Lusterko, ramię, kierunkowskaz - Dorthe Nors - ebook + książka

Lusterko, ramię, kierunkowskaz ebook

Dorthe Nors

3,7

Opis

Sonja jest gotowa zacząć wszystko od nowa. Właśnie przekroczyła czterdziestkę, a szwedzkie kryminały, które tłumaczy, zupełnie przestały ją interesować. Póki co regularnie odwiedza masażystkę, próbuje odnowić relacje z siostrą i nareszcie zdobyć prawo jazdy. Apodyktyczny instruktor sprawia jednak, że zmiana biegów staje się wyzwaniem przekraczającym możliwości Sonji. Na dodatek uporczywe zawroty głowy powracają w najmniej odpowiednich momentach…

Wiele lat temu Sonja marzyła, by sielskie krajobrazy rodzinnej Jutlandii zobaczyć już tylko we wstecznym lusterku. Teraz, kiedy samotnie kroczy kopenhaskimi ulicami, odkrywa w sobie tęsknotę za obrazami z dzieciństwa: łabędziami krzykliwymi, bezkresnym niebem i polami żyta. Ale w jaki sposób można powrócić do miejsca, którego już nawet się nie rozpoznaje? I czy tak naprawdę chodzi o powrót, czy o ucieczkę?

Lusterko, ramię, sygnał to cierpki i błyskotliwy portret kobiety wyruszającej w podróż, choć nie ma wokół absolutnie nikogo, kto mógłby wskazać kierunek.

Dorthe Nors – duńska pisarka, studiowała literaturę i historię sztuki, zanim zaczęła publikować książki pod własnym nazwiskiem, tłumaczyła szwedzkie kryminały. Jest autorką 8 książek, za najnowszą, Lusterko, ramię, sygnał, została nominowana do prestiżowej Man Booker International Prize.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 180

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




1.

Sonia siedzi w samochodzie, ma ze sobą słownik. Jest ciężki, leży w jej torbie na tylnym siedzeniu. Pracuje nad tłumaczeniem najnowszego kryminału Gösty Svenssona, jest w połowie, a już w poprzednim tomie poziom zaczął siadać. Dlatego pomyślała: Teraz mnie na to stać – i zaczęła wyszukiwać w Internecie oferty szkół jazdy. Zgłosiła się do szkoły Folkego na Fredriksbergu. Lokal, w którym odbywają się zajęcia teoretyczne, jest mały, pomalowany na niebiesko, pachnie starym dymem papierosowym i przebieralnią, ale teoria poszła jej dobrze. Poza Folkem była tam tylko jedna osoba w jej wieku, facet, który został złapany na jeździe po alkoholu, więc trzymał się raczej z boku. Sonia wyróżniała się w grupie młodych ludzi, a podczas zajęć z pierwszej pomocy instruktor wybrał ją do ćwiczeń praktycznych. Wskazał na miejsce na jej szyi i poprosił, żeby pozostali wyobrazili sobie, że przestała oddychać. Zademonstrował na niej chwyt Heimlicha: jego palce na jej twarzy, przy dekolcie, na rękach. W pewnym momencie chwycił ją za szyję, jakby ją dusił, ale to i tak nie było najgorsze. Najgorzej było, kiedy inni mieli wykonać chwyt, który im pokazał. Czuła się upokorzona, kiedy osiemnastoletni chłopak starał się ułożyć ją w pozycji bocznej ustalonej. Aż jej się zakręciło w głowie, ale oczywiście nikt nie mógł tego zobaczyć. Jej matka zawsze mówiła: Jesteś fajterką. To prawda: Sonia nigdy się nie poddaje. Teraz powinna, ale nie robi tego, uciskacie mocno serce trzydzieści razy i sprawdzacie, czy oddycha, mówił instruktor pierwszej pomocy.

Tak czy owak, Sonia dochodzi do wniosku, że tak naprawdę najważniejszy jest oddech, no i to, że zaliczyła teorię. Jej problemem jest zawsze praktyka, więc teraz siedzi w samochodzie. Cieszy się, że zaszła tak daleko, chociaż to nadal za mało: chce być dobra, nabrać wprawy. Jej siostra Kate i szwagier Frank zdawali egzaminy na prawo jazdy w latach osiemdziesiątych. W Balling palono gumy, ścigano się po polach, urządzano nielegalne zawody. Będąc nastolatką, Kate nie miała oporów, żeby ochoczo brać udział we wszystkim tym, co teraz tak ją przeraża. Nie miała nic przeciwko temu, żeby być pasażerem na gapę podczas wyścigów skasowanych samochodów. Była miejscową femme fatale na balangach, zawsze w centrum uwagi na klubowych imprezach i zawodach gimnastycznych. Sonia nie zdziwiłaby się, gdyby się dowiedziała, że zdarzało jej się wracać chyłkiem do domu bocznymi drogami. W Balling, kiedy ktoś czuł się niepewnie za kierownicą, wybierał drogę za kościołem. Ona też czuje się za kierownicą niepewnie, ale to dlatego, że kiepsko prowadzi. Trudno jej zrozumieć samochód jako mechanizm, podczas jazd ciągle się z czymś boryka. Jej największy problem siedzi obok niej. Ma na imię Jytte. To dym z jej papierosów wisi w powietrzu w sali, w której odbywają się zajęcia. Cała szkoła jazdy jest przesiąknięta dymem papierosowym, a większość tego dymu przeszła przez płuca Jytte. Kiedy Sonia przychodzi, Jytte zwykle jest w biurze Folkego albo na Facebooku, albo przegląda karty zdrowia uczniów. Sonia stoi w drzwiach, a Jytte krzyczy: Ta Melanie z końskim ogonem nie dostała zgody lekarza! Ma coś z nerwami. Wiedziałaś o tym?

Nie, Sonia tego nie wiedziała. Zresztą ona też nie ma zgody lekarza. Ma problem z uszami. To dziedziczne, po matce: obie mają kłopoty z utrzymaniem równowagi w skrajnych pozycjach. Długo była przekonana, że jej to nie dotyczy, ale w końcu się pojawiły: zawroty głowy przy zmianie pozycji. Ta przypadłość to benign paroksysmal positionel vertigo – za dużo obcych słów jak na miejsce, z którego Sonia pochodzi. Poza tym kontroluje sytuację. Nie pozwoli, żeby ją to przed czymś powstrzymało, więc siedzi teraz w samochodzie. Na tylnym siedzeniu ma Göstę, obok Jytte.

Jytte zawsze dużo leży na sercu, więc nie ma czasu jej nauczyć, jak się zmienia biegi. Sonia jeździ z nią już sześć miesięcy i nadal tego nie potrafi. Jytte rozwiązuje problem, zmieniając biegi za nią. Wtedy nie musi zmieniać tematu: jej syn się żeni, wnuczek ma dostać jakieś okropne imię, synowa strasznie się ubiera, a siostra nowego faceta matki jej szwagra właśnie umarła.

– Ci z Tajlandii w ogóle nie potrafią prowadzić.

Sonia i Jytte zatrzymują się na skrzyżowaniu ze światłami na Fredriksbergu. Ostatni papieros, zapalony na dworze, trafił jednak do kabiny. Jego zapach miesza się z zapachem potu. Sonia się poci, włącza prawy kierunkowskaz, Jytte kładzie rękę na drążku zmiany biegów, a Sonia sprawdza, czy nie ma w pobliżu rowerzystów.

– Ta, którą teraz uczę, ma na imię Pakpao. Pakpao? ZIELONE ŚWIATŁO! DRUGI BIEG, DWÓJKA, ROWER!

Jytte wrzuca dwójkę, a Soni udaje się ominąć rowerzystę.

– Wyszła za mąż za siedemdziesięciopięcioletniego starego wieprza. Stał w biurze, nadymał się i w ogóle.

Są w drodze do centrum, jazda odbywa się bez problemów, więc Jytte wrzuca czwórkę. Załatwia to ze swojego miejsca, po czym pokazuje na delikatesy:

– Mają tam świetne nóżki w galarecie i pasztet z wątróbki, jeszcze ciepły, z bekonem, i parówki koktajlowe. Kocham Boże Narodzenie, prawdę mówiąc, nigdy nie mam dosyć świąt. Ty też uwielbiasz Boże Narodzenie?

Jest początek sierpnia, a poza tym Sonia nie przepada za świętami. Bo dla niej święta to głównie listy zakupów Kate i próby naprawienia dawnych szkód przez cofanie czasu, ale mimo to przytakuje. Nie chce zadzierać z Jytte, skoro to właściwie ona prowadzi. No i ma do niej pewną słabość, bo Jytte powiedziała jej kiedyś, że pochodzi z Djursland. Z małej wioski gdzieś w pobliżu Nimtofte. Jej ojciec miał tam sklep z paszą. Sklep znajdował się naprzeciwko szkoły, więc Jytte na dużej przerwie wracała do domu na drugie śniadanie. Przeniosła się do Kopenhagi, kiedy skończyła dwadzieścia lat. Młodszy brat miejscowego policjanta miał dodatkowy pokój w Hvidovre. Też służył w policji, to znaczy, brat policjanta, a Jytte zawsze lubiła mężczyzn w mundurach. Teraz mieszka w Solrød, na obrzeżach, właściwie już na wsi, ale wtedy chodziła na tańce, byle dalej od zapachu duńskiej wsi.

Sonia powiedziała, że trudno się domyślić, że jest z Jutlandii. Nie mówi w dialekcie, to znaczy, generalnie w ogóle trudno jest zrozumieć, co mówi, ale na pewno nie mówi w dialekcie. Co prawda, zamiast „skręć w prawo” mówi po prostu – prawo, a zamiast „skręć w lewo” – lewo, ale dialekt nie ma z tym nic wspólnego. Chodzi o to, że tak jest najprościej i nie trzeba zmieniać tematu.

– Nie masz w sobie nic jutlandzkiego – stwierdza Sonia.

– To powinnaś – prawo – posłuchać, jak rozmawiam z siostrą przez telefon. ZIELONA STRZAŁKA, ZIELONA STRZAŁKA, SKRĘCAJ, DO DIABŁA, ROWER!

Sonia skręca w prawo i zastanawia się, jak sama mówi, kiedy rozmawia z Kate przez telefon. Prawdę mówiąc, teraz już prawie w ogóle z nią nie rozmawia. Jadą w kierunku Vesterbro. Przed nimi Istedgade i samochodowy koszmar, Jytte mówi, że lubi szwedzkie bożonarodzeniowe świeczniki w oknach. A na choince powinny być błyszczące srebrne łańcuchy, niestety jej synowa ma inne upodobania. Zawsze ubiera choinkę na biało, czego Jytte nie rozumie, podobnie jak nie rozumie, dlaczego Folke przyjmuje tylu obcych.

– Mogą chodzić do swoich szkół jazdy – stwierdza. – Nie rozumieją, co do nich mówię. To – prawo – zgroza z nimi jeździć.

Sonia wraca myślami do sklepu z paszą w Djursland. W Balling był podobny sklep. A po drugiej stronie miejscowy market, nazywał się Daglig Brugsen, ale wszyscy mówili na niego Daglig-Aage, bo to Aage tam rządził. Teraz w Balling nie ma już sklepu, nie ma rzeźnika, nie ma poczty. Gospodarstwa pochłonęły się nawzajem, zostały tylko dwa, zniknęły też drogi, którymi dowożono mleko, „plotkarskie ścieżki”, którymi chodziły kobiety, przynosząc kawę, i zwykłe wiejskie szlaki. Balling przypomina wyizolowany kawałek cywilizacji na środku przeskalowanego pola kukurydzy, ale ciągnące się za nim wrzosowisko na szczęście uniknęło zmian. Są tam też łabędzie krzykliwe i chociaż już prawie nikt nie pracuje w rolnictwie, to w domach nadal są ogromne wiejskie kuchnie. Niektóre wielkości małych stołówek. Po jednej stronie stoją długie stoły z blatami z laminatu – miały służyć ludziom, którzy już wyjechali – po drugiej, pod oknami, zainstalowano nowe grzejniki. Zawsze trzeba było posunąć się na ławce, ustępując miejsca komuś z robótką w ręku. Na takich ławach gdzieś w Djursland siadywała kiedyś Jytte i machała nogami. Jest przerwa śniadaniowa, wróciła do domu, nie sięga jeszcze stopami do podłogi. Ma czerwone skarpetki i spódnicę w szkocką kratę. Mama położyła przed nią kawałek pszennego chleba. Sama go piecze, Jytte smaruje kromkę margaryną. Sięga po torebkę z cukrem pudrem. Lubi wciskać go w margarynę. Potrafi poświęcić na to dużo czasu. Potem słucha, jak cukier puder chrzęści między zębami. Rozpuszcza się w ślinie, zamienia w słodki syrop. Za chwilę rozlegnie się dzwonek. Kiedy zaczyna dzwonić, matka woła, że się spóźni. Jytte musi przebiec przez szosę, jej nóżki uderzają o nawierzchnię jak pałeczki w bębenek.

– HAMUJ, DO CHOLERY! MASZ PRZED SOBĄ PRZEJŚCIE DLA PIESZYCH, DO DIABŁA!

Jytte zahamowała, wrzuciła pierwszy bieg. Samochód zatrzymał się, kobiety patrzą na przestraszonego mężczyznę w wiatrówce.

– Musisz się zatrzymać i przepuścić ludzi! – mówi Jytte.

– Wiem – odpowiada Sonia.

– Trudno to zauważyć! – Jytte zdejmuje nogę ze sprzęgła, pierwszy bieg, drugi.

Dzwoni komórka Jytte. Mijają Vesterbrogade, trzeci bieg. Mąż Jytte ma wolne przedpołudnie, nie może znaleźć pilota.

– LEŻY W KOSZYKU. TAK, W KOSZYKU. W KOSZYKU OBOK (prawo, kierunkowskaz, kierunkowskaz, do diabła, prawo, powoli, POWOLI!), chyba obok przepisu na pieczeń.

Jadą Istedgade wśród ławic błyszczących rowerów. Sonia widzi wszystko jak przez mgłę, prawie nie oddycha, ale na skrzyżowaniu z Enghavevej udaje jej się skręcić w lewo, niemal bez pomocy Jytte. Jytte nie rozmawia już z mężem, teraz jest zajęta MMS-em od synowej, która przesłała jej zdjęcie wnuka w ubranku do chrztu. Jej głos staje się łagodny, Sonia musi oczywiście zobaczyć zdjęcie, ale to może zaczekać, Jytte kładzie komórkę na desce rozdzielczej.

W samochodzie trudno ustalić granice. Będąc uczniem, rezygnuje się z własnej woli. Kiedyś Jytte zmusiła ją, żeby wyprzedziła kiosk na kółkach. Jechały sobie spokojnie, aż nagle przy drodze wyrosła skała. Przed nimi sunął powoli kiosk z kiełbaskami. Sonia nie chciała go wyprzedzać, ale ludzie za nią zaczęli się niecierpliwić i trąbić. Jedź, do cholery, wyprzedź go! – krzyczała Jytte, więc Sonia zjechała na przeciwległy pas, wyprzedziła kiosk, po czym wróciła na swój pas tak szybko, że prawie uderzyła w kiosk. To znaczy, w sprzedawcę, który go za sobą ciągnął. Niewiele brakowało, a miałabyś na sumieniu ludzkie życie, powiedziała wtedy Jytte.

To nadal w niej tkwi i nadal się tego wstydzi. Wstydzi i boi. Boi się kogoś zabić. Zbliżają się do Vigerslev Allé. Ulica biegnie obok cmentarza, Vestre Kirkegård, i Jytte stwierdza, że muszą go ominąć. Sonia ma pojechać dookoła.

– Lubię ten cmentarz – próbuje powiedzieć Sonia. – W głębi jest kaplica z oknami zabitymi sklejką. Chyba jest nieużywana. Ale są też alejki z poskręcanymi topolami. I mały staw. Uwielbiam leżeć tam na kocu i czytać.

Czytanie to, według Jytte, zajęcie dla ludzi, którzy są na urlopie, a cmentarze są dla zmarłych. W jej rodzinie jest wielu zmarłych. Niektórzy zginęli w wypadkach samochodowych, inni zmarli na nowotwór, jeszcze inni zginęli w wypadkach w miejscu pracy. Jej matka nadal żyje, ale siostra cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, a teraz Sonia musi skręcić. W lewo. Lusterko, ramię, kierunkowskaz, musi wrzucić niższy bieg. Jytte wrzuca dwójkę, ale Sonia sama wybiera pas. Wybrała właściwy, co wcale nie jest takie proste, kiedy jest ich tak wiele. Czerwone światło, jedynka, stoją i czekają. Na pasie z prawej strony stoi furgonetka. Kierowca dodaje gazu.

– Żółtek coś kombinuje – mówi Jytte i wskazuje na furgonetkę.

Sonia zerka na światła. Właśnie się zmieniają. Rusza. Furgonetka też – i nagle zajeżdża jej drogę. Nie wolno skręcać w lewo z pasa do skrętu w prawo. Sonia to wie, i Jytte też. Szybko opuszcza szybę, wystawia rękę, pokazuje kierowcy palec wskazujący, drugą ręką trzyma kierownicę, wciska klakson. Stoją na skrzyżowaniu na zielonym świetle. Furgonetka się zatrzymuje, kierowca opuszcza szybę.

– BRUDAS! – krzyczy Jytte.

– CHOLERNA DZIWKA! – krzyczy furgonetka.

Sonia przypomina sobie zmarłych premierów pochowanych na cmentarzu. Lubi przychodzić tam z kocem. Leży sobie i patrzy na Hansa Hedtofta, kaczki kwaczą, dach kaplicy lśni w słońcu. Przypomina niebiańską Jerozolimę albo kawałek dalekiej Danii. Odgłosy samochodów są daleko, pachnie cisami i bukszpanem. Jakby nagle znalazła się pośrodku niczego. Teoretycznie zaraz mógłby się tam zjawić jeleń. Kupiła kruche ciasteczka do kawy, zerwała trochę bluszczu. Martwi nie hałasują, a jeśli będzie miała szczęście, zobaczy unoszącego się w powietrzu drapieżnego ptaka. Leży więc tak z dala od wszystkiego.

2.

– Coś mi się porobiło z karkiem i rękami – mówi Sonia.

Jest czwartek, powietrze jest parne jak przed burzą. Sonia leży na łóżku do masażu. Trzyma głowę w dmuchanym gumowym kole, szczęka napiera na skórę, bolała ją, kiedy myła zęby. Jakby jej zardzewiał staw. Masażystka zajmuje się teraz jej pośladkami. Za chwilę przesunie się do góry, mówi, że coś z żołądka Soni wędruje przez całe jej ciało. Pewno złość. Musi ją z siebie wyrzucić, zachęca ją.

– Pozwól jej wyjść – mówi.

Podłoga w pokoju masażystki – masażystka ma na imię Ellen – jest z heblowanego drewna. Widać wyraźnie miejsca, w których kiedyś były sęki. Sypialnia rodziców Soni była wyłożona drewnem. Wszędzie widać było ślady po sękach. Kiedy matka czytała „Billed-Bladet” z nowinkami z wielkiego świata, a ojciec szeleścił gazetą, ona leżała i ożywiała las. Ślad po sęku mógł przypominać wiele rzeczy: ptaki, samochody, postaci z Kaczora Donalda. Teraz ożywa podłoga Ellen. Ellen chwyta ją za pośladek. Mówi, że Sonia za bardzo się spina. Kiedy przyszła dwadzieścia minut wcześniej, drzwi do kuchni były uchylone. Próbowała zajrzeć do środka, ale jedynym, co zobaczyła, była leżąca na stole włóczka i robótka. Niewiele wie o prywatnym życiu Ellen. Poza tym, że dobrze masuje i że w jej oczach jest jakaś tęsknota.

– Masz twarde pośladki – mówi Ellen. – Dlatego że wciąż je napinasz, ściskasz, jak to się mówi, a tak się dzieje, kiedy człowieka coś gnębi i zagryza zęby. To powszechnie używane określenia.

Sonia pracuje z językiem, więc oczywiście wie, że język ma wielką moc, niemal magiczną. Jedna drobna zmiana może albo unieść zdanie, albo je pogrążyć.

– Uważam, że powinnaś zażyczyć sobie więcej spokoju podczas jazd – stwierdza Ellen.

Problemy z instruktorką i z jazdami to temat, który ciągle wraca. Ellen zawsze doradza konfrontację. Ale Sonia już dawno się poddała, nie zamierza prosić o spokój. To się jej w żaden sposób nie opłaca. Jeśli to zrobi, Jytte pewno będzie próbować, ale to nie potrwa długo. Już samo to, że uczeń chce jej coś narzucić, wyda jej się zagrożeniem. Wszystko, co złe, rozwija się w Jytte w ciszy. Podobnie jest z Kate: to, co niebezpieczne, powstaje na gładkiej powierzchni, dlatego trzeba tę powierzchnię ukryć pod monotonną mową, przepisami na ciasta i opowieściami o psiej sierści.

Ręce Ellen chwytają mocno ciało Soni, a rzadko się zdarza, żeby ktoś w ogóle go dotykał. Sonia wmawia sobie, że ręce Ellen są silniejsze niż ręce innych. Na pewno dużo nosi, poza tym pewno nie wszyscy pacjenci są w stanie sami wejść na łóżko do masażu. Każdy ma potrzebę dotyku, powiedziała kiedyś Ellen. Kate też ma silne dłonie. W domu opieki, w którym pracuje, mają specjalne podnośniki dla ludzi starych i chorych. Ale i tak czasem trzeba kogoś podnieść, komuś pomóc, więc i Ellen, i Kate są silne, a teraz ręce Ellen przesunęły się z pośladków na plecy, z tyłu, za sercem.

Miejsce za sercem to miejsce między łopatkami. Tak je nazwała Ellen. Kiedy ktoś zadaje komuś cios w plecy, to właśnie w to miejsce. Sonia czuje w tym miejscu ból. Tak duży, że kiedy Ellen zaczyna masować, wpatruje się w podłogę, w ślad po sęku. Ślad przypomina jej Myszkę Miki. Duże uszy, ręce pod boki. Na dłoniach rękawiczki, złote guziki na spodniach. Woła Pluto, ma przyjść, i to natychmiast. Sonia czuje ból, bolą ją ramiona, jakby były jednym wielkim sińcem.

– Aj, do licha – pojękuje.

– Jak myślisz, dlaczego tak cię bolą ręce? – pyta Ellen.

Sonia odpowiada, że może dlatego, że na skrzyżowaniu z Vestre Kirkegård doszło do rękoczynów. Wydawało jej się, że już jej o tym opowiadała, ale najwyraźniej nie. Dobrze, że może to teraz z siebie wyrzucić. Mówi Ellen, jak strasznie się czuła, kiedy już po wszystkim wracała do szkoły jazdy. Jak Jytte cała się napuszyła. W pewnym momencie próbowała zmienić bieg, ale nie powinna była tego robić, bo Jytte oskarżyła ją, że chce zniszczyć auto.

– Niewiele brakowało, a bym się rozpłakała.

Ellen kładzie ciepłe dłonie na jej ramionach.

– To było niesprawiedliwe.

Sonia czuje, jak mięśnie jej prawej ręki nieco się rozluźniają. To dzięki dłoniom Ellen, klepią ją, palce masują jakiś bolesny punkt za uchem. Sonia jest dorosła, w sile wieku. Nie może oczekiwać, że wszyscy zawsze będą się ze sobą dogadywać. Bo nie będą. Ludzie nie chcą się otwierać. Na przykład Kate ostatnio w ogóle nie odbiera telefonu.

– Teraz plecy. Jesteś gotowa? – pyta Ellen.

Sonia próbuje skinąć głową. Nie jest jej łatwo z twarzą w gumowym kole, poza tym te wszystkie obroty sprawiają jej kłopot. W pewnych pozycjach zaczyna jej się kręcić w głowie. U dentysty jest to szczególnie przykre. Ellen jest zdania, że zawroty głowy wyrażają stan jej ducha. Sonia tłumaczyła jej, że w takim razie w podobnym stanie ducha jest większość kobiet w jej rodzinie. Nie ma ochoty wchodzić w szczegóły, dyskutować o tym z kimś obcym. Sposób, w jaki Ellen próbuje wyczytać coś z ciała innych ludzi, przypomina Soni o zajęciach z analizy tekstu na uniwersytecie. Rzeczy muszą coś znaczyć, muszą móc uwolnić się z kontekstu, z papieru, nabrać innego znaczenia. Muszą przejść z miejsca, w którym są, w inne. Rzeczywistość nie wystarcza. Ellen nie umie ukryć tej tęsknoty, a duża liczba aniołków, które stoją w rożnych miejscach w klinice, wskazuje na to, że wcale tego nie pragnie. Aniołki stoją na biurku, wiszą w oknie, nawet na łańcuszku, który ma na szyi. Ellen okrąża kozetkę. Nie pragną kontaktu z ziemią, powiedziała jej kiedyś. Na jej stronie było napisane, że jest masażystką-terapeutką. Sonia uznała, że to rodzaj fizjoterapii, ale u Ellen ramię to nie tylko ramię, to emocje. Ręce Soni są nie tylko rękami, one wyrażają stan jej ducha. Jako masażystka Ellen musi czytać Sonię, więc Soni nie pozostaje nic innego jak czytać Ellen. Wzajemny cyrk interpretacyjny. Jeśli Sonię bolą nadgarstki, Ellen stwierdza, że pewno za mocno pociągała za cugle. A kiedy Sonia odpowiada, że to możliwe, bo właśnie trudzi się nad kryminałem Gösty Svenssona, więc jej ręce ciężko pracują na klawiaturze, Ellen odpowiada:

– Pewnie w rękach tkwi twój opór wobec niego.

To nie jest wykluczone, ale teraz Ellen nie zajmuje się jej dłońmi: nogi Soni wystają spory kawałek za łóżko do masażu. Jej szwagier Frank nazywa ją Masajką. Był kiedyś w Afryce. Miał opowiadać czarnym o farmach wiatrowych. Sonia wyobraża sobie nagle, jak stoi na środku sawanny. Stoi i wpatruje się w kolana Masajów. Drobny, niski mężczyzna w T-shircie obok mężczyzny wyższego od niego o głowę. A teraz uznał, że zabawnie będzie podrażnić Sonię, dlatego że jest wysoka. Tak wysoka, że Ellen musiała odsunąć swój taboret, żeby móc chwycić jej stopy. Nie ma wątpliwości, że masuje dobrze. Jeśli dodać do tego analizę ciała, Sonia ma świadomość, że dostaje więcej, niż się spodziewała.

– Ładny wisiorek – stwierdza i patrzy na aniołka.

Ellen dotyka go i mówi, że kupiła go, kiedy była na jakimś seminarium.

Nie mówi nic więcej, ale Sonia nie od dzisiaj wie, że jest coś, co Ellen przed nią ukrywa, że jest coś więcej. Ma skłonność do rzeczy nadprzyrodzonych, podobnie jak przyjaciółka Soni Molly. Od kiedy Sonia pamięta, życiem Molly zawsze rządził geograficzny i kosmiczny niepokój. Przez całe liceum planowały, że kiedyś wyjadą. Nie żeby Sonia nie popierała tego pomysłu, ale Molly cały czas go rozbudowywała, snuła gorączkowe plany i w końcu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku pod ich domy zajechał wóz przeprowadzkowy. Za kierownicą siedział ojciec z wysuniętą do przodu dolną szczęką, obok Sonia i Molly ze wzrokiem skierowanym na wschód. Zamieszkały razem w wynajętym mieszkaniu. Życie w Kopenhadze. Kilka lat temu była na imprezie u Molly w Hørsholm. Była tam wróżka. Sonia stała oparta o lodówkę i piła piwo, podczas gdy wróżka, ubrana w żółtą tunikę w odcieniu curry, piła wodę i zaglądała w jej przyszłość. Ojciec zawsze przestrzegał ją przed wszystkim, co mogło mieć cokolwiek wspólnego z wiarą, ale przecież można było uznać, że u wróżki zdiagnozowano jakąś chorobę, a ojciec uczył ją również, że to grzech odtrącać chorych, więc pozwoliła, żeby wróżka robiła swoje. Patrząc wstecz, stwierdzała, że kobieta miała rację. Przepowiedziała jej bowiem, że się nieszczęśliwie zakocha. I rzeczywiście – spotkała Paula. Zakochała się w nim. Ale on wybrał dwudziestokilkuletnią dziewczynę, która wciąż nosiła francuski warkocz. Resztę wróżby Sonia wyparła z pamięci. Bo jak inaczej mogłaby żyć. Próbuje sobie coś przypomnieć, ale pamięć stawia opór.

– Boli? – pyta Ellen.

Tak, boli, ale tego Sonia nie mówi na głos. Nie chce, żeby Ellen czytała z jej stóp. Raz spotkała kogoś, kto widywał duchy. Pojechała na Jutlandię, do ośrodka dla tłumaczy, bo siedząc sama w domu z Göstą Svenssonem, czuła się bardzo samotna. Ośrodek mieścił się w starym klasztorze i bardzo szybko okazało się, że dzieją się tam różne dziwne rzeczy. Trzeszczała podłoga, drzwi się otwierały, ale nikt w nich nie stawał. Nocami władzę nad domem przejmowały sowy, a tłumacze, przynajmniej część z nich, uznała to za znak, że w budynku straszy. Wieczory spędzano na rozmowach przy winie i coraz częściej ktoś wspominał o duchach. Sonia dołożyła swoje, przypisując duchowi pewne cechy Gösty Svenssona – wąsik nad górną wargą, tweedową marynarkę, skrzypiące buty. Wszystko to było bardzo wiarygodne, bo przetłumaczyła na duński niemal wszystkie jego kryminały i wielokrotnie się z nim spotykała. Pewnego dnia wpadła przypadkiem na jedną z kobiet zatrudnionych na stałe w ośrodku. Ona schodziła po schodach z wieży, a tamta kobieta szła na górę. Ojej, krzyknęła Sonia na jej widok. Myślałam, że jesteś duchem, powiedziała.

Żartowała, ale kobieta się nie roześmiała. Powiedziała, że zdarza jej się widywać duchy. Podniosła rękę i zakryła dłonią lewe oko, Sonia pamięta to wyraźnie, dotknęła palcami lewego oka. Widzę duchy tym okiem, powiedziała kobieta. Stała tam. Była inna, wyjątkowa, co dodatkowo podkreśliła gestykulacją. Nie chciała puścić Soni. Miała jej tyle rzeczy do opowiedzenia. Twierdziła między innymi, że klasztor stoi w miejscu charakteryzującym się szczególną energią. Przez stulecia kosmiczne siły ciskały tam piorunami. Na wzgórzach na zachód od klasztoru było miejsce, które uważano za coś w rodzaju sakralnego telefonu. Jeśli chciało się nawiązać kontakt z wszechświatem, wystarczyło tam stanąć. Kobieta opowiadała wszystko ze szczegółami, powiedziała też, że Kopenhaga ściąga do siebie ciemną energię, jest czarną dziurą wszelkiej duńskiej duchowości.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki