sekundach nastała zupełna cisza, która dla braci trwała w nieskończoność. Przewodnik bez uprzedzenia położył im ręce na barki i nagle znaleźli się w zupełnie innym od poprzedniego pomieszczeniu. Stali na zadbanym korytarzu o krwistoczerwonych ścianach. Korytarz ten był tak długi, że nie widzieli jego końca, ale byli już u celu. Bracia nigdy wcześniej nie widzieli tej części zamku Czarnego Anioła, co z każdą chwilą potęgowało w nich strach. Stali przed olbrzymimi drzwiami ze złotymi zdobieniami. Zakapturzony mężczyzna zastukał w nie głośno pięścią dwa razy. Drzwi otworzyły się same, co zdziwiło nawet przewodnika. Wszyscy trzej weszli do najczystszej, a zarazem najbardziej mrocznej sali, jaką widzieli. Jako pierwszy uwagę braci przykuł stojący na końcu komnaty i wykuty z żelaza pusty tron. Wyglądał, jakby tworzyły go węże. Podłokietniki przypominały paszcze gadów, których tułowie wiły się w górę siedziska. Na szczycie zaś znajdowały się głowy trzech węży. Jedna z nich była olbrzymich rozmiarów. Najbardziej przerażające okazało się to, że te żelazne gady stale się poruszały w lekki i bardzo płynny sposób. Uwagę braci przykuły także ściany komnaty. Wyglądały, jakby całe stały w czarnym ogniu. Bracia Pettry podskoczyli na dźwięk bardzo miłego i grzecznego męskiego głosu dobiegającego z drugiej strony komnaty.

– Czekałem na was. – W przywitaniu Czarnego Anioła słychać było fałszywą uprzejmość.

Kiedy przemówił, przeszły ich dreszcze. Chociaż dokładnie go zrozumieli, to jego przenikliwy głos nie brzmiał, jakby pochodził od człowieka. Bracia nie widzieli jego twarzy. Czarny Anioł był do nich odwrócony tyłem. Widzieli tylko długi czarny płaszcz, który miał na sobie. Wyglądał, jakby nie dotykał stopami ziemi.

– Obserwowałem was, ale później zniknęliście mi z oczu. Bez pozwolenia opuściliście moje królestwo. Podobno macie dla mnie wieści – rzekł bardzo grzecznie. – Nie, Markusie, możesz mi być potrzebny – dodał, kiedy przewodnik skinieniem głowy chciał uprzedzić swoje wyjście z komnaty.

Fakt, że Czarny Anioł to zauważył, był o tyle dziwny, że nadal stał do nich tyłem. Słowa pana podziemia odbiły się echem po komnacie, po czym nastała długa cisza. Czarny Anioł jej nie przerywał. Czekał cierpliwie, jakby doskonale wiedział, jakie emocje wywołuje to oczekiwanie. Markus, który zgodnie z poleceniem ciągle stał przy braciach, szturchnął lekko Thomasa, dając mu do zrozumienia, że w tym momencie powinien się odezwać. Pettry wybełkotał coś niewyraźnie, po czym odchrząknął i powtórzył tak, że można było go zrozumieć.

– Spotkaliśmy Przeznaczenie… Ma-a-a na imię A-aurelia.

Po raz kolejny nastąpiła cisza. Ta wiadomość musiała zrobić na Czarnym Aniele wrażenie.

– Skąd wiedzieliście, kim ona jest? – zadał kolejne pytanie.

– Przyszedł do nas mężczyzna nienależący do podziemia – odpowiedział Thomas. – Miał na sobie czarny płaszcz, pod którym coś ukrywał. Na początku myśleliśmy, że skończą się nasze cierpienia, bo sprawiał wrażenie takiego… – odchrząknął – ale on zaproponował nam układ. Niczego nie chciał w zamian – ciągnął Pettry. – Powiedział, że zdradzi nam imię Przeznaczenia i ześle nas na ziemię. Jeśli ją zabijemy, wrócimy tutaj i otrzymamy nagrodę.

– Dlaczego wtedy nie przyszliście z tym do mnie? – Tym razem ton głosu Czarnego Anioła się zmienił. Stanowcze i mrożące krew w żyłach pytanie sprawiło, że bracia ponownie zaczęli się trząść jak osiki.

– N-n-n-nie t-t-ta-aki był ukła-ad, pa-anie. – Joseph po raz pierwszy przypomniał o swojej obecności.

– Aż tacy z was idioci, że nie zauważyliście podstępu w tym, że obcy mężczyzna w piekle otwiera wam cele? – Władca podziemia zadał retoryczne pytanie jeszcze bardziej doniosłym i przerażającym głosem. – Widziałem, jak opuszczaliście piekło, i nie było z wami żadnego mężczyzny, więc przypuszczam, że nie zszedł z wami na ziemię, mam rację?

– Nie zszedł – odpowiedział Thomas, a z końca komnaty dobiegł udawany śmiech.

– Oczywiście! Więc jak przebiegła wasza wizyta? – Głos Czarnego Anioła był już całkowicie poważny.

– N-no więc czekaliśmy na nią w jej mieszkaniu – przełamał się Thomas i zaczął odpowiadać na zadane przed Czarnego Anioła pytanie. – Kiedy wróciła, ucięliśmy sobie z nią pogawędkę. Chyba o niczym nie wiedziała, chcieliśmy ją tutaj przyprowadzić jako dowód, ale… – przerwał.

Nastała chwila ciszy, której nikt nie zakłócał. Wkrótce Pettry wrócił do relacjonowania zajścia na ziemi.

– …ale zerwała łańcuch. Wtedy szybko zareagowałem i mocno ją zraniłem, żeby nie mogła uciec. Sparzyłem ją piekielnym ogniem. Potem… – znów zawiesił głos – …odesłała mnie, a później Josepha. Zaskoczyła nas. Informator powiedział, że ona nie ma mocy – próbował usprawiedliwić się Thomas. – Zostawiliśmy ją w bardzo ciężkim stanie, na pewno nie żyje.

– Znam jej przeznaczenie, bo dotyczy także mnie! Gdy piekło do niej przyjdzie, ona pójdzie do piekła. Zło ją będzie wzmacniać, bo czeka ich walka zaciekła – zacytował władca podziemia. – Ona żyje, idioto, a wy pokazaliście jej, jak ma używać swojej mocy! – Każde słowo wypowiedział bardzo głośno i dobitnie, nawet na moment nie odwracając się w ich kierunku, po czym rozkazał: – Markusie, nie chcę ich już nigdy więcej widzieć, zabierz ich do krateru.

Gdy tylko bracia usłyszeli te słowa, wpadli w panikę, zaczęli krzyczeć i błagać o litość.

– Nie, panie, tylko nie krater! – krzyczał Joseph, padając na kolana ze łzami w oczach.

Thomas zaczął biec w kierunku Czarnego Anioła, mamrocząc:

– Nie, panie, błagam.

Anioł powoli odwrócił się w stronę mężczyzn. Obaj zamarli. Thomas zatrzymał się w połowie drogi do swojego pana, a Joseph otworzył szeroko oczy, przestając szlochać. To, co zobaczyli, przerosło ich najśmielsze wyobrażenia. Każdy z braci ujrzał swoją twarz w obliczu władcy podziemia. Uśmiechały się do nich szyderczo. Nie byli w stanie się poruszyć.

– Zsyłam was do krateru tylko dlatego, że nie znam jeszcze surowszej kary. – Czarny Anioł nie pozostawił im najmniejszej nadziei na zmianę decyzji.

Markus, zrozumiawszy sytuację, przyciągnął Thomasa do siebie niewidzialną liną, położył na obydwu braciach ręce i zniknął. Odprowadził ich do najciemniejszych zakamarków podziemia. Było to bowiem miejsce, w którym dusze cierpiały koszmarne męki. Ale nie to było najgorsze. Z krateru nie było wyjścia ani żadnego sposobu ucieczki. Nie było nadziei. Raz tam zesłani, spędzali w nim wieczność.

PIEKIELNY ROZKAZ

W komnacie pozostał tylko Czarny Anioł, ale nie na długo. Po chwili do sali wszedł olbrzymich rozmiarów demon. Miał prawie trzy metry wysokości, barczyste i umięśnione ramiona. Jego ciało dużo bardziej przypominało ludzkie, z tym wyjątkiem, że od pasa w górę całe pokryte było bliznami. Bynajmniej nie były to blizny po kulach ognia. Część z nich wyglądała, jakby były pozostałościami po ranach ciętych, ale większość przypominała ślady po ugryzieniach. Ubrany był jedynie w coś, co przypominało spodnie, do pasa miał też przypiętą pochwę, a w niej miecz. Wygląd mógłby sugerować skłonność do agresywnego zachowania, jednak demon okazał się zgoła inny – gdy wszedł, był bardzo spokojny i opanowany.

– Wzywałeś mnie, panie – powiedział chłodno demon.

– Tak, Bellastorze. Mam dla ciebie zadanie, na które czekałeś całe wieki, przyjacielu – odrzekł jego pan. Czarny Anioł nie przypominał już żadnego z braci Pettry, co było dla niego o wiele korzystniejsze, gdyż był przystojnym brunetem o bardzo jasnej, nieskazitelnej cerze. – Nasze Przeznaczenie się przebudziło. Musisz zejść na ziemię, znaleźć ją i zabić, zanim nauczy się walczyć.

– A pozostała piątka? – zainteresował się demon wojny.

– Nic nie wiem na ich temat, bez niej i tak będą niegroźni. – Czarny Anioł spojrzał na niego uważnie. – Ale musisz wziąć wszystko pod uwagę. Wiesz, jaka jest stawka.

Na samą myśl o przepowiedni ogarniała go panika. Raz udało mu się zmienić swoje przeznaczenie, ale pokonanie własnego syna było najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobił. Niemniej był świadomy, że to wcale nie daje mu gwarancji, że i tym razem tak będzie, dlatego zdecydował się wysłać demona zaprawionego w boju. Nikt tak dobrze jak Bellastor nie znał technik walki, nikt tak dobrze jak on nie obmyślał strategii. Czarny Anioł wiedział, że jeśli ktoś może pokonać Aurelię, zanim dotrze do podziemia, to tylko on. Był jeszcze Pestifer, ale on był szalony i nieobliczalny. Władca podziemia utwierdzał się w przekonaniu, że wybór Bellastora to najlepsze wyjście.

– Coś o niej wiemy? – zapytał Bellastor, przerywając wewnętrzne rozważania swojego pana.

– Tylko tyle, że ma swoją moc.

– Są przy niej strażnicy?

– Skoro ma moc, to na pewno. Ale na ziemi nie mogą walczyć.

– Wiem, panie, ale mogą pomagać w inny sposób.

Czarny Anioł od razu zrozumiał, co demon wojny ma na myśli, i bardzo spodobał mu się sposób, w jaki podchodził do zadania.

– Wiedziałem, że w chwili próby będę mógł na ciebie liczyć.

– Panie – rzekł Bellastor, po czym odwrócił się do wyjścia.

– Bellastorze? – zatrzymał go Czarny Anioł. – Zabierz ze sobą armię.

– Panie, myślę, że poradzę sobie sam z jedną śmiertelniczką. Poza tym na ziemi trudno będzie nad nimi zapanować – odpowiedział demon wojny.

– Zbierz armię – powtórzył władca podziemia. – Kiedy przyjdzie czas, będą ci posłuszni. Trzeba zniszczyć Ostatnią Nadzieję.

Bellastor zatrzymał się przed wyjściem. Czarny Anioł widział, że demonowi wojny nie podoba się pomysł zabrania ze sobą armii.

– Panie, skoro nie ufasz mi w pełni, pozwól mi zabrać ze sobą Contę. Jest świetną wojowniczką. Przyda się o wiele bardziej niż banda nieokrzesanych potworów.

– Przyjacielu – rzekł władca podziemia tonem nieznoszącym sprzeciwu – Conta niewątpliwie jest znakomitą wojowniczką, ale jest też twoją partnerką… – zrobił króciutką przerwę – …a ja nie chcę, żeby cię coś rozpraszało. Mając wybór, mógłbyś wybrać… niewłaściwie. Armia wyrusza z tobą na ziemię. – Odwrócił się plecami do demona wojny na znak, że konwersacja właśnie dobiegła końca.

Bellastor musiał to zrozumieć, bo skinął głową i zamknął za sobą drzwi, zostawiając swojego pana samego ze swoimi rozterkami.

– Raz cię już przechytrzyłem – powiedział do niewidzialnego rozmówcy. – Nie widzę powodu, dla którego teraz miałoby być inaczej. Pamiętaj, że Iskra jest ciągle w moim posiadaniu. – Na myśl o tej broni kącik jego ust drgnął do góry.

EFEKT UBOCZNY

Lumen złapał Aurelię za rękę. Kiedy opuszczali przytulne mieszkanie dziewczyny, w jednej sekundzie poczuła jedynie ukłucie w brzuchu, a w kolejnej znalazła się w bardzo biednym mieście. Na ulicach było pełno żebraków, ubogo ubranych kobiet z dziećmi albo dzieci biegających bez żadnej opieki. Od czasu do czasu można było natknąć się na stos śmieci. Ulice miasta piętrzyły się, a przy nich znajdowały się biedne, obdrapane, murowane domy. Aurelia nie życzyłaby nikomu tutaj mieszkać.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała Anioła.

– W Rio de Janeiro, stolicy Brazylii.

– To nie wygląda jak karnawał – mruknęła pod nosem dziewczyna.

Posłusznie szła za przewodnikiem, ale szybko dotarli do celu. Zatrzymali się przed sklepem z pieczywem. Na zapleczu musiała znajdować się kuchnia z piecem, bo w powietrzu unosił się cudowny zapach świeżo upieczonego chleba. Weszli do środka. Za ladą sklepu stał młody mężczyzna w białym piekarskim fartuchu.

– Olá, Adam! – Lumen zaczął z nim rozmawiać po portugalsku.

Aurelia nie zrozumiała z tego ani słowa, ale na szczęście rozmowa nie trwała zbyt długo. Był to właściwie monolog Anioła, bo Adam jedynie słuchał z szeroko otwartymi oczami. Słowa Lumena musiały wywrzeć na nim duże wrażenie, bo mężczyzna najpierw osunął się na regał z pieczywem, by po chwili łza popłynęła po jego policzku. Aurelia nie rozumiała jego wzruszenia. Wściekłość, wyparcie, strach. To są uczucia, które Aurelia była w stanie pojąć, ale na pewno nie wzruszenie. Nagle oczy Brazylijczyka skierowały się w stronę kobiety. Spojrzał na nią swoimi dużymi, brązowymi, pełnymi łez oczami, po czym uśmiechnął się lekko. Ten gest sprawił, że Aurelia poczuła przeszywające ciepło na całym ciele. Nie odwzajemniła uśmiechu, ale mężczyzna zdawał się tym nie przejmować. Bez wahania chwycił rękę Anioła, Aurelia zrobiła to samo i już nie byli w sklepie z pieczywem. Tym razem znaleźli się przed dużym i pięknie wyglądającym zamkiem. Otaczały go mury, miał trzy duże wieże połączone korytarzami z zapierającymi dech w piersiach arkadami. Na dziedzińcu pełniącym dla mieszkańców funkcje rekreacyjne stała sporej wielkości fontanna.

– Tutaj sobie trochę pomieszkamy – oznajmił pełen zapału Anioł w języku, w którym każdy z jego podopiecznych mógł go zrozumieć.

Bez wątpienia pokazał im najpiękniejszą część zamku, aby ich do tego zachęcić. Adam przyjął to zdanie z pokorą, Aurelia zaś się oburzyła, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Lumen złapał ich za ręce i przeniósł do pomieszczenia wyglądającego jak jadalnia.

– Jeszcze raz, a zwymiotuję – ostrzegła Aurelia, bo ukłucie w brzuchu wzmagało się z każdą kolejną sztuczką Anioła. – Umówmy się, że jeśli będę mogła się gdzieś dostać, to zrobię to sama.

Adam zarechotał pod nosem, co Aurelia wzięła za oznakę sporego poczucia humoru. Szybko się zorientowała, że nie są sami.

– Witajcie, jestem Kent – przedstawił się silnie umięśniony mężczyzna, wchodząc do jadalni. Był to szatyn o niebieskich oczach z charakterystyczną blizną na lewym policzku. Wyglądał na czterdzieści lat, ubrany był w brązowy habit. Pomimo surowego wyglądu sprawiał wrażenie bardzo miłego. – Będę was tutaj trenował. Ty musisz być Aurelia – zwrócił się do dziewczyny, podając jej dłoń. – Adam – rzekł i skinął głową w kierunku mężczyzny.