Łzy diabła - Magdalena Kozak - ebook

Łzy diabła ebook

Magdalena Kozak

4,5

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Duch wojownika jest wieczny.

Nie zmienią go ani czas, ani miejsce, ani okoliczności. Wojownik będzie szedł za swoją Sprawą, bez względu na to, jak bardzo poranią go kamienie leżące na ścieżce. Będzie szedł, choćby brakło tchu. A gdy już padnie na kolana i nie będzie miał siły wstać, będzie się czołgał.

Po tym poznaje się prawdziwego Wojownika.

Królestwo Farji znowu wyrusza na wojnę przeciw dzikim, górskim plemionom. Tradycja nakazuje Farjanom wysyłać kolejnych synów na śmierć. Tradycja nakazuje Wysokim wysyłać kolejnych synów na smierć. Wieczna wojna, napędzana wściekłą wrogością i interesami obcych mocarstw. A gdy zakończy się kolejna bitwa, nad poszarpanymi, zwęglonymi ciałami, przez jęki wykrwawiających się rannych wiatr poniesie odwieczną pieśń:

W górach Wysokich historia grobów świeżych

Pyta, czym dzisiaj swą krew i honor mierzysz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1015

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




◄ 1 ►

Giniemy!

Śmigłowiec ciął nisko, tuż nad ziemią – tak nisko, że tumany brudnoszarego kurzu wciskały się do jego wnętrza, a o poszycie łomotały ostre odłamki kamieni. Pilot wyciskał z maszyny siódme poty, zmuszając ją do coraz bardziej oszalałego pędu nad pustkowiem; majestatyczne szczyty gór, z początku jedynie majaczące na północnym horyzoncie, wgryzały się coraz wyżej i wyżej w niebo swoimi śnieżnobiałymi kłami.

Królewicz Izzat Szamar siedział na progu szeroko otwartych drzwi i zwieszał na zewnątrz rozkołysane nogi. Drobinki piasku siekły go po goglach i hełmie, szarpały kraciastą, tradycyjną chustę. Tuż obok, tak samo wciśnięty w sploty zabezpieczających lin, siedział książę Malik Leewe, rodzony kuzyn następcy tronu. Jego chusta, widać niestarannie zawiązana, opadała co chwila, pozwalając, by do nosa i ust wciskał się nieustępliwy kurz. Malik co rusz ją poprawiał, odrywając dłoń od drogocennej broni, ale uparte podmuchy bezlitośnie zdzierały łopoczący materiał i znów karmiły księcia suchą, jałową ziemią Regana Mzakka.

– Giniemy! – Choć w tym huku i tak nikt nie zdołałby go usłyszeć, Izzat bezwiednie ściszył głos. Niemniej jednak królewicz ośmielał się wypowiadać zakazane słowa, a to mogło skończyć się niewesoło. Owszem, sam ojciec ich użył, ostatnio nie dalej jak zeszłej nocy. Ale zabronił powtarzać komukolwiek, a na to Izzat, choć rodzony syn, mógł mieć tylko jedną odpowiedź: „Tak jest, Wasza Wysokość!”.

Farja ginie, a my razem z nią.

Królewicz zerknął na towarzyszy. Malik, wierny druh, niemalże wrośnięty w Izzatowe ramię, z dłońmi zaciśniętymi na nieodłącznym karabinie. Amniat, drugi kuzyn, skupiony za sterami śmigłowca, jakby na stałe zespolony z maszyną. Izzat nie widział jego oczu, ale mógłby przysiąc, że świecą niczym gwiazdy – jak zawsze, kiedy książę Szamar dosiadał któregoś ze swych skrzydlatych rumaków.

Obaj są najbliższą rodziną, westchnął Izzat, lecz żaden z nich jeszcze nie wie, nie ma prawa wiedzieć. Domyślają się zapewne: wychowani w pałacu, czują wszelkie zmiany szóstym zmysłem, a kto nie nauczy się tego na czas, ginie, choćby nie wiadomo jak wysoko był urodzony. Domyślają się, ale na razie o niczym nie wiedzą, przynajmniej nie oficjalnie i nie na pewno.

No i Tom, wysłannik Obcych. Ten, oczywiście, zawsze wie o wszystkim.

Przepisowo przypięty pasami do fotela Obcy siedział bez ruchu, z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem, zdałoby się, na stałe przyklejonym do twarzy. Oto wcisnął dzikusom kolejny sznur paciorków i z pobłażliwym rozbawieniem obserwuje ich radość, w duchu przeliczając otrzymany za nie czars. Niewątpliwie pisze już w myślach raport do swoich przełożonych w Dol-Zan: „Książę Amniat zachwycony osiągami Sikorsky’ego UH-60 M »Black Hawka«. Kontrakt na kolejnych dziesięć maszyn w drodze”.

Izzat zacisnął palce na broni. Jeden strzał, pomyślał, i zmazałbym ten jego uśmieszek na zawsze...

Cóż z tego. Rzecz jasna, królewiczowi nie spadłby z tego powodu włos z głowy – kuzyni solidarnie zaświadczyliby, że Toma dosięgła zabłąkana kula wypuszczona przez któregoś z wrogich górali. Ale opuszczone przez wysłannika miejsce natychmiast zająłby kolejny Obcy: Karl, Szasza czy inny Lien. I wszystko byłoby po staremu.

A gdyby żaden nie przybył... to dopiero byłoby nieszczęście. Cóż poczęłaby Farja, po dobrych dwudziestu latach pozbawiona możliwości kupna najnowocześniejszego sprzętu, do którego już zdążyła przywyknąć? Padłaby ofiarą chciwego, lepiej uzbrojonego sąsiada, i to w mgnieniu oka.

Poniekąd sami jesteśmy sobie winni, westchnął Izzat w duchu. Wszak Obcy sprzedają nam dokładnie to, na co opiewa zamówienie. A czy to ich wina, że nam w głowie tylko broń i broń? Można by postawić fabryki. Pobudować więcej szkół. Nawodnić pustynię, zmienić w rajski ogród... Obcy to potrafią, wystarczy tylko pstryknąć palcami, no i, oczywiście, dostarczyć czars. Ale zawsze gdzieś z tyłu głowy, za uszami, siedzi ten mały wredny dżinn i wrzeszczy co sił: „Uriadz kupił nowy samolot! Uriadz kupił nowe armaty! Uriadz kupił nowy czołg! Więc buduj sobie, co chcesz, głupcze, za parę lat będziesz patrzył, jak sąsiad pożera twój kraj!”.

Izzat westchnął, powrócił niewidzącym wzrokiem do szczytów Loe Sar. Ich miejsce przed oczami zajęła wywołana z pamięci poważna, zasępiona twarz ojca.

– Giniemy, synu – mówił Sakawat Szamar pośród mdłych światełek swojego tajnego gabinetu. – Najwyższy czas spojrzeć prawdzie w oczy. Giniemy.

– Tak, tato – wyjąkał wtedy Izzat, bacznie obserwując sieć zmarszczek na twarzy starego króla.

Dla wszystkich mieszkańców pałacu stanowiła mapę pozwalającą w miarę bezpiecznie poruszać się po labiryncie nastrojów władcy. Ci, którzy nie potrafili jej odczytywać, błyskawicznie popadali w niełaskę i pochłaniały ich mroki niepamięci. Nawet królewicz, choć jedynak, nie mógł czuć się do końca bezpieczny. Jeśliby okazał się nazbyt nieposłuszny, czy – nie dajże Jedyny! – nieudany, Święte Królestwo Farji dysponowało zapasowymi kandydatami na władców. Zaraz za Izzatem w kolejce do tronu stał kuzyn Amniat, syn księcia Mokama, królewskiego brata. A gdyby i Amniat nie spełnił pokładanych w nim nadziei, zawsze można było sięgnąć po Malika, zrodzonego przez księżną Sartaję, królewską siostrę, i wychowującego się w pałacu po tragicznej śmierci obojga rodziców. Co prawda tron Farji rzadko dziedziczono po kądzieli, ale jeśli taka byłaby królewska wola Sakawata Szamara Trzydziestego Szóstego, któż ośmieliłby się sprzeciwić?

Królewicz wpatrywał się więc uważnie w zmarszczki na twarzy ojca. Nie układały się we wzory uśmiechu ani aprobaty, ale i też nie sygnalizowały gniewu.

Dobre chociaż to.

– Jego Wysokość król Uriadz Maar, oby żył wiecznie – wypowiedział był król zwyczajową formułkę, choć Izzat założyłby się o dowolną kwotę, że ojciec, gdyby mógł, utopiłby sąsiada w łyżce wody – podniósł nam myto na czars transportowany przez jego Sailab do siedziby Obcych w Dol-Zan.

– Słyszałem – przyznał królewicz, choć ciarki niepokoju przespacerowały mu się po plecach. Zaraz będzie bura. Wiadomość wypłynęła na ostatniej Radzie, z której następca tronu urwał się haniebnie. Ale jakże tu wysiedzieć wśród zrzędzenia tych dziadygów, skoro do magazynów właśnie dotarły świeżutko zakupione kołowe transportery opancerzone?

– Słyszałeś, oczywiście, od Amniata – rzucił kwaśno władca. – Dobrze, że chociaż jeden z was uczestniczy w posiedzeniach Rady. Bo ciebie z Malikiem próżno szukać gdziekolwiek indziej niż w koszarach! Nie wiem, jak zamierzacie kiedykolwiek rządzić tym krajem...

– Przyjmowałem najnowszy transport uzbrojenia od Obcych – bąknął królewicz bez specjalnej nadziei, że przywołanie tego argumentu choć trochę mu pomoże.

– Nie pyskuj. Słuchaj.

– Przepraszam, Wasza Wysokość.

– Jak dobrze wiesz, gospodarka Sailabu, tak jak i nasza, opiera się obecnie na eksporcie czarsu do Obcych. Uriadz nakazał ostatnio przeznaczyć kolejną część pól pod jego uprawę. Jakie wnioski? – Król lustrował syna badawczym spojrzeniem.

– Zaraz będzie miał głód w kraju – pośpieszył Izzat z odpowiedzią. – Właściwie nie sieje już pszenicy. Tylko czars.

Sakawat zacisnął usta. Królewicz westchnął ukradkiem. No cóż, pudło. Tym razem prawidłowa odpowiedź była inna.

– Sailab wciąż zaopatruje się w nową broń – przypomniał ojciec po raz tysięczny. – I ma na to coraz więcej i więcej pieniędzy. Sam sprzedaje coraz więcej czarsu, ponadto podnosi nam cło. Jak myślisz, co nastąpi najpóźniej za parę lat? Póki żyjemy Uriadz i ja, wiąże nas osobista przysięga przyjaźni. Ale kiedy mnie nie będzie, a ty, drogi synu, obejmiesz tron...

– Pobije nas z kretesem – Izzat wyrecytował wyuczoną lekcję. – Zhołduje mnie i całą Farję, a potem poprowadzi skrajnie rabunkową politykę. Wyniszczy kraj do cna.

Król Sakawat nie skomentował. Odwrócił się do stolika, sięgnął po charakterystycznie obłą butelkę sarkariańskiego wina. Nalał do kielicha rubinowego płynu, podniósł do ust. Pił powoli, drobnymi łykami, popatrując na syna, jakby wciąż nie mógł się zdecydować na powiedzenie czegoś, o czym wiedział, że wyjawić to absolutnie musi. Ale bardzo nie chce.

– Pójdziesz na wojnę – rzekł wreszcie. – Teraz, póki jeszcze nie jest za późno.

– Na wojnę? Z Sailabem?!

Izzat nie mógł uwierzyć własnym uszom. Złamanie świętej przysięgi przyjaźni między dwoma królami było nie do pomyślenia. Nie tylko skazywało Sakawata na wieczyste męki, ale i kładło się czarnym cieniem klątwy na całym rodzie Szamarów oraz wszystkich i wszystkim, co doń należało. A więc i na całym kraju, będącym ich wyłączną własnością.

Król parsknął, rozchlapując wokół krwawe krople wina.

– Oszalałeś? Z jakim Sailabem? Z Wysokimi!

– Ach tak. Oczywiście. Przepraszam, tato.

Królewicz odchrząknął, choć czuł się coraz bardziej zagubiony w tej konwersacji. Niby nic nowego, wojny z Wysokimi, niepokornymi plemionami zasiedlającymi góry odgraniczające Farję od północy, stanowiły część odwiecznej tradycji. Każdy młody następca tronu wyprawiał się przynajmniej raz w życiu, by „nauczyć pastuchów rozumu”, jak mawiano w królewskim pałacu w Sarkari. Odbywał kilka mniej lub bardziej znaczących potyczek i wracał do kraju okrzykiwany wielkim zwycięzcą. Ale teatralna wojna z Wysokimi, kolejny wydatek, właśnie teraz? Kiedy Sailab coraz szybciej się zbroi?

– Gdyby dało się przesyłać czars do Dol-Zan Szlakiem, który wiedzie przez nasze góry, droga byłaby do pięciu razy krótsza od wiodącej przez Sailab – powiedział król. – Jednak jest ona w znacznej mierze nieprzejezdna, poza tym przechodzi przez tereny Wysokich.

Izzat pokiwał głową, wpatrując się w oczy ojca. Patrzyły nań jak zawsze surowo spod krzaczastych brwi, tym razem jednak migotało w nich coś jeszcze. Strach?

– Samoloty Obcych wypatrzyły możliwość wykonania znaczących skrótów przy użyciu materiałów wybuchowych. Jeżeli opanowalibyśmy Szlak, cały czars z okolicy szedłby przez nas. I to my moglibyśmy Uriadzowi podnosić cło! – Sakawat odchylił się w swoim majestatycznym, wyściełanym fotelu, nie spuszczając wzroku z jedynaka.

Izzat przełknął ślinę.

– Wojny z Wysokimi nie wygrał nigdy nikt – odważył się zaszemrać cichutko.

– Tym razem ją wygramy. Musimy. A raczej... – Król przechylił się do przodu, położył dłonie na ramionach następcy tronu. – Ty ją wygrasz, synku!

– Ja? – Izzat pokręcił głową z zaskoczeniem. – Jak to... ja?

Król wyprostował się. Oczy zabłysły mu złowrogim, zawziętym płomieniem.

– Wygrasz tę wojnę – powtórzył z naciskiem. – Słyszysz? Po coś wykosztowałem się na cały ten obcy złom. A ty... – Zimny, dumny uśmiech przemknął mu przez twarz. – Jesteś Izzat Szamar, Honor Smoka, i wygrasz tę wojnę. Inaczej zginiemy.

Królewicz przymknął powieki. Zaplótł palce i nabrał głęboko powietrza do płuc.

Właściwie to sam nie rozumiał, czemu był zaskoczony. Od dawna przecież wyczekiwał tej chwili! Wraz z nieodłącznym Malikiem prześcigali się w wymyślanych opisach dnia, w którym Jego Wysokość rozkaże im, by jak przystało na prawowite latorośle rodu Szamarów, wybrali się na północ, potykać się z Wysokimi pośród złowrogich gór. Oczywiście, zawsze w swych opowieściach odnosili spektakularne sukcesy i nasyceni triumfami wracali do stolicy, by zapisać się złotymi zgłoskami na kartach historii. Tylko Amniat, jak zwykle sceptyczny i nad wiek poważny, kręcił z powątpiewaniem głową: jak dotąd nikomu nie udało się poskromić wojowniczych plemion, teraz wy chcecie oberwać? Nie brali sobie tego w ogóle do serca. Kuzynek, wiadomo, zawsze skłonny był szukać dziury w całym – o ile tematem rozmowy nie były jego ukochane samoloty lub śmigłowce. Wtedy budził się w nim prawdziwy szamarski, łopoczący skrzydłami smok.

A teraz upragniony dzień walki wreszcie nadszedł. Co prawda w marzeniach wyglądał całkiem inaczej, nie niósł ze sobą tej gigantycznej odpowiedzialności i wcale nie było pewne, czy zapowiadał chwałę. Ale stało się, jest. Król wysyła wojska do Wysokich. I pragnie zwycięstwa!

Izzat podniósł głowę, popatrzył na ojca. Ten najwyraźniej czekał na odpowiedź.

– Tak jest, Wasza Wysokość – oznajmił z mocą następca tronu. – Wygram tę wojnę!

Siateczkę zmarszczek władcy rozjaśnił nareszcie uśmiech. Izzat skwapliwie odpowiedział tym samym. Ale oczy, miast uśmiechać się do ojca, wciąż bacznie analizowały każdy jego ruch. Na wszelki wypadek, tak z nawyku.

Nagle Izzat zatęsknił do matki, do jej kojącej, bezpiecznej obecności. Bezpowrotnie minęły chwile, gdy król z królową w kapciach i piżamach, zaśmiewając się do rozpuku, walczyli na poduszki. Izzat był wtedy mały i ledwo to pamiętał, ale przecież pamiętał. Z pewnością zaś nie zapomni tych przerażających chwil, kiedy dowiedział się, że matka nie żyje... i zaraz potem zwaliła się nań lawina plotek, kogo to Jego Wysokość wybierze mu na macochę. Szczęściem bądź nie, król postanowił wychowywać syna samotnie i poświęcił się całkowicie pracy, czyli gospodarzeniu krajem. I zmieniał się we własny posąg, z dnia na dzień.

– Trzymajcie się! Wracamy! – zakrzyknął Amniat, nagłym skrętem maszyny przywracając Izzata do rzeczywistości.

Śmigłowiec przywarował tuż nad ziemią, tak niziutko, że królewicz mógł dostrzec poszczególne źdźbła wyschłej, rudej trawy. A potem w ciasnym kosiaku wyprysnął do góry z siłą, która wbiła buty załogi w metal listwy u progu, i pomknął z powrotem ku Sarkari, pełnej starych, dostojnie kamiennych pałaców, spomiędzy których tu i ówdzie wystrzeliwały obce konstrukcje ze stali i szkła.

Giniemy... – pomyślał następca tronu, podnosząc wzrok do błękitnych ogrodów Jedynego, rozpostartych ponad nimi pośród nielicznych kłębków chmur. Ale może jeszcze nie dziś?

Która jest najpiękniejszą ze wszystkich księżniczek?

Izzat uśmiechnął się, powtarzając w duchu pytanie ze starej baśni. Miał na nie własną odpowiedź. A któraż by inna, jak nie księżniczka Nafasa, córka księcia Zamindara, ministra rolnictwa?

Kiedy tylko służba zapowiedziała dostojnego gościa, księżniczka wybiegła mu na spotkanie, jak zawsze promieniejąca. Będzie doskonałą królową, rozmarzył się Izzat w duchu chyba już po raz setny. Piękna, uśmiechnięta i dobra.

– Wasza Wysokość! – Nafasa skłoniła się przed nim lekko. Delikatne, powiewne tkaniny jej szat zafalowały wdzięcznie na zgrabnej kibici. – Chodź, chodź prędko! Muszę ci coś pokazać!

– Wedle życzenia! – zaśmiał się i poszedł w ślad za nią do prywatnego buduaru. Od razu serce zabiło mu żywiej. Może pozwoli sobie skraść pocałunek?

Na jej skinienie zamknął drzwi. Czyżby...?

Nafasa zakręciła się w miejscu, zdobiona suknia opadła z niej nagle... i oczom zdumionego królewicza ukazał się frywolny, obcy strój.

– Pójdę w tym dzisiaj do Toma! – oznajmiła triumfalnie. – Wszystkie księżniczki poumierają z zazdrości!

Izzat przełknął ślinę, nie wiedząc w pierwszej chwili, jak zareagować. Tańce u Toma odbywały się w charakterystycznym, obcym stylu i większość gości zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Farjanie dość szybko polubili hałaśliwą muzykę, rytmiczne basowe dudnienie i natłok migoczących świateł. Obce stroje zakładali jednak wyłącznie mężczyźni. Kobiety w swej skromności rzadko kiedy decydowały się na tak śmiały krok.

– Co, nie podobam ci się? – przerwała mu rozmyślania, wydymając usta w żałosną podkówkę. – Powiedz uczciwie. A książę Angur był zachwycony... Odwiedził mnie rano i nie mógł się nachwalić mojego gustu!

Izzat odchrząknął. Angur, syn księcia Kanuna, ministra spraw wewnętrznych, nie zaprotestowałby, nawet gdyby Nafasa pojawiła się naga na karym rumaku, otoczona kręgiem równie roznegliżowanych dam. Ba, niewątpliwie byłby tym szczerze zachwycony. Ale w odróżnieniu od następcy tronu nie musiał wiecznie dbać o tę przeklętą reputację!

– Wyglądasz cudownie – orzekł Izzat, pieszcząc zachłannym spojrzeniem jej delikatne kostki, smukłe łydki, a nawet, wybacz, Jedyny, przepiękne kolana. – Ale jeśli pokażesz się tak ludziom, ojciec nigdy w życiu nie pozwoli mi się z tobą ożenić!

– Głupie, staroświeckie przesądy! – burknęła rozeźlona i demonstracyjnym gestem zrzuciła powłóczysty szal. Oczom Izzata ukazały się krągłe ramiona i imponujący dekolt. – U Obcych kobiety chodzą, jak chcą, i nikt z tego powodu nie robi afery!

– Masz rację. U nas też to się zmieni, z czasem. Ale póki co... – Podniósł z dywanu szal i okrył ją, klnąc w duchu swą bezdenną głupotę. Trzeba było raczej poczekać. Kto wie co Nafasa w uwielbieniu dla ekshibicjonistycznej kultury Obcych zdecydowałaby się jeszcze z siebie zdjąć? Ale cóż, chciał w niej mieć królową, nie uliczną dziewkę. – Póki co... – powtórzył niepewnie, zgubiwszy wątek.

– Póki co będziemy się zachowywać, jak należy, czekając cierpliwie na swoją kolej – rzuciła z rezygnacją. – Czy tak?

– Zgadza się. Wiesz przecież, że król Sakawat Szamar Trzydziesty Szósty uważa w mądrości swojej, że przyszła królowa Farji musi być wzorem i ostoją wszelakich cnót, pod żadnym pozorem nie wolno jej ulegać obcym obyczajom, a już na pewno, na litość Jedynego, nie może pokazywać kolan całemu miastu!

Westchnęła ciężko. Podeszła do porzuconej sukni, zaczęła niechętnie wdziewać ją na siebie.

Patrzył na nią w zachwycie, a jego myśli znów powędrowały ku lubieżnym scenom, które mogłyby się dziać po ślubie. Ale zaraz otrząsnął się, zwrócił ku temu, co było celem wizyty.

– Jeślibym musiał wyjechać na jakiś czas... – wyrzekł powoli – poczekałabyś na mnie?

Otworzyła szeroko oczy.

– A więc to prawda? – wyszeptała, załamując dłonie. – Wysyłają cię na wojnę?

Izzat zmarszczył brwi. Plotki w tym mieście były szybsze niż myśl.

– Kto tak mówi?

– Angur. Podobno Jego Wysokość jest na ciebie bardzo zły, że opuszczasz się w nauce rządzenia. Nie przychodzisz na posiedzenia Rady i takie tam... Więc chce cię wysłać do Wysokich, żeby ci przetrzepali skórę. Jemu przecież już nie wypada cię lać, jesteś prawie dorosły.

– Angur tak mówi? – powtórzył Izzat, blednąc z wściekłości. Synalek księcia Kanuna, odkąd sięgał pamięcią, zawsze wchodził mu w paradę. Niby nigdy wprost, zawsze ukradkiem, półgębkiem, ale wciąż starał się przyczepić królewiczowi jakąś łatkę. Tajemnicą poliszynela było, że sam żywił nadzieję na ożenek z Nafasą.

– Och, wiesz, jaki on jest. – Księżniczka machnęła lekceważąco ręką. – Wykapany ojciec. A przecież Kanun lubi wiedzieć wszystko o wszystkich. Taki ma zawód. Więc jak, jedziesz do Wysokich?

– Nic nie wiem o żadnej wojnie z nimi – wykrztusił Izzat. – Przynajmniej nie oficjalnie.

– A nieoficjalnie? – zaśmiała się, mrużąc oczy. Położyła dłoń na jego ramieniu ciepłym, czułym gestem, od którego od razu żywiej zabiło mu serce.

– Nieoficjalnie też nie – skłamał szybko.

Były takie sprawy, takie obietnice, których nie łamało się nawet dla najpiękniejszych księżniczek.

– To dobrze – westchnęła z ulgą. – Nie chciałabym cię stracić. Pomyśleć tylko, że mogliby ci rozkazać, żebyś jak Lewanay Szalony poszedł na Khuni Baha, krwawą stolicę Wysokich... Na samą myśl robi mi się słabo. Pamiętasz z lekcji historii? Sangar, niezdobyta twierdza u kresu Hunrizi Szadid, Potoku Krwi?

– To znowu rewelacje księcia Angura? – rzucił kwaśno Izzat.

No tak, już widać, co tu się kroi. On będzie się wykrwawiał w górach, a w tym czasie książę konkurent zaatakuje inną drogocenną fortecę.

– No, właściwie tak... – przyznała, spuszczając wzrok. Podniosła go zaraz z powrotem, z niezrównanym wyczuciem zmieniając temat. – Zatem jak uważasz, mam nie zakładać tych obcych sukien?

– Absolutnie nie! – Pokręcił skwapliwie głową. – A już na pewno nie przy moim boku! – Uśmiechnął się porozumiewawczo.

Stropiła się wyraźnie. Zatrzepotała rzęsami.

– Izzat, miałeś mi dać znać wczoraj wieczorem – wyszemrała, przygryzając wargę. – Ale nie odezwałeś się, więc kiedy dziś rano przyszedł Angur, obiecałam, że pójdę z nim. Tym bardziej że wiesz, jego siostra Zelgia idzie z Amniatem i będziemy wszyscy razem... Przepraszam.

Królewicz żachnął się w duchu. Faktycznie, obiecał zajrzeć do Nafasy i już nawet szykował się do drogi. Ale wtedy właśnie zawołał go ojciec do swojego gabinetu. No trudno, stało się.

Giniemy – jak zaklęcie powróciła doń znowu czarna myśl. Odegnał ją, choć przecież wiedział, że prędzej czy później i tak znowu powróci.

– Mam nadzieję, Wasza Wysokość, że nie zmienisz zdania po jednym wieczorze z księciem Angurem i nadal będziesz na mnie czekała – powiedział z całą dwornością, na jaką było go stać.

– Oczywiście – zapewniła gorąco Nafasa, patrząc mu prosto w oczy.

Skłonił się i już chciał wyjść, kiedy zaplotła mu dłonie na szyi i delikatnie musnęła usta wargami. Oderwała się zaraz, płonąc stosownym rumieńcem.

– Będę czekać – obiecała, spuszczając wzrok. – Tylko wróć!

– Wrócę do ciebie – wyszeptał z niezdarnie tłumionym pożądaniem.

Skłonił się ponownie i opuścił czym prędzej pałac księcia Zamindara, pieszcząc w myślach zobaczone przed chwilą kształty księżniczki. Ech, dobrze wyglądała dziś w tym obcym stroju. Wyjątkowo dobrze! Owszem, wkurzająco, bo obco, ale jednocześnie podniecająco...

Trzeba będzie zaciągnąć do łóżka którąś ze służek, bo chyba przyjdzie oszaleć, zanim ojciec wyrazi zgodę na ślub. Na szczęście komu jak komu, ale córce bajecznie bogatego Zamindara nie powinien być przeciwny. A zatem to niewątpliwie tylko kwestia czasu.

O ile młody Angur nie popsuje Izzatowi szyków.

Królewicz robił, co mógł, by pozostawać w dostojnej pozie na swym zdobionym, wysokim, diablo twardym i niewygodnym krześle następcy tronu. Od dziecka powtarzano mu, że panowanie nad sobą to najwyższa władza, którą bezwzględnie należy posiąść, nim zacznie się panować nad innymi. Starał się więc, choć rzadko kiedy wychodziło mu to – przynajmniej w opinii ojca – zadowalająco.

Rozejrzał się dyskretnie po zgromadzonych w tajnym gabinecie. Władca w swym majestatycznym fotelu, obok niego niemalże w takim samym fotelu wujek Mokam. Z lewej strony pod oknami królewska młodzież: on sam, Amniat, Malik. Od czasu do czasu bębniły o szyby rozbryzgi spadającego niemal tuż za nimi wodospadu Maklawi.

Naprzeciwko królewskich braci stali wyprężeni na baczność wojacy dowodzący poszczególnymi rodzajami wojsk. Pułkownik hrabia Askar, Wojska Lądowe. Pułkownik hrabia Baad, Siły Powietrzne. Pułkownik hrabia Spin, Siły Specjalne.

– Dziękuję wszystkim za przybycie – rozpoczął król, jak zwykle poważny i dostojny. – Przypominam, że nasze spotkanie jest w najwyższym stopniu tajne. Absolutnie nic nie może się wydostać z tego pokoju.

Królewicz rozejrzał się wokół ze skrywanym westchnieniem. To oczywiste, że jeśli spotykają się w prywatnym gabinecie, sprawa jest ściśle tajna. Gdyby Jego Wysokość chciał ją nagłaśniać, spotkałby się z nimi w audiencyjnej, gdzie jest podsłuch na podsłuchu i mówi się tylko te rzeczy, którymi chce się nakarmić różne służby.

– Rozpoczynamy kolejną kampanię Smoka przeciw Wysokim – oznajmił król. – Tym razem poprowadzi ją mój syn, a zatem zwać się będzie kampanią Honoru Smoka.

– Niech żyje Farja! – odparli wszyscy obecni bez chwili wahania. Izzat spostrzegł jednak, że Askar odrobinę przekrzywia głowę i bardzo, ale to bardzo uważnie wpatruje się swemu władcy prosto w oczy.

– Jak niewątpliwie dobrze pamięta wielu z was, poprzednia chwalebna kampania Hojności Smoka dotarła aż do wrót Baaz Tsuka – ciągnął władca. – Powróciliśmy stamtąd syci wojennej chwały i łupów, a pokora Musafira, tolwaka Wysokich, trwa nieprzerwanie po dziś dzień.

– Dzięki niech będą Jedynemu! – zakrzyknął Izzat wraz z innymi. Wojenna sława króla Sakawata była co najmniej naciągana. Ówczesny następca tronu dostał od Wysokich haniebny łomot, a życie jego samego i garstki pozostałych mu żołnierzy ocaliła dopiero zdecydowana odsiecz króla Aqela. Sam Musafir zaś nadal ani myślał uznać się farjańskim lennikiem i nigdy nie zapłacił żadnego podatku. Ale oficjalna propaganda głosiła nieustanną chwałę Korony Smoka i tego bezwzględnie należało się trzymać.

Wstał książę Mokam.

– Na podstawie danych przekazanych nam przez Obcych ustaliliśmy z naszym drogim bratem najskuteczniejszy plan postępowania. I oto, co zalecamy... – Mokam pstryknął pilotem, ekran pojaśniał od światła włączonego rzutnika.

Izzat uśmiechnął się. Kiedyś tylko Tom przynosił na zebrania prezentacje w PowerPoincie, nie zważając na skrzywione miny dostojników. Przez pewien czas ten sposób przekazywania informacji uważany był za wyjątkowo nieelegancki. Ale nie minęło parę lat, jak sam Jego Wysokość, a w ślad za nim cały dwór zaczęli używać również i tego produktu obcej technologii. Część zebrań trwała dzięki temu dużo krócej, aczkolwiek, niestety, zawsze znalazł się taki, co uważał za niezbędne wkleić wszystkie grzecznościowe powitania i formuły, dodatkowo opatrzone zdjęciami lub obrazkami ze swojego regionu. Takie prezentacje potrafiły przeciągać się w nieskończoność i Izzat miewał poważne problemy z utrzymaniem stosownego wyrazu twarzy. Ale wujek Mokam mówił krótko, treściwie i nie nudził, królewicz słuchał więc z zainteresowaniem.

– Jak dobrze wiecie, góry Loe Sar, otaczające Farję od północy, są podzielone na kilka pasm. – Mokam wyświetlił mapę. – Pomiędzy nimi, niczym klejnot w koronie, lśni jezioro Dżahil, z którego bierze początek Maklawi, królowa naszych rzek.

Kiwali zgodnie głowami. Nic nowego, lekcja geografii.

– Dotychczasowy Szlak rozpoczyna się na granicy lenniczego nam księstwa Wysokich – królewski brat tradycyjnie zaakcentował słowo „lenniczego” – w okolicy Regana Mzakka. Z początku podąża nieznacznym łukiem wzdłuż południowej granicy gór, żeby potem, na wysokości miasta Garam Yilaka, odbić na północ i zagłębić się pomiędzy niższe szczyty. Następnie dociera do Baaz Tsuka, drugiego co do wielkości miasta Wysokich, stamtąd wiedzie wprost do jeziora Dżahil. Odbija na wschód i klucząc pomiędzy szczytami, sięga samego Khuni Baha, stolicy Wysokich. Podąża przez surowe przełęcze Loe Sar i w końcu przedziera się przez nie do naszego północnego sąsiada, Gawandu. Stamtąd do Dol-Zan, gdzie stacjonują Obcy, pozostaje nie więcej jak sto kru.

Askar odchrząknął znacząco.

– Proszę, pułkowniku – zareagował natychmiast książę Mokam.

– Zadanie postawione naszemu młodemu władcy jest niewątpliwie chwalebne – zaczął gładko stary wojak. – I wykonamy je, skoro taka królewska wola. Chciałem tylko zapytać, ile czasu raczyliście, Wasze Wysokości, na nie przeznaczyć? Mam zaszczyt pamiętać ostatnią kampanię Hojności Smoka, kiedy to jeszcze jako młody kapitan służyłem królowi Sakawatowi. Dotarliśmy do samego Baaz Tsuka, ale zajęło nam to całe lato i jesień, a o ile pamiętam, surowa górska zima dała nam się nieźle we znaki...

– Musimy opanować Baaz Tsuka przed pierwszymi śniegami – zgodził się z nim milczący dotąd Spin. – Przejąć miasto, zabezpieczyć je i tam przezimować. Stamtąd dopiero podjąć trud marszu do Khuni Baha i zdobyć je, tym samym ostatecznie zabezpieczając Szlak.

– Przecież to jest niewykonalne! – nie wytrzymał Malik. – Nie wspominając o tym, że większość naszych kampanii połamała sobie zęby już o Baaz Tsuka, samo Khuni Baha jest nie do zdobycia! Miasto, wyrzeźbione wśród skał przez dawno nieistniejącą rzekę, nie ma murów ani warowni, tylko nieprzebyty labirynt skał, w których kryją się hordy krwiożerczych Wysokich. Żadna armia go nie zdobędzie! Ta wyprawa to samobójstwo! I wątpię, wuju – zwrócił się bezpośrednio do króla – żebyś w mądrości swojej o tym nie wiedział, więc pokornie proszę o wyjawienie prawdziwego planu!

Król z bratem uśmiechnęli się pogodnie. O ile obaj byli dość bezwzględni w stosunku do własnych potomków, Malik, jako sierota, cieszył się pewną taryfą ulgową.

– Książę Leewe ma oczywiście rację – oznajmił Sakawat. – Nie jesteśmy w stanie opanować Szlaku w tej postaci, w jakiej przebiega obecnie.

– W związku z tym – przejął pałeczkę książę Mokam – trzeba będzie stworzyć nowy szlak. – Wskazał ponownie mapę Farji. – Z pomocą obcych minerów przejrzeliśmy dogodne miejsca. I doszliśmy do wniosku, że najwłaściwsze będzie, żeby królewska wola zmieniła oblicze gór. Minerzy wyprawią się nad jezioro. Poszukają najlepszego miejsca, tam podłożą ładunki. Wybuch utoruje przejście nowej rzece. Poziom wody w jeziorze obniży się – zaczął wskazywać pointerem – tu i tu, a wtedy tu powstanie nowy szlak.

– Zaiste królewska wola imponująca jest i majestatyczna – wysilił się Izzat, po czym od razu przeszedł do rzeczy: – Oświeć mnie jednak, drogi ojcze, na czym ma polegać moja kampania?

– Wyprawisz się wraz z wojskiem do Regana Mzakka – odparł władca. – Stamtąd będziesz prowadził niezbędne operacje. Po pierwsze, stabilizacja regionu. Krótko mówiąc, będziesz odwracał uwagę Musafira od naszych minerów. Są Obcymi, więc niełatwo im będzie pracować skrycie, każdy ich odróżni. Im więcej Musafir będzie miał z tobą roboty, tym lepiej dla nich. Po drugie, wysiedlanie lokalnej ludności z terenów ewentualnego zalewu. Najprawdopodobniej nowa rzeka biec będzie w okolicy Regana Mzakka, co, nawiasem mówiąc, tylko przysłuży się piaszczystemu regionowi.

– A czy nie zabraknie nam przez to wody w Maklawi? – zaniepokoił się Amniat. – Żyzne pola na tym nie ucierpią?

– Jezioro obniży się zaledwie o parę arszynów – uspokoił go ojciec. – Obcy twierdzą, że Maklawi będzie przez to mniej wylewać, co raczej wyjdzie nam tylko na dobre. Aczkolwiek przestrzegają, że odległe skutki mogą być nieprzewidywalne. Cóż – wzruszył ramionami – walczymy o życie. Z problemem poziomu wody w rzece będziemy radzić sobie później.

Amniat pokiwał głową, usatysfakcjonowany odpowiedzią.

– Kiedy już minerzy zameldują gotowość wykonania zadania – ciągnął król – wyruszycie z Regana Mzakka i dojdziecie do przyjaźnie nastawionego Garam Yilaka. Może nawet zamarkujecie wyprawę w kierunku Baaz Tsuka. Musafir powinien sądzić, że zamierzacie zaatakować miasto, wtedy skupi siły na jego obronie. Tymczasem celem waszym będzie, oczywiście, zabezpieczenie nowego szlaku, kiedy tylko zostanie utworzony. Wszystko jasne?

– Tak, Wasza Wysokość – bąknął Izzat, nieco smętnie. To się nawojuje, nie ma co. Będzie siedział w bazie i wysiedlał okolicznych chłopów. A już się rozhulał w marzeniach, że ojciec naprawdę wymyślił, jak zdobyć Khuni Baha...

No cóż. Nieśmiertelna sława pierwszego Farjanina, który postawił stopę na ruinach niezwyciężonej stolicy, będzie musiała ustąpić prozaicznej renomie sprawnego wykonawcy królewskiego planu. Wola władcy, z nią nie ma dyskusji. Może kiedyś, kiedy Izzat sam zasiądzie na tronie, wymyśli coś bardziej spektakularnego i rzuci sobie Wysokich do stóp?

– Jaką rolę sił powietrznych widzi Wasza Wysokość w swoim prześwietnym planie? – zapytał Baad.

Izzat ściągnął wargi. Flota powietrzna przedstawiała się na razie nad wyraz ubogo i należało nią gospodarować bardzo ostrożnie. Cała potęga lotnicza Farji opierała się na dziesięciu blackhawkach, dwunastu apache’ach, czterech chinookach, jednym królewskim eurocopterze i dwóch samolotach typu Casa.

– Przynajmniej dwa blackhawki i dwa apache’e oddelegujemy na potrzeby minerów – orzekł Sakawat. – Ich zadanie jest w tej sytuacji priorytetem. Pułkownik Spin będzie łaskaw z kolei oddać na ich usługi dwie swoje sekcje.

– Tak jest, Wasza Wysokość! Jeśli wolno zapytać... kto będzie dowodził tym zespołem? – zagadnął prędko Spin.

Wszyscy wiedzieli, że nie cierpi oddawać nikomu swoich ludzi pod komendę. Sakawat spojrzał więc nań surowo, tak żeby pułkownik nawet nie pomyślał o proteście.

– Tom wyznaczy kompetentną osobę. Ich działanie pozostaje całkowicie poza waszym zainteresowaniem.

– Tak jest – wykrztusił pułkownik z trudem.

– Czy dobrze rozumiem, Wasza Wysokość... – spytał z wahaniem Baad. – Oddajemy im ludzi, sprzęt i praktycznie zapominamy o ich istnieniu?

– Zgadza się.

Zapadła cisza. Każdy przetrawiał zasłyszane informacje.

– Dość na dzisiaj – orzekł król, wstając z miejsca. Podźwignęli się natychmiast wszyscy pozostali. – Niewątpliwie macie o czym myśleć, panowie. Dowódców wszystkich rodzajów wojsk proszę o przygotowanie szczegółowych propozycji składu kontyngentu. Termin: za trzy dni.

– Tak jest, Wasza Wysokość! – odparli zgranym chórem.

– Możecie wyjść.

Pułkownicy zgięli się w pokłonach i ruszyli do drzwi.

– Wy zaczekajcie – skinął król na młodzieńców, siadając. Zasiedli więc i oni posłusznie. – Chciałbym, żeby nie było żadnych wątpliwości, jaki będzie przydział zadań. – Skinął na brata, ten przyciskiem wyświetlił kolejny diagram.

– Głównodowodzącego Izzata wspierać będzie pułkownik hrabia Askar – rzekł książę Mokam, patrząc w sposępniałe oczy bratanka z wyraźnym ostrzeżeniem mówiącym: „Nawet nie próbuj protestować, dzieciaku!”. – Siły powietrzne oddajemy pod komendę Amniata, którego wspomoże pułkownik hrabia Baad. – Uśmiechnięte oczy spoczęły na rozradowanej twarzy syna. – A wojskami specjalnymi pod oficjalnym nadzorem Malika dowodzić będzie najmłodszy w tym szacownym towarzystwie, niemniej jednak bardzo kompetentny pułkownik hrabia Spin.

– Nie jest dobrze! – zajęczał Malik z udawanym przerażeniem. – Będę pracował z gościem, który wedle legendy potrafi zabić człowieka pudełkiem zapałek i parą sznurówek. – Złożył prosząco dłonie. – Czy ja jednak mógłbym zostać w domu?

– Ty, młody książę, pojedziesz tam jako pierwszy z pierwszych – uśmiechnął się król. – Izzat i Amniat mają święcenia kapłańskie pod koniec miesiąca. Ciebie ten zaszczyt spotka dopiero za rok, więc możesz spokojnie udać się do Regana Mzakka i zacząć przygotowywać bazę na przybycie wojsk.

– Rzekłeś, panie! – Malik zerwał się z krzesła i skłonił teatralnie. – Ktoś musi jako pierwszy wypróbować nowe, lokalne piękności!

– Na razie idźcie wypróbowywać stare, tutejsze. – Jak zwykle wygłupy Malika rozweseliły władcę. – Dziś tańce u Toma, tak? No to już was tu nie ma!

Książęta wstali, skierowali się ku drzwiom. Izzat obrócił się na progu, obejrzał na ojca.

– Askar?! – zaryzykował jęknięcie. – Już lepiej kup mi, tato, cyjanek. Farja poradzi sobie jakoś bez następcy...

– Idź już, synu. – Spojrzenie króla stwardniało. – Bzdurzysz.

Królewicz skłonił się w milczeniu, wyszedł z gabinetu. Na korytarzu czekali Malik z Amniatem.

– Nic nie mówiłeś! – napadli nań natychmiast. – Po to cię wczoraj ojciec ściągnął nocą, tak?

– Rozkaz Jego Wysokości – rzucił królewicz wymijająco. – Wiecie, rozumiecie.

Wzruszyli ramionami, wciąż ostentacyjnie prezentując obrażone miny.

– Pominąwszy cały ten kibel, panowie... – spróbował ugłaskać ich choć trochę – nadszedł dzień naszej chwały! Jesteśmy potencjalnymi zbawcami ojczyzny! Miła to myśl, wszak nie zaprzeczycie!

Odpuścili, pokiwali głowami z uradowaniem.

– A jak laski będą na to leciały... – orzekł Malik w rozmarzeniu. – Pójdą ze mną co najmniej w pięć. I to jeszcze dziś!

– Siedź cicho na razie – ofuknął go Amniat. – Zgłupiałeś? To jeszcze nie jest oficjalna wiadomość!

– Cholera, ty to potrafisz zepsuć nastrój, kuzynie.

– Dziwisz się? U nas to dziedziczne. Popatrz na mojego starego.

– Mokam nie ma lekkiej ręki – przyznał Malik. – Matka cię czasem nie broni?

– Księżna Graana organizuje nowy sierociniec – rzucił Amniat, sznurując usta. – Broni, i owszem, dziesiątek kolejnych niewinnych duszyczek przed złem świata tego. Chwalebnie.

– Jak cholera chwalebnie. Napiję się za to jeszcze dziś. Izzat, Nafasa idzie z tobą?

– Niestety nie. Miałem wczoraj do niej zajrzeć, ale ojciec mnie odwołał. Więc pójdzie z Angurem.

– Ma dziewczę talent do manipulacji! Biorąc pod uwagę, że i tak już niechybnie będę miał ciebie za króla, myśl o niej jako o królowej sprawia, że moczę się nocą. Nikomu nie będzie łatwo w tym pałacu! Oby szlachetny syn Kanunowy uwolnił nas od tego strasznego losu, o co mi się zdarza nawet i modlić czasem...

– Odczep się, księżniczka jest piękna, mądra i dobra, i będzie doskonałą królową. Poczekamy, zobaczymy, kogo ty sobie znajdziesz, cwaniaczku!

– Jestem romantykiem! Marzę o prawdziwej miłości! – Malik wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Uwiodę jakąś kwiaciarkę albo skrzypaczkę i z nią się ożenię. Będzie mi dozgonnie wdzięczna za zmianę statusu społecznego i dzięki temu nie będę miał żadnych fochów w domu. Zobaczysz!

– Ojciec ci się w grobie przewróci... – pogroził mu Izzat, ale zobaczywszy nagle posmutniałe oczy kuzyna, odpuścił i zmienił temat: – A ty, Amniat, idziesz z Zelgią?

Królewski kuzyn skinął głową.

– Brzydka jest jak koza! – wstrząsnął się Malik.

– Ale za to mądra – rzucił tamten krótko i zamilkł.

Wiedzieli dobrze, że nic więcej z niego nie wyciągną. Jeśli nawet Amniat posiadał tak zwane życie wewnętrzne, strzegł go pilnie i ujawniał dokładnie tyle, ile chciał. Niewątpliwie znać w tym było surową rękę księcia Mokama.

– No to w drogę, panowie! – zarządził Izzat. – Na dzielnych obrońców ojczyzny czekają wino, kobiety i śpiew!

Pośpieszyli marmurowymi korytarzami pałacu wśród gnącej się w ukłonach służby. Noc była jeszcze młoda i tyle miała im do zaoferowania.

I nie pachniała jeszcze wojną. Nic a nic.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Książka nie powstałaby, gdyby nie zespół doradców merytorycznych, którym ogromnie dziękuję:

gen. broni Tomasz Piotrowski

płk Tomasz Białas

mjr rez. Justyn Łyżwa

st. chor. rez. Marcin Rabenda

mł. chor. rez. Dariusz Kałużewski

żołnierze sił specjalnych, a w szczególności: Carlos, Misiek, Piachu, Śmigacz

Serdeczne podziękowania za nieustającą życzliwość i wsparcie składam również towarzyszom broni z różnych frontów: wojennego, powietrznego i medycznego 😊

Tłumaczenie wierszy Onsuriego z Balchu: prof. dr hab. Jolanta Sierakowska-Dyndo

prof. dr hab. Jadwiga Pstrusińska

COPYRIGHT © BY Magdalena Kozak COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2020

WYDANIE II, poprawione

ISBN 978-83-7964-632-6

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski Robert Łakuta

GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ PROJEKT Piotr Cieśliński

ILUSTRACJE Szymon Wójciak

REDAKCJA Michał Cetnarowski

KOREKTA Magdalena Byrska

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ pan@drewnianyrower.com

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow