Lukrecja. Słodkie pożądanie - Anna Kasiuk - ebook

Lukrecja. Słodkie pożądanie ebook

Anna Kasiuk

3,3

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Dawniej się ze mnie śmiali. Dziś tańczą, jak im zagram.

Magnetyczne spojrzenie, obłędny uśmiech i piegi, którym nie można się oprzeć– czasy, gdy Lukrecja była onieśmieloną, wyszydzaną nastolatką to przeszłość. Dziś, świadoma swojej uwodzicielskiej mocy, chętnie wykorzystuje ją, aby zdobyć wszystko, czego pragnie. I każdego…

Gdy rozpoczyna pracę w redakcji gazety, na jej drodze do sukcesu staje pewny siebie szef, który wykorzystuje swoją pozycję, aby uwieść młodą dziewczynę. Szukając ucieczki, Lukrecja wpada na trop mrocznego sekretu, który może go pogrążyć. Od tej chwili zrobi wszystko, aby został ukarany. Nie cofnie się nawet, gdy przyjdzie jej grać nieczysto.

Determinacja dziewczyny imponuje Arkowi. Przelotny romans ze współlokatorem powoli przeradza się w coś więcej. Czy tym razem namiętność idzie w parze z prawdziwym uczuciem? Gdy w drzwiach mieszkania niespodziewanie zjawi się Emil, dziewczyna stanie przed trudnym wyborem. Powrót byłego kochanka sprawi, że wspomnienia wspólnej przeszłości na nowo rozpalą jej wyobraźnię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 272

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Anna Kasiuk, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadząca: Agata Ługowska

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Aleksandra Deskur

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © Igor Ustynskyy | Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-14-6

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Człowiek może robić, co chce,

ale nie może zechcieć tego, co chce”

 

Artur Schopenhauer

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

 

 

 

Teraz

 

 

 

 

Lukrecja od zawsze marzyła o tym, żeby zostać prawnikiem. Zależało jej na tym, by wyrwać się z rodzinnej miejscowości i rozpocząć karierę w wielkim mieście. Była zdolna i ambitna, więc przez całe liceum uczyła się intensywnie, by osiągnąć swój cel. Jak burza przeszła przez egzamin maturalny i udało jej się uzyskać najlepsze wyniki. Gdy tylko się dowiedziała, że przyjęto ją na wymarzone studia, pozamykała wszystkie swoje sprawy, pożegnała się z rodziną i przeniosła do miasta. To tam miała od nowa układać swoje życie.

Zachłyśnięta swobodą i koniecznością poradzenia sobie z samodzielnością bardzo szybko zrozumiała, że odważne decyzje niekoniecznie wywołują zadowolenie. Przez długie tygodnie Lukrecja borykała się z uciążliwą współlokatorką mieszkania, które wybrała. Co prawda było usytuowane w niewielkiej odległości od uczelni i centrum miasta, co dawało wiele możliwości, jednak towarzystwo wciąż imprezującej studentki irytowało i męczyło. Lu postanowiła zatem znaleźć inne lokum, a w międzyczasie zainteresować się również urozmaiceniem czasu wolnego i znalezieniem sobie dodatkowego zajęcia w postaci pracy. Splotła włosy w dwa ciasne warkocze, co dodawało jej wiary we własną siłę, i udała się na kilka umówionych spotkań. Tu również pojawiły się problemy. Cóż, miała ściśle określone oczekiwania wobec swojej pracy. Zależało jej, by to zajęcie chociaż trochę wiązało się z kierunkiem studiów, który wybrała. Lukrecja chciała się zająć obsługą biurową kancelarii prawnej, pracą w recepcji albo przynajmniej segregowaniem dokumentów w jakimś biurze. Niestety, jak się okazało, miała za małe kwalifikacje do wykonywania wybranych przez siebie zajęć. Po kolejnej rozmowie wróciła do swojego pokoju niezadowolona i rozgoryczona. Za ścianą znów trwała impreza. Kiepski nastrój sprawił, że Lu bardzo szybko postanowiła coś z tym zrobić. Przebrała się w zwiewną sukienkę przed kolano i pod pozorem przygotowania sobie kolacji wyszła do kuchni. Już po chwili została zaproszona do pokoju współlokatorki i poczęstowana drinkiem. Gdy tylko się zorientowała, że wstawione towarzystwo nie rejestruje tego, co dzieje się wokół, postanowiła zapewnić sobie ciszę. Bacznie obserwowała zachowanie zebranych i gdy tylko ich uwaga skupiła się na czymś innym, Lukrecja wylała zawartość swojego kieliszka na pokaźnych rozmiarów zestaw grający pod ścianą. Dla pewności, że osiągnęła swój cel, wyrzuciła również za okno pilota. Nikt nawet nie zauważył przeciągającej się ciszy po zakończonym utworze, co dziewczyna przyjęła z ulgą. Kolejne wieczory zapowiadały się miło i spokojnie. Zły nastrój minął, udzieliła jej się zaś atmosfera domówki. Zainteresowała się nawet jednym z gości i nim się delikwent zorientował, już wbijał się pomiędzy jędrne pośladki spragnionej bliskości mężczyzny Lukrecji.

Dziewczyna nie miała wyrzutów sumienia, że zniszczyła komuś drogi sprzęt. Wiedziała, że jeśli nie będzie walczyć o swoje wszelkimi sposobami, nigdy niczego nie załatwi. Tego właśnie nauczyło ją życie.

 

 

 

 

 

 

Dawniej

 

 

 

 

Lukrecja nigdy nie uważała się ani za osobę wyjątkowo urodziwą, ani atrakcyjną. Gdy była dziewczynką, bardzo cierpiała z powodu licznych piegów. To przez nie była wyśmiewana już w przedszkolu. Dziewczynki nazywały ją robaczywką. Tak samo było w szkole podstawowej, choć wtedy zaczęto stosować wobec niej już nieco bardziej wyrafinowane określenia. Wołano ją pieprzulą, ciapkiem albo plamistą żmiją. Oczywiście takie zachowanie bardzo krzywdziło Lukrecję, bo z natury była osobą niezwykle wrażliwą. Była też spokojna i trochę wycofana i to sprawiało, że często padała ofiarą prześladowań ze strony kolegów. Nie potrafiła się bronić ani walczyć o swoje, a im bardziej zamykała się w sobie, tym większą radość sprawiało innym dzieciom znęcanie się nad nią. Sytuacji nie poprawiało to, że zamiast spędzać czas na zabawie, wolała się uczyć. Dzieciństwo i wczesna młodość Lukrecji upłynęły pod znakiem samotności i wyobcowania.

Za każdym razem, kiedy sądziła, że najgorsze ma już za sobą, doznawała zaskoczenia, bo cały jej koszmar wracał. Zdarzyło się kilkakrotnie, szczególnie podczas spotkań towarzyskich, których w szkole podstawowej organizowano całkiem sporo, że Lukrecję zapraszano do wspólnej zabawy. Uszczęśliwiona zapominała o doznanych wcześniej upokorzeniach i z radością przyjmowała propozycję. Niestety, w chwili kiedy dzieci przestawały być zgodne i pojawiały się między nimi złe emocje, to właśnie na Lukrecji skupiało się całe niezadowolenie, a najlepszym jego wyrazem było właśnie dokuczanie. Wszystkie te trudne doświadczenia sprawiły, że dziewczyna stała się nieufna i zdystansowana. Z trudem przychodziło jej wejście w bliższą relację, bo podświadomie czuła, że jeśli dopuści kogoś do siebie, znów będzie cierpieć.

 

 

 

 

 

 

Teraz

 

 

 

 

Oczywiście następnego dnia już z samego rana usłyszała pełne niezadowolenia pohukiwania współlokatorki. Nie chciała, by to na nią padły podejrzenia, więc zjawiła się pospiesznie w drzwiach jej pokoju.

– Co się stało? Źle się czujesz? – zapytała z troską Lukrecja i pochylając się nad stolikiem, by zebrać rozrzucone resztki jedzenia, obdarzyła dziewczynę pełnym współczucia spojrzeniem.

– To też, nie wiem jednak, czy bardziej nie jestem wściekła, bo ktoś zalał mój sprzęt. Pilot też zniknął. Zobacz… Tego się już nie naprawi!

– Spokojnie. Może ten, kto zalał sprzęt, poczuje wyrzuty sumienia i odkupi?

– Zadbałabym o to! Ale ja nie wiem, kto to zrobił! Kto siedział obok? Pamiętasz?

– Chyba byłam zbyt pijana – skłamała Lukrecja, mrugając przy tym nerwowo.

– Jezu, jakaś ty piękna… – powiedziała nagle zrozpaczona dziewczyna. – A te twoje włosy… Po co je ciągle zaplatasz? Przecież to wabik na facetów, a ty jesteś chyba sama, co?

Lukrecja uśmiechnęła się onieśmielona. Lubiła być doceniana.

– Jestem sama. Ale chyba na razie jest mi z tym dobrze. A włosy wolę mieć związane, po prostu.

– Jak chcesz, to ja cię uczeszę inaczej. Moja babcia zawsze czesała mnie w kłosa. Będziesz w nim pięknie wyglądała.

– Chętnie. Lubię, kiedy ktoś dotyka mojej głowy. – Tym razem to Lukrecja zdobyła się na szczere wyznanie. – A co ze sprzętem? Spróbujesz jednak oddać go do naprawy?

– Skąd. To prezent od moich rodziców. Kosztował krocie. Nie stać mnie na naprawę, a nie mogę im się przyznać, że go zniszczyłam. Jakoś tak mi głupio.

Lukrecja poczuła coś na wzór solidarności z pokrzywdzoną. Ona również kochała swoich rodziców i doceniała wszystko, co dla niej robili. Spróbowała nawet postawić się w sytuacji dziewczyny i przepełnił ją smutek. Sama również nie odważyłaby się przyznać rodzicom, że zniszczyła cenny prezent od nich. Przysiadła na niepościelonej kanapie i wsunęła dłonie między uda. Patrzyła na krzątającą się po pokoju dziewczynę i rozmyślała o swoim domu rodzinnym. Choć przez chwilę czuła bliskość ze współlokatorką, wciąż miała w pamięci ciągłą wrzawę dobiegającą z jej pokoju. Znów poczuła niechęć i irytację. Lukrecja nie potrafiła zapominać.

– Odłóż pieniądze i spróbuj jednak go naprawić. Może zastanów się, czy nie lepiej imprezować na mieście. Zawsze lepiej wrócić do domu i odpoczywać niż sprzątać po gościach, którzy mają na ciebie wywalone.

Dziewczyna zmierzyła Lukrecję posępnym spojrzeniem i przytaknęła.

– Coś w tym jest. Zawsze byłam za bardzo otwarta, może dlatego, że mam trzy siostry?

Trzy młode kobiety w jednym domu, pomyślała Lu i się wzdrygnęła.

– Naprawdę? To musiało być straszne! Dzielić łazienkę z trzema dziewczynami! – Lukrecja roześmiała się serdecznie i przygładziła warkocze. – Ja jestem jedynaczką. I dobrze mi z tym.

Dziewczyna najpierw tylko smutno się uśmiechnęła, ale już po chwili obie śmiały się i żartowały. Mimo swojej niechęci do kobiet Lu zdołała zaskarbić sobie sympatię współlokatorki.

 

 

 

 

 

 

Dawniej

 

 

 

 

Czas mijał, ale problemy, zamiast zniknąć, przybierały inną formę. Lukrecja zaczęła dojrzewać. Jej piegi wprawdzie nie zniknęły z twarzy, stały się jednak niezwykle egzotycznym elementem podkreślającym jej nietuzinkową urodę. Włosy dziewczynki nabrały bardzo głębokiego odcienia czerni. Były zaskakująco proste i lśniły jak włosy Indianek, o których Lukrecja z ogromnym zapałem czytała w książkach Jacka Londona, tak uwielbianych przez jej tatę. Kontrastem dla pięknych włosów były błękitne oczy i właśnie piegi. Ciało dziewczyny nabrało kobiecych kształtów, biodra się zaokrągliły, a piersi coraz wyraźniej odznaczały się pod noszonymi T-shirtami. Zachodzące we własnym ciele zmiany Lukrecja przyjęła z fascynacją. Każdego ranka z namaszczeniem czesała długie, piękne włosy, zaplatała je w dwa dobierane warkocze, związywała czerwonymi gumkami albo podkreślała ich wygląd, wplatając w nie czerwone wstążki i związując na końcu niedużymi kokardami. Smukłe ciało skrywała pod czarnymi podkoszulkami i i obcisłymi dżinsami, które tylko podkreślały niekwestionowane atuty jej rozkwitającej kobiecości.

Nietypowa uroda, która przez tak długi czas była źródłem prześladowań, stała się obiektem zazdrości koleżanek. Brzydkie kaczątko zamieniło się w pięknego łabędzia. Lukrecja zdawała sobie sprawę, że wygląda nieco prowokacyjnie, bardzo szybko uznała jednak, że po latach upokorzeń może sobie pozwolić na mały rewanż. Głowę nosiła zawsze wysoko uniesioną.

W liceum coraz więcej koleżanek zaczęło zabiegać o towarzystwo Lukrecji i pod byle pretekstem szukało sposobu, by nawiązać z nią bliższą relację. Zaczął się czas imprez i wieczorów spędzanych poza domem. Rodzice dziewczyny mieli do córki zaufanie. Dobre wyniki w nauce i nienaganne zachowanie stały się kartą przetargową, która otwierała przed dziewczyną drogę do spędzania czasu z rówieśnikami. Lukrecja wprawdzie chętnie brała udział w życiu towarzyskim, wciąż jednak zachowywała dystans. Była przekonana, że ludzie są powierzchowni i dwulicowi. Oczywiście miało to związek z doświadczeniami z czasów przedszkola i szkoły podstawowej. Lukrecja nie potrafiła zaufać, bo wiedziała, że ludzie, tak dobitnie i głośno określający się mianem jej przyjaciół, jeszcze kilka lat wcześniej nazywali ją w sposób, którego nie zdołała nigdy zapomnieć. I choć bardzo starała się wierzyć w słowa dziewczyn, deklarujących prawdziwą przyjaźń i zdradzających jej swoje tajemnice, pozostawała niewzruszona. Owszem, słuchała wyznań i dzieliła się swoją opinią, doradzała, a nawet współczuła pierwszych miłosnych niepowodzeń, jednak nigdy nie mówiła o sobie. Bardzo często było jej przykro, bo ciągnące się za nią wspomnienia nie pozwalały uwolnić się od przykrych doświadczeń. Coraz częściej Lukrecji zdarzało się wymykać ze szkoły i spędzać czas w samotności. Spacerowała wtedy po pobliskim lesie, próbując poradzić sobie z kotłującymi się w niej złymi emocjami.

Choć tak trudno przychodziło jej nawiązanie relacji, nieco swobodniej czuła się w męskim gronie. Koleżanki były zaborcze i zazdrośnie broniły swojego terytorium, wydawały jej się wyrafinowane i obłudne. Chłopcy nie byli tak skomplikowani. Nie rywalizowali ze sobą tak zawzięcie, a nawet jeśli, nie mieszali w to Lukrecji. Dziewczyna coraz bardziej się przekonywała, że mężczyźni wymagali zdecydowanie mniej uwagi i nie byli tak płaczliwi jak żeńska część jej otoczenia. Chłopcy lubili spędzać czas z Lukrecją, a i ona, mimo głębokiej nieufności do ludzi, dobrze czuła się w ich towarzystwie. Podczas długich przerw wychodziła z kolegami na papierosa i nauczyła się pić wódkę bez popijania, ale nawet to nie zaważyło na jej nienagannej reputacji. Wręcz przeciwnie, Lukrecja zyskała jeszcze większe uznanie wśród towarzystwa, zwłaszcza jego męskiej części. Przyniosło to oczywiście jeszcze większe zainteresowanie ze strony koleżanek, Lukrecja znała przecież większość najpopularniejszych chłopaków. Dziewczyna cieszyła się także nieposzlakowaną opinią wśród nauczycieli. Koleżanki zazdrościły jej swobody, z jaką zachowywała się w gronie mężczyzn, oni z kolei pożądali nie tylko jej intelektu, ale i ciała. Wszyscy przyjęli za pewnik, że Lukrecja jest chodzącym ideałem i koniec. Lu to zainteresowanie ze strony rówieśników sprawiało przyjemność. Było miłą odmianą po latach upokorzeń. Złe wspomnienia jednak nie dawały tak łatwo o sobie zapomnieć. Dziewczyna ostrożnie dobierała swoich znajomych. Starała się wprawdzie brać udział w życiu towarzyskim, ale zawsze na własnych zasadach. To ona decydowała o tym, kto może spędzać z nią czas.

Było jednak kilkoro ludzi, którzy wiedzieli o niej trochę więcej niż reszta koleżanek i kolegów ze szkoły. Ci jednak strzegli tajemnic dziewczyny i nic nigdy nie miało tego zmienić.

 

 

 

 

 

 

Teraz

 

 

 

 

Niedługo potem Lukrecja znalazła pracę. Co prawda niezwiązaną zupełnie z wykonywanym w przyszłości zawodem, ale prostą i zaspokajającą potrzebę kontaktu z ludźmi. Pracowała w niewielkim wydawnictwie prasowym, w którym chętnie zatrudniano studentów.

Nie liczyła na to, że spędzi w tej pracy wiele lat. Jej marzeniem było trafić do kancelarii prawnej. Tam mogłaby robić wszystko, układać dokumenty alfabetycznie, wycierać kurze, cokolwiek, byleby znaleźć się w środowisku, z którym wiązała swoją przyszłość. To było jej pragnienie, a wszystkie, które dotąd miała, spełniała. Pouczona jednak przez swoją mamę, wiedziała, że by dostać się do świata prawników, należy wykazać się sprytem i cierpliwością, a przede wszystkim pracowitością. Dlatego przykładała tak dużą wagę do rzetelnego wypełniania obowiązków. Według Lu ta właśnie praca miała ją przybliżyć do upragnionej kancelarii prawnej, pachnącej aktami i spowitej ciszą, do sali sądowej i adwokackich kuluarów. Tak widziała ten świat i niczego nie pragnęła bardziej niż pracować w wymarzonym zawodzie.

Tymczasem całą swoją energię wkładała w nowe zajęcia. Sortowała pocztę i przygotowywała drobne zlecenia reklamowe. Wrodzona ambicja nakazywała jej traktowanie obowiązków bardzo poważnie, dlatego dziewczyna się nie spóźniała, co dość często zdarzało się jej koleżankom i kolegom, ani nie wdawała się w konflikty. Nie nawiązała też przyjaźni. Powód był prosty – Lukrecja nie ceniła sobie przyjaźni z innymi kobietami, a nie znalazła w biurze mężczyzny gotowego dźwigać ciężar bliższej relacji z nią. Owszem, uczestniczyła we wspólnych wyjściach, spotykała się z innymi poza pracą, jednak zawsze zachowywała dystans. Bardzo szybko zrozumiała panujące w wydawnictwie zasady i relacje pomiędzy pracownikami. Wiedziała na przykład, że redaktor naczelny jest kobieciarzem i sypia ze swoją sekretarką. Wiedziała również, że związany jest z redaktorką rubryki kryminalnej, ale ta zdawała się nie dostrzegać licznych zdrad swojego partnera. Korektorka miała bulimię, a redaktorzy, którzy pracowali w wydawnictwie na stałe, widzieli więcej, niż po sobie pokazywali, zapewne chcąc zachować posady. Tylko młodzi, pracujący na zlecenie stanowili tę część zespołu, której Lukrecja nie próbowała rozgryźć, bo częsta rotacja na ich stanowiskach czyniła to bezsensownym. Kilka dziewczyn odeszło zaraz po tym, jak naczelny zaczął się nimi interesować. Nadużycia seksualne w pracy średnio ją interesowały, dopóki nie zaczęło to dotyczyć jej samej. Grzegorz, bo tak miał na imię naczelny, coraz częściej wodził za nią wzrokiem. Zdarzało się, że zapraszał do swojego gabinetu i niby przypadkiem ocierał się o nią, nawet nie ukrywając erekcji. Któregoś dnia w łazience, która w biurze była koedukacyjna, nakryła go opartego o ścianę, kiedy wychodziła z toalety. Podszedł wtedy do niej bardzo blisko i dotknął jej piersi. Nie sprawiło to Lukrecji przyjemności, ale dostrzegła, że twarz naczelnego się zarumieniła, a oddech stał się gwałtowniejszy.

– Miałbyś na mnie ochotę? – zapytała prowokacyjnie, na co mężczyzna speszył się i zniknął za drzwiami toalety. Po tym zdarzeniu jeszcze kilkakrotnie ją nachodził, dotykał i obmacywał. Szeptał przy tym banalne świństewka, ewidentnie pozwalające mu szczytować. Jednak i te zachowania nie robiły na niej wrażenia. Uznała, że redaktor naczelny ma problemy ze swoją seksualnością, a w interakcje z takim typem wchodzić nie chciała.

Lukrecja spędzała w biurze większą część wolnego czasu. Od rozpoczęcia roku akademickiego minęło już parę miesięcy, a ona wciąż nie znalazła mieszkania odpowiadającego jej potrzebom. To, które zajmowała, coraz bardziej ją irytowało, dlatego przyjmowała dodatkowe zlecenia w pracy i w ten sposób udawało jej się uniknąć spędzania czasu w swoim pokoju. Poza tym coraz bardziej tęskniła za domem, a praca pozwalała zapełnić dotkliwie dręczącą ją samotność i tęsknotę za bliskimi. Dlatego dnie Lukrecja spędzała na uczelni, a popołudnia w redakcji. Taki układ jej odpowiadał.

– Jesteś bardzo ambitna – zauważył któregoś dnia naczelny, kiedy wychodząc wieczorem po skończonej pracy, zastał ją wciąż siedzącą przy biurku. Uśmiechnęła się zadowolona, ale nie udało jej się powstrzymać nerwowego mrugania.

– Zależy mi na tej pracy. Polubiłam ją. A poza tym nikt na mnie nie czeka w domu.

Na ostatnie słowa szef zareagował, unosząc wysoko brwi. Najwyraźniej go zainteresowała.

– Może powinniśmy pomyśleć o dodatkowym zajęciu dla ciebie? Może odrobinę ambitniejszym? Na jakim ty jesteś kierunku?

– Prawo. Studiuję prawo.

– O, grubo. Czyli mogłabyś pomóc Alinie w rubryce kryminalnej, co? – Powiódł leniwie wzrokiem po jej szyi i nawet nie próbując ukryć zainteresowania, zatrzymał spojrzenie na piersiach wsłuchanej w jego słowa Lu. – Znajdź wszystkie materiały dotyczące najgłośniejszego morderstwa ostatniego roku i przygotuj dla mnie notatkę na ten temat. Zaintryguj mnie, a jutro wrócimy do tematu. – Na pożegnanie puścił do niej oko i wyszedł z biura.

Lukrecja siedziała wpatrzona w oddalającą się postać i rozmyślała. Propozycja szefa wydała jej się na tyle interesująca, że gotowa była podjąć wyzwanie. Wiedziała, że Grzegorza fascynowały wszelkie kryminalne zagadki, nie mogła więc potraktować tematu zdawkowo. Regał w jego gabinecie zastawiony był literaturą kryminalną, jego kochanka prowadziła w gazecie rubrykę tematyczną, zatem największa zbrodnia minionego roku z pewnością została już opisana przez ich pismo. Nie zastanawiając się długo, Lukrecja zaczęła szukać. Szybko odnalazła wszystko, co wiązało się z tamtym morderstwem, i nie tracąc czasu, oddała się studiowaniu tematu. Jej cel był jasny: musiała zaskoczyć Grzegorza jakimś nowym faktem albo rzucić na temat zbrodni inne światło. Gdyby się udało, utorowałoby jej to drogę do lepszej pozycji w wydawnictwie. Skończyłoby się parzenie kawy, segregowanie poczty i znoszenie zaczepek ze strony męskiej części stażystów. Oczywiście nie miała nic przeciwko adorowaniu jej, wiedziała jednak, że reagowanie na te zaloty donikąd jej nie zaprowadzi. Nie traciła zatem czasu na takie gierki.

Wyszła z pracy dobrze po północy. Była zmęczona, ale rozpierała ją radość, bo udało jej się wykonać zadanie. Wrodzona ambicja sprawiała, że Lukrecja włożyła w to naprawdę dużo czasu i energii. Wprawdzie redakcja miała być tylko etapem w jej życiu zawodowym, pierwszym krokiem do prawdziwej kariery, ale dziewczyna nie zamierzała odpuścić. Wiedziała, że od jej zaangażowania może zależeć to, jak będzie traktowana i czy zasłuży wreszcie na ambitniejsze stanowisko.

Lu zawsze starała się dawać z siebie wszystko. Nie pozwalała sobie na słabość i utratę kontroli. Tego samego wymagała od innych, także w relacjach damsko-męskich.

 

 

 

 

 

 

Dawniej

 

 

 

 

Szykany, z którymi borykała się w dzieciństwie i młodości Lukrecja, doprowadziły ją do gabinetu jednego z lepszych psychologów w mieście. To tam po raz pierwszy odważyła się opowiedzieć o swoich kompleksach na punkcie wyglądu i potrzebie bliskości. W gabinecie Mateusza, bo tak miał na imię jej terapeuta, mężczyzna w średnim wieku, dość przystojny i patrzący na Lukrecję w sposób, który ona sama określała jako coś pomiędzy ojcowską troską i przyjacielską miłością, opowiedziała po raz pierwszy o tęsknocie za kimś, kto byłby gotów poświęcić jej nie tylko swój czas, ale i uwagę. Kto zdołałby nauczyć ją zaufania i otworzyć na przyjemność płynącą z obcowania z drugą osobą bez obciążającego przekonania, że prędzej czy później zostanie skrzywdzona, a jej samotność tylko się pogłębi.

– Czuję się tak bardzo samotna – mówiła otwarcie Lukrecja, patrząc z ufnością w oczy milczącego terapeuty – że wydaje mi się, iż jedna głęboka, bliska relacja to za mało.

– Co masz na myśli?

– Byłoby najlepiej, gdybym miała przy sobie dwie zaufane osoby. Wtedy czułabym się komfortowo.

Terapeuta notował jej wyznania, a ona wykorzystywała czas, za który płacili jej rodzice, i otwierała się przed nim coraz bardziej. Polubiła Mateusza. Choć nigdy oficjalnie nie ustalili, że będą mówili do siebie po imieniu, coś podpowiedziało Lukrecji, że tak właśnie być powinno i zwracała się do terapeuty w ten sposób. Mężczyźni nie byli przecież aż tak skomplikowani i zasadniczy, by mogło mu to zrobić różnicę, myślała. Mateusz widocznie wyszedł z podobnego założenia, bo ani nie zwrócił jej uwagi, by zachowała wymagany dystans, ani też sam nie zwracał się do Lukrecji per pani.

Byli jeszcze Emil i Artur. Poznali się w szkole podstawowej. Co prawda nie chodzili do tej samej klasy, ale byli rówieśnikami. Spotykali się na każdej przerwie, co pomagało Lukrecji przetrwać najtrudniejszy chyba czas w jej szkolnej karierze. Chłopcy przyprowadzali ją pod klasę rano i czekali na nią aż do dzwonka. Razem penetrowali szkolne korytarze i niewielki zagajnik kilkunastoletnich brzózek, gdzie urządzili swoje tajne miejsce spotkań. To tam Lukrecja po raz pierwszy zasmakowała pocałunku. Było to w siódmej klasie, podczas jednej z zabaw, kiedy to we dwójkę z Arturem siedzieli na najniższej gałęzi drzewa. Luźno zwisające nogi majtały się, wprawiając gałąź w ruch, podczas gdy oni badali swoją własną wytrzymałość. Wtedy właśnie Artur przysunął się do niej i przywarł ustami do jej ust. Lukrecji trudno było nazwać uczucie, które nią zawładnęło. Nie była to namiętność, ale z pewnością i nie zawstydzenie. Pomyślała wtedy, że była to przede wszystkim ciekawość. Pocałunek Artura okazał się bowiem na tyle nieporadną próbą zbliżenia się do dziewczyny, że wzbudził w niej ogromne wręcz zainteresowanie tym doświadczeniem i chęć powtórzenia go. Już po kilku dniach pojawiła się ku temu sposobność. Podczas wyprawy nad rzekę, gdzie zamierzali zakosztować wspólnej kąpieli, to właśnie Lukrecja postanowiła pocałować Artura. Siedzieli wtedy na kocu, mokrzy i wyczerpani młodzieńczymi zabawami w wodzie. Ujrzawszy przyjaciół splecionych w pocałunku, Emil również zapragnął zasmakować nowego przeżycia. Usiadł obok nich, z początku zaledwie się przyglądając nieśmiałym gestom, by wreszcie zwrócić na siebie uwagę i przyciągnąć do siebie przyjaciółkę.

Tak zaczęła się ich przygoda z erotyką. Coraz częściej zdarzało się tej trójce udawać w ustronne miejsca i wspólnie poznawać tajniki nieznanej im dotąd sfery życia. Dotykali się z fascynacją, wsłuchani w potrzeby towarzyszki i coraz żarliwiej spełniający jej kaprysy. A rozkoszna Lukrecja miała ich całkiem sporo. To właśnie jej dwaj szkolni przyjaciele nauczyli ją sięgania z odwagą po rozkosze, którymi chętnie się z nią dzielili. To oni mogli wreszcie dotykać jej młodego ciała, eksplorować je i zachwycać się nim bez większych zahamowań.

Jednak tym niewinnym dziecięcym igraszkom przyświecała jedna zasada. Mianowicie Lukrecja nie pozwalała Arturowi i Emilowi na zbyt intymną penetrację. Wyznawała bowiem zasadę, że kwiat jej dziewictwa jest darem, który ofiaruje mężczyźnie zdolnemu zdobyć jej bezgraniczne zaufanie i zaspokoić potrzebę bezpieczeństwa. W tamtym okresie warunek ten okazał się zbyt wygórowany dla młodych chłopców.

Czas zakończenia szkoły zbliżał się nieubłaganie, a po wakacjach drogi trójki przyjaciół miały się rozejść. Perspektywa rozstania bardzo ich smuciła, ponieważ przez cały okres szkolny zdążyli się ze sobą szczerze zaprzyjaźnić. Lukrecja pomagała chłopcom w pisaniu wypracowań, odrabiała za nich większość zadań humanistycznych, a także geografię, którą wprost uwielbiała, podczas gdy oni wybawiali ją, przynajmniej częściowo, od konieczności zajmowania się językiem niemieckim i matematyką. To był cudowny czas, wspominała później Lukrecja, pomimo całej swojej burzliwości. Kiedy cała trójka spotkała się w swoim brzozowym zagajniku ten ostatni raz, ściskając w dłoniach świadectwa otwierające im drogę do dalszego kształcenia, po raz pierwszy zapanowała pomiędzy nimi cisza. Poczuli przytłaczający smutek i tęsknotę za wspólnie spędzonym czasem, rozmowami i zabawą. Usiedli na zwalonym pniu i sięgnęli do paczki z papierosami, którą wyjął z kieszeni spodni Emil.

– Mieliśmy to szczęście, że świetnie się bawiliśmy – westchnął nostalgicznie, zaciągając się mocno papierosem, co nie przyniosło żadnej ulgi. Cała trójka zwiesiła nisko głowy.

– Zawsze możemy się przecież kontaktować przez neta – zaproponował Artur, ale jego entuzjazm nie trwał zbyt długo. Chwilowa radość spłynęła, pozostawiając tylko smutek. Lukrecja wypaliła papierosa i stanęła przed chłopcami. Wystrzeliła peta w kierunku ogrodzenia i otrzepała krótką, czerwoną plisowaną spódniczkę w szkocką kratę.

– Mamy namiary na siebie, konta w social mediach i to musi nam wystarczyć. Było mi z wami bardzo dobrze. – Uśmiechnęła się czarująco do obu przyjaciół i pochyliła się najpierw nad Arturem, pocałowała go w policzek, a zaraz potem pociągnęła w górę jego brodę. Chłopak poderwał się, a nie wiedząc, co zrobić w takiej sytuacji z rękami, wepchnął je głęboko w kieszenie. To był pierwszy raz, kiedy Lukrecja całowała ich niemal na oczach kolegów i koleżanek. Nim się jednak spostrzegła, Artur wpił się ustami w jej usta i trwali tak w namiętnym bezruchu. Lu zarzuciła mu ramiona na szyję i przywarła do niego całym ciałem. Wplotła place w jego włosy i wsunęła koniuszek języka w jego usta. To samo uczyniła potem z Emilem, który, nauczony już zachowaniem poprzednika, podniósł się spokojnie i przycisnął dziewczynę do siebie. Głaskał jej włosy i pocierał nosem jej nos.

– Wiesz, że wyjeżdżam z powodu choroby dziadków, nie z własnej woli. Gdybym mógł, zostałbym tu, gdzie moje miejsce. Trzymaj się, mała Lu, i pamiętaj, że zawsze możesz zadzwonić. Nie będziemy daleko.

– W razie czego przyjedziesz mi z odsieczą? – zapytała kokieteryjnie.

– Oczywiście. Najszybciej, jak się da.

Emil przysunął się do niej odważnie i nie przejmując się zazdrosnymi spojrzeniami kolegów, jak zwykle zasypał ją namiętnymi pieszczotami.

A potem chłopcy zniknęli z życia Lukrecji. Nie rozpaczała po nich jednak zbyt długo. Rozstała się z nimi w przyjaznych relacjach, zachowując dobre wspomnienia i myśli, bo to im zawdzięczała przetrwanie tamtego okresu.

W liceum przez dłuższy czas dziewczyna nie mogła znaleźć sobie towarzystwa. Chodziła do szkoły, w której spotkała się młodzież nie tylko z jej miasteczka. Pojawiło się tu sporo przyjezdnych, którzy w różny sposób radzili sobie z wyobcowaniem i brakiem pewności siebie. Lukrecja starała się należeć do szkolnej elity, co dawało jej złudne poczucie stabilnej pozycji i ratowało przed ewentualnymi atakami. Te relacje były jednak bardzo powierzchowne i nie zaspokajały potrzeby bliskości. Dopiero w trzeciej klasie, zmęczona samotnością i przytłoczona obecnością wciąż plotkujących i zazdrosnych koleżanek, zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu odpowiednich osób, gotowych stać się jej ostoją i obdarzyć ją poczuciem tak bardzo potrzebnego jej bezpieczeństwa. Na jednej z imprez Lu usiadła przy kominku i wsłuchała się w przyjemną muzykę płynącą z pokaźnych rozmiarów głośnika JBL. Czuła się swobodnie, nie ograniczał jej już lęk, co zawdzięczała opiece, jaką otoczył ją Mateusz, i wspomnieniom chłopców, zawsze towarzyszącym jej w najtrudniejszych chwilach. W pewnej chwili uniosła głowę, jakby wiedziona nagłą potrzebą, a jej spojrzenie spotkało się z utkwionym w niej wzrokiem chłopca stojącego pod ścianą. Lukrecja widywała go na korytarzach w szkole. Chłopak uśmiechnął się do niej ostrożnie, a potem nagle wrócił do przerwanej rozmowy, co pozwoliło jej swobodnie mu się przyjrzeć. Ubrany był w czarną, długą bluzę z kapturem naciągniętym na głowę, mimo iż znajdowali się w domu. Choć wydał się nieco tajemniczy i wyobcowany z tłumu roześmianych i podpitych już znajomych, sprawiał przyjemne wrażenie. Lu pomyślała nawet, że idealnie wyglądałby przy jej boku. Nie widząc jednak zainteresowania z jego strony, zabrała swoją szklaneczkę z drinkiem i wyszła na taras. Bardzo szybko poczuła chłód przenikający przez jej ciepły sweter. Postawiła szklankę na poręczy i sięgnęła po papierosa. Nagle obok niej rozbłysnął płomień żarowej zapalniczki. Nie patrząc na tego, kto zaoferował ogień, przysunęła papierosa i odpaliła. W dalszym ciągu nie czuła skrępowania. Pomyślała, że mogłaby jakoś wykorzystać to spotkanie. Wtedy przypomniała sobie jedną z rozmów przeprowadzonych w gabinecie psychologa.

– Jaką rolę odgrywają ludzie stający na twojej drodze, Lukrecjo? – pytał wtedy Mateusz.

– Niektórzy nie odgrywają żadnej roli, inni zaś mają za zadanie utrzymać mnie na powierzchni.

– Nie sądzisz, że to trochę przedmiotowe traktowanie ludzi?

– A wiesz, jak ja się czułam, kiedy zewsząd słyszałam tylko, że jestem brzydka i nikt mnie nie lubi, bo mam piegi? Musiałam sobie z tym poradzić, choć miałam ogromne poczucie krzywdy. Ludzie, którzy stają na mojej drodze, nie mogą czuć się skrzywdzeni, bo ja tego nie robię. Ja tylko próbuję wyciągnąć z relacji to, co akurat jest mi potrzebne. Widzisz zatem coś złego w moim postępowaniu?

– Cóż, mimo wszystko taka postawa wydaje mi się niepokojąca. Czy w ten sposób nie zachowujesz się trochę jak pasożyt?

– Pasożyt nie zabija swojego żywiciela, bo kto normalny pozbawiałby siebie pożywienia i schronienia?

Lukrecja przypomniała sobie tę rozmowę w chwili, kiedy spojrzała w twarz stojącego przed nią chłopca. Uśmiechnęła się ciepło do swoich myśli i podziękowała za ogień. Chłopak podparł się łokciami o poręcz i zwrócił twarzą w stronę ogrodu. Wpatrzony w dal czekał na rozwój wydarzeń. Ona uczyniła to samo, stanęła przy nim i patrzyła w jaśniejącą nad miastem łunę świateł. Chłopak był od niej sporo wyższy, co napawało ją przyjemnością płynącą z pozornego poczucia bezpieczeństwa.

– W której jesteś klasie? – zapytała wreszcie, bo pierwsze wrażenie, jakie na niej wywarł, dawało nadzieję.

– W drugiej.

– Jesteś ode mnie młodszy.

– Czy to ci przeszkadza?

– Nie. Czego nie lubisz?

Zerknął na nią zaintrygowany.

– Spodziewałbym się, że zapytasz, co lubię albo co sądzę o gospodarzu, czy coś w tym stylu.

– Nie jestem zainteresowana tym, co sądzisz o gospodarzu. To twoja sprawa. Zakładam, że się znacie i lubicie, skoro tu jesteś.

– Nie znam go. Jestem tu z kumplami. Ty go znasz?

– Tak, jesteśmy w tej samej klasie.

– Powiesz mu, że miał ponadprogramowych gości? – Jego spojrzenie błysnęło pogardą, co natychmiast wprawiło Lukrecję w dobry humor. Zanosiło się na pierwszą wspólną tajemnicę.

– Nie, dlaczego? Nie niszczysz dywanu w sypialni jego rodziców, na co zwracał uwagę każdemu, kto tu wchodził, więc zakładam, że przyszedłeś się zabawić, nie dewastować.

– Nie lubisz bad boyów? – Tym razem chłopak wyprężył się przed nią, za wszelką cenę starając się wpasować w wybierany przez większość chłopców szablon. Lukrecja obrzuciła go niewinnym spojrzeniem i wrzuciła niedopałek do jego pustej butelki po piwie.

– Nie lubię głupoty, wiesz? A na bad boya mi nie wyglądasz. Jak masz na imię?

– Miki.

– Co to znaczy?

– Miłosz, ale mówią do mnie Miki.

– Czy mogę do ciebie mówić Miłosz?

Chłopak zdrętwiał na chwilę, a Lukrecja od razu pomyślała o jego rodzicach. Skrzywdzili go, dając imię prawdopodobnie po jednym z dziadków.

– Masz piękne imię. Może trochę staroświeckie, ale piękne. I pasuje do ciebie. Dodaje ci powagi.

Z jej rozmówcy zeszło powietrze, co przyjęła z ulgą.

– Dobrze, mów mi Miłosz.

– Ja mam na imię…

– Lukrecja, wiem. Wszyscy wiedzą, jak masz na imię.

– Tak? Nie wiedziałam, że jestem aż tak popularna.

– Umówisz się ze mną, Lu?

Po jej ciele rozpierzchło się ciepło, bo Miłosz zwrócił się do niej tak, jak chłopcy ze starej szkoły. Nie zdążyła niestety odpowiedzieć, bo wtedy pojawiła się przy nich jedna z dziewczyn, których Lukrecja nie znała, i uwiesiła się na ramieniu chłopaka.

– Zatańczysz ze mną, Miki? Ech, kręci mi się w głowie! Zaprowadzisz mnie do pokoju na górze?

Miłosz nie wyglądał na zadowolonego. Wręcz przeciwnie, zmarszczył czoło i próbował zatrzymać zataczającą się dziewczynę w miejscu. Wyglądało to dość zabawnie, dlatego Lukrecja zwróciła się w stronę przedstawienia i śledziła całą scenę z pobłażliwym uśmiechem. Wreszcie chłopakowi udało się zapanować nad rozbawioną koleżanką. Ścisnął jej ramiona i potrząsnął, skupiając jej uwagę na swojej twarzy. Odciągnął ją na stronę, gdzie przez chwilę rozmawiali, a to przestało już interesować Lukrecję. Zabrała swoją szklaneczkę i wróciła do środka. Nagle i ona zapragnęła zatańczyć. Zeszła schodami w dół, wychyliła drinka i odstawiła szklaneczkę na barek. Przygładziła czarną spódniczkę do ud i ruszyła na parkiet znajdujący się w salonie. Ktoś właśnie puścił piosenkę Save That Shit[1], która wywoływała w niej bardzo przyjemne skojarzenia. Lu bez problemu odnalazła się w tańcu. Nie musiała długo czekać na towarzystwo. Już po chwili zaczął się przy niej kołysać kolega z klasy, zaraz pojawił się jeszcze jeden chłopak, którego dziewczyna nie znała. Obydwaj jednak odsunęli się od niej, gdy na parkiet wkroczył ktoś jeszcze. Zaciekawiona, kto wypłoszył dwóch jej tancerzy, odwróciła się i ujrzała spowitą w czerń postać Miłosza. Jego twarz znowu zdradzała spokój. Dwa dołeczki znaczyły policzki, a pełne usta połyskiwały wilgocią, dopiero co zwilżone językiem.

– Nie tańczysz ze swoją koleżanką? – zapytała prowokacyjnie Lukrecja i wciągnęła głęboko powietrze, chcąc poczuć zapach przystojnego Miłosza. On zrozumiał jej zachowanie nieco inaczej, dlatego przytulił ją do siebie i zamknął w objęciach długich i szczupłych ramion.

– Nie, mam lepsze zajęcie – szepnął jej do ucha i musnął je językiem, na co Lukrecja zareagowała spontanicznie, przyciskając głowę do swojego ramienia.

– Spoufalasz się ze mną, Miłoszu. Nie możesz mnie tak po prostu całować – rzuciła, patrząc na niego karcącym wzrokiem.

– A lizać cię mogę?

– Lizać też mnie nie możesz. Bo ci na to nie pozwalam. Przyszłam potańczyć.

– Tańczmy więc.

– I to ja zdecyduję, co i kiedy możesz dla mnie zrobić.

– Przepraszam. – Zabrzmiał szczerze, co rozbroiło ją zupełnie. Znowu pomyślała o nieskomplikowanej męskiej naturze i oddała się tańcowi.

– Jesteś gotów dostosować się do mnie, Miłoszu?

Chłopak przytaknął, a jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. To samo zrobiła Lukrecja. Zamrugała kilka razy, co było raczej niekontrolowanym tikiem niż zamierzonym działaniem, i musnęła jego gładki policzek palcami.

Jeszcze tego samego wieczora Miłosz odprowadzał Lukrecję do domu. Z jednej strony był szczęśliwy, że mu na to pozwoliła, a z drugiej nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że stał się zabawką w jej rękach. Nie tak miało się to skończyć… Za wszelką cenę próbował przed nią ukryć niezadowolenie. Coś mu jednak podpowiadało, że mała Lu przyniesie mu nie tylko rozrywkę, o której marzył każdy chłopak w jego wieku, ale dostarczy o wiele więcej silnych doznań. To wrażenie towarzyszyło mu przez całą drogę.

Kiedy dotarli do dzielnicy, w której mieszkała Lukrecja, Miłosza ogarnęło jednak przygnębienie. Przyjemny piątkowy wieczór właśnie się kończył, za chwilę trzeba będzie rozstać się z tą intrygującą dziewczyną. Zatrzymali się przed kutą furtą prowadzącą do miejsca, które Miłosz pragnął odwiedzić już następnego dnia. Lukrecja oddała mu bluzę i chciała odejść, jednak ją powstrzymał. Położył dłoń pomiędzy jej łopatkami i przyciągnął do siebie. Znowu została zamknięta w objęciach znajomych już ramion, z głową zadartą wysoko i wzrokiem utkwionym w rozgwieżdżonym niebie. Jaki ten świat jest piękny, pomyślała wtedy i przylgnęła do ciepłego ciała jeszcze mocniej. Kiedy uwolniła się z jego uścisku, wplotła palce w odrobinę przydługie włosy Miłosza i pociągnęła jego głowę w dół. Smakował piwem i